W nocy z 22 na 23 kwietnia (z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek) 1943 roku w osadzie Janowa Dolina pow. Kostopol Ukraińska Powstańcza Armia wspomagana przez dezerterów z Ukrainische Hilfspolizei oraz okolicznych Ukraińców (w tym dzieci i kobiety) dokonała rzezi co najmniej 600 Polaków, spaliła około 100 domów i kaplicę pw. Chrystusa Zbawiciela. W książce "Wołyński życiorys" Bogusław Soboń pisze: „Miejscowość została zbudowana w latach 1920-1930 przy nowopowstałych Państwowych Kamieniołomach Bazaltu, zatrudniających ok. 1200 pracowników. Rozrastała się w miarę rozwoju kopalni, osiągając w końcu lat 30-tych liczbę ponad 3000 mieszkańców, w tym 97% Polaków. Twórcą i dyrektorem kopalni, aż do 1940 r. był inż. Leonard Szutkowski, jego zastępcą inż. J. Niwiński, a budowniczym osiedla inż. Urbanowicz.  Nazwa miejsca wywodzi się z czasów króla Jana Kazimierza, który polował w okolicznych lasach. Dużą część załogi kopalni stanowili pracownicy dojeżdżający do pracy koleją, jak również mieszkańcy pobliskich wiosek, głównie wsi Złaźne, leżącej na lewym brzegu Horynia. Janowa Dolina była osiedlem nowoczesnym, w pełni zelektryzowanym, zwodociągowanym, skanalizowanym, zbudowanym na podstawie szczegółowego planu urbanistycznego (analogicznie jak Gdynia). Osiedle mieszkaniowe zrealizowano na terenie pięknego lasu sosnowego. Takie dorodne lasy można obecnie podziwiać w Puszczy Augustowskiej. Siatka ulic, a w zasadzie alei została wytyczona w układzie prostokątnym pomiędzy istniejącymi drogami lokalnymi Złaźne - Hołowin, Złaźne – Podłużne. Dla poszczególnych alei wycięto w lesie pasy o szerokości ca 100 m. Środkiem każdego pasa biegła ulica wybrukowana kostką bazaltową. Po obu stronach ulicy, na działkach o powierzchni ok. 600 m kwadratowych (20x30 m) wybudowano domki - wille czterorodzinne. Do każdego mieszkania należała cześć działki.  Części piwniczne wszystkich domów budowane były z kamienia bazaltowego. Na nich wznoszono budynki drewniane, dwukondygnacyjne, z dachami dwuspadowymi, krytymi czerwoną dachówką. Wszystkie ściany drewniane z pięknie obrobionych brusów zabezpieczono od zewnątrz pokostem i lakierem bezbarwnym, dzięki czemu widoczna była faktura drewna. Całość dopełniały ogrodzenia drewniane w postaci niskich płotków sztachetowych.

Poszczególne aleje nosiły nazwy: A, B, C, D.. G - główna, K - kolejowa. Z -zamykająca od strony Horynia. Pomiędzy poszczególnymi alejami pozostawiano pas lasu szerokości 100-120 m, dzięki czemu zapewnione zostały warunki prawdziwego komfortu dla mieszkańców osiedla. Specjalnym akcentem była aleja S - spacerowa przecinająca aleje mieszkalne, równoległa do Horynia i ulic G i Z. Była to aleja szerokości ca 100 m nieprzejezdna z rabatami kwiatów, krzewów ozdobnych, ławkami, zawsze pięknie zadbana.

W centrum osiedla, przy alei głównej wybudowano duży budynek tzw. BLOK w kształcie litery U, w którym znalazły się: sala kinowa, widowiskowa, pokoje hotelowe i mieszkalne dla specjalistów - pracowników samotnych, jadłodajnia, kioski. Obok "bloku" znajdowało się boisko sportowe piłkarskie - lekkoatletyczne. Przy kopalni działał klub sportowy "Strzelec", prowadzący wiele sekcji, z tego na dobrym poziomie sekcja piłki nożnej, boksu, zapaśnicza, kajakarska, pływacka i inne. Pomiędzy boiskami a kopalnią pozostawiono później pas zalesiony, który izolował osiedle od kopalni. W niedalekim sąsiedztwie "bloku", na istniejącym wzniesieniu, wydzielono teren pod budowę kościoła stałego, do budowy, którego nie doszło. Czasowo kościół mieścił się w obszernym baraku, wybudowanym na tym terenie. Większość budynków użyteczności publicznej i budynki dyrekcji kopalni wzniesiono w początkowym okresie przy drodze Złaźne - Hołowin, biegnącej wzdłuż skaju południowego osiedla. Były to budynki zarządu kopalni, posterunek policji, przedszkole, przychodnia lekarska, szkoła oraz kilka budynków mieszkalnych, w tym budynek mieszkalny dyrektora i jego zastępcy. W pewnych okresach kopalnia płaciła pracownikom cześć wynagrodzenia swoją własną walutą (ebonitową), którą można było wydawać przy zakupach w sklepach spółdzielczych.” (podaję za: http://www.kresowianie.info/artykuly,n240,janowa_dolina_kiedys_dolina_szczesliwosci_potems.html ).

