Do domu przy ulicy Szkolnej  ( w Kiwercach) powrócił głód. Przyłapany po raz trzeci na handlu mięsem Majewski musiał oddać cały zapas żywności, jaki był w domu, aby wykupić się żandarmom i uniknąć aresztowania. Na stół powróciła kartoflanka. Dzieci dodatkowo dostawały codziennie po kubku mleka od jedynej krowy, zwanej przez Majewskich żywicielką rodziny. Jedzenia jednak było za mało. Józia zapadła na anemię. Jej stan się pogarszał. Pod koniec lata 1942 roku  Majewski zniknął z domu na kilka dni. Gdy wrócił, był pełen animuszu. - Jedziemy na wieś, do moich kolegów - oznajmił. - Odżyjesz tam - spojrzał z zatroskaniem na bladą, wychudzoną Józię. Jeszcze tego samego dnia wszyscy zabrali się ochoczo do pakowania skromnych bagaży. Cały dobytek rodziny zmieścił się w jednym worku. Hanka i Józia włożyły do niego dwa podniszczone zeszyty, stary Elementarz, dwie książki i połatane ubrania. Domem i krową zaopiekowali się sąsiedzi. Do pobliskiego Łucka dojechali pociągiem. Gdy wyszli z dworca na gwarny plac, ujrzeli kilka furmanek stojących na skraju. Na dużym wozie wyściełanym pękami świeżej słomy i zaprzężonym w dwa dorodne kasztany siedział postawny mężczyzna w szarym, porządnym ubraniu i w czapce na głowie. Patrzył na podróżnych wychodzących z dworca. Na widok Majewskich jego twarz się rozjaśniła. - Tutaj, chodźcie tutaj! - Zaczął machać ręką. Podeszli do wozu. Henryk położył na słomie worek, który zabrali w podróż. - Co tak zasłaniasz twarz? - zdziwił się mężczyzna obserwując zachowanie Majewskiego. - Słonce cię razi? - Tam z tyłu kręcą się dwaj żandarmi. Jeden z nich już raz złapał mnie na handlu mięsem. Jak mnie pozna, to będzie nas przeszukiwał. - To kładź się na wóz, przykryj derką i udawaj, że śpisz. Jak wyjedziemy za miasto, to sobie usiądziesz. Tuński jestem - mężczyzna zwrócił się do Majewskiej trzymającej za rękę Tomka. - Musimy jeszcze poczekać na mojego syna Franciszka - dodał - Zaraz tu będzie. Niech pani wsiada - podał rękę Majewskiej, która wraz z Tomkiem wgramoliła się na górę i usiadła na pęku słomy. - Ty chłopcze, - zwrócił się do Henryka - pokaż swoim siostrzyczkom widok na miasto - Stamtąd go widać - wskazał miejsce na rogu placu.  - No, nie gniewaj się - dodał widząc niezadowoloną minę Henryka. - Mam dwa słowa do twoich rodziców. Udobruchany Henryk uśmiechnął się i skinął na dziewczynki. - Skaranie boskie z tym moim chłopakiem - zaczął narzekać Tuński. - Za każdym razem, jak jedziemy do Łucka, musi zawieźć coś do jedzenia dla biednych ludzi.

Uczy się w seminarium duchownym. Urządzają tam zbiórkę żywności dla biednych. - To musi być bardzo dobry dzieciak - powiedziała z podziwem Majewska. - Ma miękkie serce jak jego matka. Ale my sami niewiele mamy. Niemcy nałożyli na nas ciężkie kontyngenty. - Nie narzekaj. Dacie sobie radę - odezwał się spod derki Majewski. - Bogu dzięki, zbiory w tym roku będą dobre - przytaknął mężczyzna. - Jak tu nad Styrem, koło kościoła ewangelickiego było żydowskie getto, to oni, ci studenci seminarium, przemycali tam jedzenie. I nic za to od tych Żydków nie brali. - A co Niemcy zrobili tutaj z Żydami? - zainteresowała się Majewska. - To samo, co wszędzie. Najpierw wyciągnęli od nich złoto, że niby im darują życie, a potem ich rozstrzelali i zakopali w dołach Na Hindawie... Jak wieźli ostatnią partię na rozstrzelanie, to Żydzi na moście wyrzucali do rzeki ostatnie złoto, które mieli ze sobą, żeby nie przepadło. A mogli je przecież komuś dać na pożytek... - Biedny naród - westchnęła Majewska. - A pamięta pani, jacy byli hardzi? Jak weszli tu Russcy, to oni patrzyli na Polaków z góry... - Nie wszyscy tacy byli - zaprotestowała Majewska. - Ale niech pan nic nie mówi o Żydach przy Józi. Ona widziała jak ich zabijano w Kiwercach i rozchorowała się. - Zostawimy ją w majątku u Helskich. Dziedziczka ją podleczy Ale co to ja chciałem powiedzieć - zaczął się zastanawiać. - Aha, mój chłopak zwozi do domu różne tajne pisma. Jak je wieziemy, to chowa je w słomie. Lepiej, żeby wasze dzieci nic o tym nie wiedziały. Do wozu zbliżył się wysoki, szczupły chłopiec z czupryną jasnych, bujnych włosów. Przywitał się z Majewskimi i uśmiechnął się do Tomka. Tuński oddał lejce synowi i poszedł na poszukiwanie Henryka i sióstr. Znalazł ich w grupce ludzi otaczających kataryniarza, zwanego na Wołyniu, nie wiedzieć czemu, lirnikiem. Brodaty starzec, ubrany mimo ciepłego dnia w stary płaszcz z kapturem i wojłoki, siedział na kamiennych płytkach obok schodów dworca i powoli kręcił korbą. Katarynka wygrywała w zwolnionym tempie marsyliankę. Nieliczni spośród przechodniów i gapiów rzucali mu do białej emaliowanej miseczki jakieś monety. - Wracajcie do wozu - ponaglił dzieci Tuński. - Ruszamy w drogę. Opuścili dworzec i skręcili w Jagiellońską. Jechali długo tą reprezentacyjną ulicą, po obydwu stronach której stały piętrowe schludne domy ze sklepami na parterze i mieszkaniami na piętrze. - Tutaj przed wojną mieszkali sami żydzi. Niemcy im to wszystko zabrali - powiedział Tuński. - Kto tutaj teraz mieszka? - spytała Majewska. - Oficerowie i żołnierze węgierscy - odparł Tuński - Węgrzy pilnują, aby Ukraińcy i Polacy nie skoczyli sobie do gardła.  Ukraińcy ćwiczą na łąkach nad Styrem i śpiewają: Smert moskowsko żydowskij komuni! Smert Lacham, smert!   - Co z nami wszystkimi będzie - westchnęła Majewska. - Nie damy się - odparł Tuński i zaciął konia batem. Gdy mijali białą rzymskokatolicką katedrę zwieńczoną kilkoma wieżami i dużą kopułą,, oczy dziewcząt zabłysły w podziwie. - Tam dalej, na ulicy Dominikańskiej jest seminarium duchowne - powiedział Franciszek. - Co to takiego? - zapytała Józia. - Uczę się tam na księdza. Józia spojrzała z zaciekawieniem na szczupłą,, uduchowioną twarz Franciszka. On musi głęboko wierzyć w Boga - pomyślała. - Skąd on wie, czy jest Bóg? Czy ktoś kiedyś widział Boga? Teraz jej uwagę przyciągnęły nadszczerbione wieże i mury okalające dziedziniec zamkowy. Zapomniała o nurtujących ją problemach. Franciszek Tuński podążył za jej wzrokiem - To zamek Lubarta - powiedział - Bardzo stary...Łuck to stare miasto; ma tyle lat, co nasza Polska. Po godzinie jazdy wydostali się na szutrową drogę prowadzącą do Dubna, z której po pewnym czasie zjechali w bok. Majewski mógł wreszcie rozsiąść się na słomie, jak inni. Po obu stronach szerokiej, polnej drogi, na łagodnych zboczach niewysokich wzgórz rozciągnęły się, jak okiem sięgnąć, pola uprawne, na których pracowali ludzie. Zaczynały się wykopki. - Szczęść Boże - Tuński pozdrawiał pracujących ludzi. - Bóg zapłać - odpowiadali. Kręcące się po polu dzieci zbierały suche łęty i paliły je w ogniskach. Droga zaczęła opadać w dół. Widać już było zabudowania dużej, leżącej w dolinie wsi. - Tam będziecie teraz mieszkać, w naszej wsi Pańska Dolina - woźnica odwrócił się do pasażerów  - Ale najpierw musimy zajechać do dworu. Skręcili w lewo, w aleję obsadzoną potężnymi lipami. Po kwadransie znaleźli się na obszernym dziedzińcu okolonym dużymi zabudowaniami gospodarczymi. W głębi dziedzińca, na tle dużego sadu widać było dwór. Był to w istocie typowy dworek szlachecki z gankiem i kolumnami, z dużym okapem na brzegach złamanego dachu. Z dworu na powitanie gości wyszło czworo ludzi: dziedzice Helscy, służący Semen i pokojówka w białym fartuszku i białym czepku na głowie. Z zainteresowaniem patrzyli na przybyłych. - No, gdzież jest to biedactwo, ta chora Józia? - odezwała się głośno dziedziczka. Wszyscy zeszli z wozy, żeby się przywitać. Józia i Hanka poczuły się niepewnie, skrępowane widokiem bogatego dworu i elegancko ubranych ludzi. Pani domu miała na sobie kostium, w modnym granatowym kolorze, z białym kołnierzem i mankietami przy rękawach bluzki. Dziedzic, bardzo wysoki, szpakowaty i podłysiały, dużo starszy od żony mężczyzna, nosił tego dnia oliwkowe pumpy w kratę i w takim samym kolorze marynarkę. Dziewczynki patrzyły na tych wypielęgnowanych i dostatnio wyglądających ludzi i nie ruszały się z miejsca. W końcu dziedziczka sama do nich podeszła.

