Zbrodnia UPA w Łanowcach 1944 na Podolu

Potworne zbrodnie. Był rok 1944–styczeń przed Świętami Bożego Narodzenia w kościele greko- katolickim. Przyszedł do mnie chłopak sąsiadów z prośbą o pożyczenie łańcucha na choinkę. Wyjąłem pudło ze strojami. W normalnym czasie stroje te byłyby jeszcze na choince (w naszym domu choinka zawsze była do drugiego lutego). Kiedy wyciągałem łańcuch, Jurko zażądał abym mu oddał wszystkie stroje. Całe pudło. Zapytałem, dlaczego mam mu je dać? A ten niespeszony odrzekł:–Tobie już nie będą potrzebne, bo ciebie już nie będzie.Tej rozmowie przysłuchiwała się moja mama i zapytała:– Jurko o czym ty mówisz? Co to znaczy, że jemu już nie będą potrzebne i jego już nie będzie?–Bo tak się u nas mówi, odpowiedział chłopiec. Was już nie będzie. Was już nie będzie, powtórzył kilka razy i pobiegł z łańcuchem do domu.Powszechnie było wiadome, że mordują Polaków na Wołyniu. Słyszeliśmy o potwornościach tych mordów. Słyszeliśmy również o mordowaniu rodzin polskich na Podolu, lecz to wszystko działo się gdzieś dalej i było poza naszą wioską. Przed świętami Bożego Narodzenia słyszeliśmy o zamordowaniu znanego nam człowieka na drodze do Bilcza Złotego, któremu jak opowiadali świadkowie rozpruto brzuch i włożono chorągiew biało czerwoną oraz kartkę z napisem zawiniłem, bom Polak albo podobnie. Nazwiska tego człowieka dokładnie nie pamiętam, myślę, że nazywał się Dąbrowski lub podobnie i był urzędnikiem urzędu skarbowego oraz akwizytorem plantacji tytoniu.Ten człowiek czasem bywał u nas. Tata plantował tytoń nawet w okresie wojny.Ukraińcy coraz głośniej mówili, że Lachów trzeba przepędzić. Słyszeliśmy od naszych sąsiadów, jakie mieli do nas Polaków pretensje. Jak, myśmy ich gnębili! To znaczy, jak gnębiła ich Polszcza. Oni w tej Polszczy byli tylko chamami i podludźmi, ale nadszedł czas rozrachunku –krzyczeli nam w twarz.Jako sześciolatek( w 1938 roku) widziałem maszerujących Siczowców z ukraińską flagą i tryzubem. Prowadził ich siczowy - dowódca ubrany w strój zielony(?). Miał pas i pasek przez ramię –koalicyjkę i czapkę okrągłą z tryzubem na przedzie. Podnosili ręce jak Niemcy, co widziałem w gazetach i krzyczeli: sława Ukraini. Zapytałem tatę, kto pozwala na to żeby w Polsce byli tacy jak oni? Tata odpowiadał, że na tym polega wolność, lub coś w tym stylu. Byłem oburzony, chociaż nie rozumiałem powagi sprawy.-Ten rozrachunek z wami będzie krwawy- mówiły nawet dzieci ukraińskie, w czasie zabawy z dziećmi polskimi. Wy Polacy musicie opuścić naszą ziemię rodzicielkę.Coraz częściej słyszeliśmy:sława Szuchewyczu, naszemu prowidnykowi, który toporom i ogniem was wypali z tej ziemi. Z naszej ziemi.

Czytaj więcej...

Maria Złoczowska – uratowane dziecko z pacyfikacji Majdanu

 Maria Złoczowska urodziła się w 1933 r. w Majdanie, w powiecie kopyczynieckim. Była jedynym dzieckiem Franciszka i Rozalii (z domu Hapen) Mamczurów.  Dziadkami ze strony matki byli Jan i Maria Hapenowie, natomiast ze strony ojca – Piotr i Rozalia Mamczurowie. Babcia Maria zmarła w roku mojego urodzenia i dziadek został sam. O dziadku Piotrze wiem tylko tyle, że brał udział w I wojnie światowej i walczył na froncie słoweńskim w okolicach rzeki Soczy przeciwko Włochom w szeregach austro-węgierskich” – wspomina pani Maria.

Brat jej ojca – Józef w 1939 r. służył w wojsku przy granicy z ZSRR w 4 Brygadzie Ochrony Pogranicza „Podole” w Batalionie Korpusu Ochrony Pogranicza „Kopyczyńce”. "Wujek opowiadał, że przed wojną w Związku Radzieckim była taka bieda, że ludzie nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo masowo przekraczali granice na Zbruczu. Wielu z nich przypłaciło to życiem, topiąc się w rzece. Uciekali przed stalinowskimi represjami, głodem i w poszukiwaniu pracy poza granicami kraju. Wujek na patrole wychodził razem z psem, którego bardzo lubił. Wilczur był posłuszny i dobrze wyszkolony. Tak się do siebie przywiązali, że po przegranej kampanii wrześniowej wujek zabrał go ze sobą do Majdanu”.

