W maju 1943 r. banderowcy zabrali ze sobą do lasu Edwarda Korda i Władysława Piwkowskiego oraz innych Polaków, rozpowiadając niby tu i ówdzie, że chłopcy ci będą teraz walczyć razem z nimi, ramię w ramię z Niemcami. Jednak ludzie Ci nigdy już więcej nie wrócili do swoich domów i rodzin. Polacy w naszych stonach po cichu, powiadali między sobą, że Ich banderowcy skrytobójczo pomordowali tam, że już na pewno nie wrócą, bo są wśród pobitych. Wiem o tym ponieważ przychodziła do nas siostra rodzona Edwarda, której było na imię Rozalia, lat około 20 i tak mówiła w naszym domu: „Chyba Edek nasz nie wróci, bo słyszeliśmy, że Ich w lesie bandery pobili.”. Po zabiciu Niemców na majątku Barańskich i zlikwidowaniu, tej niemieckiej placówki, Ukraińcy poczuli się panami w terenie i już zupełnie jawnie poczynali sobie w całej naszej okolicy. Przestali się bać kogokolwiek i jawnie z bronią jeździli po naszych drogach. Rozgrabili też do cna majątek Barańskich i dobrodusznie rozdali ludziom. Często widziałam tych młokosów po 17 lat z karabinami, jak zupełnie bezkarnie szli sobie drogą. Tymczasem w nas Polakach, już narastał strach, zaczęliśmy na serio obowiać się Ukraińców i tego, co jeszcze mogą chcieć zrobić. Mówiło się też często, szczególnie w naszym młynie, znaczy Polacy którzy przyjeżdżali z różnych stron, dzielili się wiedzą, że oto Ukraińcy organizują tajne spotkania i zebrania po wsiach. Uderzające w tych przekazach było to mianowicie, że b. uważano, nawet pilnowano, by Polacy nie brali udziału w tych zebraniach. Było to mocno podejrzane, a dla wszystkich Polaków mocno, już nawet niepokojące. Po temu nasz tata Roman Różycki zawziął się, by raz jeden na takie spotkanie pójść, ale mama Maria Różycka mocno się sprzeciwiła, mówiąc: „Nie idź, jak cię tam nie wołają, to nie idź.”.

Dużo ludzi przychodziło do młyna i mówiło o tym wszystkim z troską i niepokojem, by nie powiedzieć z wyczuwalnym lękiem. Co ważne nikt się właściwie, już temu nie dziwił, skoro niemal powszechnie i gołym okiem, można było zobaczyć, jak Ukraińcy już stronili od Polaków i jakby patrzyli spode łba, jakoś tak wrogo.

Pomimo wszystko życie toczyło się dalej i trzeba było, jakoś z tym wszystkim żyć, staraliśmy się w tych trudnych dniach, zachować konieczny spokój. Jak zawsze w każdą niedzielę, udawaliśmy się na mszę świętą do parafialnego kościoła pw. Narodzenia NMP w Swojczowie. Naturalnie ks. Franciszek Jaworski, proboszcz naszej parafii, był doskonale poinformowany o tym wszystkim, co działo się w całej okolicy. A jednak w swoich kazaniach i w swoim słowie do wiernych nie nawiązywał do tych ostatnich wydarzeń, jakby nie chciał rozpalać jeszcze większego konfliktu.

Na tydzień przed rzezią, około południa udałam się do mojej koleżanki Marysi Semeniuk. Ich zabudowania należały już do wsi Gnojno, ale od nas to było zaledwie 300 m. Gdy tam przyszłam, zastałam jej rodziców oraz trzech obcych chłopów. Szykowali się iść na zebranie do dużej, starej wsi ukraińskiej Gnojno. Jej mama poczęstowała mnie pierogami i poprosiła, bym wróciła się do domu, gdyż oni udają się teraz na spotkanie do Gnojna. Ja powiedziałam wtedy, że powiem o tym zebraniu swemu ojcu, aby i on sam mógł udać się na takie zebranie do Gnojna. Wtedy ona rzekła: „Lepiej żeby nie szedł.”.

