Mój wołyński dzień

Przyszedłem na świat w zacisznym, białym domku w Łucku, jako pierwsze i jedyne dziecko. Z późniejszych opowiadali dowiedziałem się, że rodzice długo oczekiwali na potomstwo. Lekarz w Łucku o nazwisku - Biłobran, zalecił nawet leczenie uzdrowiskowe. Rodzice posłuchali go i zaczęli wyjeżdżać do miejscowości leczniczych, w tym często do Żegiestowa. Zabiegi te niewątpliwie dały rezultat, bo oto pewnego pięknego poranka czerwcowego 1934 roku, przyszło na świat dziecko, długo oczekiwane przez rodziców i sprawiło szczególną radość Ojcu - bo był to syn. Ochrzczono go w Katedrze łuckiej imieniem Zenon, gdyż takie imię przypisane było następnemu dniu po dacie jego urodzenia. Natomiast drugie imię otrzymał po Ojcu - Leopold. Dziecko zmieniło gruntownie tryb życia w domu przy ulicy Ogrodowej 6. Oprócz Mamy - nauczycielki, która i tak już od dłuższego czasu nie pracowała, zjawiła się w domu opiekunka do dziecka, nazywana wtedy - nianią. Zapamiętałem ją jako dziewczynę o długich, czarnych warkoczach (kosach), w wieku chyba 18 — 20 lat, na którą wołałem: „Nadia". Jak się później dowiedziałem, nazywała się Nadzieja Szepel. Mieszkała z rodzicami o imionach Sozont i Glikieria we wsi Stawki, gmina Poddębce, gdzie aktualnie Ojciec - geometra - wykonywał pomiary. Na jego prośbę, chętnie zgodziła się zamieszkać w mieście, aby pomagać w opiece nad nowonarodzonym...I tak, wśród czerwcowych kwiatów, kochających rodziców, i pracowitej niani, rosło dziecko, nabierając sił do zmierzenia się z niełatwym życiem. Pod opieką Rodziców, odbywałem spacery po ulicach Łucka, odkrywając coraz to nowe miejsca.

Czytaj więcej...

Smert Lacham, my was budemo ryzaty

Urodziłem się w 1931 r. na kolonii Mańków gm. Kisielin, pow. horochowski na Wołyniu. Sąsiadami byli Niemcy, Polacy, Ukraińcy. Współżycie z sąsiadami układało się dobrze, przyjacielsko. Tak było do 1942 r. Od 1942 r. Ukraińcy zaczęli podnosić swój głos. Dało się słyszeć słowa „Smert Lacham (Śmierć Polakom). Lachy my was budemo ryzaty” (my was będziemy mordować). Wreszcie słowa weszły w czyn. 7 kwietnia 1943 r. wieczorem Ukraińcy napadli na dom, gdzie mieszkał Polak p. Malec, nauczyciel z rodziną. Udało im się umknąć bocznym wejściem. Tego samego wieczoru napadli na innego Polaka, też nauczyciela, p. Wacława Różalskiego. Tego zastrzelili we własnym jego mieszkaniu. Trzeci napad tego samego wieczoru dokonany został na dom, p. Władysława Pejtę, do którego nieco wcześniej przyszedł Józef Wolski – sąsiad. Na stukanie do drzwi i głos znajomego Ukraińca, by otworzyć drzwi, otworzyła Pejtowa. Zaraz do mieszkania wpadło kilku Ukraińców sąsiadów. Pejtowa wraz z trójką dzieci ukryła się w krzakach. Po jakimś czasie cichutko weszła do mieszkania, ale tam już nie było nikogo. Na drugi dzień rano przyszła Wolska zapytać, dlaczego jej syn Józef nie wrócił do domu. U Pejty był mały piesek pokojowy i on to z nosem przy samej ziemi odnalazł ślady uprowadzonych do budynków mego sąsiada Ukraińca Baraboszki. Z wielkim płaczem wołały „Baraboszko, wypuśćcie naszych, których uprowadziliście.” Wulgarnymi słowami odpędzał ich od swoich budynków.

Czytaj więcej...

Miałem wówczas 14 lat ......

