Na przełomie lipca i sierpnia 1943 roku:   

W kolonii Cegielnia stanowiącej przedmieście miasta Równe: „Pasąc dziadkową „Białkę” pan Julian /Julian Jamróz – przypis S.Ż.) był świadkiem przygotowań do mordu grupy więźniów, wśród których co najmniej stu należało do polskiej konspiracji. Mordu dokonano na przedmieściach Równego - w tzw. Cegielni. Jego autorem było gestapo i policja ukraińska. - Owa Cegielnia to były tzw. glinianki, czyli doły, z których wybierano glinę na cegły do budowania Równego - mówi. - Otoczone były łąkami, na które w porze kwitnienia kwiatów tutejsi mieszkańcy nie radzili wchodzić. Wydzielały one tak intensywny zapach, że powodował zawroty głowy, a nawet utratę przytomności. W jednym z dołów, z którego wybrano glinę Niemcy zorganizowali „mordownię”. Mnie i grupkę chłopaków często towarzyszących mi przy pasieniu krowy zainteresowało, po co Niemcy jeżdżą do tej glinianki. Podkraść się do niej nie było łatwo. Przy gliniance stała warta. Nam jakoś się udało. Na własne oczy widziałem jakieś belki, deski, kupę sznurów, dużo ściętych choinek, siekiery i jakieś beczki z czarną mazią. W kilka dni później nad Równem od strony glinianek zaczął snuć się czarny dym. Okazało się, że Niemcy w gliniance zbudowali szubienice i część więźniów powiesili. Innych rozstrzelali. Zwłoki pomordowanych ułożyli w pryzmy, obłożyli choinkami, oblali mazią z beczek i podpalili.

Ludzie wiedzieli, co się dzieje. Chodzili przygnębieni, modlili się itp. Dzisiaj przypominam sobie, że chociaż historycy piszą tylko o jednym mordzie, to w tych gliniankach było prawdopodobnie więcej. Jeden z nich miał miejsce na przełomie lipca i sierpnia. Część zbóż stało bowiem jeszcze na polach.” (Marek A. Koprowski: Ten sam kahał witał Niemców; w:  https://kresy.pl/kresopedia/ten-sam-kahal-wital-niemcow/ ;  07 marca 2011).

We wsi Cygany pow. Borszczów banderowcy uprowadzili do lasu 5 Polaków, którzy  zostali zamordowani: Dzikowska Anna, Kraśnicki Kazimierz l. 30, Sokołowski Józef, Karwacki Piotr l. 50, Radol Henryk l. 20. (Kubów Władysław: Terroryzm na Podolu; Warszawa 2003).

 

   1 sierpnia 1943 roku:

W kol. Andrzejówka pow. Równe upowcy obrabowali i spalili kolonię oraz zamordowali ponad 50 Polaków.

W miasteczku Białozurka pow. Krzemieniec zamordowali co najmniej 10 Polaków, w tym 2 rodziny oraz ojca z córką.

We wsi Kozaczki pow. Krzemieniec miejscowi „powstańcy ukraińscy” zamordowali 49-letnią Annę Babczyk oraz na łące dwóch z nich, Iwan Zysko i Sawa „Slipyj” zadźgali nożami jej matkę, około 70-letnią Antoninę Mazur.

W miasteczku Kulików pow. Żółkiew banderowcy uprowadzili 28-letniego Bronisława Bojsarowicza, który zaginął bez śladu.

W kol. Ożgowo pow. Kostopol zamordowali 30 Polaków.

W miasteczku Tuczyn pow. Równe podczas nocnego napadu zamordowali kilkunastu Polaków, w tym ojca z 2 córkami lat 15 i 19, matkę z 2 córkami, młodą kobietę (której rozpruli brzuch) z niemowlęciem.    

We wsi Załuże pow. Krzemieniec: „Marcelina Kaszuba z d. Kucharska została przez banderowców, którymi dowodził jej sąsiad, spalona żywcem we własnym domu 1.08.1943” (http://wolyn.republika.pl/opisy/zaluze-05.htm  ).

 

   W nocy z 1 na 2 sierpnia:

W kol. Leonówka pow. Równe upowcy dokonali rzezi 150 Polaków. Całe rodziny ginęły od kul, noży, siekier i innych narzędzi, bądź płonęły żywcem. Dziewczynkę Władysławę Bagińską wytropili w stogu siana i zasztyletowali, zamordowali także jej rodziców i pięcioro rodzeństwa. Wdowę Marcelinę Piotrowską zarąbali siekierą, jej 9-letnią córkę Władysławę i 7-letnią Romualdę zakłuli widłami, 5-letniego syna Stefana zarąbali siekierą a 3-letniego syna Waldemara zastrzelili. „Do Leonówki tragedia przyszła 1 sierpnia 1943 r. tuż przed północą. 39-letnia wówczas Apolonia Reszczyńska tak zapamiętała tę noc:„W dzień pracowaliśmy w gospodarstwie domowym w Leonówce, a na noc jechaliśmy konnym zaprzęgiem do Tuczyna. Nasi sąsiedzi z Leonówki nocowali w okolicznych krzakach i zagajnikach. Wszyscy baliśmy się, że śmierć może przyjść nocą. Mężczyźni wieczorami zaciągali straże na rogatkach wsi. W fatalny dzień 1 sierpnia 1943 roku po wieczornej mszy w kościele, trochę uspokojeni, postanowiliśmy nie jechać na nocleg do Tuczyna. Gnana jednak jakimś złym przeczuciem namówiłam swych sąsiadów, rodzinę Łojów, aby przyszli do nas do chaty pomodlić się przy figurze Matki Boskiej z Niepokalanowa. Około godziny 22.00, w czasie odmawiania litanii, usłyszeliśmy strzały i gdy wybiegliśmy z domu, ujrzeliśmy, jak na początku wsi od pocisków zapalających buchnął ogień z kilku krytych słomą chat. Wszystkich ogarnęło przerażenie. W wielkim chaosie, wśród wrzasków, w grzmocie eksplozji karabinowych pocisków, w blaskach krwawych języków ognia bijących w niebo z palących się domów i stodół, chwyciłam swe najmłodsze dziecko, sześciomiesięcznego Romana, i zaczęłam biec na oślep przed siebie w kierunku lasu. Mąż mój pobiegł ze starszymi dziećmi za stodołę w zboże. Świst kul wyzwalał we mnie niespożyte siły. Młodsze dzieci rozbiegły się w różne strony razem ze spuszczonym z łańcucha psem. Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że wieś jest otoczona przez banderowców. Z Romkiem na rękach biegłam, potykając się między łanami dojrzewającego żyta. Przy mnie był cały czas skomlący ze strachu pies. Gdy byłam już blisko lasu, przede mną jak z podziemia wyrósł potężny Ukrainiec z karabinem w rękach. Poznałam go. Był to Szkul, Ukrainiec z sąsiedniej wioski, który często bywał u nas. Był producentem betonowych kręgów do studni i przed kilku tygodniami na środku naszego podwórka z moim mężem montował te kręgi w nowo wykopanej studni. Był miłym, serdecznym człowiekiem i nawet zaprzyjaźniliśmy się z nim. Teraz ujrzałam go w nowej roli. Z jakimś obłędnym błyskiem w oczach i straszliwym grymasem twarzy bez wahania strzelił prosto w moją głowę. Kula świsnęła mi przy lewej skroni, zrywając przepaskę do włosów i powodując krwotok z przestrzelonego ucha. Runęłam z dzieckiem w zboże, nie tracąc jednak przytomności. Szkul sądził, że mnie zabił. Synka Romka przydeptał butem. W tym momencie usłyszałam rozkaz: "prawe kryło w pered” (prawe skrzydło do przodu). Szkul wykonał polecenie. Przekroczył leżącą we krwi kilka metrów ode mnie Marynię, siostrę mego męża zamężną z Wąsowskim. Obok niej leżał, na szczęście żywy, jej dwuletni syn Stefek, który obecnie mieszka we Wrocławiu. Gdy Szkul poszedł w stronę wioski, by tam realizować morderczy rozkaz, ja podniosłam się, przykryłam swe dziecko snopkiem i w szoku pobiegłam dalej do lasu. Strzelali za mną, ale nie trafili. Gdy zaczęło świtać, Ukraińcy ze wsi ustąpili. Wówczas wróciłam na miejsce, gdzie schowałam dziecko. Znalazłam je całe i żywe. Ale Romek do końca życia miał wgniecioną klatkę piersiową - była to pozostałość po obcasie Szkula. Wszystkie domy w Leonówce były spalone. Wśród pogorzelisk leżały dziesiątki trupów. Tylko moja rodzina miała wyjątkowe szczęście - wszyscy przeżyliśmy: mąż i sześcioro naszych dzieci. Drugiej takiej rodziny w Leonówce nie było. W każdej kogoś opłakiwano. /.../ Opowieść Apolonii Reszczyńskiej opublikowałem 3 października 1996 roku w "Gazecie Brzeskiej”. W maju 2013 roku, w trakcie pisania tego tekstu, postanowiłem dowiedzieć się, jakie były dalsze losy mej rozmówczyni sprzed wielu lat. Od jej syna, Alfreda Reszczyńskiego, dowiedziałem się, że żyła jeszcze dwa lata, a okoliczności jej śmierci były równie wstrząsające jak przytoczona wyżej opowieść. Na święta Bożego Narodzenia roku 1998 Apolonia Reszczyńska, licząca wówczas 94 lata, pojechała do Brzegu, do swej córki Zofii (rocznik 1938), po mężu Malinowskiej. W czasie nocy sylwestrowej, przebudzona wystrzałami i eksplozjami fajerwerków witających Nowy Rok pod brzeskim ratuszem, wyrwana ze snu, sądząc, że to napad banderowców, otworzyła okno i aby się ratować ucieczką, tak jak przed 65 laty w Leonówce, wyskoczyła przez nie. Pokoik, w którym spała, był na wysokim parterze. Upadek okazał się tragiczny w skutkach. Złamała nogę i pokaleczyła sobie twarz, bo wpadła głową w krzak róży. Przewieziona do szpitala żyła jeszcze miesiąc. Trauma "czerwonych banderowskich nocy”, gdy płonęły całe wołyńskie wsie, została w niej do końca życia.” (Stanisław S. Nicieja: „Moje Kresy. Spór o Banderę”; w: http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130518/REPORTAZ/130519469.  Za: http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/839-tragedia-leonowki-opowie-apolonii-reszczyskiej-z-ppic.html. Wyszukał i wstawił :Bogusław Szarwiło). „Tej nocy zamordowano ponad sto osób ze wsi Leonówka. /.../  Zostawiamy cały dorobek — nowy dom, stodołę, oborę, studnię betonową, sad, krowy, świnie, stado gęsi [...]. Mamy jeden wóz, a trzy rodziny się pakują — co można wziąć? Małe dzieci też trzeba posadzić na wóz. Zapakowałam do worka lepsze odzienie, trochę żywności. Wzięłam obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a dzieciom dałam po małym obrazku. Zdjęłam ze ściany krzyż misyjny, wzięłam różaniec i mówię, że już zabrałam wszystko, co najważniejsze. Obraz Matki Boskiej, którym moi rodzice błogosławili nas do ślubu, był za duży, by zabrać go ze sobą, więc zdjęłam ze ściany, postawiłam na stole przykrytym białym obrusem, ubrałam w kwiaty. Uklękliśmy wszyscy, odmówiliśmy Pod Twoją obronę i poprosiliśmy Matuchnę o błogosławieństwo, nie do ślubu, jak ongiś, a na życie tułacze. Ze łzami w oczach wyszliśmy z mieszkania, które zamknęłam na kłódkę. Krzyżem przeżegnałam drogę i wyruszyliśmy. Tylko Reks został. Nie mogliśmy zabrać go ze sobą, bo nie miał kagańca, a był bardzo groźny. Gdy wyjeżdżaliśmy z podwórza, zaczął strasznie wyć, a dzieci płakać, nam też łzy spływały po policzkach. Odjechaliśmy 6 kilometrów i jeszcze słychać było jego wycie. Szybkim tempem jechaliśmy przez spaloną Leonówkę. Ileż tam leżało trupów, a we wsi żywej duszy. Kto został przy życiu, uciekł, o pogrzebach nie było mowy. Tu i ówdzie jeszcze dymiły zagrody. Pasieka na sto pni spalona, roje pszczół siedziały na miodzie z rozbitych uli. Obok drogi w łanie żyta leżał osiemnastoletni syn Mikołaja M. Miał okropnie popalone ciało i ubranie. Wołał o ratunek, ale było to niemożliwe, konał. [...] Dojechaliśmy do Tuczyna, gdzie był niemiecki posterunek. Tu zjechali Polacy z całej gminy.” (Fragment wspomnień  Anny O.  Wyszukał B. Szarwiło. Za: https://ksiegarnia.karta.org.pl/wp-content/uploads/2016/12/Wolyn-Relacje-swiadkow-historii-_v5.pdf ; w: http://wolyn.org/index.php/informacje/996-ilez-tam-lezalo-trupow-a-we-wsi-zywej-duszy ). „Dnia 1 sierpnia 1943 roku o godz. 10 wieczorem rozległy się strzały w pobliżu Leonówki. Świsnęły zapalające kule, skierowane w zabudowania gospodarskie, kryte w większością słomą. W ogniu znalazły śmierć trzy rodziny mieszkające w pierwszych, skrajnych domach. Szumowi i trzaskowi ognia wtórował ryk bydła i wycie psów. Napastnik bez przerwy strzelał z karabinów ręcznych, grały karabiny maszynowe, rwały się granaty. Ci napastnicy, którzy nie mieli broni palnej, wzięli ze sobą siekiery, kosy „na sztorc” nastawione i widły. Ludność Leonówki, po pierwszych usłyszanych strzałach, była na nogach. Matki dźwigały po dwoje dzieci, ojcowie jeżeli zdążyli odwiązywali bydło, ratując je w ten sposób przed spaleniem. Jak kto się zerwał z posłania, czy to w domu, czy w stodole, czy w stogu, w bieliźnie lub ubraniu, tak uciekał ratując życie. Matki pogubiły dzieci, ojcowie pogubili rodziny, każdy jednak nie zważając na nic uciekał, szukając schronienia przed bandą w rzece, w bagnach, w krzakach. Wieś była okrążona przez Ukraińców ze wszystkich stron. Jednak od strony lasu większa siła Ukraińców podeszła, jeżeli ktoś z szukających ratunku skierował się w tamtą stronę, już więcej nie wrócił. Tam, po urządzonej stypie w Leonówce, poszła banda napastnika, wywożąc zrabowane w Leonówce maszyny rolnicze, meble i uprowadzając bydło. Niedługo gospodarzyli Ukraińcy w Leonówce, może dwie godziny, musiała ich być jednak ogromna siła, bo zrobili w tym czasie bardzo dużo. Ograbili całą wieś i spalili, granatami rozbili piękną, murowaną, dwuklasową szkołę. Rankiem już tylko dymy unosiły się nad Leonówką. Śmiercią wiało. Tu położyli swe głowy:
1. Maria Wąsowska – lat 30 – matka czworga dzieci, zginęła śmiercią męczeńską przerżnięta przez brzuch kosą
2. Marian Świerszczyński – lat 11 – sierota pokłuty nożami
3. Zygmunt Misiewicz – lat 15  – oparzony ogniem i pokłuty nożami
4-8. Marcelina Piotrowska – lat 37 – z czworgiem dzieci spalona żywcem w pierwszym domu z brzegu w Leonówce 
9 -13. Anna Paśniewska – lat 35 – z czworgiem dzieci zamordowana i spalona przez napastników
14-19. Jan Bagiński – lat 38  – inwalida z pięciorgiem dzieci, zamordowani i spaleni
20. Grzegorz Urbanowicz – lat 49  – zastrzelony
21. Bogdan Urbanowicz – lat 20  – zastrzelony
22. Grześ Rudnicki – 2 latka  – zastrzelony
23. Romualda Urbanowicz – lat 13 – zmarła z ran
24. Jan Kamiński – lat 53 – zabity
Nikt ich nie pogrzebał. Zostali właśnie tam wśród pól i łąk, tak bardzo ukochanej ziemi rodzinnej. Cześć ich pamięci!!! Uratowanie swego życia uważamy za cud. Kiedy minęliśmy granicę naszej wsi, sądziliśmy, że już spokojnie możemy dążyć na południe od Leonówki. Szliśmy miedzami, omijając domy ukraińskie, kierując się raczej w pobliże domów polskich. W pewnym momencie, kiedy byliśmy w odległości 150-200 m od domu Polaka Zabłockiego, ptak niespodziewanie uderzył męża w piersi. Idący z nami gospodarz stwierdził, że to zły znak i radził ukryć się wśród łubinu rosnącego tuż obok nas. Nie zdążyliśmy się nawet w nim ukryć, gdy w zabudowaniach, na które kierowaliśmy się, rozległy się strzały, brzęk tłuczonego szkła, jęk mordowanych.
Ukraińcy tam też przyszli dokonując egzekucji, paląc na koniec zabudowania. My leżeliśmy w łubinie, dokoła nas w pobliżu zniszczyli Ukraińcy pięć gospodarstw polskich, mordując ludność i paląc zabudowania. Kulki świstały nam nad głowami. Z jednego piekła wpadliśmy w drugie, ale z tego wyszliśmy szczęśliwie.”  (
Jest to opowieść śp. Janiny Rolle z/d Frola – nauczycielki z Leonówki, absolwentki Pedagogium im. Julliusza Słowackiego przy Liceum Krzemienieckim, udostępniona przez syna Andrzeja Rolle autorowi art. "O Wołyniu nie wolno Polakom zapomnieć!" Marcinowi Szyndrowskiemu. Wyszukał ku pamięci: B. Szarwiło za:  http://krotoszyn.naszemiasto.pl/artykul/o-wolyniu-nie-wolno-polakom-zapomniec,3914526,art,t,id,tm.html ).

W futorze Pózikowskiego pow. Krzemieniec zamordowali 7 Polaków z 2 rodzin Pózikowskich oraz na tzw. Dębinie 3-osobową rodzinę Kozubskich. „W chwili rozpoczęcia II-ej wojny światowej w 1939 r. miałam 14 lat i byłam jedną z pięciorga dzieci w rodzinie tzw. zubożałej szlachty. Mieszkałam wraz z rodziną na futorze, stanowiącym resztówkę majątku dziadka Edwarda Pózichowskiego. /…/ W promieniu 3 km od futoru nie było żadnego osiedla ani gospodarstwa. Na zachód od futoru w odległości 5-7 km znajdowały się gospodarstwa osadników wojskowych na tzw. Weteranówce, a na północnym-wschodzie na tzw. Dębinie mieszkali z dziada pradziada Kozubscy, Niepoczętowscy i Rosjanin Siedielnik oraz bardzo biedny osadnik wojskowy Fabian Staniszewski. Obok nas na futorze mieszkał sąsiad Ukrainiec Fedosiuk z rodziną. ./.../ W niedzielę pierwszego dnia sierpnia 1943 r. dzień był parny i nawet słońce było zamglone. Chodziliśmy na futorze przygnębieni, unikając się nawzajem. Księdza już nie było, więc i do kościoła nie poszliśmy. Wieczorem, jak zwykle, przyszedł do nas sąsiad Ukrainiec Aleksander Fedosiuk. Brat mój Wacław w rozmowie z nim powiedział, iż czasy są niespokojne, lecz my nikomu krzywdy nie zrobiliśmy, więc gdyby nam groziło niebezpieczeństwo - to przez wieloletnią przyjaźń - Aleksander nas uprzedzi, to my wyjedziemy do Polski Centralnej. On to potwierdził, a o 2.00 w nocy przyszedł wraz z uzbrojonym oddziałem bandytów UPA, by wymordować całą moją rodzinę. Tragedii nocy z I-go na 2-go sierpnia 1943 r. nie da się zapomnieć. Część mojej rodziny, tj. ojciec, matka, dwie siostry i najmłodszy brat spaliśmy od wielu dni w stodołach i szopach na sianie. Obudziło nas światło latarek i rozkaz w języku rosyjskim, by udać się do mieszkania w celu przeprowadzenia rewizji, bo podobno u nas jest broń. Z uwagi na upały byliśmy w skąpej bieliźnie nocnej, tylko mama wsunęła nogi w buty. Idąc pod eskortą uzbrojonych bandytów ścieżką wśród krzaków malin od budynków gospodarczych do mieszkania, widziałam, że wszystkie okna w domu zostały obstawione przez uzbrojonych ludzi. W mieszkaniu obudzili mego brata Wacława i kazali się zebrać w jednym pokoju, by im nie przeszkadzać w rewizji. Było nas 12 osób, tj. 10 z mojej rodziny i stryj Bernard z żoną. Bandyci cały czas mówili po rosyjsku, podszywając się pod partyzantów radzieckich i dopiero kiedy powiedzieli „bliże kścienkie" i „wy chotite samostijnej Ukrainy" (my Polacy) zdaliśmy sobie sprawę kto to jest i że to koniec. Zobaczyłam pobladłą twarz mamy i nawet nie zdążyliśmy odpowiedzieć, gdy od drzwi z przedpokoju padły ze trzy serie strzałów z karabinu maszynowego. Z odległości 2-3 m widziałam błyski w czasie strzałów. Zestrzelone światło lampy naftowej, stojącej na stole przed nami, pogrążyło pokój w ciemnościach i straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam - modliłam się. Leżałam na podłodze pod czyimś ciężkim ciałem, które może w ostatnich konwulsjach wciągało mnie pod siebie. Słyszałam jego charczący oddech, jęki konających i kilkakrotny krzyk mojego 14-letniego brata Rysia „Ja tak nie chcę". Nie bolało mnie nic, a kiedy uniosłam głowę, zobaczyłam na tle światła w pokoju stryja (za przedpokojem), że nikogo nie ma w przedpokoju. Bandyci rzucili się w tym czasie do rabunku u stryja i w budynkach gospodarczych. Chyba instynktem życia wiedziona - wstałam i niemal po kostki brodząc we krwi, prześlizgnęłam się przez drzwi boczne do kuchni. Tam przez tapczan stojący przy oknie wychodzącym na ścieżkę do budynków gospodarczych, nie zastanawiając się. wyskoczyłam i wpadłam w krzaki malin tuż obok tej ścieżki. Na tapczanie do bosych i mokrych od krwi stóp przykleiła się poszewka z pościeli, a na oczy spływała mi krew z rany głowy. Nic wówczas nic myślałam, bo gdyby działał zdrowy rozsądek, to przecież widziałam wcześniej obstawione okna domu i nie próbowałabym tam uciekać. Wyskakując przez okno, widziałam łunę ognia w stronie zamieszkania rodziny Kozubskich. Byłam jak zaszczute zwierzę. Leżałam odrętwiała ze strachu, gdy nagie usłyszałam biegnących i klnących po ukraińsku bandytów, a równocześnie strzał nad moją głową. W jednej sekundzie pomyślałam, że mnie odkryli i skuliłam się, czekając ciosu, ale oni wówczas zobaczyli dalej moją siostrę Jadwigę uciekającą do krzaków róż i jaśminów. Zabili ją i później podpalili. Po tym fakcie bandyci wrócili do pokoju trupów. Zapalili knot lampy i zabili płaczące w kołysce 8-dniowe dziecko Wacława oraz zdjęli buty z nóg mojej matce, leżącej na tapczanie pod ciałem Wacława, myśląc, że jest ona trupem. Dali jeszcze dwie serie strzałów po trupach i kończąc rabunek odzieży, pościeli itp. w domu oraz maszyn i inwentarza żywego w budynkach gospodarczych - podpalili je i odjechali. Słyszałam pojedyncze detonacje koło płonących budynków magazynu - to była amunicja Wacława, pseudonim „Gołąb", który był dowódcą organizowanego oddziału AK. Ale ja o tym nie wiedziałam i myślałam, że jeszcze bandyci działają. Rana na głowie zaschła i tylko coraz bardziej bolała mnie prawa noga, gdyż miałam trzy kule w udzie, które, jak się w Koszlakach okazało, nie naruszyły kości. Komary, czując krew, bzykały nade mną, a kiedy był już dzień, zdecydowałam się wyjść i szukać pomocy. Idąc koło domu, widziałam przez wybite okno ciało zabitego brata Wacława, opartego o ścianę z ranami na skroni, roztrzaskaną główkę 8-dniowego dziecka w kołysce i nikt nie odezwał się na moje wołanie. Widziałam też dopalające się zwłoki mojej siostry Jadwigi leżącej koło jaśminów. Myślałam, że zostałam tylko sama i nie wiedziałam co robić. Kuśtykałam okrwawiona jak upiór w stronę budynków sąsiada Ukraińca, gdy nagle spoza drzew z podwórza sąsiada usłyszałam krzyki i głosy mojej bratowej Marii: „Mamusiu - Gina żyje!" (tak mnie w rodzinie nazywano). Nie da się opisać rozpaczy matki po stracie dzieci i tak dobrego męża. Wyglądała jak nieprzytomna czy obłąkana. Nikt z nas nie płakał, bo z bólu chyba łzy wyschły. Ukraińcy - sąsiedzi z Aleksandrem Fedosiukiem stali ze spuszczonymi głowami, a naprzeciw nich w bieliźnie stały: chora (po połogu) bratowa Maria z wylęknionym półtorarocznym synkiem (w koszulince) na ręku. moja mama oraz na ziemi leżała ranna w nogę żona stryja Bernarda. Wyszli oni z pokoju trupów, kiedy mama zawołała: „ Wstawajcie kto Żywy!". Odezwał się wówczas żyjący jeszcze stryj Bernard i prosił: „Ciągnijcie mnie, ja nie chcę się spalić". Kobiety z trudem wyciągnęły go przed dom, bo był w stanie agonii i głowa stukała po schodach. Miał wiele ran na piersiach i odstrzeloną za kostką prawą rękę. To on mnie zasłaniał i zagarniał ręką pod siebie, a kula, która mnie raniła w głowę, urwała mu rękę. Zaraz też umarł. W czasie tej masakry nawet niespełna dwuletni synek Wacława, przygnieciony na tapczanie ciałem zabitego swego ojca i leżącej babci, tj. mojej mamy, zaczął płakać, a kiedy ta szepnęła mu: „Nie płacz, babcia jest przy tobie" do końca masakry nie odezwał się, a na wezwanie babci wstał jak duszek blady i przestraszony. Przez wiele tygodni dziecko to nie odezwało się i nie zapłakało. Milczało jak nieme i tylko nie dało od siebie odejść. /.../ Rano 2-go sierpnia 1943 r. wróciła do domu na futor córka stryja Bernarda - Walentyna, która tragicznej niedzieli była u koleżanki w miasteczku. Moja mama zawsze była energiczna, a teraz zdając sobie sprawę, że musi nas uratować - oblewając przedtem wodą z beczek stojących koło pompy palące się okno - wskoczyła do mieszkania po resztki odzieży i płótna do opatrzenia ran, ale tam już nic nie było. W sadzie, graniczącym z sąsiadem Fedosiukiem, znalazła trochę naszego ubrania, które bandyci zagrabili i niosąc zgubili. Przy pomocy dzieci bardzo biednego osadnika wojskowego Staniszewskiego i rodziny Nicpoczętowskich, mieszkających o parę kilometrów od futoru, mama skręciła ze sznurków uprząż do starego wózka, stojącego w szopie przy budynkach ukraińskiego sąsiada (i dlatego nie spalonej). Dzieci Staniszewskiego odnalazły i przyprowadziły pasącą się na łące starą klacz - emerytkę, którą mama zaprzęgła do wózka. Na nim położono ranne kobiety i dziecko, przywiązano jedyną krowę, która wyrwała się bandytom, a same idąc pieszo ruszyły do odległych około 10 km Koszlak. Na pożegnanie mama powiedziała Ukraińcom, by im Bóg zapłacił za to, co nam zrobili. Gdybyśmy zostali w futorze do wieczora, bandyci na pewno zabiliby nas, tak jak wielu Polaków, którzy nie zdążyli uciec z Białozórki. Około południa dotarłyśmy do Koszlak. a tam Polski Komitet Opieki nad Uchodźcami, przy pomocy żołnierzy niemieckich udzielił nam pomocy lekarskiej i zaopiekował się nami, a w następnym dniu odtransportowano nas do Zbaraża. Paru Polaków za zgodą Niemców pojechało z Koszlak na futor i do gospodarstwa Kozubskich, ale tam już nikt nie żył. Nasz ukraiński sąsiad Fedosiuk uciekł z rodziną z futoru, bojąc się zemsty, lecz nikt z Polaków na nich się nie mścił. Ci sami bandyci w tę samą noc 2 sierpnia 1943 r. wymordowali rodzinę Kozubskich, zabijając Narcyza, jego żonę Helenę i 18-letnią córkę Emilię. Uratował się tylko najmłodszy ich syn Apolinary, który słysząc nadchodzących bandytów uciekł i schronił się na drzewie. Nie odezwał się on, kiedy na polecenie Ukraińców ojciec go wołał. Obecnie mieszka w Rzeszowie. Rozbitkami z mojej rodziny zaopiekował się syn stryja Bernarda, Hieronim Pózichowski. który zabrał nas do Brzeżan, gdzie pracował w majątku. Rozpoczęłam pracę w biurze ewidencji junaków, lecz byłam nieprzytomna i odrętwiała. W końcu listopada 1943 r. opiekun nasz, Hieronim, pojechał rano do pracy w majątku koło Brzeżan i już nie wrócił. Od jednego z pracowników dowiedziałam się, że ukraińska banda zakatowała go na śmierć w drutach kolczastych i nawet ciała nie wydali.” (Regina Owczarczak, b. mieszkanka Futoru Pazichowskiego: Moje wspomnienia z przeżyć na Wołyniu do 1943 r.”; 23 kwiecień 2011; w: http://www.pamiec-nadzieja.org.pl/pin1/articles.php?article_id=28 ).

 

   2 sierpnia:

W kol. Antopol pow. Równe Ukraińcy zabili 70-letnią Marcelinę Rusińską, wdowę. 

We wsi Beremiany pow. Buczacz zamordowali Polaka, leśniczego, oraz ciężko poranili jego żonę (sądzili, że nie żyje). Był to Kazimierz  Pleszanowski albo Pieczanowicz z Dulib (Kubów Władysław: Terroryzm na Podolu; Warszawa 2003). „Należy przy tym również podkreślić, iż coraz częściej zdarzają się wypadki mordowania urzędników państwowych, wyjeżdżających w służbie na wieś jak np. /.../  w dniu 2 sierpnia br. Pechowicza, leśniczego w Dulibach, przebywającego Boromianach ”. (1943, 7 sierpnia - Pismo PolKO w Czortkowie do władz niemieckich w związku z falą napadów ukraińskich w powiecie czortkowskim. W: B. Ossol. 16722/1, s. 7-12). 

We wsi Burakówka pow. Zaleszczyki uprowadzili z drogi wracającego do domu Polaka, leśniczego i ślad po nim zaginął. Inni: banderowcy zamordowali 5 Polaków (Kubów..., jw.).

We wsi Duliby pow. Buczacz zamordowali Polaka, był to leśniczy Pachowicz. Patrz wyżej: „we wsi Beremiany”.

W kol. Lubomirka Nowa pow. Równe zamordowali kilkunastu Polaków, imiennie znane są 4 ofiary.

We wsi Twerdynie pow. Horochów miejscowi Ukraińcy zamordowali 2 Polaków: Kazimierza Sobótko, lat 16 i Zygmunta Feknera, lat 28, którzy przybyli ze wsi Gruszówka poszukiwać swoich krewnych. 

 

   W nocy z 2 na 3 sierpnia:

We wsi Czernelica n/ Dniestrem pow. Horodenka  został zamordowany z innymi osobami przez grupę bojówkarzy OUN  leśniczy Zenon Borzemski (Edward Orłowski, w: http://www.krosno.lasy.gov.pl/documents/149008/17558056/martyrologium+le%C5%9Bnik%C3%B3w+2013.pdf ).

W kol. Karczemka pow. Równe upowcy zamordowali Antoniego Teodorowicza, który nie uciekł z kolonii, gdyż miała ocielić mu się krowa.

 

   2 lub 3 sierpnia:

We wsi Szpanów pow. Równe zamordowali Polaka Franciszka Chodorowskiego oraz Ukraińca Antoniego Kuczeruka, męża Polki. 

 

   3 sierpnia:

W kol. Leonówka pow. Równe zatrzymali kolumnę furmanek z rodzinami uciekającymi ze wsi Kudranka do Tuczyna. Część upowców zabrała furmanki z żywnością i odzieżą, a pozostali doprowadzili uciekinierów do lasu, w którym oczekiwała już druga grupa „partyzantów ukraińskich”. Po dokonaniu rewizji i rozebraniu do bielizny ofiary ustawiali w 10-osobowych grupach i uśmiercali dźgając i tnąc bagnetami. Bronisławie Reszczyńskiej, lat 22, będącej w ostatnich dniach ciąży rozpłatali brzuch. Nie pogrzebane zwłoki co najmniej 42 Polaków pozostały na miejscu zbrodni, w większości kobiet i dzieci, począwszy od 2-letnich dzieci po 80-letnią Wiktorię Łozowicką.

We wsi Rudniki pow. Kowel Ukraińcy zamordowali Feliksę Rowicką, lat 44. 