- Która to z was Józia? To pewnie ty? - wskazała na Józię, która była bardzo blada i chuda. - Chodź do mnie dziecino. Będzie ci dobrze u nas. Podleczymy cię. - Dziedziczka Helska znana była w całej okolicy ze swoich umiejętności stosowania medycyny naturalnej. Józia, acz niechętnie, pozostała we dworze, a pozostali pojechali dalej. Wieś w dolinie była duża i zamożna. Otoczone ogrodami domy mieszkalne stały po jednej stronie wiejskiej drogi, a zabudowania gospodarcze po drugiej. Także obejście Tuńskich wyglądało dostatnio. Obora i przylegająca do niej stodoła wyróżniały się w całej wsi swoją wielkością. Dach drewnianego domu, do którego wchodziło się prosto z dworu przez ganek, był, podobnie jak dach obory i stodoły, kryty gontem. Życie rodzinne toczyło się w dużej kuchni i w trzech sporych pokojach, z których jeden gościnni gospodarze użyczyli rodzinie Majewskich. Podczas pierwszych tygodni życie biegło spokojnym, ustalonym rytmem. Majewska opiekowała się Tomkiem i asystowała gospodyni przy pracach domowych. Majewski i Henryk pomagali gospodarzom przy wykopkach, a potem przy młóceniu zżętych wcześniej zbóż. Do młócki Tuński pożyczał od Helskiego lokomobilę, maszynę parową napędzającą młockarnię. Hałas wytwarzany przez tę piekielną machinę był tak wielki, że trzeba było podczas jej pracy porozumiewać się na migi lub krzyczeć prosto w ucho rozmówcy. Tego dnia przy maszynie uwijał się Jan Tuński, barczysty, niewysoki chłopak o rudych włosach; znakomity mechanik. To on kierował pracami przy ustawianiu maszyny, on także założył pasy napędzające młockarnię, a teraz , w czasie młocki, kontrolował ciśnienie pary i szybkość obrotów koła napędzającego pas transmisyjny. Przy maszynie zgromadzona była duża kupa polan dębowych, które Jan wrzucał do paleniska maszyny. Starszy o rok Franciszek był zupełnie niepodobny do brata. Wysoki, szczupły, z gęstymi puklami jasnych włosów był podobny do ojca, w przeciwieństwie do brata, który urodę odziedziczył po matce. Franciszek najczęściej pogrążał się w książkach, lub pisał wiersze, które czasami czytał głośno wieczorem. Teraz to właśnie Franciszek podawał snopy do młockarni. Miał szczupłe zwinne ręce i świetnie sobie radził przy tej robocie. Majewski i Henryk uwijali się w zasieku i donosili na widłach snopy zboża. Była to wyczerpująca praca. Gospodarz Tuński zakładał puste worki na  plujący grubym ziarnem wylot młockarni, zawiązywał pełne worki i odstawiał je na bok. Zboże, szczególnie pszenica, sypało obficie, gdyż ziemia wokół wsi była bardzo żyzna. W domu gospodyni Tuńska w towarzystwie Majewskiej przygotowały dla pracujących w stodole mężczyzn obiad. Matka Tuńskiego, babcia Karolina zabawiała dwuletniego Tomka, który bał się wyjrzeć na dwór, gdzie hałasował lokomobil. Mała Basia Tuńska i jej nowa przyjaciółka Hanka musiały tego dnia wykonać pracę ponad ich siły - wydoić krowy, wyprowadzić bydło na pastwisko, nakarmić świnie, kury i króliki. Młocka trwała cztery dni. Piątego dnia, w sobotę, domownicy od rana przygotowywali się do dożynek. Na uroczysty obiad Tuński zaprosił znamienitych gości. Już w południe powozem przyjechali dziedzice Helscy. Przywieźli ze sobą Józię, która od razu rzuciła się całować swoich bliskich. W ciągu krótkiego czasu dziewczynka zmieniła się nie do poznania: przytyła i zarumieniła się na twarzy. Ubrana w niebieska sukienkę w zielona kratkę i brązowy sweterek wyglądała jak dziecko wychowane w salonach. - No, jak wam się podoba wasza córeczka? - zapytała dumna ze swoich osiągnięć dziedziczka Helska. - Jesteśmy bardzo wdzięczni - odpowiedzieli zgodnie Majewscy. - Bóg zapłać, pani Helska. - Majewska miała łzy w oczach. Dziedzic Helski poszedł do stodoły oglądać ziarno.- Pięknie sypało - chwalił zbiory Tuński otwierając wory i przesypując zboże w dłoniach. - Ziarno jest grube, ciężkie i suche. Pod dom Tuńskich schodzili się gospodarze z całej wsi. Oni również zachodzili do stodoły i oglądali zbiory. Z Młynowa przyjechał dwukółką ksiądz Grzesiuk. Młody, krzepki i zwinny mężczyzna sam powoził. Lubił szybką jazdę.