Niedzielny ranek 29 sierpnia 1943 r. wstał gorący i duszny. W południe mieszkańcy Równa, Opalina, Ostrówek, Woli Ostrowieckiej, Jankowców, Nowego Jagodzina i szeregu innych mniejszych wiosek przybyli gromadnie na sumę do kościoła parafialnego w Ostrówkach. Mszę św. uroczyście odprawił ksiądz proboszcz Stanisław Dobrzański. Kazanie, które wygłosił z trwogą w głosie, było przerażające i paraliżowało nasze myśli. Nie ukrywając niczego, zalecał ostrożność i sugerował, by w miarę możliwości kobiety, dzieci i starcy opuścili wsie, gdyż, jak doniósł miejscowy wywiad i przyjaźni sąsiedzi, Ukraińcy zorganizowali dużą koncentrację sił we wsiach leżących na północ i północny wschód od polskich osad. Gdy informował o tym, to jednocześnie powiedział, że  organizatorami i przywódcami koncentracji są oddziały UPA, dowodzone przez byłych policjantów ukraińskich, którzy uciekali do lasu, a pochodzili głównie z Zapola, Huszczy, Połap i Sokoła. Po Mszy św. rozbiegli się gońcy po sąsiednich wioskach niosąc ostrzeżenie i przynosząc dodatkowe wieści. Potwierdziły się doniesienia o koncentracji sił ukraińskich. Dotarły do nas zalecenia, by zachować spokój i unikać prowokowania Ukraińców, dzięki którym  zostaliśmy uwolnieni od kontyngentów, danin, podatków i wywózki młodzieży na przymusowe roboty do Rzeszy. Opinie na temat zaistniałej sytuacji były podzielone. Część ludzi była za opuszczeniem wioski, inni namawiali do pozostania na miejscu. Ostatecznie postanowiono, że zostaniemy na noc we wsi, a dla bezpieczeństwa zostaną wystawione warty. W nocy z 29 na 30 sierpnia 1943 r. od strony Ostrówek długo strzelała w niebo łuna pożaru. Domyślaliśmy się, że gdzieś za Zapolem płoną zabudowania. Nie było słychać strzałów ani tez innych odgłosów świadczących o walce.

Czytaj więcej...

Miałem wówczas 14 lat ......

Niedzielny ranek 29 sierpnia 1943 r. wstał gorący i duszny. W południe mieszkańcy Równa, Opalina, Ostrówek, Woli Ostrowieckiej, Jankowców, Nowego Jagodzina i szeregu innych mniejszych wiosek przybyli gromadnie na sumę do kościoła parafialnego w Ostrówkach. Mszę św. uroczyście odprawił ksiądz proboszcz Stanisław Dobrzański. Kazanie, które wygłosił z trwogą w głosie, było przerażające i paraliżowało nasze myśli. Nie ukrywając niczego, zalecał ostrożność i sugerował, by w miarę możliwości kobiety, dzieci i starcy opuścili wsie, gdyż, jak doniósł miejscowy wywiad i przyjaźni sąsiedzi, Ukraińcy zorganizowali dużą koncentrację sił we wsiach leżących na północ i północny wschód od polskich osad. Gdy informował o tym, to jednocześnie powiedział, że  organizatorami i przywódcami koncentracji są oddziały UPA, dowodzone przez byłych policjantów ukraińskich, którzy uciekali do lasu, a pochodzili głównie z Zapola, Huszczy, Połap i Sokoła. Po Mszy św. rozbiegli się gońcy po sąsiednich wioskach niosąc ostrzeżenie i przynosząc dodatkowe wieści. Potwierdziły się doniesienia o koncentracji sił ukraińskich. Dotarły do nas zalecenia, by zachować spokój i unikać prowokowania Ukraińców, dzięki którym  zostaliśmy uwolnieni od kontyngentów, danin, podatków i wywózki młodzieży na przymusowe roboty do Rzeszy. Opinie na temat zaistniałej sytuacji były podzielone. Część ludzi była za opuszczeniem wioski, inni namawiali do pozostania na miejscu. Ostatecznie postanowiono, że zostaniemy na noc we wsi, a dla bezpieczeństwa zostaną wystawione warty.

W nocy z 29 na 30 sierpnia 1943 r. od strony Ostrówek długo strzelała w niebo łuna pożaru. Domyślaliśmy się, że gdzieś za Zapolem płoną zabudowania. Nie było słychać strzałów ani tez innych odgłosów świadczących o walce. Byliśmy przyzwyczajeni do nocnych pożarów, które od marca 1943 r. wybuchały tu i ówdzie. Nic też dziwnego, że późno po północy wszyscy ściągnięci z opłotków i pobliskich kolonii warty – poszli spać. Ze snu zostaliśmy obudzeni salwami strzałów, niosących się od strony zarośli i pobliskich lasów: Kokorawca, Byrek, Brzeziny, Obelnika. Poranna poświata, seria wystrzałów, przecinające się w powietrzu smugi pocisków i świadomość zaniedbania własnego  bezpieczeństwa paraliżowały ruchy. Wszyscy wybiegli z mieszkań, starając się szukać schronienia. W myślach kłębiły się różne pomysły, a serce zdawało  się wołać: „Pagórki przykryjcie nas”. 
Pierścień okrążenia złożony z setek Ukraińców zaciskał się coraz szczelniej. Nikt nie był w stanie wydostać się poza obręb własnych opłotków, nie mówiąc już o ucieczce ze wsi.