 

   W nocy z 3 na 4 sierpnia:  

We wsi Czernelica pow. Zaleszczyki: „W nocy z 3 na 4.VIII.1943. Czernelica pow. Zaleszczyki. Ukraińcy zamordowali instruktora fabryki tytoniu w Jagielnicy, Polaka, Wojciecha Kosteckiego. Tej samej nocy w Czernelicach zamordowano również leśniczego Polaka, oraz robiono zamachy na nauczyciela i księdza polskiego” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174). 

 

   4 sierpnia:

W kol. Kraśnica pow. Równe upowcy ujęli i zamordowali uciekających do Tuczyna 10 osób: małżeństwo Guzowskich, Franciszka Żukowskiego oraz 7-osobową rodzinę polsko-ukraińską: 48-letnią córkę Guzowskich, jej 47-letniego męża Nestora Dziubaka (zięcia Guzowskich) i ich pięcioro dzieci w wieku od 1 roku życia do 8 lat.

W miasteczku Mizocz pow. Zdołbunów zamordowali 61-letniego Władysława Mrożka.

We wsi Monasterzyska pow. Buczacz: „O godz. 22.15 na szosie prowadzącej ze Stanisławowa obok elektrowni dokonano mordu na osobie Polki Józefy Kesik. Morderstwa dokonano przy użyciu krótkiej broni palnej. Napastnik zbiegł strzelając. Towarzysz zamordowanej stwierdził, że był to Ukrainiec z Monasterzysk, nieznanego mu nazwiska” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174). 

We wsi Rudniki pow. Śniatyn  miejscowy banderowiec służący w  policji ukraińskiej Jurij Seńczuk zamordował Leona Zakrzewskiego. 

We wsi Uścieczko pow. Zaleszczyki banderowcy zamordowali Polaka. „04.08.1943 r. został zamordowany Kostecki i.n., l. 25 student UJ, instruktor tytoniowy.” (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie do listy strat ludności polskiej podanej przez Komańskiego i Siekierkę dla województwa tarnopolskiego, 2004; w: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Seria – tom 7, pod redakcją Witolda Listowskiego, Kędzierzyn-Koźle 2015;  za:  http://www.kresykedzierzynkozle.home.pl/attachments/File/2__Ksi____ka_tom_7.pd).

 

   3 lub 5 sierpnia:  

W kol. Stanisławów pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zabrali z wozami i końmi 10 Polaków na tzw. podwody, z których 9 nie wróciło, a 10-ty uciekł z miejsca egzekucji.

 

   5 sierpnia:

We wsi Anielówka pow. Zaleszczyki banderowcy zamordowali 2 Polaków, byli to: Skiba Dominika, nauczycielka, uprowadzona z domu przez banderowców i zamordowana we wsi Anielówka razem ze studentem UJ Jaśkiewiczem. Ich straszliwie okaleczone ciała znaleziono po kilku dniach na polu wśród kukurydzy niedaleko wsi Nyrki. (Komański..., s. 429) Oraz:  We wsi Podśniatynka gm. Koszyłowce pow. Zaleszczyki  „W sierpniu 1943 r. zostali zamordowani: Skiba i.n., nauczyciel; Jasiewicz i.n. szwagier Skiby.” (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw., tom 7).  Zamordowany został mąż Dominiki Skiby, nauczyciel, oraz  jej brat Jaśkiewicz lub Jasiewicz.

W miasteczku Mizocz pow. Zdołbunów zamordowali 16-letniego Jana Wierzbickiego.

We wsi Rybcza pow. Krzemieniec podczas ataku UPA i okolicznych chłopów ukraińskich Polacy podjęli obronę; zamordowanych zostało 3 Polaków, w tym 70-letniemu choremu Piotrowi Piotrowskiemu obcięli uszy, zdarli paznokcie i wydłubali oczy.

 

   W nocy z 5 na 6 sierpnia:

W folwarku Boratyn pow. Brody: „7 sierpnia 1943. Wczoraj w nocy palił się ostatni polski folwark na Wołyniu – Boratyn. Ja, Mamusia i babcia wyszliśmy na ogród. Niebo na północy było całe czerwone.”   (Danuta Krystyna Danyluk – Żabska: „Dzienniczki Danusi”; w:  http://www.brodzianie.pl/pdf/danusia.pdf ). Autorka mieszkała w Brodach. O ofiarach nie ma informacji także u Komańskiego (s. 60).  „Wczoraj w nocy”, czyli z 5 na 6 sierpnia 1943 r.

We wsi Łopuszna pow. Brzeżany: „W nocy z 5 na 6.VIII.1943. Łopuszna pow. Brzeżany. Dwóch Ukraińców napadło na Polaka Słobodzianina. Zabrali mu wóz i parę koni. Synowi gospodarza 16-letniemu chłopakowi kazali się podwieźć. Chłopak nie wrócił” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174). H. Komański i Sz. Siekierka nie wymieniają tej wsi i tej zbrodni.

 

   6 sierpnia: 

W kol. Burki pow. Sarny upowcy zamordowali 3 Polaków.

We wsi Czerniejów pow. Kowel chłopi ukraińscy ze Swinarzyna oraz miejscowi zamordowali 15 Polaków: dwie 6-osobowe rodziny /Dubczaków i Iwczyńskich/ oraz Wiktorię Zubkiewicz z córkami lat 16 i 18.

 

     Przed 7 sierpniem:

W mieście powiatowym Brody: 7 sierpnia 1943. W tym tygodniu bandyci na Rybakowej zabili gajowego, a żonę i dziecko zostawili. Dnia nie ma, żeby do nas takie wiadomości nie dochodziły. Tak nie boimy się bomb, jak napadu tych strasznych bandytów.” (Danuta Krystyna Danyluk – Żabska: „Dzienniczki Danusi”; w:  http://www.brodzianie.pl/pdf/danusia.pdf ). Komański, na s. 95 – 96 podaje trzy nazwiska zamordowanych gajowych w latach 1943 – 1945.

 

   7 sierpnia:  

W miasteczku Aleksandria pow. Równe Ukraińcy zamordowali Kazimierza Chodorowskiego, lat 35.

W kol. Biesiadka pow. Sarny upowcy zamordowali 2 Polaków: 16-letnią dziewczynę o imieniu Regina  oraz uprowadzili Kazimierza Sadłuckiego, po którym ślad zaginął. 

We wsi Rudnia pow. Łuck :„Urodziłem się w miejscowości Balarka, gmina Silno, powiat Łuck, parafia Derażne. Rodzina: było nas dwoje braci – ja, Edward Szpringel (Szpryngiel) , urodziłem się w 1933 r.. /.../  Jakie jest mocne ludzkie serce. Jak nas mieli prowadzić z Rudni do Studzin, na ten zwiazok, to żona tego sołtysa mówi do nas „Jak człowiek długo może się męczyć, nim skona. Dwa tygodnie przed wami złapali Ukraińcy kobietę z synem. Przebili do drzwi w stodole piersiami, z pleców cięli żyw[c]em pasy, potem oderwali, przebili plecami. Jak z przodu zaczęli ciąć, dopiero ta matka z synem skonali”. Ja z bratem i Mamą słuchamy, wiedząc świadomie, że idziemy na okrutną śmierć i serca nasze wytrzymali.” /.../  „Czyta ten sołtys, że nas odstawią do Dużych Studzin (Nazwa w lokalnym polskim brzmieniu. Nazwa prawidłowa Stydyń Wielki, wieś ukraińska w gm. Stydyń, pow. kostopolski.). Tam jest taki punkt. Kogo złapią, to tam mieszkają i ma on nas tam zaprowadzić. Żona tego sołtysa mówi wprost, że tam jest zwiazok, około 15 Ryzunów, tam nikt żywy nie wyjdzie. Mówi, że przed nami złapali nauczycielkę z synem, która uczyła tam dzieci, i też zamordowali w okropny sposób.” (Edward Szprigiel: Bóg nas uratował. W:  http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/842-bog-nas-uratowa.html ).Edward Szpringel (właściwe: Szpryngiel) z matką i bratem uciekli z Huty Stepańskiej 18 lipca, ukrywali się przez 34 dni i około 21 sierpnia zostali złapani przez Ukraińców  koło wsi Balarka pow. Łuck, opisywana zbrodnia miała miejsce dwa tygodnie przed ich złapaniem, czyli około 7 sierpnia 1943 roku.

We wsi Semenów pow. Trembowla: „7.VIII.1943. Semenów pow. Trembowla. Ukraińcy zamordowali Polaka Seretnego. W związku z tym aresztowano następujących Ukr.: dwóch braci Słobodzianów, Burbełe i Krupnyka” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174).

 

   Przed 8 sierpniem:   

W kol. Budki Kudrańskie pow. Kostopol Ukraińcy zamordowali 20-letniego Marczuka.

 

   8 sierpnia:

W kol. Budki Kudriańskie pow. Kostopol Ukraińcy zamordowali małżeństwo polskie: Jana Marczuka, lat ok. 40,  i jego żonę Marcelinę, także lat ok. 40. 

W kol. Dunaj pow. Horochów upowcy zamordowali 18 Polaków, w tym 1 mężczyznę, pozostałe ofiary to kobiety i dzieci.

W kol. Kadyszcze pow. Łuck dwie Polki, siostry mające po 17 – 18 lat, idące do kościoła; po zgwałceniu zostały bestialsko zamordowane przez kilkunastu chłopów ukraińskich.

We wsi Kulczyce pow. Trembowla: „W nocy 8.VIII.1943. Kulczyce gmina Mogielnica pow. Trembowla. Ukraińcy zamordowali b. komendanta P.P. Juźkowa. W związku z dokonanym mordem żandarmeria niemiecka aresztowała wójta gminy Mogielnica Ukraińca” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174). H. Komański i Sz. Siekierka nie wymieniają tej wsi i tej zbrodni. 

We wsi Niewirków pow. Równe Ukraińcy zamordowali Franciszkę Chodakowską, lat 48.

W kol. Trystak pow. Horochów zamordowali 4 Polaków: małżeństwa Raczyńskich i Romanowskich, które po rzeziach powróciły do kolonii za namową Ukraińców

We wsi Tumin pow. Horochów zamordowali 31-letnią Józefę Dziadurę, uprowadzoną ze wsi Wojnica.

We wsi Zielona pow. Horochów UPA zamordowała Leona Witwickiego i jego żonę Marię: „Stryjostwo z Zielonej nie chciało wyjeżdżać. Być może było mu już wszystko jedno. Zginęło 8 sierpnia 1943 r. , kiedy to UPA w rejonie Kisielina przystąpiła do ostatecznej „oczyszczuwalnej” akcji, mającej doprowadzić do całkowitego unicestwienia w nim żywiołu polskiego. Jak później ustalił Włodzimierz Sławosz Dębski, stryjenka Maria zginęła po czterech tygodniach opłakiwania zamordowanych dzieci na progu swego domu, broniąc od niego dostępu. Stryja Leona, który całkowicie się po śmierci dzieci załamał, ukraińscy napastnicy zarąbali siekierą w łóżku. Dębski ustalił później przy pomocy literatury ukraińskiej, że mordu w Kisielinie i jego okolicach dokonały oddziały UPA, wchodzące w skład batalionu należącego do Siczy Świniarzyńskiej. Batalionem tym dowodził niejaki Sosenko. Składał się on z trzech sotni. Stacjonowały one w Świniarzynie, Moczułkach i Wołczaku. Dowódcą sotni Moczulskiej, odpowiedzialnej za wszystkie mordy w okolicach Kisielina był Petro Własiuk. Stacjonowała ona w ukraińskich wsiach Osiekrów, Ośmigowicze, Sieniawka, Oździutycze i Moczułki, gdzie mieściło się jej dowództwo. Jak powstała 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK, to jak się później dowiedziałem, jej zgrupowanie „Gromada” podjęło decyzję o uderzeniu na bazę UPA w Świniarzynie. Zgrupowane w niej oddziały nie przyjęły jednak walki, tylko uciekły. UPA specjalizowała się głównie w mordowaniu bezbronnych. W starciu z uzbrojonymi oddziałami jej striłci nie wykazywali męstwa.” (Roman Witwicki: By nasz ból nie umarł razem z nami. W: Marek A. Koprowski: „Wołyń. Epopeja polskich losów 1939 – 2013. Akt III.”. Warszawa 2013, s. 376 - 377).

W kol. Żurawiec pow. Horochów w drugim napadzie upowcy zamordowali nie ustaloną liczbę Polaków, kolonia przestała istnieć.  

 

   9 sierpnia: 

W kol. Budki Kudriańskie pow. Kostopol Ukraińcy podczas napadu zamordowali nie ustaloną liczbę Polaków.

W kol. Jadwipol pow. Równe zamordowali 3 Polaków, w tym kobietę, podczas żniw.

We wsi Mytnica pow. Trembowla:09.08.1943 r. został zamordowany Jóźwiak i.n. l. 70.” (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw., tom 7).

We wsi Plebanówka  pow. Trembowla  „09.08.43 r. został zamordowany mieszkaniec wsi NN l. 25.”  (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw., tom 7). 

W nadleśnictwie Turza Wielka pow. Dolina został zamordowany przez UPA  leśniczy Welfe (Orłowski..., jw.).

 

   10 sierpnia: 

W osadzie Jagiellonów pow. Łuck upowcy spalili polską osadę i zamordowali nie ustaloną liczbę Polaków, imiennie znane są tylko 3 ofiary, w tym kowal starzec Górski, którego nadziali na widły i wrzucili do płonącego domu oraz starsza kobieta spalona żywcem. Kazimiera Marciniak urodziła się na Wołyniu. Jako 13-letnia dziewczynka była świadkiem ludobójstwa dokonanego przez UPA na Polakach.”Na Wołyniu zrobiło się niebezpiecznie. - Co noc było widać łuny płonących wiosek. Mieszkańcy nocowali zgrupowani w stodołach. Kobiety drzemały, a mężczyźni trzymali warty. Spało się w ubraniach i butach, żeby w każdej chwili być gotowym do ucieczki - wspomina pani Kazimiera. Przez kilka nocy było nieco spokojniej, więc rodzina Justkowskich postanowiła wybrać się do domu. - Spaliśmy wygodnie, a tu nagle ktoś zapukał do okna. Mamusia zapytała: „Kto tam?” „To ja, Aleksander Hłamazda. Chcę was ostrzec, proszę wpuścić.” Był to znajomy Ukrainiec. Powiedział, żebyśmy w następną noc już nie spali w domu. Dodał, że jeśli będzie nas bronił, to banderowcy zamordują jego wraz z rodziną. Wiadomość szybko rozeszła się po osadzie. Dzięki temu większość Polaków zdążyła uciec z Jagiellonowa. Dwie osoby zdecydowały, że pozostaną na miejscu. - Kowal Górski powiedział, że nigdzie nie wyjedzie. „Jestem stary. Co ja komu jestem winien?” - mówił. Później słyszałam, że banderowcy widłami wrzucili go do płonącego domu. Staruszkę Pitakową też spalili żywcem - wspomina pani Kazimiera. Trzecią ofiarą był Janusz Kwietniewski, którego Ukraińcy wrzucili do studni. Osada została spalona.” (Michał Okrzeszowski: Dramat Wołynia. "Widziałam dzieci z odrąbanymi głowami"; 16 lipca 2016; w:
http://www.nowiny24.pl/wiadomosci/podkarpacie/a/dramat-wolynia-widzialam-dzieci-z-odrabanymi-glowami,10413716/ ).   

We Lwowie:10.08.1943 r. została zam. przez własną służącą Ukrainkę i jej narzeczonego Świsterska i.n. Zwłoki 5 osób wykopano w parku Stryjskim. Zostali oni zastrzeleni przez policjantów ukraińskich pod pretekstem pochodzenia żydowskiego. Ludzie, którzy zakopywali zwłoki dali znać o tym do gestapo, które stwierdziło, że ofiarami mordu byli Polacy.” (Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw.;  Seria – tom 8; oraz: AAN, AK, sygn. 203/XV/28, k. 73 - 90). 

We wsi Mosur pow. Włodzimierz Wołyński na terenie lasu upowcy mordowali złapanych uciekających Polaków oraz branych na tzw. podwody; zginęło tutaj ponad 50 osób.

We wsi Załuże pow. Krzemieniec po namowach Ukraińców Polacy w 3 grupach wrócili do wsi dokonać żniw i grupy te wymordowali, co najmniej 30 Polaków: pierwszą grupę wyrżnęli nożami w stodole, drugą grupę rozstrzelali seriami karabinu maszynowego w polu, trzecia grupę uciekającą także zamordowali na polu. Anna Czekaj: „Z relacji mojej babci Leokadii Stanik z d. Kasiuba: 10 sierpnia 1943 roku chrzestna mojej babci, Antonina Marciniuk wracała z Szumska do domu i na drodze złapali ją banderowcy i wraz z innymi złapanymi Polakami zagoniono do stodoły. Obcięto jej język. Wszystkich zadźgano nożami i spalono razem w tej stodole. Mój pradziadek był z dziećmi w Szumsku i przez moją babcię wrócili późno do wioski (babcia poszła z koleżanką i późno wróciła, a jej tato na nią czekał). Prababcia została w domu, ale została ostrzeżona przez sąsiadów i ukryła się w sadzie za domem (jej mąż zrobił w sadzie kryjówkę)” (http://wolyn.republika.pl/opisy/zaluze-05.html ).

 

   11 sierpnia:    

W mieście Łuck woj. Wołyń na skutek donosów Ukraińców ukraińska policja kryminalna (Ukrainische Kryminalpolizei) aresztowała 50 Polaków, głównie inteligencji, z czego 30 Polaków zostało potem rozstrzelanych.

We wsi Stryjówka pow. Zbaraż Ukraińcy zamordowali 4 Polaków.

 

   12 sierpnia: 

W kol. Budki k. Łowiszcza pow. Kowel upowcy wymordowali ludność polską, imiennie znane jest tylko 35 ofiar.

W mieście powiatowym Dubno woj. wołyńskie: „12 sierpnia 1943 r. będąc w mieście Dubnie w towarzystwie st. sierżanta 43 pp. P. Bronowskiego widziałem pomordowanych. Matkę i dwoje dzieci w wieku 9 i 5, ojciec żywcem spalony we własnym domu, dzieci miały oczy, uszy i języki poodcinane, matka odcięte piersi z rozbitą głową, na ciele wiele śladów od uderzeń tępym i ostrym narzędziem. Zresztą wiele podobnych scen mrożących krew w żyłach i wiele ofiar stwierdzało i podkreślało barbarzyństwo oprawców, utrwalając na wieki w pamięci Polaków Wołynia. Na interwencję żywiołu polskiego, rząd niemiecki sformował 7 kompanii milicji polskiej, a po miesiącu 4 kompanie zwolniono i odesłano do prac w Niemczech, natomiast pozostałe kompanie użyto właściwie dla swoich celów, ubezpieczania głównej drogi – “autostrady Kijów-Lwów” – i dróg międzymiastowych.” (1943, wrzesień – Odpis notatki M. Straganowskiego dla RGO we Lwowie dotycząca przyczyn i przebiegu ludobójczej akcji antypolskiej na Wołyniu. W: B. Ossol. 16722/2, k. 295).

W kol. Miedzików pow. Kowel Ukraińcy zamordowali małżeństwo polskie Kędziorków.

W okolicy miasteczka Mizocz pow. Zdołbunów upowcy napadli na ciężarówkę z cukrowni wiozącą ludzi i zamordowali 20 Polaków.

We wsi Mosur pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 2 Polki: Zofię Surmacz oraz przybraną córkę ziemian Czechowskich, Wacławę, żonę Ukraińca. Wkrótce po tym Ukraińcy wymordowali okrutnie rodzinę Czechowskich.  

W kol. Stanisławówka pow. Łuck policjanci ukraińscy zastrzelili Antoniego Szcześniewicza.

 

   13 sierpnia:   

We wsi Basowy Kąt pow. Równe Ukraińcy zamordowali 2 Polki podczas żniw: Agnieszkę Widerską i jej zamężną córkę Zofię Kosmalę.

We wsi Borszczówka pow. Kostopol uprowadzili do lasu i zamordowali 22-letniego Bronisława Krząstka.

We wsi Graby koło miasteczka Dubienka: „W dniu 13 sierpnia br. banda mordowała i paliła wieś Graby w odległości 7 klm. od m. Dubienka. Byłem naocznym świadkiem scen, jakie miały miejsce w czasie ucieczki, a szczególnie przy przeprawianiu się przez Bug. W przeprawianiu się ludności na teren powiatu naszego pomagała miejscowa Straż Graniczna. W dniu 14 i 15 sierpnia br. palono i mordowano ludność z okolicznych miejscowości. Na teren m. Dubienka przybyło kilkanaście osób rannych, którym miejscowa Delegatura udzieliła doraźnej pomocy. W przeciągu dwu dni na teren m. Dubienka przybyło w przybliżeniu 1700 osób.” (1943, 23 sierpnia – Sprawozdanie dotyczące uchodźców z Wołynia i Małopolski Wschodniej. W: AAN, 1049, s. 192-193).

 

   14 sierpnia: 

We wsi Chobułtowa pow. Włodzimierz Wołyński zamordowanych zostało przez UPA  9 Polaków, w tym 6-osobowa rodzina: Kalenik Puzaniec lat 50, jego żona Józefa lat 42, syn Czesław lat 14, córka Genowefa lat 12, syn Mieczysław lat 5  oraz syn Władysław lat 2.

We wsi Czernelica pow. Horodenka Ukraińcy zamordowali Polaka, inspektora Fabryki Tytoniu. „Należy przy tym również podkreślić, iż coraz częściej zdarzają się wypadki mordowania urzędników państwowych, wyjeżdżających w służbie na wieś jak np. Kosteckiego, instruktora tytoniowego fabryki w Jagielnicy, przebywającego w dniu 14 sierpnia br. służbowo w Czarnolicy, pow. Horodenka” /.../  (1943, 7 sierpnia – Pismo PolKO w Czortkowie do władz niemieckich w związku z falą napadów ukraińskich w powiecie czortkowskim. W: B. Ossol. 16722/1, s. 7-12).

W kol. Marcelówka pow.  Włodzimierz Wołyński zamordowali Piotra Kasperka i Antoniego Włodarczyka, gdy przyjechali z Włodzimierza do swoich domów po  żywność.  . 

We wsi Raj pow. Brzeżany: „14.VIII.43 Raj Brzeżany: Śliwiński Antoni, leśnik, zamordowany.” (1944. luty – marzec – Wykazy mordów i napadów na ludność polską sporządzone w RGO we Lwowie na podstawie meldunków przekazanych z terenu. W: B. Ossol. 16722/2, s. 219-253). Patrz też niżej: We wsi Trościaniec...  

W kol. Stanisławów pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali co najmniej 31 Polaków, w tym 9-osobową rodzinę Władysława Kamińskiego: rodziców i ich 7 dzieci.

We wsi Trościaniec Wielki k/Olejowa pow. Zborów: „Leśniczy Śliwiński Polak został zamordowany przez Ukraińców na drodze z Brzeżan do Trościańca. Morderstwa dokonano w lesie między Kotowem a Trościańcem” (AAN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174). „Dnia 14 sierpnia br. zaginął bez śladu Antoni Śliwiński, lat 36, kierownik leśnictwa Trościaniec, gmina Potutory, pow. Brzeżany, żonaty i ojciec 2-ga dzieci. Odwiózł on rodzinę swoją na stały pobyt do Brzeżan i po zainstalowaniu jej w mieście, tegoż dnia wieczorem o godz. 18 wyjechał z Brzeżan własną bryczką, samotnie przez Potutory, Rybniki, Kotów do Trościańca. W drodze między Kotowem a Trościańcem znikł wraz z koniem i wózkiem. Poszukiwania wszczęte przez policję kryminalną nie dały na razie żadnych wyników”. (1943, 12 września – Sprawozdanie PolKO w Brzeżanach dla Delegata RGO Leopolda Tesznara dotyczące mordów dokonanych na ludności polskiej na terenie powiatów brzeżańskiego i podhajeckiego. B. Ossol. 16721/2, s. 89-90).

 

   15 sierpnia  (święto Wniebowzięcia NMP): 

W kol. Berezowicze pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali siekierami, łopatami, widłami, łomami itp. co najmniej 45 Polaków; 8-letniej Irenie Chaber siekierą odrąbali głowę na pniaku do rąbania drzewa.

We wsi Berezowica pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 3 rodziny polskie liczące około 10 osób.

W kol. Budki Kudriańskie pow. Kostopol zamordowali 6 Polaków, w tym dziewczynki lat 7 i 18.

We wsi Chorostów pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 6 Polaków, w tym przywiązali do łóżka, oblali benzyną i spalili babkę Karolinę Ryś i jej dwoje wnucząt o nazwisku Opałko oraz  3-osobową rodzinę pracownika kolei.

We wsi Glinka nad Dniestrem pow. Buczacz banderowiec zastrzelił Polaka Kazimierza Braszynowicza, leśniczego (Jan Adamski: Odwiedziny, Kraków 1975, s. 104).

We wsi Hawczyce pow. Łuck upowcy w zasadzce zabili członka samoobrony 20-letniego Edmunda Wilka „Zająca”.

W kol. Jaworówka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy dokonali rzezi ludności mordując około 100 Polaków oraz ukrywaną przez nich Żydówkę.

We wsi Koropiec pow. Buczacz:. „15 VIII 1943 po otoczeniu budynku nadleśnictwa został  uprowadzony z narady i zamordowany przez UPA  gajowy Humaniecki” (Orłowski..., jw.).

We wsi Kotów pow. Brzeżany na drodze między wsią Liliatyn a Kotowem zamordowali wracającego z odpustu proboszcza parafii Kotów ks. Władysława Bilińskiego.

W kol. Krasna Góra pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 3-osobową rodzinę polską: Jana Zygmunta lat 76, jego żonę Stanisławę lat 78 i ich 14-letnią wnuczkę Alfredę.  

We wsi Kryłów pow. Hrubieszów:  W dniu 15 sierpnia br. została zamordowana w Kryłowie rodzina polska Laskowskich.” (AAN, 1049, s. 193).    

W kol. Ludmiłpol pow. Włodzimierz Wołyński bestialsko zamordowali 2 Polki, siostry lat 18 i 20 uciekające furmanką ze wsi Turia do Włodzimierza Wołyńskiego -  Jadwigę i Stanisławę Zyman.

W kol. Oktawin pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali ponad 30 Polaków, w tym 7-osobową rodzinę. „Gajewski Jan zamieszkały Oktawin, gm. Mikulicze, pow. włodzimierski został zamordowany przez UPA.  Kiedy z sąsiednich kolonii dochodziły wieści, że Ukraińcy mordują - moja rodzina spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i udała się do Włodzimierza. W niedzielę 11 lipca 1943 roku, nie było ich już w kolonii. Kilka dni później, w tygodniu - grupa mężczyzn, m.in brat Władysławy - Jan postanowili wrócić do Oktawina i zbadać sprawę - czy można wrócić lub chociaż zabrać resztę dobytku. Jan już nie powrócił.  Został ukrzyżowany przez UPA na drzewie, nago. Zawsze był eleganckim człowiekiem, nosił krawat. I tenże jedynie krawat oprawcy mu zostawili.” (Karolina Kuczewska; w:.http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/zgloszenia.html ).     

W kol. Police pow. Kostopol miejscowy Ukrainiec zastrzelił Romana Hermaszewskiego, który przybył na zbiór swego zboża. 

W mieście powiatowym Równe woj. wołyńskie upowcy zamordowali 62-letnią Florentynę Bronowską.

W kol. Stomorgi pow. Dubno zamordowali 3-osobową rodzinę polską: małżeństwo w wieku starszym z umysłowo chorym synem.

We wsi Swaryczów pow. Dolina zamordowali 39-letniego Józefa Siarkiewicza-Hoszowskiego. 

W kol. Wierbiczno /Wierzbiczno/ pow. Kowel zastrzelili Edmunda Olszaka, lat 27.

W mieście Włodzimierz Wołyński: „Jakby nie było wojny, rzezi i pożarów, inna dziewczyna z Włodzimierza, osiemnastoletnia Zosia Zienkiewicz zakochuje się zimą 1943 roku w Tośku  Armatyńskim. /.../ 15 sierpnia 1943 roku biorą ślub. Wychodząc kościoła, Zosia kuli się i odwraca głowę. Na placu leży dwanaście trupów: mężczyźni, kobiety i dzieci, przywiezieni z sąsiedniej wsi.” (http://www.polskatimes.pl/magazyn/171771,bog-wtedy-patrzyl-w-inna-strone-a-ludzie-nie-mogli-im-pomoc,id,t.html#material_5 ).

 

   Do połowy sierpnia 1943 roku:

We wsi Budy pow. Dubno Ukraińcy zamordowali 5 Polaków: żonę Poźniaka z 2 synami i 2 córkami.

W kol. Dębiny pow. Dubno od marca do połowy sierpnia 1943 roku zamordowali 8 Polaków.

We wsi Janówka pow. Dubno od marca do połowy sierpnia 1943 roku zamordowali 53 Polaków.

W kol. Kamienna Werba pow. Dubno zamordowali 7 Polaków: Benkaskiego z żoną i 3 dzieci oraz Kędzierskiego z wnukiem.

We wsi Kluki pow. Dubno zamordowali Polaka, Orembę.

We wsi Kozin pow. Dubno zamordowali 4 Polki: Fajmanową, Łysakowską oraz Rybicką z córką.  

W futorze Lipkowiec pow. Dubno zamordowali 8 Polaków: 6-osobową rodzinę Pawliczenków oraz Sobczukową z synem Antonim.

W kol. Marcelówka pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali Antoniego Kołodziejczyka.

We wsi Nosowica Stara pow. Dubno zamordowali 7 Polaków: 5-osobową rodzinę Stanisława Karkoczyńskiego (z żoną, 2 synami i córką) oraz  Przeczkowskiego z żoną.

We wsi Płaszowa pow. Dubno zamordowali 7 Polaków 4-osobową rodzinę Niwińskigo /z żoną i 2 synami/, Kowala z żoną oraz Malinowską.  

We wsi Podłuże pow. Dubno zamordowali 3 Polaków.

W kol. Smolarnia pow. Dubno zamordowali 2 Polaków: Różańską z synem.

We wsi Stołbiec pow. Dubno zamordowali 14 Polaków, w tym: Maciuka z żoną z 2 córkami, ojca Szkarbana z 3 dzieci,  matkę Szapowałową z 3 dzieci.

We wsi Werba pow. Dubno na skutek donosu Ukraińca Niemcy aresztowali i zamordowali 4 Polaków, pracowników tartaku.

We wsi Zagaje – Dąbrowa pow. Dubno upowcy zamordowali 17 Polaków, w tym rodziny z dziećmi. 

 

   W połowie sierpnia 1943 roku:

W kol. Marcelówka pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zamordowali Polkę z 2 małych dzieci.

We wsi Porohy pow. Nadwórna dwaj Ukraińcy /Truś i Stankiewicz/ poranili Polaka Kazimierza Sypienia, który po kilku tygodniach zmarł.

W kol. Sołomiak pow. Kostopol Ukrainiec Wiktor Rudenko zamordował 4-osobową rodzinę polską.

We wsi Zielony Dąb (Góra Wereszczyńskich) pow. Zdołbunów  w połowie sierpnia zamordowali błąkające się wokół wsi od czasu rzezi 3 lipca dzieci zamordowanych wówczas Antoniego i Marii Wereszczyńskich: 3-letniego Jerzego i 7-letnią Czesławę. Także w połowie sierpnia zamordowali 105-letniego Romana Krasickiego – najpierw powiesili go na sznurku na drzewie, a gdy sznurek zerwał się, dobili go pałkami.     

 

   15 lub 16 sierpnia:

We wsi Piotrówka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali co najmniej 14 Polaków.