 

Świadek zbrodni Janina Orłowska-Łasek pisze we wspomnieniach „Krótka historia i zagłada Janowej Doliny”, zamieszczonych „Biuletynie Informacyjnym 27 DWAK”, nr 3/1996 r.: „O północy, ze wszystkich lasów okalających osiedle i zabudowania kamieniołomów, rozpoczęła się kanonada strzałów z broni ręcznej i maszynowej. Ukraińcy otoczyli całe osiedle i posuwając się systematycznie, podlewali każdy budynek naftą czy benzyną, podpalając go następnie smolnymi łuczywami od strony wejścia. Oknami wrzucali granaty, do uciekających strzelali, kogo złapali, tego zabijali siekierami lub widłami. Napastników było bardzo wielu – obliczono później, że na każdy dom przypadało 8 – 10, w tym i dziewcząt ukraińskich. Zapanowała niesłychana groza, krzyki i tumult. /.../ Mieszkańcy, którym nie udało się opuścić swoich domów, w skrajnym przerażeniu chowali się wraz z dobytkiem w piwnicach, mając nadzieję, że ogień nie przedostanie się do podmurówek. Z tych ludzi nie ocalał prawie nikt. Żar i dym były tak wielkie, że zostali oni uduszeni, spaleni na węgiel, bądź upieczeni. Rozpoczęły się wręcz dantejskie sceny. Gdy ogień rozgorzał, nie tyle widziało się, co słyszało krzyki i jęki ludzi, wycie palącego się bydła, huk płomieni i strzelaninę – wszystko wprost nie do opisania. /.../ Stan oblężenia i masakra trwały do świtu. Około godziny czwartej nad ranem nadleciały niemieckie samoloty zwiadowcze i krążyły nad płonącym osiedlem. Być może samoloty te spłoszyły napastników, zaczęli oni się wycofywać, ustała strzelanina. Kto się uchował, wychodził z ukrycia. Ludzie ci, nie mając do czego wracać, zaczęli gromadzić się przy kilkunastu ocalałych domach. Wielu z nich było tylko w nocnej bieliźnie. Brudni, przerażeni, pokaleczeni i poparzeni. Dobierano im różne ubrania, by ich jakoś przyodziać. Dzielono się również żywnością, by nie byli głodni. /.../ Wokół roztaczał się tragiczny widok. Dopalały się domy i drzewa, unosiła dusząca woń spalenizny i odór podpalonych ciał ludzkich i zwierzęcych.” 