Kiedy wróciłam zatem do domu, opowiedziałam ze szczegółami wszystko ojcu, nie pomijając, tej znów niepokojącej rady. A był u nas właśnie szwagier Jan Turowski z Dominopola, bowiem przyjeżdżali do nas z żoną Stefką, niemal na każdą niedzielę. Szwagier Jan zaraz powiedział: „Widzi tata, że coś się jednak szykuje, skoro tak się Ukraińcy ukrywają. I mnie też wzbraniają wydawać Niemcom drzewo. Nakazali nam też napisać na kartce, ile jest osób w domu i z obrazkiem świętym, powiesić na dworze, nad drzwiami domu.”.Po tej rozmowie szwagier Jan pojechał do domu na Dominopol. Ten ostatni tydzień przed „Krwawą Niedzielą” w Dominopolu i na Wołyniu jeszcze był spokojny, tylko my wciąż zastanawialiśmy się, co to Ukraińce takie tajemnicze.

Na kilkanaście godzin przed rzezią ludności polskiej, 10 lipca w sobotę, około południa szwagier Jan przyjechał ze Stefką do nas ponownie, coś nie dawało mu spokoju, bał się tego, co jeszcze może się wydarzyć. Raz jeszcze poważnie rozmawiał z naszym ojcem o całej sytuacji na Dominopolu, mówił tak: „Tato coś się szykuje, bo Ukraińcy tak się spieszą, tak się kręcą, tak wszędzie jeżdżą!”.Poprosił także naszą mamę Marię, aby pojechała z nimi na Dominopol, ponieważ mają przyjść trzy kobiety, by grabić siano, by mama nagotowała dla nich obiadu. Stefka była już bowiem w siódmym miesiącu z dzieckiem i zwyczajnie nie dawała sobie ze wszystkim rady. I mama Maria poszła z nimi na Dominopol. A właśnie tej nocy banderowcy z Lasu Świnarzyńskiego, zgotowali Polakom na Dominopolu istne piekło na ziemi, mordując dosłownie wszystkich mieszkańców tej wsi.

 

Krwawa Niedziela 11 lipca 1943 r. w Dominipolu

To była jeszcze jedna, jakich wiele, spokojna noc nad piękną Turią, choć dla wielu Polaków, było w tej nocy, coś niepokojącego, coś jakby wisiało w powietrzu, choć większość nie wiedziała, że oto ostatni już raz, kładzie się do łóżka. Tak samo było na Dominopolu, niby ludzie coś przeczuwali, a jednak ogromna większość dała się zaskoczyć i niemal wszyscy zginęli.

Nasza mama Maria w ten sobotni wieczór, zjadła kolację razem z Janem i Stefką, a potem wszyscy spokojnie udali się spać i to był ten ostatni raz, gdy wszyscy widzieli się, jeszcze razem, szczęśliwi, żywi i cali. Opatrzność Boża czuwała jednak, tej nocy nad naszą mamą, która spała w kuchni, a były tam drzwi na ogród, natomiast siostra Stefka spała w pokoju, były tam drzwi na Las Świnarzyński.Nagle w nocy mama usłyszała gwałtowny łomot do drzwi, ktoś dobijał się, chcąc się dostać do środka chaty. Mama Maria b. się wystraszyła i natychmiast drzwiami wyleciała do ogrodu i tam skryła się w jamie, w której Jan Turowski pędził uprzednio bimber.

Gdy zrobiło się cicho i spokojnie, a było już na świataniu, mama Maria wyszła z ukrycia i poszła do chaty zobaczyć, co tam się właściwie stało. Drzwi w stronę lasu były otwarte, a w korytarzu na progu, leżała zamordowana jej córka Stefania Turowska, leżała w dużej kałuży krwi. Ciała zięcia Jana Turowskiego nie widziała, ale znalazła ciało matki Jana, a po drugim mężu Marii Potockiej. A pan Potocki leżał w swoim pokoju i była narzucona na niego pierzyna. Przerażona tym, co zobaczyła, uciekła z powrotem i dobrze się ukryła, już w innym miejscu. Rano znów zobaczyła, jak Ukraińcy ściągali wszystkich za nogi, właśnie do tej jamy, w której mama skryła się szczęśliwie uprzednio. Widziała także, że tak porzucone ciała, zarzucili ziemią i bezceremonialnie, po prostu zadepatali. Mama Maria tak się bała, że przesiedziała w tym ukryciu cztery dni, aż do środy 14 lipca.