 

   16 sierpnia:

We wsi Kohylno (w skład wsi wchodziło Zastawie i Tartak) pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 29 Polaków, w tym rodziny 6-cio i 5-osobowe. „Około tygodnia po pogromie Michał i Bolesław Roch oraz Tadeusz albo Roman Roch poszli nocą w trzech na Zastawie, aby zobaczyć co się stało z naszą rodziną. 11 lipca 1943 r. w nocy z soboty na niedzielę, na ich dom był napad podczas którego zamordowano wdowę Amelię [Roch] lat ok. 60 oraz jej najmłodszą córeczkę Zosię lat ok. 14. Tej nocy Tadeusz Roch spał w swojej stodole, między słomą a ścianą, a jego rodzony brat Roman w ogrodzie w kapuście, niedaleko łąki. Romek Roch opowiadał mi osobiście, że nad ranem już robiła się „szarówka” posłyszał jakieś głosy, a w chwilę później jakieś głośne, przeraźliwe wręcz krzyki, dochodzące od domu Grzegorza Rocha. Jednak nie zdecydował się tam pobiec, gdyż na podstawie tego co słyszał, poznał, że są to krzyki mordowanych ludzi. Szybko ukrył się w pobliskich szuwarach i przesiedział tam cały dzień. Romek opowiadał mi także, że Tadek też obudził się w stodole, gdy Ukraińcy zaczęli dobijać się do drzwi domu Grzegorza. Widział przez szpary w ścianie stodoły, jak Ukraińcy wpuszczeni do domu, po chwili całą rodzinę wyprowadzili na podwórko. Przodem szły dzieci Grzegorza i jego żony. W tym momencie było jeszcze cicho i spokojnie, wszystko wskazywało na to, że gospodarze nie spodziewali się najgorszego. Na pewno mieli nadzieję, że to zwykłe najście, które zakończy się przesłuchaniem lub co najwyżej pobiciem i groźbami, tym razem było jednak inaczej. Gdy dzieci były już na dworze, Ukraińcy nagle uderzyli je siekierami w głowę, natychmiast zginęli wtedy: syn lat ok. 16 oraz dwie córki, starsza lat ok. 25 i młodsza lat ok. 20. Gdy matka zorientowała się, że dzieci zostały zaatakowane, dopiero wtedy zaczęła histerycznie krzyczeć i właśnie te krzyki słyszał Roman w ogrodzie. Możliwe, że któreś z dzieci też zdążyło krzyknąć przed samą śmiercią. Po zarąbaniu dzieci wyprowadzili Grzegorza i jego żonę, pierwsza porąbana została żona lat ok. 60. Wtedy bandyci zaczęli się zastanawiać jaką śmierć zadać gospodarzowi i wtedy Tadek usłyszał wyraźnie takie słowa jednego z Ukraińców do pozostałych: „On uciekł nam do miasta i przyszedł z powrotem. Trza mu dać lekkie skonanie!” Zaraz potem Tadek zobaczył, jak za chwilę powiesili go na jabłonce, tuż obok ich domu rodzinnego. Tak skonał Grzegorz lat ok. 60. Tadeusz widział też, jak zginęła jego matka, opowiadał wszystkim, że ta sama grupa Ukraińców po wymordowaniu rodziny Grzegorza przeszła pod drzwi jego domu i zaczęła się dobijać do środka. W końcu udało im się wejść do środka i po chwili słyszał niewyraźnie jak matka prosiła kilku oprawców o darowanie jej życia. Potem wszystko ucichło, po chwili zobaczył jednak, że mężczyźni opuszczają dom i odchodzą. Tadek wspominał także, że rozpoznał jednego z napastników, ale dzisiaj już nie pamiętam, o kim mówił. Wiem zaś na pewno, że to był Ukrainiec z Kohylna. Bandyci nie podpalili zabudowań i prawie na pewno nic nie wynieśli z domu. Po około dwóch godzinach na Zastawie przyszła druga grupa Ukraińców i zaczęli chować ciała pomordowanych. Całą rodzinę Grzegorza wrzucili do dołu po kartoflach, tuż przy ich własnej chałupie. Ciało wdowy Amelii Roch wrzucili do lochu po kartoflach i zawalili go. /.../ Michał Roch opowiadał mi także, że był po pogromie w Kohylnie, gdzie spotkał Ukraińca, który był sąsiadem Drabików. Właśnie ten Ukrainiec opowiedział Michałowi jak została zamordowana cała ich rodzina. 11 lipca 1943 r., w niedzielny ranek przyszli do Drabików banderowcy i weszli do domu. Po chwili zaczęli mordować tych, którzy byli w domu. W chałupie zabili matkę i dwie córki, tymczasem dwaj synowie spali w stodole. Gdy Ukraińcy wykryli ich kryjówkę, jednego chłopca zabili na miejscu, a Józek rzucił się do ucieczki przez pola. Nie zdołał jednak uciec i gdy go dopadli to go też zabili. Prawdopodobnie miał przed śmiercią prosić bandytów, aby mu darowali życie. Michał dowiedział się także, że ciała pomordowanych Ukraińcy wrzucili do lochu, kopca z drewnianych kołków na kartofle, który znajdował się na miedzy Drabików i Żyda Moszko Bejdera, potem wszystko zawalili” (Roman Szymanek, w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl;  relację spisał Sławomir Tomasz Roch).  „Dziadek Bolesław Roch na rok przed swoją śmiercią, mówił mi jak zabito jego bliską rodzinę, jego kuzynów. Powiedział, że staruszka Ukrainka z Kohylna, którą nazywano Koteluczka mówiła rodzinie Rochów w Kopyłowie pod Hrubieszowem, że Rochów z Zastawia Ukraińcy wieźli wozem do Kohylna, aż pod samą cerkiew i tam powiesili ich na lipach przy cerkwi”  (Antonina i Kazimierz Sidorowicz,;  w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl; relację spisał Sławomir Tomasz Roch).

We wsi Podjarków pow. Bóbrka banderowcy zamordowali 20 Polaków, w tym dwie rodziny Kleszczyńskich. Dokumentacja fotograficzna jednej zamordowanej rodziny znajduje się w książce Aleksandra Kormana Ludobójstwo UPA na ludności polskiej. Zginęli: Jan Kleszczyński, lat 38, jego żona Tekla, lat 37, ich córka Anna, lat 13 oraz ich syn Stanisław, lat 8. Rozebranym do naga ofiarom wydłubali oczy, zadawali ciosy siekierą w głowę, przypalali ogniem dłonie, próbowali odciąć kończyny górne i dolne, zadali rany kłute na całym ciele.

W kolonii Stanisławów pow. Włodzimierz Wołyński: „W 1943 r., moi rodzice – Jan i Zofia Kraszewscy oraz bracia: Jerzy – lat 12, Tadeusz – lat 7 i ja – lat 9, mieszkaliśmy w kolonii Stanisławów oddalonej 20 km od Włodzimierza Wołyńskiego, gmina Werba. /.../  Dnia 16 sierpnia 1943 r. około godz. 14.00, kiedy kuzyn Roman wyszedł w celu rozpoznania sytuacji, zauważyliśmy ośmiu Ukraińców zbliżających się w naszym kierunku od strony naszego gospodarstwa. Najstarszy funkcją Ukrainiec, dobrze uzbrojony, podszedł do ojca i powiedział, że powinniśmy wracać do domu, ponieważ nic nam nie grozi i nie ma powodu uciekać. Dopytywał się również, gdzie jest kuzyn Roman, ponieważ chce go wraz z rodzicami przesłuchać i poprosił ojca, żeby odszedł z nim w głąb lasu. Ojciec zgodził się i odeszli tak, że nie było ich widać, ani słychać rozmowy. Po kilku minutach wrócił i zabrał mamę. Kiedy tak staliśmy w wielkim strachu, otoczeni przez pozostałych siedmiu bandytów, nagle usłyszeliśmy krzyk mamy „Oj, serce!”. Wówczas pomalutku zaczęliśmy oddalać się, bo przez moment tych siedmiu bandytów zainteresowało się zawartością wozu. W tym momencie przybiegł Ukrainiec, który wyprowadził rodziców i zaczął krzyczeć, dlaczego nie robią z nami porządku. Sąsiadka pani Olobra uklękła przed Ukraińcem i zaczęła go błagać o litość, żeby zostawili ją w spokoju, na co ten dowódca przebił ją bagnetem umocowanym na karabinie, mordując na naszych oczach. Wtedy zaczęliśmy uciekać w kierunku naszego lasu i pozostawionego tam bydła. Najmłodszy brat Tadeusz uciekał najwolniej, a kilku bandytów biegło za nim i tak dobiegł do owiec i schował się za pasącego się barana. Baran, widząc biegnącego naprzeciw człowieka, rozpędził się i z całą siłą uderzył bandytę, który aż się przewrócił, a kiedy chciał go uderzyć drugi raz, wówczas bandyta podniósł się i zastrzelił barana. Tymczasem brat Tadeusz uciekł w zarośla i tak zostało uratowane życie 7-letniego dziecka. Ja i mój starszy brat uciekliśmy w zarośla i krzaki. Jak się okazało, mama, chociaż bardzo ranna, pokaleczona bagnetem, będąc w szoku, zdołała uciec z miejsca tego mordu. Bandyta, kiedy ją wyprowadził w krzaki, kazał zdjąć sukienkę, ponieważ była wełniana, po czym uderzył ją kolbą w głowę, a kiedy zasłoniła się ręką, wówczas bagnetem zranił rękę, a następnie dwukrotnie zranił klatkę piersiową. Wtedy mama wydała ten pamiętny okrzyk „Oj, serce!”, co (…) nas uratowało. Bandyta tymczasem uznał, że mama już tam umrze, zabrał sukienkę i pobiegł do furmanki. (…) Mama długo nie mogła uwierzyć, że nasz tatuś nie żyje, nawet wówczas kiedy do Włodzimierza przyjechał kuzyn Roman i powiedział, że po odgłosach strzałów, późnym wieczorem poszedł na miejsce naszego postoju i nieopodal, w krzakach za drzewami, potknął się o ciało naszego tatusia, które przykrył gałęziami. I taki pogrzeb miał nasz tatuś.(Zdzisław Kraszewski: Początek zagłady kolonii Stanisławów.  W:  http://www.martyrologiawsipolskich.pl/mwp/wirtualne-mauzoleum/modul-iv-kresy-ii-rp/kresy-wschodnie/relacje/2513,quotUslyszelismy-krzyk-mamyquot-Poczatek-zaglady-kolonii-Stanislawow-gm-Olesk-po.html ).  

W mieście Włodzimierz Wołyński w nocnym napadzie upowcy na ul. Lotniczej zamordowali około 15 Polaków; 35-letniemu Zygmuntowi Zakrzewskiemu  połamali ręce i nogi i wbili w głowę gwoźdź.

We wsi Zamch pow. Biłgoraj policjanci ukraińscy z Niemcami zamordowali 8 Polaków.

We wsi  Zarudeczko pow. Zbaraż  banderowcy zamordowali 10 Polaków, byli to: Huka Ignacy l. 39, Kowalczuk Onufry l. 48, Olisko Aniela l. 19, Przysiniuk Bronisław l. 19, Ratuniak Maria l. 60, Rygiel Mikołaj l.62, Zagwocki Antoni l. 39 i Teresa l. 61, oraz 2 osoby o nieustalonym nazwisku. (Kubów..., jw.).

 

   Pomiędzy 14 a 18 sierpnia:

W lesie między wsią Kotów a wsią Trościaniec pow. Brzeżany: „W czasie drogi z Brzeżan do Trościańca, w lesie między Kotowem a Trościańcem – 14/18 sierpnia -  został zatrzymany, a następnie okrutnie pobity, okaleczony i zamordowany Antoni Śliwiński, lat 36, kierownik nadleśnictwa w Trościańcu (pow. Brzeżany)”.  (Stanisław Dłuski: “Fragment wielkiej zbrodni” ; w: „Las Polski”, nr 11 z 1991 roku).

 

   W nocy z 17 na 18 sierpnia: 

Pomiędzy wsią Karolówka i wsią Szuparka pow. Buczacz: „W nocy z 17 na 18.VIII.1943. Na kolonii między Karolowką a Szuparką pow. Buczacz Ukraińcy wymordowali rodzinę polską złożoną z 6 osób. Jednego ze sprawców ujęto, jest to Ukrainiec, dezerter z ukr. Dywizji SS. Przyznał się do morderstwa” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174). H. Komański i Sz. Siekierka nie wymieniają tej zbrodni.

 

   18 sierpnia: 

We wsi Bielin pow. Włodzimierz Wołyński w walce z UPA zginął 23-letni Kazimierz Mazepa.

W miasteczku Mikołajów pow. Żydaczów banderowcy zamordowali Polaka, księgowego leśnictwa. „18.VIII.43. Mikołajów Pow. Żydaczów. Hryniuk Tadeusz, księg. leśny, zamordowany.”  (1944. luty – marzec – Wykazy mordów i napadów na ludność polską sporządzone w RGO we Lwowie na podstawie meldunków przekazanych z terenu. W: B. Ossol. 16722/2, s. 219-253).

W mieście Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 2 Polaków.

W kol. Zygmuntówka pow. Włodzimierz Wołyński zabili 5 Polaków podczas żniw, w tym 15-letniego Jana Mariana Burka. 

 

   W nocy z 18 na 19 sierpnia:

We wsi Kluwińce pow. Kopyczyńce Ukraińcy zamordowali 3 Polaków. Inni: „zamordowano 7 Polaków, w tym: Michalik Michał l. 45 i nauczyciel z Trembowli l. 50” (Kubów..., jw.). Komański na s. 235 podaje, że nazwiskiem Michała Michalika posługiwał się Tadeusz Trojanowski, były inspektor szkolny z Rawy Ruskiej. Patrz „ w nocy z 20 na 21 sierpnia 1943 roku”. 

 

   19 sierpnia:

We wsi Komarów pow. Stanisławów banderowcy zastrzelili 1 Polaka oraz drugiego uprowadzili z przysiółka Halicka Brama i ślad po nim zaginął. „Dnia 19. sierpnia br. nieznani sprawcy uprowadzili Jana Mądrego lat 35, gospodarza z przysiółka Halicka Brama, gmina Komarów przy czym jeden z napastników wołał drugiego “Dmytre chodyt siudy”. Mądry przepadł bez wieści.” (1943, 24 września – Pismo PolKO w Stanisławowie do Delegata RGO we Lwowie dotyczące napadów na Polaków z powiatu stanisławowskiego. W: B. Ossol. 16721/1, s. 279-281).

We wsi Kryłoś koło Halicza zamordowany został: „Polak Bronisław Muszyński ze wsi Kryłoś k/Halicza.” (1943, październik - Zbiór raportów dotyczących napadów ukraińskich na terenie Małopolski Wschodniej zarejestrowanych przez RGO we Lwowie. W:  AAN 47, s. 5-11, 13-15).

We wsi Stawki pow. Równe w zasadzce upowcy zabili około 11 Polaków jadących do żniw oraz całą 23-osobową osłaniającą ich eskortę Ślązaków na służbie niemieckiej.

 

   20 sierpnia:

We wsi Bodiaki pow. Krzemieniec Ukraińcy zamordowali 26-letniego Polaka, Mikołaja Czecha.

W kol. Jeziorany Szlacheckie pow. Łuck zamordowali na polu, podczas żniw, Kazimierza Rudnickiego, męża Ukrainki.

W kol. Kowalówka pow. Kowel upowcy zabrali na podwodę i zamordowali Edwarda Tyburskiego, lat 39.

W kol. Kryłów pow. Równe zamordowali 2 Polaków, którzy z kol Zabara przyjechali do lasu po drzewo: Bronisława Głowackiego lat 21 oraz Zygmunta Jasińskiego.  

W kol. Szeroka pow. Horochów w okrutny sposób wymordowali 3 rodziny polskie ocalałe z rzezi 16 lipca: 9-osobową Kuźniarewiczów, 4-osobową Mrozowskich i 3-osobową Popczuków, a zwłoki spalili w stodole – razem 16 Polaków.

W kol. Szytnia /Szczytnia/ pow. Równe zamordowali 39-letnią wdowę po Stanisławie Wójtowiczu, którego porąbali na kawałki 11 lipca 1943 roku.

We wsi Tiutkiewicze pow. Równe od ran zadanych przez Ukraińców zmarł w szpitalu 20-letni Władysław Hawel. 

 

   W nocy z 20 na 21 sierpnia: 

We wsi Kluwińce pow. Kopyczyńce: „W nocy z 20 na 21.VIII.1943. Kluwińce pow. Kopyczyńce. Około 23,30 Ukraińcy zamordowali trzech Polaków zaś jednego ranili. Zamordowani zostali: Jan Kostecki b. posterunkowy P.P. obecnie rolnik, Trojanowski Tadeusz b. inspektor szkół w powiecie Rawa Ruska obecnie buchalter na folwarku, Sroczyński Roman także buchalter rodem spod Krakowa. Ranny został Fleszar Zbigniew także pracownik folwarku /.../ W związku z tym morderstwem aresztowano miejscowego księdza gr.-kat. Proskurnickiego i jego syna Stefana, którzy są moralnymi sprawcami zbrodni. Stefan Proskurnicki b. komendant milicji ukr. posądzony jest również o zamordowanie 6 Polaków wracających z więzienia w Berdyczowie w r. 1941 w czasie wkraczania Niemców na nasz teren ” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174).  H. Komański i Sz. Siekierka podają datę „W nocy z 18 na 19 sierpnia 1945” oraz nazwiska: Korzecki /Kosowski/ Jan, Trojanowski Tadeusz i Iszczycki Roman” (s. 235, tarnopolskie).

 

   21 sierpnia:

We wsi Bermeszów pow. Horochów upowcy zamordowali 6-osobową rodzinę polską. „Oto wykaz pomordowanych Polaków na kolonii Kisielówka, Czesnówka, Jaworówka, Bermeszów i Lipnik w dniu 21.08.1943 r., który ja Czesław Życzko sporządziłem w porozumieniu z towarzyszami niedoli, w tym: moją żoną Heleną Życzko z domu Furtak, Stanisławem Łachowskim z kolonii Czesnówka oraz Bronisławem Nieczyporowskim (ofiary ze wsi Bermeszów  – przypis S.Ż.): Wyszyński Aleksander lat 45, (mój szwagier), Maria lat 40, (moja siostra), Aleksander lat 16, Janina lat 14, Aniela lat 12, Jadwiga lat 10 (mój brat i siostry cioteczne)”. („Wspomnienia Czesława i Heleny Życzko z domu Furtak z Kolonii Kisielówka w powiecie Horochów”, spisał Sławomir Tomasz Roch; za: http://wolyn.btx.pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/221-wspomnienia-czesawa-i-heleny-yczko-z-domu-furtak-z-kolonii-kisielowka-w-powiecie-horochow-na-woy.html). Siemaszko...., s. 137 datują ten mord  ”w 1943 r., latem”.

W kolonii Czesnówka pow. Horochów upowcy zamordowali 31 Polaków. „Oto wykaz pomordowanych: Uleryk Stefan lat 65; Łachowski Aleksander lat 70, żona lat 67;  Kuczko Bronisław lat 53 i troje dzieci lat 20, 8 i 6; Kosior Józef lat 22 i brat Edward lat 19; Uleryk Jan lat 72 i zona lat 60; Błędowski Stefan lat 30 i 1-roczny synek;  Torkowski Jan lat 30 i żona Władysława lat 20; Dumański Wacław lat 58 oraz cała rodzina tj. 6 osób od 17 do 4 lat; Zymon Jan lat 63, żona lat 51 oraz 4 dzieci od 21 do 5 lat; Błędowska Helena lat 31 i jej syn lat 3; Błędowska Maria lat 60”. ( Wspomnienia Czesława i Heleny Życzko z domu Furtak z Kolonii Kisielówka w powiecie Horochów”...,  jw.) Siemaszko..., s. 152 podają: „W sierpniu 1943 roku zostali zamordowani dwaj bracia Józef i Edward. Najprawdopodobniej nie jest to pełna lista ofiar” Podają liczbę ofiar 5 + ?.

W kolonii Jaworówka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 7-osobową rodzinę polską (rzeź w tej kolonii miała miejsce 15 sierpnia 1943 roku). „Oto wykaz pomordowanych /.../: Zybura Michał lat 53 (mój wujek), Katarzyna lat 40 (moja ciocia), Zofia lat 75, Marian lat 15, Jan lat 9, Tadeusz lat 7, Teresa lat 4 (to moje kuzynostwo)”. ( Wspomnienia Czesława i Heleny Życzko z domu Furtak z Kolonii Kisielówka w powiecie Horochów”, jw.).  Siemaszko...., s. 861 nie wymieniają tych ofiar.

W kolonii Kisielówka pow. Horochów upowcy zamordowali co najmniej 93 Polaków. Atak nastąpił około godziny 14.00, Polacy uciekali do lasu do znajdującej się tam drewnianej Kaplicy hrabiego Szumińskiego oraz do Czarnego Lasu. Czesław Życzko: „Tak ukrywaliśmy się, aż do 21 sierpnia 1943 r., kiedy w biały dzień, w samo południe, około godziny 14.00 miał miejsce zbrojny napad na naszą kolonię. Stałem na brzegu lasu chłopskiego, gdy się zaczęło, naprzeciw pola Polaka Zymona z Kisielówki. Nagle zobaczyłem, że do naszego domu idzie pieszo kilka osób, nie mogłem jednak dostrzec, czy posiadają broń, jedna osoba jechała na koniu. Gdy oni zniknęli wśród naszych zabudowań, usłyszałem jeden strzał, a potem nastąpiła cisza. Za chwilę usłyszałem więcej strzałów, już na terenie samej kolonii. Zobaczyłem także jak na dłoni, jak od zabudowań naszej kolonii w kierunku lasu uciekają ludzie w różnym wieku, w tym dzieci, nie mogłem jednak nikogo rozpoznać ponieważ wciąż było daleko, choć już po chwili rozpoznałem Wacława Pogorzelskiego. W tej dramatycznej chwili, tuż obok mnie stała nasza sąsiadka Helena, moja przyszła żona oraz jej rodzice Franciszka i Andrzej Furtak. Nagle usłyszeliśmy strzały w lesie, w tej sytuacji przestraszyliśmy się i rzuciliśmy się do gwałtownej ucieczki w głąb lasu, w kierunku drewnianej Kaplicy hrabiego Szumińskiego. Kaplica stała przy Krzyżówce w lesie i póki co, szliśmy sośniną dość pewnie bowiem las ten znałem od dawna dość dobrze. Od kiedy jeszcze przed wojną, wraz z hrabią Szumińskim polowaliśmy na ptaki, zające i sarny. Do dziś pamiętam, jak często bywałem w jego domu, widziałem tam całe dwa pokoje, wystrojone przeróżnymi ptaszkami, wypchanymi od środka tytoniem. Kiedy zbliżyliśmy się do Kaplicy w lesie, nagle wokół nas zaczęły rwać się pociski moździerzowe, które Ukraińcy miotali gdzieś z lasu Świnarzyńskiego. Widać mieli dość dobry zwiad, bądź po prostu domyślali się, że właśnie tam Polacy szukają dziś swego schronienia. Oczywiście w lesie powstała wielka panika, zszokowani ludzie nie wiedzieli zupełnie, gdzie mają uciekać, gdzie szukać ratunku. A było tam już około kilkadziesiąt osób z bardzo różnych miejscowości, wśród nich było bardzo wielu naszych sąsiadów. W pewnym momencie dostrzegłem mężczyznę, który szedł bardzo szybko, a przy tym wydawał mi się bardzo podobny do mojego tatusia, więc pogoniłem za nim i krzyknąłem: „Tatusiu!”. Tymczasem on gwałtownie się odwrócił, a dzieliło nas już ledwie 10 metrów i bez jednego słowa wypalił do mnie z broni. Na szczęście, gdy tylko zobaczyłem jego twarz, poznałem Ukarińca z Tumina o imieniu Wasyl, nazywanego też „Wargatym”, od razu rzuciłem się na ziemię, tak że mnie nie trafił. Zaraz też przytomnie wskoczyłem w leśny gąszcz, który mnie ochronił. Potem szybko wróciłem do naszych i razem z dużą grupą ludzi uciekających od Kaplicy, ruszyliśmy w kierunku Czarnego Lasu. Wielu ludzi krzyczało bowiem do nas, by nie iść pod Kaplicę bowiem tam już rozpoczęła się rzeź, Ukraińcy strzelają kogo popadnie oraz rąbią siekierami i widłami kogo się da. Tak więc nie mając wyboru, uciekaliśmy razem z nimi, to były naprawdę straszne chwile. Jakby piekło rozwarło się na ziemi, jeden uciekał i płakał, inny biegł i krzyczał coś tam, może kogoś nawoływał, a może jakiś amok właśnie go ogarnął, dzieci piszczały. Przy czym cały czas słychać było strzały karabinowe, na szczęście przestali strzelać z moździerzy. Dotarliśmy tam po jakiejś godzinie i naszym oczom ukazała się już duża grupa ludzi z różnych miejscowości, w tym z Dominopola, Kisielówki, Augustowa, ale przede wszystkim z Jasionówki oraz polskiej koloni Czesnówka, która była położona za Czarnym Lasem. To był bardzo dogodny teren do ukrycia się gęsty, trudno dostępny las olchowo-brzozowy i mnóstwo przeróżnych krzaków, gdzie bardzo łatwo można było się schować, a przy tym były tam bagna i moczary./.../ Po drodze w chłopskim lesie napotkaliśmy jakichś ludzi, ale na razie nie wiedzieliśmy kto to jest. Zaczęliśmy podpatrywać i poznaliśmy, że to Helena Petelicka wraz z swoim synkiem Henrykiem lat około 5. To byli nasi ludzie z Kisielówki, którzy skryli się tu, uciekając spod Kaplicy, gdzie napadli na nich ukraińscy sadyści. Gdy ją znaleźliśmy była pół przytomna i zupełnie nie wiedziała, co ma teraz z sobą zrobić, gdy nas poznała i trochę do siebie przyszła, tak zaczęła nam opowiadać horror, który sama niedawno przeżyła: „Byłam z mężem Eugeniuszem, synem Henrykiem oraz wieloma innymi Polakami w zaroślach przy Kaplicy myśliwych. Tam napadli na nas Ukraińcy i zaczęli wszystkich mordować, rąbiąc kogo się da siekierami. Zarąbali mojego męża, a ja wyrwałam się dosłownie spod siekiery i uciekłam, teraz chowam się jak widzicie i naprawdę nie wiem, co mam z sobą zrobić!”. Oczywiście zabraliśmy ich z sobą, do całej naszej grupy w Czarnym Lesie. Tam zapadła decyzja, aby wyruszyć jednak do miasta, a była już ciemna noc. Niestety około piętnastu osób nie przystało na ten plan i zostało na miejscu, w tym mój brat Longin oraz rodzice Heli, brat Eugeniusz i siostra Czesława. Zostali także: organista ze Swojczowa, rodzina Kosiorów z Czesnówki, Adam Zymon i wielu innych. Tymczasem my umówiliśmy się, że grupę będzie prowadzić trzy osoby: ja osobiście, Stacho Łachowski i Hela. /.../  W drodze odpoczywaliśmy w lesie, po przeróżnych krzakach i tam właśnie Piotr Przybyła opowiadał nam ze szczegółami, jaką gehennę przeżył w ostatnich dniach w domu swojej teściowej, mówił tak: „Już od prawie dwóch tygodni ukrywam się u mojej teściowej pod podłogą, obawiałem się bowiem, żeby mnie Ukraińcy nie zamordowali, gdyby dowiedzieli się, że wciąż tam jestem, już bym zapewne nie żył. Przez cały ten straszny czas pomagała mi moja dobra żona Tosia, teściowa nic nawet nie wiedziała o moim miejscu ukrycia. W tym czasie w naszym domu przebywali banderowcy, którzy gościli się tu niekiedy i na cały głos przechwalali się, jak to Polaków mordowali. Słyszałem to bardzo wyraźnie, gdyż mówili dosłownie nad moja głową. Jednego razu usłyszałem głos Ukraińca, który opowiadał jak zginęła rodzina polska Furtaków, których wcześniej znał dobrze. Kiedy ich znalazł Andrzej Futrak uklęknął przed nim, złożył ręce jak do modlitwy i zaczął go prosić, aby im wszystkim darował życie. Wtedy Ukrainiec Marko z Tumina, jak sam się potem przechwalał, jak go rąbnął siekierą w głowę, aż krew trysnęła na niego! A potem pozabijał wszystkich pozostałych, którzy tam byli, również bezlitośnie rąbiąc ich siekierą.”. /.../ Warto też dodać, że Piotr Przybyła pochodzi z Kisielówki, gdzie mieszkali jego rodzice oraz siostra Zofia, która wyszła za mąż za Piotra Krzeszowiec. Mieli razem dzieci, a on był Ukraińcem, ale mało kto o tym wiedział. Niestety podczas mordów Piotr Krzeszowiec zamordował swoją żonę Zosię. Osobliwą tragedię przeżyli także ich najbliżsi sąsiedzi Józef i Józefa Gnatiuk oraz ich córka lat 14, których ukraińskie bandziory powiązali drutem ostrym, kolczastym i tak ich okrutnie zamęczyli. Tak przynajmniej opowiadali sobie ludzie w mieście we Włodzimierzu”. /.../  Oto wykaz pomordowanych Polaków na kolonii Kisielówka, Czesnówka, Jaworówka, Bermeszów i Lipnik w dniu 21.08.1943 r., który ja Czesław Życzko sporządziłem w porozumieniu z towarzyszami niedoli, w tym: moją żoną Heleną Życzko z domu Furtak, Stanisławem Łachowskim z kolonii Czesnówka oraz Bronisławem Nieczyporowskim” (ofiary z kolonii Kisielówka – przypis S.Ż.): Życzko Rozalia, maja mama lat 50, mój brat Longin lat 15. Furtak Andrzej lat 52 mój teść, jego żona Franciszka lat 40, syn Eugeniusz lat 11, córka Czesława lat 9. Michalec Stefania lat 10, Michalec Maria lat 47, obie były naszymi sąsiadkami. Ambroziak Mieczysław lat 16, był naszym sąsiadem. Kampanowski Michał lat 40, Janina lat 35, Stanisław lat 15, to byli także nasi sąsiedzi. Marceniuk Mieczysław lat 20, nasz sąsiad. Zymon Katarzyna lat 60, Bolesław lat 35, Hipolit lat 30, Janina lat 27, Maria lat 6, Stanisława lat 4, Zymon Kazimierz lat 33, Emilia lat 27, Józefa lat 5, Agata lat 3, Zymon Medzik lat 45, Władysława lat 30, Stanisław lat 6, Marian lat 4, Zymon Michalina lat 22, Władysław lat 5., to też nasi sąsiedzi. Suszyński Kazimierz lat 67. Czerwonko Rozalia lat 78. Marszałek Natalia lat 22, Jan lat 4.  Nieczyporowski Tadeusz lat 14. Gałuszka Julian lat 43, Aniela lat 45, Władysław lat 16, Wanda lat 9, Stanisław lat 7, Józef lat 5, Stefan lat 3. Niemiec Magdalena lat 57. Gnatiuk Józef lat 47, Józefa lat 45, Stefania lat 15. Gronowicz Władysław lat 70, Maria lat 65. Petlicki Witold lat 12. Dec Stanisław lat 38, Józefa lat 61, Marian lat 2. Ferenc Józef lat 29. Mikulska Zofia lat 45, Wanda lat 12, Stefania lat 10. Głogowski Józef lat 15, Rozalia lat 14. Michalczuk Antoni lat 69, Maria lat 65 – Kisielówka. Ferenc Bolesław lat 7, Stanisław lat 5 oraz noworodek 2 dni. Pogorzelski Antoni lat 71. Uleryk Antoni lat 72, Aniela lat 50, Stefan lat 57. Michalczyk Stanisława lat 9”. („Wspomnienia Czesława i Heleny Życzko z domu Furtak z Kolonii Kisielówka w powiecie Horochów”, jw.). Siemaszko..., s. 163 wymieniają wśród ofiar 19 Polaków przesiedlonych tutaj ze wsi Binduga, ale niewielu przesiedlonych znali świadkowie, którzy przeżyli rzeź.

W kolonii Lipnik pow. Horochów upowcy zamordowali 5 Polaków. „Oto wykaz pomordowanych Polaków /.../ : Wrońska Maria lat 65 moja ciocia; Kutowicz Antoni lat 40 mój kuzyn; Rowiński Walenty lat 32 mój kuzyn; Pajta Józef lat 32 komendant PW; Wolski Józef lat 19 to z dalszej rodziny”.  „Wspomnienia Czesława i Heleny..., jw.).  Siemaszko..., s. 164 podają: „15 września 1943 r. upowcy porwali z pola podczas zbioru ziemniaków: Antoniego Kotowskiego (Kotowicza?) lat 40; Katarzynę (Marię?) Wrońską, lat 65, którzy do domu nigdy nie powrócili”. Podali liczbę ofiar: 3 Polaków. 

W majątku Romanówka pow. Łuck Ukraińcy zamordowali 1 Polaka. 

 

   22 sierpnia /niedziela/: 

We wsi Dupliska pow. Zaleszczyki Ukraińcy zamordowali Leona Szymańskiego.

