To było 30 czerwca 1943 roku

Nazywam się Barbara Krupa z domu Załomska. Moja rodzina od strony mamy i taty wywodzi się znad nadsłuczańskiej Dermanki.
W tym roku zachęcona słowami Ryszarda Marcinkowskiego po raz pierwszy pojechałam do kraju rodzinnego mojej mamy.
Informacje płynące z mediów nie zachęcały do wyjazdu, jednak „coś” ciągnęło mnie do tej ziemi. Ziemi na której przecież się nie urodziłam, jednak tyle o niej słyszałam przy okazji Świąt w rodzinnym domu. 

Temat dalekiej Dermanki wielokrotnie wracał w opowieściach mamy Józefy Załomskiej z domu Bagińskiej: o wielkiej i pięknej wsi nad piękną Słuczą, o trudnym życiu codziennym, o sąsiadach różnych narodów, o pięknym drewnianym kościele w którym wzięła ślub. Było też wspomnienie tragedii jej rodziny, mamy i taty i jej wraz z siostrą cudownym ocaleniu.
Dotarłam do Dermanki wraz z Towarzystwem Miłośników Kultury Kresowej 25 lipca. Dziś Dermanka bardziej przypomina wielką polanę z rozrzuconymi na niej pojedynczymi domami, czy też jak je nazywając hutorami.
Długo nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Gdzie ta piękna, gwarna wieś? Jedynie Słucz się nie zmieniła..
Zmieniły się drogi, wyrosły nowe drzewa, jedynie gdzieniegdzie pozostały zdziczałe drzewa owocowe i ślady zabudowań. Po dłuższych poszukiwaniach trafiłam na ślad kościoła, po którym pozostały jedynie kamienne schody, przewrócony zgniły krzyż powoli rozpadający się w trawie.

Wydawało mi się że odnalezienie chociażby śladu po domu moich dziadków jest niemożliwe. A jednak..

Dalej chyba sam Bóg nas poprowadził.

Kiedy już wracaliśmy w kierunku Ludwipola, przypadkowo spotkani ludzie – Ukraińcy - pomogli nam znaleźć drogę na cmentarz. Chłopiec który dopiero co wrócił z Rosji, z pracy, wskazał nam drogę, jak on to sam mówił, na „polskije mohiłki”.

Ostatni raz był tam dawno, więc nic dziwnego, że trochę pobłądził i w efekcie trafiliśmy do chaty bartników ,kilkaset metrów oddalonej od cmentarza.
Mieszkająca tam sparaliżowana kobieta, mająca ponad 90 lat z niesamowitą radością nas powitała. Wspominała moich bliskich, czasy do wojny, pogrzeb marszałka Piłsudskiego. Jak mówiła: „jakby nie wojna to żyliśmy jak jedna ręka”.
Jej syn zaproponował, że zaprowadzi nas na cmentarz ,gdzie jego rodzice pochowali swoich sąsiadów Polaków w 1943 r. zamordowanych przez banderowców.

Na cmentarzu stoją dwa wielkie krzyże po przeciwstawnych stronach. Na tym znajdującym się najbliżej drogi jest napis „1943” i mieszanymi alfabetami polskim i ukraińskim wydłubane imiona i nazwiska tam pochowanych moich dziadków :„Bagins..Franc, Marjan”.

30 czerwca 1943 roku banderowcy idący od Marynina kolejno mordowali mieszkańców Dermanki - wśród nich moich dziadków.

Czytaj więcej...

U Babci w Zasmykach

 Urodziłam się w Kowlu dnia 20 stycznia 1927 roku. Lata dziecięce spędziłam z rodzicami i bratem Stanisławem. Mając osiem lat przenieśliśmy się z rodzina do Radomia. Tu ukończyłam szkołę powszechną i w 1939 roku zdałam do gimnazjum. W tym też roku wyjechałam na wakacje z Mamusią i bratem do Babci na Wołyń do Zasmyk k/Kowla. Tatuś pozostał w Radomiu - pracował na kolei. Cały okres wojny spędziłam na wsi u Babci w Zasmykach. Były to dla nas lata bardzo trudne i ciężkie. Tatuś - w czasie drugiej wyprawy z Radomia do nas na Wołyń - został przez Niemców aresztowany, a w 1942 roku zginął na Zamku w Lublinie. Był to dla nas okropny cios. W roku 1943 zaczęły do nas docierać wiadomości o mordowaniu pojedynczych rodzin Polaków przez bandy ukraińskich nacjonalistów (UPA), a następnie o paleniu i mordach całych wiosek i kolonii zamieszkałych przez Polaków. Zasmyki były kolonią zamieszkałą tylko przez Polaków - kilkadziesiąt rodzin - domy ciągnęły się na przestrzeni 5-ciu km. Była tam piękna duża szkoła, nowy duży kościół, gdzie kwitło życie kulturalne młodzieży z Zasmyk i okolicznych polskich wiosek. W 1943 roku delegacje Ukraińców kilkakrotnie przyjeżdżały do Zasmyk na tzw. „Razgawory” po to tylko aby wprowadzić Polaków w błąd i wybadać co dzieje się we wsi. W lipcu 1943 roku powołano w Zasmykach Samoobronę w celu zabezpieczenia mieszkańców oraz uciekinierów z sąsiednich wiosek. 31 sierpnia 1943 roku Oddział por. Jastrzębia” stoczył pierwszą walkę z bandami UPA pod Gruszów ką (wieś sąsiadująca z Zasmykami). Była to walka decydująca o naszym życiu i bezpieczeństwie. Ukraińcy byli już od dawna przygotowani do napadu na Zasmyki - ale nie zdążyli. Całe ich „gniazdo” z ogromną ilością broni zostało całkowicie rozgromione. Po tej pierwszej zwycięskiej bitwie zaczęły napływać do Zasmyk uzbrojone grupy Polaków. Komenda AK - Okręg Wołyń w Kowlu oddelegowała do Zasmyk wyszkolonych dowódców wojskowych. Zaczęto tworzyć pododdziały, oddziały i bataliony wojskowe.

