W dniu 11 listopada 1942 roku w kol. Obórki pow. Łuck policjanci ukraińscy z Kołek i Cumania  pod dowództwem jednego Niemca skatowali 13 mężczyzn i powiązanych popędzili do aresztu w Cumaniu. 13 listopada ukraińscy policjanci ponownie przybyli do Obórek i wypędzili wszystkich mieszkańców na dziedziniec Franciszka Trusiewicza. Józef Trusiewicz, który był zbyt chory, aby iść o własnych siłach, został zastrzelony na oczach całej rodziny. Zgromadzonych na dziedzińcu pojedynczo wprowadzano do stodoły i na klepisku pokrytym warstwą słomy kazano ofiarom kłaść się, a jeden z oprawców strzelał ofiarom w tył głowy. Zamordowani zostali: Ludwika Domalewska z Sulikowskich lat 64 – 66, wdowa po Walerym i ich dzieci: Antoni lat 33 i Dioniza lat 24; Wacława (Wanda) Domalewska z Trusiewiczów lat 42, żona Piotra i ich dzieci: Ferdynand lat 10,  Antonina -  Leokadia lat 6 i Jerzy lat 4;  Zdzisław Morawski, s. Tadeusza i Franciszki z Domalewskich, lat 12 (rodzice jego ocaleli); Maria Szpryngel z Trusiewiczów, c. Franciszka i Heleny z Rudnickich, lat 36 – 37, żona Zygmunta i ich dzieci: Jadwiga lat 7 i Czesław lat 5; dzieci Bronisława i Heleny z Domalewskich Szprynglów: Mieczysław lat 10 i Julianna lat 4; Helena Trusiewiczowa z Radeckich lat 58, żona Franciszka;  Józef Trusiewicz lat 61 z żoną Marianną z Plutów lat 50 i dziećmi: Władysławem lat 23, Anną lat 20, Leokadią lat 14, Bronisławą lat 10, Wacławą-Jadwigą lat 9; Helena Trusiewiczowa z Krasinkiewiczów lat 37, żona Stanisława i ich dzieci: Romualda-Marianna lat 13, Zyta-Róża lat 8, Irena lat 2;  Natalia Trusiewiczowa z Janiszewskich lat 59, żona Stanisława;  Wiktoria Trusiewiczowa z Bobrów lat 27, żona Wacława i ich dzieci: Zbigniew-Bonifacy lat 3 i roczna Marcelina-Teresa;  Franciszka Trusiewiczowa z Łyszczewskich, lat 62, wdowa po Leonie;  Wiktoria Kopij lat 63.

Oprócz mieszkańców Obórek zginęli: syn właściciela majątku Czernyż (gm. Silno) Antoni Legucki, s. Stanisława; Ukrainka Nadia Wołoszczuk z nieustalonej miejscowości , Żydówka Irena Mojszek.  (Za: Władysław i Ewa Siemaszko: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945; Warszawa 2000, s. 574). Potem policjanci załadowali na zrabowane furmanki z końmi dobytek żywy i martwy Polaków (świnie, cielęta, kury, ziemniaki, warzywa), zabrali bydło i konie. Kilku policjantów zostało do pełnienia nocnej warty. Wówczas wpadły im w ręce młode kobiety, które pojechały do Cumania odwiedzić aresztowanych mężczyzn. Zaprowadzili je do wsi Rudniki, gdzie w domu Ukraińca Danyły „spędziły upiorną noc”. 14 listopada policjanci ukraińscy przyprowadzili je ze wsi Rudniki z powrotem do wsi Obórki i zamordowali – 6 młodych polskich kobiet. Były to: Elżbieta Domalewska, córka Walerego i Ludwiki z Sulikowskich lat 18; Helena Szpryngel z Domalewskich lat 35, żona Stanisława; Leonarda Trusiewicz, c. Franciszka i Heleny z Radeckich lat 24; Zofia Trusiewicz, c. Stanisława i Natalii z Janiszewskich lat 20; Helena Trusiewiczowa z Kopijów lat 44, wdowa po Antonim. Ludzie sprowadzeni z Rudnik i Stawyhoroża pochowali ofiary mordu w jednej mogile. (jw., s. 575).