W kol. Głęboczyca pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zabrali na podwody co najmniej 5 Polaków i zamordowali ich w lesie. „I na naszej wsi Głęboczycy dochodziło do pierwszych mordów, na Tadeuszu Iwańskim, znalezionych po kilku dniach w lesie w zamaskowanym rowie ze śladami okropnego pastwienia się nad nim. Na Bronisławie Sławkowskim z żoną Marią w ten sam bestialski sposób zamordowanych. W sąsiedniej kolonii Święte Jezioro zamordowani zostali: Śliwa z żoną, Józef Szymczak z żoną Adelą i Czesław Dzięgielewski. Na Głęboczycy przez parę tygodni mordów zabrano niby na podwody i zamordowano mojego ojca Michała Winiarskiego, Adama Grelę, Stanisława Sobieraja, Adama Iwańskiego i Liperta. Wszystkich ich odnajdywano w okolicznych lasach zakopanych w zamaskowanych miejscach.” (Józef Winiarski; w: Lucyna Kulińska, Dzieci Kresów III, Kraków 2009, s. 349-357; za:  http://wolyn.btx.pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/783-w-gboczycy-w-ostatnich-dniach-sierpnia.html ).  „Wieś Głęboczyca rozciągała się pomiędzy lasem a doliną rzeki Turia. Mieściła w sobie około 70 gospodarstw rolnych ze średnim stanem posiadania. Przez wieś przebiegał trakt drogi głównej łączący powiaty Włodzimierz Woł. i kowelski oraz wsie Hajki i Turyczany, zamieszkane przez ludność wyłącznie ukraińską, w których mieściły się wiejsko-gminne władze ukraińskie z siedliskiem policji SB i UPA. Droga ta usłana była bezimiennymi mogiłami bez jakiegokolwiek śladu czy znaku. Codziennie drogą tą wieziono ofiary na rozstrzeliwanie albo powolne mordowanie do lasu lub już pomordowanych w celu ich zamaskowania.  W ostatnim miesiącu, tuż przed samym ogólnym mordem w Głęboczycy, władze ukraińskie wyznaczają z naszej wsi pięć podwód konnych do przewożenia przedstawicieli władzy ukraińskiej i UPA. Byli to Grela Adam, lat 50, Sobieraj Stanisław, lat 52, Wieniarski Michał, lat 43, Lipert i Iwański Adam, lat 22. Gospodarze ci już do swoich domów nie powrócili. Odnajdywano ich w leśnych okolicach, pomordowanych i zakopanych bez śladu. W tym samym czasie aresztowano w nocy sąsiada, Władysława Iwańskiego, 19-letniego żywiciela rodziny. W parę dni po aresztowaniu znaleziono go w lesie. Odkopany został na zezwolenie władzy gminnej i urządzono mu pogrzeb. Na swoim ciele nie miał ani jednej całej kości, wycięto mu język, był bez oczu i uszu”. (Szlak nieoznaczonych mogił. Relacja Lucjana Metrzelskiego;18 marca 2018; w: http://dziennik.artystyczny-margines.pl/szlak-nieoznaczonych-mogil-relacja-lucjana-metrzelskiego).  „U nas we wsi aresztowano Władysława Iwańskiego, 19-latka, którego odnaleziono w oddalonej o około pięć km wsi Owłoczym.  Z kolonii Podświętne aresztowano małżeństwo Śliwów i Adelę Kędzierską, których znalazłem wraz z ojcem na drugi dzień, kiedy szedłem z nim przez las. Miejsce to było zamaskowane spaloną słomą. O odkryciu tym powiedziałem siostrze Adeli, która powiadomiła ich rodziny. Najbliżsi pomordowanych odkopali ich, ofiarom urządzono pochówek na wcześniej wydane przez gminę ukraińskiej władzy zezwolenie.” (29 sierpnia 1043 roku, przed świtem, napadają na naszą wieś Głęboczycę; w: http://wolyn.org/index.php/informacje/1185-29-sierpnia-1943-roku-przed-switem-napadaja-na-nasza-wies-gleboczyce  Relacja Stanisława Małeckiego. Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło za: "Wołyń. Bez komentarza").

We wsi Gruszówka pow. Kowel w lesie koło leśniczówki zamordowali 20 Polaków z Radowicz: 7 jadących do kościoła i 13 wracających z kościoła w Zasmykach po nabożeństwie.

W nieustalonej wsi koło wsi Hołownia i wsi Kowno pow. Lubomel Ukraińcy podczas mszy zamknęli kościół, oblali benzyną i podpalili; żywcem spłonęli wszyscy zgromadzeni na mszy. Świadek Zofia Kieruj: „Zofia Kieruj właśnie kończy 85 lat. Czternaście lat swojego długiego życia mieszkała na Wołyniu. Patrząc z naszej, zachodniej strony, powiedzielibyśmy, że tuż za Bugiem. Ona mówi, że do rzeki było blisko, około ośmiu kilometrów. Przed II wojna światową i w czasie wojny, do 1943 roku, wraz z rodzina mieszkała w Ostrówkach w powiecie lubomelskim. To najbardziej na zachód wysunięta część byłego województwa wołyńskiego. Mieszkała tam z mamą Marianną Suszko i rodzeństwem. Ojciec Wincenty Suszko zmarł wcześnie, bo w 1931 roku. Miała trzech braci i siostrę Karolinę, która była najstarsza, urodziła się w 1920 roku, brat Józef w 1924, Czesław w 1927 roku, a ona z bratem Antonim (byli bliźniakami) urodziła się w 1929 roku. Z Ostrówkami sąsiadowała wieś Wola Ostrowiecka. Tam w czasie wojny mieszkała z rodziną najstarsza siostra pani Zofii. Te dwie miejscowości dziś są wymieniane jednym tchem obok siebie, kiedy historycy mówią o nich jako o miejscach tragedii polskiej ludności w czasie rzezi wołyńskiej. O tych wydarzeniach opowiedziała nam też Zofia Kieruj. /.../  To co działo się przed 30 sierpnia tamtego roku, zaciera się trochę, miesza, ale od tego jednego dnia kilkunastoletnia Zofia zaczyna widzieć tak okropne rzeczy, które tak wryły się w pamięć, że dziś mówi o nich z detalami. Bardzo wstrząsającymi zresztą.
To była ostatnia niedziela sierpnia. - Ksiądz na ambonie powiedział, że koło Hołowna, koło Kowna ubiegłej niedzieli Ukraińce podczas mszy napadli, zamknęli kościół i podpalili. Benzyną oblali i spalili, bo to były drewniane kościoły. Spalili razem wszystkich, którzy się tam znajdowali. Ksiądz Stanisław Dobrzański powiedział nam, że nie mamy się bać i że nas nie opuści. W razie czego, gdyby nas napadli, to mieliśmy się bronić. Wierni rozeszli się do domów. Pani Zofia również.” (Remigiusz Konieczka ; w: Pałuki nr 24/2014; pt: Zofia Kieruj: Wołyń - rana niezabliźniona  Opublikowano: 26 czerwca 2014; w: http://palukitv.pl/teksty/karty-historii/23082-wolyn-rana-niezablizniona.html ).

W kol. Julianów pow. Kowel zamordowali co najmniej 6 Polaków.

We wsi Korabliszcze pow. Dubno zamordowali nauczyciela Zygmunta Komorowskiego, lat 37.

We wsi Milczyce pow. Rudki: „Dnia 22 sierpnia 1943 o godzinie około drugiej została zastrzelona Teresa Andres [właśc. Anders] żona Jana, wywiezionego przez bolszewików, matka 3-ga dzieci małoletnich córek, z których najstarsza liczy 16 rok życia, nazwana była osadniczką. Morderstwo zostało dokonane przez 3 Ukraińców na tle politycznym. Milczyce dnia 7 września 1943.” (1943, 10 września – Pismo PolKO Lwów-powiat przesłane do Delegata RGO we Lwowie dotyczące mordu politycznego na Teresie Andres dokonanego przez Ukraińców.). Siekierka, na s. 217 /lwowskie/ podaje, że miało to miejsce we wsi Putiatycze pow. Grudek Jagielloński

We wsi Ziemlica pow. Włodzimierz Wołyński obrabowali Polaków i zastrzelili 1 Polkę.

 

   23 sierpnia: 

W kol. Chaitówka pow. Łuck zabili 78-letniego Ignacego Kownackiego i jego 37-letniego syna Piotra, a zwłoki spalili razem z zabudowaniami. Żona Anastazego Kownackiego (drugiego syna Ignacego) podczas ucieczki czołgała się w łęgach ziemniaczanych ciągnąc za sobą 2-letnią córkę Michalinę, która w wyniku tych przeżyć straciła na zawsze mowę.

We wsi Kohylno pow. Włodzimierz Wołyński zastrzelili w lesie 8 Polaków uprowadzonych z innych miejscowości a ciała wrzucili do studni.

We wsi Majdan pow. Kamień Koszyrski woj. poleskie nacjonaliści ukraińscy zamordowali co najmniej 139 Polaków:  „w godzinach porannych wioska Majdan została otoczona przez nacjonalistów ukraińskich. Mieszkańcy wsi zostali zgromadzeni w miejscowej szkole pod pozorem zebrania. Następnie ok. 10 mężczyzn zabrano ze szkoły i zaprowadzono do zabudowań gospodarczych Antoniego Z. Tam w stodole polecono im wykopać dół, a następnie przyprowadzano po kilku mieszkańców i po zadaniu śmiertelnych cisów ostrymi narzędziami ciała ofiar wrzucano do wykopanego dołu. W stosunku do osób, które chciały uciec użyto broni palnej. Po zamordowaniu mieszkańców wioski została ona ograbiona i spalona wraz ze stodołą w której spoczywały zwłoki pomordowanych osób. Osoby które przeżyły zajście uciekły z partyzantami pod dowództwem ppłk Kunickiego” (IPN Szczecin: Śledztwo w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości polegającej na zabójstwie w dniu 23 sierpnia 1943 r. w miejscowości Majdan dawny powiat Koszyrski co najmniej 139 mieszkańców wsi przy użyciu ostrych narzędzi oraz broni palnej przez nacjonalistów ukraińskich, a czyny te miały na celu wyniszczenie ludności narodowości polskiej zamieszkałej na tych terenach; sygn. S 77/09/Zi; lipiec 2012). IPN wszczął śledztwo w 2008 roku, natomiast w 2012 roku umorzył je z powodu niewykrycia sprawców mordu. „Wykaz rodzin polskich bestialsko zamordowanych w dniu 23.08.1943 roku przez bandę nacjonalistów (banderowców) we wsi Majdan, rejon Kamień Koszyrski, obwodu wołyńskiego” podała w internecie Karolina Żębrowska. Ponad sto osób zamordowanych to były dzieci (w tym jednoroczne), kobiety (w tym w zaawansowanej ciąży) i starcy. (Karolina Zębrowska, 29.01.2013; w:  http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/czytelnicy.html ).

We wsi Olesk pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali w swoim obozie 12 Polaków oraz 22-letniego nauczyciela ukraińskiego ożenionego z Polką.

W kol. Osiecznik pow. Kowel Ukraińcy zamordowali 10 Polaków.

W kol. Piórkowice pow. Kowel zamordowali 6 Polaków (1 mężczyzna, 4 kobiety i 1 dziecko), którzy wrócili do swoich domów po żywność.

W kol. Rafałówka pow. Łuck zastrzeli na polu podczas żniw 1 Polkę.

W miasteczku Torczyn pow. Łuck zamordowali Józefa Pachołka. 

 

   24 sierpnia:

W  kol. Apolonia pow. Łuck Ukraińcy zamordowali kilkunastu Polaków.

W kol. Brzezina pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali Feliksa Dubiela, lat 36.

We wsi Bukowina pow. Biłgoraj policjanci ukraińscy zastrzelili 6 Polaków.

W kol. Dąbrowa koło Woronczyna pow. Horochów upowcy zamordowali co najmniej 23 Polaków, w tym niemowlęta.

We wsi Komarów pow. Stryj postrzelili Franciszka Matuszczaka, w wyniku czego zmarł.

We wsi Wołosówka pow. Kowel zamordowali kilka lub kilkanaście rodzin polskich, liczby ofiar nie ustalono.

We wsi Woronczyn pow. Horochów zamordowali około 15 Polaków.

We wsi Zadyby pow. Kowel zamordowali Kazimierza Potapowicza.

We wsi Żorniszcze pow. Łuck zamordowali Joachima Szydłowskiego. 

 

   W nocy z 24 na 25 sierpnia:

W miasteczku Mizocz pow. Zdołbunów Ukraińcy podpalili domy polskie i sierpami, siekierami, nożami wyrżnęli ponad 100 Polaków; „na sztachetach płotów wisiały niemowlęta w becikach” (Siemaszko..., s. 979). „Prawdopodobnie pod koniec sierpnia 1943 r., 20/21 w nocy nastąpił atak na miasto, a właściwie na polskie bezbronne rodziny tam mieszkające. Okrążyli miasto i przez całą noc mordowali ludzi. To było piekło. Wchodzili do poszczególnych domów i zarzynali ludzi, masakrowali, rąbali na kawałki. Do uciekających strzelali, natomiast wszystkich, których złapali mordowali w okrutny, sadystyczny sposób - nożami, kosami, siekierami. Małe dzieci zabijali o mury domów i wieszali na płotach. Wyszukiwali chowających się ludzi po różnych zakamarkach. Wiele domów spalili. Rano atak przerwali. Z mojej rodziny zginęło 18 osób, tj: wujek Maśnicki Jan i jego żona Petronela oraz ich dwanaścioro dzieci, których imion nie pamiętam. Zginął dziadek Józef Błażyjewski i jego żona, nasza babka Balbina. Zginęła ciotka Kucharska Krystyna, która była w dziewiątym miesiącu ciąży. Zginęło również kilku Polaków z policji niemieckiej, którzy nas bronili. Z całego miasta ocalało kilka rodzin polskich 4 - 5, nie więcej. Między innymi moja rodzina. Ocaleliśmy chyba dlatego, że schroniliśmy się blisko koszar. /.../ Mężczyźni zwozili ciała w jedno miejsce pod cmentarz i tam je pochowano w wielkim dole. Przez trzy dni zbierano ciała z ulic miasta. Mężczyźni, którzy się tym zajmowali, nie mogli uwierzyć, że tyle okrucieństwa, bestialstwa i nienawiści może być w człowieku. Ulice miasta były pełne trupów, głowy często leżały oddzielnie, inne części ciała zmasakrowane. Wszędzie było pełno krwi. Te dni ataku jawią mi się we wspomnieniach jak straszny koszmar.” (Relacja świadka Romana Szpita; w: Lucyna Kulińska, Dzieci Kresów II, Kraków 2006, s. 78-79).„Tego samego tygodnia w środę banderowcy napadli na Mizocz. Naszego sąsiada córeczka Wandzia Procner  opowiadała , gdy jej ojciec usłyszał strzały i zobaczył, że domy się palą uciekł z czwórką dzieci do ogrodu do dołu, gdzie na zimę zakopywano kartofle. Wandzia schowała się w krzaku porzeczek. Gdy banderowcy podpalili ich dom, przyszli i znaleźli ojca i tych czterech braci, widziała jak ojciec ukląkł na kolana i zaczął prosić o darowanie życia. Ale dwóch banderowców podeszło i widłami jeden z jednej strony a drugi z drugiej wbili widły w jego boki i zaciągnęli ojca i wrzucili do ognia. Następnie wrócili po resztę dzieci i również wzięli za ręce lub za nogi i żywcem wrzucili do ognia. Ona ocalała”. (Bogdan Melcer; w: http://prawy.pl/3456-bogdan-melcer-swiadek-zbrodni-upa-zywcem-wrzucili-dzieci-za-nogi-do-ognia/ ).  

 

   25 sierpnia:

W kol. Helenówka Gnojeńska pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zabili 14-letniego polskiego chłopca Zbigniewa Kędzierskiego.

We wsi Maniawa pow. Nadwórna banderowcy uprowadzili Polaka, kierownika kopalni, który zaginął bez wieści. „Między 22-25 sierpnia w Maniawie obok Nadwórnej znikł bez śladu Kocół Eugeniusz, kierownik kopalni. Zostawił żonę i córkę, które wyjechały do rodziny na zachód.” (1943, 13 września – Pismo Pol. K. O. w Stanisławowie do Delegata RGO we Lwowie. Dotyczy mordów i uprowadzeń Polaków w stanisławowskim. W: B. Ossol. 16721/1, s. 273-275).

We wsi (kolonii) Sienkiewicze pow. Krzemieniec Ukraińcy zamordowali 26-letnią Bronisławę Kozakiewicz.

We wsi Wirkowice pow. Krasnystaw policjanci ukraińscy z Niemcami zamordowali 39 Polaków, w tym 9 dzieci oraz wywieźli 500 Polaków, w tym około 300 dzieci w nieznanym kierunku.

 

   26 sierpnia: 

We wsi Bratkowce pow. Stanisławów: „26.VIII.1944 [1943 – S.Ż.] Bratkowce pow. Stanisławów:  Matuszewski Michał, naczelnik porwany w nocy ze stacji.”  (1944, 17 lipca – Pismo PolKO w Stanisławowie do Dyrektora RGO w Krakowie zawierające imienny spis osób uprowadzonych i zamordowanych od początku napadów, od września 1943 do 15 lipca 1944. W: B. Ossol. 16721/1, s. 349-373). 

We wsi Budy Ossowskie pow. Kowel upowcy uprowadzili kilku Polaków, w tym rodzinę Szydłowskich, do wsi Wołczak pow. Włodzimierz Wołyński i tam ich zamordowali. 

W kol. Iwanicze Nowe pow. Włodzimierz Wołyński  zamordowali 20-letniego Tadeusza Lachowskiego.

We wsi Lityń pow. Kowel zamordowali 2 Polaków, braci, Stanisława i Bolesława Mariańskich jadących furmanką, wóz z końmi zrabowali Ukraińcy z Litynia. 

We wsi Milatyn Nowy pow. Kamionka Strumiłowa„W dniu 26.VIII.43 zamordowani zostali dwaj robotnicy kolejowi Polacy, a mianowicie: Woźniacki Leon, lat 32 z zawodu dyżurny ruchu na stacji Kolejowej Lwów Podzamcze oraz Warczewski Marian, również pracownik Kolejowy. Natomiast trzeci, który w tym czasie szedł z wymienionymi ze stacji kolejowej  Kutkorz do Milatyna został ciężko postrzelony i zdołał życie ocalić”. (1943, 13 września – Pismo PolKO w Kamionce Strumiłowej do Delegata RGO we Lwowie dotyczące mordów Polaków w rejonie Kamionki Strumiłowej i Radziechowa. W: B. Ossol. 16721/1, s. 173-174; oraz: 1944, 4 stycznia – Pismo Delegatury PolKO w Kamionce Strumiłowej do Delegata RGO we Lwowie dotyczące uprowadzeń i mordów dokonywanych na Polakach w okolicy Kamionki Strumiłowej i Radziechowa. W: B. Ossol. 16721/1, k. 177).

We wsi Uhryń pow. Czortków zamordowali 3 Polaków, w tym kolejarza.

We wsi Wołczak pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 11 Polaków, w tym 5-osobową rodzinę Szydłowskich i 4-osobową rodzinę gajowego Czereniuka. W lipcu i sierpniu w pobliskim lesie upowcy zamordowali przywiezionych ponad 150 Polaków.

W majątku Ziemlica pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 3 starszych Polaków: właściciela majątku dr inż. Stanisława Górskiego, lat 71, jego siostrę Marię Janiszewską, lat 63, oraz 71-letnią Marię Krzyżanowską. 

 

   27 sierpnia: 

We wsi Chobułtowa pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 46-letniego Mikołaja Łaszewskiego.

We wsi Czernelica – Okno pow. Sokal: „W Czernelicy-Oknie, pow. Sokal (27 sierpnia 1943) – bojówka szowinistów ukraińskich zamordowała Zenona Borzemskiego, leśniczego oraz trzy inne osoby narodowości polskiej”. (Stanisław Dłuski: “Fragment wielkiej zbrodni” ; w: „Las Polski”, nr 13-14 z 1991 roku).   

We wsi Dryszczów pow. Brzeżany: „27.VIII.1943. Dryszczów pow. Brzeżany. Ukraińcy zamordowali Reitera lat 23 narodowości polskiej. W nocy do zagrody Reiterowej wdowie po sołtysie zamordowanym przez Ukraińców w 1939 r. przybyło sześciu uzbrojonych Ukraińców żądając widzenia się z jej synem. Matka oświadczyła im, że syn jest w młynie. Ukraińcy nie uwierzyli, poszli do stodoły i tam znaleźli Reitera, którego bijąc uprowadzili. Następnego dnia wieczorem, rodzina odnalazła zwłoki Reitera w rzece z uwiązanym kamieniem u szyi” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174). „W nocy z 27 na 28 sierpnia br. uprowadzili ukraińcy Reitera Stefana, rolnika w Dryszczowie, gmina Buszcze, pow. brzeżański, z domu jego matki, żywiciela rodziny złożonej z matki i 2 braci, ojca, których zamordowali nacjonaliści ukraińscy we wrześniu 1939 r. Reitera Stefana utopiono żywcem w Młynówce, słyszano bowiem krzyk: “nie topcie mnie”.  (1943, 12 września – Sprawozdanie PolKO w Brzeżanach dla Delegata RGO Leopolda Tesznara dotyczące mordów dokonanych na ludności polskiej na terenie powiatów brzeżańskiego i podhajeckiego. B. Ossol. 16721/2, s. 89-90)

We wsi Gnojno pow. Włodzimierz Wołyński miejscowi Ukraińcy zamordowali Feliksę Dolecką uciekającą ze wsi  Swojczów do miasta Włodzimierz Wołyński. Inni: "Z posterunku policji ukraińskiej w Gnojnie przyjechało do domu Felicji w Swojczowie, dwóch znanych jej ukraińskich policjantów. Powiedzieli do Felicji tak: "Zbieraj się odwieziem cię do Włodzimierza Wołyńskiego, bo tutaj Ukraińcy cię zabiją!" Ona już w tym czasie wiedziała o tragedii jaka wydarzyła się niedawno w polskim Dominopolu. Zaufała Ukraińcom, zebrała pospiesznie swoje rzeczy do walizek, wsiadła z nimi na furmankę i odjechali. Zamiast jednak do Włodzimierza Wołyńskiego pojechali w trójkę na posterunek policji ukraińskiej w Gnojnie. Tam ją gwałcili, a w końcu zaciosali kołka i wbili jej ten pal w błonę poślizgową. Tak wbili ją na pal, zupełnie jak za okrutnych czasów ich bohatera narodowego Bohdana Chmielnickiego".  (Wspomnienia Kazimierza i Antoniny Sidorowicz z d. Turowska ze wsi Dominopol w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1930 – 1944 r., Sławomir Tomasz Roch, 01 maj 2003 r., Zamość, s. 22; w:  www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl).

W kol. Różyn pow. Kowel Ukraińcy uprowadzili 8 młodych Polaków i zamordowali w kol. Dobrzyńsk; ciała ofiar były powiązane drutem kolczastym.

 

   28 sierpnia: 

We wsi Beresk pow. Horochów „ukraińscy partyzanci” zamordowali 3-osobową rodzinę polską kowala: 60-letniego Grzegorza Paluszyńskiego, jego 60-letnią żonę Aleksandrę oraz 20-letnią córkę Stanisławę, którą przed śmiercią zgwałcili.

We wsi Doszno pow. Kowel bandyci z UPA pochodzący z sąsiedniego Datynia obrabowali gospodarstwa i zabili 54 Polaków. „Mordowano szablami, motykami, siekierami (rozrąbywano głowy i całe ciała) oraz bagnetami. Niektóre zwłoki miały wydłubane oczy, odcięte języki, były powiązane drutem kolczastym, przybite do podłóg i ścian bagnetami. Dobytek ruchomy pomordowanych wywieziono wozami” (Siemaszko..., s. 329). „27 sierpnia, w wigilię ukraińskiego święta Matki Boskiej Zielnej, wieczorem na ziemi Bolesława Rubinowskiego zebrała się polska młodzież. Przy ognisku grano i śpiewano do późna w nocy. Napadu ze strony band ukraińskich nie spodziewano się, gdyż dwaj mieszkańcy wsi: Stanisław Chrapczyński, który bywał na zebraniach banderowców i Iwan Kosiński zw. Jwanko", który nawet prawdopodobnie brał udział w mordach, zapewniali, że nic złego bać się nie trzeba, bo przecież oni sami na czas w razie czego uprzedzą. Niestety, świt następnego dnia miał się okazać potworny. Relacja mojej babci Ani: „Mój mąż Bolesław wrócił do domu gdzieś koto szóstej rano. Zawsze sam gonił krowy do pastucha, ale tym razem zbudził mnie i powiedział - pogoń krowy Anka, bo zmarzłem i coś się źle czuję. Nasz pastuch Michałko uprzedził, że tego dnia nie przyjdzie, bo jest chory. Zawsze krowy pędziło się drogą nad lasem, na Datyń, ale kiedy otworzyłam chlew, krowy jak zwariowane pobiegły same nad jezioro i nie dawały się zawrócić. Pogoniłam je więc tak jak chciały nad jezioro. Kiedy je przypędziłam, pastuch Ukrainiec był mocno zdziwiony. Droga biegła od Datynia. Tędy szła banda do Doszna. Wracałam tą samą drogą i byłam już niedaleko domu, kiedy z trzcin wypadł nagle zakrwawiony Florek, krzycząc: „Anka, uciekaj! U ciebie już nikt nie żyje. W domu był i mąż i córka Janina, druga córka mężatka Frania z wnuczką od pewnego czasu mieszkały u teściów córki. Nie wiem jak długo kryłam się w trzcinach, w końcu poszłam do domu. Doszłam do rogu gumna, które stało najdalej ze wszystkich zabudowań. Patrzyłam jak bandyci ładują na furmanki świnie, wydzierają pszczołom miód, strzelając do uli, wynoszą z domu różne rzeczy. Odwróciłam się i odmawiając różaniec. już nawet nie kryjąc się, wróciłam nad jezioro. Prosiłam tylko Boga, żeby strzelili mi w plecy, żeby nie męczyli. Przeleżałam cały dzień w oczerecie nad jeziorem. Nie czułam ani pragnienia, ani łaknienia.” Relacja mojej matki Franciszki Kosinskiej: „Tej nocy mąż mój z młodszym bratem, jak to od kilku dni już bito, spał w stodole. W domu byli teść, teściowa j trzy siostry męża. Było już dobrze widno, kiedy z dzieckiem na ręku podeszłam do okna. Zobaczyłam jak wzdłuż jeziora biegnie Józef Sawicki, a za nim goni na koniu banderowiec z wyciągniętą szablą w dłoni. Kiedy koń już wyprzedzał Sawickiego, banderowiec machnął ręką i głowa ściganego zawisła na plecach. Trup z wiszącą głową biegł jeszcze kawałek drogi. To trwało sekundy. Z dzieckiem na ręku przeskoczyłam polną dragą obok chaty i znalazłam się w życie. Byto już chyba południe, kiedy córka mocno wtulona w moją szyję szeptała - mamusiu pić. Na wsi jak mi się wdawało panowała już; cisza. Weszłyśmy do chaty Ukraińca. Jeszcze nie zdążyli podać mi wody, kiedy przed dom zajechała banda na koniach. Może 30, może 40 ludzi. Do domu wszedł jeden i od progu zapytał: „hde tu Polaczka Frania ?" Stałam na przeciw niego patrząc pilnie w jego oczy. Odparłam po ukraińsku - a jeżeli to ja Polaczka Frania, to nie wolno mi żyć? Dziecko przyczepione do mojej szyi szeptało : „nie mów po polsku, nie mów po polsku..." Modliłam się, patrząc mu w oczy, których nigdy nie zapomnę. Modliłam się do Matki Przenajświętszej, żeby mnie skryta choćby pod skrawek swego płaszcza. Modliłam się całą swoją duszą każdą cząstką ciała. Widziałam ten Płaszcz i niemal widziałam jak z dzieckiem chowam pod jego połą. Mój gospodarz tymczasem przekonywał Ukraińca, że tu nie ma żadnej Polaczki Frani, a ta, to „niespełna rozumu". „A gdzie ona brała ślub?” - dopytywał się tamten. „No jak gdzie ? W cerkwi, a gdzie mogła brać. Przez cały czas bandzior nie spuszczał ze mnie oka, ani ja z niego. W końcu klepnął nahajem po cholewach, machnął ręką i powiedział: „chaj żywe!” Wyszedł przed dom, podano mu konia, machnął ręką przy wsiadaniu i bandyci zaczęli odjeżdżać. Zauważyłam tylko siekierę przytroczoną do konia. Nagie usłyszałam za sobą jakiś łomot. To gospodarz próbując usiąść na krześle zwalił się na podłogę. Dostałam jakichś drgawek, ząb nie trafiał na ząb. Próbowałam pomóc wstać, ale nie z tego nie wyszło. Reszta domowników stała jak zahipnotyzowana. Ile czasu tak upłynęło, tego nie wiem. Cały czas byłam skupiona na modlitwie. Wszedł inny sąsiad, Ukrainiec i powiedział: „nu, wże rezunów ne ma”. Wybiegłam z domu i wpadłam do obok stojącego dużego dwurodzinnego budynku moich stryjów mieszkających z rodzinami i babunią Ewą. Moi stryjowie Florian i Piotr Rubinowscy i nasz kuzyn Kazimierz Jedynowicz leżeli twarzami do ziemi, przybici do podłogi bagnetami. Pod jabłonią tuż koło progu leżały stryjenki z dziećmi. Gienia trzymała najmłodsze dziecko w objęciach. Ona i jej synek mieli rozrąbane głowy. Sabina, stryjenka miała rozrąbaną głowę i odarta była z odzieży. Przy dwóch piersiach leżały dwa bliźniaki, jej ośmiomiesięczne dzieci. Zobaczyłam babunię, która stała lekko pochylona, tyłem do mnie, oparta o dom. Myślałam, że żyje. Była przybita bagnetem do domu i tak skonała stojąc. Jak oszalała biegałam od domu do domu i w końcu dobiegłam do moich rodziców na kolonii. Ojciec leżał koło łóżka w bieliźnie też przybity bagnetem do podłogi, twarzą do ziemi, z narzuconym ściągniętym z łóżka siennikiem. Siostra Janina była ubrana w białą świąteczną sukienkę, uczesana z rozpuszczonymi włosami przepasanymi niebieską wstążką skulona leżała w pokoju pod stołem. Zginęła od strzału w serce. Nie znalazłam trupa matki. Biegałam po zabudowaniach szukając jej. Pobiegłam dalej na kolonię do trzech ciotek, starych panien „Cyrylanek”, tak nazywanych od imienia ich ojca Cyryla. Nie byto w domu nikogo. Michalinę znaleziono później niedaleko na polu kartofli z odrąbanymi rękami i nogami. Stasię i Hanię zamordowano we wsi. W spiżarni znalazłam zmasakrowane, ze związanymi drutem kolczastym rękami zwłoki ciotki Karoliny Jedynowicz, jej syna Tadeusza i pasierbicy Józefy. Drugi jej pasierb Bronisław mieszkał z żoną i trojgiem dzieci osobno. Wyprowadzono wszystkich do stodoły i tam znalazłam nie do opisania zmasakrowane ich ciała. Żona Kazimierza Jedynowicza Maria na widok ludzi na podwórku wujenki Karoliny poszła zobaczyć co się dzieje. W tym czasie najstarszy syn wyniósł jedno z dzieci kalekich, które nie chodziło na podwórze. Na widok matki wracającej i popychanej przez nieznanych ludzi dzieci pobiegły na podwórze sąsiada Ukraińca. Wkrótce potem matkę wraz z dzieckiem kaleką znaleziono okrutnie pomordowanych. Trójka ocalałych dzieci przesiedziała do wieczora u sąsiada, który dał im na drogę chleb i słoninę i wskazał drogę do Wilimcza do ich babci. (...) Na podwórzu siostry matki Pauliny Rubinowskiej znalazłam dwa zmasakrowane trupy kobiet, Byty to ciotka Paulina i jej córka Antonina. Nie byto syna Madzia. Tak biegałam przez cały dzień z dwuletnią córką na ręku od domu do domu, od rodziny do rodziny. Nie płakałam, nie mogłam płakać, tytko czułam piasek w oczach. Dopiero nad wieczorem mąż odciągnął mnie z dzieckiem do lasu koto cmentarza.” Relacja Aliny Brdąk z domu Rubinowskiej: „Wieczorem przed tym tragicznym dniem poszłam spać na siano nad chlew, do mojej koleżanki, z którą się bardzo przyjaźniłam - była moją kuzynką. Był z nami jej brat Janek. Rankiem zbudził nas okropny krzyk. Nie mogliśmy nic zobaczyć, bo strzecha była bardzo gruba. Kiedy się wychyliłam, zobaczyłam w otwartych drzwiach domu kuzynki, stojącego tam mężczyznę. Jej brat Janek nie pozwalał nam zejść, nakazał ciszę i spokój mimo, że słyszałam krzyki mojej matki i rodzeństwa mordowanych na naszym podwórku. Po długim czasie, kiedy wszystko ucichło, zeszłyśmy na dół. Matka Antoniny leżała na progu cała zakrwawiona, nie dając znaku życia. W pewnej chwili otworzyła oczy i powiedziała : „uciekajcie”. Zabroniła mi iść do domu, wyszeptała: "patrz, koło waszego domu stoi Ukrainiec”. Stał tyłem do nas. Antonina pierwsza pobiegła za dom, na łąkę. Pobiegłam za nią. Schowałyśmy się w takim głębokim, zarośniętym szuwarami dole z wodą. Okropnie nas gryzły pijawki. Odrywałyśmy je od siebie, siedząc po szyję w wodzie, która powoli zabarwiała się naszą krwią. Kiedy wychyliłam głowę, zobaczyłam stojące furmanki już załadowane dobytkiem Polaków. Miałam 9 lat, a Antonina była o rok starsza.” (Fragmenty wspomnień świadków spisanych przez Mirosławę Bacławską opublikowane w książce "Świadkowie mówią", zatytułowane "Dlaczego?").

We wsi Mohylno pow. Włodzimierz Wołyński upowcy wzięli na podwodę 45-letniego Polaka Feliksa Szewczuka i go zamordowali: odrąbali mu ręce i genitalia.

W kol. Radowicze pow. Kowel zamordowali 5-osobową rodzinę polską Daszkiewiczów.

We wsi Stanin pow. Radziechów zamordowali Polaka, byłego podoficera zawodowego WP. „W tym samym czasie został zamordowany niejaki Ożga N., były wojskowy zawodowy WP, którego zamordowali w miejscowości Stanin, pow. Radziechów.”  (1943, 13 września – Pismo PolKO w Kamionce Strumiłowej do Delegata RGO we Lwowie dotyczące mordów Polaków w rejonie Kamionki Strumiłowej i Radziechowa. W: B. Ossol. 16721/1, s. 173-174). „Ożga N., gospodarz wsi Stania, pow. Radziechów zamordowany 28.VIII.1943”. (1944, 4 stycznia – Pismo Delegatury PolKO w Kamionce Strumiłowej do Delegata RGO we Lwowie dotyczące uprowadzeń i mordów dokonywanych na Polakach w okolicy Kamionki Strumiłowej i Radziechowa. W: B. Ossol. 16721/1, k. 177).