Gwarny tłum na wiejskiej drodze gęstniał. W końcu przed progiem domostwa stanęli gospodarze. Tuński klasnął w dłonie. - Prosimy wszystkich do stołów - powiedział głośno. - Prosimy wszystkich państwa - ukłonił się w stronę Helskich. - Prosimy księdza. Gości było tak wielu, że stoły dla znakomitości rozstawiono w największym pokoju, dla kobiet z małymi dziećmi w kuchni, a dla młodzieży na ganku. Podano gorący barszcz wołyński z czerwonych  buraków z dodatkiem licznych warzyw: kapusty, marchwi, fasoli i cebuli, obficie zaprawiony śmietaną. Wynajęte na ten dzień kucharki rozlewały barszcz prosto do talerzy. Ksiądz Grzesiuk odmówił modlitwę przed obiadem i pobłogosławił wszystkim zebranym.                     - Podziękujmy Bogu za obfite plony - powiedział. Podziękujmy mu tym bardziej, że  zesłał je pracowitym gospodarzom w strasznych czasach. Prośmy Boga, żeby ta straszna wojna skończyła się i żeby nasza ojczyzna ocalała z pożogi wojennej. Goście jedli w milczeniu. Słowa księdza przypomniały wszystkim o tym, co działo się na Wołyniu. Gdy na stołach pojawiła się potrawka z kurczaka i butelki z gorzałką, dziedzic Helski wstał z krzesła i wzniósł krótki toast. - Wypijmy za wolną Polskę. Gdzie dwóch się bije... - dziedzic nie dokończył i przechylił kieliszek. - Za wolną Polskę! - podchwycili inni. Po wypitej gorzałce zaczynało się robić gwarno. Przy kołdunach z młodej baraniny, przygotowanych przez pochodząca z Wileńszczyzny gospodynię, toast wzniósł Tuński. - Jedzcie i pijcie moi kochani, póki jest co. Niemcy znowu podnieśli kontyngenty wojenne tak wysoko, że wkrótce nasze spichlerze i obory będą puste. - Tuński przełknął gorzałkę i dodał ze smutkiem. - Gorzka ta wódka.           - Słowa Tuńskiego wywołały burzę. - Trzeba ukryć zboże przed Niemcami! - zdecydował jeden z chłopów. - Lepiej im oddać te ich kontyngenty - oponował drugi. - Za odmowę mogą nas rozstrzelać. Goście zaczęli się użalać nad losem mieszkańców Wołynia. - Ludzie, cieszcie się, że żyjecie! - przekrzyczał wszystkich sąsiad Tuńskiego, gruby Kozłowski. - Ostatnio w Turzysku Niemcy i bulbowcy ograbili Żydów do cna, a potem ich wszystkich rozstrzelali. - To samo było w Rokitnie! A pamiętacie, co było w Olewsku, gnieździe bulbowców. - Dobra nowina! Podobno w lasach pojawili się ruscy partyzanci. Dadzą Niemcom łupnia. Po tych słowach dziedzic Helski zastukał łyżką w stół i wszyscy posłusznie umilkli. - Kochani sąsiedzi. Pamiętajcie, ze nawet w waszej wsi ściany maja uszy. Niech tam po lasach chodzi kto chce, to nie nasze zmartwienie. Nasi gospodarze dzisiaj świętują. Zaśpiewajmy coś miłego sercu naszego gospodarza, tak jak ja, dawnego ułana. I dziedzic zaintonował silnym, czystym barytonem:

Jeszcze jeden mazur dzisiaj

choć poranek świta,

czy pozwoli panna Krysia

młody ułan pyta...

Wszyscy chętnie podchwycili tę popularną na Wołyniu piosenkę. Na stole pojawiły się marynowane grzyby oraz szynki uwędzone w jałowcu przez mistrza w ich przyrządzaniu, Majewskiego. W tym czasie ksiądz Grzesiuk wymknął się na ganek, do młodzieży.                  - Pokażcie mi wasze plony - skinął na braci Tuńskich. Tamci podnieśli się z ławy. - Chodź z nami - zwrócił się do Henryka. W stodole musieli przyzwyczaić wzrok do półmroku.                  - Siadajcie moi mili - ksiądz wskazał ręką na pełne, pękate wory. - Nie o plony mi chodzi. - Zamilkł i długo stał bez słowa oparty o młockarnię. Wreszcie przemówił. - Moi kochani... W Iraku powstała polska armia, którą dowodzi generał Anders. W kraju walczy z okupantem Armia Krajowa... A tutaj, na Wołyniu Niemcy zbroją ukraińskich policjantów. Już prawie dwa lata istnieje ta ich Ukraińska Powstańcza Armia. Oni chcą samostiejnej Ukrainy. Wkrótce ruszą na nas... A my, Polacy na Wołyniu jesteśmy bezbronni, jesteśmy bezradni... - rozłożył ręce w wymownym geście i znowu umilkł. Wyraźnie się wahał, czy mówić dalej. - Musimy walczyć, ojcze, musimy się zorganizować - Henryk podniósł się i podszedł do księdza.           - Będziemy walczyć, ojcze, ale nie mamy broni - bracia Tuńscy również powstali z worów.      - Kochani moi - ksiądz ściskał po kolei dłonie chłopców. Jesteście gotowi walczyć? - Jego głos łamał się ze wzruszenia. - Będziemy walczyć ojcze, będziemy... - odpowiadali jeden przez drugiego. - Kamień spadł mi z serca. Nie wiedziałem, czy ja, ksiądz, mogę was do tego namawiać... prosić, abyście narażali swoje życie. - Już o tym myśleliśmy - powiedział Franciszek. - Nie wiemy jak zacząć, nie mamy broni. Ksiądz spojrzał po kolei prosto w oczy każdego z nich. - Czy potraficie dochować tajemnicy? - spytał. - Tak ojcze, możemy przysiąc - wyszeptał Jan. - Nie trzeba, wierzę wam. Zgłoście się w Młynowie w domu na rogu ulicy Słonecznej i Targowej. Tam wami się zajmą. Powiedzcie tylko, że przysłał was ksiądz Grzesiuk po katechizm dla dzieci. A teraz nikomu ani słowa. Dziedzic Helski powiedział, że ściany mają uszy. Wracajmy do nich. Gdy wyszli na drogę usłyszeli głośny śpiew:     Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani,

że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani...