Janina Pietrasiewicz-Chudy opisuje: „Nocą z 21 na 22 kwietnia 1943r. (z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek) o północy ze wszystkich lasów okalających osiedle wyszli Ukraińcy. Uprzednio przerwali łączność telefoniczną z siedzibą powiatu w Kostopolu, wysadzili w powietrze tory kolejowe, mosty, a droga dojazdowa była nie do pokonania, bo leżały na niej pościnane drzewa. Otoczyli osiedle, oblewali każdy budynek naftą lub benzyną, podpalając go smolnym łuczywem od strony wejścia. Oknami wrzucali granaty i strzelali do uciekających nieraz już bardzo poparzonych ludzi. Strzelali, zabijali siekierami, widłami lub nożami. Napastników było bardzo dużo. My mieszkańcy ulicy K, najdalej położonej od centrum osiedla, tej nocy nie nocowaliśmy w swoich domach. Część mieszkańców spała w centrum u rodziny, znajomych. My tj. mój ojciec i ja nocowaliśmy w kotłowni w Bloku. Mój ojciec znał język niemiecki i budował palisadę wokół Bloku. Dlatego pozwolono nam i paru innym rodzinom nocować w tej kotłowni. /.../ W nocy jednak obudziły nas huki strzałów i straszne krzyki. Ukraińcy próbowali podpalić - i zdobyć również blok - siedzibę Niemców i główny punkt obrony. W pewnej chwili usłyszałam "Iwan chody siuda ja uże tut". Trudno ten wrzask zapomnieć. Jednemu Ukraińcowi udało się najprawdopodobniej "przeskoczyć" palisadę. Atak został odparty, ludność cywilna przebywająca na terenie Bloku otrzymała od Niemców broń. Spoza obwarowanego drewnianymi palisadami obszaru, otworzyła zmasowany ogień z broni maszynowej, strzelając do wszystkiego, co się ruszało. Ludzie uciekali z płonących domów w kierunku Bloku (gdzie uważali, że znajdą ochronę) i ginęli od kul niemieckich, a może też kul rodaków. Ci, którym nie udało się opuścić domów w przerażeniu, chowali się w piwnicach, mając nadzieję, że ogień nie przedostanie się do podmurówek. Z tych ludzi nikt nie ocalał. Żar i dym był tak wielki, że udusili się, zostali spaleni na węgiel lub po prostu upieczeni. Stan oblężenia i masakry trwał aż do świtu. Nadjechały posiłki niemieckie z Kostopola - drogą, z której trzeba było najpierw usunąć leżące na niej pościnane drzewa. Rano ruszyły patrole niemieckie na rozpoznanie terenu, złapano kilku ukraińskich bandytów, którzy furami przyjechali po "dobra" Lachów. Mój ojciec jako, że znał język niemiecki, jak również ukraiński (prowadząc budowle, zatrudniał Ukraińców, był nawet przez nich lubiany, bywał na ślubach, chrzcinach swoich pracowników) był tłumaczem, ja trzymałam się jego spodni i te największe tragedie widziałam. Pamiętam małe dzieci nadziane na pale na Alei Spacerowej. Całe rodziny z nożami w plecach leżące w krzakach, spalone moje koleżanki. Opisem ogromu tej tragedii jest fragment wiersza nieznanego mi autora. "Oczy wykuwano, piersi obcinano i głową na dół na drzewach wieszano Bulbowcy swe plany spełnili Nas z naszych domów wypędzili". Gdy ucichły strzały w pierwszej kolejności zajęto się rannymi, których umieszczono w Bloku. Widok był przerażający: jedni czarni, poparzeni, inni pokaleczeni, cali zbryzgani krwią, leżeli jeden przy drugim na gołej podłodze, jęcząc z bólu, błagając o pomoc lub łyk wody. Pozostała przy życiu jedna pielęgniarka była bezradna wobec tylu rannych, braku leków, chociażby tych, które uśmierzają ból. Pomoc ograniczała się do podawania wody. Nie wiem, czy to "dobre" serce Niemców, czy może strach przed Bogiem, a może jeszcze coś zupełnie innego było powodem, że ranni tego samego dnia zostali odwiezieni samochodami wojskowymi do Kostopola. Byłam w jednym z tych samochodów. Pamiętam, jak ukryci za drzewami bandyci strzelali do nas, mimo że samochody były oznaczone czerwonym krzyżem. Lęk dzieciństwa to tylko dwa słowa, ale do dnia dzisiejszego nie opuszczają mnie. Gdy jadę nocą samochodem, to nie wiem, kiedy z siedzenia zsuwam się na podłogę i nadsłuchuję, czy gdzieś nie słychać świstu kul. Ci, co pozostali przy życiu, wykopali jeden bardzo długi grób, gdzie stał krzyż. Było to miejsce przeznaczone na budowę przyszłego kościoła. Pamiętam ten grób. Tę straszną "kupę" ludzkich ciał, popalonych, pomordowanych, wśród których były kobiety i dzieci. Według różnych źródeł dostępnej mi literatury, podawana jest liczba pomordowanych od 900 do 2000 ludzi. 

Moja rodzina ocalała, ale moja mama tej jednej nocy zupełnie osiwiała. Janowa Dolina. Ilekroć wspomnę tę nazwę, widzę oślepiającą jasność, potworny huk, trzask ognia, słyszę krzyk i jęki palonych żywcem ludzi oraz wrzaski w języku ukraińskim. Do dnia dzisiejszego każdy Wielki Piątek poświęcam pamięci pomordowanych i mimo że minęło już tyle lat zawsze w tym dniu, same płyną mi z oczu łzy. /.../ Wspomnienia swoje piszę w miesiącu październiku, w tygodniu według naszej wiary miłosierdzia bożego i przebaczania. Bardzo mocno zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę mogła przebaczyć. Być może tak, ale nigdy nie będę mogła zapomnieć.”  (Janina Pietrasiewicz-Chudy: Rzeź wołyńska: Krwawa zbrodnia UPA w Janowej Dolinie. "Dzieci nabijano na pale"; 11 grudnia 2007,  aktualizacja: 20 września 2016 14:44; w: http://www.gp24.pl/magazyn/art/4327171,rzez-wolynska-krwawa-zbrodnia-upa-w-janowej-dolinie-dzieci-nabijano-na-pale,id,t.html).