Młode dziewczęta zgłaszały się na ochotnika do służby sanitarnej. Dr Grzegorz Fedorowski „ G ry f’ zorganizował w Kupiczowie kurs sanitarny - uczęszczało tam kilkanaście młodych dziewcząt i kilku chłopców - ja także go ukończyłam. Po złożonej przysiędze wybrałam pseudonim „Szarotka” . Wiedza jak ą zdobyłam na kursie okazała się bardzo przydatna w czasie napadu Ukraińców i band UPA na Radomie, Janówkę i Zasmyki w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia (25 grudnia 1943 r.) Udzielałam pierwszej pomocy rannym mieszkańcom w/w wiosek, których zwoziliśmy do szkoły i tam układaliśmy na podłodze, gdzie oczekiwali na pomoc lekarza lub księdza z Panem Bogiem. Na szczęście nasze oddziały partyzanckie dotarły na czas, dzięki czemu Zasmyki ocalały. Tuż po Nowym Roku 1944 wyjechałam z Mamusią bratem i dalszą rodziną do Kupiczowa (8 km od Zasmyk). Tam przyjęli nas do swych domów Czesi - znajomi Babci.

Czytaj więcej...

3 maja1943 r. był dniem ostatnim dla mieszkańców wsi Kąty

Urodziłem się w 1939 r. we wsi Kąty, pow. Krzemieniec. Na początku 1943 r. do mieszkańców wsi zaczęły dochodzić wieści o masowych mordach gwałtach, grabieżach i pożarach w okolicznych miejscowościach dokonywanych przez banderowców i bandy UPA. Miejscowy ksiądz i kilku mężczyzn – mieszkańców Kątów – postanowili zorganizować samoobronę wykorzystując do tego celu budynek kościoła i szkoły dla ochrony kobiet i dzieci całej parafii przed ukraińską rzezią. W wielkiej tajemnicy z trudem zdobyto kilka sztuk broni i amunicji. W w/w budynkach zamurowano okna, zabezpieczono drzwi, wyklejono gliną łatwopalne części budynków. Ponieważ napady na polskie wsie odbywały się głównie nocą, dlatego już na początku kwietnia 1943 r. postanowiono, że każdą noc kobiety z dziećmi będą spędzać w chronionych budynkach. W dzień wszyscy wracali do swoich gospodarstw. Dzień 3 maja1943 r. był dniem ostatnim dla mieszkańców wsi Kąty. W nocy nastąpił atak band ukraińskich. Rozpoczęto najpierw grabić, potem palić wszystkie budynki polskich rodzin, a w końcu napadli na budynki, w których schronili się mieszkańcy kilku wsi. Dzięki wielkiemu męstwu obrońców, Ukraińcom nie udało się do rana przełamać oporu Polaków. Tak uratowało się około dwóch tysięcy mieszkańców, w tym wiele dzieci. Nie było jednak już do czego wracać, zamiast budynków, dobytku i inwentarza zostały tylko dymiące pogorzeliska. Zniszczenia budynków, w których chronili się mieszkańcy i brak amunicji nie dawały szansy na dalszą skuteczną obronę. Żeby ratować życie mieszkańców i nie dać szansy Ukraińcom dokończyć rzezi następnej nocy (bo tak zawsze robili wracając), wszyscy wyrazili zgodę na pieszą wędrówkę zorganizowaną kolumną do Krzemieńca. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, byłem czteroletnim dzieckiem, że Niemcy dali nam swoją ochronę i wyposażyli polskich mężczyzn w broń dla obrony maszerujących przed ewentualnymi atakami band ukraińskich. Po dwóch dniach z przerwą nocną w Szumsku dotarliśmy do Krzemieńca. Rozmieszczono nas w różnych budynkach, dużo było wolnych po wcześniej wymordowanych Żydach. Uratowaliśmy życie, nie mieliśmy jednak środków do życia: jedzenia, pieniędzy, odzieży, rodzice pracy, żadnych dokumentów tożsamości ani dokumentów posiadania gospodarstwa itp. (...) Konsekwencją życia w głodzie w brudzie była epidemia tyfusu, na który jedna z moich sióstr zmarła. Ponieważ Mordy na Wołyniu szerzyły się coraz bardziej i coraz więcej ludzi przybywało do Krzemieńca potrzebujących pomocy, postanowiono znowu przy pomocy Niemców zorganizować transport dzieci do Krakowa. Do pierwszego transportu samochodowego zabrano dzieci wymagające szybkiej pomocy. W ten sposób już w pierwszym transporcie dotarłem z mamą i rodzeństwem do Krakowa. Mimo okupacji w Krakowie działała Rada Główna Opiekuńcza, która zleciła pani Klimaszewskiej nauczycielce Uniwersytetu jagiellońskiego zorganizowanie Domu Dziecka w Piaskowej Skale. Tam przebywaliśmy aż do wyzwolenia.

