Leokadia Miedzianowska z d. Buczkowska urodziła się w 1933 r. w Kiełczewicach na Lubelszczyźnie. Cztery lata później rodzice sprzedali ziemię nad Bystrzycą i przenieśli się na Wołyń, do Teresina. Była to duża kolonia polska, zamieszkała przez ok. 300 Polaków i kilka rodzin ukraińskich. Powstała z parcelacji majątku księcia Zdzisława Lubomirskiego, działacza społecznego, prezydenta Warszawy w czasie I wojny światowej, oraz inicjatora ogłoszenia niepodległości Polski.

Sielankę w Teresinie zburzył wybuch II wojny światowej. 17 września 1939 r. tę wołyńską miejscowość włączono do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a po ataku w 1941 r. Niemiec na ZSRR ustanowiono na terenach tych komisariat III Rzeszy „Ukraina”. Polacy znaleźli się wówczas w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Kulminacyjnym punktem tego okresu okazał się rok 1943. Już na przełomie lutego i marca dochodziło w okolicy do zabójstw na tle narodowościowym. Początkowo ginęli nauczyciele, leśniczy. Kiedy jednak zaczęły znikać z map całe polskie kolonie i wioski, Polaków zaczął ogarniać paniczny strach. Ojciec Leokadii wybudował w okolicy schron, do którego wejście przysłaniał konar drzewa. Kryjówkami były też pomieszczenia gospodarcze, a w późniejszym okresie zboże. Względny spokój, jaki dali Ukraińcy Polakom w sierpniu, aby mogli dokończyć żniwa, uśpił czujność w rodzinie Buczkowskich.

 DZIEŃ GROZY

Była sobota 28 sierpnia 1943 r. Leokadia z Wiktorią Sobolewską, koleżanką z sąsiedztwa, babcią ze strony ojca oraz siostrami Olesią, która miała wówczas 17 lat i nieco młodszą Genią, postanowiły wyspać się w normalnych warunkach w domu (ze względów bezpieczeństwa bardzo często całe rodziny nocami ukrywały się poza domem - przyp. autora). Śpiących obudziło nad ranem 29 sierpnia, ujadanie psów. Jak się później okazało, podzieleni na grupy ukraińscy chłopi z Kohylna i Gnojna, uzbrojeni w kosy, siekiery, widły i inne narzędzia zbrodni, wspólnie z upowcami okrążyli kolonię i wdzierali się do poszczególnych domostw.

Ojciec Leokadii, Jan Buczkowski, z sąsiadami Sebastianami, przebywali w schronie. Matka Elżbieta z d. Marcówna, miała kryjówkę w stodole. Cała reszta rodziny znalazła się niestety w pułapce, chowając się instynktownie na poddaszu domu. Leosia z koleżanką cudem uniknęły śmierci. Przykryły się sianem i zostały przeoczone. Dwie starsze siostry i babcię zrzucono z poddasza, bestialsko zamordowano i zakopano na podwórzu lekko przykrywając ziemią. Przerażony ojciec Leokadii uciekał polami i dotarł do oddalonego o niecałe 15 km Włodzimierza, gdzie znalazł schronienie u znajomych. Przekonany był, że nikt z jego rodziny nie przeżył. Matka z kolei widziała co dzieje się z jej dziećmi, ale strach tak ją sparaliżował, że nie potrafiła wydać z siebie ani słowa, choć wydawało się jej, że krzyczy, aby darowali im życie. Przez tydzień chowała się jeszcze w swojej kryjówce, jednak nie odważyła się odkopać przysypanych ziemią ciał, by sprawdzić ile osób zamordowano. W końcu udała się do zaufanego ukraińskiego sołtysa Środy, który wozem przemycił ją do Włodzimierza. Tam ks. Stanisław Kobyłecki, proboszcz parafii farnej, organizował opiekę dla ofiar rzezi. Nieoczekiwanie odnalazła tam swojego męża. Jeszcze większe szczęście spotkało ją, kiedy okazało się, że żyje również najmłodsza córeczka Leosia.

 DOTRZEĆ DO WŁODZIMIERZA

Leokadia ukrywała się długo na strychu ze swoją koleżanką, nie wiedziała, że matka przeżyła i przebywała cały czas w swojej kryjówce w stodole tuż obok. Postanowiła jednak opuścić poddasze i udać się ze swoją nieco starszą koleżanką do jej rodzinnego domu. Okazało się, że przeżył tam tylko jej brat i ciotka, która skryła się w dole od kartofli. W czwórkę postanowili dotrzeć do Włodzimierza. Szli pieszo polami, łąkami, lasami, uważając, aby nikt ich nie zauważył. W końcu dotarli do celu. Trud podróży wynagrodziła Leosi niespodziewana wiadomość o ocalonych rodzicach.