We wsi Turyczany pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 55-letniego Józefa Matacza 

 

   W okresie między marcem a 29 sierpnia:

Koło kol. Święte Jezioro pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy uprowadzili do lasu i zamordowali 2 Polaków.

 

   W nocy pomiędzy 27 a 29 sierpnia 1943 roku:

We wsi Zamlicze pow. Horochów miejscowi Ukraińcy zamordowali około 15 Polaków, którzy po rzezi wsi 11 lipca wrócili dokonać żniw.

 

   W nocy z 28 na 29 sierpnia 1943 roku: 

W kolonii Szury  pow. Włodzimierz Wołyński został zamordowany wraz z córkami Lolą lat 11 i drugą lat 2 przez UPA leśniczy leśnictwa Pisarzowa Wola  Jabłoński . Żona została zamordowana w niedługim czasie po tym wydarzeniu. (Edward Orłowski..., jw.).  

 

   29 sierpnia (prawosławne święto Wniebowzięcia NMP) 1943 roku:

W kol. Adamówka pow. Kowel podczas drugiego napadu Ukraińcy zamordowali co najmniej 14 Polaków.

W kol. Aleksandrówka pow. Kowel podczas drugiego napadu  zamordowali ponad 30 Polaków.

W kol. Antonówka pow. Kowel zamordowali co najmniej 15 Polaków, w tym 3 rodziny.

W kol. Augustów pow. Horochów zamordowali 7-osobową rodzinę polską. Świadek Kajetan Cis, ukryty w kopie zboża złożonej z dziesięciu snopków widział nieudaną próbę ucieczki rodziny Malinowskich. Rodzina ta liczyła 7 osób: rodziców, teściową i dzieci lat: 2. 3, 4 i 5. „Rozjuszona banda, jeszcze okrwawiona i rozgrzana we Władysławówce - widłami, siekierami, sierpami i kosami - zabijała, maltretowała tę rodzinę; kobiety, żonę Malinowskiego i teściową, rozebrali do naga i gwałcili - chyba gwałcili już nieżywe kobiety, bo leżały bez ruchu i co raz jakiś ryzun kładł się na nie, były całe we krwi. Żywe dzieci podnosili na widłach do góry - straszny krzyk (...). Kilku ryzunów poznałem - mieszkali w przyległych wioskach, sąsiedzi”. (Siemaszko..., , s. 1237).

W kol. Czmykos pow. Luboml upowcy razem z chłopami ukraińskimi z okolicznych wsi Czmykos, Sztuń, Radziechów, Olesk i Wydźgów wymordowali około 200 Polaków. Napadem kierował sotnik Pokrowśkyj, syn duchownego prawosławnego ze wsi Sztuń, oraz „Lis”, były gajowy. Rano miejscowi Ukraińcy zrobili rozeznanie wśród Polaków. Do Stanisława i Julii Król przyszedł znajomy Ukrainiec pożyczyć chleb, a za kilka godzin ten sam mordował łopatą ich córkę. Kolonia została otoczona pierścieniem strzelców UPA, który uniemożliwiał ucieczki. Grupy napastników w liczbie 10 – 20 na jedno gospodarstwo rozeszły się po kolonii i mordowały w okrutny sposób siekierami, widłami, kosami, drągami i innymi narzędziami gospodarskimi – tam, gdzie ofiary dopadnięto: w mieszkaniach, na podwórkach, na polu. Grupę dziewcząt i kobiet spędzono do szkoły, gdzie po zgwałceniu i zmaltretowaniu, zwłoki wrzucono do szkolnej ubikacji. Sprzęty, wozy, żywność, ubrania, buty oraz inwentarz żywy rozgrabili upowcy i mieszkańcy sąsiednich wsi ukraińskich. W późniejszym czasie kolonia została spalona. Eugeniusz Król, lat 12, został przybity za ręce, nogi i szyję do drzwi w kuchni. Helenę Greczkowską, lat 20, zarąbał siekierą znajomy Ukrainiec ze wsi Czmykos (Siemaszko..., s. 490 – 492). Zofia Wąs z d. Król, jako świadek pisze o sobie w osobie trzeciej: „Zofia Król, lat 7 i Janina Kotas, lat 12 bawiły się w sadzie lalkami. Nagle zaczęły dochodzić dziwne odgłosy. Starsza dziewczynka, Janina Kotas, zidentyfikowała, że są to banderowcy. Nagle jeden z nich pojawił się w sadzie, gdzie bawiły się dziewczynki (znany dziewczynkom, gdyż pochodził ze wsi Czmykos, gdzie mieszkali w większości Ukraińcy). Ten człowiek był tego samego dnia rano u państwa Królów – chciał pożyczyć chleb. Pani Julia Król, lat 29, matka Zofii dała mu cały bochenek, podziękował i wyszedł. W sadzie ów Ukrainiec zapytał, czy rodzice są w domu. Zofia odpowiedziała, że tak. Dalej już nic nie pamięta. Jak się okazało później, dostała w tył głowy łopatą, co spowodowało utratę świadomości i wstrząs mózgu. Gdy Zofia odzyskała przytomność, było jeszcze widno, okazało się, że wraz z koleżanką zostały przysypane ziemią w niewielkim rowie. /.../ Janina Kotas leżała na Zofii z odciętymi w połowie łydek nogami. Dostała przez chwilę drgawek i przestała się odzywać, prawdopodobnie już nie żyła. Zofia wydostała się z prowizorycznego grobu i poszła do domu. Zorientowała się, że w domu są jeszcze banderowcy, więc wystraszona schowała się w konopie. Jak już wszystko ucichło, ponownie Zofia wybrała się do domu. I co zastała? Mama Julia Król, lat 29, z domu Greczkowska, leżała na podłodze cała zakrwawiona z nożem w piersi, już nie oddychała. Brat, Eugeniusz Król, lat 12 został przybity za szyję i ręce do drzwi w kuchni, również już nie żył. Tata Stanisław Król, lat 38 leżał koło pasieki, najprawdopodobniej przerżnięty piłą, jeszcze żył. Jak zobaczył Zofię, zaczął krzyczeć, żeby uciekała do babci. Zofia pobiegła najpierw do Marii Danielak, swojej matki chrzestnej. W domu nikogo nie było, na podłodze leżało tylko jakieś dziecko, całe porozrywane (głowa, nogi, ręce – osobno). Następnie Zofia pobiegła do swojej babki Katarzyny Król i dziadka Antoniego króla, tam też nikogo nie było, tylko pełno krwi wszędzie. Następnie Zofia pobiegła do drugiej swojej babki Zofii Greczkowskiej i dziadka Feliksa Greczkowskiego. Po drodze spotkała swoją koleżankę Amelkę, lat 5 i jej siostrę Annę. Lat 3, Góral. Za chwilę wyszedł, wyłonił się nagle, jakiś Ukrainiec i zaczął strzelać. Anna Góral, lat 3 zginęła na miejscu. Amelka Góral została postrzelona w ręce. Przed kulami uchroniła się jedynie Zofia. Zofia z ranną Amelką poszły do domu Greczkowskich, w którym też nikogo nie było. Po drodze napotkały leżącą, już nie żyjącą, kobietę z małym dzieckiem przy piersi. Dziecko jeszcze żyło. Następnie poszły do domu Amelki Góral i tam się schowały w kryjówce pod podłogą. Przesiedziały tam całą noc. Na drugi dzień poszły do Lubomla, do ciotki Zofii”. Było to 12 kilometrów, do cioci Zofii o nazwisku Wichruk z d. Król dotarły w bardzo złym stanie  (Siemaszko..., s. 1180).  Świadek Władysław Tołysz: „Ukraińcy dokonali też mordu we wsi Czmykos. Była to osada ukraińska, ale miała kolonie polską. Kilkunastu młodym mieszkańcom udało się ujść nożom i siekierom oprawców. Starsi zostali wyrżnięci. Ukraińcy zamordowali m.in. nauczycielkę Jakubowską, którą znałem i wielu innych”. (Władysław Tołysz: Najłatwiejszy łup dla zbrodniarzy”; w  Marek A. Koprowski: Wołyń. Epopeja polskich losów 1939 – 2913. Akt II. Warszawa  2013; s. 225).

We wsi Derno pow. Łuck zamordowali 19-letniego Stanisława Wolaka.

W kol. Ewin pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zamordowali co najmniej 8 Polaków. „ Moja Mama Jadwiga oraz tato Jan opowiadali mi osobiście we Włodzimierzu Wołyńskim, że rodzona siostra mojej mamy Leokadia z domu Kaliniak lat około 30, została zamordowana przez czterech Ukraińców niedaleko Swojczowa, we wsi Ewin. To było podczas rzezi ukraińskich w 1943 r. Opowiadali o jej śmierci tak: "Dwóch Ukraińców ją trzymało, a dwóch przerzynało piłą na pół i tak Lodzię zamęczyli na śmierć!" Leokadia wyszła za mąż i miała swoje dzieci, niestety nie pamiętam już dziś ile.” Nazywam się Czesław Albingier, Urodziłem się 09. 01. 1931 r. we wsi Sierakówka, gm. Werba, powiat Włodzimierz Wołyński.. /.../  W Swojczowie mieszkała też Leokadia z domu Kaleniak, najmłodsza siostra rodzona mojej mamy Jadwigi. Moi rodzice opowiadali mi, że Leokodia była bardzo piękną kobietą i jeszcze przed II wojną światową wyszła za mąż. Wraz z mężem mieszkali w bliskich okolicach Swojczowa. Podczas rzezi także ich dom, został napadnięty przez ukraińskich nacjonalistów. W trakcie napadu zastrzelono jej młodego męża, a ją Ukraińcy zabrali do lasu i przez miesiąc czasu gwałcili. Potem ją okrutnie zamordowali.” (Wspomnienia Wacławy Roch i Czesława Albingiera ze wsi Sierakówka w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1938 – 1944. Wysłuchał i spisał Sławomir Tomasz Roch, 2009 r. W;  http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/sierakowka-roch_waclawa_i_czeslaw.html ) Latem 1943 r. banderowcy okrążyli ich wieś, a następnie uzbrojeni w przeróżną broń wchodzili do wsi i mordowali dosłownie wszystkich, których spotkali na swojej drodze. Mordercy nie oszczędzali nikogo, ani kobiet, ani dzieci. Kazia opowiadała mi osobiście, że także ich dom został napadnięty przez ukraińskich nacjonalistów. Ona i jej mąż rzucili się do ucieczki. Stanisław chwycił na ręce malutką jeszcze Alfredę, miała wtedy około 1,5 roczku i zaczął szybko uciekać, byle dalej od domu. Niestety zauważyli go oprawcy i celnie posłali mu śmiertelną kulę, gdy padał na ziemię, albo resztką przytomności, albo za przyczyną autentycznego cudu, przykrył swoim ciałem niemowlę, nie czyniąc mu przy tym większej szkody. Kazimiera tymczasem była ukryta w schronie, bądź w najbliższej okolicy i przeżyła napad. Po odejściu bandziorów odnalazła dziecko pod ciałem zastrzelonego męża.” (Sławomir Tomasz Roch: Beri szablu, beri nyż, spotkasz Lacha taj zariż!; w: http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/beri-szablu-beri-nyz-spotkasz-lacha-taj-zarisz ). W. i E. Siemaszko na s. 917 podają, że Ukraińcy siekierami i widłami zamordowali 5 Polaków: Józefa Litwińczuka lat 29, Stanisława Traczyńskiego lat 62, jego żonę Antoninę lat 60, syna Leona lat 38 i córkę Feliksę lat 18.

W kol. Głęboczyca pow. Włodzimierz Wołyński „powstańcy ukraińscy” razem z chłopami ukraińskimi z sąsiednich wsi wymordowali około 250 Polaków – „od niemowląt” (np. dziecko Bolesławy Zarzyckiej), „po starców” (np. 96-letnia wdowa Kazańska). Napad miał miejsce o świcie, zabijali siekierami, widłami, nożami, szpadlami, drągami itp. Ofiary bestialsko torturowali, obcinali języki, ręce, nogi; na wpół żywych wrzucali do dołów, które zasypywali. Ranną 11-letnią Anię Krakowiak zakopali żywcem. Małemu dziecku Jana i Anieli Sławskich roztrzaskali główkę o słup (Siemaszko..., s. 872 – 874). „W ostatnich dniach sierpnia 1943 roku w niedzielę przed świtem, prawie już wstawał dzień, obudziły mnie odgłosy echa krzyku sąsiedzkich gęsi. Zaniepokoiłem się bardzo tym rannym donośnym hałasem. Zrywam się ze swojego legowiska w stodole i wybiegam na podwórze. Wpadam do śpiącej rodziny w mieszkaniu i stanowczo wszystkich głośno budzę. Matka bardzo strwożona zabiera z posłania młodsze rodzeństwo, chwyta, co było pod ręką z ich ubrań i ucieka w kierunku rzeki Turii. Po drodze przed rzeką, na polu złożonego już w kopy zboża, ukrywa się z młodszym rodzeństwem w tych kopach. Zrozpaczona mówi do mnie, żebym uciekał do naszego kuzyna Józefa Chojnackiego, który mieszkał na wschodniej krawędzi wsi Głęboczycy. Było to od nas niedaleko, około 1,5 kilometra. Po kilkunastu minutach dobiegam do domu Chojnackich. W domu kuzyna nikogo nie zastaję, spostrzegam, że wszystkie drzwi w pomieszczeniach są pootwierane i widzę, że zostały opuszczone tak samo jak nasze. Wtedy nie zastałem z nich nikogo. Dopiero później dowiedziałem się od mojego stryja Stanisława Winiarskiego, któremu również banda UPA wyrżnęła rodzinę, gdy on był wcześniej, wyszedł z domu do obrządku inwentarza. Ukryty w oborze widział, jak mordują jego małoletnie dzieci i rodzinę swojego sąsiada, mojego kuzyna Chojnackiego. Twierdził, że w czasie rąbania siekierami jego rodziny Chojnackiemu z rodziną udaje się niepostrzeżenie wypaść z domu do dobrze krzewami zarośniętego ogrodu. Pod osłoną drzew wbiegają do stojących dziesiątek ze zbożem, w których wszyscy się ukrywają. Może byłoby się im udało zachować życie, gdyby nie pozostawiony w zagrodzie uwiązany na łańcuchu pies, który donośnie wył. Bandyci wpadają do mieszkania, w którym nie było kogo rąbać. Zainteresowali się wyciem psa. Chwytają go i wypuszczają z uwięzi. Pies wyrywa się bandytom i pogonił do tych ukrytych w zbożu. Nie było dla nich ratunku. Banda UPA z Ukraińcami z Dulib i Turyczan morduje. Samego kuzyna Chojnackiego, z wściekłości chyba, że się ukrył, przywiązano łańcuchem do uprzęży konia i tak go wleczono za galopującym zwierzęciem, aż zostały z niego tylko nagie strzępy ciała. Od Chojnackich, których już nie zastałem, wracam w kierunku rzeki. Jadę przez pole, w którym ukrywała się matka z rodzeństwem. Penetruję kilka dziesiątek i widzę, że najdroższa mi osoba, moja Matula, w jednej z dziesiątek zboża leży już nieżywa. Uderzona została ostrzem siekiery bardzo głęboko przez środek głowy, nie dając żadnego ruchu i znaku życia. Rana na głowie jest okropnie opuchnięta, że głowa rozdwaja się z widocznym na wierzchu zakrwawionym mózgiem zalanym zakrzepłą krwią. Nie mogę na ten przerażający widok patrzeć, na tak straszną śmierć mojej Matuli, krwią całej zalanej. Z trwogą, że nie mogę jej już w niczym pomóc, w przerażeniu z obawą zaglądam do innych kup zboża za rodzeństwem. Za siostrami Danutą, lat 6, Czesławą, lat 4 oraz braćmi Janem, lat 14 i Albinem, 2 lata. Żadnego z nich nie odnalazłem. Okropnie strwożony wracałem do domu. Ubieram się w lepszą i grubszą odzież, z domu biorę, co jest pod ręką, trochę żywności i bochenek chleba. Udaję się za rzekę Turię do swego znajomego, Wojtowicza, który za żonę ma Ukrainkę. U Wojtowiczów ukrywam się w stodole, pełnej już zwiezionego z pola zboża. Przebywa już tam ukrytych osiem osób z pobliskich wsi polskich. Niektórzy z nich byli mi znajomymi. Z Głęboczycy naszej Jan Żuk, starszy ze Słowikówki, Kraszewski, lat 18 i Wdowiak, parę lat starszy ode mnie. U Wojtowicza ukrywamy się do paru dni, po których, na pewno przez donos jego żony Ukrainki, zostajemy wszyscy wykryci. Przyjeżdżają po nas upowcy wozem konnym i zabierają wszystkich nas do sądu na śledztwo. Sąd ten mieści się w lesie w opuszczonej gajówce. Jedziemy pod nadzorem UPA, przejeżdżamy po drodze przez pole gęstego łubinu. Widzimy, jak łubin ten przeszukują upowcy z karabinami i kilka grup chłopów z siekierami. Niektórzy z nich niosą oprawione na trzonkach haki, niby bosaki. Widzimy, jak w czasie penetrowania łubinu wykryto kilka ukrywających się dzieci. Były to dzieci Maszki i Szczepańskiego z Głęboczycy. Wszyscy oni w tym łubinie na miejscu zostają zarąbani siekierami albo mordowani hakami. W gajówce upowcy prowadzą z nami śledztwo przez parę dni, każdego z osobna pytali o udział nasz w armii, czy posiadanie broni. Nikt z nas nie mógł odpowiedzieć na żadne z pytań, gdyż z tym się nie spotkał. Nakłaniają nas, byśmy przystępowali do ich organizacji. Po kilku dniach śledztwa przewożą wszystkich do Hajek. Zbliżał się już wieczór. W Hajkach było już ciemno. Umieszczają nas w obszernej zamkniętej pustej oborze. Pod osłoną nocy, która tak nam się trafiła, że była bardzo ciemna i deszczowa, decydujemy i szukamy sposobu i możliwości jakiejś, aby się z tej obory wydostać. Po północy udaje się nam podważyć jedną z bel w ścianie chlewu; przez kilku z nas podważana ustąpiła. W ten sposób, jak najszybciej udaje się nam prawie czołganiem, cicho wydostać poza obręb zabudowań. Pod osłoną nocy udaje się całej grupie, po kilku, przejść w kierunku na Włodzimierz Wołyński.” (Józef Winiarski; w: Lucyna Kulińska, Dzieci Kresów III, Kraków 2009, s. 349-357; za:  http://wolyn.btx.pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/783-w-gboczycy-w-ostatnich-dniach-sierpnia.html ).  „W końcowych dniach sierpnia 1943 roku, w niedzielę wczesnym rankiem, przed samym wschodem słońca, rodzice moi zajęci byli porannym obrządkiem inwentarza. Reszta rodziny jeszcze spała. W tym czasie z wielkim krzykiem i w rozpaczy przybiega nasza babcia, Anna Zymon, i mówi w przerażeniu, że Ukraińcy w naszej wsi Głęboczycy mordują Polaków. Wtedy rodzice bez zastanawiania się chwytają śpiące nieletnie rodzeństwo, a nas, starszych zrywają z posłania, ojciec mówi zaś do mamy: „Uciekajcie wąwozem w kierunku rzeki Turii”. Sam natomiast siada na konia i woła za nami, że postara się zatrzymać bandę UPA. Ojciec mój był legionistą. Teraz zdaję sobie sprawę, że starał się odwrócić uwagę bandy od nas, tak abyśmy mogli odbiec jak najdalej. Wiedział, że było nam ciężko, bo każdy z nas, starszych, za rękę ciągnął młodszego. Banda całą uwagę zwróciła na ojca, zaczęła go ostrzeliwać z broni palnej. My w tym czasie odbiegliśmy w kierunku rzeki. Uciekaliśmy ile tchu w piersiach. Po drodze słyszeliśmy, jak banda mordowała sąsiadów Zamrzyckich. Widzimy, jak ryzuny z siekierami po podwórzu ganiają za dziećmi sąsiada, jak strzelają za nimi z karabinów. Wszyscy, całą grupą, słyszymy przerażający płacz jego dzieci i rozpaczliwy krzyk sąsiadki Zamrzyckiej, o ratunek wołającej. Nie było dla nas wytchnienia ani czasu na zastanawianie się. Ile tylko w każdym z nas było sił, biegniemy. Na nasze szczęście dobiegliśmy do rzeki. Szukamy brodu, ale tak by nie zostać zauważonym pomiędzy szuwarami i krzakami. Po przejściu rzeki mamy wszystko mokre. Zziębnięci i zmęczeni przedzieramy się przez nadrzeczne krzaki i wysokie szuwary do lasu – już jesteśmy bezpieczniejsi, bo maskuje nas dość duża mgła. W lesie trochę zwalniamy biegu. Babcia obie rodziny, swoją i naszą, kieruje w stronę wsi Stawki, na kolonię stawecką, do naszego wujka Franciszka Tatysa. Całe szczęście, że już idziemy przez las. Strach przed zarąbaniem siekierą nieco słabnie. Jesteśmy zmęczeni i głodni, ale babcia i mama, niosące małe dzieci, wciąż przynaglają do szybszego marszu. Zatrzymujemy się u wujka Tatysa w jego stodole. Tatys nie może uwierzyć w taką zbrodnię, idzie do sąsiada Ukraińca zaczerpnąć wiadomości pod pozorem, że cieli się u niego krowa i potrzebuje pomocy. Żona Ukraińca mówi wujkowi, że syna i męża nie ma w domu, ponieważ otrzymali polecenie stawienia się we wsi ukraińskiej w Turyczanach. Nasza ciotka szykuje nam posiłek. W tym czasie do nas dochodzi ojciec i wraca wujek od Ukraińca. Po krótkiej rozmowie ojca z Tatysem nie czekamy na posiłek, tato decyduje się iść dalej w kierunku Madejowa. Idziemy tam lasem, ale z ojcem czujemy się bezpieczni. Omijamy ukraińskie wsie – Turyczany i Przewały. Już pod wieczór ojciec zatrzymuje się z nami w lesie, sam udaje się zaś do swojego znajomego z wojska. Przynosi nam od tegoż znajomego chleb i mleko i się posilamy. W międzyczasie znajomy ojca wraz z sąsiadami szykują konny wóz, by odwieźć chociaż dzieci do Maciejowa. Sami organizują się w eskortę do ochrony i pieszo wyruszają za wozami. Do Maciejowa docieramy już o zmroku, zatrzymujemy się na placu kościelnym. W Maciejowie w kościele lokujemy się na plebanii – tu gromadzi się już duża grupa ludzi. Siadamy wszyscy na posadzce w kościele. W chłodzie i głodzie, wystraszeni i do cna umęczeni drogą, czekamy rana, drzemiąc. Rano dociera do nas wujek Tatys, ale nie z całą swoją rodziną. Opowiada nam, że przy ucieczce natknął się na patrolujących drogi Ukraińców, uzbrojonych w siekiery i karabiny. Chcąc ich ominąć, ukrył się w krzakach. Grupa bandytów jednak ich dostrzegła i udała się za nimi w pościg. Podczas ucieczki zginęli jego synowie, jeden w wieku 6 lat, a drugi lat 8. /.../  Z opowiadania mojego stryjecznego brata Eugeniusza Sobieraja wiem, jak mordowano jego rodzinę i jego ojca, Antoniego. W trakcie mordu rodziny pobiegli obaj po zakopany pod gruszą karabin. Nie dobiegli jednak do niego, bo zostali zauważeni przez nadjeżdżających ryzunów. Ukryli się w kopach zboża. Eugeniusz, chowając się w kopę, przewrócił ją. Obok stojących schował się ojciec. Bandyci szukając ich, przewrócili kopy. Kiedy zobaczyli przewróconą, w której był ukryty Eugeniusz, ominęli ją jako już przewróconą, z następnej, która stała, wyciągnęli ojca i zaczęli go mordować. Ojciec, uderzony siekierą w głowę, przewrócił się, leżącego bandyci przerąbali na pół. W tym czasie Eugeniusz stracił przytomność, a po jej odzyskaniu dołączył do grupy uciekającej do Włodzimierza Wołyńskiego. Z innej relacji wiem, jak zamordowano rodzinę naszego sąsiada Grzesiaka. W czasie mordów ukryli się u swego dobrze znajomego Ukraińca, Trochima. On w celu ich ukrycia zlecił im kopanie schronu w obrębie swoich zabudowań. Po wykopaniu dołu, niby na schron, niespodziewanie zabił siekierą, stojących jeszcze w dole, Grzesiaka i jego żonę. Bez obawy zarąbał siekierą trójkę ich nieletnich dzieci i już sam dół zasypał. W ten sposób stał się bohaterem OUN-UPA – bo wojował z Polakami. To był bardzo zażyły, dobry sąsiad, Trochim.” (Relacja Kazimiery Jaśniewskie j zamieszczona w książce " Wołyń. Bez Komentarza"; w: http://wolyn.org/index.php/informacje/1224-wszystko-bedzie-nasze-powiedziala-ukrainka  Wyszukał i wstawił Bogusław Szarwiło, 18 czerwiec 2018). Świadek Lucjan Metrzelski: „W sobotę wieczorem 28 sierpnia przyszedł sąsiad ze swoją rodziną na noc. Zdawało im się, że bezpieczniej będą mogli przetrwać noc. Młodsze rodzeństwo ułożone zostało do snu. Siedząc przysłuchiwałem się rozmowie rodziców z sąsiadem o ciężkiej sytuacji w obliczu panoszącego się w okolicy bezprawia. O szalejących bestialskich mordach, masakrach popełnianych na Polakach. O pastwieniu się, ofiarach mordowanych przez łamanie kości, obrzynaniu członków ciała, wykluwaniu oczu jeszcze żyjącym ofiarom w celu sadystycznym, większym zadawaniu cierpień i męczarni dla uciechy i radości bandytów z UPA. Każda z ofiar przed skonaniem zmuszona była do wykopania sobie dołu w miejscu tortur; o gwałceniu dziewcząt nieletnich, gdyż, jak mówiono, nie wolno ich było zarżnąć przed zgwałceniem. Około północy znużony strachem i snem udaję się do swojej kryjówki w stodole. Budzą mnie strzały z karabinów i zajadłe wycie i szczekanie psa. Zrywam się z posłania. Widzę przez szparę w ścianie stodoły, jak banda UPA morduje ojca. Otoczony gromadą uzbrojonych w karabiny i siekiery, szamoczący się z bandytami, otrzymuje siekierą cios w głowę z tyłu. Zachwiał się do przodu, zgiął w kolanach i upadł twarzą na ziemię w konwulsjach. Matka zdążyła wybiec z przeraźliwym krzykiem: „Och Matko Najświętsza!" i wbiegła przez furtkę do ogródka. Na głośny ryk: „Stij!" zatrzymała się, ale została powalona strzałem i uderzona siekierą już na leżąco. Przerażające krzyki rozpaczy, bez możliwości ratunku, miotającego się rodzeństwa i goniących za nimi morderców. Tak, to już koniec świata dla nich, bez żadnej możliwości ratunku. Oszołomiony masakrą i tragedią rodziny widzę jak sąsiad z wołaniem: „Uciekać, banda UPA morduje!" wybiegł tylnym wyjściem na zewnątrz stodoły. Wypadam za nim i na pewną odległość odbiegliśmy, ale już zauważeni przez upowców,  za nami wybiega reszta rodziny sąsiada, ale już odbiec nie zdążyli zastrzeleni kolejno z karabinów i dobijani siekierami. Za nami rzuciło się w pogoń kilku bandytów, strzelając z karabinów w biegu, klękając na kolano i mierząc w nas. Kule syczą wokół uszu, ale odbiegamy coraz dalej. Udało się nam odbiec na taką odległość, że strzały przestały być groźne. Ledwie nam się udało. Po wbiegnięciu do lasu przestrzeń pomiędzy nami a bandą zupełnie się wydłużyła. Na moment przystanęliśmy. Zastanawiamy się chwilę czy wrócić, ale wpływ strachu silniejszy. Zaszyliśmy się w gęstwinę traw i tak przystanęliśmy chwilę ukryci. Wysłuchujemy i wyglądamy, czy nie gonią. Dookoła wioski słyszymy już strzelaninę, przeraźliwe krzyki i wycie bandytów. Znaczyło to, że banda UPA ogarnęła całą wieś. Przez pewien czas przysłuchujemy się strzałom. Zewsząd słychać okropny, przerażający płacz, krzyki rozpaczy, wołania o ratunek, którego już nikt im nie udzieli. Postanawiamy iść dalej. Z lasu wybiegamy do następnej wsi - Grabina. Tam też nie było schronienia. Nie upłynęła nawet godzina, kiedy z jednej i drugiej strony wioski widzimy miotających się w różne strony przerażonych ludzi i jednocześnie słyszymy rozpętaną i nasilającą się strzelaninę z karabinów. Biegnący ludzie ze strachu nie wiedzą, w którą stronę uciekać, każdy kryje się, gdzie tylko może. Każdy ma nadzieję, że może się uda. Sytuacja ta i strzelanina zmusza nas do dalszej ucieczki. Przebiegamy z Grabiny w kierunku pomiędzy wioskami ukraińskimi Duliby i Kulczyn. Widzimy, jak z Kulczyna zabiegają nam drogę. Zmieniamy kierunek ponad moczarami rzeki w lewo, przechodzimy Turię w kierunku na Dolsk. Goniący nas oprawcy przez rzekę nie przechodzą i zawracają. Biegniemy już wolniej do niedużego lasu. Wchodząc do niego bez ostrożności o mało nie wpadlibyśmy na bandę, stała w gromadzie około 40 osób. Tak pilnie słuchała mowy w środku stojącego, że byliśmy niezauważeni. Już długo potem doszliśmy do wniosku, że przygotowywali się do napadu na wieś Święte Jezioro, którą my ostrzegliśmy. Biegniemy ile sił, omijając ukraińskie wsie przybywamy do dużego masywu leśnego, w którym spotykamy dużą gromadę ludzi. Ludność ta zdołała się już tu ukryć. Posiada konie i wozy, jak i różny sprzęt do obrony, najczęściej siekiery i kosy. Z grupą tych ludzi idziemy do miasta Maciejowa, raz tylko zaczepieni w jednej wsi ukraińskiej przez nieliczną grupę patrolową UPA, doszliśmy do Maciejowa. Był już wieczór, otrzymaliśmy posiłek na plebanii u księdza. Na plebanii zebrało się już kilkaset osób. Jak można było, tak nas zakwaterowano po różnych kątach. Z żalem i rozpaczą po zamordowanych na jednej z ławek w kościele usnęło się i tak ten dzień apokalipsy skończył się dla mojej rodziny. Dla mnie rozpoczęły się dni tułaczki bez domu i najbliższych, wśród obcych. Po czasie nieraz przypominają mi się słowa ojców mówiących o bliskim końcu tego świata, może pod wpływem represji, zezwierzęconego bandytyzmu, w obliczu bestialskich mordów panoszących się coraz bardziej. Nie wiedzieli, a może wiedzieć nie chcieli, a może przeczuwali, ale mówić nie sposób było, bo po co straszyć dzieci? Co ma być, niech będzie i taka to konieczność przyszła, jak gdyby koniec ten sobie wypowiedzieli. Tak i zginęli wybici siekierami. Nie świadomi, że ten koniec tego świata miał być tak okrutny. Tak zginęli: ojciec Stanisław, lat 56, matka Helena, lat 43, rodzeństwo, Zofia, lat 18, Helena, lat 15, Marcelina, lat 8, Heronim, lat 6. Krystyna, lat 4, Henryka, lat 2. Z rodziny sąsiada Jana Marnota, z którym to udało nam się wyrwać z tego piekła, zginęli: żona Franciszka lat 40, dzieci, Władysława, lat 14, Marian, lat 12, Bronisława, lat i i Helena, lat 2.” (Bogusław Szarwiło: Koniec świata przed świtem 29 sierpnia 1943; w: Kresowy Serwis Informacyjny 9/2012. Za: Lucjan Metrzelski,  Przemyśl, 10 października 1989 r „Jeden dzień mojej wojny”; w: Lucyna Kulińska: "Dzieci Kresów III"). 

W kol. Grabina pow. Włodzimierz Wołyński upowcy i chłopi ukraińscy z okolicznych wiosek wymordowali ponad 150 Polaków.

W pobliżu wsi Hołuby pow. Kowel zamordowali kilkunastu Polaków.

We wsi Hulewicze pow. Kowel zamordowali 7 rodzin polskich.

We wsi Iwanówka pow. Kowel zamordowali 10 Polaków: 7-osobową rodzinę z 5 dzieci oraz matkę z 2 dzieci. „W ukraińskiej wsi Iwanówka ukraińska bojówka UPA zamordowała mieszkające tam trzy polskie rodziny. Zginęli w tragiczny sposób; Stanisław Chmielewski, jego żona Maria, dzieci Cecylia, Józefa, Teofila i jeszcze dwoje o zapomnianych imionach. Pochowano ich na podwórku jednego z gospodarstw.” (Bogusław Szarwiło: „Piekło” w Gaju; w:  KSI nr 3/2911).  

