Co ja zapamiętałem z tamtych Świąt

24.12.1943r. gdy zaczęła robić się szarówka, siadłem z rodzicami do kolacji i opłatka.Po tradycyjnej kolacji sprawdziłem karabin, krótki mauzer-radomka, posiadana amunicja do kieszeni i poszedłem na placówkę.Pamiętam, noc robiła się widna i mroźna.Śnieg pod stopami śpiewał.Wyznaczono mnie na pierwszą oddaloną o około 200 m. wartę. Drugi posterunek był przy domu.Reszta mogła spać na słomie posłanej na podłodze.Noc przebiegła spokojnie.Zmiana całej nocnej warty nastąpiła koło 4-tej.To było związane z pasterką, która miała być o 5-tej.Na wiosce był ruch, w zagrodach karmiono zwierzęta.Ja coś tam przegryzłem i prawie ubrany na wyrku zasnąłem.Obudziło mnie szarpanie i krzyk matki i bliskie strzały.Gdy wybiegłem na ulicę, słyszałem gwizd pocisków.Ojciec zaprzęgał konie do sań, a mama ładowała tobołki.Pobiegłem na głos strzałów , które padały z przodu i z Zasmyk. Z początku myślałem, że ta tyraliera to idąca pomoc z Zasmyk. Szybko okazało się, że to banderowcy idący drogą z Piórkowicz.Ich strzały padały nam z tyłu.Druga grupa banderowców z CKM-em szła drogą jeziorną.Chcieli zamknąć drogę wycofania się.Obok mnie był Grochowski Stanisław, Mazur-"Jaskółka" i jeszcze kilku,ale kto nie pamiętam . Naszym zadaniem było zatrzymać skrzydło banderowców idących z Piórkowicz. Co się nam udało. Dlatego z Janówki zginęła jedna cywilna osoba,moja babka Lenkowska, która mieszkała u syna Frankowskiego. Około 25 osób cywilnych zginęło na lodzie jeziora.Byli to ludzie z Batynia i inni tam mieszkający.Na Radomlu zginęło 42 osoby.Na pewno by zginęło z Janówki więcej, ale dużo było w Zasmykach na pasterce i to, że zatrzymaliśmy otaczających nas.

Czytaj więcej...

Gdybym o Nich zapomniał..........

Jak przez wiele miesięcy, tak i w wigilijną noc zasypialiśmy z dręczącym niepokojem o przyszłość. Wczesnym rankiem dotarła do nas alarmująca i przerażająca wieść: na sąsiadujące z Zasmykami kolonie Radomie i Janówka napadli banderowcy i zbliżają się do Zasmyk. Zza pobliskich olszyn dochodziła do nas przybierająca na sile strzelanina, w niebo wzbijały się słupy czarnego dymu płoną- cych w Janowce zabudowań. W szalonym, gorączkowym pośpiechu zebraliśmy się do ucieczki. Nasz naprędce i byle jak załadowany wóz z ciężko chorą mamą dołączył do długiego już szeregu wozów i sań z biegnącymi obok ludźmi, głównie starcami, kobietami i dziećmi. Tabor ciągnął pośpiesznie w stronę lityńskiego lasu, gdzie spodziewano się znaleźć bezpieczniejsze schronienie. Niektóre furmanki zjeżdżały z zatłoczonej drogi i parły po polu czy łące, gubiąc toboły, wywracając się na zasypanych śniegiem jamach. Wyrzucone w śnieg dzieci, przyduszone tobołami, zanosiły się od płaczu. Kobiety błagały o pomoc. Ktoś rozsądny ostrzegł, że w lityńskim lesie mogą być banderowcy i bezpieczniej będzie zatrzymać się w przydrożnych olszynach. Wozy i sanie szybko zapełniły je po brzegi, a zdezorientowani i wystraszeni ludzie zaczęli trwożnie wsłuchiwać się w gęstniejącą i coraz bliższą strzelaninę. Niemiecki samolot z niedalekiego lotniska krążył nad polem bitwy, ostrzeliwując na oślep teren, zataczając coraz większe koła i wreszcie z rykiem przeleciał nad stłoczonymi wozami. Gdyby nie mgła i maskująca olszyna, lotnik dokonałby straszliwej masakry. Na szczęście wszystko skończyło się na panicznej ucieczce wielu zaprzęgów do sąsiednich olszyn. Widok pędzących w kierunku Zasmyk sań z polskimi partyzantami nieco nas uspokoił, wzbudzając nadzieję na wyparcie banderowców z zasmyckiej bazy. I tak się stało. Po południu strzały ucichły.

Czytaj więcej...