14 listopada ukraińscy policjanci z Cumania zastrzelili aresztowanych 11 listopada 13 mężczyzn z Obórek.  Byli to: bracia Domalewscy, synowie Walerego i Ludwiki z Sulikowskich – Kazimierz lat 20 i Hieronim lat 19; Bronisław Szpyngel lat 43, mąż Heleny z Domalewskich i ich syn Kazimierz lat 15; Franciszek Trusiewicz lat 66, mąż Heleny z Radeckich i ich synowie: Henryk lat 20, Józef lat 17 i Czesław lat 14; Stanisław Trusiewicz lat 35, mąż Natalii z Janiszewskich i ich syn Wiktor lub Witold lat 15; bracia Trusiewiczowie, synowie Antoniego i Wiktorii z Kopijów – Stefan lat 18 i Józef lat 17; Wacław Trusiewicz lat 36, mąż Wiktorii z Bobrów. (jw., s. 619).

Łącznie zamordowane zostały 53 osoby.

Mord ten udokumentował także ocalały Feliks Trusiewicz, który wówczas miał 20 lat. Relacjonuje on: „Nieprzypadkowo zaczęło się to w dniu święta narodowego – 11 listopada 1942 r. W takim to świątecznym dla nas dniu, Obórki zostały otoczone przez policję ukraińską z Cumania. Schutzmani – bo tak nazywano tę policję – grubymi kijami wygnali z domów wszystkich mężczyzn i pędzili przed dom mego stryja Józefa. Tam do pokoju gdzie zasiadł komendant Kiszko, wprowadzano poszczególnych zatrzymanych, kazano im kłaść się na podłogę i dwóch szucmanów biło leżącego kijami. Niektórych Kiszko pytał: „Gdzie schowałeś broń?!”. Pytanie to było dla pozoru gdyż chodziło im tylko o bicie. To co się tam działo słyszał z całą swoją rodziną w sąsiednim pokoju, leżący w łóżku, chory stryj Józef. Skatowanych mężczyzn – a byli wśród nich 14-letni chłopcy – powiązali sznurami i odwieźli do aresztu w Cumaniu. /.../ Przed świtem w piątek (13 listopada 1942 – przypis S. Ż.), 5 kobiet, w tym moja mama, wyszło do Cumania w nadziei odwiedzenia aresztowanych, dostarczenia im żywności i ciepłej odzieży. Około godz. 9-tej, na prośbę mojej babci,  wyszedłem do naszych kuzynów mieszkających we wsi Rudniki. Wkrótce po moim wyjściu, Obórki znów zostały okrążone przez policję. Teraz szucmani wypędzali z domów wszystkich kogo zastali. Ludność kolonii spędzono do jednego domu. Wśród kobiet i dzieci było 4-ch mężczyzn: chory stryj Józef, Antoś Domalewski, Władek Trusiewicz i Antoś Legucki z Czernyża, który przyszedł tu przypadkowo. Była też wśród zatrzymanych Obórczan Irena Zaderejczuk – Ukrainka, która w tym czasie przyszła do Obórek w odwiedziny, oraz jakaś nie znana mi z nazwiska dziewczynka, również ukraińskiej narodowości, która znalazła się tu nie wiem w jakich okolicznościach. Wszystkich tych zgromadzonych schutzmani zmusili do zdjęcia odzieży, po czym wyrywali z przerażonego tłumu pojedyncze osoby i wlekli do pobliskiej stodoły, gdzie na klepisku czekał Niemiec, który doprowadzonej ofierze strzelał w tył głowy. Świadkami tej masakry byli chłopi ukraińscy z Rudnik i kilku Polaków ze Stawyhoroża, których sprowadzono tu dla pogrzebania ofiar i ładowania na wozy zagrabionego mienia. Jeden z nich – p. Szulikowski widział te straszne sceny i opowiadał mi później z jakim okrucieństwem schutzmani odrywali dzieci