W latach 1930-1932 Franciszek Mamczur służył w „ułanach”(prawdopodobnie w 9 Pułku Ułanów Małopolskich w jednostce w Trembowli). Podczas służby wraz ze swoimi kolegami jeździł na wycinkę drzew, które wykorzystywano do budowy strażnic KOP, umocnień i obiektów wojskowych wzdłuż wschodniej granicy II RP. Matka Rozalia miała troje rodzeństwa: brata Piotra oraz dwie siostry Marię i Katarzynę Maria mieszkała w Oryszkowcach. Wyszła za mąż za Ukraińca Pawła Rybaka, z którym miała dwie córki Aleksandrę i Annę.„Ciotka nie była z nim szczęśliwa. Wyszła za mąż mając 18 lat. Myślała, że jej życie zmieni się na lepsze, bo teściowie mieli gospodarstwo. Tak naprawdę byli biedni jak większość rodzin. Teściowie ciągle się kłócili zaczepiali ciotkę. Cokolwiek by nie zrobiła, zaraz jej to wypominano. Cała ukraińska rodzina była wrogo nastawiona do Polaków, których nienawidzili”.

Ojciec Marii miał dwóch braci Józefa i Michała oraz siostrę Marię.„Michała Sowieci zabrali na Syberię. W 1941 r. wstąpił do armii Andersa, walczył na Bliskim Wschodzie, w północnej Afryce i we Włoszech. Pod koniec wojny trafił do Anglii, gdzie osiadł na stałe. Do zakończenia służby wojskowej pływał na okrętach wojennych. Zmarł na serce, kilka lat po zakończeniu II wojny światowej”.

Rodzina Mamczurów  z Majdanu mieszkała początkowo w starym, drewnianym domu, gdzie zamiast podłogi było klepisko, a dach zrobiony był ze słomy.

Czytaj więcej...

Wyrwać się z tego piekła

Rodzice Czesława Frączka – Jan i Maria z czwórką dzieci (Stefan, Jadwiga, Roman i Julia) przybyli na Wołyń w 1926 r. ze wsi Kamień Puławski w Lubelskiem. Osiedlili się we wsi Zapust Stary w gminie miejskiej Rożyszcze, w powiecie łuckim. To właśnie tu, w tej pięknie położonej wsi w zakolu rzek Styr i Konopelka, Jan Frączek za pieniądze zarobione podczas 7-letniej pracy w stalowni w Detroit (USA), kupił „osiem dziesięcin” ziemi od Niemca Landsmanna. Dysponował wtedy wcale pokaźną kwotą dolarów, ale wcześniej znaczną ich część nieroztropnie utracił! Odbyło się to w przededniu reformy monetarnej mającej na celu zwalczanie hiperinflacji - wprowadzonej przez ministra Władysława Grabskiego 28 kwietnia 1924 r. Jan Frączek, nie przywiązując wagi do wieści dochodzących z „wielkiego świata”, nieopatrznie wymienił swoje ciężko zarobione dolary na markę polską! A dla przykładu - przed reformą walutową knur kosztował 6 mln marek polskich! Natomiast stosunek wymiany marki polskiej na jednego złotego minister Grabski ustalił na 1,8 mln:1!

W 1931 r. urodziło mu się kolejne dziecko, syn Czesław, bohater niniejszego artykułu. We wsi Zapust Stary mieszkało wówczas około 40 rodzin, w tym zaledwie kilka rodzin polskich, ponadto rodziny niemieckie i ukraińskie. Już niedługo po napaści Niemiec hitlerowskich na Rosję Sowiecką, na Wołyniu i Podolu Ukraińcy podjęli starania, by pod bokiem hitlerowców stworzyć „Samostijną Ukrainę”, a gdy to im się nie udało, policja ukraińska i frakcja Stepana Bandery z OUN utworzyła formację zbrojną o nazwie Ukraińska Powstańcza Armia (UPA).

