W Sądowej z 600 osób uratowało się tylko 20….

Leokadia Firlej z Gubina urodziła się we Włodzimierzu Wołyńskim. - Mieszkaliśmy we wsi Sądowa. Było nas w domu ośmioro. Mój tato miał sześcioro dzieci, kiedy zmarła mu żona. Wdowiec po pewnym czasie ożenił się ponownie. Z moją mamą, z którą miał jeszcze dwie pociechy: mnie i mojego młodszego brata - wspomina pani Leokadia. - Ojciec był rzemieślnikiem i gospodarzem wiejskim. Mama zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Wieś żyła ze sobą w zgodzie, niezależnie, czy sąsiadem był Polak, czy Ukrainiec. Wszyscy sobie pomagali. Dzielili się tym, co mieli. Wybuch II wojny światowej zakłócił sielskie życie. Najpierw, w 1939 roku, wkroczyli Rosjanie. Potem, w czerwcu 1941 - Niemcy. Strach towarzyszył mieszkańcom Sądowej każdego dnia. Jednak najgorsze miało nadejść nie ze strony Rosjan i Niemców. - W 1943 roku nacjonalistyczna banda UPA wydała rozkaz, by wszyscy byli gotowi do masowych mordów Polaków. Ukraińcy zaczęli szykować broń, odbieraną Rosjanom czy powracającym z wojny Polakom - opowiada L. Firlej. - Szykowali, kosy, noże, młotki, piły. Każde narzędzie było dobre, by dotychczasowych sąsiadów pozbawić życia. 14 lipca 1943 r. ich dom w Sądowej został otoczony. Dwóch mężczyzn weszło do mieszkania. - Jakiej jesteście narodowości? - zapytali. - Jesteśmy Polakami - odpowiedziała szczerze matka pani Leokadii. Wtedy wszystkich nas spędzili do jednego pokoju, ręce kazali unieść do góry. Zaczęli strzelać. - W pewnym momencie mamusia z braciszkiem na ręku wyskoczyła przez okno. Zaczęła uciekać. Strzelali w jej kierunku - wspomina pani Lodzia. - Ja z braćmi leżałam na podłodze.

Czytaj więcej...

W Ołyce wszystkich załadowano do towarowych wagonów

W nocy z 5 na 6 marca 1940 r. usłyszeli stukanie do okna. Zrobiło im się i zimno, i gorąco. Domyślili się, że to nic dobrego. Okazało się najgorsze. Przyszedł znajomy Ukrainiec na służbie Rosjan, enkawudzista i dwudziestu Rosjan. Przeczytano im rozkaz o przesiedleniu do innego województwa. Mogli zabrać z sobą 15 pudów (pud - 16 kg) bagażu. Na spakowanie dostali dwie godziny. Zaczęło się gorączkowe pakowanie. Enkawudzista okazał trochę przyzwoitości. Po cichu, by inni nie słyszeli, radził brać dużo żywności i ciepłe ubrania. (Bardzo potem się przydały). (…) Przywieźli ich na stację kolejową w Ołyce. Tam już był brat Dominik z rodziną i inni gajowi również z rodzinami. Wszyscy z obawami i poczuciem niepewności, co ich czeka. Mojego taty nie było na liście do wywozu, ale jak miał zostać na tych terenach, gdy cała rodzina jest wywożona? Ci, co zostawali, płakali, bo obawiali się o swoje życie. W Ołyce wszystkich załadowano do towarowych wagonów, które były zamykane z zewnątrz. W wagonach były prycze kilkupiętrowe i żelazny piecyk. Na większych stacjach otwierano wagony, by ludzie mogli zaopatrzyć się w węgiel, wodę czy żywność. To trzeba było kupić. Pociągiem jechali przez Brańsk, Moskwę, Mołotow (ob. Perm). Z Permu jechali elektrycznym pociągiem do miejscowości Bierezniki. (…) W Biereźnikach załadowano ich na okręty i płynęli 400 km w górę rzeki Kamy. Zostali zawiezieni do posiołka Giedówka, (okolice Gajny w republice Komi). Po przybyciu na miejsce rozlokowano ich w barakach w obozie po więźniach politycznych, których przeniesiono w inne miejsce.

Czytaj więcej...