We wsi Jagodno pow. Włodzimierz Wołyński używając siekier, noży i wideł zamordowali co najmniej 13 Polaków.

W kol. Janin Bór pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali około 30 Polaków, którzy nie opuścili swoich domów.

W kol. Jasienówka pow. Włodzimierz Wołyński wyrżnęli całą polską kolonię, o najmniej 137 Polaków - chociaż w lipcu upowcy zwołali zebrania Polaków z tej wsi oraz ze wsi Sokołówka i zapewniali, że Polacy mogą spokojnie pracować, nie bać się o swoje życie, bo nad ich bezpieczeństwem czuwają. „Około dwa tygodnie od zabrania Omańskiego, Ukraińcy znowu przyjechali do naszego domu, ale tym razem nie byli już układni i mili, tylko wręcz groźnie i zdecydowanie zażądali od brata, aby wydał im broń, którą ukrywał mówiąc: „Południewski oddaj broń, którą przechowujesz!”. Ale brat się nie przyznał, dlatego przemocą zabrali go ze sobą do lasu Świnarzyńskiego. Razem z nim zabrali jeszcze dwóch Polaków z kolonii Jasionówka: Władysława Buczko lat około 19 i jego stryjecznego brata, także Władysława Buczko lat ok. 20. W lesie przeprowadzili nad nimi śledztwo i nasz brat Feliks przyznał się, że ma ukrytą broń: rosyjską „Finkę”. Ponieważ się przyznał na razie darowali mu życie, ale na jego oczach rozstrzelali obu Buczków, ci bowiem wciąż zapewniali, że broni nie mają. Potem wzięli brata z powrotem na wóz i przywieźli pod nasz rodzinny dom, tak że ich zobaczyliśmy. /.../ W sierpniu 1943 r. ukraińscy nacjonaliści napadli zbrojnie na naszą kolonię Jasionówka i rozpoczęli mordowanie wszystkich, którzy jeszcze pozostali w swoich domach. Ponieważ młodzież nasza niemal cała, zdołała wcześniej zbiec do miasta, w chatach pozostali, już tylko ludzie w średnim i podeszłym wieku. Większość z nich dlatego, że nie chcieli opuszczać swoich rodzinnych domów sądzili, że jako ludzie w podeszłym wieku, to nawet banderowcy, już nie będą się czepiać, niekiedy brakowało też zdrowia i sił, by podołać trudom nocnej ucieczki. Jeszcze inni nie mogli się pogodzić z myślą, o opuszczeniu dorobku całego życia. Właściwie wszyscy oni zginęli tej samej nocy, z pogromu wyratowały się dosłownie jednostki. Na naszej kolonii mieszkała polska rodzina Tomaszewskich, którzy mieszkali w domu polskiej rodziny Kruk, to był drugi dom od nas. Oni wszyscy zostali do końca i nawet nie próbowali się chować. Tej nocy, kiedy bandyci ukraińscy przyszli i do nich, wszyscy pozostawali w domu, napastnicy brutalnie włamali się do środka i pod bronią wyprowadzili obie rodziny na podwórze. Następnie wszystkich postawili pod ścianą domu, w grupie tej była mała dziewczynka Helena Tomaszewska lat około 8. Ona właśnie, cudownie wprost ocalona z rąk bezwzględnych oprawców, została wybrana przez Opatrzność Bożą, być dać świadectwo męczeńskiej drogi społeczności polskiej w okolicach Swojczowa. I gdy wszyscy już zginęli, ona jedna przeżyła, uciekła do miasta, a po wojnie osiadła na Ziemiach Odzyskanych. Po wielu latach spotkałam ją osobiście w Zamościu, przy okazji wyjazdu do Swojczowa na poświęcenie Krzyża, który stanął w miejscu zburzonej w 1943 r. przez Ukraińców świątyni. Opowiadała nam w tych dniach z przejęciem historię swojego życia, wielką tragedię swojej rodziny, mówiła tak: „Ja i moja rodzina zostaliśmy na Jasionówce, aż do końca, do tej tragicznej nocy, kiedy Ukraińcy napadli na naszą kolonię. Ponieważ uprzykrzyło się nam ukrywanie po polach, zbożach i sadach, czuliśmy się zmęczeni niekończącą się tułaczką, dlatego właśnie tej nocy za Bożym zrządzeniem zostaliśmy w domu. Tymczasem nieoczekiwanie do domu przyszli bandziory ukraińskie i nakazali nam wszystkim opuścić dom. Była jeszcze ciemna noc, gdy położyli nas wszystkich twarzą do ziemi, tuż pod oknami naszego domu. Przy mnie zakręcił się mój mały psiak, który przez chwilę był przy mnie, w tym momencie usłyszałam, jak Ukraińcy ładują broń. Nagle mój mały przyjaciel poderwał się i zaczął uciekać w stronę pobliskich krzaków, a ja instynktownie zerwałam się za nim, nawet nie wiedziałam właściwie, co ja robię. I pewnie to właśnie ta siła Boża sprawiła, że nawet kule, które Ukraińcy gęsto sypali za mną, żadna z nich mnie nie trafiła. To także znowu zasługa mojego przyjaciela, którym posłużyła się Boża Opatrzność, szafarka życia, łask i sprawiedliwości. Otóż, gdy uciekałam, psiak plątał mi się pod nogami i siłą rzeczy musiałam kluczyć na lewo i prawo, aby go po prostu biedaka nie rozdeptać. Nic dziwnego więc, że nie mogli mnie trafić, a gdy już bezpieczna oprzytomniałam, zobaczyłam że moje zimowe okrycie, palto które miałam na sobie jest w wielu miejscach dosłownie postrzępione od kul, przy czym ja sama, nawet nie byłam draśnięta. Dziś jak i zawsze jestem przekonana, że to najprawdziwszy cud, że ten koszmar przeżyłam. Niestety z mojej rodziny zginęli wtedy wszyscy, w tym moi rodzice: tatuś, mamusia Józefa, ciocia Rozalia, która była zakonnicą, a na okres wojny przymusowo musiała wrócić do domu, moja kochana babcia i moje rodzeństwo. Ukrywając się w zaroślach spotkałam jeszcze innych Polaków, którzy podobnie jak ja ratowali swoje życie przed rezunami. Dołączyłam do tej grupy i razem pod osłoną nocy dobrnęliśmy do miasta Włodzimierz Wołyński.  /.../ Podczas tej rzezi na naszej kolonii Jasionówka zginęła też rodzina Rutkowskich, naszych sąsiadów przez miedzę, w tym Rutkowski lat około 40, jego żona Antonina z d. Potocka lat ok. 35 oraz ich pięcioro może sześcioro dzieci od 1 do 6 lat. Zginął też brat Antoniny Leon Potocki lat około 45 oraz jej rodzona siostra także Rudnicka lat około 50, wraz z córką Teresą lat około 16. Ta właśnie Tereska Rudnicka była moją serdeczną koleżanką, choć najbardziej przyjaźniły się z moją siostrą Reginką. Podczas narastającej rewolty ukraińskiej w naszych stronach, Tereska często ukrywała się razem z nami, nawet po mojej już ucieczce do miasta, one nadal z Reginą ukrywały się razem. W końcu gdy reszta naszych uciekała, zaplanowane było, że Teresa będzie uciekać razem z nimi, jednak nieoczekiwanie została na miejscu i do dziś nie wiemy dlaczego. Po paru dniach do miasta przyszła matka Teresy z kolejną grupą uchodźców, a mojej mamy macochą, którą nazywaliśmy babcią Rudnicką. Dopiero wtedy okazało się, że nawet ona nic nie wie, co się stało z Tereską, jej córką. W tej rozpaczy rozpłakała się i zaraz zawróciła z powrotem na Jasionówkę, aby ją odszukać. Niestety nigdy już do nas nie wróciła, a wszelki ślad po niej zaginął. Jakiś czas potem moi rodzice wspominali, że Ukraińcy zamordowali ją przy drodze, jest to bardzo możliwe ponieważ Rudnicka wracała na Jasionówkę za dnia.” (Sławomir Tomasz Roch: Wspomnienia Leokadii Michaluk z d. Południewska z kolonii Jasionówka w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1935 – 1944; w: http://www.nawolyniu.pl/wspomnienia/leokadia.htm).  

W kol. Kamilówka pow. Włodzimierz Wołyński  zamordowali 36 Polaków, głownie kobiety i dzieci.

We wsi Kohylno pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali mieszkające na terenie tartaku  dwie rodziny liczące 10 osób, w tym trzy siostry Wesołowskie: 10-letnią Aleksandrę, 11-letnią Walentynę i 12-letnią Halinę oraz ich 71-letnią babkę (od strony matki) Antoninę Ryś. „Równocześnie zamordowano 7 rodzin , tj. dwadzieścia kilka osób NN, mieszkających w budynkach pożydowskich byłego właściciela tartaku Kaca” (Siemaszko..., s. 923). Prawdopodobnie wśród nich była rodzina Drabików: matka, 2 córki i 2 synów.  „Pamiętam, że poszłam w niedzielę rano do kościoła, tam zobaczyła mnie Wesołowska, kiwnęła na mnie głową, a gdy wyszłam ze świątyni, pytała mnie czy wiem, że był pogrom na Teresinie? Ona to właśnie opowiadała mi także, jak zginął jej mąż i kilku innych Polaków, mówiła tak: „Ukraińcy zamordowali mojego męża oraz kilku innych Polaków na Tartaku Kohyleńskim. Powrzucali Ich do studni, a potem rozerwali Ich granatami!”. Długo z nią nie rozmawiałam, a ona jeszcze tylko dodała: „Czy wy wiecie, że Twoje siostry, też zostały już zamordowane na Teresinie?”  (http://wolyn.btx. pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/251-wspomnienia-heleny-wojtowicz-z-d-karbowiak-z-osady-budki-kohyleskie-w-pow-wodzimierz.html).

W kol. Kowalówka pow. Kowel zamordowali 15 Polaków, w tym 8-osobową rodzinę. Inni: „30 sierpnia 1943 roku Budy Ossowskie i kolonia Kowalówka o świcie zostały otoczone przez uzbrojone bandy, które wyszły ze wsi Wołczak i Rzewuszki i dokonały masowej rzezi na ludności polskiej. Rezultat był przerażający: w Budach Ossowskich ponad dwieście osób, w tym ponad osiemdziesięcioro dzieci, w Kowalówce na 23 rodziny 32 osoby zamordowane. Rodzina Czarneckich wymordowana cała; ojciec rodziny Jan Czarnecki – lat 55, żona Dominika  - lat 53, córka Maria, mężatka – lat 23, córka Walentyna lat 19, dwaj synowie, bliźniaki Marian i Eugeniusz po 14 lat, najmłodsza córeczka Marii – Krystyna – lat 3. Uratował się tylko syn Staszek – lat 21, w tym czasie nieobecny”. (Fragment książki Henryka Katy "Wojenne Wichry" wydanej dzięki Urzędowi Miasta Otwocka w 2001 r. Nakład 200 egzemplarzy. Przepisany przez Bogusława Szarwiło, w: http://27wdpak.btx.pl/publikacje/435-woy-przed-qburzq ).

We wsi Koźlenicze pow. Kowel wymordowali za pomocą bagnetów kilka rodzin polskich, liczy ofiar nie ustalono, około 20 zwłok przywiezionych zostało na dwóch wozach drabiniastych do Powurska.

W kol. Laski pow. Kowel wymordowali 8 rodzin polskich, 42 Polaków.

We wsi Lityń pow. Kowel zamordowali 20 Polaków; zakłuli matkę dwóch zamordowanych trzy dni wcześniej synów oraz ich ojczyma; w dole z ich zwłokami znajdowały się 3 inne zwłoki, a obok w dole zwłoki 15 osób.

W kol. Ludmiłpol pow. Włodzimierz Wołyński upowcy i chłopi ukraińscy z Gnojna za pomocą siekier, bagnetów i innych narzędzi wymordowali 104 Polaków.  „Pani Antonina i Kazimierz tak wspominają zagładę polskiej wsi Ludmiłpol: "Franciszek Walczak mieszkał w Ludmiłpolu, on i jego rodzina byli Polakami. Ich dom był drewniany, ale bardzo ładny i stał na początku wsi od strony Kohylna. Przed domem stała duża, piękna figura Matki Bożej Niepokalanej. W czasie napadu na ich wioskę, z samego rana zauważył, że duża grupa Ukraińców na furmankach zbliża się do wioski od strony Kohylna. Szybko wyskoczył z domu, ukrył się w schronie pod stodołą i obserwował przez szparę co się będzie dalej działo. Już po chwili trzech Ukraińców wjechało na jego podwórko, właśnie w tym czasie z domu na podwórko wyszła jego żona Gustafa lat ok. 22 z malutkim dzieckiem na ręku. Wyraźnie nie wiedziała jeszcze co jej grozi. Gdy trzej Ukraińcy, każdy uzbrojony w siekierę, zobaczyli ją przed domem, szybko pojmali ją i wtedy jeden z nich powiedział do niej tak: "O jak ty się ładnie ubrałaś. Twoja suknia będzie dla mojej żony." Drugi dodał zaraz: "Twoje buty będą dla mojej żony." Wtedy trzeci z nich powiedział stanowczo: "Prędzej bij!" Ukrainiec uderzył najpierw siekierą dziecko, które Gustka trzymała w rękach. Niemowlę wypadło jej z rąk i upadło ogłuszone na ziemię, jednak ożyło i zaczęło raczkować. Jeden z oprawców powiedział zaraz: "Dobij dziecko, bo ożyło!." Ukrainiec uderzył jeszcze raz siekierą i tym razem skutecznie. Zaraz potem zarąbali Gustafę, żonę Franciszka, który to wszystko widział i słyszał ze schronu. Przebieg tej zbrodni Walczak opowiadał mi osobiście we Włodzimierzu Wołyńskim jeszcze w sierpniu 1943 r. zaraz po jego przybyciu do miasta. Z tego co nam opowiadał, zorientowaliśmy się, że napad na Ludmiłpol był w pierwszych dniach sierpnia 1943 r. Franek mówił nam także, że rozpoznał znajomych chłopów Ukraińców z Kohylna, jego zdaniem to oni mordowali polskich mieszkańców Ludmiłpola. Gdy zakończył się napad i wszystko ucichło, pod wieczór na podwórko przyszedł jego rodzony brat z żoną, którzy zdołali uciec z ich domu i ukryć się w okolicznych zbożach. Gdy znaleźli ciała zamordowanej Gustki i dziecka rozmawiali ze sobą o tej tragedii. Ich głosy usłyszał wtedy półprzytomny z rozpaczy Franek i wyszedł ze schronu. Po chwili uciekli wszyscy razem do Włodzimierza, gdzie tymczasowo zamieszkali razem.” Pan Kazimierz: "Pragnę podkreślić, że zarówno Bolesław jak i Michał Roch zapewniali mnie osobiście, że Ukraińcy zabrali ze sobą kilku mężczyzn z Ludmiłpola, których później zamordowano w okolicy Zarudla, tej samej nocy, gdy przyszli po Michała i tej samej nocy, kiedy wymordowano mieszkańców Dominopola. Wszystko wskazuje więc na to, że akcja ta została wcześniej dobrze przygotowana i centralnie sterowana."  (Sławomir T. Roch: Wspomnienia Kazimierza i Antoniny Sidorowicz z d. Turowska ze wsi Dominopol w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1930 – 1944).  Maria Roch z d. Tymoczko, której relację spisał także Sławomir Tomasz Roch, dokumentuje losy każdej rodziny polskiej zamieszkałej w Ludwilpolu.                           

„PLAN LUDMIŁPOLA STRONA LEWA
DOM 22 Wojciech Puzio lat ok. 60, był sołtysem i został zamordowany przez Ukraińców. Jego syn Franciszek lat ok. 30, w nocy został zabrany do sztabu UPA w Świniarzynie. Już więcej nie wrócił, przypuszczalnie został wtedy zamordowany. Drugi syn Bronisław lat ok. 25. uciekł.
D 21 Dyjer lat 50 i jego żona lat 45 i ich dzieci: córka Wacława lat ok. 20 i Dyzia lat ok. 18. Wszyscy zostali zamordowani przez Ukraińców. /.../
D 15  Myśliński lat ok. 50 i jego żona lat ok. 45 oraz ich dzieci: syn lat ok. 15. Wszyscy prawdopodobnie zostali zamordowani przez Ukraińców.
D 14  Szczepański Stanisław lat ok. 50 i jego żona lat ok. 45 i ich dzieci: córka lat ok. 10 i druga córka lat ok. 8. Ta rodzina też została prawdopodobnie zamordowana przez Ukraińców. Wcześniej nasiedlona została.
D 13 Tymoczko Monika i Filip lat ok. 80, moi ukochani rodzice, którzy zaginęli bez wieści, prawdopodobnie zamordowani przez Ukraińców./.../
D 6 Bolesław Jankowski lat ok. 40 i jego żona Zofia lat ok. 35 oraz ich dzieci. Ta polska rodzina cała została zamordowana.
D 5 Helena Sawa lat ok. 30 i jej mąż Marian Mikoś lat ok. 35. To było polskie, młode jeszcze małżeństwo i wydaje mi się, że oni zostali zamordowani. Matka Heli lat ok. 60. Słyszałam, że razem z nią pobite zostały także inne małe dzieci. /.../
D 2 Giemza lat ok. 50 i jego żona lat ok. 45 i ich dzieci: córka Eugenia lat ok. 23, druga córka Stefania lat ok. 18. Polska rodzina zamordowana przez Ukraińców.
D 1 Balicki lat ok. 60 i jego żona lat ok. 50 i ich dzieci: córka Janina lat ok. 16 i druga córka lat ok. 6. Polska rodzina, rodzice zostali zamordowani przez Ukraińców. Trzecia córka Maria i jej mąż uciekli z domu.
PLAN LUDMIŁPOLA STRONA PRAWA
/.../ D 2 Józef Klepaczek lat ok. 60 i jego żona lat ok. 55 i ich dzieci: córka Halena lat ok. 25, dzieci było więcej, ale ich imion nie pamiętam. Polska rodzina wszyscy zostali zamordowani. Słyszałam od ludzi, że podobno chodził ich mordować Ukrainiec Waremczuk.
D 3 Umański lat ok. 50 i jego żona lat ok. 45 i ich troje dzieci. Rodzina polska prawdopodobnie zamordowana przez Ukraińców. Umański był kierownikiem tartaku u Kaca.
D 4 Józef Feliksiak lat ok. 45 i jego żona lat ok. 40 i ich dzieci. Polska rodzina prawdopodobnie wymordowana przez Ukraińców. Józef Feliksiak jeszcze przed napadem na wieś został zabrany przez Ukraińców do lasu i tam zabity. Feliksiakowie mieli jednego synka lat ok. 2, został zabity przez Ukraińców. /.../
D 15 Wdowiec Walczak lat ok. 60, jego żona Hanna umarła wcześniej i ich dzieci: syn Wiktor i jego żona Katarzyna, przeżyli napad i po wojnie uciekli do Jarosławia. Drugi syn Franciszek lat ok. 30 i jego żona Augustyna lat ok. 20 oraz ich 1 roczny synek. Augustyna i jej niemowlę zostali zamordowani w czasie pogromu przez atakujących bandytów ukraińskich. Z pogromu uciekł trzeci syn Bronisław lat 18. W czasie napadu zginął także ojciec tej polskiej rodziny wdowiec Walczak”
(Maria Roch z d. Tymoczko, w: jw.). „Ilu było Ukraińców, nie wiem. Gdy tylko zeszli z wyżek na dół do obory, posłyszałem charczenie podobne do zarzynanego zwierzęcia. Podejrzewam, że to właśnie tak charczał mój brat Wacek, którego oni zabili zaraz w oborze. Zaraz też usłyszałem krzyk na podwórku. Ostrożnie zrobiłem małą dziurkę w strzesze i patrzyłem, co tam się dzieje. Zobaczyłem mamę i siostrę, których Ukraińcy wyprowadzili z domu. One pewnie też już wiedziały, co ich czeka z rąk tych„nocnych gości”, dlatego krzyczały, a może w ten sposób chciały ostrzec nas, nie wiem. Zobaczyłem, że Ukraińcy wrzucają je do studni, która była na podwórku. Nie wiem, czy przed wrzuceniem zostały one zabite, czy też wrzucili je tam żywe. Po tym mordzie, ja nie schodziłem z tych wyżek, bałem się, czy tam gdzieś jeszcze nie ma Ukraińców. Przesiedziałem w tej koniczynie na tych wyżkach do rana.” (Wspomnienia Marii Roch z d. Tymoczko z kolonii Ludmiłpol w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1935 – 1944, Sławomir Tomasz Roch, 03 maja 2003 r., Zamość, s. 10).  Ukraińcy przyszli nocą. Ja z bratem Wackiem spaliśmy na tzw. „wyżkach” nad oborą. Spaliśmy na koniczynie. Brat położył się na brzegu, a mnie kazał położyć się od strony dachu. W domu spała mama i siostra Hela. Ze snu obudziły mnie głosy. Usłyszałem jak Ukraińcy, którzy weszli do nas po drabinie, nakazują bratu schodzić na dół, oraz pytają o mnie. Mnie nie widzieli, ponieważ w czasie snu stoczyłem się pod strzechę dachu. Gdy usłyszałem głosy, leżałem cicho i nie ruszałem się. Brat nic im nie odpowiedział, chciał tylko wziąć czapkę, wtedy jeden z Ukraińców powiedział mu, że nie będzie mu już potrzebna. Jeden z nich powiedział też do pozostałych, że ja już nie żyję. Nie wiem dlaczego to zrobił. Wiem tylko, że wiedział, że ja zostałem przy życiu. Dowiedziałem się o tym przypadkiem po niedługim czasie, gdy byłem na targu we Włodzimierzu Wołyńskim. Byłem wtedy z Władysławem Zielińskim. W tym czasie kiedy kręciłem się po targu, do Zielińskiego podszedł znajomy Ukrainiec z Ludmilpola o nazwisku Stolaruk i zaczęli rozmawiać. W czasie tej rozmowy powiedział on do Zielińskiego, że ja przeżyłem rzeź. Władysław Zieliński odpowiedział mu, że wie o tym i że ja jestem tutaj na targu i że zaraz przyjdę, wtedy on szybko odszedł. Ilu było Ukraińców, nie wiem. Gdy tylko zeszli z wyżek na dół do obory, posłyszałem charczenie podobne do zarzynanego zwierzęcia. Podejrzewam, że to właśnie tak charczał mój brat Wacek, którego oni zabili zaraz w oborze. Zaraz też usłyszałem krzyk na podwórku. Ostrożnie zrobiłem małą dziurkę w strzesze i patrzyłem, co tam się dzieje. Zobaczyłem mamę i siostrę, których Ukraińcy wyprowadzili z domu. One pewnie też już wiedziały, co ich czeka z rąk tych „nocnych gości”, dlatego krzyczały, a może w ten sposób chciały ostrzec nas, nie wiem. Zobaczyłem, że Ukraińcy wrzucają je do studni, która była na podwórku. Nie wiem, czy przed wrzuceniem zostały one zabite, czy też wrzucili je tam żywe. Po tym mordzie, ja nie schodziłem z tych wyżek, bałem się, czy tam gdzieś jeszcze nie ma Ukraińców. Przesiedziałem w tej koniczynie na tych wyżkach do rana. Rano, gdy wszędzie było cicho, zeskoczyłem na oborę, bo drabiny już nie było. Obok miejsca, gdzie stała drabina, zobaczyłem na słomie krew. Brata już tam nie było, ale ja jestem przekonany, że to była Jego krew. Nie wiem, co zrobili z bratem. Podejrzewam, że mogli go także wrzucić do studni. W oborze nie było już też, ani koni, ani krów. Wyszedłem chyłkiem z obory i schowałem się za stodołą w zbożu, które było już skoszone i złożone w półkopki. W półkopku zboża przesiedziałem gdzieś do południa. Obserwowałem, co dzieje się wkoło. Widziałem, że Ukraińcy zajmowali się swoimi sprawami. Ostrożnie wyszedłem z tego półkopka i chyłkiem, polami przy miedzach, zacząłem uciekać z tego miejsca. Gdy widziałem Ukraińców pasących krowy, albo jadącego kogoś na rowerze, wtedy czołgałem się, żeby nikt mnie nie zobaczył. W niektórych miejscach rosła reczka, tam można było iść chyłkiem. Kierowałem się na komin cegielni. Wiedziałem, że gdzieś tam jest polska placówka. Szczęśliwie tam doszedłem przed wieczorem. Trafiłem na oddział, w którym był Franciszek Majcherski i Władysław Zieliński, mieszkańcy naszej miejscowości. Zapytali mnie, co ja tu robię, wtedy im opowiedziałem o napadzie i wymordowaniu rodziny. Dali mi jeść i kazali zostać. Powiedzieli też, że w najbliższy wieczór tam pojedziemy. Tak też się stało. Jeszcze tego samego wieczora pojechaliśmy furmanką na kolonię Ludmiłpol. Wjechaliśmy polami na nasze podwórko od strony Oseredka i zatrzymaliśmy się w pobliżu stodoły. Wszyscy zeszliśmy z furmanki i zaczęliśmy iść w stronę domu. Zobaczyłem wtedy zasłonięte okna w moim rodzinnym domu, a przed domem człowieka, jak się okazało ukraińskiego wartownika. Zatrzymał nas i zapytał o hasło, wtedy jeden z Polaków podał hasło „Klucz”. Ukrainiec jeszcze o coś pytał, ale Polak rozmawiający z nim cały czas po ukraińsku, powiedział do niego: „Ty nas nie strzymuj, tylko pokaż drogę jak dojechać do...., (tu padła nazwa ukraińskiej wioski, której niestety nie pamiętam), bo my jedziem na zybranie na tych proklatych Lachiw, a już późno, my tam już powinni być”. Ukrainiec poszedł z nim na drogę. Odeszli kawałek, wtedy ten Ukrainiec został zastrzelony. Polak szybko wrócił i wszyscy skoczyli pod okna i drzwi. Drzwi podparli kołkiem i wtedy ktoś do mnie powiedział, że będą rzucać do środka granaty, bo tam jest zebranie Ukraińców. Rzeczywiście słychać było, jak rozmawiali ze sobą. Wrzucili te granaty, krew wypłynęła przez próg na zewnątrz domu. Potem wszyscy wsiedli na furmankę i pojechali kawałek drogą w stronę Gnojna. Nikogo wtedy nie widziałem na drodze, było cicho. Nie wiem skąd Polacy wiedzieli o tym ukraińskim zebraniu i skąd znali hasło. Nikogo o to nie pytałem. Nie wiem, czy ta akcja to było pomszczenie śmierci mieszkańców naszej kolonii, czy też zapobieżenie wymordowania Polaków z innej miejscowości, a może jedno i drugie. Po tych wydarzeniach, nigdy więcej nie byłem w mojej rodzinnej miejscowości. Słyszałem też później od ludzi, że w tę noc wymordowano na naszej kolonii 140 osób. Wśród nich byli też rodzice Władysława Zielińskiego oraz jego najstarsza córka Władzia, która przyszła w odwiedziny do dziadków i została, u nich na noc.” (Sławomir Tomasz Roch: Wspomnienia Bolesława Sawa  z kolonii Ludmiłpol w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1935 – 1945; w: http://lubiehrubie.pl/region/wspomnienia-boleslawa-sawa-z-kolonii-ludmilpol-w-pow-wlodzimierz-wolynski-na-wolyniu )

W kol. Łany pow. Luboml zamordowali kilka rodzin polskich, liczby ofiar nie ustalono.

We wsi Majdan pow. Drohobycz zamordowali w leśniczówce 3-osobową rodzinę Slamów: ojca z 23-letnim synem Janem i 20-letnią synową Janiną będącą w 6 miesiącu ciąży.

We wsi Majdan pow. Nadwórna zastrzelili Polaka, kierownika kopalni. „Dnia 29 sierpnia został zamordowany w Majdanie obok Rosulnej [Nadwórna] Żubr Witold, kierownik kopalni, do którego oddano strzał przez okno wieczorem, kiedy przebywał w domu jednego z gospodarzy. Zamordowany był kawalerem”. (1943, 13 września – Pismo Pol. K. O. w Stanisławowie do Delegata RGO we Lwowie. Dotyczy mordów i uprowadzeń Polaków w stanisławowskim. W: B. Ossol. 16721/1, s. 273-275).

W kol. Majdan Hulewiczowski pow. Kowel zamordowali 16 Polaków (5 rodzin).

W kol. Mielnica pow. Kowel zamordowali około 40 Polaków i spalili wszystkie zabudowania.

W miasteczku Mielnica pow. Kowel zamordowali ponad 105 Polaków: w jednym grobie odkryto 98 zwłok, w drugim 7 zwłok.

W kol. Mikołajpol pow. Włodzimierz Wołyński wymordowali kilka rodzin polskich, co najmniej 33 Polaków.

We wsi Mohylno pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali co najmniej 73 Polaków. Patrz: „W nocy z 29 na 30 sierpnia 1943 roku”. 

W kol. Montówka pow. Włodzimierz Wołyński prawdopodobnie 29 sierpnia 1943 roku UPA zamordowała ok. 300 Polaków: „Z ponad 40 osobową grupą Wołyniaków i księdzem Puzonem byliśmy w zeszłym tygodniu w dwóch wioskach: Kolonii Montówka i Soroczyn. To teraz szczere pole. Dookoła – oprócz nas – ani jednej żywej duszy” (Leszek Wójtowicz: „Krzyże pamięci”, w: „Dziennik Lubelski” z 25 października 2005). W. i E. Siemaszko nie wymieniają tej miejscowości w swojej książce.

W kol. Myszno pow. Włodzimierz Wołyński zastrzelili uciekającego z kolonii Świętocin Polaka, Sobolaka lub Sobolewskiego. 

W kol. Niebrzydów pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 6-osobową rodzinę: Kazimierza Persona z żoną i 4 dzieci lat: 3, 10, 12 i 14.

W kol. Nowojanka pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 2 Polki: 37-letnią Paulinę Pachołek i jej 11-letnią córkę Annę.  

W majątku Nowy Dwór pow. Kowel upowcy i sąsiedzi – Ukraińcy obrabowali gospodarstwa i zamordowali 36 Polaków, w tym całe rodziny; 17 dzieci i starców zakłuł bagnetem upowiec ze wsi Nowy Dwór Niunio Jarmuł.

We wsi Nowy Dwór pow. Kowel Ukraińcy zamordowali małżeństwo Kurnickich mające po 70 lat, pozostali Polacy (6 rodzin) wcześniej zdążyli uciec ze wsi.

We wsi Okorsk pow. Łuck upowcy zamordowali nie ustaloną liczbę Polaków.

We wsi Olesk pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali co najmniej 22 Polaków, w tym 4 rodziny.

W kol. Oseredek Nowy pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 15 Polaków, w tym uprowadzili do lasu i zamordowali 23-letniego mężczyznę i 35-letnią kobietę.

We wsi Ozierany pow. Kowel zamordowali Marię Ziółkowska, lat 35, uciekającą z Aleksandrówki.

W kol. Pniaki pow. Włodzimierz Wołyński upowcy w ciągu dwóch dni zamordowali co najmniej 41 Polaków; pierwszego dnia mordowali mężczyzn, drugiego dnia kobiety i dzieci; m.in. 10-osobową rodzinę Władysława Głogowskiego /z żoną Katarzyną i 8 dzieci w wieku od 2 do 15 lat/ i 8-osobową Karola Maniasa /z żoną i 6 dzieci do lat 10/. 

W kol. Podiwanówka pow. Kowel zamordowali około 24 Polaków, kilka rodzin.

W kol. Podryże pow. Kowel wymordowali mieszkające tutaj 19 rodzin polskich, tj. około 96 Polaków.

We wsi Połapy pow. Luboml podczas uroczystości odpustowych w cerkwi prawosławnej pop poświęcił siekiery, noże i inne narzędzia zbrodni, po czym Ukraińcy zamordowali 1 Polaka. Następnego zostały one użyte na „proklatych lachiw” podczas rzezi ponad tysiąca Polaków we wsi Ostrów i Wola Ostrowiecka. W kazaniu mówił o „żniwach i wycinaniu kąkolu z pszenicy” (Siemaszko..., s. 528 – 529).

We wsi Przekurka pow. Luboml zamordowali 2 Polaków.

We wsi Przewały pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zaatakowali ludność zgromadzoną w kościele p.w. Wniebowzięcia NMP z 1734 roku i zamordowali 54 Polaków, spalili także kościół.; we wsi ofiar było znacznie więcej. „Jeden z Ukraińców nadział dziecko polskie na widły i podniósł w górę, krzycząc: dywyś, polski oroł” (Siemaszko..., s. 879).

W kol. Radowicze pow. Kowel zamordowali Rozalię Jaszczuk bronującą pole, żonę Ukraińca.

We wsi Sitowicze pow. Kowel zamordowali 4 Polaków, w tym 80-letnią kobietę.

W kol. Słowikówka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy i chłopi ukraińscy z okolicznych wsi zamordowali około 100 Polaków.

