To tylko nasi Polaków „reżut”!

 W 1943 roku znalazłam się za Słuczą, która wyznaczała w tych stronach polsko-sowiecką granicę, i trafiłam do wsi koło Międzyrzecza Koreckiego. Mieszkali w niej zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. Ja znalazłam pracę u Ukraińca, który miał duże gospodarstwo. Żyło mi się tam dobrze, bo choć ciężko pracowałam, to nie głodowałam. Jadłam razem z gospodarzami. Poza tym, co było dla mnie bardzo ważne, mogłam chodzić do kościoła w pobliskim Niewirkowie. Po kilku miesiącach sytuacja jednak uległa pogorszeniu, kiedy Ukraińcy zaczęli rżnąć Polaków. Wtedy szybko zorientowałam się, że tamtejsi Ukraińcy nienawidzą Polaków i w straszny sposób są gotowi ich zabijać. Noce rozświetlały łuny płonących polskich wsi. Początkowo nie wiedziałam, co to wszystko oznacza. Zapytałam gospodyni, co się dzieje. Ona, chcąc mnie uspokoić, powiedziała mi, żebym się nie bała, bo to tylko nasi Polaków „reżut”! Przestałam wtedy chodzić do kościoła, obawiając się, że mnie też zarżną. Gospodarze też zabronili mi uczęszczać na niedzielną mszę świętą. Nie chcieli, by otoczenie dowiedziało się, że jestem Polką. Szybko okazało się, że banderowcy w biały dzień zabili koło figury młodą dziewczynę idącą do kościoła. Strasznie ją ponoć zmasakrowali. Ja jej nie widziałam, bo gospodarze mnie nie puścili. Od tej pory przestali do mnie zwracać się „Janka”, tylko zaczęli mówić po ukraińsku „Ninka”. Ja się bałam i nie mogłam spać. Raz zobaczyłam, jak przed wieczorem gospodarz ostrzy siekierę. Przestraszyłam się nie na żarty. Myślałam, że szykuje się, by mnie zarąbać. Przypuszczałam, że należy do jakiejś bandy, bo często nocami znikał z domu. Polacy mieszkający w tej wiosce też się bali. Wieczorem zostawiali cały swój dobytek i szli spać do kościoła w Niewirkowie. Tam stali jeszcze Niemcy, więc Polacy uznali, że Ukraińcy ich nie zaatakują.

Czytaj więcej...

To bandyci, a nie żadni partyzanci, zabijali ludzi...

 Sielanka skończyła się w dramatycznych okolicznościach 9 lutego 1943 roku. Tutaj oddajemy już głos pani Irenie... "Siedzieliśmy wspólnie z mamą i rodzeństwem w ciepłej kuchni. Ojciec poszedł na tzw. wieczórki, czyli pogaduszki do sąsiada. Nagle usłyszeliśmy ujadanie psów, mama akurat odmawiała różaniec i przez okno zobaczyła, że pod lasem zaroiło się od ludzi z furmankami i końmi. Kto to? Co się dzieje? Może to partyzanci? Do mieszkania weszli trzej uzbrojeni mężczyźni, na czapkach mieli gwiazdki. Ich twarze były zmęczone, spocone i brudne. Jeden powiedział: zdrastwujtie, kuda chaziaj, nam drogu pokazat. My ruskie partyzanty. Mama odpowiedziała, że nie wie, kiedy mąż wróci. A ja, piętnastoletnia dziewczyna, patrzyłam im w oczy, nieco przekrwione i rzucające błysk strachu. Stali tak i spoglądali na nas w milczeniu". Po chwili "goście" powtórzyli, że są partyzantami i będą bić Niemców. Gdy rzekomi partyzanci wyszli, mama pani Ireny, która znała język rosyjski stwierdziła, że nie byli to Rosjanie, a ojciec, który miał kontakty z partyzantami, nie mógł się nadziwić, że to niby partyzanci, a okolicznych lasów nie znają. Rodzina tej nocy nie przespała. Złe przeczucia niestety się sprawdziły. Rankiem przyszła ranna kobieta i powtarzała: "Idźcie, zobaczcie na Paroślę, tam same trupy, mój mąż, moje dziecko". Kobieta mdlała. Po opatrzeniu opowiedziała, co się stało. Rankiem przyszli uzbrojeni mężczyźni, przedstawili się jako ruscy partyzanci, na czapkach mieli gwiazdki. Zachowywali się spokojnie, zażądali jedzenia i picia. Na zakończenie - jak powiedzieli w zamian za gościnę - zaproponowali mieszkańcom, aby powiązali się w domach sznurami. Po to, aby Niemcy, gdy się dowiedzą, że gościli partyzantów, krzywdy im nie zrobili. A oni wyślą na koniu posłańca do Antonówki, który zawiadomi Niemców i powie, co paroślanom zrobili "partyzanci".

Czytaj więcej...