Boże Narodzenie w 1939 r. na Wołyniu

Już w listopadzie zaczęły się przygotowania do zimy. Ściany drewnianego domu ogacono (ocieplono) suchymi liśćmi z sadu i lasu. Między ścianę domu, od zewnątrz i dobudowany szalunek  wsypywano suche liście. Tworzono z nich ok. 30-40 cm. warstwę.

Domy i budynki drewniane posadowione były na żywicznych pniach zakopanych w ziemi w linii ścian budynku  (te pnie pełniły rolę fundamentu). Na takim fundamencie układano podwaliny łączone na narożnikach. Następnie budowano ściany z drewnianych bali obrzynanych na przekrój prostokąta lub kwadratu (o wymiarach 15x15 cm.). Ściany od wewnątrz były tynkowane i bielone wapnem. Podłogą w kuchni było klepisko a w pokoju deski, Sufit to również ostrugane deski, układane na belkach na tzw. zakładkę i bielone wapnem. Dach był ze strzechy, ze słomy z dużym okapem. Drzwi i okna były wąskie (małe). Piwnica (loch) był na zewnątrz domu (typowa ziemianka). Ogrzewanie piecowe drewnem. Zimą mieszkanie ograniczało się do kuchni i pokoju (sypialni dla czterech chłopców i ich siostry).

W grudniu kobiety i dzieci robili ozdoby świąteczne, łańcuszki ze słomek i kolorowych papierów. Wybierano małe czerwone jabłuszka, które myto, nabłyszczano i polerowano - zastępowały bombki. Sucharki różnych kształtów też były ozdobami na choince. Jedynie kolorowe cukierki i świeczki kupowano.

Choinka – sosenka wysoka pod sufit była ścinana w lesie. Mama na parę dni przed Wigilią piekła w piecu chleb, mięsa i ciasta. W ogrzanej kuchni w drewnianej balii z ciepłą wodą zorganizowano kąpiel wszystkim członkom rodziny od dzieci do Taty.

Aniela z Wackiem zmieniali pościel i wszyscy po kąpieli kładli się do łóżek aby się ogrzać.

Czytaj więcej...

Do partyzantki ....

W niedzielę 19 grudnia podekscytowany Stefan przyjechał z kościoła sańmi, w towarzystwie trzech młodych mężczyzn. Najniższy z nich Zbyszek (ps. "Żbik") był kolegą szkolnym Stefana jeszcze z Krzemieńca. Rodzice "Żbika", jako osadnicy wojskowi zostali wywiezieni w głąb ZSRR, a jemu zaś jakoś udało się uniknąć wywózki. Kiedy rozpoczęły się rzezie Polaków, wstąpił do niemieckiej policji. Z otrzymaną bronią zdezerterował i przebywa obecnie na placówce w Pańskiej Dolinie. Przed nami, a zwłaszcza przed Stefanem nie miał tajemnic. Należy do konspiracji. Obecnie załatwia jakieś sprawy w Łucku. Zostawią więc na godzinę u nas konie. Bulwersującą była wiadomość, że w Pańskiej Dolinie przebywa chwilowo silny polski oddział partyzancki, który lada dzień wymaszeruje na koncentrację pod Kowel. Słowem jedyna, niepowtarzalna okazja dołączenia do oddziału, niestety dla Stefana nie do wykorzystania, bowiem stan jego zdrowia był kiepski (niedawno potrącił go samochód). "Ja pojadę", powiedziałem zdecydowanie, "mam własną broń", dodałem z dumą. To wywarło wrażenie. Partyzanci, po krótkiej naradzie zaakceptowali mój pomysł. Rodzice tak byli zaskoczeni moją decyzją, że prawie nie oponowali. Zresztą, ja sam też byłem tym zaskoczony, ale słowo się rzekło... Chcąc ograniczyć bolesną i trudną dyskusję z Rodzicami, energicznie krzątałem się przy pakowaniu rzeczy. Rodzicom, mimo iż byli gorącymi patriotami, na pewno ciężko było wypuszczać z domu "pisklaka". Chyba na tyle mnie znali, że zdawali sobie sprawę z tego, że dyskusja ze mną już nic nie da. Patrzyli błagalnie na Stefana, ten jednak nie próbował odwodzić mnie od podjętego zamiaru. Niebawem wrócili partyzanci. Wypili pośpiesznie coś gorącego i usadowiwszy się w saniach, niecierpliwie czekają na mnie. Boże! Jak trudno się rozstać! Jak ciężko podnieść głowę, by spojrzeć w załzawione oczy, a gardło ściśnięte, że trudno wymówić pożegnalne słowa. Ucałowałem wszystkich i niewiele widząc zająłem swoje miejsce.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud16.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 695 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5915634