od matek, jak kijami bili po rękach i głowach kobiety i dzieci, kurczowo i rozpaczliwie trzymających się siebie. Opowiedział mi też jak wleczono na śmierć Irenę Zaderejczuk. Kobieta ta była w zaawansowanej ciąży. Nie pomógł jej rozpaczliwy krzyk: że jest Ukrainką, że nie mieszka w Obórkach... Nie dali jej wiary. Zginęła. Zamordowano też razem z Obórczanami wspomnianą dziewczynkę ukraińską. Około godz. 12-tej krwawe dzieło zbrodniarzy było skończone. Na klepisku leżały ciała 33-ch ofiar. Teraz rozpoczęła się grabież mienia. /.../ Wszystko to przeznaczone jest do dyspozycji komendy policji w Kołkach. Reszta, jak: wyposażenie domów, odzież, zapasy żywności i to co jeszcze pozostało w gospodarstwach, staje się pastwą ukraińskiego chłopstwa. Łupy te wydzierają sobie nawzajem, walczą o nie jak szakale. /.../ W Obórkach pozostała świeża mogiła ofiar, zdemolowane domy i kilku schutzmanów, którzy jeszcze tam byli. Im to właśnie wpadły w ręce kobiety wracające z Cumania od aresztowanych. Zostały one odprowadzone do Rudnik, gzie w domu Ukraińca Czerniaka pod strażą trzymane były do rana. Od schutzmanów i gospodarzy tego domu dowiedzieli się, że Obórczanie zostali wymordowani, a one są zatrzymane do dyspozycji komendy policji w Kołkach. /.../ W tej świadomości spędzają długą, jesienną noc na modlitwie i przygotowaniu na śmierć. Rankiem, około godz. 9-tej schutzmani prowadzą kobiety do Obórek. W drodze mija ich samochód ciężarowy wiozący oddział schutzmanów, a za nim samochód osobowy z Niemcami. To ich kaci. /.../ Doprowadzonym tu kobietom powiedziano, że wszystkie są skazane na śmierć i egzekucja nastąpi natychmiast. Warto wspomnieć o tym, że jedna z tych kobiet – Lusia Trusiewicz, stojąc w obliczu śmierci zdobyła się jeszcze na błagalne przemówienie do Niemców i schutzmanów o darowanie im życia. Niemiec kazał przetłumaczyć jej słowa i gdy w odmowie pokręcił głową, dając jednocześnie znak schutzmanom podprowadzenia do niego pierwszej ofiary, Lusia widząc, że jej błagania nie odniosły skutku, z rozpaczliwą determinacją zaczęła krzyczeć: „Bandyci, wy nas wymordujecie ale i na was przyjdzie czas. Śmierć wam zbrodniarze!” Podobno miała ochrypły głos, krwią nabiegłe oczy i żyły na szyi nabrzmiałe. Zamordowano ją pierwszą, następna – Zosia Trusiewicz, błagając o litość pada przed Niemcem na kolana. Odpowiedzią było silne kopnięcie i strzał w głowę... Pozostałe 3 kobiety już z rezygnacją, bez oporu podchodzą do kata. Te straszne sceny opowiadali mi naoczni świadkowie – Polacy ze Stawyhoroża, którzy sprowadzeni tam byli do pogrzebania ofiar. Działo się to w sobotę, 14 listopada 1942 roku. W tym samym dniu w Cumaniu schutzmani wyprowadzili z aresztu na dziedziniec, wszystkich więzionych mężczyzn z Obórek. /.../ Nie mamy informacji, gdzie dokładnie odbyła się egzekucja i do dziś nie wiemy gdzie znajduje się ich mogiła. Tak więc w sobotę 14 listopada 1942 roku, mordercze strzały w Obórkach i w lesie koło Cumania, kończą życie następnych 19-tu osób. Kolonia przestaje istnieć.”