- O, słyszycie? - zaśmiał się Franek. - Ułan Helski śpiewa - Istotnie - silny głos dziedzica wyróżniał się w chórze. Zaczęli się śmiać. Jedynie Henryk milczał. Przez cały czas odczuwał radosne uniesienie. Będę w organizacji, będę walczył - cieszył się w myślach. Spojrzał na braci Tuńskich i na księdza. Czuł, że między nimi powstała nagle bardzo silna więź, nić porozumienia i zaufania. Oplotła ich tak, że nic tego splotu nie mogło rozerwać. W ciągu kilku następnych tygodni życie we wsi toczyło się normalnym trybem. Bracia Tuńscy i Henryk często znikali z domu. Nikomu nie chcieli powiedzieć, gdzie i po co idą. Hanka i Barbara rozpoczęły przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. Codziennie, przed opuszczeniem domu, Franek dawał im do przeczytania małe partie katechizmu. Dziewczynki narzekały, ale Franek był nieugięty. - Musicie poznać naszą wiarę. Nie znacie nawet wszystkich modlitw i nie umiecie dobrze czytać - powtarzał, a potem przepytywał je wieczorami. Do domu Tuńskich schodzili się gospodarze ze wsi. Chcieli dowiedzieć się czegoś nowego lub sami przynosili wieści zasłyszane od kolejarzy z Łucka i Kiwerc. Wieści z dalekiego świata były coraz lepsze. Szósta armia niemiecka została otoczona przez Rosjan pod Stalingradem, a w Afryce Północnej wylądowali alianci. Gdy Niemcy pod Stalingradem poddali się, Wołyniacy uwierzyli, że Polska odzyska wolność. Natomiast wieści z najbliższych okolic były coraz gorsze. Niemcy i upowcy w dalszym ciągu mordowali Żydów. Zginęło też kilku polskich gospodarzy ze wsi polsko - ukraińskich. W lutym do wsi dotarła straszliwa wieść o wymordowaniu przez UPA stu siedemdziesięciu Polaków we wsi Parośle. Przerażenie wywołał fakt, że bandyci pastwili się nad ofiarami; niemowlęta przybijali do stołu nożami kuchennymi, mężczyzn obdzierali ze skóry, obcinali kobietom piersi. Wraz z narastaniem zagrożenia coraz więcej młodych chłopców zjawiało się u Tuńskich. Chłopcy szli do stodoły i tam odbywali jakieś narady. Pilnowali, żeby nikt obcy ich nie śledził. Któregoś dnia, pod koniec marca Hanka i Basia zakradły się do stodoły przed nadejściem młodych konspiratorów i zagrzebały się w słomie w zasieku. Czekały w napięciu na rozwój wydarzeń. Po dłuższej chwili drzwi we wrotach zaskrzypiały. Do środka wszedł Franek, a za nim inni. Na warcie przy wrotach pozostał Janek Tuński. Sześciu chłopców ustawiło się w szeregu, przed którym stanął Franek Tuński.

