17 września 1939 – początek ukraińskiego ludobójstwa na Kresach

Do języka prawnego termin ludobójstwo wszedł za sprawą Konwencji ONZ w sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa podpisanej 9 grudnia 1948 r. Wymordowanie przez Ukraińców w kilkunastu miejscowościach na Kresach we wrześniu 1939 roku wszystkich lub prawie wszystkich mieszkańców ze względu na ich narodowość bezwzględnie należy uznać za ludobójstwo. Natomiast sposób dokonywania zbrodni pozwala na używanie definicji „ludobójstwa okrutnego, straszliwego”, czyli genocidium atrox, opisanego przez prof. Ryszarda Szawłowskiego we wstępie do monumentalnego i pionierskiego opracowania Władysława i Ewy Siemaszko „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 - 1945”.                                                      

10 września 1939roku Ukraińcy rozpoczęli rebelię w rejonie Mikołajowa nad Dniestrem pow. Żydaczów. Uzbrojeni zarówno w broń palną, jak też w siekiery, widły, kosy, bagnety, noże itp., opanowali 10 wsi wprowadzając „władzę ukraińską”. Ich bandy mordowały zarówno polską ludność cywilną, jak też i pojedynczych żołnierzy polskich. Wojsko Polskie zlikwidowało ten bunt 14 września, ale zamieszki i zabójstwa w tym rejonie miały miejsce do końca września. Prawdopodobnie jakiś lokalny przywódca OUN znając przygotowany plan Abwery i OUN wzniecenia „ukraińskiego powstania” na tyłach frontu polsko-niemieckiego nie wiedział, że Niemcy po podpisaniu paktu Ribbentrop – Mołotow z tego planu wycofały się.

12 września we wsi Smerdyń pow. Łuck, uzbrojona grupa Ukraińców zamordowała w pobliskim lesie 22 Polaków.  „Między wsią Smerdyń pow. łucki a miasteczkiem Sokal w bezludnych kniejach banda nacjonalistów ukraińskich bestialsko wymordowała 22 osoby narodowości polskiej. W liczbie tej było 9 kobiet w wieku 20 – 30 lat, wszystkie zgwałcono, również zgwałcone zostały dwie dziewczynki w wieku 11 – 13 lat.

Czytaj więcej...

Na naszą Chiniówkę napadli 5 czerwca

W 1943 roku banderowcy zaczęli napadać na wszystkie wołyńskie wioski. Palili, grabili, mordowali. Na naszą Chiniówkę ( w pow. Zdołbunów- red)  napadli 5 czerwca (w Zieloną Sobotę) o godz. 3-ciej po południu . Ja z mężem i dwojgiem dzieci pojechaliśmy wcześniej do teściów we wsi Komaszówka w pow. Dubno, i dzięki temu pozostaliśmy przy życiu. Do Chiniówki już nigdy nie wróciliśmy. 
Mój wujek Piotr Wierzbicki mieszkał w Chiniówce pod lasem. Do niego pierwszego bandyci wpadli i zaraz wołali o pieniądze. Oddał im wszystko co miał, a na dodatek srebrny kieszonkowy zegarek. Wujenka miała duże złote kolczyki. Wyrwali je z uszu i kazali wujence położyć się na podłodze. Była u nich w tym czasie moja Matka. Wujenka powiedziała do Mamy: Kumo, te gady już nas zamordują.  Wtedy jeden ze zbirów uderzył ja kolbą w twarz, a gdy upadła, dostała jeszcze pięć pchnięć nożem. Moja Matka otrzymała osiem ciosów nożem, który przeszedł przez piersi na wylot. Wujek nie chciał położyć się na podłodze, więc banderowiec wbił mu nóż pod piersi, i pociągnąwszy ku dołowi rozpruł brzuch, i tak go pozostawiono. Mówiąc: Win i tak zdochne poszli dalej. W tej bandzie starsi wiekiem banderowcy mieli karabiny, a młodzi noże i siekiery. Młodszy syn wujostwa Wacław, próbował uciec; postrzelili go w nogę, a potem raz koło razu dźgali nożami. Starszy syn Marian widział bandytów w lesie i chciał rodziców uprzedzić, ale gdy przyszedł było już po wszystkim. Moja i jego matka jeszcze żyły, ale życie już w nich dogorywało, ojciec natomiast wył po prostu z bólu. To on opowiedział synowi o wszystkim ze szczegółami. Marian obwiązał ojca ręcznikami i wszystkie ciała pościągał do dołu po kartoflach, a sam uciekł do lasu. Bandyci buszowali jeszcze we wsi do północy. Skoro świt zaczęli ludzie wychodzić ze swoich kryjówek. Gdy zobaczyli tyle trupów i ogólne spustoszenie, podniósł się straszny lament. Wtórowały mu zwierzęta: wyły psy, rżały niespokojne konie, ryczały krowy tak, że słychać było te odgłosy na odległość 2 - 3 km. Gdy w sąsiednich wsiach: Daniłówce, Pasywie, Kudryniu i Budkach posłyszano je, ludzie już wiedzieli co się stało w Chiniówce i zaczęli uciekać.

Czytaj więcej...