Po trzech tygodniach na rozkaz komendanta policji ukraińskiej w Kołkach Saczkowskiego zabudowania kolonii Obórki zostały spalone.     

Feliks  Trusiewicz w swoim wykazie zamieszcza jeszcze Janinę Domalewską lat 27 oraz dziewczynkę ukraińską NN lat 12. Nie wymienia Żydówki Ireny Mojszek oraz podaje, że Ukrainka nazywała się Irena Zaderejczul, lat 30. Podaje też, że Antoni Legucki miał 26 lat. 13 listopada 1942 r. (piątek) policja ukraińska  wspólnie z dwoma Niemcami zamordowała 33 osoby.

Wśród zamordowanych 14 listopada 1942 r. przez policję ukraińską w lesie koło Cumania poza ofiarami wymienionymi przez Siemaszków podaje jeszcze Witolda  Trusiewicza  lat 14, oraz 2 innych mężczyzn:  NN Paweł, (zięć Domalewskich, mąż Dyzi) lat 25, NN (2-gi zięć Domalewskich, mąż Janki) lat 29.  Lista ofiar zbrodni  została opublikowana w książce: Feliks Trusiewicz: Pokolenie. Filadelfia 1985 r., s. 56 – 57.

Feliks Trusiewicz podczas wypraw na Wołyń próbował odnaleźć mogiłę rozstrzelanych Polaków, zabranych z aresztu w Cumaniu. Pisze on: „Zdaniem naszego przewodnika, jeden z najważniejszych świadków, ten, który brał udział w zakopywaniu ofiar, żyje, ale na kilka dni wyjechał do Dubna. Po rozmowie z wieloma ludźmi doszedłem do smutnego wniosku, że moja nadzieja doznała porażki. W ciągu jednego dnia nie podobna załatwić tej sprawy, trzeba by kilku dni i wielu ludzi dla odnalezienia tej mogiły. Upewniłem się jednak, że wywieziono ich z Cumania drogą do Bereścian i wymordowano w lesie w pobliżu drogi, po lewej jej stronie, przed tak zwanymi ługami (bagnami)”. (Feliks Trusiewicz; w: http://www.trusiewicz.pl/wyprawy3.html  ). 

W latach 1990 – 2000 była możliwość odszukania zarówno tych grobów pomordowanych Polaków na terenach wschodnich II RP, zwanych obecnie Kresami (a przecież Lwów i Wilno były centrami polskości, a nie jej „kresami”), ale władze polskie nie były tym zainteresowane. Wręcz odwrotnie, robiły wszystko, aby tego problemu nie podejmować, w imię „bratniej przyjaźni polsko-ukraińskiej”, czerpiąc wzory z przemijającej „bratniej przyjaźni polsko-radzieckiej”. I tak to już zostało, jest kontynuowane i nic nie zapowiada na zmianę tej „polskiej polityki wschodniej”. Pomimo, iż polityka „samostijnej” Ukrainy w relacjach z Polską jest niemal kopią polityki Rosji Sowieckiej.  Od kwietnia br. władze Ukrainy zabroniły stronie polskiej dokonywania wszelkich poszukiwań i ekshumacji grobów polskich na Ukrainie. Rozmowy nie doprowadziły do zmiany tej decyzji. Ostatnio, od 22 października na Ukrainie przebywała polska delegacja  z wicepremierem Piotrem Glińskim. Jednym z punktów wizyty były rozmowy polskiego wicepremiera – ministra kultury oraz zastępcy prezesa IPN prof. Krzysztofa Szwagrzyka i wiceministra spraw zagranicznych Bartosza Cichockiego z ukraińskim ministrem kultury Jewhenem Nyszczukiem i ministrem sprawiedliwości Ukrainy Pawłem Petrenką. Prof. Szwagrzyk był optymistą: – Jesteśmy w Kijowie po to, żeby wyjść z impasu ws. poszukiwań miejsc pochówków Polaków na Ukrainie. Dodał, że do rozmów podchodzi z nadzieją na przełom. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, wszystkie polskie propozycje zostały odrzucone. Zgoda jest możliwa tylko na warunkach Wołodymyra Wiatrowycza: albo będą pomniki „herojów UPA” w Polsce, albo poszukiwań i ekshumacji nie będzie. 