Wanda Wasilewska relacjonuje:  „Tata Mieczysław i mama Romualda Świderscy, najstarsza siostra Irena, ja i najmłodszy brat Wiktor. /.../ Tata miał brata Władysława. Bracia wzięli za żony dwie siostry, Romualdę i Anielę. Stryjek Władysław mieszkał z rodziną w Janowej Dolinie. Tam na wakacje przyjechała Krysia, córka rodzonej siostry Władysława i Mieczysława. Właśnie wtedy zaczęła się rzeź. Stryjek zebrał wszystkich i uciekli do lasu. Chowali się w okopach, które zostały jeszcze po pierwszej wojnie. Przez las wracali Ukraińcy. Jeden z nich zaczepił o tarninę i się potknął. Zobaczył ukrywających się i zaczął wołać kompanów. Stryjek krzyknął: - Ratuj się, kto może! Złapał Henrykę i Janka, dwójkę starszych dzieci i uciekał w stronę pobliskich szuwarów. Ciocia Aniela miała wtedy ośmiomiesięczną córkę Alicję przy piersi. Krystyna złapała ciocię za spódnicę i zaczęły uciekać. Daleko nie dobiegły. Dopadli je. Jeden z nich złapał Alicję za nóżki i roztrzaskał dziecko o sosnę. Wszystko to obserwowali, ukryci w szuwarach, Władysław z dwójką pozostałych dzieci. Proszę sobie wyobrazić! Oni to widzieli i nie mogli nic zrobić! Jedyne, co im zostało, to powstrzymywanie się od krzyku. Krystynę dopadli zaraz po tym. Rozpłatali jej siekierą głowę na pół, a ciocię dźgnęli bagnetem w serce i tak na oczach wujka powoli dochodziła do śmierci. Rodzina drugiej cioci, siostry ciotecznej mojej mamy, spłonęła żywcem w swoim domu. Uratowało się tylko dwoje z szóstki dzieci. Uciekły w kartoflisko. Leżeli tam schowani i słuchali krzyków i pisków płonącej rodziny. Naszych sąsiadów wrzucano żywcem do studni. Widziałam ciało sąsiadki z odciętymi piersiami. A my, kiedy trzeba było uciekać, schowaliśmy się całą rodziną w pobliskim stawie. Staliśmy w tej wodzie i pamiętam słowa mamy. Powiedziała, że jak będzie trzeba, to nas potopi, bo nie pozwoli, żeby ci zbrodniarze kroili jej dzieci żywcem”. ( Marcin Jaszak:  Sagi Lubelszczyzny: Do dziś pamiętam smak tortu, który jadłam u Marianny, córki oficera SS; w: „Kurier Lubelski z 22 listopada 2013; za: http://www.kurierlubelski.pl/artykul/1048564,sagi-lubelszczyzny-do-dzis-pamietam-smak-tortu-ktory-jadlam-u-marianny-corki-oficera-ss,id,t.html ). 

 

„Wiem, że to grzech, ale nie mogę tego Ukraińcom wybaczyć - szepcze 97-letnia Genowefa Ogórenko, która wraz ze swoją córką Oktawią Reszczyńską w latach 1943-44 przeżyły pogromy na Wołyniu. - Może wy, młodzi, będziecie potrafili...

- Pięknie było - twarz pani Oktawii rozpromienia się. - Przyjeżdżały do nas wycieczki z całej Polski, a nawet Niemiec i Francji zobaczyć jak powinno wyglądać wzorcowe osiedle robotnicze. W kopalni mąż pani Genowefy (a ojczym jej córki) pracował jako mechanik. Mieszkali w domku przy ulicy B 51, ostatnim w szeregu i najdalej wysuniętym w kierunku rzeki. Nad oddalonym o kilka kilometrów krętym i kapryśnym Horyniem były trzy plaże - Urzędnicza, Robotnicza i Strzelecka. /.../

- Ludzie powtarzali, że na Wielkanoc 43 roku Ukraińcy zapowiedzieli malowanie jajek polską krwią - córka pani Genowefy składa ręce jak do modlitwy. Pogłoski zamieniły się w straszną prawdę. W nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek Janowa Dolina przeszła przez przedsionek piekła. Tuż po zapadnięciu zmroku, od strony Horynia, pod najbardziej wysunięte domostwa zaczęły podchodzić grupy uzbrojonych po zęby Ukraińców. W płomieniach stanęły drewniane zabudowania. W blasku płomieni rozgrywały się straszliwe sceny. Mordowano czym popadło - nożami, siekierami, widłami. Zamieszanie potęgowali żołnierze niemieccy, którzy zza palisady otworzyli ogień do wszystkiego co się ruszało.

- Schroniliśmy się w murowanej piwnicy naszego domu - mówi pani Oktawia. - Ojczym zniósł wiadro z wodą, aby w razie czego się gasić. Zewsząd dochodziły przeraźliwe krzyki zarzynanych ludzi. Ci, którzy nie spłonęli żywcem lub nie udusili się dymem, uciekali do lasu. Tam najczęściej wpadali w ręce banderowców. Pogrom trwał do świtu. Dopiero kiedy zrobiło się zupełnie jasno i cicho, ocaleli odważyli się wyjść z ukrycia. Janowa Dolina była prawie doszczętnie spalona, wszędzie poniewierały się zwłoki okrutnie pomordowanych i spalonych mieszkańców. - Na kupie gnoju leżała może 15-letnia Hela - Oktawia Reszczyńska zaciska wargi. - Naga, na pewno zgwałcona, z wykłutymi oczami, obciętymi piersiami. 20-letnią sąsiadkę wrzucono wraz z małym dzieckiem do ogarniętego pożarem domu, studenta z Warszawy zarąbano siekierami. Nie oszczędzono nawet szpitala.(Rajmund Wełnic: W domku na ulicy Sieniewicza, jesień 1995; w:  https://plus.gk24.pl/historia/a/janowa-dolina-raj-utracony-wracamy-na-wolyn-rok-1943,11490699 ).