 TUŁACZKA ZAKOŃCZONA W KOBYLCU

Rodzina Buczkowskich postanowiła wrócić do Kiełczewic na Lubelszczyznę, gdzie mieszkała babcia Leokadii od strony matki. Niestety, nie było to takie proste. Lubelszczyzna znajdowała się już w granicach Generalnego Gubernatorstwa, a oba terytoria dzieliła rzeka Bug. Postanowili jednak zaryzykować. Opłacili  nielegalny przerzut, przepłynęli tratwą Bug i dotarli w końcu do Kiełczewic. Zamieszkali w pobliskiej Borkowiźnie, dzieląc przez jakiś czas mieszkanie z rodziną Kassaków. Razem mieszkali też kilka dni wspólnie w Rąbczynie, po tym jak okazało się, że po przebyciu setek kilometrów gospodarstwo w okolicach Wągrowca, które mieli zasiedlić, było już zamieszkałe. Ostatecznie, po opłaceniu odstępnego, osiedli na  poniemieckim gospodarstwie w Kobylcu. Tam Leokadia wychowała siedmioro swoich dzieci, trzech synów i cztery córki.

 DLACZEGO DOSZŁO DO TRAGEDII?

Rzeź na Wołyniu to temat bardzo drażniący stosunki między Polską i Ukrainą. Został on jednak bardzo dogłębnie przebadany przez historyków, którzy ustalili przyczyny tych tragicznych wydarzeń.

Musimy pamiętać, że w 1918 r. nastroje niepodległościowe towarzyszyły Ukraińcom podobnie jak Polakom. Nasi wschodni sąsiedzi chcieli mieć wolną Ukrainę i nie wyobrażali sobie jej bez Lwowa. Dla Polaków dawne Kresy Rzeczypospolitej były z kolei częścią wielowiekowej, burzliwej, ale jakże ciekawej historii, zapoczątkowanej unią zawartą w Krewie w 1385 r.

Doszło do walki zbrojnej o te tereny, którą wygrali Polacy. Nie potrafiono jednak wywiązać się z obietnic i zagwarantować równych praw wszystkim obywatelom, bez względu na narodowość i wyznanie. Środowiska endeckie w II RP opowiadały się za planem wymuszonej polonizacji mniejszości narodowych. Brutalnie atakowano wojewodę wołyńskiego Henryka Józewskiego, który opowiadał się za szukaniem kompromisu z Ukraińcami, wzywając do poszanowania ich praw. Po śmierci Józefa Piłsudskiego słabła pozycja Józefskiego na Wołyniu, aż w końcu odwołano go z urzędu. Zaczęły się represje przeciw ludności ukraińskiej i przymusowa konwersja na rzymski katolicyzm. A działo się to wszystko tuż przed wybuchem II wojny światowej. Po przejęciu terenów tych przez Sowietów, a później Niemców, w umiejętny i bardzo wyrafinowany sposób podsycano, szczególnie wśród  ukraińskich chłopów, antypolskie nastroje. Ukraińcom wydawało się, że jedynie z III Rzeszą wiązać mogą nadzieje na niepodległość. Do tego znieczulica i brutalność czasów wojny doprowadziły, oczywiście biorąc pod uwagę bardzo duży skrót myślowy, do wydarzeń, które nazywamy obecnie „Rzezią na Wołyniu”.

 JAK PAMIĘTAĆ?

Na koniec nasuwa się jednak pytanie, czy powinniśmy o tym pisać? Celem tego artykułu nie jest bowiem rozdrapywanie zabliźniających się powoli ran. Teresina nie ma już na mapach współczesnego Wołynia. Kolonia została spalona, a w jej miejscu rośnie las. Jedynie drzewka owocowe, wyrastające gdzieniegdzie i ośmiometrowy krzyż, postawiony w 1997 r., przywołują wspomnienia o dawnej osadzie, której rok 1943 przyniósł kres.

 SPOJRZENIE UKRAINKI

O komentarz do tragicznych wydarzeń, które opisaliśmy, poprosiliśmy Ukrainkę Julię Gogol. Półtora roku temu gościła ona w naszej redakcji z dwiema ukraińskimi dziennikarkami. Julia zapewne urodziłaby się w Polsce, gdyby nie deportacja rodziny dziadka Andrieja i babci Stefani Maksymovycz, z terenów powojennej Polski Ludowej do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. Z dziadkiem deportowana została również prababka Polka. Stracili wszystko, a na Ukrainie dostali o wiele mniej ziemi i spalony dom po polskiej rodzinie. Mieli prawo być wściekli na PRL. Mądrość dziadków polegała jednak na tym, że nie uczyli złości ani żalu do Polski. W taki oto sposób Julia, choć wychowana w duchu ukraińskiego patriotyzmu, zaczęła uczyć się języka polskiego. Obecnie pracuje u Janiny Ochojskiej w Polskiej Akcji Humanitarnej.

- W całej tej historii polsko-ukraińskich konfliktów, nie chodzi o to, żeby pamiętać i rozdmuchiwać przeszłe zbrodnie, bo wiem, że obie strony mają sobie dużo do zarzucenia - mówi Julia Gogol. - Powinniśmy zakończyć ten temat i przestać żalić się na stare konflikty. Przecież nie zmienimy nic tym, że wskazywać będziemy palcem na potomków swoich dawnych wrogów. Moim zdaniem Polacy za dużo rozdmuchują problemy przeszłości. Na Ukrainie nie jest to aż tak często spotykane. W dyskursie międzynarodowym powinniśmy postawić na tematy łączące Polaków i Ukraińców, a nie dzielące nasze narody.

Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło   za: http://www.gloswagrowiecki.pl/artykuly/historia/1957-rze-w-komisariacie-ukraina.html


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud11.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 400 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6418291