Dnia 22 maja 1943 r. w biały dzień w Jarosławiczach

Dnia 22 maja, w biały dzień, z samego rana, grupa uzbrojonych bandziorów spod znaku UPA rozpoczęła okrutną krwawą rozprawę z Polakami zamieszkałymi w Jaroławiczach. Rozpoczęli od gospodarstwa mego stryja Jankowskiego Mikołaja, który mieszkał na końcu wsi, przy drodze prowadzącej do Czekna. Przyjechało ich około dziesięciu na dwóch furmankach, wjechali na podwórko, wpadli do mieszkania i zaczęli okrutnie bić domowników. W domu była stryjenka, córka Zosia lat 20 i syn Antoni lat 18. Stryja me byto w tym czasie w obejściu, bo byt akurat u sąsiada Ukraińca, z którym żył w wielkiej zgodzie. W pewnym momencie stryj usłyszał okropny krzyk i zobaczył jak z domu wybiega stryjenka, a za nią  pada strzał, następnie wybiegli Zosia t Tosiek, którzy również zostali zastrzeleni. Stryj w szoku zwrócił się do tego sąsiada z zapytaniem, co to się dzieje, a on chwycił go za rękę i zaczął krzyczeć, "chłopci siuda", na szczęście nie usłyszeli. Stryj się wyrwał z rąk „dobrego sąsiada" i co sił w nogach uciekł w pole i schronił się w pobliskim lesie. Kiedy trochę ochłonął, lasami i polami przeszedł do odległej o 5 km wsi czeskiej Krupa Granica. Tam przenocował, a następnego dnia przysłał do nas znajomego Czecha, Żeby nas zawiadomił o tym, co się stało i że banda wie, gdzie my jesteśmy, i że nas tam wykończą. Sam zaś schronił się w Łucku. Ciała pomordowanych stryjenki, Zosi i Tośka upowskie zbiry wrzucili do studni.

Po krwawym rozprawieniu się z rodziną stryja bandyci pojechali do położonej bliżej wsi zagrody Żukowskiego Feliksa. Okrążyli dom, wpadli do mieszkania, gdzie zastali Feliksa, jego żonę i córkę  Anię lat 16. Żukowski, potężny mężczyzna, stanął w obronie żony i córki, bronił się dzielnie, lecz nie mógł sprostać okrutnym bandytom. Wszyscy troje zostali zarąbani  siekierą, a ciała ich wywleczono z domu i wrzucono na furmankę.

Czytaj więcej...

W Lublatynie mieliśmy samoobronę

Lublatyn to kolonia 31 numerów rozmieszczonych wzdłuż drogi po obu stronach o długości około 1,5 km. Na wschód od Lublatyna leżała Radomla, na południe była duża wieś Zadyby, której chutory częściowo graniczyły z Lublatynem. Przez Zadyby przepływała rzeka Turia. Od północy mieliśmy las, a na wschód od lasu zaczynały się chutory ukraińskiej wsi Białaszów, do której mieliśmy ponad 3 km. Pola jej graniczyły z Lublatynem i z Radomlem i siegały aż cmentarza w Zasmykach. W okresie  zagrożenia ze strony Ukraińców, Polacy nie jeździli przez Białaszów traktem z Zasmyk do Kowla. Łączność między Zasmykami i Kowlem odbywała się przez Janówkę, Radomle, Lublatyn i Zieloną. W Lublatynie mieliśmy dobrze zorganizowaną samoobronę. Na początku samoobrona posiadała 2 kbk i 3 dubeltówki, a pozostałe uzbrojenie to piki zrobione ze starych wideł z jednym palcem obsadzonym na długim trzonku. Ale stopniowo broni przybywało. Dowódcami samoobrony byli, plutonowy Aleksander Janowski ps. „Biały” ( nad całością) i dwóch drużynowych rezerwistów wojskowych, Skonieczny Bernard i Stefan Durka. Samoobrona była podzielona na dwie grupy, z których jedna grupą rozpoznawczą od strony wsi Zadyby, a druga od strony wsi Białaszów. W Lublatynie stacjonował od miesiąca września nieduży, bo chyba 12 osobowy uzbrojony oddział, a dowódcą tego oddziału był Malinowski Józef. (...). Oddział stacjonował w samym Lublatynie u Jaworskiego Wincentego. (...) Pamiętam, że w oddziale Malinowskiego który stacjonował w Lublatynie byli z Antonówki, Malinowski Józef dowódca, Malinowski Władysław, Jakubowski Franciszek, Dejak (imię nieznane) Brudzicki Józef-zabity w Radomlu, Kosacki Bolesław-zabity w Radomlu, N-N Roman-zabity w Radomlu, Kotala Antoni-zabity w Radomlu, N-N Niuniek ( tak go nazywali ), młody chłopak z oddziału Malinowskiego.

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud13.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 279 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5112844