Kresowe "Ojcze Nasz"

Ojcze Nasz, który jesteś w niebie – spójrz na umęczoną polską ziemię, zbroczoną krwią od krańca do krańca.

Święć się imię Twoje, wołamy co rano i powtarzamy uporczywie poprzez Polskę zalaną łzami. W słońcu sprawdź się słowo Boże o pokoju i miłości.

Bądź wola Twoja na niebie. Niechaj niebo stanie się znów błękitem, napełnionym słońcem, a nie dymem pożarów. Niech niesie ciepło i światło, a nie śmierć, bomby i trwogę. Daj by samolot był gońcem szczęścia, a nie posłańcem śmierci. Bądź wola Twoja, a nie może być wolą Twoją, by mord i krwawe rozpasanie rządziło światem. Daj, by za wolą Twoją opustoszały głębokie więzienia, by leśne doły przestały napełniać się trupami. By szatan ucieleśniony w człowieku nie świstał batem zgrozy nad naszymi głowami.

Bądź wola Twoja na ziemi. Niechaj ziemię obejmie Twój wzrok i zliczy mogiły. Rozezna drogi, którymi idzie, wędruje ku Polsce, dąży nasz syn, brat i ojciec, żołnierz polski. Spraw, by morza oddały zatopionych, piaski zasypanych, śniegi Sybiru zamarzniętych, szerokie rozłogi ziemi zakopanych. Niech choć ciała wrócą do polskiej ziemi.

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Chlebem naszym powszednim jest mozół ponad wszelką wytrzymałość twardy. Chlebem naszym powszednim jest tułaczka na wygnaniu, śmierć w lochach więziennych, śmierć od kuli i śmierć z głodu. Śmierć od znęcania się w obozach, śmierć w huku i zgiełku bitwy. Śmierć na nieludzkiej ziemi. Chlebem naszym powszednim jest przymus zaciskania pięści i zwierania z bólu zaciśniętych szczęk, gdy chwila woła o krwawy odwet. Do chleba naszego powszedniego dodaj nam mocy wytrwania, żelaznej woli cierpliwości, byśmy nie wybuchali przed czasem, byśmy w milczeniu wytrwali, byśmy w ciszy zahartowali się na stal.

I odpuść nam nasze winy, kiedy zmuszeni będziemy podnieść rękę. Daj siłę do starcia na proch bestii. Odpuść nam, jeśli zadrży ręka- wzmocnij ją. Nasi winowajcy przeciwko Tobie wystąpili. Nie dopuść byśmy skalali się słabością wobec nich. Byśmy grzeszyli niemocą, tak jak oni grzeszą rozpasaniem w zbrodni.

Czytaj więcej...

30 sierpnia 1943 roku Budy Ossowskie i kolonia Kowalówka o świcie zostały wymordowane...

 

Na Wołyniu zamieszkałem w 1929 roku wraz z rodziną, w której było pięciu braci (ja najmłodszy), siostra i rodzice. Najstarsza siostra już w 1927 roku wyjechała, jako mężatka, do Kanady. Rodzice moi sprzedali dość duże gospodarstwo rolne koło Hrubieszowa w województwie lubelskim. Przenieśli się z cała rodziną na Wołyń, gdzie kupili duże gospodarstwo rolno-leśne – około 100 hektarów, w tym 50 hektarów lasów, 48 to były pola uprawne, łąki i pastwiska. Jako pięcioletni chłopiec szybko wrosłem w tamtejszą, polsko- ukraińska społeczność, z jej dwoma językami na co dzień i polską zmiękczoną gwarą wschodnią. Nasza kolonia Kowalówka, gdzie mieszkaliśmy, oraz sołectwo Budy Ossowskie były w 98 procentach zamieszkałe przez ludność polską, natomiast okoliczne miejscowości: Rzewuszki, Ossa, Bobły, Wierzbiczno i wiele innych były wyłącznie ukraińskie lub mieszane, ale z przewagą Ukraińców. Do roku 1039 stosunki sąsiedzkie i współżycie ludności polskiej i ukraińskiej były bardzo poprawne i nic nie wskazywało na to, że mogą być aż tak złe, jak okazało się to u nas na początku 1943 roku. Wówczas policja ukraińska, wysługująca się dotąd Niemcom w likwidacji Żydów, opuściła służbę u nich i pod sztandarem OUN-UPA, zajęła się mordowaniem Polaków. W naszej okolicy z początkiem 1943 roku rozpoczęły się uprowadzenia ludzi przez bojówki UPA. Ludzie ci nigdy już nie powrócili do swoich rodzin, ginęli przeważnie z ran zadanych podczas tortur w słynnej kaźni UPA na Wołczaku. Starsi moi bracia, Władysław i Julian, jak i ja z Antosiem byliśmy świadomi, że jeśli te z premedytacją zaplanowane morderstwa nie zostaną przerwane przez nasze zbrojne oddziały, to dla nas, ludności polskiej nie będzie miejsca w tym rozszalałym żywiole OUN-UPA. Wielu Polaków, zwłaszcza Starszych nie przekonywały takie argumenty. Nie docierało do ich świadomości, że skończy się to ogólną rzezią polskiej ludności, że trzeba temu zapobiec, postawić zbrojna tamę, po prostu nie dać się zaskoczyć, nie dać się zabić bezkarnie i bez walki.