Z opowiadania mamy wynika także, że w środę miało miejsce na Dominopolu jakieś zamieszanie i Ukraińcy „uciekali” z obawy przed Polakami do Lasu Świnarzyńskiego na Wołczak, gdzie była ich główna siedziba i baza do wypadów w całej okolicy. Mama skorzystała z tego zamieszania i przeszła pomiędzy nimi przez most na rzece Turii i przyszła do naszego domu na kolonię Mikołajpol.

Po sąsiedzku mieszkali Ukraińcy, gospodarze zauważyli mamę i zaraz donieśli banderowcom: „Zabiliście cztery osoby, a tu była jeszcze jej matka, która ukrywała się, a teraz uciekła i na pewno będzie mówić, co widziała na Dominopolu.”.

Mama w tym czasie przyszła już do domu, była środa i dom był zamknięty. Mama stała tak na drodze i rozmyślała, co ma teraz uczynić. Nawet nie wiedziała, co się w domu w tych dniach tragicznych wydarzyło, czy tu także był pogrom na Polakach i czy uciekliśmy, czy zwyczajnie jeszcze żyjemy. Naraz nadjechał Ukrainiec na koniu, pochwycił mamę i zabrał z powrotem, aż do głównej bazy banderowców we wsi Wołczak. I tak nasza mama zmuszona była pracować dla nich w kuchni, gotowała dla banderowców posiłki.

 

Szok i konsternacja po rzezi w Ziemi Swojczowskiej

Wymordowanie niemal wszystkich mieszkańców dużej i starej polskiej wsi Dominopol, zostało przeprowadzone, tak sprawnie, że my na Mikołajpolu przez pierwsze dni, nic o tym nie wiedzialiśmy. Po niedzieli zwyczajnie czekaliśmy, że mama wróci z Dominopola, tymczasem nie było jej, ani w poniedziałek, ani we wtorek. Na trzeci dzień w środę, było to właśnie 14 lipca, tato mocno się już niepokoił, czemu to nasza mama wciąż nie wraca i powtarzał: „Co to jest, że Marysi nie ma z powrotem?”.I tato Roman powiedział do mnie: „Idź z krowami do Helenówki i wywiedź się od ludzi, co tam się dzieje.”.

I ja poszłam, ale w drodze spotkałam Polkę Rozalię Korda oraz panią Piwkowską lat ok. 45. One pierwsze pytały mnie, czy my już coś wiemy o Dominopolu i czy wiemy, już coś o losie naszej Stefki oraz czy nasza mama Maria jest w domu. Odpowiedziałam, że mamy wciąż nie ma z powrotem z Dominopola i póki co nie wiemy, co się tam mogło stać. Wtedy one rzekły: „To wy wciąż nie wiecie, że cały Dominopol jest już wyrżnięty i Wasi bliscy pewnie też.”. Byłam w takim szoku, że niewiele już z nimi przystawałam, tylko zaraz nawróciłam do domu i powtórzyłam wszystko, co usłyszałam ojcu. Lecz ojciec nie uwierzył w te wieści i powiedział: „To niemożliwe, żeby tak wszystkich ludzi pobili, to ci ktoś głupot naplótł. Idź zatem drugi raz do Helenówki i dowiedź się coś więcej o tym.”.

I ja raz jeszcze poszłam na kolonię Helenówka i zastałam tam polską rodzinę Jantasów, spakowanych na wozie i gotowych do ucieczki. Jeszcze kilka innych rodzin polskich, też spakowanych i gotowych uciekać w każdej chwili. Ponieważ jednak sytuacja się nieco uspokoiła, stali tak z wozami i czekali, co jeszcze może się lada moment wydarzyć. Porozmawiałam zatem z Jantasową i pytałam, czy to prawda, co mówiły Rozalia Korda i Piwkowska, że cały Dominopol już wyrżnięty. Gospodyni Jantas wyznała mi wtenczas b. przejęta tak: „Tak to prawda, bo psy wyją, krowy ryczą, w kominach się nie pali, tylko bandziory jeżdżą jak szalone w tą i nazad. Ponieważ zrobiło się cicho i już nie mordują, to my stoimy tak i czekamy. Idź i powiedź niech wasz ojciec, będzie w pogotowiu także ze wszystkim.”. Wróciłam zatem pospiesznie do domu i powtórzyłam wszystko raz jeszcze, jak usłyszałam.