W Lubieszowie UPA spaliła ludzi żywcem

Po I wojnie światowej Polacy zaczęli się osiedlać na Wołyniu. Tania ziemia przyciągała biednych ludzi zewsząd. Moi rodzice zakupili gospodarstwo w kolonii Bereżyce. Do Lubieszowa było 10 km drogi, przy której po lewej stronie leżała Reymontówka, a po prawej kolonia Bereżyce. Dalej był majątek, czyli posiadłość ziemska Michała Ordy. A za rzeką Stochód wieś Bereżyce, którą zamieszkiwali prawosławni. Michał Orda zmniejszał majątek i sprzedawał gorszą ziemię chłopom. To były bagna, zarośla i lasy sosnowe. Ludzie karczowali drzewa, odzyskiwali grunty pod zasiewy. Ręcznie wycinali sosny, by porżnąć je na bale do budowy domów. Siali zboże i sadzili ziemniaki. Pani dziedziczka z Lubieszowa sprzedawała ziemię chętnym z Choromecka i z dalszych wiosek. Dzieci chodziły do szkoły, młodzież robiła potańcówki. Wszyscy się wzajemnie szanowali, kolegowali. I nie miało znaczenia, że to Polak, a to prawosławny. Ludzie się cieszyli, bo to była Polska. (...)  Latem 1943 przychodziły wieści, że na południu Wołynia banda UPA Polaków morduje. W naszych stronach też ginęli ludzie. Jednej nocy przyszli po cywilnemu z bronią i zabrali ciepłą odzież, kożuch, obuwie i poduszki. Sąsiadowi prośną maciorę zabili i wzięli. Ludzie w popłochu zaczęli uciekać za Stochód, tam przyjeżdżali partyzanci i było bezpieczniej. Cała młodzież poszła do partyzantki, do oddziału Wandy Wasilewskiej pod dowództwem Fiodorowa. Moim rodzicom szkoda było opuszczać gospodarstwo. Ukrywali się w lesie. Do domu przychodzili coś ugotować i krowy pozaganiać do obory. Jednego ranka psy zaszczekały, to my uciekli do lasu. Dom był zamknięty na kłódkę.

Czytaj więcej...

Polskie mordy to już koniec z wami....

 Do lipca 1943 r, mieszkałem z rodziną w kolonii Rogowicze, gmina Chorów, pow. Horochów. Ojciec mój Aleksander oprócz gospodarstwa rolnego posiadał młyn, siostra Jadwiga, lat 25, panna, była nauczycielką w szkole powszechnej, starszy brat Aleksander, lat 35 był sekretarzem gminy, ja zaś miałem kuźnię. Z Ukraińcami żyliśmy w zgodzie i mimo iż docierały do nas informacje o mordowaniu rodzin polskich przez banderowców uwierzyliśmy zapewnieniom naszych ukraińskich sąsiadów, że nic nam nie grozi, mamy mocną pozycję, przecież oni też korzystają z naszego młyna i kuźni, a brat Aleksander był przez nich ceniony za udzielanie porad agronomicznych. A jednak przyszli. Była to niedziela 11 czy też 18 lipca 1943 r. Wróciłem do domu z rodzicami Aleksandrem i Agnieszką z d. Bernat oraz siostrą Jadwigą po nabożeństwie z kościoła w Łokaczach. Przyszedł do nas brat Aleksander z żoną Marianną lat 28 i dwuletnią córeczką. Naradzaliśmy się, czy mamy pozostać w swoich domach, czy też jak inne polskie rodziny opuścić dom i przenieść się do Łokacz, gdzie został utworzony oddział samoobrony i czulibyśmy się bezpieczniejsi. Ojciec wyszedł w pole do krów, a matka smażyła jajecznicę na boczku. Widocznie przywiódł ich zapach jedzenia. Weszło ich trzech, nieznanych mi z widzenia, uzbrojonych w karabiny. Zapytali czy cała rodzina jest w domu, zażądali od nas dokumentów, zabrali z portfelami mówiąc, że nam już one nie będą potrzebne. Byliśmy odświętnie ubrani, więc polecili, abyśmy się rozebrali do bielizny. Krzyczeli: Polskie mordy to już koniec z wami, musicie zginąć, nie ma tu dla was miejsca. Matka prosiła ich, aby pozwolili nam pomodlić się przed śmiercią.

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud16.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 420 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4687972