Zagłada Kołodna -14 lipca 1943 r.

 Z chwilą wkroczenia na nasze tereny Niemców powstają oddziały policji ukraińskiej, które były potrzebne w dużej mierze do wyniszczenia – jako pierwszej – ludności żydowskiej, a Polaków, przeważnie mężczyzn, wywożono do Niemiec na przymusowe roboty. I tak pozostają tylko, przeważnie z ludności polskiej, nieliczni mężczyźni, którzy mogliby zorganizować cokolwiek. I zaraz po wyniszczeniu Żydów, rozpoczęto likwidację – wówczas już nielicznej części – mężczyzn, którzy by mogli cokolwiek zorganizować. I tak, już wiosną roku 1942 rozpowszechnia się wiadomość, że powstała ukraińska nacjonalistyczna armia i zaczyna się jej działanie na tle mordów pojedynczych albo grupowych, ale jeszcze nie masowych, takich osób, jak księża, nauczyciele, byli sołtysi itd. Po prostu [Ukraińcy] prowadzą takie działanie, ażeby ludność polską zastraszyć. Nadmieniam, że moja miejscowość, gdzie mieszkałem – Kołodno – była miejscowością, w której mieszkało wielkie skupisko narodowości polskiej. Ponadto była to miejscowość, w której odbywały się wszystkie uroczystości państwowe, pomimo że gmina mieściła się w miejscowości Zarudzie [gm. Kołodno], ale Kołodno to była najbardziej aktywna miejscowość. Mieliśmy w niej kościół, pałac hrabiowski, posterunek policji, szkołę podstawową, dom ludowy, przychodnię lekarską, no i były również dwie cerkwie prawosławne, ukraiński dom ludowy, dwa młyny, kilkanaście sklepów spożywczych, sklep mięsny, piekarnia, kilkanaście warsztatów rzemieślniczych jak kowalstwo, stolarstwo, szewstwo, krawiectwo – dlatego [też] i te wydarzenia tragiczne rozpoczynały się od naszej miejscowości. I tak, wczesną wiosną roku 1943 rozstrzelano czterech mężczyzn w sposób bestialski. W nocy skrępowano im ręce drutem kolczastym, a ciała ofiar przywiązano do słupów telefonicznych powrozami w okolicy kościoła parafialnego i pałacu, po czym zastrzelono ich z bliskiej odległości w czoło głowy. Między tymi ofiarami było dwóch Polaków z sąsiednich wiosek oraz dwóch Rosjan, którzy zostali w tej okolicy jako jeńcy z roku 1941 i nad każdym z tych zastrzelonych wisiał napis, że wykonała to armia ukraińska i że ciała można będzie odwiązać i pogrzebać dopiero po 48 godzinach, i że to jest przestroga dla tych, którzy będą chcieli działać przeciw tej armii.

Czytaj więcej...

.Złapał mnie za nogi i uderzył głową o drzewo......

(…) [Odnośnie zbrodni ukraińskich, to] wiem tylko dobrze o swojej rodzinie. W czasie pacyfikacji Marianówki został zamordowany Józef Dąbrowski w następujący sposób: odrąbano mu jedną rękę, związano go drutem kolczastym i utopiono w studni. Żonę jego Józefę Dąbrowską zamordowano w podobny sposób z tym, że wycięto pierś, związano drutem kolczastym i utopiono w studni (wieszając ich głowami w dół). Pomordowani byli powiadomieni, tak jak inni mieszkańcy wsi, że wieś dzisiaj będzie spalona, a ludzie [zostaną] wymordowani, ale oni nie chcieli uciekać, mówiąc: tu jest nasz majątek i nigdzie nie pójdziemy. Syn ich, a mój wujek (tj. mąż siostry mojego ojca) znalazł ich w ten sposób zamordowanych. Na wsi była tam jeszcze jedna osoba zamordowana, [miała] wydłubane oczy, wycięty język i [była] przywiązana drutem kolczastym do drzewa (głową w dół), tylko ja nie pamiętam [jej] nazwiska. (…) A moja osobista tragedia rozpoczęła się również w tym samym czasie w Marianówce. 12-letni chłopiec Ukrainiec, bawiąc się z naszymi dziećmi, wygadał się, że dzisiaj Marianówka będzie spalona, słyszał jak jego rodzice w domu [o tym] rozmawiali. Dzieci szybko powiadomiły rodziców, tak, że cała wieś dowiedziała się. Każdy, co mógł zabrać z domu, ładował na wóz, tj. żywność, odzież, małe dzieci, osoby starsze i uciekał, jak najdalej w pole. [Ludzie] uciekali gromadami, pojedynczo – jak kto uważał. Ojciec mój zabrał pościel i odzież, a mama miała zabrać żywność, w panice straciła głowę i nie zabrała nic do jedzenia ani picia, tylko trzy talerzyki. Mama wzięła na ręce mojego młodszego brata (1,5 roku), a ojciec mnie (3 lata) i tak uciekali, wozy zostawiając z dala od siebie w innym miejscu, a sami siedzieli w zbożu. Po pewnym czasie dzieci były głodne i wtedy ojciec zobaczył, że na wozie nie ma nic do jedzenia, musiał wracać do wsi, niosąc mnie na ręku (rodzice nie rozstawali się z dziećmi nawet na moment).

