Sumienie narodu polskiego zdaje się być uśpione. Świadomie nie wspominamy o krwawych kartach naszej historii. Czasem odnosi się wrażenie, że z nieznanych powodów bliżsi są nam sprawcy straszliwych rzezi niż ich bezbronne ofiary. Śladów zbrodni nie trzeba przecież daleko szukać. Może do wyobraźni Polaków w końcu przemówią zbiorowe mogiły, rozsiane po całym Wołyniu. Wymazane z map setki polskich wsi. Spalone i wyniszczone tak dokładnie, by po ich byłych mieszkańcach nie pozostał najmniejszy ślad. Może przemówią krwawe blizny noszone przez jeszcze żyjących. Blizny po ranach doznanych od noży, siekier, żelaznych łomów.

  1. Czas pokoju - Wołyń moich przodków

Województwo wołyńskie w granicach II Rzeczypospolitej było jednym z sześciu województw pasa wschodniego zwanego potocznie Kresami wschodnimi. Graniczyło ono od zachodu z województwem lubelskim, na północy z województwem poleskim, wschodnią jego granicę stanowiła granica państwowa z ZSRR, na południu zaś leżało województwo tarnopolskie. Tereny województwa w większości zamieszkiwała ludność ukraińska w liczbie 1.418,3 tys. Drugą narodowością pod względem liczebności byli tam Polacy w liczbie 346,6 tys. Reszta to Żydzi i inne niewielkie grupy narodowościowe. Na terenie województwa było 11 powiatów, 22 miasta, 103 gminy wiejskie oraz 2.743 gromady wiejskie (sołectwa). Do dziś zdołano ustalić, że na terenie województwa wołyńskiego rzezie ludności polskiej dokonane w latach 1939-1944 przez nacjonalistów ukraińskich pochłonęły 60-70 tys. osób. Kisielin nad rzeką Stochód był przed wojną małym miasteczkiem jakich wiele: pokarmelicki Kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia, cerkiew, dwie żydowskie bożnice, ruiny pałacu Olizarów.

Z tysiąca mieszkańców połowę stanowili Żydzi, resztę Polacy i Ukraińcy, mniej więcej po równo. Wśród Polaków było sporo rzemieślników: część obsługiwała pałac hrabiego. Wszyscy mieszkali obok siebie, pomagali sobie w pracach polowych. Dzieci narodowości polskiej, ukraińskiej i niemieckiej chodziły do jednej szkoły. W szkolnych murach każde dziecko uczyło się swojej religii. Ukraińcy mieli lekcje ojczystego języka. Mieszkańcy Kisielina żyli obok siebie. Choć i trochę obok, jakby osobno. Nikt nie pamięta jednak, by zdarzyło się tu coś, co zasadniczo psułoby wzajemne stosunki. Aż przyszedł tamten dzień

  1. Czas zagłady - tamtego lata w Kisielinie.

Tego dnia wybuchła wojna, która na zawsze zmieniła oblicze miasteczka. Do Kisielina weszły wojska hitlerowskie. Niemieccy żołnierze zwiastowali początek tego, co miało się wydarzyć. Dzień 11 lipca 1943 roku był pochmurny. Pomimo deszczu ludzie, jak zwykle w niedzielę, zmierzali do kościoła z okolicznych wiosek. Przybyło około 180 osób. Wiernych nie opuszczał jednak niepokój. W czasie mszy szeptano, że coś się dzieje. W pobliżu domów okalających kościół podobno widziano kręcących się uzbrojonych Ukraińców. Po zakończonym nabożeństwie ludzie zaczęli wychodzić. Wtedy ze wszystkich stron nadbiegli UPA-owcy. Wówczas wierni ze strachem cofnęli się do kościoła, zaryglowali hakami drzwi i w panice rozpierzchli się na terenie świątyni. Po chwili banderowcy nawoływali do wyjścia i zapewniali, że nikomu nic złego się nie stanie. Kilkanaście osób uwierzyło i wyszło na dziedziniec. Po chwili już nie żyli. Dawni sąsiedzi Polaków zaatakowali kościół, strzelali z karabinów, rzucali granaty przez okna, które broniący się odrzucali w stronę napastników. UPAowcy próbowali podpalić drewniane drzwi. Obrońcy, aby ugasić pożar, oddawali mocz do wiader, którym polewali żarzące się drewno. Kolejnym krokiem bandytów były ataki przez okna. Polacy rzucali w banderowców cegłami i kaflami z rozebranych naprędce pieców. Rozsierdzeni obroną napastnicy podpalili plebanię i wnętrze kościoła. Oblężenie i desperacka obrona trwały do godziny 23. Napór nieprzyjaciół na kościół coraz bardziej słabł. Strzelanina ustawała, aż w końcu bandyci odeszli. Po dłuższej chwili zaczęła się ewakuacja kościoła. Na linach opuszczano najpierw kobiety z dziećmi, a następnie rannych i mężczyzn. Ocalali, nie dowierzając jeszcze temu, co się przed chwilą stało, udali się w bezpieczne miejsca.