Czytaj więcej...

5 września, wymordowano wszystkich Polaków, którzy pozostali w Radowiczach

Dziadkowie, Jan i Dominika Sobczykowie, rodzice mamy, przybyli na Wołyń w 1922 roku. We wsi Radowicze, gmina Turzysk koło Kowla, kupili kilkanaście hektarów podmokłego, olszowego lasu, który w ciągu kilku lat zamienili w uprawne pola i użyteczne łąki. Postawili budynki i założyli wiśniowy sad, który stopniowo poszerzali o inne drzewa i krzewy owocowe. Dzięki wytężonej pracy wszystkich członków rodziny wkrótce zapewnili sobie znośne warunki bytowania.(...) W Radowiczach znaleźli się dziadkowie z pięciorgiem dzieci: Heniem, Jankiem oraz trzema córkami, które niebawem powychodziły za mąż za przybyłych na Wołyń osadników. Najstarsza, Bronisława, wyszła za Stanisława Molendę, średnia Stanisława – moja mama – za Władysława Budzisza, najmłodsza Maria – za Jana Stefanowicza, wnuka powstańca z 1863 roku i syberyjskiego zesłańca. Ojciec mój urodził się w Czarnolesie – wsi niegdyś Jana Kochanowskiego, mama – dwa lata później w Garwolinie, gdzie dziadek administrował majątkiem. Ojciec, nie widząc zachęcających perspektyw na gospodarstwie w licznej rodzinie, w 1928 roku wyjechał na Wołyń – zachęcony przykładem brata ożenionego z Ukrainką i osiadłego w Turzysku oraz szwagra, Wincentego Gnysia, który kupił tam młyn wodny na Turii. (...) W Radowiczach ojciec poznał mamę i wkrótce pobrali się. W posagu mama otrzymała trochę gruntu, na którym rodzice zbudowali domek i gospodarcze pomieszczenia, a następnie założyli spory wiśniowy sad. Czasy były trudne, szalał światowy kryzys i bezrobocie. Rodzice tyrali od świtu do nocy, chwytając się każdej pracy, również u zamożniejszych gospodarzy. W tamtym trudnym okresie, 20 listopada 1930 roku, przyszedłem na świat. Dwa lata później urodziła się siostra Danusia. (...) Ojciec otrzymał posadę gajowego w lasach hr. Stanisława Starczewskiego, a po roku został ich administratorem, co przynosiło nam znaczne korzyści: darmowy wypas krów w lesie i na łąkach, opał bezpłatny i niezłe pobory.

Czytaj więcej...

29 czerwca, wszystkich „Lachów” mają wybić...

Po wioskach bandy UPA zaczęły grasować coraz częściej. Na noc uciekałyśmy z domu, poniewierałyśmy się po zbożach-konopiach i przeróżnych zaroślach. Po takich nocnych okropnych męczarniach wracałyśmy do naszych mieszkań pod wielkim strachem, żeby się trochę pożywić i odpocząć. Niedaleki nasz sąsiad, Ukrainiec Iwan Szeremeta (wszyscy go nazywali Iwasyk) przyszedł do nas i oznajmił, że zrobił nam u siebie w stodole kryjówkę, w której możemy spać między owocami. Z tyłu od ogrodu wykombinował taką ruchomą deskę, że w każdej chwili można było ją uchylić i uciec. Był to bardzo dobry chłopak, taki niepozorny, mały jak na swój wiek. Między Ukraińcami udawał mało rozgarniętego, niby niczym się nie interesował, a w gruncie rzeczy łapał ich każde słowo i zdawał nam relację z tego, co się dzieje we wsi. To właśnie on pierwszy przyniósł nam wiadomość o tym, że bandyci szykują obławę na dzień 29 czerwca ( 1943 r. -red) i wszystkich „Lachów” mają wybić. Naradziliśmy się z naszymi biednymi Polakami z Koszowa, co robić, gdzie i jak uciekać, żeby nie wpaść w ręce zbirów. Kilka rodzin polskich zdążyło jeszcze wyjechać do Skurcza, a dalej do Horochowa, gdzie były już organizowane polskie placówki obronne. My nie miałyśmy czym uciekać, bo bandyci nam już wcześniej wóz i konie zabrali. Rano wyłaziłyśmy z naszej kryjówki, kolejno z odstępami, żeby nas nie zauważono i żeby nie zdradzić, że Ukraińcy nas przechowują w swojej zagrodzie. Wszystkie cenniejsze rzeczy: kożuchy, buty, pierzyny, poduszki, lepsze ubrania zakopałyśmy, ale jak się okazało, szkoda było naszego trudu. Któregoś ranka stwierdziłyśmy, że wszystko zostało odkopane i zrabowane. Pewnego dnia patrzymy, podjeżdża pod naszą chałupinę bryka, na której siedzi kilku uzbrojonych bandziorów. Po krótkiej naradzie jeden dryblas zeskoczył z bryczki i kieruje się z pistoletem w ręku w naszą stronę. Struchlałyśmy ze strachu. Zapędził nas grożąc pistoletem do mieszkania. Mamusia miała jeszcze tyle siły i odwagi, że odezwa- ła się do niego, ażeby pozwolił nam jeszcze pomodlić się przed śmiercią.

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 267 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5102881