- Coraz więcej Polaków ginie - zaczął. - Musimy wzmocnić nasza obronę. Nie możemy dać się zaskoczyć. Na strychu trzeba urządzić punkt obserwacyjny. Brakuje okienka od strony północnej. Ty Helka - zwrócił się do stojącego przy wrotach brata - dobierz sobie pomocnika i wykonajcie to okno. Będziemy trzymać wartę w dzień i w nocy. Ty Andzia - skierował się do Henryka - weź dwóch chłopaków i pojedźcie do lasu za Nadczycami do oddziału Bystrego. Oni nas już znają. Obiecali nam dać dwie ruskie pepesze. Dostali je od ruskich partyzantów. Są świetne. Weźcie konia i wóz i wyjedźcie jutro przed świtem. Musicie wrócić, zanim ludzie we wsi wstaną. Zabierzcie ze sobą nagany. A wy dwaj - zwrócił się do chłopaków bez przydziału - wykopcie za oborą rów i zamaskujcie go. W domu powiemy, żeby nikt tam nie chodził. Jutro spotkamy się tutaj o tej samej porze. Po chwili chłopcy opuścili stodołę i rozeszli się do domów. Hanka i Baśka wygramoliły się z zasieku. Zaczęły strzepywać z ubrań i włosów źdźbła słomy. - Słyszałaś? - zapytała z przejęciem Hanka. - Oni mają jakieś nagany. Co to takiego? - To takie karabiny - wyjaśniła Baśka. - A jak siebie nazywają: Andzia, Helka - dziwiła się Hanka. - Zmarzłam w tej stodole. Chodźmy do domu. - Mnie też jest zimno - Hanka podążyła za przyjaciółką. W kuchni kobiety przygotowywały obiad. Mężczyźni akurat wrócili z pola. - Mamo, czy wiesz, że nasz Henryk nazywa się Andzia? - Hanka patrzyła na matkę i chichotała. - A nasz Janek - Helka - parsknęła śmiechem Baśka.  -  A wam skąd o tym wiedzieć? - zaciągająca po wileńsku Tuńska ujęła się pod boki i groźnie spojrzała na dziewczynki. - Tak nazywali siebie w stodole - odparła Baśka. - Mówiła wam, żeby za nimi nie chodzić - zdenerwowała się Tuńska. - Macie tu wiadro kartofli. Obierzcie ich tyle, żeby dla wszystkich starczyło. A o tym, co było w stodole, nie mówić nikomu. - Zamiast pomagać nam w polu, oni bawią się w partyzantkę - zaczął narzekać Tuński. - Zboża jare jeszcze nie zasiane, a ich ciągle nie ma w domu. - Co nam pomoże ta ich partyzantka? Czy oni chociaż umieją strzelać? - Głupoty gadacie - zeźliła się Tuńska. - Chłopcy chcą nas bronić. A strzelać to oni dawno nauczywszy sia. - Dobrze już, dobrze, moja gołąbeczko - Tuński podszedł do żony i objął ją ramieniem. Dobrze wiem, że twoi synkowie są tak zdolni, że wszystko potrafią. - A żeby wy wiedzieli, że tak jest -fuknęła. - Wam wszystko na poprzek. Lepiej przynieś mi tu polana drewna - zwróciła się do męża. - To ja po nie pójdę - powiedział pojednawczym tonem Majewski i wyszedł z kuchni. Nastał Wielki Tydzień poprzedzający Wielkanoc 1943 roku. Chłopcy myli szyby w oknach, dziewczynki sprzątały dom, kobiety przygotowywały wypieki, a Tuński  i Majewski pobielili wapnem chlew i oborę. Odświeżone budynki wyglądały schludnie i przyjemnie. W niedzielę, 25 kwietnia wieś wyruszyła do kościoła w Młynowie. W domu Tuńskich pozostała Majewska z Tomkiem oraz Henryk i Janek na straży. Franciszek, który chciał się spotkać z księdzem Grzesiukiem, pojechał z pozostałymi jako eskorta. Powoził Tuński. Drogą do Młynowa ciągnął już sznur przystrojonych brzozowymi gałązkami furmanek, wśród których wyróżniał się okazały, lśniący lakierem powóz Helskich. Ludzie machali do siebie rękami i uśmiechali się. Ten świąteczny, pogodny nastrój prysnął nagle, gdy dotarli do Młynowa. Na dużym placu przed kościołem z czerwonej cegły zastali rozgardiasz i zamieszanie. Jedni biegali chaotycznie między furmankami, inni otaczali krzyczącego głośno kolejarza w czarnym mundurze. - Ludzie, ludzie! - niosło się po placu. - Bandyci z UPA napadli w Wielki Piątek na Janową Dolinę! Spalili całą wieś razem z ludźmi! Napadli na inne wsie! Wczoraj napadli na Hutę Antonowiecką!... Prawie wszystkich zabili. Wcześniej napadli na Boremel...- O Boże, Boże! - zatrwożył się tłum. - A to bandyci, a to potwory, nawet świąt naszych nie uszanują, przeklęci! Przed kościół wyszedł ksiądz Grzesiuk i starał się uspokoić wiernych. - Kochani moi, msza się odbędzie! Nie dajmy po sobie poznać, że się ich boimy. Wchodźcie do kościoła. Jednak część furmanek zawróciła. - W domu została babcia z dziećmi - krzyczał woźnica opuszczający plac. - Kto ich obroni? - A u mnie pusty dom - wtórował inny. - Przyjdą i spalą. Kościół zapełnił się tylko do połowy. - W Janowej Dolinie mieszkała moja siostra. Pewnie nie żyje - żaliła się jakaś kobieta głośno łkając. Głośne rozmowy nagle ucichły; wszyscy zaczęli modlić się głośno i żarliwie za dusze pomordowanych. Modlitwa zespolonych głosów wznosiła się z ogromną siłą, jakby chciała rozsadzić kościół i ogarnąć cały Wołyń. Potem znowu rozległy się szlochy. Kazania księdza o cudzie w Kanie Galilejskiej prawie nikt nie słuchał. Nie było też śpiewów. Wszyscy przystąpili do komunii świętej. - Lżej będzie umierać - szeptał ten i ów. Po mszy ksiądz Grzesiuk kręcił się w tłumie przed kościołem. Odciągał na bok młodych chłopców i o czymś z nimi rozmawiał. W końcu podszedł do Franciszka.             - Chodźmy na bok - wskazał na potężną lipę. - Co u was? Czy oddział jest duży? - Są trzy grupy. W każdej z nich jest nas ośmiu. Broń mamy, ale brakuje nam amunicji. - Zgłoś się do Dubna na ulicę Targową. Jest tam nowy zapas broni. Bądźcie tam po zmroku. Jak zwykle powiedz, że przysłał cię ksiądz Grzesiuk po katechizm dla dzieci. Idź już. Ojciec macha do ciebie. I pamiętaj, żeby przygotować Basię i Hanię do Pierwszej Komunii Świętej na piątek, czwartego czerwca. - One już wszystko umieją - odparł chłopiec. - Ale dlaczego komunia odbędzie się w piątek a nie w niedzielę? - Widzisz, co się dzieje. Bandyci tylko czekają, abyśmy zebrali się w kościele. Niech lepiej nic o tej komunii nie wiedzą. Niech dzieci nie zakładają białych ubranek, zresztą mało kto je ma. Będzie tak zwyczajnie. - Rozumiem - chłopiec spuścił oczy i westchnął. - Nawet kościół nie jest teraz bezpiecznym miejscem.         - Wracajcie z Bogiem do domu - ksiądz zrobił znak krzyża i zakończył rozmowę. - Zostańcie z Bogiem ojcze. - Franciszek ucałował rękę księdza. Uściskali się na pożegnanie. Wieś zastali cichą i spokojną. Mieszkańcy zasiedli do świątecznego posiłku. Nie było słychać, jak co roku, świątecznych śpiewów i muzyki. Tylko dzieci bawiące się na podwórzu sprawdzały twardość skorupek świątecznych pisanek i śmiały się. Przed dom Tuńskich zajechała furmanka. Zeskoczyli z niej Franciszek i Henryk, potem zeszła Majewska, a na końcu dwie uśmiechnięte dziewczynki - Basia i Hania. Na ganku czekali gospodarze. Basia podbiegła do matki i przylgnęła do niej. - Mamo! Już przyjęłam komunię, już nie mam grzechów. - Jakież ty możesz mieć grzechy, mój aniołeczku - Tuńska pogładziła córkę po głowie. - Jak było w kościele? - zwróciła się do Majewskiej. - Kościół wyglądał jak w dzień powszedni, ale ksiądz Grzesiuk tak pięknie mówił. Wszyscy płakali. - Chodźcie do domu - powiedziała Tuńska. - Dzisiaj wszyscy dostaną po dużym kawałku ciasta i kompot z rabarbaru. Rodziny zasiadły do słodkiego posiłku. Dziewczynki  były dumne, że został przyrządzony na ich cześć. Tylko Franek siedział przy stole zamyślony i smutny. Janek i Henryk wywołali go na ganek. - Co się stało? Czegoś taki osowiały? - Mam złe przeczucia. Ukraińcy coś nam szykują.- Te twoje przeczucia! Czy one choć raz się sprawdziły? - mruknął ze złością Janek. - Mówię wam chłopaki, coś wisi w powietrzu. Trzymajcie wartę w nocy. Bądźcie czujni! - Ja dzisiaj stoję na warcie. Teraz się trochę prześpię - powiedział Henryk. - A ja będę miał wartę jutro w nocy. Wiesz, że my dwaj na warcie nie śpimy - Janek był wyraźnie zniecierpliwiony. - Jak taki poeta może być dowódcą oddziału - pomyślał z niechęcią. - Wracajmy do stołu - dodał. - Niech te małe wiedzą, że dzisiaj ich dzień. W sobotę, tuż przed północą Janek zbiegł ze strychu z łomotem i strasznym krzykiem. - Ukraińcy, Ukraińcy! Ludzie wstawajcie! Na zewnątrz rozpętało się piekło. Napastnikom udało się zbliżyć do zabudowań gospodarczych na odległość strzału. Zaczęli ostrzeliwać dachy stodół i obór pociskami zapalającymi. Kilka budynków stanęło w ogniu. Paliła się też stodoła Tuńskich. We wsi rozległy się krzyki ludzi i przeraźliwy ryk zwierząt. Majewski wyskoczył z domu, przebiegł na drugą stronę drogi, dotarł do obory i otworzył jej wrota na oścież. Oszalałe zwierzęta najpierw stłoczyły się w miejscu, a po chwili zaczęły uciekać wzdłuż drogi poza obręb wsi. Słychać było tętent galopujących koni.