Henryk Cybulski w książce wspomnieniowej „Czerwone noce” podaje nieco inną wersję, opartą o relacje świadków: „Trzynastego listopada 1942 roku nastąpił pierwszy masowy mord ludności polskiej. Ofiarą tego okrucieństwa padli wszyscy bez wyjątku mieszkańcy wsi Obórki. Była to mała wioska leżąca w odległości trzydziestu kilometrów od Przebraża, zamieszkana przez kilka rodzin blisko ze sobą spokrewnionych i noszących te same nazwiska: Domalewskich, Trusiewiczów i Szprynglów. Wieś ta, położona z dala od większych miast i dróg, stała się wymarzonym schronieniem dla tułających się Żydów i radzieckich żołnierzy zbiegłych z niemieckiej niewoli. Toteż od początku okupacji Obórki stały się stacją węzłową w drodze do lasu. Schutzmani i ich sługusy szybko wpadli na trop powiązań mieszkańców Obórek z ludźmi lasu.  Jedenastego listopada pojawiła się we wsi kilkunastoosobowa grupa mężczyzn podających się za partyzantów radzieckich. Grzecznie poprosili o poczęstunek i po spożyciu posiłku ruszyli w dalszą drogę. Na odchodnym prosili, aby o ich pobycie nigdzie nie meldować - ani policji, ani ludziom z lasu. Mieszkańcom Obórek wizyta ta wydała się bardzo podejrzana. Znali przecież wszystkich Żydów, zbiegłych jeńców i partyzantów radzieckich przebywających w promieniu wielu kilometrów, ale twarze tych ludzi były im zupełnie obce. Wreszcie ustalono, że jest to pewnie jakiś oddział, który niedawno przywędrował w te strony.

Dwa dni upłynęły bez specjalnych wydarzeń. Trzeciego dnia zjechało do Obórek kilkudziesięciu schutzmanów z Kołek i Cumania. Dowodził nimi Saczkowski, vel Saczko, komendant policji w Kołkach,oraz Kiszko, komendant policji z Cumania. Aresztowali oni wszystkich mężczyzn - w sumie siedemnastu. Tylko Tadeusz Trusiewicz oraz jeden z Domalewskich zdołali zbiec do lasu. Komendant Kiszko, były nauczyciel z Czernirza, bił po kolei wszystkich aresztowanych, jednego zastrzelił na miejscu. Pozostałych szesnastu wywieziono do Cumania. We wsi pozostały tylko kobiety i dzieci. Pięć kobiet udało się do Cumania, aby dowiedzieć się czegoś o losie aresztowanych.

Tymczasem piętnastego listopada znowu wpadło do wsi kilkudziesięciu schutzmanów. Polecili wszystkim zgromadzić się w mieszkaniu Franciszka Trusiewicza. Kobiety z dziećmi - wyjaśnili - trzeba przesiedlić do większej wsi, bo tu zaczynają grasować bandy. Kiedy w domu znalazło się około pięćdziesięciu osób, schutzmani wyprowadzili je w małych grupach do pobliskiej stodoły. Stała się ona miejscem kaźni.

