Żywa tarcza

Tego wieczoru dzieci do późna bawiły się w chowanego. Wszyscy rozbiegli się po znanych sobie zakamarkach i przycupnęli na podwórzu pośród zabudowań lub w sadzie, w miejscach, które wydawały się nie do odkrycia.  Władek  niepostrzeżenie wspiął się zwinnie jak kot na dąb stojący na pograniczu sadu i lasu u podnóża góry dziadka Ado.

Lubił wspinać się na wysokie drzewa. Jakaś niewyraźna i nieodparta siła od pewnego czasu ciągnęła go do tajemniczego i jakby beztroskiego błękitu nieba.

Gdy wszedł najwyżej, jak tylko potrafił, miał wtedy wrażenie, że chociaż na chwilę uciekał  od pełnej trudu codzienności, nieustannego i męczącego mozołu ciężkiej pracy, który nie omijał również wiejskich dzieci. Chwilami wydawało mu się, jakby nieustannie musieli odganiać od siebie rój pszczół.

- Odgonisz jedne zajęcia czy troski, zaraz opadają cię inne i tak wkoło, dopiero noc przynosi trochę spokoju – myślał nieraz.

Ujrzał po chwili w oknie chaty twarz siadającej na stołeczku ciotki Michaliny z dzieckiem w ręku, jego młodszym kuzynem Franusiem. Po chwili widział, jak dziecko ssie pierś matki. Gdy Franuś o tej porze był głodny i domagał się karmienia, był to zazwyczaj sygnał do podania kolacji.

- No to za chwilę koniec zabawy i babcia wyjdzie zawołać nas na wieczerzę – pomyślał.

Czytaj więcej...

Wspomnienia z Wołynia- Kowalówka

Na Wołyniu zamieszkałem w 1929 roku wraz z rodziną, w której było pięciu braci (ja najmłodszy), siostra i rodzice. Najstarsza siostra już w 1927 roku wyjechała, jako mężatka, do Kanady. Rodzice moi sprzedali dość duże gospodarstwo rolne koło Hrubieszowa w województwie lubelskim. Przenieśli się z cała rodziną na Wołyń, gdzie kupili duże gospodarstwo rolno-leśne – około 100 hektarów, w tym 50 hektarów lasów, 48 to były pola uprawne, łąki i pastwiska. Jako pięcioletni chłopiec szybko wrosłem w tamtejszą, polsko- ukraińska społeczność, z jej dwoma językami na co dzień i polską zmiękczoną gwarą wschodnią. Nasza kolonia Kowalówka, gdzie mieszkaliśmy, oraz sołectwo Budy Ossowskie były w 98 procentach zamieszkałe przez ludność polską, natomiast okoliczne miejscowości: Rzewuszki, Ossa, Bobły, Wierzbiczno i wiele innych były wyłącznie ukraińskie lub mieszane, ale z przewagą Ukraińców. Do roku 1039 stosunki sąsiedzkie i współżycie ludności polskiej i ukraińskiej były bardzo poprawne i nic nie wskazywało na to, że mogą być aż tak złe, jak okazało się to u nas na początku 1943 roku. Wówczas policja ukraińska, wysługująca się dotąd Niemcom w likwidacji Żydów, opuściła służbę u nich i pod sztandarem OUN-UPA, zajęła się mordowaniem Polaków. W naszej okolicy z początkiem 1943 roku rozpoczęły się uprowadzenia ludzi przez bojówki UPA.

Czytaj więcej...

Wspomnienia z Wołynia– Radowicze

  Urodziłem się w Zasmykach, wiec zacznę od Zasmyk. Zasmyki – wieś na Kresach Wschodnich w powiecie kowalskim, woj. Wołyńskim położona  wśród lasów, rozciągnięta na długości kilku kilometrów, całkowicie zamieszkała przez ludność polską. Wieś, która w okresie drugiej wojny światowej (szczególnie w latach 1942-1944) zapisała się jako twierdza , dzięki której zawdzięcza życie kilka tysięcy istnień ludzkich narodowości polskiej narażonych na okrutne mordy ze strony nacjonalistów ukraińskich, którzy w ten sposób rozpoczęli walkę o powstanie Samostijnej Ukrainy.   Przodkowie moich rodziców przybyli tam prawdopodobnie gdzieś z okolic Częstochowy lub Radomia. Jeszcze dziś istnieją na mapie takie miejscowości jak Raków, Rakowice, Rakówka, Raków, gdzie prawdopodobnie co drugi mieszkaniec nosi nazwisko Rakowski. Przeludnienie i bieda prawdopodobnie była powodem wędrówki co odważniejszych na wschód „za chlebem”, gdzie ziemia była tania do nabycia i tereny słabo zaludnione. Karczowali lasy, zagospodarowywali odłogi, budowali się, zakładali rodziny. Ojciec mój, o ile pamiętam, miał dwóch braci i cztery siostry, mama dwóch braci i dwie siostry. Do roku 1930 mieszkaliśmy w Zasmykach, rodzice i nas troje rodzeństwa. Najstarsza siostra Adela (1922), Henryka (1937) i ja Edmund (1928). 

Czytaj więcej...

Wolałam umrzeć w drodze, niż być zamordowana przez banderowców

„Urodziłam się w 1920 roku w Trójcy. Mój ojciec zmarł, kiedy miałam zaledwie jeden rok. Żyliśmy z matką, siostrą i bratem, pomagając sobie nawzajem.    W 1935 roku wyszłam za mąż. W 1939 roku mąż poszedł na wojnę.   W międzyczasie zaczęło się coś dziać z tymi ukraińskimi bandami. 23 marca 1944 roku szłam po wodę i widziałam na drodze żółte tabletki rozsypane cieniutko, cieniutko jedna po drugiej. Byłam zdziwiona, co to za znak jest, a w nocy wyszliśmy z domu, bo już mówili, że trzeba się chować, bo banda chodzi  i nic nie wiadomo co robić. Poszliśmy do domu jednego Ukraińca. Miałam ze sobą małego czteroletniego syna. W nocy mężczyźni trzymali wartę i gdyby działo się coś niedobrego, to nam powiedzą, by gdzieś uciekać. I właśnie w nocy ktoś z wartowników zapukał w okno i zawołał: „Uciekajcie, bo banderowcy są! ” No, ale gdzie tu uciekać, uciekaliśmy do sadu. Jeszcze nie wiedzieliśmy, czy to partyzantka, czy banderowcy.  Uciekałyśmy razem z sąsiadką. Miałam dziecko na rękach i wtenczas usłyszałam strzał. Moja sąsiadka była przestrzelona w ramię, a ja byłam przestrzelona w plecy tak, że na piersi wyszła mi kula. Przyszłam do domu i tu zemdlałam.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 256 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6853110