Chłopcy z oddziału samoobrony zajęli pozycje w okopie za oborą Tuńskich. Płonące stodoły oświetliły teren. Bandyci stali się widoczni jak na dłoni. Grupa mężczyzn i wyrostków przemieszczała się w dół zbocza. - Smert,smert Lacham - pokrzykiwali uzbrojeni w karabiny, widły i siekiery napastnicy. - Aaa... - z nagłym wrzaskiem ruszyli do przodu. Obrońcy otworzyli ogień. Kilku bandytów padło. Pozostali zalegli w zbożu. - A Lachi, wyrwiemy wam serdca! Pohib Lacham! - słychać było pojedyncze jęki i groźby. - Ryzat' Lachiw! Żar bijący od stodoły stawał się nie do zniesienia. Obrońcy opuścili okop i czołgając się zbliżyli się do bandytów. Rozpoczęła się próba sił. Z jednej i drugiej strony padały pojedyncze strzały.m     W domu Tuńskich kobiety gorączkowo naradzały się co robić. - Do piwnicy! Schodzimy do piwnicy! - krzyknęła Majewska . W jednej ręce trzymała zapaloną świecę, w drugiej krzyż. - Pomóż mi zanieść Tomka - poprosiła Tuńską. Za chwilę były już na dole. - Uklęknijmy - Majewska postawiła świecę i krzyż na dębowej beczce. - Powtarzajcie za mną: Święta Matko, Matko Boża obroń nas, Święta Matko nie daj nam zginąć... Mała gromadka bezbronnych istot przygotowywała się na śmierć. - Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - rozległo się wyznanie wiary. - Czy pójdziemy do nieba, jak nas bandyci zabiją? - zapytała z płaczem Basia. - Przecież wczoraj przyjęłyśmy komunię. - Pójdziecie, dziecinko, pójdziecie. Takie aniołeczki zawsze idą do nieba - powiedziała Tuńska i też zaczęła płakać. - Cofnęli się! - usłyszeli krzyk Henryka pochylonego nad zejściem do piwnicy. - Wychodźcie! - Chłopiec z trudem łapał oddech. - Musicie uciekać do Helskich. Bandyci tu wrócą. Nie damy rady obronić całej wsi i majątku. Chodźcie za mną. Szybko! Na wiejskiej drodze tłoczyła się już duża grupa kobiet i dzieci. Mężczyźni pozostali w gospodarstwach i próbowali gasić pożar. Wieś płonęła. Z pobliskiego gospodarstwa dobiegały jęki i przeraźliwe krzyki. - Ludzie! Dobijcie mnie! Ludzie! - To Kraśniewski - wyjaśniła sąsiadka Tuńskich. - Spadły na niego płonące belki w oborze. Są przy nim wasi mężowie. - Boże, żeby nic im się nie stało! - westchnęła Tuńska. - Chodźcie za mną - ponaglał Henryk. - Idziemy do majątku. Uzbrojony w pepeszę  chłopiec ruszył do przodu. U Helskich wszyscy byli na nogach. - To wy żyjecie! - krzyknął uradowany dziedzic. - Bogu niech będą dzięki! Wchodźcie, wchodźcie - Helska wpuściła wszystkich do obszernej kuchni. - Mamo, Haniu! - do kuchni wpadła Józia. - A gdzie tata? - Został we wsi ratować rannych - odparła Majewska. - Niech kobiety umyją dzieci i siebie. - Energiczna dziedziczka Helska postanowiła zapanować nad sytuacją. - A wy - zwróciła się do dwóch kucharek - przygotujcie dla wszystkich śniadanie. - Muszę wracać na wieś - powiedział Henryk i poszedł. - Niech ojciec przyniesie nam jakieś ubrania - krzyknęła za nim Majewska. Umyte dzieciaki siadły przy stole. Dostały po kubku kawy z mlekiem i po pajdzie chleba z masłem. Kobiety nie mogły znaleźć sobie miejsca. - Muszę iść - Tuńska zbierała się do powrotu na wieś. - Muszę nakarmić zwierzęta. - Nie ma mowy - dziedziczka zatarasowała sobą drzwi. - Tam mężczyźni zajmą się wszystkim. Poradzą sobie bez was. Patrzcie - wskazała za siebie w kierunku wsi. - Dym jest coraz mniejszy. Istotnie; chmura dymu unosząca się nad wioską zaczęła się zmniejszać. Oznaczało to, że mężczyźni dogaszali pożary. Dziedziczce udało się uspokoić kobiety, które wreszcie zasiadły do śniadania. Przed wieczorem do majątku przyszedł Majewski; cały był osmolony dymem. W worku przyniósł ubrania dla kobiet i dzieci. - Co we wsi? - kobiety otoczyły go kołem. - Czy nasze domy jeszcze stoją? - pytały z niecierpliwością i strachem. - Uspokójcie się. Nie jest tak źle. - Majewski uciszył je gestem ręki. - Kilka obór i stodół spłonęło, ale domy są całe.       - A co z naszymi krowami, końmi? - przerwały kobiety. - Gdzie nie było miejsca w oborach, spędziliśmy je do ogrodów. Będą nocować pod gołym niebem. Część zwierząt uciekła do lasu... a tam ciągle siedzą bandyci. - Znów podniósł rękę na znak, aby mu nie przerywano. - Nikogo nie ma w domu Dąbrowskich. Czy ktoś wie co się z nimi stało?