 

„80-letnia pani Halina ze Zdołbunowa na Ukrainie na przyjazd gości z Polski ubrała swoją najlepszą, jasno wrzosową bluzkę. Opowiada, śpiewnie zaciągając, jak jej ojciec, Włodzimierz Holec, jeszcze jako nastolatek poznał w 1929 r. w Janowej Dolinie matkę Helenę. On był z pochodzenia Czechem, ona - Polką. Pobrali się w styczniu 1936 roku. W grudniu na świat przyszła Halina, w 1940 - młodsza siostra Krysia. /.../

Z oczu starej kobiety płyną łzy. - A potem z czterech stron zapaliło się nasze miasteczko - mówi cicho. Ojciec wybiegł przed dom. Tam bagnetem zakłuł go kolega-zmiennik z pracy, Stepan. Z okna płonącego domu naprzeciwko sąsiadka wyrzuciła córeczkę, przyjaciółkę i rówieśniczkę Halinki. Dziewczynka widziała, jak stojący przed domem mężczyzna nabija sześciolatkę na widły i wrzuca w ogień.

Rano Helena zabrała z mieszkania obrazy, krzyż i bukiecik kwiatów. Chwyciła córki za ręce. Teść i bracia męża wyjęli drzwi z chlewa, położyli na nim ciało Włodzimierza. Na placu, gdzie miał stanąć kościół, wykopano dół, do którego zwożono zamordowanych. - Widziałam kawałki ludzi - płacze pani Halina. - Osobno nogi, głowy, ręce, części ciała. Od tamtego dnia nie jem mięsa.... Jedna z rąk trzymała krzyż. Mama zaczęła krzyczeć. Rozpoznała szczątki lekarza ze szpitala, który bezskutecznie próbował powstrzymać upowców. Obcięli mu rękę, porąbali. Pacjentów Ukraińców wyprowadzili, Polaków spalili. Matka wrzuciła do mogiły kwiaty”.  (Dorota Abramowicz; w:  https://plus.dziennikbaltycki.pl/magazyn/a/wspomnienia-z-wolynia-wsrod-swoich-krzywda-sie-wam-nie-stanie-archiwalne-zdjecia,11416417). 

„Wśród osób spalonych w szpitalu była również kobieta przywieziona do miejscowego szpitala z 28 ranami kłutymi. Cudem ocalała z pobliskiego Złaźna, gdzie miesiąc wcześniej ukraińscy mordercy z zimną krwią zabili trzydziestu Polaków. 28 ran nożem nie wystarczyło by zabić ją miesiąc wcześniej, w Wielki Piątek ta sztuka już się Ukraińcom udała”. (Krystian Kratiuk, w: http://www.pch24.pl/krwawy-wielki-piatek-w-janowej-dolinie,16126,i.html#ixzz59LnNmNvc ; 17.04.2014). Poniżej tekstu znajduje się wpis internauty. Piotr Lisiecki: „Wszystko wskazuje na to, że uciekinierka ze Złaźna / Złaźnego jest Franciszka Michalska z domu Tabaka, żona stryja mojej mamy. Jej mężowi Ludwikowi Michalskiemu kazano wykopać grób dla swojej rodziny, gdzie go wrzucono i zastrzelono. Ich małego synka Ukrainiec złapał za nogi i rozbił główkę o ścianę, po czym konającego wrzucono do grobu z tatą. Franciszka schowała się pod łóżko. Nie wiedząc, czy ktoś tam jest Ukraińcy kłóli bagnetami przez łóżko, raniąc ją wielokrotnie. Mimo ran nawet nie pisnęła. Po odejściu Ukraińców (w napadzie na ich gospodarstwo brali udział sąsiedzi) wyczołgała się z domu i została przewieziona do szpitala w Janowej Dolinie.”

 

Łucja Arczyńska mówi: „Mieszkałam wraz z mężem i dwojgiem dzieci przy ulicy Zet nr 4, w tym samym budynku mieszkali moi rodzice z bratem. Ojciec Bronisław Bogdanowicz pracował w biurze kopalni jako księgowy, natomiast mój mąż Witosław Arczyński, jako inżynier. Dyrektorem kopalni był inż. Szutkowski. Zbliżały się święta wielkanocne 1943 r. W domach naszych było wszystko przygotowane do świąt. Z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek w nocy obudziły mnie krzyki i olbrzymi blask pożaru domów oraz nawoływania Ukraińców. Zbudziłam męża i dzieci. Zaczynał palić się nasz dom, a Ukrainiec krzyczał „Żeńka, pidpałaj dwery”, więc oknem uciekł mąż z córką – lat 8 i synem – lat 6, a ja zostałam, chcąc schwycić coś z odzieży dziecięcej, ale w tym popłochu i strachu nic nie wzięłam i również wyskoczyłam oknem. Strzelając za mną Ukrainiec ranił mnie w nogę i ranę tę mam do dziś – jest nie do zagojenia. Ojciec mój, gdy spostrzegł, co się dzieje, podbiegł naprzeciwko budzić sąsiadów, a mama z bratem – lat 10 – dobiegła do nas do lasu. Gdy ojciec wyszedł z domu, Ukrainiec był tuż przy drzwiach, napadł go, postrzelił i spalił żywcem w ogródku obok wejścia do domu. Sąsiedzi, których ojciec [miał] budzić, byli ukryci w piwnicy i tam spłonęli – [nazywali się] Zakaszewscy. Kryjąc się w lesie, widzieliśmy jak Ukraińcy, których przyjechało wozami bardzo dużo, okradali podpalane mieszkania, ładując zdobycz na wozy, oraz jak w okrutny sposób znęcali się nad naszymi wieloletnimi sąsiadami, przywiązując do drzew, odcinając kończyny, strzelając lub podpalając. Ponieważ ten pożar i okrutny mord niewinnych ludzi, a także spalenie ojca, którego zwłoki musieliśmy zostawić, nie pozwalał pozostawać bezczynnie – w jakimś momencie, gdy oprawcy byli zajęci, zaczęliśmy uciekać, a raczej kluczyć ostrożnie po lesie, gdyż cała Janowa Dolina była okrążona przez Ukraińców, aż dotarliśmy do rzeki Horyń. Potem powędrowaliśmy do babci do Żytynia”. (w: Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko: ,Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, Warszawa 2000, s. 1128-1129). 