Tego dnia powróciły z Cumania cztery kobiety. Jedna z delegowanych, Stanisława Trusiewicz, została jeszcze w Cumaniu na kilka dni. Policjanci wyjaśnili przybyłym, że wszyscy mieszkańcy wsi zostali ze względu na ich bezpieczeństwo przesiedleni do Rudnik i że one również nie mogą pozostać w Obórkach. W Rudnikach zamknięto je w domu jednego z miejscowych gospodarzy, Ukraińca. Okoliczności towarzyszące „przesiedleniu” wydały się kobietom mocno podejrzane. Zofia i Leonarda Trusiewicz, podobnie zresztą jak Maria Lipińska i Helena Szpryngiel, już w czasie drogi do Rudnik zorientowały się w szczegółach tej operacji. Schutzmani uśmiechali się tajemniczo i nie odpowiadali na pytania dotyczące losu i miejsca pobytu pozostałych kobiet. Uwagę uwięzionych zwróciło dziwne zachowanie się gospodarza z Rudnik. Ów starszy już wiekiem Ukrainiec wyraźnie pragnął zamienić z nimi w jakiś sposób kilka słów. Wreszcie znalazł się odpowiedni moment. - Wtikajte, bo was pomordujut... - szepnął. Jednakże o ucieczce nie było mowy. Tej samej nocy zawleczono kobiety do pobliskiej stodoły...

Jedyna pozostała jeszcze przy życiu mieszkanka Obórek - Stanisława Trusiewicz, zastała po powrocie tylko zgliszcza rodzinnej wsi. Nie znając losu pozostałych kobiet, udała się do Rudnik, gdzie mieszkał jej dawny znajomy, Ukrainiec. Gospodarz powitał ją z przerażeniem w oczach. - Nie możesz tu zostać ani chwili - przestrzegł ją - jeśli znajdą cię w moim domu, wymordują mi całą rodzinę...

Uciekać, ale jak, dokąd?!  Chłop podrapał się po szczeciniastej brodzie. – Trzeba tu coś zaradzić  - medytował głośno. - Olga! – krzyknął do żony. - Daj jej chleba i mleka, a ja zaprzęgnę konie.

Nocą, gdy najcichsze nawet skrzypnięcie furmanki rozlegało się echem w całej okolicy, przy zachowaniu największej ostrożności Stanisława Trusiewicz została przewieziona do wsi Bogusławka i oddana pod opiekę jakiegoś gospodarza, także Ukraińca.

- Dziękuje wam, dziękuję – mówiła ze łzami w oczach do odjeżdżającego chłopa z Rudnik.

- Nu niczoho, niczoho, ne płacz... - pocieszali ją. - Szcze wse bude dobre, ne bijsia...

Trudno było uwierzyć, że uciekając przed Ukraińcami znalazła opiekę u Ukraińców. A więc nie przynależność do określonej narodowości decydowała o postawie ludzi. Stanisława Trusiewicz miała się o tym jeszcze raz przekonać. Po kilku dniach gospodarz zakomunikował swojej podopiecznej, że dalszy jej pobyt we wsi jest niemożliwy. Jeszcze tej samej nocy kobieta odbyła kolejną podróż do wsi Silno i została oddana pod opiekę następnemu Ukraińcowi. - Nie martw się - pocieszał ją po drodze chłop. - Ten Kozak, do którego jedziemy, to porządny człowiek. On z tymi... - tu zamilkł na chwilę, jakby szukał wystarczająco obraźliwego słowa - on z tymi bandytami nie ma nic wspólnego.” 

Ukrainiec nazwiskiem Kozak okazał się rzeczywiście uczciwym człowiekiem. Cała jego rodzina była przejęta losem Trusiewiczowej. Naradzano się, co z nią zrobić. Wiadomi było, że na dłużej nie da się jej ukryć we, wsi.

- Z domu nie wygonisz - tłumaczył Kozak żonie, kiedy ta zaczynała się denerwować.

- A czy ja to mówię? - oburzała się.

- Psa nie wygonisz, kiedy wilki na dworze!

Dzięki gościnności i odwadze Kozaków Trusiewiczowa przetrwała u  nich aż do wiosny. Potem przewieziono ją do Przebraża. Tak dzięki poświęceniu i pomocy kilku ukraińskich rodzin ocalał jeden z nielicznych świadków mordu w Obórkach.”

