Relacja Jadwigi Majewskiej, urodzonej w 1933 r. w Hucie Stepańskiej na Wołyniu

Ciągle wracam do tych wydarzeń z 16 lipca 1943 r., jak musieliśmy się wszyscy zgromadzić w szkole. To była ta słynna samoobrona, to był początek obrony. W szkole było bardzo dużo ludzi, także spoza Huty Stepańskiej. […] Byliśmy tam do 18 lipca, a potem wyszedł rozkaz, żeby się wycofać do Sarn, bliżej kolei, tam gdzie byli Niemcy. Został zorganizowany sposób ewakuacji. Szybko wróciliśmy do domu, każdy co mógł, to wziął. Tylko ja nie zdążyłam wejść na furmankę, bo postanowiłam jeszcze wrócić do domu po mój obrazek, który dostałam na I komunię. Biegłam za furmanką, ale było bardzo dużo ludzi. Bardzo dużo widziałam, biegnąc, za furmanką. Mama krzyczała i wyciągała ręce, żeby mnie wciągnąć na ten wóz, ale nie zdążyłam, bo straszny tłum był. Widziałam bardzo dużo pomordowanych. Pamiętam, że napadnięto na nas w trakcie tego wycofywania się. Jak słyszałam te krzyki i strzały banderowców: „Ura, ura, rezać Lachiw”, to ja ze strachu przeskoczyłam przez rów, bo zobaczyłam, że niektórzy uciekają do lasu. […] Tam zgubiłam but i ten obrazek. Uciekałam w sukieneczce, w której byłam przyjęta do I komunii, tylko przefarbowanej na niebiesko. […] Zobaczyłam wtedy kobietę z rozciętym brzuchem, nieżywą, przy niej dziecko siedziało, płakało. Widziałam też innych martwych ludzi. Gdy biegłam do lasu, zobaczyłam mojego wujka, brata ojca, który biegł z narzeczoną – złapała mnie za rękę i tak żeśmy szli dzień, noc i jeszcze dzień, aż do Sarn. […] Pamiętam, że jak wycofywaliśmy się z Huty tą trasą, to po bokach byli nasi partyzanci i osłaniali. […] Było tam wielu zgromadzonych uciekinierów. Rozeszła się wiadomość, że wszyscy z taboru zginęli. Byliśmy przekonani, że moi rodzice również. Z tych Sarn pod opieką ciotki i wujka dotarliśmy koleją do Równego, właziło się na wagony z węglem, które jechały z głębi Rosji do Niemiec.

Czytaj więcej...

Daniłówka, Wołyń 1943 r.

Daniłówka była typowym futorem. Ledwie kilkanaście chat i tylko parę rodzin ukraińskich i polskich. Nikt nie odróżniał kto jest kim. Jedni drugim się kłaniali, jedni drugich prosili na wesela, a na przednówku jeden drugiego wspierał ziemniakami albo chlebem. Tak było do czasu, aż na niebie pojawiły się łuny. Ledwie puścił mróz a śnieg trochę stopniał, kiedy Przytomscy zaczęli wchodzić na wzgórze za domem. Franek wspinał się za rodzicami i stał z nimi w ciemnościach. Okolica była poszarpana, pełna nierówności, wąwozów, górek. To łąka, to las. Powietrze czyste. Głos niósł się z daleka. Cisza, a tu nagle rozlegał się strzał. Trochę jak grzmot. Tylko chmurki żadnej nie było na niebie. Potem drugi. Kanonada i krzyki. A potem pojawiały się łuny. Żarzyły się aż do świtu. Franciszek nasłuchiwał, ale wydawało mu się, że to dzieje się gdzieś daleko. U stóp wzgórza stał pogrążony w ciemnościach i zaspany futor. Kiedyś matka zobaczyła łunę inną niż wszystkie. Jakby krzyż na niebie. Może banderowcy palili jakąś wioskę, w której chaty były tak ustawione? A może to tylko wyobraźnia? Od tej pory mówili między sobą, że wydarzy się coś złego. Ojciec wbił w futrynę cztery podkowy, przez drzwi przełożył gruby drąg. – Gdyby ktoś nieproszony chciał wejść do środka, to teraz tylko przez okno, a wtedy siekierą przez łeb i trup. Żaden się nie odważy. Chyba, że poleją naftą. To wtedy koniec. Na ogień ratunku nie ma – tłumaczył. Banderowcy od pewnego czasu bywali we wsi i w dzień, i w nocy. Kiedyś przyszło ze dwudziestu. Grzecznie poprosili o nocleg. W chałupie by się nie zmieścili, więc Przytomski przyszykował im legowiska w stodole. Zaniósł chleb, wodę i trochę ziemniaków z olejem. Z początkiem marca we wsi rozeszła się wieść, że Staszek Krasicki, kuzyn Franka, ma ukrytą broń. Nikt nie wie ile w tym było prawdy, ale któregoś dnia banderowcy zabrali go do Majdanu na przesłuchanie. Trochę go postraszyli, trochę obili, ale jeszcze tego samego dnia puścili wolno. Kiedy chłopak wracał, powiedział Polakom pracującym w lesie, że jak będą słyszeć strzały, to mają uciekać. – Banderowcy szykują się na Polaków – ostrzegał. Sam wrócił do chałupy i położył się spać na piecu. A oni przyszli po zmroku. Walili do drzwi, uciekł do sadu. Ale tam już czekało kilku.

