Franciszek z Daniłówki przeżył piekło na ziemi

Dla rodziny pana Franciszka tragicznie zakończył się poranek 13 maja 1943 r. Młody Franciszek był z siostrą na pastwisku, blisko zgliszczy domu swojej cioci, gdzie pasły się krowy. W godzinach południowych wyłonił się z lasu powóz konny, a na nim kilku mężczyzn uzbrojonych w karabiny. Jeden poszedł za chłopcami pasącymi bydło i konie, drugi chodził po domach zamieszkałych przez Polaków i zbierał ich – niby do sołtysa. Jego matka z dwójką braci uciekła do lasu. Ci, którzy byli na pastwisku, kiedy zobaczyli, co się dzieje, pobiegli na wzniesienie, na którym stała mała kapliczka prawosławna.

– Po niedługim czasie usłyszeliśmy dosyć głośne pojedyncze strzały z karabinu. Gdy nastała dłuższa cisza, zeszliśmy z góry w kierunku domu. Naprzeciw ogrodu, na drodze, ujrzeliśmy coś strasznego. Zakręciło się nam w głowach, a w sercu poczuliśmy ból i ucisk. Ogarnęła nas rozpacz. W kałuży krwi leżały bezwładnie ciała naszych rodzin i sąsiadów. Ciotka Krasicka była poważnie ranna w klatkę piersiową. Zdołała jeszcze w przytomności opowiedzieć nam o zbrodni, jakiej dopuścili się banderowcy (...) Zamordowani zostali Stanisław, ojciec pan Franciszka, jego 16-letnia siostra, 3-letni brat, dwaj bracia ojca z rodzinami, a pod wieczór zmarła ciotka Krasicka. Egzekucji dokonał Ukrainiec, który rozstrzeliwał ich pojedynczo. Pierwsza kula ugodziła siostrę F. Przytomskiego w głowę, która została rozszarpana przez pocisk, zaś prawa noga naderwana przy podudziu.

Siostra trzymała na ręku 3-letniego braciszka Andrzeja. Następna kula ugodziła go w skroń, a ojcu przeszyła serce, głowę i stopę. Po tych wydarzeniach członkowie rodziny pana Franciszka, których oszczędził los, zdecydowali, że muszą uciekać. Początkowo doszli do Krynicy, gdzie pracowali w polu, by zarobić na kawałek chleba. Po dwóch miesiącach, na początku września 1943 r. wyruszyli do Krzemieńca. Na początku 1944 zapowiadano nadejście ofensywy z frontu radzieckiego. F. Przytomski, jego brat Adam i przyjaciel Władysław Kowalski zostali wytypowani do transportu do Guberni Polskiej, czyli Małopolski. Krótko przed Wielkanocą 1944 r. dojechali do Krakowa. Zostali umieszczeni w domu sióstr zakonnych. Po zakończeniu wojny przewieziono ich do Państwowego Domu Dziecka w Czerniejewie (pow. gnieźnieński). Pana Franciszka powojenne losy sprowadziły do Nowej Soli. I tu mieszka do dziś.

Czytaj więcej...

Osiecznik koło Kowla, kraina dzieciństwa

Pani Alfreda urodziła się w roku 1925 we wsi Osiecznik koło Kowla na Wołyniu. Jej ojciec, Józef Sapieja, był rolnikiem. W Osieczniku Sapiejowie posiadali gospodarstwo, na którym wychowywali pokaźną grupkę dzieci. Stanowili szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Większość mieszkańców Osiecznika, tak jak Sapiejowie, było Polakami. Wołyńską ziemię, krainę dzieciństwa, pani Alfreda wspomina w wierszu swojego autorstwa pt. „Mój Wołyń”:

 

Tęsknię za Wołyniem dniami i nocami

Za wołyńską ziemią, za jej urokami

Kto raz ujrzał Wołyń, już go nie zapomni

Jego lasów, kwiatów, sadów i ich cudnej woni

 

Ukraińcy i Polacy żyli na Wołyniu w zgodzie, wśród pięknej przyrody tej krainy. Wojna wszystko zmieniła. Pod okupacją sowiecką nacjonalizm ukraiński, nie mógł się rozwinąć, bo był z całą brutalnością zwalczany przez NKWD, jako nurt wrogi Związkowi Sowieckiemu. Zupełnie inaczej odniósł się do niego okupant niemiecki, który latem 1941 roku zajął Ukrainę. Pani Alfreda Kołodzińska, była tego świadkiem.

