Organizowanie samoobrony w Siedlisku

Urodziłem się 9 sierpnia 1912 r. we wsi Siedlisko gmina Stepań, powiat Równo Wołyńskie, później Kostopol, województwo wołyńskie, z ojca Antoniego i Kamili z domu Domalewska. (….) Nie mieliśmy żadnej broni palnej, z którą mogliśmy stoczyć walkę z uzbrojoną bandą. Te trzy morderstwa w Parośli, w Butejkach i Hucie Stepańskiej były hasłem do rozpoczęcia jawnego mordowania Polaków na Wołyniu. Zaczęliśmy się organizować, a nie mając broni, wytwarzaliśmy imitacje karabinów. Kowale robili bagnety, które nasadzane były na drzewce w kształcie kolby karabinu i gdy grupa młodych ludzi utworzyła szereg z tymi niby karabinami, wyglądało to na oddział uzbrojonych ludzi. Nie było mężczyzny, który by nie miał takiego karabinu- szpikulca, nie była to broń palna, ale można było walczyć na bagnety. Bandyci byli dzielni, gdy Żydzi sami kładli się do grobu, lecz z nami trzeba było walczyć, a w walce można być rannym lub zginąć i dlatego skończyły się czasy, że pod pozorem partyzantów radzieckich, mordowali naszych ludzi. W miarę upływu czasu i zdobycia wszelkimi sposobami broni, zaczęliśmy organizować trwałe warty i gdy w Siedlisku zdobyliśmy 10 karabinów ręcznych, utworzyliśmy trzy wartownie: w mieszkaniu Józefa Janickiego, Jana Rosińskiego i Jana Onuchowskiego. Ja byłem komendantem wartowni u Józefa Janickiego. Zebraliśmy 30 mężczyzn mających coś wspólnego z bronią palną, do każdej wartowni przydzielono 3 karabiny. Jeden miał na stałe komendant główny obrony, którym był w Siedlisku Władysław Wiatr ( prawidłowo winno być Gracjan Wiatr- red), kapral wojska polskiego. I tak w każdej wartowni było trzech mężczyzn uzbrojonych, którzy stanowili trzon wartowników, reszta szła na wartę ze szpikulcami. Komendant wartowni wyznaczał jednego z karabinem, dwóch ze szpikulcami na czuwanie na danym odcinku.

Czytaj więcej...

Żeby nie partyzanci, to by nas Ukraińcy wymordowali

Mieszkałem w kolonii Borówka, gm. Deraźne, pow. Kostopol. Całą zimę 1942 na 1943 musieliśmy się ukrywać co noc, ponieważ w dzień było jeszcze bezpieczniej, ale i w dzień trzeba było czuwać, aby banderowcy nas nie napadli. W 1943r. w miesiącu marcu musieliśmy swoje domostwo opuścić. Dzięki polskiej partyzantce, która nam umożliwiła bezpieczeństwo wyjazdu do miasta Klewania. Mieliśmy 19 km drogi przez las i wieś ukraińską o nazwie Susk. Na jednego partyzanta przypadało 5 furmanek do ochrony. Z tych partyzantów 1 obecnie mieszka w Świdwinie – Kobyłecki Mieczysław z którym często się spotykamy i nieraz z nim rozmawiamy, żeby nie partyzanci, to by nas Ukraińcy wymordowali. Ja Pełka Roman miałem żonę i 3 dzieci. Jak żeśmy wyjechali 28 furmanek i co wyjechali szczęśliwie, to i przeżyli. Ale zostało trochę rodzin, to na drugi dzień po naszym wyjeździe banderowcy, których komendantem był Leonid Aleksandruk i Andrej Szejda, którzy wygrażali się, że ani jednego Polaka nie wypuszczą żywego, tylko wszystkich wymordują. Na te pozostałe rodziny napadli na drugi dzień po naszym wyjeździe i zaczęli mordować. Mojego sąsiada Bronisława Ostrowskiego z synem zamordowali, a jego żona z dzieckiem uciekła i opowiadała co się stało po naszym wyjeździe. Zostali zamordowani przez banderowców gajowy Stanisław Lemański, leśniczy Mankiewicz pochodzenia ukraińskiego, żyjącego dobrze z Polakami, Romaniuk i dwie synowe i 5 dzieci Romaniuków, Sawicki Józef, Sawicka Agata i Antonina Zachorowska – panieńskie Sawicka, Żarczyński z żoną. To ci mieszkali w kolonii Borówce. 4 km od Borówki wieś Czudwy, zostało tam zamordowanych: Stanisław Dąbrowski z dzieckiem, Dąbrowska Maria zbiegła i opowiadała o tym co się stało.

Czytaj więcej...