Czytaj więcej...

Relacja Kazimierza Kobylarza, urodzonego w 1928 r. w Woli Żelakowskiej

W roku 1935 wyjechaliśmy całą rodziną na wschodnie Kresy do miejscowości Osada Ułanówka powiat Włodzimierz Wołyński. […] To był 12 lipca 1943 r., tak zapisałem w swoich notatkach, godzina mogła być 16. Zaczęła się palić okoliczna wioska Maria Wola, graniczyła z Ułanówką. Poszła tam moja siostra z koleżanką Martykówną do krawcowej przymierzyć jakieś tam kostiumy. Ale już nie wróciła. […] Uciekliśmy razem z gospodarstwa: ojciec, matka, bratanek, ja i starszy brat Tadzik i brat Staszek. Uciekliśmy, na górce mieszkaliśmy, na dół w zboża. Tam żeśmy się ukryli. Ale było słychać strzały, jakieś jęki gdzieś daleko, w tych domach. I ojciec się zorientował, że to jest coś niebezpiecznego. Zarządził, że my zostajemy w zbożu, a ojciec wraca z powrotem z matką i z bratankiem. Wracają i koło Kulisza, to był Ukrainiec […]. Przechodzili takim kręgiem i naraz ktoś ich zatrzymuje. Zatrzymuje ich jeden człowiek z karabinem i obok szedł ten Kulisz. A Sikorska, sąsiadka, ukryła się w wysokich konopiach koło drogi i słyszy rozmowę. Ci bandyci kazali podnieść im ręce. Sikorska słyszy, jak ojciec mój mówi: „Pozwólcie opuścić im ręce, ja będę trzymał”. Wtedy wyprowadzili ich na górę i zaprowadzili na naszą posesję gospodarczą. A myśmy w międzyczasie wczołgali się pod niemiecki cmentarz, niedaleko, to było w okolicy domu. Naraz słyszymy krzyk ojca: „O Jezus Maria”. I chyba tak z dwa razy krzyknął i cisza. Strzału nie było. Za chwileczkę słyszymy, jakby głos ukraiński: „I dał co by ona perekynułas” [przewróciła się]. Coś takiego. I był strzał. O bratanku nie słyszeliśmy. Więc jak już był ten strzał i ojciec krzyknął, to my spod tego cmentarza niemieckiego czołgaliśmy się, żeby ewentualnie pomóc ojcu. W międzyczasie przechodzimy i jest droga, co koło Kulisza idzie. Tam jeszcze brat Wojciech mieszkał, ale on uciekł z dziećmi, miał dwoje dzieci, jedno miało dwa latka, drugie cztery, zdaje się, że ze swoją teściową. I słyszymy „rechotanie” szprych jezdnych, konnych i jedzie ich cała kawalkada.

Czytaj więcej...

Radowicze- Przed pojawieniem się łun nad Wołyniem

Zapada czerwcowy zmrok. Na pobliskich łąkach i polach, widocznych przez szybę, ściele się powłóczysta mgła. Bliski płaczu stoję na taborecie przy oknie i wypatruję powrotu rodziców, którzy od świtu do zmroku pracują w polu. Samotny komar brzęczy żałośnie, co mnie przyprawia o jeszcze bardziej tęskny nastrój. Jako pięcioletni malec z młodszą o dwa lata siostrą siedzimy całymi dniami w zamkniętym na klucz domu, mając za towarzyszy zabawy małe kocięta. Teraz siostra śpi w kącie z przytulonymi do niej czworonogami, utrudzonymi całodziennymi harcami. W gęstniejącym zmroku rozlega się wreszcie brzęk wleczonych przez krowy łańcuchów i głos mamy karcącej żarłoczną Kalinę, która korzystając z ostatniej okazji wyszarpuje przydrożną trawę. Wieczorne dojenie krów to prawie obrzęd. Mistrzynią ceremonii jest oczywiście mama. Obok niej stoi kolejka zgłodniałych: ja z siostrą, kotka z maluchami i Mopsik, spuszczony na noc z łańcucha. Po kolacji, składającej się z mleka i chleba, zasypiamy z siostrą kamiennym snem, ale rodzice długo jeszcze krzątają się w obejściu, by następnego dnia znowu wstać o świcie do ciężkiej pracy. Życie osadników kresowych w tamtych trudnych, kryzysowych czasach było wyjątkowo twarde, wymagało wiele znoju i mozołu, by utrzymać rodzinę, zapłacić podatki czy raty za kupiony grunt i odłożyć trochę grosza na budowę dachu nad głową. Dziadkowie, Jan i Dominika Sobczykowie, rodzice mamy, przybyli na Wołyń w 1922 roku. We wsi Radowicze, gmina Turzysk koło Kowla, kupili kilkanaście hektarów podmokłego, olszowego lasu, który w ciągu kilku lat zamienili w uprawne pola i użyteczne łąki. Postawili budynki i założyli wiśniowy sad, który stopniowo poszerzali o inne drzewa i krzewy owocowe. Dzięki wytężonej pracy wszystkich członków rodziny wkrótce zapewnili sobie znośne warunki bytowania. Rodzina dziadków była liczna. Dwaj synowie zostali w Kongresówce – Feliks administrował majątkiem hr. Gutowskiego w Krasnem koło Rejowca, a Kazimierz zatrudnił się jako ślusarz w Starachowickich Zakładach Zbrojeniowych.

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud12.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 447 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4806470