  – Jak Niemcy wkroczyli na Wołyń, zaczęli  podburzać Ukraińców przeciw Polakom. Wtedy zaczął formować się OUN, którego członkowie uznali, że warunkiem uzyskania niepodległości przez Ukrainę jest wymordowanie wszystkich Polaków – mówi pani Alfreda Kołodzińska. – My Polacy znaleźliśmy się nagle w sytuacji bez wyjścia. Bronić się nie było czym. Stanowiliśmy mniejszość w porównaniu z dużą liczbą Ukraińców. Wieści o likwidacji całych polskich osiedli, dochodziły do nas coraz częściej – wspomina Wołyniaczka.

 Niemcy rozpoczęli okupację Ukrainy od eksterminacji Żydów. W tym celu wykorzystali nienawiść jaką wielu Ukraińców żywiło do wyznawców judaizmu. - Niemcy i oddziały Ukraińców zaczęli masowo mordować Żydów od lipca 1941 do zimy a potem trwało to do wiosny 1943 roku. Wszyscy Żydzi szukali ratunku. Polacy ich ratowali. U nas w gospodarstwie przechowywał się Żyd o nazwisku Wolf – mówi pani Alfreda.

 W jej w pamięci pozostała straszna scena mordu jakiego dopuszczono się na Żydach w Kowlu.

Czytaj więcej...

Wspomnienie o 27 WDP AK

 Instytut Pamięci Narodowej w 2004 r. wydał pamiętnik:  Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok" żołnierza AK z Lubelszczyzny, który znajdował się w zasobach lubelskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Zdzisław Broński urodził się 24 grudnia 1912 r. w Radzicu Starym w gminie Ludwin .W 1934 r. pełnił służbę wojskową w 23. pp we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie ukończył szkołę podoficerską i otrzymał stopień plutonowego. W 1939 r., uczestniczył w kampanii wrześniowej w szeregach 50 pp. jako dowódca plutonu ckm. Trafił do niewoli niemieckiej, z której zbiegł jesienią 1940 r. Powrócił w rodzinne strony, gdzie rozpoczął działalność konspiracyjną pod pseudonimem „Uskok”. Został dowódcą plutonu terytorialnego, który wszedł w skład I Rejonu w Obwodzie AK „Lubartów”, części Inspektoratu AK „Lublin”. Na przełomie lat 1943 i 1944 zorganizował grupę partyzancką, która w maju 1944 r. stała się formalnie oddziałem lotnym zgrupowania 8. Pułku Piechoty Legionów AK. Działał w okolicach Lublina i Lubartowa, w rejonie lasów zawieprzyckich, walcząc z okupantem.  W czerwcu 1944 r. w ramach akcji „Burza” jego oddział został przydzielony do 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. W pamiętniku kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”  opisującego dzieje akowskiego i poakowskiego podziemia niepodległościowego na Lubelszczyźnie w latach 1939–1956 znajdujemy wspomnienia o wołyńskiej dywizji.  ;'W czerwcu [19]44 r. rozeszły się u nas wieści, że zza Bugu przechodzą w nasz teren jakieś liczne oddziały Armii Krajowej. Jakie to oddziały? Wkrótce już wiemy. Jest to 27. Dywizja [Piechoty AK], partyzancka (zwana też Wołyńską). Po wykrwawieniu się i osiągnięciu licznych pięknych sukcesów w walkach z Niemcami, Ukraińcami i Sowietami na terenach Wołynia i Polesia, nie mogąc znaleźć odpowiedniej płaszczyzny porozumienia ze zbliżającą się Armią Czerwoną, zmuszeni są przejść na tę stronę Bugu. Przeprawa przez Bug miała miejsce w okolicach Włodawy. Na dłuższe kwatery dla odpoczynku i nabrania sił do dalszych walk rozlokowano się w trzech powiatach: włodawskim, chełmskim i lubartowskim. Nie podejmuję się opisywać dziejów 27. [WDP AK]. Podadzą to inni i niewątpliwie wystawią piękną kartę do historii walk o niepodległość. Od siebie mogę tylko podać wrażenia z zetknięcia się z tą imponującą jednostką. Imponowała ona swą siłą i sprężystością żołnierską każdemu prawemu Polakowi. Kilka tysięcy ludzi owianych duchem idei czysto polskiej, zdyscyplinowanych i zaprawionych w bojach, niosło Polakom wiarę w dobrą przyszłość.