Główny oprawca kolonii Obórki, komendant policji ukraińskiej w miasteczku Kołki Saczko-Saczkowski może służyć za wzór obecnego „bohatera narodowowyzwoleńczej Ukraińskiej Powstańczej Armii”. Wiosną 1943 roku po opuszczeniu posterunku  w biały dzień powiesił swoją żonę Polkę w publicznym miejscu, na drzewie naprzeciwko budynku gminy.  Edward Kamiński relacjonuje: „Jeszcze tak niedawno temu, przed wojną, Saczko-Saczkowski był zastępcą wójta gminy, powszechnie lubianym i szanowanym za życzliwość do wszystkich mieszkańców, niezależnie od ich narodowości. Lubiano go też w domu moich dziadków Urbańskich. Był tam chyba częstym gościem, bo ilekroć przyjeżdżaliśmy z Czetwertni, gdzie ojciec zarządzał majątkiem ziemskim, Saczkowski też tam zaglądał. Nie wiem, co sobie cenił bardziej, pogawędki z dziadkiem Franciszkiem, czy nalewkę wiśniową na spirytusie babci Pauliny. Czasami sadzał mnie na kolanach i sprawdzał czy podrosłem wsadzając mi swoją rogatywkę na głowę. Zatrzymywała mi się na uszach, a pan Saczko mówił zaciągając jak wszyscy tam kresowiacy: << Panie Edwardzie czapka od ostatniego raza lepij pasuje. Znaczy się jeszcze troszki i będziesz pan wójtem, a może być, jak Bóg szczęście da i starostą.>> Tak miłym wydawał mi się człowiekiem. Niemcy szybko poznali się na jego sadystycznych skłonnościach. Szczególnie był im pomocny w likwidacji getta żydowskiego latem 1942 roku. Mówiono, że dwoił się i troił żeby oddać jak najwięcej strzałów w potylicę ofiar. Samo zabijanie nie dawało mu pełnego zadowolenia. Przed egzekucją doprowadzał sponiewieranych do stanu upokorzenia, w którym śmierć wydawała się jedynym wybawieniem. Jesienią wypędzono z domów pozostałych niedobitków pierwszej masowej egzekucji, w większości niedołężnych starców. Zagnano ich na groblę nad Styrem i tam bijąc zepchnięto na łąkę. Komendant Saczko-Saczkowski przed egzekucją kazał nieszczęsnym gryźć trawę na czworakach. Osobiście rozstrzelał Bencjona Stawkiera, z którego rad w sprawach gminy często korzystał przed wojną.” (Edward Kamiński: Porzućcie wszelkie nadzieje; w: http://www.strony.ca/Strony36/articles/a3604.html  ).