1 sierpnia 1943 roku rozległy się strzały w pobliżu Leonówki

Wojna 1939 r. zastała mnie na Wołyniu we wsi Rzeczyca, gm. Tuczyn, pow. Równe. W latach 1939-1940 i 1940-1941 pracowałam z mężem (bo w tym czasie wyszłam za mąż) w szkole radzieckiej w tej samej wsi. W 1941 r., gdy Wołyń zajęli Niemcy i stworzyli Ukraińcom Ukrainę, pracowaliśmy w dalszym ciągu w tej samej wsi, gdzie większość uczniów była narodowości ukraińskiej.  W tym samym czasie zaczął wzmagać się antagonizm między Polakami a Ukraińcami na Wołyniu i Małopolsce Wsch. Młodzież ukraińska naszej wsi zaczęła organizować się, nawet w biały dzień musztrowała się na boisku szkolnym pod płaszczykiem przynależności do straży pożarnej.  Obecność w szkole nauczycieli Polaków była im nie na rękę. Widząc często odwiedzających nas rodaków, którzy szukali u nas pociechy i porady w ciężkiej doli, zaczęli Ukraińcy posądzać nas o spiski i napisali podanie do Inspektoratu o zwolnienie nas z posad nauczycielskich, bo budujemy Polskę. Inspektorem był Czech, więc go to bardzo zaintrygowało. W tym czasie zwolniono prawie wszystkie polskie małżeństwa. Nas jednak wraz z małą garstką Polaków nie zwolniono, tylko przeniesiono na rok szkolny 1942/43 do 2-klasowej szkoły w Leonówce, gdzie była wyłącznie polska ludność. Społeczeństwo Leonówki bardzo się ucieszyła wiedząc, że popracujemy nad ich dziećmi solidnie, nie germanizując, ani nie ukrainizując ich.  Myśmy się też cieszyli wiedząc, że nikt nas nie będzie szpiegował, ani nikt nam ze sobą w szkole po polsku nie zabroni mówić. W tym czasie we wszystkich szkołach na Wołyniu, bez względu na narodowość uczniów, obowiązywał język ukraiński. Dzieci polskie musiały modlić się, mówić, czytać, pisać i śpiewać po ukraińsku. My „dla oka” nauczyliśmy modlitwy przed i po nauce po ukraińsku i kilka wierszy, żeby w razie przyjazdu władz dzieci mogły się tym „popisać”, jednak lekcje zawsze były prowadzone wyłącznie po polsku i dzieci modliły się tylko po polskuWojna nie zostawiła w Leonówce żadnych śladów. Ludność żyła spokojnie uprawiając swą ziemię, oddając dla „świętego spokoju” nakładane na nią kontyngenty.

Czytaj więcej...

Był czerwiec 1943 r.

        Urodziłem się 31.10. 1929 r. we Włodzimierzu Wołyńskim z Matki Elżbiety z domu Mojak i Ojca Dominika Demczuka - partyzanta Jazdy Jaworczyków, od 1918 r. kawalerzysty 19 Pułku Ułanów Wołyńskich, utworzonego z Jazdy Jaworczyków pod tym samym dowództwem majora Jaworskiego, podoficera zawodowego 19 Pułku Ułanów (do czasów wojny niemiecko - polskiej w 1939r.). Był dowódcą tajnej grupy AK kolejarzy, twórcą szwadronu 19 Pułku Ułanów i jego późniejszym dowódcą w 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty w latach 1942 - 1944.  Do 1939 r. wraz z rodzicami mieszkaliśmy w Ostrogu nad Horyniem, gdzie Ojciec mój pełnił służbę w stacjonującym tam 19 Pułku Ułanów. Wyjechaliśmy z Ostroga pod koniec 1939 r. do Włodzimierza Wołyńskiego do rodziców Matki. Musieliśmy opuścić mieszkanie, które znajdowało się na terenie koszar, w obawie przed wywiezieniem w głąb Rosji, co było w tym czasie standardowym rozwiązywaniem problemu rodzin wojskowych, wyrzucanych z obrębu koszar przez okupanta sowieckiego.  Do czerwca 1941r. trwała okupacja sowiecka. Mimo dużych trudności, dzięki pomocy rodziny Matki, mogliśmy skromnie żyć. Powrót Ojca i Wujka z niewoli sowieckiej podniósł nasz standard życia. Obaj znaleźli pracę w grupach roboczych wojsk sowieckich na terenie Włodzimierza i okolic. Ja ukończyłem szkołę podstawową, byłem też najbliższym pomocnikiem mojego Dziadka, który parał się rolnictwem. 21.06.1941r. o godzinie 5 rano zaczęła się nowa wojna: niemiecko - rosyjska. Na drugi dzień po zajęciu przez Niemców Włodzimierza, Matka moja wraz z nami, trójką dzieci, stanęła przed plutonem egzekucyjnym SS. Powód - podczas rewizji w miniaturce samolotu RWD-8 (nagroda za zdobycie przez Ojca 1 miejsca w strzelaniu sportowym w 1938 r.) znaleziono zużyte spłonki od naboi do dubeltówki. Spłonki włożyłem jeszcze w Ostrogu do samolotu podczas zabawy w bombardowanie i zapomniałem o nich. SS-man zażądał od Matki oddania dubeltówki, bijąc Ją i kopiąc, nie mogła jej oddać – gdyż podczas rewizji w naszym mieszkaniu w Ostrogu broń zabrali Rosjanie. Następnie zapędził Ją i nas do dołu w sadzie. Inni SS-mani w podobny sposób przywlekli sąsiadów. W ten sposób duża grupa dorosłych i dzieci stanęła przed plutonem egzekucyjnym.

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 290 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5112847