 

Anna Małgorzata Budzińska spisała wspomnienie swojej babci Bronisławy Słójkowskiej i matki Władysławy:  „Właśnie w tej osadzie znalazły swój nowy dom Bronia z córkami: - z 9 letnią Władzią i z trzyletnią Renią. /.../ Dowiadywały się o rzeziach w sąsiednich wsiach i wszyscy bardzo się bali. Szczególnie nocami. Bronia nie miała żadnej męskiej opieki i dlatego każdej nocy chodziła z dziećmi spać do sąsiadów - razem raźniej. Było to jednak stresujące i bardzo męczące na dłuższą metę - spać byle gdzie w tłoku u kogoś. W końcu którejś nocy Bronia miała dość - powiedziała sobie:  „- Tu, czy gdzie indziej - co ma być to będzie”- i nie poszły spać do sąsiadów. I wtedy właśnie przyszli ukraińscy bandyci. Bronia zdążyła tylko uciec z dziećmi do piwnicy. Dwunastoletnia wtedy Władzia opowiadała nam - swoim dzieciom wiele lat później, że widziała wszystko przez okienko piwniczne. Siedziały skulone, przytulone do siebie w kącie piwnicy. Serce Władzi kołatało, nie mogła oddychać ze strachu. Pierwsze co zobaczyła w okienku to dziesiątki nóg przebiegających obok. Choć potem widziała rzeczy o wiele straszniejsze, to w nocnych koszmarach najczęściej wracał ten tupot, a raczej szmer biegnących nóg. 
Mamy pierwszy wizerunek wroga i śmierci to te nogi bez butów. To byli obdarci, nędzni chłopi, ziejący szałem zabijania i nienawiścią, podjudzeni, omamieni, oszukani przez OUN. Na nogach zamiast butów mieli pozawijane szmaty, oplecione rzemieniami. Poruszali się po cichu, z jakimś przerażającym szmerem. Do tego dochodziły przerażające krzyki ludzi. Okazało się, że podpalili co drugi dom, wiedząc, że drewniane domy i tak się zajmą ogniem wszystkie.. Oni stali obok i siekierami rąbali wszystkich, którzy chcieli uciec z płonących domów. Okazało się, że podpalili właśnie ten sąsiedni dom, gdzie babcia z dziećmi chodziły spać, a ich to był ten co drugi, nie podpalony. Siedziały zdrętwiałe, bez ruchu, zahipnotyzowane rzezią, którą widziały przez maleńkie piwniczne okienko. Tylko mała 5 letnia Renia wtuliła się w swoją mamę i nie patrzyła. Bała się ognia. Zaczęła wołać: -„Nie chcę spalić, wole rosscelać”. Bronia zakryła jej buzię, uspokoiła i potem nawet już nie zapłakała. I to je ocaliło. /.../ Widok pogorzeliska był przerażający. Wszędzie zwłoki i jęczący ranni. Ci , którzy przeżyli starali się pomóc rannym. Mała wtedy Renia - Teresa zapamiętała obraz - taką migawkę wspomnień - jak jej mama schylała się nad rannymi, popalonymi ludźmi, ułożonymi w szeregu na ziemi i próbowała ich napoić. Nie ze wszystkimi się to udawało- zwilżała więc  im tylko te czarne usta szmatką nasączoną wodą…”
(w: http://www.kresowianie.info/artykuly,n240,janowa_dolina_kiedys_dolina_szczesliwosci_potems.html).

W czasie okupacji niemieckiej w miasteczku w tzw. bloku stacjonował garnizon w sile kompanii (około 100 niemieckich żołnierzy), stąd do Janowej Doliny ze względu na zagrożenie napadami napłynęło wielu Polaków z sąsiednich gmin. Blok został obwarowany dookoła wysoką palisadą z wyciętymi w niej otworami strzelniczymi. Na początku 1943 roku było w osadzie co najmniej trzy tysiące ludzi. W miejscowej szkole, zamkniętej po klęsce pod Stalingradem i zamienionej na szpital, leczono żołnierzy z frontu wschodniego, a także okolicznych mieszkańców, w tym ranne ofiary rzezi. Od 1941 istniała zakonspirowana komórka ZWZ-AK pod dowództwem por. Stanisława Pawłowskiego ps. "Cuchaj", ale nie utworzyła się placówka polskiej samoobrony w obawie przed represjami ze strony Niemców; ponadto liczono, że w razie ataku UPA Polacy zostaną obronieni przez załogę garnizonu. 