Czytaj więcej...

Ukraińcy zaatakowali Gurów 11 lipca

Regina, najmłodsza córka Bolesława i Stanisławy Barszczów, wyszła za mąż za Stefana Stankiewicza, który pochodził z Witoldówki, położonej niedaleko Gurowa. Po paru latach pobudowali się w sąsiedztwie rodziców w Gurowie. Ich spokojne życie zakłócił wybuch wojny. Halina Adamowicz opowiada, że jak „zaczynała się wojna i zbliżał się front, przywiózł dziadek [do siebie] znajomą aptekarkę [Żydówkę] z Włodzimierza. […] Mieszkała u dziadka. Spała w kuchni z córką. Dziewczynka miała na imię Giza, a chłopiec [syn aptekarki] Aleksander. Aluś. Chłopiec był w moim wieku, a dziewczynka była młodsza”. Bolesław Barszcz sprowadził do siebie również syna – Zygmunta. „W drugim pokoju mieszkali mój wujek i wujenka. Wujenka była nauczycielką. Mieli dwóch synów. […] Wujek pracował we Włodzimierzu. Był kierownikiem tartaku. A wujenka uczyła. A że zbliżała się wojna, wszyscy uciekali, gdzie kto mógł. Więc dziadek zabrał ich z Włodzimierza”. W 1943 roku do Gurowa docierały niepokojące sygnały o ukraińskich atakach na polskie wioski. Halina Adamowicz wspomina: „Ukraińcy zamordowali [organistę] Łupkowskiego. Przyszli w nocy. Zabrali go. Zaprowadzili do lasu. Strasznie skatowali i drutem powiązali nogi i ręce. […] Po pogrzebie [organisty] za niecały tydzień przyszli i zabili kowala i dwóch [jego] synów [ze wsi Nowiny]. [...] Działo się to przed żniwami. Zboża były wysokie, urodzajne. Mężczyźni chowali się po zbożach. Tatuś nie nocował w domu, tylko nocował w zbożu. A do nas przychodziła mama mamusi i nocowała z nami, bo mamusia bardzo się bała [zostawać] sama z nami dziećmi. […] Spaliśmy w kuchni”. Ukraińcy zaatakowali Gurów 11 lipca. Starsza z sióstr wspomina, że atak nastąpił „koło drugiej w nocy. Na podwórko wjechał wóz. Nasz pies zaczął ujadać. Zastrzelili psa. Było słychać strzał. Zaczęli hałasować, walić w drzwi. Mamusia się strasznie przestraszyła. No, i babcia mówi: »Otwórz«. Mamusia otworzyła drzwi. Pierwsze słowa, które usłyszała od nich: »Gdzie jest twój mąż?«. Mamusia mówi, że poszedł do brata, bo tak się umawiali z tatusiem. W domu wtedy była mamusia, babcia, siostra Natalia i najmłodsza moja siostra Jadwiga w kołysce. Ukraińcy weszli. Jeden miał karabin, a drugi miał naszą siekierę. Najpierw strzelił do tej malutkiej, co w kołysce leżała. Zastrzelił ją. Później strzelił do mnie i do Natalii. Mnie przestrzelił kciuk, a siostrze lewe przedramię. Myśmy się nic nie odzywały. Oni myśleli, że my już nie żyjemy, i wyszli”. Natalia Oręziak dopowiada: „Jak się obudziłam, to siostra [Halina] siedziała nade mną. Całe łóżko [było] we krwi. Siostra siedzi nade mną, płacze i mówi: »Chodź, pójdziemy do dziadków«. To było bliziutko. [Była] taka wydeptana ścieżka przez ogrody, przez zboże do dziadka […] może 100–150 metrów. Wychodzimy [z domu]. Płaczemy”. Halina Adamowicz przypomina sobie, że wychodząc z mieszkania, usłyszały tętent koni. Dziewczynki ukryły się wówczas w grzędzie maku w pobliżu stodoły. Gdy tętent ucichł, przez zboża ruszyły w kierunku zabudowań dziadka. Kiedy dotarły do domu dziadków i weszły do kuchni, zobaczyły na łóżku zabitą aptekarkę i jej córkę, a obok w pokoju znalazły martwą ciocię z synami. Nie było jednak pozostałych domowników.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud7.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 771 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
9000264