Wystarczy zrozumieć

Ostatnio znalazłem pokrzepiający tekst i zamierzam go polecić wszystkim Wołyniakom do przeczytania. Nim jednak to zrobię muszę zaprezentować chociaż kilka fragmentów, które są przynajmniej dla mnie bardzo budujące. Są jednak środowiska, samorządy, które potrafią zrozumieć sprawy wołyńskie i Wołyniaków. Zacznę od prezentacji takiej postawy i oddolnej inicjatywy, cytuję;

Czytaj więcej...

Polaku to jest twoja historia

List otwarty w sprawie Kresów do min. Hall 2010-12-07

Kresowianie oraz ich potomkowie oraz miłośnicy Kresów Wschodnich, w tym tez pracownicy naukowi, wystosowali list otwarty do minister edukacji narodowej. List jest bardzo ważny.

Czytaj więcej...

Diadko nie zabijaj mnie ......

Urodziłem się 15 stycznia 1930 roku we wsi Hurby pow. Zdołbunow, woj. wołyńskie. Moi rodzice; ojciec Albin i Matka Stanisława z domu Wierzbicka. Rodzice posiadali małe gospodarstwo oraz sklep. Ojciec był znany w okolicznych wioskach z powodu, że kupował od rolników świnie i wysyłał do centralnej Polski. Z wioski Hurby przenieśliśmy się do pobliskiego Mizocza jesienią 1942 r. W 1943 r.  rozpoczęły się morderstwa Polaków początkowo rabunki i pojedyncze morderstwa następnie całe wioski. Na początku czerwca 2 lub 3 wieczorem zobaczyliśmy łunę w kierunku naszych Hurbów, rodzice jakby przeczuwali, że to właśnie są Hurby. Za jakieś kilka godzin zaszczekał pies, okazało się że to jest nasz żuk (piesek) który jeszcze pozostał na gospodarce. Wtedy rodzice byli pewni, że to palą się nasze Hurby. Za kilka godzin przyszli pierwsi uciekinierzy. Opowiedzieli co się stało. W Mizoczu nie było wojska niemieckiego jedynie 4 żandarmów. Kiedyś pamiętałem ich nazwiska. Pamiętam, że jeden nazywał się Hylo z pochodzenia był Czechem. Policja była ukraińska i oddział wojska węgierskiego. Ponieważ ojciec znał język niemiecki, więc ci którzy uciekli prosili aby ojciec poszedł z nimi do tych żandarmów prosić o pomoc aby ratować jeszcze tych którzy może jeszcze są żywi. Nie było mowy aby pomoc była od policji, więc żandarmi pozwolili aby jeżeli ich dowódcy się zgodzą wysłać wojsko węgierskie. Węgrzy byli bardzo przychylni do nas Polaków. Pojechało nie wiem ilu, ale było dosyć aby odstraszyć banderowców. Żywych nie pozostało dużo, ale było dużo rannych, niektórzy jeszcze tego dnia umarli inni po przywiezieniu do Mizocza, ale nie którzy przeżyli. Wracając do Mizocza tak wojskowi jak i Hurbieńcy przeszukiwali przydrożne krzaki, gdzie ludzie schronili się.

Mój ojciec i jeden żołnierz znaleźli w mrowisku dziewczynkę, która była ranna i zawołała: – Diadko nie zabijaj mnie (diadko – wujko, tak sie mówiło na nieznajomego). Okazało się, że jest to córeczka Witalka Krasickiego, czyli mego kuzyna gdyż Witalego mama i moja byli rodzonymi siostrami. Ponieważ nikt z rodziny nie został żywy, ojciec zaopiekował się nią. Ale że nas w domu było 6 dzieci, to ojciec pozwolił aby tą dziewczynkę jak gdyby zaadoptowała dość bogata rodzina z Mizocza. Nazwiska nie pamiętam.

W nocy bardzo często było słychać strzelaninę Więc rodzice postanowili wyjechać do Zdołbunowa. Nie wiem jak było załatwione, ale kilka rodzin jak i pojedyncze osoby w poniedziałek pamiętam, że to był poniedziałek, towarowym pociągiem wyjechaliśmy. Tego samego tygodnia w środę banderowcy napadli na Mizocz. Naszego sąsiada córeczka Wandzia Procner (jeszcze żyje, wyszła za mąż za Jana Chęć, i mieszkali w Kłodzku).

Opowiadała , gdy jej ojciec usłyszał strzały i zobaczył, że domy się palą uciekł z czwórką dzieci do ogrodu do dołu, gdzie na zimę zakopywano kartofle, (matka w poniedziałek razem z nami wyjechała aby znaleźć kwaterę w Zdołbunowie) Wandzia schowała się w krzaku porzeczek. Gdy banderowcy podpalili ich dom, przyszli i znaleźli ojca i tych czterech braci, widziała jak ojciec ukląkł na kolana i zaczął prosić o darowanie życia. Ale dwóch banderowców podeszło i widłami jeden z jednej strony a drugi z drugiej wbili widły w jego boki i zaciągnęli ojca i wrzucili do ognia. Następnie wrócili po resztę dzieci i również wzięli za ręce lub za nogi i żywcem wrzucili do ognia. Ona ocalała. Ponieważ w między czasie ukraińska policja zdezerterowała, Niemcy powołali na ich miejsce kto chciał z Polaków, przeważnie tych których rodzina już była wymordowana. Nie było ich dużo więc nie mogli Mizocza ochronić. Wtedy zginęło ponad 1200 osób. Trudno mi wspominać. W nocy Niemcy chcieli zabrać mnie i ojca, ale jeżeli chciała to mogła jechać cała rodzina. Pojechaliśmy całą rodziną. Wywieziono nas do obozu pracy do Salzburga w Austrii. Po wojnie całą rodziną wróciliśmy do Polski na Ziemi Odzyskane. Od 1965 mieszkam w Montrealu w Kanadzie.

Bogdan Melcer

Wyszukał i wstawił ku pamięci B. Szarwiło Za:

http://prawy.pl/3456-bogdan-melcer-swiadek-zbrodni-upa-zywcem-wrzucili-dzieci-za-nogi-do-ognia/

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 284 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5112844