Czytaj więcej...

Rzuciliśmy się ku Prypeci

Dobrnęliśmy do rejonu frontu nad rzeką 27 maja 1944 r. o świcie. Znamionowały to okablowania, na które natknęliśmy się u skraju rzadkiego już lasu. Ciągnących się po ziemi przewodów było mnóstwo, stało się więc jasne, że niedaleko znajdują się niemieckie placówki. Zrobiło się niebezpiecznie. Na twarzy naszego ukraińskiego przewodnika dostrzegłem trwogę. Wskazał wprawdzie dokładnie, gdzie stacjonuje Wehrmacht i gdzie jest koryto Prypeci, pokazał też mniej więcej, gdzie przerzucony jest mały, oddalony od nas o kilkaset metrów, nadrzeczny most, lecz od tej chwili zaczął kluczyć, zbaczając nieco z obranego szlaku. Coraz mocniej zauważalne było jego zafrasowanie i strach, które przekładały się na nerwowość. Za nic nie chciał się zbliżyć do niemieckich stanowisk, lecz co gorsza, nie poprowadził naszej kolumny do najważniejszego celu, którym był ów mostek. Wytężałem wzrok, by go dojrzeć, i w szarudze wstającego dnia udało mi się – w oddali majaczył jego niewyraźny kształt. Nagle, zupełnie niedaleko, zaterkotał telefon. Jazgotał głośnym, natarczywym dźwiękiem. Zaskoczony, natychmiast zdałem sobie sprawę, że tuż obok znajdują się nieprzyjacielskie bunkry lub schrony. Instynktownie skierowałem lufę karabinu w stronę dochodzącego odgłosu i już miałem nacisnąć spust, gdy posłyszałem szum z pobliskich krzaków – to nasz ukraiński przewodnik dał nura w gęstwinę rosnących opodal krzewów. Umknął, nim się zreflektowałem. W okamgnieniu podjąłem decyzję, by ruszyć biegiem, lecz nie za uciekającym, a do miejsca, skąd dobiegało dzwonienie. Po chwili dopadłem zbudowanego z drewnianych bali, osadzonego w ziemi bunkra. Kiedy wpadłem do środka, byłem gotowy na najgorsze, igrałem ze śmiercią. Pragnąłem tylko możliwie drogo sprzedać swoją skórę. Ale wewnątrz nikogo nie zastałem. Oprócz starego, poobijanego termosu znajdował się tam jedynie aparat telefoniczny. Nie wiedziałem, co robić i odruchowo podniosłem skaczącą ciągle na nim słuchawkę. Rozdrażniony głos krzyczał w niej gorączkowo: Hans, Hans! Sam już byłem poirytowany i stałem nie wiedząc, jak się zachować, gdy do bunkra wpadł por. „Zając”. To mnie nieco otrzeźwiło. Krótko zameldowałem: Panie poruczniku, Niemiec coś gada. Oficer przejął ode mnie słuchawkę, po czym szybko oddał mi ją z powrotem, rozkazując: Rozwal ten aparat i naprzód! Wykonałem polecenie – zniszczyłem telefon. Mój dowódca nie czekając na to, co zrobię, w pośpiechu wybiegł na zewnątrz. Również szybko opuściłem bunkier i dołączyłem do reszty. Rzuciliśmy się ku Prypeci.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud12.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 468 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7583923