Z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek (z 22 na 23 kwietnia 1943 roku), o północy, zebrane wokół Janowej Doliny oddziały UPA oraz okoliczna ukraińska ludność, głównie ze Złaźnego, w tym kobiety i dzieci zaatakowali śpiących lub kładących się do snu mieszkańców osiedla. W napadzie wzięła udział „pierwsza sotnia” UPA już pod dowództwem „Jaremy” oraz sotnia „Szauli”. Napadem dowodził Iwan Łytwynczuk „Dubowyj”, który po rzezi złożył raport o „wykonaniu zadania”, zrealizował więc rozkaz kierownictwa OUN. Ludność ukraińską do rozpoczęcia rzezi Polaków w Wielkim Tygodniu przygotowano propagandowo. Rozpuszczano różnego rodzaju przepowiednie i „wyrocznie”. W okolicach Janowej Doliny Ukraińcy mówili o „jajach wielkanocnych malowanych krwią Polaków”. Na kartkach przepisywano przepowiednię: „W kwietniu będzie niebo z ognistą łuną, w maju słońce ma zachodzić czerwono, a w czerwcu i lipcu woda w rzekach spłynie krwią”. 

Według Ihora Iljuszyna szacunki liczby ofiar ataku na Janową Dolinę wahają się od 300 do 800 zabitych. Władysław Filar przytacza liczbę ponad 500 ofiar, Grzegorz Hryciuk - 500-600. Najczęściej podaje się, że ofiarą masakry padło około 600 Polaków. Świadek Janina Pietrasiewicz-Chudy powołując się n dostępne jej źródła podaje liczbę od 900 do 2 tys. ofiar. Z relacji świadków wynika, że ocalały dwie niewielkie grupy Polaków, jedna w tzw. Bloku bronionym przez Niemców i druga w kilku domach murowanych oznakowanych jako zamieszkałe przez volksdeutschów, oraz pojedyncze rodziny lub osoby. Z 3 tysięcy mieszkańców Janowej Doliny przed rzezią Niemcy wywieźli grupę Polaków na roboty do III Rzeszy. Ile osób mogli wywieźć  Niemcy? Zapewne nie więcej niż 500, gdyż nie ma relacji o masowej wywózce. Ocaleć mogło także nie więcej niż 500 osób, bo świadkowie mówią o niewielkiej grupie. Strata ludności polskiej wynosi więc około 2 tys. osób. Zapewne więc liczba ofiar mordu jest zaniżona, może nawet trzykrotnie. Nikt nie szukał Polaków spalonych w piwnicach domów, zresztą jeszcze dopalających się, ziejących żarem i dymem. Nikt nie przeszukiwał lasu otaczającego osadę, chowano pospiesznie z lęku o następny napad.     

 

Obecnie miejscowość Janowa Dolina nosi nazwę Bazaltowe. W miejscu, w którym znajdowało się osiedle, rodziny pomordowanych ufundowały pomnik. W ostatniej chwili, przed odsłonięciem pomnika, ukraiński wykonawca usunął, bez wiedzy zamawiających, datę "23 kwietnia 1943", pozostawiając tylko napis "Pamięci Polaków z Janowej Doliny". Jan Engelgard w artykule „Skandal w Janowej Dolinie”, zamieszczonym w „Biuletynie Informacyjnym 27 DWAK” nr 3/1998 r. pisał: „Staraniem środowisk kresowych i Polaków zamieszkałych na Rówieńsczyźnie – w miejscu tragedii odsłonięto 18 czerwca 1998 roku ponad 5 metrowy krzyż – obelisk. W ostatniej chwili ukraiński wykonawca pomnika usunął, bez wiedzy strony polskiej, datę 23 kwietnia 1943 roku, pozostawiając tylko napis: „Pamięci Polaków z Janowej Doliny”. W trakcie poświęcania pomnika około 50 aktywistów organizacji „Ruch” demonstrowało, trzymając w ręku transparenty z napisem: „Won polscy policjanci” i „Won SS-owskie sługusy”. Wydawany przez nacjonalistów tygodnik „Wołyń” (19 czerwca 1998 r.) triumfalnie doniósł” „W czwartek 18 czerwca w pobliżu wsi Bazaltowoje (Janowa Dolina, kostopolski rejon) ukraińscy patrioci nie pozwolili polskim szowinistom przeprowadzić uroczystości poświęconej odsłonięciu pomnika ku czci niemieckich policjantów polskiego pochodzenia zniszczonych przez oddziały UPA „Piwnicz” w 1943 roku”. W „samostijnej Ukrainie”, na jej terenach uświęconych krwią męczeńską polskiej ludności, do głosu znów doszli starzy rizuni oraz ich dzieci i wnuczęta.