Kobiety zaczęły spoglądać po sobie. - Może wyjechali do rodziny w Łucku - wtrąciła się do rozmowy dziedziczka. - Wszystko się wyjaśni. Dajcie chłopu umyć się i coś zjeść - zwróciła się do rozgorączkowanych kobiet. Dziedziczka skinęła na kucharkę, która po chwili wniosła na podwórze miskę z ciepłą wodą. Podążał za nią z ręcznikiem i mydłem służący Semen, szczupły, noszący krótko przyciętą brodę, mężczyzna w średnim wieku. - A to bandyty! - narzekał głośno. - Tak mordować ludzi! - Toż to twoje ziomki, Ukraińcy! - krzyczały kobiety. Gdyby nie obecność dziedziczki, rzuciłyby się na niego z pięściami. - Kakije moje ziomki? - odpierał ataki służący. - To bandyty, a nie moje ziomki. - Oni w nocy znowu ruszą na wieś - Majewski uniósł znad miski namydlona głowę. - W całej wsi wystawimy warty. Nie damy się zaskoczyć. - My też zorganizujemy obronę - stwierdził dziedzic Helski, który pojawił się na podwórzu. - Do majątku nie podejdą. Tej nocy stojący na wzgórzu i otoczony solidnym drewnianym ogrodzeniem majątek był pilnowany przez kilku parobków uzbrojonych w fuzje myśliwskie. Mimo wielkiego zmęczenia nikt oprócz dzieci nie mógł zasnąć. Dochodzące od strony wsi odgłosy pojedynczych wystrzałów wzbudzały paniczny lęk i łomotanie serca. Wściekłe ujadanie psów ucichło dopiero nad ranem. To oznaczało, że upowcy wycofali się do lasu. Udręczeni czuwaniem ludzie zapadli w niespokojna drzemkę. Jeszcze tego samego dnia przed południem nadeszła odsiecz. Z okolicznych lasów przybyło dwunastu dobrze uzbrojonych partyzantów. Nowoprzybyli od razu wyruszyli w kierunku wsi, a potem, wspólnie z jej obrońcami zaczęli nacierać na stanowiska bandytów. Rozpoczęła się wymiana strzałów. Odgłosy leśnej potyczki wkrótce ucichły. Oddalały się w kierunku Łucka. Późnym wieczorem połączone oddziały obrońców przybyły do majątku. Chłopcy byli zmęczeni, ale szczęśliwi.      - Przepędziliśmy ich - potrząsali bronią. - Pogoniliśmy ich pod sam Łuck. - Nasi bohaterowie! Brawo chłopcy! - Dziedzic Helski ściskał dłonie wszystkich po kolei. Na dziedziniec wystawiono stoły. Kucharki zaczęły w dużym garze gotować zupę. Chłopcy poustawiali broń i zaczęli myć się przy studni. Słychać było śmiech i przechwałki. - Ale daliśmy im łupnia! - A to zawzięte gady. Mordować niewinnych i bezbronnych to oni potrafią. Na stołach, za którymi zasiedli zwycięzcy wojownicy, pojawiła się dymiąca grochówka. Uszczęśliwione nowym obrotem sprawy kobiety usługiwały chłopcom. Dzieci stały wokół stołów w pewnym oddaleniu i z podziwem patrzyły na swoich starszych braci i ich kolegów. Majewski i Tuński dołączyli do partyzantów. Dziedzic Helski nakazał przynieść kilka butelek wódki. - Musimy uczcić zwycięstwo naszych bohaterów - zawołał. - Musicie się chłopcy wzmocnić. - Był trochę podchmielony. Popijał cały dzień dla dodania sobie otuchy. Wszyscy powstali. - Za wolną Polskę! - wykrzyknął. - Za wolną Polskę! - powtórzyli chórem. Przy następnym toaście podniósł się Franciszek Tuński. - Zamiast toastu powiem wam wiersz. Posłuchajcie.           Na podwórzu ucichło. Wszyscy zwrócili oczy na szczupłego chłopaka ze zmierzwioną czupryną i wypiekami na twarzy. - Wiersz nazywa się "Niezłomność" - zaczął. - Oto on:

Będę tu trwać

Wsparty o wiarę przodków swoich,

będę tu trwać

walcząc o Polskę i o swoich,

będę tu trwać

mając w modlitwie Twej osłonę,

będę tu trwać,

zanim w pożarze wioski spłonę.

Gdy skończył, przez krótki moment trwała cisza, a zaraz potem rozległy się chlipania kobiet i okrzyki partyzantów. - Piękny wiersz! Powiedz go jeszcze raz! Musiał powtarzać dwukrotnie. Józia słuchała słów wypowiadanych przez młodego poetę z przejęciem i drżeniem serca.    On się niczego nie boi, ten Franciszek - myślała. - On nas obroni, on nas naprawdę obroni. - Patrzyła na uduchowioną twarz chłopca i czuła słodki ból w sercu. Głos ponownie zabrał dziedzic Helski. - Jesteście spadkobiercami dawnych rycerzy kresowych - podkręcił wąsa i potoczył spojrzeniem po młodych twarzach. - Oni bronili kresów przed najazdami Tatarów i Turków, wy nas bronicie przed zdziczałymi bandytami... Wierzę, że nas obronicie. Wierzę, że kiedyś znowu ożyje idea jagiellońska, że narody kresów będą żyć w zgodzie zjednoczone przez nas, Polaków... Obronicie nas? - Obronimy! - odpowiedzieli z zapałem chłopcy. - Obronimy! Majewski kwaśno skomentował słowa dziedzica. - Ten naiwny wierzy jeszcze, że ludzie tu będą żyć w zgodzie. Ta straszna wojna sprawiła, że zgoda nigdy nie wróci. Sam widzisz, jak ci Ukraińcy nas nienawidzą. - Dałby Bóg, żeby tak było, jak chce dziedzic - odparł Tuński. - Może oni się opamiętają, może przestraszą się naszych partyzantów. - A iluż jest tych naszych partyzantów? Ile mają broni? - powątpiewał Majewski. - Bandyci wkrótce tu wrócą - dodał. - Pewnie masz rację - Tuński był mocno zafrasowany. - Ja też o tym myślałem. Musicie wrócić do Kiwerc. Ja wywiozę kobiety i córkę do Łucka, do swoich ziomków Kłysów. We wsi zostaną tylko mężczyźni i nasza grupa samoobrony. Patriotyczna biesiada trwała długo. Dopiero w środku jasnej czerwcowej nocy oddział nowoprzybyłych partyzantów przeniósł się do pobliskiego lasu, a oddział Henryka powrócił na wieś. Następnego dnia ze wsi wyruszyły dwie podwody eskortowane przez kilku uzbrojonych chłopaków. Ewakuowano kobiety i dzieci do Łucka i Kiwerc, Pierwszą podwodą powoził Henryk, a drugą Franciszek Tuński. Przed Łuckiem bandyci próbowali zaatakować uciekinierów. Uzbrojeni w pepesze chłopcy otworzyli ogień i zmusili napastników do odwrotu. Niedaleko dworca kolejowego młodzi woźnice zatrzymali konie. - Dalej musicie iść sami - powiedział Henryk. - Nie możemy podjechać po samą stację, bo Niemcy mogą nas skontrolować i zabrać broń. Musimy wracać do swoich. - Wróć z nami do domu - błagała syna Majewska. - Nie mogę mamo - Henryk miał łzy w oczach. -Ślubowałem, że będę walczył, że nie zawiodę chłopaków. - Uściskał wszystkich po kolei i zawrócił konie, aby jak najszybciej wyruszyć w drogę powrotną wraz z dwoma uzbrojonymi kolegami. Franciszek, który z trudem oswobodził się z objęć rozpaczającej matki, również zawrócił wóz i podążył za podwodą powożoną przez Henryka. Tuńscy udali się do swoich krewnych na ulicę Kopernika w Łucku, a Majewscy powrócili do siebie na ulicę Szkolną w Kiwercach. Z powodu zlokalizowania tam koszar niemieckich, ulica Szkolna stała się dla Polaków najbezpieczniejszym miejscem w Kiwercach. Bandyci tutaj nie docierali. Niemal codziennie do mieszkańców dochodziły wieści o napadach bandytów z UPA na ludność polską, która uciekała do większych miast lub większych obozów samoobrony w Zasmykach, Przebrażu i innych miejscowościach. Do miast zwożono furmankami zwłoki pomordowanych ludzi, aby dokonać ich pochówku na miejskich cmentarzach. Zwłoki te często były zmasakrowane, zbeszczeszczone i nadpalone. Majewscy z niecierpliwością oczekiwali wieści o grupie samoobrony z Pańskiej Doliny. Chłopcy z oddziału Henryka odnieśli kilka znaczących sukcesów. Kilkakrotnie poszli na odsiecz obleganej ludności we wsi koło Młynowa. O sukcesach tej niewielkiej grupy było głośno na całym Wołyniu. Dumni z czynów swojego syna Majewscy żyli w ciągłym niepokoju; wiedzieli bowiem, że bandyci z największą zaciekłością tropili bojowników, którzy potrafili odeprzeć ich ataki.