W kol. Sokołówka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy i chłopi ukraińscy z sąsiednich wsi otoczyli wieś i wymordowali około 200 Polaków „od niemowlęcia po starca”. Karol Chwała opisuje zagładę wsi Sokołówka gm. Olesk. Jeszcze w lipcu 1943 r. upowcy zwołali zebranie Polaków, mieszkańców Sokołówki i Jasienówki w sąsiedniej ukraińskiej wsi Krać i zapewnili, że Polacy mogą spokojnie pracować, nie bać się o swoje życie, bo nad ich bezpieczeństwem czuwają Ukraińcy. Wyjaśniali, że wieści jakoby Ukraińcy mordowali Polaków są rozpowszechniane przez niemiecką propagandę, a Niemcy przebierają się za partyzantów ukraińskich i mordują Polaków, chcąc w ten sposób skłócić Polaków z Ukraińcami. 28 sierpnia po zakończonych żniwach Ukraińcy kazali wszystkim Polakom zabrać swoje zboże i pojechać do wsi Stawki i Władynopol aby mleć zboże. Tłumaczyli, że w tym dniu młyny będą mleć tylko dla Polaków.  Polacy chętnie skorzystali z tej wiadomości, namęli mąki i powrócili do domów, kładąc się spokojnie spać i niczego nie przeczuwając. Wielu było przekonanych, że nastąpiła zgoda między Ukraińcami i Polakami. Rano wioska została otoczona, a jej mieszkańcy kompletnie wymordowani. Akcją dowodził Mikołaj Dembyćki ze wsi Krać, a wspomagali go chłopi ukraińscy z innych okolicznych wsi, w okrutnych mękach zginęło blisko 200 osób. Świeża, gotowa mąka znalazła się w ukraińskich spichrzach. 

We wsi Sokół pow. Luboml Ukraińcy zamordowali około 10 Polaków; na drugi dzień cała ludność ukraińska tej wsi wzięła udział w rzezi Polaków w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej.

W kol. Soroczyn pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi zamordowali ponad 140 Polaków (Siemaszko..., s. 882). „W Soroczynie UPA zamordowała ok. 300 Polaków” (Leszek Wójtowicz: „Krzyże pamięci”, w: „Dziennik Lubelski” z 25 października 2005; podaje on za świadkiem Franciszką Prus z Włodzimierza Wołyńskiego).

W kol. Stanisławów pow. Włodzimierz Wołyński  upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi wymordowali około 150 Polaków. „Pierwszą ofiarą był Piotr Bronicki, któremu jeden upowiec usiadł na głowie, drugi na nogach, a dwóch przerznęło go pilą. Następną ofiarą był Józef Pogrzebski, którego zarąbano siekierą. W podobny sposób mordowano pozostałych ludzi” (Siemaszko..., s. 882 – 884).

We wsi Staweczki pow. Włodzimierz Wołyński upowcy i miejscowi Ukraińcy zamordowali głownie za pomocą siekier 27 Polaków.

We wsi Sztuń pow. Luboml pop Pokrowśkyj dokonał w tamtejszej cerkwi poświęcenia noży, kos, sierpów i siekier i rozdał te narzędzia „wiernym synom prawosławia” do wymordowania nimi „Lachów co do łapy”. Tego samego dnia narzędzia zbrodni zostały użyte podczas rzezi ludności polskiej w kolonii Czmykos, a dzień później w Ostrówkach, Woli Ostrowieckiej i innych miejscowościach.

W kol. Szury pow. Włodzimierz Wołyński upowcy siekierami i nożami wymordowali kilka rodzin polskich, około 35 Polaków.

W kol. Święte Jezioro pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 5 starszych  Polaków, w tym przez odrąbanie głów matkę i babkę Ludwika Zalewskiego.

W kol. Świętocin pow. Włodzimierz Wołyński upowcy z miejscowymi Ukraińcami siekierami, pikami, piłami do rżnięcia drzewa itp. wymordowali około 100 Polaków. „Partyzanci ukraińscy” przygotowali do „walki” specjalny rodzaj broni: długie żelazne szpice, którymi kłuli „polskich okupantów” poukrywanych w słomie lub sianie. Uprowadzali także całe rodziny polskie do pobliskiej leśniczówki i tam je mordowali. ”W tejże leśniczówce znajdowało się wówczas kilkoro małych dzieci przybitych do ścian za ręce i nogi, już martwych” (Siemaszko..., s. 940). Świadek Zofia Kowalczyk: „Wszyscy siedzieli w domu. Jedna z sąsiadek – Ukrainka Musórka poszła do oddalonego sklepu po zakupy. – W pewnej chwili wpada do domu i mówi „wasza Leonka nie żyje”. Mojej mamy siostra. Jej mąż w tym czasie był na robotach w Niemczech. Po jakimś czasie patrzymy, a w drzwiach pojawia się Leonka. Cała zakrwawiona, głowa cała w zakrzepniętej krwi. Jakby ktoś jej kapelusz nałożył – opowiada pani Zofia. Okazało się, że na drodze trafiła na banderowców, którzy przyszli z innych okolic. Na jej oczach zatłukli widłami jej dzieci: jedno miało 9 miesięcy, drugie trzy latka. Ona ocalała tylko dlatego, że straciła przytomność. Oprawcy myśleli, że nie żyje. Gdy oprzytomniała, przykryła ciała dzieci chustą. Oszalała ze strachu i bólu przesiedziała w pobliskich krzakach całą noc, by wreszcie ruszyć do Kowalczyków. Ojciec podjął decyzję, by uciekać do Maciejowa, najbliższego miasteczka, gdzie stacjonowali Niemcy. – Doszliśmy do lasu, a tam słychać było strzały. Tatuś powiedział, że teraz nie możemy iść. Poszliśmy do jednego znajomego Ukraińca. Siedzieliśmy u niego do nocy, ale bał się. Mówił, że i nas, i jego zabiją. Poszliśmy w krzaki, gdzie siedzieliśmy wiele godzin, potem znów wróciliśmy do domu. Schowali się w stodole, w ukrytym pomieszczeniu, gdzie ukrywano też przed rekwizycją świnię. Mama i troje dzieci. Ojciec ukrywał się w innym miejscu ze sztyletem w ręku. Mówił, że jak przyjdą ich mordować, to zdąży jeszcze położyć trupem ze dwóch bandytów. Słyszeli, jak po gospodarstwie chodzili banderowcy. Zabrali psa i kury, rozkradli wszystko, co było w domu, nawet piec był rozebrany. – Któregoś dnia do naszej kryjówki przyszedł, z narażeniem własnego życia, młody Wasyl od Kasiana i mówi do ojca: Karol, musicie uciekać, bo będą palić stodołę, spłoniecie żywcem. I tato znów powiedział: idziemy do Maciejowa. Wyszliśmy wieczorem, doszliśmy do lasu i całą noc szliśmy. Pod Maciejowem tata wyrzucił nóż, bo bał się, że Niemcy go zabiją, widząc uzbrojonego. W miasteczku przy kościele patrzymy, a tam tyle narodu! Ludzie pouciekali z sąsiednich wsi – mówi pani Zofia. Tam dostali coś ciepłego do jedzenia. Niemcy i miejscowi Polacy załatwiali prowiant i organizowali transport dla uciekinierów. Załadowano ich na węglarki i przewieziono co Chełma.  – Z mojej rodziny mieszkającej na Wołyniu zginęło 26 osób – skrupulatnie wylicza pani Zofia. Tylko u najbliższej kuzynki matki zamordowali oboje dorosłych i czwórkę dzieci. Panią Zofię i jej rodzinę ocaliła ucieczka.” ( Sierpniowy dzień – niedziela, w maleńkiej kolonii Świętocin na Wołyniu; w: http://www.wolyn.org/index.php/informacje/973-sierpniowy-dzien-niedziele-w-malenkiej-kolonii-swietocin-na-wolyniu . Wyszukał i wstawił ku pamięci: B. Szarwiło z art: " Przeżyłam rzeź wołyńską; za: http://www.podkarpackahistoria.pl/2015/12/przezylam-rzez-wolynska/ ).

W kol. Teresin pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz chłopi ukraińscy z Kohylna i Gnojna siekierami, bagnetami i innymi narzędziami oraz paląc żywcem wymordowali co najmniej 207 Polaków;  troje dzieci w wieku: 1,5 roku oraz 5 i 8 lat Ukrainiec zakopał żywcem w ziemi. „Wspomina pan Eugeniusz Świstowski były mieszkaniec polskiej kolonii Teresin: „Pierwszym, który opowiadał mi napad na naszą kolonię był Polak Kazimierz Umański, który cudem ocalał z rzezi i zdołał przedostać się do miasta. Gdy niedługo później spotkał mnie na ulicy Włodzimierza, tak wspominał: „W ten krwawy ranek, którego nie zapomnę do końca mojego życia, spałem jeszcze w swoim pokoju, gdy nagle posłyszałem straszny pisk i płacz swojej mamusi oraz rodzeństwa, dochodzący z naszej kuchni. Mój młodszy brat Tadeusz, który spał tuż obok mnie, również się obudził. Nie wiele się zastanawiając skoczyłem przez okno na dwór i szybko pobiegłem do lasu, który oddalony był tylko 200 metrów. To był las Polaka Mikołaja Bojko, który dalej łączył się z Lasem Kohyleńskim. Następnie, tak szybko jak tylko mogłem, dotarłem do miasta Włodzimierz. Przez cały czas nie wiedziałem, co to były za rozpaczliwe piski, co tak naprawdę, wydarzyło się w moim domu i najważniejsze pytanie, które nie dawało mi spokoju: co stało się z moją rodziną?! Z domu uciekłem bowiem w tamtym momencie byłem prawie pewien, że to Ukraińcy napadli na nasz dom i mordują moich najbliższych. Dopiero potem dowiedziałem się także od innych ludzi, że na naszej kolonii był rzeczywiście straszny pogrom. Z mojej rodziny zginęli wtedy moja mama, mój brat Tadeusz i siostra Zofia.” Pragnę dodać, że mama Kazika miała chyba na imię Anna lat ok. 50, jego brat Tadeusz mógł mieć lat około 20, natomiast siostra Zosia mogła mieć wtedy około 18 lat. Kazimierz Umański po pewnym czasie, został żołnierzem polskiej samoobrony na którejś z placówek i nie znam jego dalszych losów.”  Maria Bojko: „Ja i moja rodzina od pewnego czasu chodziliśmy na noc do Marii, żony sowieckiego oficera z domu Świstowska. Tam nocowaliśmy mając nadzieję, że na ten dom nie będzie napadu, skoro Marysia jest żoną Rosjanina. Dlatego także i w ten dzień kiedy nastąpił pogrom w naszej kolonii byliśmy w tym domu. Razem z nami byli jeszcze dwaj rodzeni bracia Marysi: Tadeusz lat około 17 i Zbigniew lat około 10. Pamiętam, że atak miał miejsce o świcie, ukraińscy bandyci gwałtownie włamali się do tego domu i z miejsca zaczęli mordować wszystkich po kolei. Najpierw zginęli ci którzy byli w kuchni. Ja tym momencie byłam w pokoju obok, zaledwie za jednymi drzwiami, gdy usłyszałam nieludzkie wręcz krzyki i piski brutalnie zabijanych ludzi, dochodzące z kuchni. Razem ze mną była wtedy moja córeczka Regina, która miała wtedy zaledwie 9 miesięcy. Instynktownie chwyciłam niemowlę na ręce i ukryłam się z nim w małej piwniczce pod podłogą, do które wejście było właśnie w tym pokoju. Ledwie zdążyłam się tam schronić do naszego pokoju wpadli Ukraińcy, wyraźnie słyszałam ich kroki. Po chwili zaczęli mordować także tych ludzi, którzy dosłownie przed chwilą byli ze mną w pokoju nad nami. To przeżycie jest nie do opowiedzenia, to się działo tuż nad naszymi głowami. Słyszałam krzyki i jęki konających, a przecież tak bliskich mi osób. Nie zapomnę tego do końca mojego życia, tego nie można wprost wymazać z pamięci. Po chwili wszystko ucichło, a ja posłyszałam jak wyciągają ciała pomordowanych ludzi z domu na podwórze. W czasie tej rzezi zamordowano: mojego tatusia Jana, moją mamę Kamilę oraz moją rodzoną siostrę Kazimierę i jej synka i córkę. Zginęli także Tadeusz Świstowski i Zbigniew Świstowski. Pamiętam, że kilka razy patrzyłam czy już zrobiło się ciemno na dworze, czekałam roztropnie do nocy. Wreszcie, gdy zapadał już zmrok, ostrożnie wyszłam z mojej szczęśliwej kryjówki na podwórko. Tu moim oczom ukazał się makabryczny widok, na ziemi leżały ciała bestialsko pomordowanych ludzi, w tym moi najbliżsi. Serce mocno mi zabiło po raz kolejny. Na progu domu spotkałam też Marysię, naszą dobrodziejkę oraz jej zaledwie półroczne niemowlę, z jakiegoś powodu oprawcy, pozostawili ich przy życiu. Marysia płakała bardzo gorzko i rozpaczała nad tym co się dzisiaj wydarzyło. Byłam w tym momencie przytomniejsza, zaproponowałam jej, aby razem ze mną zaraz uciekała do miasta. Niestety nie chciała nigdzie uciekać, upierała się i została w Teresinie. Ja tymczasem wzięłam swoje dziecko i lasami doszłam aż do wsi Włodzimierzówka, gdzie było już blisko do Włodzimierza.” (Sławomir Roch, Wspomnienia Eugeniusza Świastowskiego z kolonii Teresin na Wołyniu, Zamość 2003 r., s. 10-13).  „29 sierpnia 1943 r. W tym dniu bardzo wczesnym  rankiem cała nasza rodzina została zaalarmowana jakąś grozą, wiszącą w powietrzu. Zbudził nas sąsiad. Wybiegliśmy na podwórko. Nasza rodzina liczyła 6 osób. Byli to rodzice, ja, brat 12-letni, siostra – 1,5 roku i babcia, która przyjechała do nas z Włodzimierza w odwiedziny. Zobaczyliśmy w odległości około 1 km od strony północnej bardzo dużo postaci, jakby chmurę, idących w naszą stronę. Wszyscy pośpiesznie cofnęliśmy się do pokoju, tata zamknął drzwi od wewnątrz. Poklękaliśmy i zaczęliśmy się modlić. Z nami był sąsiad Kasperski. Tata nazywał się Bojko Stefan, mama Stanisława z domu Jankowska, urodzona w Skale pod Ojcowem, brat Edward, siostra Janina, babcia Jankowska Anna. Tata wziął siekierę i chciał uciekać przez okno, ale dom w szybkim czasie został otoczony przez banderowców uzbrojonych w kosy, siekiery, łopaty i inne narzędzia zbrodni. Wywołano babcię po nazwisku. Odpowiedziała: „Jestem kobietą i boję się wyjść”, ale w końcu poszła. Ja za sąsiadem uciekłam na strych. Próbowaliśmy schować się pod beczkę, ale rozsypała się. Wróciłam na dół i ze swoim bratem ukryłam się w piwnicy, która była pod komorą. Mama z malutką siostrą przy piersi została na drabinie stojącej w komorze i prosiła Ukraińca: „Co ja jestem wam winna, darujcie nam życie”, ale „had” uderzył ją. Usłyszałam jej śmiertelne chrapanie. Dziecko jeszcze wołało mnie „Lula” i prawdopodobnie żywe zostało wrzucone do dołu. Jak zginęli tato, sąsiad, babcia – nie wiem. W piwnicy leżałam na drewnianej belce, a brat mnie sobą zakrywał. Po krótkim czasie „had” wszedł na schody piwnicy, trzymając główkę maszyny do szycia „Singer” i odwrócony do nas plecami krzyknął: „Wyłaź”. Brat usłuchał, wyszedł i został zabity. Strzałów w tej masakrze nie było. Ukraińcy wykopali pod oknem dół i wrzucili doń moich rodziców. Tato miał 43 lata (były legionista), mama 33 lata. W piwnicy siedziałam długo. Po wyjściu z niej widziałam w domu powyrzucane wszystko z szafy, krew na podłodze i ścianach, powybijane okna. Wyskoczyłam oknem i udałam się do sąsiada Sowieta, u którego poznałam nasze konie. Ten człowiek z rodziną szykował się do wyjazdu, a mnie odesłał do sołtysa Ukraińca, który mieszkał około 3 km w kierunku Wólki Swojczowskiej [gm. Werba, pow. Włodzimierz]. Po zatrzymaniu się w przydomowym zagajniku, zbliżałam się do sołtysa pod nazwiskiem Środa. Banderowiec na koniu mnie zauważył i okrążył ten zagajnik, a ja zdążyłam dobiec pod dom Środy, z przeciwnej strony podwórka. Na podwórzu sołtysa zastałam kilku banderowców. Przedstawiono mnie, że to polskie dziecko. Oni zapytali mnie, czyja ja jestem, jak nazywali się moi rodzice i powiedzieli: „Jak została, to niech będzie”. Stałam się sługą rodziny ukraińskiej. Pasłam krowy. Budzono mnie tam bardzo wcześnie. Dawano mi robótki na drutach. Jak czegoś nie mogłam wykonać, bito mnie batem po nogach. Boso wypędzano mnie wczesną wiosną i późną jesienią, bez ubrań na pastwisko. Wchodziłam na drzewo, aby podkulić zmarznięte nogi. Na stopach miałam wrzody, które bardzo bolały i nie dawały spać, w nocy z bólu jęczałam. Na dzień wydzielano mi kromkę chleba. Z nędzy miałam głowę całą w strupach, maszynką ścięto mi włosy. Stałam się zdziczałym dzieckiem. Na polskie słowa uciekałam. Nie wiedziałam, ze strachu po przebytej rzezi, kim ja jestem. Po polsku umiałam tylko śpiewać „Serdeczna Matko”. Przy pasaniu krów śpiewałam, płakałam i tak zasnęłam, a krowy [gdzieś] podziały się i dalej wielki strach, co będzie? Rozmawiałam po ukraińsku i przyjęłam w cerkwi komunię św. Pamiętam wielki dym, jaki widziałam w czasie podminowania kościoła w Swojczowie – na wschód od Teresina. Byłam świadkiem zamordowania dwojga dzieci, z których jedno spało w kołysce. Działo się to w czasie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia 1943 r. Ojciec dzieci był Ukraińcem, a matka Polką, co zrobiono z matką, to nie pamiętam, chyba zabili. U tych Ukraińców byłam rok, gdyż wyprawa po mnie kuzynów z rodziny taty nie dawała żadnych rezultatów. Nigdy mnie nie mogli zastać, gdyż Ukrainka na noc wyjeżdżała na inną wieś i mnie zabierała [z sobą]. Od Ukrainki z Teresina zabrali mnie ciocia Romualda Puzio, która była młodą mężatką w stanie błogosławionym (mieszka w Hrubieszowie) i stryjek śp. Stanisław Bojko. Dzięki poświęceniu się cioci i stryjka zostałam uratowana od nieustannej poniewierki w rodzinie ukraińskiej. /…./ Teresin nie istnieje na mapie. Ukraińcy posadzili las. Wśród tych drzew rosną krzewy z ogródków i drzewa owocowe”. (Rozalia Wielosz z d. Bojko; w: Siemaszko..., s. 1241-1242). „Kilka dni po tym, jak spotkałam Wesołowską, do naszego domu przyszedł mój szwagier Stanisław Rokicki lat ok. 25. Z miejsca zaczął nam opowiadać, co się wydarzyło w ostatnich dniach na naszym Teresinie, mówił z przejęciem tak: „Ci co nie uciekli do miasta, to Ukraińcy zachęcali ich, żeby zbierali zboże, co było na polach i wszystko zwieźli z pól w sterty. I w tą właśnie sobotę wszystkim dali po kawale mięsa, żeby się jeszcze najedli, a w nocy zaszli od strony Włodzimierza Wołyńskiego i kogo spotkali, to już żywy nie uszedł. Na szczęście już od pewnego czasu wszyscy baliśmy się o swoje życie i nie nocowaliśmy w naszych domach. Ja i moi koledzy (w tym chyba Sobolewski), spaliśmy zwykle w naszej stodole na wyschniętej koniczynie. Moja żona Maria z naszym synkiem Kazimierzem, zaledwie 6-miesięcznym dzieckiem, Irena z córką Celinką oraz Leokadia nocowali wszyscy razem, zwykle w naszym domu. I tej tragicznej nocy, kiedy banderowcy urządzili nam rzeź na całym Teresinie, było tak samo. Jeszcze była noc, gdy obudził nas gwałtowny brzęk bitych szyb oraz straszny, przeraźliwy krzyk mojej żony Marii oraz obu pozostałych sióstr. Po chwili nastąpiła znowu gwałtowna cisza. My w tym czasie, zdjęci strachem, staraliśmy się głębiej zakopać w koniczynie. Baliśmy się bowiem, że teraz zaczną szukać także w stodole. Do świtu było już jednak cicho i spokojnie. Nad ranem, jak tylko się rozwidniło, wyszliśmy z ukrycia i starannie obszukaliśmy nasz dom i podwórko, ale nigdzie nie znaleźliśmy ciał pomordowanych, ani nawet śladów krwi. Jedynie pobite okna świadczyły, o tej tragedii, która się tu dziś wydarzyła, a której byliśmy świadkami.”  (Wspomnienia Heleny Wójtowicz z d. Karbowiak z osady Budki Kohyleńskie w pow. Włodzimierz; spisał Sławomir Tomasz Roch; w: http://wolyn.btx. pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/251-wspomnienia-heleny-wojtowicz-z-d-karbowiak-z-osady-budki-kohyleskie-w-pow-wodzimierz.html ). Wspomina pani Leokadia Baumgard z d. Sobolewska z Teresina: Usłyszeliśmy rano naraz brzęk szyb w oknie. Ja i pozostali z rodziny Buczkowskich zerwaliśmy się z łóżek patrzymy, a w oknie są widły i siekiery. W sieni była drabina na strych, postawiliśmy drabinę i uciekamy po niej na górę, jedna drugą się pyta: „Co jest?!” Nikt nic nie mówi! [...] A matka Buczkowskich, córka, Ola i Genowefa, wyszli ze strychu same na zewnątrz, drugą drabiną i innym wyjściem i tam je zabili. Gienia uciekała koło szkółki do lasu ale dopadli ją, zaciągnęli na podwórko i też zabili. Opowiadali nam rodzice, którzy byli w stodole i patrzyli przez szpary jak mordują dzieci i babcię. My obie z Lodzią byłyśmy tymczasem schowane w plewach, jak długo nie wiem, może godzinę. W pewnym momencie na strych wlazł Ukrainiec i chodził z toporem, słychać było jak stukał po podłodze. Pan Bóg dał, że nas nie widział, bo oni bandyci byli pijani. Powiedział tak: „Chto je nechaj wyjde!!”. Tyle pamiętam! Bóg dał, że nas nie zobaczył, zszedł na dół i poszli dalej mordować, do Krochmala. Słychać było jęki, rąbanie, ile ich zginęło nie wiem, tak chodzili od domu do domu. Zrobiło się cicho. […] Nie wiem co mi przyszło do głowy ale powiedziałam do Lodzi: „Zmówmy pacierz!!” A po modlitwie mówię do niej: „Schodzimy na dół.” Drabina podstawiona była z dworu, po niej właśnie bandyta wlazł na strych szukać pozostałych. Powiedziałam do niej: „Idziemy do mego domu zobaczyć co z moimi rodzicami i rodzeństwem.” Schodzimy po tej drabinie, a pod szczeblami była ziemia zmieszana z krwią. Musiała był płytka ziemia, bo słychać było charczenie, pod drabiną jeszcze konali ludzie, a my musiałyśmy deptać po nich żeby zejść na dół i uciekać. Przeszłyśmy koło Krakowiaka, bo chciałam zobaczyć, kto żyje, tym bardziej, że u nich był schowany mój brat Mieczysław i Jan Topolanek. Ale było pełno krwi na podwórzu, słychać charczenie było, bałam się więc uciekałyśmy dalej koło mojej cioci Teresy Klimczak, siostry mojego ojca. Moja starsza siostra chodziła do niej spać ale było wszystko otwarte, drzwi i okno otwarte, krew pod drzwiami, też słychać było charczenie. Wiedziałam, że nie żyją, mogą nas bandziory zobaczyć i zabić więc uciekamy dalej do mego domu, zobaczyć co się dzieje. Wchodzimy na podwórko pełne krwi, drzwi otwarte, wołam: „Mamo! Mamo!!” W tym czasie mój rodzony brat Witold usłyszał moje wołanie i wyczołgał się spod łóżka, był cały umorusany we krwi. Pytam się go: „Gdzie są rodzice?!” A on do mnie, że już nie ma nikogo, on sam wyszedł z tego ranny w głowę. Został uderzony siekierą, ile razy tego już nikt nie wie. Wzięłam go na podwórko i obmyłam mu głowę, porwałam prześcieradło na kawałki i zawiązałam mu głowę, wzięłam też bułki w koszyk.” (Sławomir Tomasz Roch: Wspomnienia Wiktorii Baumgard z d. Sobolewska z Teresina na Wołyniu, Zamość 2004 r., s. 2-3).  Świadek Maria B.-Cz. (ur. 1923) datuje napad na 11 lipca 1943 roku:  „Na Wołyniu mieszkaliśmy od pokoleń. /.../ Byłam już mężatką i miałam roczną córeczkę Reginkę. Mieszkaliśmy z mężem w domu moich rodziców. Była z nami jeszcze Tamarka, ośmioletnia dziewczynka, którą porzucili Rosjanie w 1941, uciekając przed Niemcami. Nie znała swojego nazwiska. Przygarnęliśmy ją. Na początku 1943 roku zaczęły przenikać do Teresina ponure wieści. Nie chciano dać temu wiary, ale kiedy w cerkwi w Swojczowie Ukraińcy poświęcili kosy, siekiery, łopaty, widły, mieszkańców parafii Swojczów ogarnęła trwoga. W dzień pracowaliśmy na polu i w obejściu, noce spędzaliśmy w zbożu, w stogach siana, stodołach lub zbierając się po kilka rodzin i wystawiając warty, żeby nie dać się zaskoczyć bandytom. /…/11 lipca przyszli u schyłku nocy. Około trzeciej usłyszałam ostre szczekanie psów. Wybiegłam z mężem i ojcem na podwórze. Od strony ukraińskich wsi Gnojno i Mohylno szła szerokim łanem w stronę naszej osady jakby chmura ludzi. Słychać było dudnienie kroków. Cofnęliśmy się do domu. Chwyciłam córeczkę i ukryłam się z nią w piwnicy, pod podłogą kuchni, za rzędem beczek. W tym czasie Reginka była chora na koklusz i bardzo głośno kasłała; bałam się, że kaszel  zdradzi kryjówkę, ale dziecko wyczuło zagrożenie i siedziało cichutko. Słyszałam płacz i rozpaczliwe krzyki moich bliskich, których wywlekano z domu i zabijano na podwórzu. Słyszałam też krzyki oprawców. Nie padł ani jeden strzał -  zabijali siekierami, widłami. Struchlała, oczekiwałam na swoją kolej. Gdy płacz i prośby moich bliskich ustały, zobaczyłam, jak uchyla się właz do piwnicy i [usłyszałam] męski głos: „Ne maje nykogo”. Po jakimś czasie, gdy zupełnie ucichły głosy ukraińskich bandytów, wyjrzałam przez okno w kuchni. Oczom moim ukazał się potworny widok. Mama, ojciec, siostra, mąż, dzieci: Krysia i Tamarka - leżeli na podwórzu z odrąbanymi głowami w morzu krwi. Cofnęłam się do kryjówki. Przesiedziałam tam cały dzień. Gdy o zmierzchu wyjrzałam po raz drugi na podwórze, zwłok moich bliskich już nie było, zostały zakopane w obejściu. Cały nasz dobytek rozgrabiono. Nocą wymknęłam się z córeczką na ręku, jak stałam, w jednej sukience, bez kromki chleba na drogę. W jednej chwili straciłam wszystko - rodzinny dom, najbliższych. Czołgając się, oddaliłam się w stronę pól. Nocą szłam przez bagna, zwane rudowinami, w dzień siedziałam w łozach. Wiedziałam, że aby żyć, muszę pokonać 17 kilometrów drogi do Włodzimierza Wołyńskiego.” (Lato 1943 - „Karta” – 43 /2004/, wybór i opracowanie Barbara Odonus).  Relacjonuje Witold Sobolewski: „Tej nocy spaliśmy wszyscy w swoim domu, gdy już świtało, bardzo raniutko, moja mamusia wstała już, aby robić oporządek i wtedy zobaczyła jak ponad oknem biegną obcy ludzie. Od razu domyśliła się, że to bandycki napad na ich rodzinę i od razu głośno krzyknęła do nas: „Uciekajcie bo bandyci! Będą nas mordować!!” Ja i moje rodzeństwo w tym momencie już nie spaliśmy i gdy tylko usłyszeliśmy krzyk naszej mamusi, natychmiast pozrywaliśmy się z łóżek. Mamusia też rzuciła się do ucieczki przez drzwi, ledwie jednak je otworzyła, tam już stał banderowiec i od razu palnął ją siekierą tak mocno, że mamusia po tym ciosie wypadła na dwór na ziemię. Ja uciekałem za moją mamusią, kiedy ona upadła, bandzior od razu palnął w głowę siekierą mnie, też upadłem na podłogę, poprawił mi drugi raz, trzeciego razu już nie pamiętam. Po moim trupie, jak sądził, pobiegł do naszej chałupy i od razu, w pokoju zaczął rąbać siekierą. moją starszą siostrę Feliksę lat około 16, a potem moją babcię Klimaszewską lat około 68, ale tego już nie widziałem. Ja tymczasem choć głowa bardzo mnie bolała, a krew się lała, nie utraciłem przytomności zupełnie, ale niemal instynktownie wsunąłem się, tak jak leżałem na ziemi, pod stojące obok łóżko. W tym samym czasie, gdy bandzior rąbał w pokoju Feliksę, przez drzwi na dwór wyskoczył nasz tatuś z braciszkiem Tadeuszem, ledwie dwu letnim. Za ojcem pobiegła na podwórko, moja młodsza siostra Czesława lat około 4 i chwilę krótką nie było ich. W tym momencie, nie widziałem co się dalej z nimi dzieje, miałem nadzieję, że zdołali uciec. Tylko tyle, że schowałem się pod łóżko, do kuchni wleciała z podwórka moja siostrzyczka Czesława, była cała pokrwawiona, krew lała się gwałtownie z jej malutkiej główki. Widać banderowiec chciał jej siekierą rozrąbać głowę, piszcząc strasznie, wskoczyła na swoje łóżeczko w pokoju. Bandyta nie dawał jednak za wygraną, zaraz za nią wleciał do domu z małym szpadelkiem wojskowym, wziął ją za jedną rękę i tak niósł dziecko na dwór, w tym samym czasie, po drodze, mocno uderzył ją tym szpadelkiem w głowę. Musiał ją co najmniej ogłuszyć, bowiem siostra przestała krzyczeć, a on dalej poniósł ja na dwór. Dopiero, gdy banderowiec opuścił z siostrą nasz dom, zrobiło się tak spokojnie i cicho, wtedy jakbym stracił na krótko przytomność, a może wciąż przerażony i zmęczony usnąłem, sam nie wiem. W każdym razie obudziłem się, gdy usłyszałem znowu kroki na podłodze, popatrzyłem i zobaczyłem moją starszą siostrę Wiktorię lat koło 14. Krzyknąłem na nią, aby mi pomogła, bo czułem, że jestem ciężko ranny. Zaraz też wyczołgałem się spod łóżka, a ona wyszukała w skrzyni białą poszwę z pierzyny i zawiązała mi głowę, bo krew wciąż szła. Zaraz też wyszliśmy z domu i pobiegliśmy do naszej cioci Józefy Topolanek, która mieszkała po sąsiedzku, tuż za miedzą. Tam na podwórku wołaliśmy ciocię, a ona po chwili wyszła do nas z ukrycia, z piwnicy, była przerażona wcale nie mniej niż my, ale przecież była osoba dorosłą, ufaliśmy, że ona wie co teraz trzeba robić. Rozglądając się na wszystkie strony, chwilę z nami rozmawiała, pytała siostrę: „A jak ty się przechowałaś, że nawet nie jesteś ranna?!” A ona odpowiedziała krótko: „Byłam u pani Buczkowskiej, tam się ukrywałam, a teraz właśnie wróciłam do domu, ale nasze wszystkie pobite pod stertą.” Potem wspólnie uciekliśmy do miasta, a w drodze pomogli nam Polacy z Włodzimierzówki.”  Relacjonuje Pani Buczkowska: „Tej nocy spaliśmy wszyscy niespokojnie, mój mąż już z wieczora poszedł do stodoły, ale nie wiem czy tam był. Ja spałam w domu ze swoimi dziećmi: z Eugenią, Aleksandrą i Leokadią. Rano wstałam i poszłam wydoić krowę do obory, nagle usłyszałam w wiosce jakieś odgłosy, coś się działo. Wyszłam na podwórko o popatrzyłam na naszą kolonię, zobaczyłam że w naszą stronę idzie dużo ludzi z bronią, poznałam że to Ukraińcy. Od razu wiedziałam, że idą nas mordować, gwałtownie skoczyłam do naszego domu i krzyknęłam tylko: „Uciekajcie bo biją!!” Zaraz po tych słowach, pędem ukryłam się w stodole, gdzie na wszelki wypadek, miałam już wcześniej przygotowany schowek. Teraz przez szparę w stodole, uważnie obserwowałam nasze podwórko, patrzyłam co będzie działo się dalej. Zobaczyłam jak Ukraińcy wyciągają brutalnie z domu moją mamusię staruszkę oraz moją córeczkę Aleksandrę. Tylko je wyprowadzili, od razu zaczęli je rąbać, mamusia zginęła od pierwszego cięcia, a Olesia poniosła szczególną ofiarę. Gdy bandyta uderzył ją siekierą pierwszy raz, upadła od razu, ale zaraz poderwała się z powrotem, to sadysta ją drugi raz siekierą. Klął przy tym po ukraińsku i bluźnił mówiąc: „Twiordy Lachi!” Po drugim ciosie znów zaklął, bo dziecko i to przetrzymało i poderwało się z ziemi. To on ją trzeci raz ciął w głowę, w tym momencie myślałam, że wprost oszaleję z bólu na miejscu, bowiem z domu, nieoczekiwanie wybiegła, druga moja córeczka Eugenia. Zaczęła błagać o życie siostry, klęczała i prosiła: „Panowie nie bijcie!!”, ale ledwie wypowiedziała te słowa, a już bandzior palnął ja siekierą w głowę tak mocno, że tym razem poprawiać już nie było trzeba. Tak konały dwie moje córeczki i mamusia. Olesia na moich oczach dogorywała, widziałam i wraz z nią, niosłam jej śmiertelne drgawki. Eugenia z kolei była jeszcze taka młodziutka, a jednak stać ją było na tak szlachetny czyn, jej śmiercią byłam wprost zdruzgotana, sama się sobie dziwię, że nie zwariowałam. To było straszne, tego się wprost nie da opisać, co czułam, czy w ogóle jeszcze coś czułam. Jeśli człowiek może oszaleć od razu, to taka chwila jest temu chyba najbardziej sposobna. W tym momencie nie wiedziałam gdzie jest moja trzecia córeczka i czy w ogóle przeżyła ten pogrom. Długo tak jeszcze siedziałam i jak ogłuszona patrzyłam przez szpary stodoły na ciała moich najbliższych, zalewałam się przy tym serdecznymi łzami i może właśnie one, uratowały moje życie psychiczne. Po pewnym czasie dotarło do mnie, że raczej nikt tu już teraz nie przyjdzie, odważyłam się i wyszłam na podwórko do tych moich SKARBÓW, NAJCZYSTSZĄ KRWIĄ OPŁUKANYCH. Policzyłam ciała, było trzy i gdy wciąż zastanawiałam się, gdzie mogą być jeszcze inni. Z domu wyszła moja córeczka Leokadia i Wiktoria Sobolewska, również płacząc podeszły do mnie. Pomimo tak wielkiej tragedii, tym razem niemal szalałam z radości, że chociaż ta jedna mi została. Wiktoria widząc, co się u nas stało, przerażona, o również niepewny los swojej rodziny, szybko się pożegnała i pobiegła do swojego domu.  /.../  W 1966 r. miałam ciężką operację, z której na szczęście wyszłam zdrowa. Już rok później pojechałam po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej do ZSRR, do Nowowołyńska. Gdy tak razem z babunią w najlepsze sobie wspominałyśmy, ona sama wspomniała tak: „O Michalinki dzieci, tu u nas zostały, ja je tak bardzo szkodowałam, nosiłam im jeść, pomagałam im jak mogłam. Radziłam tej największej dziewczynce, aby dla rodzeństwa i dla siebie ziemniaków nakopała, nasze jednak, jak mieli ich pomordować, zabrali ich z domu i poprowadzili do piwnicy Buczka.” I w tym momencie nieznacznie wskazała ręką za mnie i powiedziała znacząco: „O Matryfan Ich pobił!” I dodała jeszcze cicho: „Te małe to na sztachetę żywcem nasadził, to większe to niósł w powietrzu za jedną rękę, a w drugiej miał siekierę, którą kilka razy uderzył dziecko w głowę.” O najstarszym nie wspomniała, bowiem mnie po tych słowach zatrzęsło z bólu i złości i powiedziałam przerywając jej: „Wam to łatwo nie przejdzie, bo my Polacy rozsiani po całym świecie w Ameryce i poza granicami i my o tem nie zapomnimy !” Ona tymczasem rzekła głośno do swojego sąsiada, który właśnie wyszedł ze swojej chaty po wodę: „Matryfan ty znajesz kto to?! To doczka sołtysa Rusieckocho!” Ale on, tylko mruknął coś pod nosem i poszedł przez szosę z wodą, przy czym ręka mu się trzęsła jak w galarecie. Widać było gołym okiem, że go ta niespodziewana wizyta, raczej niemile zaskoczyła.” (Sławomir Tomasz Roch: Wspomnienia Janiny Topolanek; w: www.kresy.pl; 26 marca 2011).  „Była sobota 28 sierpnia 1943 r. Leokadia z Wiktorią Sobolewską, koleżanką z sąsiedztwa, babcią ze strony ojca oraz siostrami Olesią, która miała wówczas 17 lat i nieco młodszą Genią, postanowiły wyspać się w normalnych warunkach w domu (ze względów bezpieczeństwa bardzo często całe rodziny nocami ukrywały się poza domem - przyp. autora). Śpiących obudziło nad ranem 29 sierpnia, ujadanie psów. Jak się później okazało, podzieleni na grupy ukraińscy chłopi z Kohylna i Gnojna, uzbrojeni w kosy, siekiery, widły i inne narzędzia zbrodni, wspólnie z upowcami okrążyli kolonię i wdzierali się do poszczególnych domostw. Ojciec Leokadii, Jan Buczkowski, z sąsiadami Sebastianami, przebywali w schronie. Matka Elżbieta z d. Marcówna, miała kryjówkę w stodole. Cała reszta rodziny znalazła się niestety w pułapce, chowając się instynktownie na poddaszu domu. Leosia z koleżanką cudem uniknęły śmierci. Przykryły się sianem i zostały przeoczone. Dwie starsze siostry i babcię zrzucono z poddasza, bestialsko zamordowano i zakopano na podwórzu lekko przykrywając ziemią. Przerażony ojciec Leokadii uciekał polami i dotarł do oddalonego o niecałe 15 km Włodzimierza, gdzie znalazł schronienie u znajomych. Przekonany był, że nikt z jego rodziny nie przeżył. Matka z kolei widziała co dzieje się z jej dziećmi, ale strach tak ją sparaliżował, że nie potrafiła wydać z siebie ani słowa, choć wydawało się jej, że krzyczy, aby darowali im życie. Przez tydzień chowała się jeszcze w swojej kryjówce, jednak nie odważyła się odkopać przysypanych ziemią ciał, by sprawdzić ile osób zamordowano. W końcu udała się do zaufanego ukraińskiego sołtysa Środy, który wozem przemycił ją do Włodzimierza. Tam ks. Stanisław Kobyłecki, proboszcz parafii farnej, organizował opiekę dla ofiar rzezi. Nieoczekiwanie odnalazła tam swojego męża. Jeszcze większe szczęście spotkało ją, kiedy okazało się, że żyje również najmłodsza córeczka Leosia.” (Zburzona sielanka w Teresinie: w: http://wolyn.org/index.php/publikacje/1198-zburzona-sielanka-w-teresinie .Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło; za: http://www.gloswagrowiecki.pl/artykuly/historia/1957-rze-w-komisariacie-ukraina.html ).