Janusz Horoszkiewicz pisze: „Dane mi było rozmawiać z kilkoma osobami, cudem Bożym, ocalonym z tego mordu. Żyje jeszcze wiele osób które przybyły do Janowej Doliny w ponurej III Pielgrzymce z 1998 r., kiedy to zorganizowane formacje post banderowców nie pozwoliły poświęcić pomnika. Nie byli to jednak miejscowi, a przywiezieni autobusami, zupełnie obcy. Nie pozwolili pod pomnik zbliżyć się Polakom, ale i miejscowym Ukraińcom, którzy tłumnie szli na poświęcenie. Poświęcenie się nie odbyło. W 2011 r. nie było zaplanowane poświęcenie Pomnika w Janowej Dolinie, a poświęcenie krzyża na miejscu kościoła w Stepaniu. Tam jednak współcześni post banderowcy zorganizowali wiec, śpiewali banderowskie pieśni, a pozwolenie na odbycie poświęcenia uzależnili od złożenia uszanowania przez Polaków banderowskiemu pomnikowi. W krótkim oświadczeniu skierowanym do Ukraińców, w imieniu uczestników VI Pielgrzymki stwierdziłem ” nie ma na świecie Hucianina który pokłoniłby się banderowskiemu pomnikowi” i odwołałem poświęcenie. Wtedy w sekrecie udaliśmy się do Janowej Doliny i tam odbyło się opóźnione o 13 lat poświęcenie. Banderowcy w tym czasie czekali w Stepaniu, co utrwalił ze swoim operatorem P. Maciej Wojciechowski z Krakowa.” ( Janusz Horoszkiewicz: Szlakiem Wołyńskich Krzyży – Janowa Dolina; w: http://isakowicz.pl/szlakiem-wolynskich-krzyzy-janowa-dolina ).  

W centrum obecnej wsi Bazaltowe znajdującej się w miejscu w którym istniała niegdyś Janowa Dolina stoi dziś pomnik. Widnieje na nim napis: „Tutaj 21-22 kwietnia 1943 roku sotnie pod dowództwem „Dubowego” zlikwidowały jedną z najlepiej umocnionych baz wojskowych polsko-niemieckich okupantów na Wołyniu. W walce zlikwidowano niemiecką i polską załogę, wyzwolono z obozu jeńców wojennych i powstrzymano terrorystyczne akcje przeciwko okolicznym wsiom, które przeprowadzali polsko-niemieccy zaborcy”.

Działacze Prawego Sektora z obwodu równieńskiego uczcili 71. rocznicę napadu Ukraińskiej Powstańczej Armii na miasteczko Janowa Dolina. Modlitwę w intencji upowców - podkreślmy, w intencji morderców z UPA, nie ich ofiar wśród których były kobiety, dzieci i starcy - odmówił o. Ihor, dziekan Ukraińskiej Autokefalicznej Cerkwii Prawosławnej. Bohdan Piętka pisze: „Od ponad 70 lat trwa zaprzeczanie i zakłamywanie tej zbrodni. Największe zasługi na tym polu położył banderowski pseudohistoryk Petro Mirczuk-„Zalizniak” (1913-1999). Wymyślił on bajeczkę o „bitwie” w Janowej Dolinie, w której Polacy mieli stracić kilkuset zabitych i rannych, a Ukraińcy 8 zabitych i 3 rannych (w rzeczywistości napastnicy ukraińscy stracili w walce dwóch ludzi). Już tylko ta dysproporcja strat pozwala wątpić w rzekomą „walkę” dwóch zorganizowanych stron. /.../ Fałsz i ordynarne kłamstwo zostały tu użyte nawet jeśli chodzi o datę. Właśnie tę fałszywą datę rzekomej bitwy UPA z „polsko-niemieckimi okupantami” obchodzili w tegoroczny Poniedziałek Wielkanocny członkowie Prawego Sektora z wielebnym ojcem Ihorem. W Polsce na temat skandalu z pomnikiem UPA w Janowej Dolinie milczano. Nie było jakiejkolwiek reakcji nie tylko polskiego MSZ, ale nawet polskiego konsula we Lwowie. Czy można sobie wyobrazić, że np. władze Rosji postawiłyby w Katyniu pomnik ku czci NKWD? Czy można sobie wyobrazić NPD – sukcesorkę NSDAP – czczącą pamięć esesmanów na terenie któregoś z byłych niemieckich obozów koncentracyjnych? Czy można sobie wyobrazić, że gdziekolwiek na świecie jest negowana zbrodnia ludobójstwa i znieważa się pamięć jego ofiar, a państwo, z którego te ofiary pochodzą nie reaguje, nie upomina się o nie? (Bohdan Piętka; w: https://kresy.pl/publicystyka/prawdziwe-oblicze-banderowcow/).

Tej tragicznej nocy także we wsi Zabara pow. Krzemieniec Ukraińcy wymordowali za pomocą siekier, noży, wideł oraz paląc żywcem około 70 Polaków, obrabowali i spalili ich gospodarstwa. Inni podają znacznie większą ilość ofiar ((BI 27DWAK nr 1 z 1995 roku, s. 68). 


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud13.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 418 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6605553