Wkrótce nacjonaliści ukraińscy z OUN-UPA, jak również „bulbowcy” z ugrupowania Tarasa „Bulby” Borowca, rozpoczęli masowe rzezie Polaków zamieszkujących na Wołyniu. Polacy stworzyli własną samoobronę spośród ludności cywilnej oraz oddziałów Armii Krajowej. W pobliskich miastach Rokitno i Dubno oddziały samoobrony były częściowo zakonspirowane i działały na przedmieściach z uwagi na załogi niemieckie. Placówkami samoobrony były także pojedyncze polskie wsie i kolonie, w tym Zapust Stary strzeżony przez lokalną grupę samoobrony. Czesław Frączek często szukał ze swoją rodziną schronienia w tej placówce przed atakami UPA i wiele razy nocował z bratem Romanem na łąkach i w zbożach położonych nad Styrem. Pewnego razu jego brat przeziębił się, zachorował na zapalenie płuc i w 1943 r. zmarł. Miał 21 lat.
Na początku stycznia 1944 r. wojska sowieckie przekroczyły w rejonie miasta Sarny przedwojenną granicę Polski, a w lutym pojawiły się już w Zapuście Starym. Front zatrzymał się na krótko na linii rzeki Styr, po czym krasnoarmiejcy poszli dalej.
W maju 1944 r. do Zapustu Starego wkroczyły oddziały polskie z I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Zakwaterowali się w domach, stodołach i w namiotach rozstawionych na polach. Radość była wielka – Polacy odżyli. Ale w czerwcu 1944 r. wojsko polskie odjechało na front, a we wsi władza sowiecka zaczęła zaprowadzać swoje porządki.

Czytaj więcej...

Fala zabójstw nie ominęła Jasieńca

Alfreda Magdziak przed wojną mieszkała na Wołyniu. Najpierw w Bystrakach nad Bugiem, a potem we wsi Jasiniec w powiecie Horochów. Do dzisiaj z nostalgią wspomina tamte czasy. I piękną krainę beztroskiego dzieciństwa.

„Nasz dom był drewniany, kryty strzechą – mówi. – Budowany w węgły, z grubych pali. Do sieni wchodziło się przez niewielką przybudówkę. Dalej była kuchnia. Obszerna, z masywnym piecem. Pokój – za kuchnią – był tylko jeden. Znacznie bardziej okazałe były zabudowania gospodarskie. Stajnia, obora, stodoła, kurnik. Mieliśmy ponad 12 hektarów ziemi, w tym piękne łąki, i kawałek lasu. A przy samym domu pięły się w górę rozłożyste wiśnie.

Latem chodziłyśmy z siostrami do pobliskich lasów zbierać jagody i poziomki. Jesienią – grzyby. Było tego w naszych stronach mnóstwo. Pamiętam, że podczas tych wypraw lubiłam przystanąć na chwilę, popatrzyć w dal i głęboko wciągnąć w nozdrza zapach Wołynia. Leśnych owoców, wilgotnej leśnej ściółki, polnych kwiatów i pobliskiej rzeki... Nigdy później nie czułam już nic podobnego. Mój Wołyń, moja utracona ojczyzna...".

Nie pamięta, żeby przed wojną dochodziło do jakichś napięć czy konfliktów między Polakami a Ukraińcami. Między katolikami a prawosławnymi. Wprost przeciwnie – sąsiedzkie współżycie układało się według niej harmonijnie. Ludzie sobie pomagali, odwiedzali się przy okazji świąt i innych uroczystości.

„Wszyscy żyliśmy w zgodzie i pokoju – wspomina. – Oczywiście także z naszymi sąsiadami Ukraińcami, których w Bystrakach mieszkały dwie rodziny. Zupełnie nie zwracaliśmy uwagi na to, że ci ludzie są innej nacji. Chodzili sobie do cerkwi. I tylko to odróżniało ich od Polaków".

Wojna brutalnie położyła temu kres. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów dążyła do tego, aby Wołyń po wojnie znalazł się w granicach „samostijnej Ukrainy". Państwo to miało być jednak „czyste jak łza". Czyli pozbawione mniejszości narodowych, przede wszystkim Polaków. W 1943 roku rozpoczęły się mordy.

Fala zabójstw nie ominęła Jasieńca. Na oczach pani Alfredy – wówczas 17-letniej dziewczyny – rozegrała się straszliwa tragedia.

„Leżałam na ziemi – wspomina. – Na twarzy i dłoniach czułam ostre kolce świeżego ścierniska. W ustach gorzki smak piasku, duszący zapach wysuszonej słońcem ziemi. Przede mną znajdował się niewielki płotek, a za nim podwórko naszego domu.

Stał na nim mój tata i dwie moje siostry. Irka i Paulina. Wokół nich uzbrojeni mężczyźni. Część miała broń palną – karabiny, pistolety, część siekiery i noże. Ojciec próbował ich do czegoś przekonywać, prosił. Ale oni nie słuchali. Do moich uszu dolatywały tylko przekleństwa, obelgi".

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud17.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 721 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8677830