Czytaj więcej...

Dopiero za Bugiem poczuliśmy się bezpieczni

  Zofia Kowalczyk ma dzisiaj ponad 85 lat. Mieszka w kamienicy w centrum Rzeszowa. Ale serce i pamięć pozostały w maleńkiej kolonii Świętocin na Wołyniu. Tu pani Zofia urodziła się, spędzała szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo. Stąd też w 1943 roku musiała wraz z rodziną uciekać przed oddziałami Ukraińskiej Powstańczej Armii, rugującymi Polaków z ich gospodarstw na dawnych kresach II Rzeczypospolitej.  Pani Zofia z sentymentem wspomina swoje dzieciństwo. Jej tato – Karol – był wojskowym. Mieli czterohektarowe gospodarstwo, świnie, krowy. Ojciec z wojska wyniósł zamiłowanie do koni, które hodował na zawody jeździeckie. W okolicy mieszkała liczna rodzina, gospodarująca na swoim. Każdy wzajemnie sobie pomagał. Wspólnie obchodziło się święta, maszerowało do oddalonych o kilkanaście kilometrów kościoła i cerkwi.  – Żyło nam się bardzo dobrze. Niczego nie brakowało, ani jedzenia, ani miłości w domu. Żyło się spokojnie  – wspomina Zofia Kowalczyk. Młodzi posługiwali się językiem polskim, w przeciwieństwie do starszych, którzy na co dzień używali ukraińskiego. W okolicy żyło też kilku Żydów, jeden miał sklep, inny woził naftę i cukierki. Wszyscy zginęli z rąk Ukraińców jeszcze przed rozpoczęciem rzezi na Polakach.   Pani Zofia wspomina, że obecności Niemców w okolicy w ogóle się nie odczuwało. Garnizony stały jedynie w miastach, we Włodzimierzu, Kowlu, Maciejowie. W teren praktycznie się nie zapuszczali. Bali się. We wsiach rządzili Ukraińcy, którzy po wkroczeniu hitlerowców przejęli faktyczną władzę administracyjną na tych terenach. Wojna jednak jeszcze jakby omijała okolicę. Najbardziej widocznym znakiem zawieruchy był los miejscowych Żydów, masakrowanych już od chwili wejścia Niemców. Pani Zofia do dzisiaj ma przed oczami widok ciał dwóch pięknych, młodych Żydówek. Podobno pochodziły z Warszawy, tu być może szukały schronienia. Gdy je rozpoznano, najpierw zgwałcono, potem bestialsko zabito.

Czytaj więcej...

Banderowcy wymordowali mi rodzinę

Urodziłam się 26 lipca 1940 roku we wsi Gucin, położonej w gminie Grzybowica, w powiecie Włodzimierz, w województwie wołyńskim. Moi rodzice wzięli ślub w 1938 roku. W czasie okupacji, ojciec Jan Koch był w partyzantce, a dziadek Władysław Kossowski, był żołnierzem legionów, dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego. W roku 1920 moja rodzina została przeniesiona z okolic Lublina do wsi Gucin, gdzie ojciec został rolnikiem. I tak wyglądało nasze życie do momentu aż pewnego dnia na naszą miejscowość napadli ukraińscy zbrodniarze. Od lutego 1943 roku na terenach Wołynia zaczęli grasować bandyci z UPA. Kilka dni przed napaścią mój ojciec został upomniany, by zabrał rodzinę i opuścił ziemię, bo inaczej wszyscy zostaną wymordowani. Ale ojciec, widząc przed domem kołyszące się łany zboża, stwierdził, że tu jest jego miejsce na ziemi i że nie zamierza stąd odejść. Przyszła niedziela, 11 lipca 1943 roku zostaliśmy znienacka napadnięci przez Ukraińców, którzy w bestialski sposób zaczęli mordować mieszkańców wsi. Były siekiery, noże, sztylety, wszystko, co tylko się dało. Podobno jeden z napastników, dźgał ludzi, jadąc na koniu. Ja jako trzyletnie dziecko, zostałam uderzona siekierą w głowę na wysokości opony mózgowej. Dziadek Władysław, babcia Bronisława, moja siostrzyczka Wiesia oraz ciocia Janina i wujek Roman zostali spaleni żywcem w stodole. Natomiast ojciec Jan został przywiązany do studni i zadźgany sztyletami, a półtoraroczny braciszek Boguś przecięty na pół. Jako jedyna z całej rodziny przeżyłam Rzeź Wołyńską.  Niestety nie wiem kim była osoba, która uratowała mi życie. Najprawdopodobniej był to człowiek z partyzantki, którego wysłano na zwiady. Rannych odwożono do szpitala, martwych chowano. Zalaną krwią i nieprzytomną odnalazł mnie wśród trupów. Wziął mnie na barana, by przedostać na wolniejszą strefę. Szliśmy nocą między krzakami, polami, bo tylko i wyłącznie nocą mógł się tam ze mną przedostać. Bał się, żeby i jego nie zbrodniarze nie dopadli.

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 446 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4806470