Nie pozwolili "przeklętym Lachom" wyjechać z "furą dobytku"...

Nikodem Dąbrowski żył wraz ze swoją żoną Marią Iwanicką w kolonii Borek Kuty w gminie Berezna. Karczowali las, budowali się, a dzieci przybywało... Ich spokojne życie brutalnie przerwała jednak wojna. W czerwcu 1943 roku, dziewiętnastoletnia Genowefa, córka Dąbrowskich, otrzymała wezwanie do wyjazdu na roboty przymusowe. Postanowiła więc pożegnać się ze swoją siostrą mieszkającą w innej kolonii, a także pożyczyć od niej walizkę na wyjazd. Dla towarzystwa wzięła młodszą siostrę, Władysławę. Po kilku kilometrach kobiety zostały jednak zatrzymane przez patrol Ukraińskiej Powstańczej Armii, który już wtedy wyłapywał napotkanych na drodze Polaków. Przerażone dziewczęta początkowo udawały Ukrainki. Banderowcy nie dali się jednak nabrać. Dowódca patrolu podejrzewał, że dziewczęta są łączniczkami jakiegoś oddziału partyzanckiego lub ośrodka polskiej samoobrony. Nie chciał uwierzyć, że rodzice puścili je w tak niebezpieczną drogę tylko z powodu walizki. Dziewczyny zostały skazane na śmierć wraz z pięcioma schwytanymi wcześniej Polakami. Rozpoczęły się tortury... Przez długi czas oprawcy nakłuwali ich ciała nożami. By się jednak za szybko nie wykrwawiły, zatykali rany znalezioną w torebce watą. W sumie zadano im 40 ciosów, zanim skonały w męczarniach. Ich zwłoki kazano zakopać w lesie. Gdy ojciec dziewczyn dowiedział się o tragedii, natychmiast pojechał na miejsce. Zabrał ciała swoich dzieci i następnej nocy zawiózł je na cmentarz w Annowoli. Tam pochował je przy spalonym kościele. "Te przeklęte Lachy" W okolicy z każdym dniem robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Najstarsza córka pana Nikodema, Stanisława Żarczyńska, mieszkała z rodziną Majdanie Mokwińskim.

Czytaj więcej...

MORDOWANO SIEKIERAMI I WIDŁAMI…………

19 października 1943r. o świcie, ktoś zapukał do drzwi naszego domu. Gdy mama otworzyła, w drzwiach stał Ignacy Wójcik ze swoim czternastoletnim synem, Władysławem. Obaj w poszarpanych ubraniach i obłoceni, wyglądali jak straszydła. W ich oczach widać było przestrach i zmęczenie. Okazuje się, że przedwczorajszej nocy ukraińscy rezuni napadli na polską kolonię Podryże, gdzie wymordowali jej mieszkańców, a ich zabudowania puścili z dymem. Napadli wieś przed świtem, gdy znużeni całonocnym czuwaniem wartownicy zeszli ze swoich posterunków alarmowych, wierząc, ze już tej nocy napadu nie będzie, udając się na spoczynek. Niestety, wykorzystali to rezuni w czym pomogła im gęsto ścieląca się mgła od strony Strugi i mokrych łąk. To pozwoliło im na podejście do samych zabudowań i jednoczesne wtargnięcie do domów zamieszkałych przez polskie rodziny. Mordowali siekierami i widłami zaskoczone we śnie kobiety, dzieci, a także mężczyzn. Po czym przystąpili do palenia budynków z ciałami swych ofiar i żywymi ludźmi, którzy zdołali się skryć przed ciosami siekier i wideł. Teraz ginęli w płonących domach. Ignacemu z synem udało się uniknąć śmierci tylko dlatego, ze schodząc z warty wstąpili do stodoły, gdzie zamierzali położyć się do snu, żeby nie zakłócać snu pozostałej rodzinie. Po chwili usłyszeli stukot do drzwi ich domu. To ze wszystkich stron dobijali się bandyci. Rzucić się na ratunek było za późno. Zapalona strzecha rozjaśniła całe podwórze. Ignac z synem wyskoczyli ze stodoły tylna brama i korzystając z mgły i ciemności uciekli w zarośla nad Strugą. Krzyki palących się dzieci i żony, przez cały czas dochodziły do ich uszu. W tym czasie wszystkie zabudowania Wójcików stanęły w płomieniach, gdzie swoje groby znaleźli: Wójcik Józef z żoną Józefą i dwojgiem dzieci, Wójcik Władysław z całą rodziną, Wójcik Bronisław z rodziną ( spaleni żywcem), Ignaca żona z trojgiem dzieci ( spaleni żywcem), Janka Kidybówna z matką i dwojgiem dzieci ( zamordowani siekierami).

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud9.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 263 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5102878