  1. Czas zagłady - Aleksandrówka, wspomnienia mojej prababci Kamili Ziółkowskiej-Ostasz

„Na naszą kolonię Aleksandrówkę pierwszy raz napadli w tydzień po tym, co wydarzyło się w kościele w Kisielinie. Zbliżał się wieczór, przyszedł sąsiad Ukrainiec Kyc i mówił, by nie nocować w domu.” – wspomina babcia. „W lesie pojawili się jacyś uzbrojeni ludzie. Niebawem w drugim końcu wsi usłyszeliśmy strzały. Uciekliśmy z domów. Ukrywaliśmy się w zbożu i pobliskich krzewach. Uciekając samotnie przez zboże, napotkałam sąsiadów Sałachów. Szliśmy przez bagna, zarośla i lasy. W końcu dotarliśmy do Zasmyk. Stamtąd ruszyliśmy do Kowla. Zatrzymaliśmy się u Domańskich, którzy byli znajomymi mojego ojca. Wtedy przyjechał ojciec Sałacha i powiedział, by wracać do domu. Ukraińcy rozpowiadają, że ten napad to pomyłka, że nikt Polaków nie będzie ruszał, niech zbierają plony i żyją. Wróciliśmy. W domach baliśmy się jednak nocować. Spaliśmy na górce w stodole. Przez szparę w deskach zobaczyliśmy bandytów. Szli na Michałówkę z kosami na sztorc, z widłami i siekierami. Po jakimś czasie Ukraińcy ponownie zaatakowali naszą miejscowość. Kiedy usłyszeliśmy strzały, rozbiegliśmy się po polach i ukryliśmy się w zbożu oraz konopiach. Nie wiem, jak długo błąkałam się po lasach i łąkach. Dotarłam do Zasmyk. Tam spotkałam ojca, siostrę Leokadię i brata Bogusława. Jedynie mamy tam nie było. Zabili ją UPA-owcy, kiedy próbowała uciec. Wiedzieliśmy, że nie mamy do czego wracać. Przyjechaliśmy do wsi Płonka w pow. krasnostawskim. Pracowałam jako pomoc w gospodarstwie rolnym u pana Szczepanowskiego, wyłącznie za wyżywienie. Na więcej podczas wojny nie można było liczyć.”

  1. Czas refleksji - ocalić od zapomnienia

Całe Kresy południowo-wschodnie II Rzeczpospolitej przesiąknięte są krwią pomordowanych Polaków. Dzieci, kobiet i starców. Umęczona wołyńska ziemia kryje w sobie dziesiątki tysięcy mogił, w tym wiele zbiorowych, liczących po kilkaset ofiar. Z powierzchni ziemi i z mapy obecnej Ukrainy zniknęło około 2 tysiące spalonych wsi, kolonii i osiedli zamieszkałych do 1943 roku przez Polaków. Wykarczowano sady, wycięto przydrożne drzewa, zaorano drogi, by nie przypominały o dawnych prawowitych mieszkańcach tych ziem. Jednego tylko nie zdołano zniszczyć i wyrwać z korzeniami - zbiorowej pamięci Polaków. Wspomnienia tamtych wydarzeń zachowali ci, którzy cudem uniknęli zagłady. Rodziny osiadłe obecnie po lewej stronie Bugu, często rozsiane poza granicami kraju pielęgnują pamięć o swych rodzinnych miejscowościach oraz o przodkach, którzy oblani krwią anonimowo spoczęli na własnym skrawku ojcowizny. Co współcześni ludzie powinni zrobić z tamtymi tragicznymi wydarzeniami? Wiadomo, nie cofniemy czasu. Czyż formą zadośćuczynienia nie powinno być jednak chociażby upamiętnianie ofiar rzezi z 1943 roku? Nasi przodkowie nadal oczekują na właściwe groby, godny pochówek, postawienie krzyży w miejscach kaźni, odnalezienie śladów ich życia, ocalenie od zapomnienia ich nazwisk i imion. Mają oni prawo do naszej pełniej pamięci o nich, tak jak mają prawo do naszej modlitwy. „Ci, którzy pamiętają, mają obowiązek przypominać innym.” - św. Jan Paweł II.

Reportaż literacki Tytuł: „A lato było piękne tego roku…” Kamila Śledź Gimnazjum nr 2 im. Jana Zamoyskiego XVI Ordynata w Zamościu ul. Lwowska 15, 22-400 Zamość     Wyszukał i wstawił B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud17.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 423 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6511420