W połowie grudnia 1943 roku do ich domu przyszła kobieta z siedmio lub ośmioletnią córką.   - Kłysowa jestem, siostra Tuńskiej - przedstawiła się. - Mam wiadomości o waszym synu.      - Co z nim? Żyje? - Majewska doskoczyła do kobiety i siłą zaciągnęła ją do stołu. - Żyje, żyje - na twarzy przybyłej pojawił się blady uśmiech. - Mam dla was list od niego.- Sięgnęła do obszernej kieszeni podniszczonego, szarego płaszcza i wyjęła z niej dwie pomięte kartki papieru i małe zdjęcie. - Czytaj Kazik, czytaj - Majewska ponaglała męża, który starannie ułożył kartki i zdjęcie na stole i pochylił się nad nimi. Józia i Hanka zaglądały ojcu przez ramię. Tylko Tomek bawiący się patykami na podłodze nie okazywał żadnego zainteresowania wieściami od starszego brata. Majewski zaczął czytać list.

"Kochani Rodzice. Piszę do was ten pierwszy list z partyzantki. Poprzednio walczyłem w samoobronie, a teraz jestem już prawdziwym partyzantem, to znaczy Akowcem. Stoimy w Antonówce za Łuckiem, gdzie odesłało nas dowództwo. Jest nas pięciu. Bardzo mi ciężko, że nie mogę spędzić z Wami Świąt Bożego Narodzenia, no ale trudno, taki jest nasz los. Całuję Was wszystkich i żegnam Mamusię, Tatusia, Józię, Hanię i malutkiego Tomka. Wesołych Świąt. Henryk. P.S. Napisałem dla was wiersz. Nazywa się "Determinacja."

Zdumiony Majewski rozłożył drugą kartkę papieru i przeczytał wiersz napisany przez jego starsze dziecko.

A jeśli nawet

krwawi oprawcy mnie zabiją:

leśne ostępy...

moje doczesne szczątki skryją;

a jeśli nawet

już śladów po mnie nie znajdziecie;

nie rozpaczajcie...

przecież mnie w sercu mieć będziecie.

Henryk, Wołyń, zima 1943 rok.

W izbie jeszcze przez chwilę zalegała cisza, aż nagle Majewska zaczęła lamentować.             - Jakże to? - zaszlochała. - To on szykuje się na śmierć? Trzeba jechać do tej Antonówki i zabrać go do domu... Jedź tam Kazik choćby zaraz... - Ich już tam nie ma - odezwała się kobieta. - Wszyscy partyzanci ruszyli na zachód od Łucka. Coś większego się szykuje... A Ruscy też są coraz bliżej. - Mamo nie płacz - Józia przytuliła się do matki. - Nasz Heniuś żyje i będzie żył. Kobieta uważnie przyjrzała się Józi. - Mam coś dla ciebie - powiedziała ściszonym głosem. - Mam dla ciebie wiersz, który napisał Franciszek Tuński - wyciągnęła w kierunku dziewczynki jeszcze jedną zmiętą kartkę papieru. - Franciszek prosił mnie, abym dała ci ten wiersz, gdyby coś mu się przytrafiło... On chyba coś złego przeczuwał... Mówił mi też, że zawsze z taką wiarą na niego patrzyłaś... Prosił, żebyś o nim nie zapomniała - kobieta mówiła chaotycznie i drżącym głosem, z trudem precyzując swoje myśli. Zaskoczona Józia wzięła kartkę papieru i podeszła do okna. Szybko przebiegła oczami kilka krótkich linijek.

Nadzieja

Wystarczy nam

ciepło ogniska pośród zimy,

wystarczy nam

ta rzeczywistość, o której śnimy,

wystarczą nam

chmury na niebie i rozmowa,

wystarczy nam

prócz naszych marzeń przyszłość nowa.

Dla miłej Józi Franciszek, listopad 1943 rok.

Oszołomiona dziewczynka nie zrozumiała do końca przekazu zawartego w strofach wiersza. Wiedziała tylko, że Franciszkowi było smutno i źle, gdy je pisał. Wiedziała, że marzył o lepszej przyszłości. W głowie dziewczynki kłębiły się niespokojne, szalone myśli, a jej serce biło jak oszalałe. Czuła suchość w gardle i ból w skroniach. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiała, co mówią dorośli. - Stało się okropne nieszczęście - mówiła drżącym głosem kobieta. - Moja obecna tutaj córeczka była nad Styrem, gdy wyciągnęli ich z wody. Ciało Franciszka było przywiązane do jednego krzyża z grubych bali, a ciało Janka do drugiego. Dwa szczepione krzyże płynęły obok siebie i tak oparły się o brzeg, skąd rybacy je wyciągnęli... Kobieta umilkła i otarła rękawem łzy. Józia osunęła się na podłogę. Wiersz Henryka okazał się proroczy. W styczniu 1944 Henryk brał udział w operacjach wołyńskich oddziałów AK na południe od Kowla. Dosięgła go niemiecka kula podczas potyczki w lesie, gdy przeskakiwał rów z wodą. Jego zdziesiątkowany silnym obstrzałem oddział musiał się wycofać. Ciała chłopca nigdy nie odnaleziono.

Są to dwa rozdziały: Wołyńska samoobrona i List od Henryka. z książki Jana  Dąbrowskiego  “Miejsce na Ziemi”   Wstawił B. Szarwiło z archiwum Kresowego Serwisu Informacyjnego


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud15.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 336 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5910030