Najeźdźcy szli pieszo, jechali konno i zapędzali wszystkich na zebranie do szkoły. Przygnano z Brzezin (oddalonych od Ostrówek ponad kilometr) rodzinę Stefana Jurczaka, właściciela kolejnej cegielni. Jadący na koniu Ukrainiec doprowadził do Ostrówek dziesięć osób, w tym ośmioro małych dzieci. Podobnie było też w Woli Ostrowieckiej. W Ostrówkach wszystkich mężczyzn spędzono do szkoły, a kobiety i dzieci do kościoła. Wśród nich były kobiety i dzieci z Woli Ostrowieckiej, które noc z 29 na 30 sierpnia 1943 r. ze względów bezpieczeństwa pędziły u rodzin w Ostrówkach. Miałem wówczas 14 lat z matką i ojcem zostałem zapędzony do szkoły w Ostrówkach. Małe pomieszczenia szkolne nie mogły pomieścić kilkuset osób, dlatego tez Ukraińcy rozkazali nam kłaść się na boisku szkolnym, którego obszar zamykał się w prostokącie o bokach 30×40 metrów. Po krótkiej chwili zmieniono rozkaz i zarządzono, by kobiety i dzieci udały się do kościoła, a mężczyźni do szkoły. Po wydaniu tego rozkazu, szosa od strony Lubomla wszedł do wsi duży oddział UPA. Gdy dotarł w pobliże szkoły, wyszedł mu na spotkanie oficer. Ukrainiec był niskiego wzrostu, krępej budowy ciała, ubrany w niebieski mundur, w czapce okrągłej oblamowanej srebrnym kordonkiem, z pistoletem u boku i w skórzanych rękawiczkach. Był to Maśluk, były policjant w służbie niemieckiej, pochodzący z Połap lub Wilczego Przewozu. Obok niego w stronę kolumny podążało kilku innych Ukraińców ubranych podobnie. Po chwili padł rozkaz: „Pulemetczyki ta bombemtczyki stanowyś!”

Wojsko stanęło posłusznie. Następnie wydano komendę do zajęcia stanowisk wokół szkoły i kościoła. Gdy to uczynili, do wejścia na plac szkolny zbliżył się najstarszy szarżą  ukraiński oficer. Stanął przed szkolnym gankiem i z imienia oraz nazwiska zaczął wywoływać Polaków. Gdy wyszli zażądał: „Lachy, widdajte zołoto!” W odpowiedzi usłyszał: „jesteśmy biednymi mieszkańcami wsi i złota nie mamy”. Padło następne żądanie: „Widdajte zroju, jaku majete w waszych chatach i sarajach!”. Odpowiedź była podobna. Zdenerwowany Ukrainiec krzyknął: „Widdajte wse i hodynnyki, a to wseh wybierno!”. Po tych słowach  z gardeł około stu pięćdziesięciu osób zgromadzonych w szkole wydobył się płacz i pieśń: „Kto się w opiekę odda Panu Swemu…”. Oprawcy rozkazali zamknąć okiennice, a następnie do wnętrza  weszli uzbrojeni Ukraińcy i zaczęli wyprowadzać po kilka osób (od czterech do ośmiu w grupie). Zabranych ze szkoły mężczyzn prowadzili przed sobą, bijąc ich, gdy w szkole zostało zaledwie kilku, oprawcy weszli do środka i strzelili w ich kierunku.

Wśród nich byli: Stefan Trusiuk, Wacław Gryc (lat 14) i Ulewicz. Jednym z pocisków został ugodzony Wacek. Stefan z płaczem w głosie zawołał do Ulewicza: „ Dajmy mu wody !” Usłyszał to stojący w pobliżu Ukrainiec, który krzyknął: „Ne treba, bude pyty swoju krow!” Wywlekli następnie tę trójkę na zewnątrz i za progiem szkoły zabili Wacka, a pozostałych popędzili w stronę zbiorowej mogiły u Ilków. Tam też ich zabili. Gdy szkołę opuściła ostatnia grupa mieszkańców Ostrówek, do wnętrza wbiegli inni oprawcy i zaczęli plądrować pomieszczenia zajmowane przez kierowniczkę szkoły Marię Blat z rodziną. Inny zaś Ukrainiec wspiął się po drabinie, stojącej przy ścianie korytarza, po której wcześniej wszedłem na strych, gdzie ukryłem się i zawołał donośnym głosem : „Je tam kto, wychod, a to szkołu spałym”. Ukraińcy zrealizowaliby swój zamiar, ale przeszkodzili im w tym Niemcy, którzy kolumną jechali od strony Huszczy do Ostrówek. Widząc ich, bandyci zarządzili odwrót. Ucieczkę przyspieszył niemiecki ostrzał. Ukraińcy nie zdążyli wymordować kobiet i dzieci zgromadzonych w kościele. Wyprowadzili zebranych ludzi i popędzili poza cmentarzem parafialnym w kierunku ukraińskiej wsi Sokół, gdzie ich zamordowali.

Po ucieczce Ukraińców z Ostrówek wyszedłem z kryjówki na zewnątrz szkoły. Okazało się, że oprócz mnie w budynku byli ukryci: Aleksander Trusiuk, Aleksander Kuwałek, Czesław Suszko i Bolesław Wasiuk, którzy schowali się w szkolnej piwnicy. Poszedłem następnie do Jagodzina, a stamtąd do Lubomla, gdzie zostałem złapany przez Niemców i wywieziony do obozu przy ulicy Krochmalnej w Lublinie.

Relacja: Tomasza Trusiuka,  z „Na Rubieży” – nr 44/2000, wyszukał i wstawił: B. Szarwiło

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud16.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 524 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4688063