 Nawet wtedy nasz tata, jeszcze nie wierzył, nie mieściło mu się w głowie, jak można zaplanować, a potem bestialsko wymordować, tak dużą społeczność. Nakazał zatem starszej naszej siostrze Kazimierze, aby poszła sama na Dominopol i sprawdziła, co tam się rzeczywiście stało i Kazia poszła. Dotarła b. blisko miejsca tragedii, bo aż do mostu na rzece Turii, tylko około 500 m od pierwszych zabudowań, wymordowanej wsi polskiej Dominopol.

Była tam chata, w której mieszkała znajoma dziewczyna, Polka o nazwisku Stachurska. Jej córka lat około 17, była dobrą koleżanką Kazi i często razem udawały się do kościoła w Swojczowie na nabożeństwa. Okazało się, że młoda Stachurska, była także na Dominopolu, właśnie w tę noc z soboty na niedzielę, kiedy mordowano z zaskoczenia mieszkańców wsi. Jest zatem naocznym świadkiem, tych niewymownie tragicznych dla Polaków, a dla Ukraińców haniebnych zapustów.

Stara Stachurska opowiadała zatem Kazi osobiście tak: „Moja córka była w tę starszną noc na Dominopolu, gdy Ukraińcy niespodziewanie napadli na mieszkańców wsi i bestialsko, bez miłosierdzia mordowali wszystkich, których zdołali dopaść. Także ona została mocno uderzona przez bandziora, ostrym narzędziem w ramię i mocno pokaleczona. Na szczęście udawała, że nie żyje, a rana była na tyle poważna, że zmyliła czujność napastników. Kiedy oprawcy odeszli, zdołała się poderwać na nogi i ukryć w pobliskich konopiach, tam straciła przytomność. Gdy się ocknęła, przez rzekę Turię, przedostała się z największą ostrożnością do rodzinnego domu. Opatrzyłam ją i ukryłam przed rezunami w naszej komórce. Chodź a zaprowadzę cię do niej, byś sama mogła się przekonać, że to co mówią ludzie o masakrze na Dominopolu jest straszną prawdą.”.

I rzeczywiście kiedy otworzyła drzwi komórki, ujrzała swoją koleżnakę, ranną i wciąż ogromnie przejętą tym, co się kilka dni temu wydarzyło. Kazia w obliczu naocznego świadka pogromu na Dominopolu, również poczuła, jak uginają się pod nią, jej własne nogi. Jakby dopiero teraz, tak do końca, dotarło do niej, co tam tak przecież blisko na Dominopolu, który tak dobrze był jej znany, naprawdę się wydarzyło. Stara Stachurska widząc jej przejęcie, powiedziała: „Nie idź na Dominopol, bo cię tam na pewno zabiją. Moja córka widziała także, jak zakopywali ciała pobitych mieszkańców Dominopola, zapewne chcą teraz ukryć przed światem, dowody swojej haniebnej zbrodni. Na pewno i ciebie nie wypuszczą.”.

Kazia zaraz wróciła do domu na Mikołajpol i przekazała naszemu ojcu wszystko, co widziała i słyszała.  Teraz nasz tato Roman w końcu uwierzył i zaczął wolno pakować nasze rzeczy do kufra. Potem spakowane rzeczy, ukryliśmy w zbożu w życie. Od pierwszych chwil ojciec był przerażony, nie bardzo wiedział, co w takiej sytuacji zrobić, wahał się, co do następnych, a koniecznych kroków. Wtedy nadjechała znajoma Polka z Zarudla o nazwisku Hasiak z czwórką dzieci. Nawet nie zatrzymała się, ale tylko zwolniła bieg konia, by krzyknąć do ojca tak: „Panie Różycki niech pan ucieka, bo nas na Zarudlu już mordują!”.

I pojechała szalonym pędem dalej. Po tym spotkaniu i po tych słowach ojciec, właśnie zaczał się pakować. [fragment wspomnień Lucyny Schiesler z d. Różycka z kolonii Maikołajpol na Wołyniu, wysłuchany, spisany i opracowany przez S.T.Roch]