Z kolei Bolesław Szpryngiel podaje:  „Podobnie było w rodzinie Apolinarego Saczkowskiego, byłego wójta gminy Kołki w latach dwudziestych XX wieku. Z pochodzenia Ukrainiec - Pulinar Saczko, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej, zmienił swoje imię i nazwisko na Apolinary Saczkowski. Jako obywatel polski odbywał obowiązkową służbę wojskową w Wojsku Polskim. Tu skończył szkołę podoficerską i przez pewien czas pozostawał w wojsku jako nadterminowy. Zwolniony z wojska wrócił do Kołek skąd pochodził i tu nawet przez jedną kadencję pełnił funkcję wójta w Urzędzie Gminy Kołki. Ożenił się z Polką i miał z nią syna Aleksandra również w moim wieku. Saszka (tak go nazywaliśmy) także był moim kolegą szkolnym w latach 1938/39. Cała rodzina Saczkowskich uchodziła za Polaków wyznania rzymsko-katolickiego, co demonstrowała coniedzielnym uczestniczeniem w mszy w miejscowym kościele, a także w różnych gminnych uroczystościach patriotycznych. We wrześniu 1939 roku, po zajęciu Kresów Wschodnich przez Armię Czerwoną i włączeniu tych Ziem do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (USRR) Apolinary Saczkowski znowu stał się Pulinarem Saczko i jako ukraiński komunista pracował w Urzędzie Rejonowym w Kołkach. Następnie - po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej w czerwcu 1941 roku - Pulinar Saczko zgłosił się do władz hitlerowskich już jako nacjonalista ukraiński wyznania prawosławnego, deklarując im swoją chęć współpracy z okupantem. Propozycja ta została przez hitlerowców przyjęta i z ich woli Pulinar Saczko został komendantem rejonowym pomocniczej policji ukraińskiej (Schutzmannschaft), gorliwie wykonującej zbrodnicze rozkazy władz hitlerowskich. Równolegle tajnie pełnił ważne funkcje w Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i jej zbrojnej formacji Ukraińśkij Powstańskij Armii (UPA). W maju 1943 roku wyraźnie już zdradził swoich hitlerowskich opiekunów, opuścił zajmowane stanowisko komendanta rejonowego Schutzmannschaftu w Kołkach i objął jakąś ważną dowódczą funkcję w UPA. Był szczególnie okrutnym nacjonalistą ukraińskim nienawidzącym Polaków. Swoją żonę osobiście publicznie powiesił tylko dlatego, że była Polką, a on dał w ten sposób dowód swojego ukraińskiego patriotyzmu ("Sława Ukraini - Herojam Sława"). Po ponownym wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny Północnego Wołynia w roku 1944 został ujęty przez NKWD i skazany na 25 lat pobytu w łagrze na Sybirze. Zbrodniarzowi temu poświeciłem tu trochę więcej miejsca, ale wspomnienie o nim to również jakiś przyczynek lepszego poznania stosunków polsko-ukraińskich tego okresu.” (Bolesław Szpryngiel: Pobratymcy; w: http://www.nawolyniu.pl/wspomnienia/pobratymcy.htm ).

Ostatnie zdanie Bolesława Szpryngiera można uzupełnić o tezę, że jest to także przyczynek do lepszego poznania stosunków polsko-ukraińskich obecnych. Zbrodniarz Saczko-Saczkowski na mocy prawa ukraińskiego stał się jej bohaterem, a za podważanie jego „heroizmu” grożą konsekwencje karne – także autorowi tego artykułu . I osobom odpowiedzialnym za jego publikację.

A rząd III RP nadal poważnie i z pobłażliwością traktuje obecne władze ukraińskie. Udając, że kolejne otrzymywane kopniaki są wyrazem i efektem „kontaktów serdecznej przyjaźni”. 

Wymordowanie całej polskiej kolonii Obórki nie jest uznawane przez większość polskich historyków za zbrodnię dokonaną przez nacjonalistów ukraińskich, ale za zbrodnie popełnione przez „funkcjonariuszy niemieckich i osoby idące na rękę państwu niemieckiemu”. Tymczasem Saczko-Saczkowski jako działacz Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów realizował plany frakcji banderowskiej całkowitej eksterminacji ludności polskiej na Wołyniu wykorzystując do tego służbę u okupanta niemieckiego. Poza tym miesiąc wcześniej utworzona została Ukraińska Powstańcza Armia i 14 października br. „samostijna” Ukraina hucznie  obchodziła 75.lecie jej powstania, z prezydentem Petro Poroszenko na czele. Można więc przypuszczać, że zagłada ludności polskiej w Obórkach była wynikiem decyzji podjętych przez lokalne dowództwo OUN-B. Był to pierwszy masowy mord ludności polskiej od września 1939 roku, kiedy to bojówki OUN wyrżnęły kilka polskich wsi. Przed odejściem policjantów ukraińskich do UPA wiosną 1943 roku dokonali oni jeszcze pacyfikacji kilkunastu polskich wsi, w których śmierć poniosło ponad trzy tysiące ich mieszkańców. Ofiary te także zaliczane są do zbrodni niemieckich, chociaż ich wykonawcy wkrótce odeszli z pełnym uzbrojeniem do lasu tworząc banderowskie oddziały UPA. Niemcy wojnę przegrywali i nie byli już im niezbędni do zaplanowanej rozprawy z ludnością polską. Wytyczne OUN-B „rizat Lachiw” mogli już realizować na własne konto, pod właściwym szyldem.