We wsi Tumin pow. Horochów Ukraińcy zamordowali 11 Polaków: 8-osobową  i 3-osobową rodzinę;  m.in. przecięli piłą na pół Stefana Uleryka.

We wsi Turia pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zabrali do lasu i rozstrzelali 5 Polaków: rodzinę oraz 20-letniego chłopca.

We wsi Turyczany pow. Włodzimierz Wołyński Ukrainiec, syn nauczyciela, zarąbał siekierą żonę Polkę, nauczycielkę, lat 34; ponadto zamordowana została jej rodzina oraz kilkunastu innych Polaków. „U nas w Turyczanach policja do pojedynczego mordowania wybrała sobie tzw. „Pniaki”, miejsce oddalone od Turyczan i Głęboczycy do kilku kilometrów. Nie było dnia, w którym nie wywieziono by ofiary na „Pniaki” do zamordowania, naszym traktem prowadzącym przez Turyczany i Głęboczyce obok Hajek i dalej do „Pniaków”. Było tam dobre miejsce zasłonięte krzakami z gotowymi dołami po pniach. Od wiosny 1943 roku w naszych okolicach w promieniu około 20 km, już Niemca ze świecą nie ujrzał. Władzę sprawują Ukraińcy, wyłącznie UPA. Nawet kontyngenty tu się dla UPA odstawia”. (Józef Winiarski; w: Lucyna Kulińska, Dzieci Kresów III, Kraków 2009, s. 349-357; za:  http://wolyn.btx.pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/783-w-gboczycy-w-ostatnich-dniach-sierpnia.html ).

We wsi Twerdynie pow. Horochów Ukraińcy zamordowali 6-osobową rodzinę Papużyńskich.

W kol. Wielkie pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz miejscowi chłopi ukraińscy siekierami, widłami i kosami zamordowali około 30 Polaków, głównie kobiety i dzieci.

W kol. Wiktorówka pow. Włodzimierz Wołyński  podczas drugiego napadu Ukraińcy dokonali rzezi około 100 Polaków, zginęły całe rodziny, ocalało zaledwie kilka osób.  

We wsi Winiatycze pow. Zaleszczyki: „29.VIII.1943. Winiatycze pow. Zaleszczyki. Ukraińcy zamordowali Węgrzyna Antoniego a innego Polaka ciężko ranili. Kiedy Węgrzyn z trzema towarzyszami wyszedł w tym dniu po południu na przechadzkę w pole, otoczyli ich w pewnym momencie Ukraińcy uzbrojeni w pistolety i noże. Ofiarą padł Węgrzyn Antoni, ciężko ranili nożami jego kolegę, dwóch innych uciekło” (ANN, AK, sygn. 203 /XV/ 9, k. 170 – 174).

We wsi Władynopol pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 4 Polaków: Stanisławę Uszyńską, jej synową Wandę  i 2 wnucząt.

W kol. Władysławówka pow. Włodzimierz Wołyński 50 upowców oraz około 150 miejscowych chłopów ukraińskich oraz kobiet, siekierami, kosami, widłami, nożami, cepami, szpadlami, sierpami, grabiami, orczykami wymordowali z niezwykłym okrucieństwem około 40 rodzin polskich stosując tortury, gwałcąc dziewczęta i kobiety, zapewne około 200 Polaków (Siemaszko..., s. 869)   Przebieg tej zbrodni znany jest dzięki Ukraińcowi, który zrelacjonował ją swojemu polskiemu sąsiadowi.  Pod koniec sierpnia 1943 roku z Władysławówki przybiegł zakrwawiony mężczyzna krzycząc, że Ukraińcy mordują w tej wsi Polaków. Świadek, W. Malinowski ukrył się ze swoją rodziną w lesie. Pomagał im sąsiad, Ukrainiec Józef Pawluk. Poszedł on do wsi Władysławówka sprawdzić, co się dzieje. Wrócił po około 3 godzinach i zdał relację. „Prowidnyk ich powiedział, że taka rzeź jednocześnie jest przeprowadzana, odbywa się na całej Ukrainie, że jest nakaz wybicia wszystkich lachiw - żeby nikt nie pozostał - komunistów i Żydów też. Powiedział (Józef Pawluk - przyp. S.Ż.), że we wsi Władysławówce wybili wszystkich, 40 rodzin – ogółem około 250 osób, leżą martwi, trupy. Zapytany, jak to się stało, opowiedział, że rano napadli na kolonię, 50-ciu Ukraińców - UPA, uzbrojonych, otoczyło i "zdobyło" wieś, podczas "zdobywania" wsi zastrzelili kilku Polaków, którzy uciekali. Pozostali bezbronni i sterroryzowani zostali oddani Ukraińcom, którzy oczekiwali w rejonie wsi przed jej "zdobyciem". Była to zbieranina ludzi bez broni palnej, ze 150 osób, między nimi były kobiety - wszyscy posiadali kosy, sierpy, siekiery, widły, noże, cepy, szpadle, grabie, kłonice, orczyki i inne narzędzia stosowane w rolnictwie. Tak na znak dany przez uzbrojonych Ukraińców, rzucili się na Polaków. Rozpoczęła się straszna rzeź, w tym zamieszaniu pobili i swoich. O tym opowiedział mi ojciec - mówił Pawluk, a sam widziałem koniec tego mordu - najgorzej znęcali się nad ostatnimi Polakami - rozszarpywali ludzi, ciągnęli za ręce i nogi, a inni ręce te odżynali nożami, przebijali widłami, ćwiartowali siekierami, wieszali żywych i już zabitych, rozcinali kosami, wydłubywali oczy, obcinali uszy, nos, języki, piersi kobiet i tak ofiary puszczali. Inni łapali je i dalej męczyli, aż do zabicia. Przy końcu ofiara była otoczona grupą ryzunów - widziałem, jak jeszcze żyjącym ludziom rozpruwano brzuchy, wyciągano rękami wnętrzności - ciągnęli kiszki, a inni ofiarę trzymali; jak gwałcili kobiety, a później je zabijali, wbijali na kołki, stawiali żywe kobiety do góry nogami i siekierą rozcinali na dwie połowy, topili w studniach. Powiedział Pawluk, że nigdy w życiu nie widział i nie słyszał o takiej rzezi, i nikt, kto tego nie widział, nigdy w to nie uwierzy, że jego pobratymcy tego dokonali. (...) Po wybiciu ofiar wszyscy rzucili się na dobytek - rabowali wszystko, nawet jedni drugim zabierali, były bratobójcze bójki (...). Nie mogłem patrzeć się na dzieci z roztrzaskanymi głowami i mózgiem na ścianach, wszędzie trupy zmasakrowane, krew - aż czerwono.” (Siemaszko..., s. 1236 - 1237).

We wsi Ziemlica pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi siekierami, szpadlami, widłami i innymi narzędziami zamordowali około 90 Polaków ; „Dzieci nabijano na zaostrzone kolki i wrzucano do studni. Jedną z kobiet dwóch Ukraińców poniosło na widłach i wrzuciło do dołu”. (Siemaszko..., s. 854).

W kol. Zofiówka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali co najmniej 20 Polaków: mężczyzn zastrzelili, kobiety i dzieci zarąbali siekierami.    

 

   W nocy z 29 na 30 sierpnia 1943 roku:

We wsi Mohylno pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali co najmniej 73 Polaków; małżeństwo Garczyńskich (lat 68 i 66) związali drutem kolczastym i wrzucili do studni;  42-letniemu Antoniemu Siateckiemu odrąbali nogi i pozostawili do skonania, jego żonie i 3 dzieci lat 3, 7 i 10 odrąbali ręce i nogi (Siemaszko..., s. 927 ; nie wymieniają oni rodziny Zajączkowskich, co podał świadek w „Rzeczpospolitej” z 2 lipca 2003 r.). „Aż do nocy 29 sierpnia od naszych sąsiadów nie dostaliśmy żadnego ostrzeżenia, nawet w postaci groźby, nie było też żadnego wezwania do opuszczenia tej ziemi. Dopiero w ostatniej chwili sąsiad Ukrainiec o nie zapamiętanym nazwisku przybiegł do zabudowań rodziny Bernackich, z okrzykiem: "uciekajcie natychmiast, już do was idą". Nazwiska tego jedynego we wsi sprawiedliwego nie pamiętam. Z rodziną Bernackich uratowała się również rodzina Feliksa Szewczuka, która tam nocowała. Natomiast Feliks został zamordowany już wcześniej i to w sposób niezwykle okrutny - odrąbano mu ręce i genitalia./.../ Wybierając sobie miejsce do spania wieczorem 29 sierpnia nie wiedzieliśmy, że ten wybór to wybór życia lub śmierci, wybór dokonywany nieświadomie i losowo. Babcia Marianna Mroziuk i Dziadzi Piotr Mroziuk nocowali w domu ze względu na swój podeszły wiek (84 i 82 lata), dołączyła do nich wdowa Aniela Juszczuk z dziećmi, córką Stefanią i synem Dionizym (3 lata). Nocleg w domu oznaczał dla nich śmierć. Reszta rodziny miała do dyspozycji dwa brogi ze słomą, jeden nieco bardziej oddalony od zabudowań, drugi blisko stodoły. Ten pierwszy oznaczał życie, drugi śmierć. Na pierwszym spałam ja, Jadwiga Mroziuk, Antonina Mroziuk (ur. 1924 r), Bolesław Mroziuk (ur. 1929 r), Zofia Buczek (siostra Anieli Mroziuk) i Edward Bernacki. Drugi brog wybrały na nocleg - wybierając tym samym śmierć - następujące osoby: moja Mamusia - Helena Mroziuk, siostra Dioniza, stryj Adam Mroziuk, Sabina Buczek (z domu Gaczyńska) - bratowa Anieli Mroziuk z domu Buczek, syn Sabiny Henio Buczek lat 9, syn Sabiny Antoś Buczek lat 5. W nocy - o nieokreślonej godzinie - obudziły nas przeraźliwe krzyki, dobiegające z zabudowań stryja Adama oraz z zabudowań właściciela wiatraka o nazwisku Siatecki. Przerażający był krzyk Siateckiego, przeraźliwe długie "ooooojjjj", świadczył o ogromnym cierpieniu, nieludzkim cierpieniu. Fiodor Krawczuk, który nie był w stanie uwierzyć w naszą opowieść, zwłaszcza że tylko słyszeliśmy odgłosy mordowania, wyruszył pieszo do wsi Mogilno. Gorzką prawdę o bestialstwie swoich rodaków z UPA poznał gdy podszedł do zabudowań Siateckiego. Gospodarz leżał na podwórzu koło psiej budy - miał odpiłowane lub odrąbane ręce i nogi, obok wielka kałuża krwi. Już nie krzyczał, ale żył jeszcze, świadczyły o tym konwulsyjne drgania kadłuba. W dniu śmierci miał 42 lata. Jego żona Hanna - lat 36, córki - Kazimiera - lat 10, Leokadia - lat 7, Regina - lat 3, leżały nieco dalej w kurzu i krwi. Ich szczątkom Fiodor Krawczuk nie przyjrzał się tak dokładnie, lecz zostały potraktowane podobnie jak Siatecki.  Antosia Mroziuk, Bolesław Mroziuk i Zofia Buczek mogli zejść z brogu nie zauważeni, ponieważ uwaga morderców była skupiona na ucieczce mojej i Edwarda Bernackiego. Ukryli się w gąszczu młodych wiśni. Trwali tam ogarnięci grozą. Słyszeli, jak wyprowadzono z domu Babcię i Dziadzia, który prosił o życie powołując się na swój wiek i przypominając swą pomoc w żywności dla Ukraińców, którzy uciekli zza sowieckiej granicy w czasie Wielkiego Głodu. To nie zrobiło na mordercach żadnego wrażenia. Siekiery i noże spłynęły krwią niewinnych. Zginęła cała moja rodzina i Juszczakowie, starcy, kobiety, dzieci. Z ofiar zdarto obuwie i wartościową odzież, skrwawione szczątki od razu zakopano. Gdy mordercy odeszli i zrobiło się cicho, Zosia z Antosią i Bolesławem rozpłakali się z żalu, strachu i rozpaczy. Wyszli z ukrycia i podeszli do zabudowań stryja Adama - a rodzinnego domu Antosi i Bolcia. Na podwórzu stał kierat, w jego pobliżu nadchodzący dzień odsłonił przerażonym oczom wielkie kałuże krwi. Krwawe ślady wskazywały miejsce zakopania ciał ofiar za brogiem. Antosia i Bolesław pozostali tam, nikt więcej nie widział ich, nie wiadomo kiedy i jak zostali zamordowani. Prawdopodobnie zostali znalezieni przez rabujących dobytek ofiar banderowców i ponieśli męczeńską śmierć w wieku 19 lat - Antosia i 14 lat - Bolesław. Zosia Buczek poszła sama do swojego domu rodzinnego. Jej matka, Stanisława Buczek i jej siostra, stara panna Józefa, jeszcze były całe i zdrowe. Wydawało się, że starym kobietom już nic nie grozi, że darowano im życie. Zosia Buczek ponownie ocalała, ponieważ ukryła się po raz drugi - tym razem w szopie z sianem przy zabudowaniach Buczków. Cały dzień tam siedziała. Mogła obserwować rodzinny dom przez szparę. Widziała więc morderców, mężczyzn nie mieszkających w Mogilnie, przyprowadził ich mieszkaniec wsi Siergiej Chomiak. Wyprowadzili z domu staruszki i zamordowali bez litości. Chomiak wykopał jamę i wrzucił tam ciała, jeszcze po śmierci rąbał ciało staruszki Stanisławy mówiąc przy tym: "A majesz Polszczu". Potem siedząc aż do zmroku w swojej kryjówce Zofia Buczek musiała słuchać makabrycznych w swej treści rozmów Ukraińców. Opowiadali sobie - także dzieci - jak który "Lach" krzyczał z bólu przed śmiercią, jak jęczały torturowane ofiary. Opowiadano, jak dzieci ukraińskie bawiły się odciętą głową żony Łukasza Gaczyńskiego - ci Gaczyńscy mieszkali na Zwierzyńcu. Pani Gaczyńska miała piękne grube warkocze, to z tego powodu jej głowa posłużyła do makabrycznej zabawy. Wiele wypowiedzi świadczyło o trwającym rabunku mienia pomordowanych. Odnośnie mojej rodziny powiedziano: "Do Adamka i do Franka Mroziuków pojechały cztery fury po rzeczy". Z rodziny Szczurowskich uratowała się Jadwiga Szczurowska. Gdy mordowano jej rodziców - Antoniego i Martę Szczurowskich, siostry Genowefę i Kazimierę oraz synka sąsiadów, Stasia Konstantynowicza, ona również otrzymała cios w głowę i z rozciętą głową padła bez przytomności. Odzyskała ją, zanim mordercy dokończyli swą krwawą "pracę" z jej rodzicami i pełzając ukryła się w snopkach na polu, tzw. dziesiątkach. Banderowcy szukali jej, przy pomocy wideł i szpadla, szukali uderzając w snopach. Odrąbali szpadlem dwa palce, lecz Jadwiga Szczurowska zniosła ból w milczeniu. Gdy dotarła do Włodzimierza Wolyńskiego, minęło pięć dni od krwawej nocy. Część tego czasu spędziła w zbożu na polu. Zdecydowała się wyjść, gdy przypomniała sobie opowiadanie swojego ojca o śmierci głodowej. W ranach na głowie i po odciętych palcach zalęgły się robaki. Ostatkiem sił doszła w pobliże Cegielni w Włodzimierzu. Tam upadła, lecz członkowie polskiej samoobrony zauważyli ją i zanieśli do szpitala” (Jadwiga Kozioł z d. Mroziuk, w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl ). "Zamordowali m. in. moje siostrzane rodzeństwo (Dyzio, Boguś i Tereska Gaczyńscy, wiek odpowiednio 10, 8 i 6 lat oraz niemowlę nieznanego imienia w wieku 6 dni). Mordercy, to m.in.: Juchym Orluk, syn Prochora, urodzony w 1907 roku w Mohylnie, który własnymi rękami zamordował sześcioletnią Tereskę Gaczyńską, sześciodniowe niemowlę i matkę niemowlęcia Marcelinę Gaczyńską, Fiszczuk Mychajło, syn Archypa, urodzony w 1907 roku w Mohylnie, który w czasie mordowania pilnował, aby żadna z ofiar nie uratowała się ucieczką przez okna oraz Łuciuk Wołodymyr, syn Wasyla z Marcelówki, który z ramienia tzw. UPA organizował i kierował ludobójczą akcją w Mohylnie. /.../ Dla nas Mohylno było gniazdem morderców. W tej wsi zginęły dzieci mojej siostry Kazimiery - Dyzio, lat około 10, Boguś, lat około 8, Tereska, lat około 7. /…/ Gaczyński, mąż Kazi, przeżył w ukryciu. Był świadkiem, jak banderowiec rozbija główkę jego najmłodszego dziecka (niemowlę płci męskiej, imienia nie pamiętam) o framugę drzwi trzymając je za nogi. Zginęła także jego druga żona, a dwoje starszych dzieci, moich siostrzeńców, zginęło od siekier”  (Stanisława Tokarczuk: „Sąsiedzi z Marcelówki”; w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl ). „Tej strasznej nocy spali na Obrożku siana pod dachem, stał w sadzie Jadwigi Mroziuk. W nocy usłyszeli krzyki oraz jęki Antoniego Siateckiego, który miał własny wiatrak. Odrąbali mu obie nogi i tak w boleściach leżał na podwórku i krzyczał z bólu niemiłosiernego. A było do niego około 700 m przez pola, tak daleko i słychać było ten krzyk rozpaczy. Od razu zorientowali się, że to Siatecki krzyczy. Był szwagrem Zofii Buczek, a dla Antosi wujkiem. W tej dramatycznej chwili Edek wydaje rozkaz by spuścić drabinę i schodzić na ziemię, tam czekać, aż wszyscy zdążą zejść z brożka. Gdy wszyscy byli na dole, rzucili się do ucieczki w pola, w ciemną noc. A już bandyci byli przy ich domu, słyszeli nawet jak jeden do drugiego mówił: “Strzelaj!” Na szczęście nie strzelali za nami. Dodam, że w tym samym czasie już zabijali na podwórku Adama Mroziuka. Słyszeli jak go mordowali, przy tym nie strzelali wcale. Jadwiga Mroziuk uciekała za Edkiem, gdy go dogoniła prosiła by na nią poczekał bowiem nie ma tyle sił co on. Poszli już razem przez lotnisko na wschód od Mohylna, blisko Turii. Natrafili na dom Władysława Mroziuka, Jadwigi stryja z rodziną i pobudzili ich ze snu, podobnie z Krawczuka rodziną. Muszę dodać, że Edka siostra cioteczna Stefania Szewczuk była synową Krawczuka i rodziny Gdyrów. Wszyscy uciekli zaraz w zarośla nad rzeką Turia. Przesiedzieli tam cały upalny dzień, dopiero na następną noc udali się do Włodzimierza, kierując się poza lasem Owadeńskim. Szli przez błota, na rano dotarli do miasta. Wszyscy jak stali tak uciekali, matki z małymi dziećmi, Jadzia bosa i w sukienczynie, w której spała na brożku. Tymczasem Antosia i Bolek brat Antosi oraz Zosia Buczek siedzieli w ukryciu, aż zrobiło się widno. Rano przyszli na swoje podwórko, mieszkali bardzo blisko tego obrożka. Było na podwórzu dużo krwi i nic już w domu z odzienia nie było. Zrozpaczeni Antosia i Bolek stali i płakali na swoim podwórku, a było już widno. Tak znaleźli ich Ukraińcy, zaraz ich tam pomordowali. A rodzice i inni, co razem spali w stodole już wszyscy byli zakopani za domem. To wszystko opowiedziała nam potem osobiście Zosia, która zanim to się stało, zostawiła ich dwoje tak płaczących, a sama poszła do swego domu, który stał ze 300 m dalej. W DOMU ZOFII BUCZEK. W domu u Zosi była matka lat około 73 oraz siostra lat około 45, była jeszcze panna, poza tym była chora. Zosia poinformowała mamę, ze Sabina i jej dzieci zostali pomordowani. Sama ubiera na siebie kilka sukienek i chowa się przezornie w chlewie nad świńmi, były tam złożone gruchowiny. Włazi tam do końca, pod samą strzechę i siedzi cichutko. Tymczasem za niedługo przyszli na podwórko Ukraińcy, przyszli zabijać stareńką matkę i chorą siostrę. Stukają do drzwi, matka otworzyła, patrzy a oni stoją z siekierami. Matka prosi po imieniu: “Pawel nie zabijaj nas!” Potem było już słychać tylko trzask, za sekundę drugie uderzenie i cisza. Słychać było tylko jak zakopywali ciała pomordowanych kobiet, dokładnie za chliwkiem, w którym ukryła się Zosia. Słyszy wyraźnie, jak zbrodniarze jeszcze po zadaniu im śmierci, przeklinają swoje bezbronne ofiary, słyszy: “Masz tobie ty Polszczu!!” Po zakopaniu ciał rozpoczęło się grabienie pozostawionego majątku. Kłócili się ze sobą Ukraińcy, było o co, bo to i było co brać: para koni, kilka sztuk bydła, dużo odzienia. Zosia przesiedziała do nocy, a nocą sama szła polami do Włodzimierza. W DOMU JÓZEFA GACZYŃSKIEGO. Józef Gaczyński podczas nocy, w której mordowali mieszkańców naszej wsi Mohylno spał w ogrodzie w chaszczach. Gdy przyszli mordować jego rodzinę żona otworzyła drzwi, bandyci pytają o męża, a on wszystko słyszy. Na ten moment małe dziecko zaczęło płakać, żona mówi do nich, że weźmie dziecko na ręce i pójdzie męża poszukać. Lecz Ukrainiec zaraz na progu zarąbał ją bezlitośnie siekierą, a potem wszedł do domu i pomordował jeszcze troje dzieci. Mąż a zarazem ojciec rodziny wszystko słyszał dokładnie, w noc ciemną słychać dobrze, kiedy nawet ptaszki śpią. Jak otumaniony przedostał się do miasta Włodzimierza i tu nam wszystkim w domu opowiadał co przeżył. W DOMU JADWIGI SZCZUROWSKIEJ. Jadwiga Szczurowska córka Antoniego i Marty, właśnie Marta była rodzoną siostrą mojego taty Franciszka Szewczuka. Jest to przekaz wiarygodny bowiem jeszcze żyje Jadzia, obecnie mieszka w Darłowie i ma już 76 lat. Mieszkali w Mohylnie, Józef Szczurowski, syn uciekł do Włodzimierza z żoną i dwoma małymi córkami jeszcze w lipcu 1943 r. oraz siostra Rozalia Szczurowska, która była zakonnicą. Gdy przyszli nocą zabijać rodziców i dwie córki to wszyscy spali w stodole na sianie. Zaczęli wołać, ktoś się odezwał, więc nakazują schodzić na dół do stajni. Gdy wyprowadzali konie ze stajni Jadzia rzuciła się do rozpaczliwej ucieczki, niestety zaczepiła o coś i przewróciła się, tak ją dogonili i szpadlem okładają po udach i po głowie. Było ich dwóch jeden trzymał ją za usta, a drugiemu kazał bić szpadlem za uchem. Jadzia po kolejnych cięciach straciła przytomność, myśleli że ją zabili i pobiegli z powrotem mordować rodziców i siostrę Genowefę lat 19, by też nie próbowali uciekać. Przy tym morderców było więcej. Jadzia jeszcze nocą ocknęła się cała zakrwawiona ale nie była w stanie się podnieść. Na kolanach i na rękach zaczołgała się do snopków żyta, które stały za sadem, na ich własnym polu. W tych dziesiątkach siedziała kilka dni. W nocy marchew na polu wyrywała i jadła by przeżyć, niedaleko rosła trzcina, to rosę spijała z wielkiego pragnienia. Była przy tym bosa i tylko w jednej sukience, a było już chłodno, z kolei w dzień upał, muchy ją gryzły, aż robaki się w ranach zalęgły. Po temu też głowa ją bardzo swędziała! Dodam, że gdy Ukraińcy rano przyszli by zakopać jej ciało to szukali jej po tych snopkach, nawet widłami dźgali czy czasem nie siedzi w jednym z nich. Jadzia widziała nawet jak zbliżali się do miejsca jej ukrycia i bardzo na ten czas gorąco się modliła do Matki Bożej, by tylko jej nie zobaczyli i nie zamordowali. A słyszała przy tym, jak mówili Ukraińcy do siebie: “Ona daleko i tak nie zajdzie, tylko padochne!” Po kilku dniach zaczęła nocą iść do miasta Włodzimierza, po miedzach na polu spała, gdzieś zaszła do sadu to jabłko jakie zjadła.” („Wspomnienia Ludwiki Podskarbi z d. Szewczuk z kolonii Mogilno w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1935 – 1944”; spisał  Sławomir Tomasz Roch; w: http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/mogilno-szewczuk_ludwika.html ).  Wiesław Tokarczuk na forum Inne Oblicze Historii ujawnia protokoły władz sowieckich z przesłuchania Józefa Gaczyńskiego oraz morderców jego rodziny: Juchyma Orłuka i Mychajła Fiszczuka. Zbrodnia datowana jest omyłkowo na noc z 27 na 28 sierpnia 1943 roku. 

Protokół przesłuchania świadka Józefa Gaczyńskiego.
„26 lipca 1944 r. ja, starszy oficer operacyjny Oddziału Kontrwywiadu "Smiersz" Jednostki Wojskowej 44347 kapitan gwardii Gurinienko, w dniu dzisiejszym przesłuchałem w charakterze świadka: Gaczyńskiego Józefa, syna Jana, urodzonego w 1895 roku we wsi Mohilno rejonu Werbskiego obwodu wołyńskiego, narodowości polskiej, obywatela ZSRS, bezpartyjnego, analfabetę, z chłopów średniaków, chłopa-biedniaka, wdowca, nie karanego, zamieszkałego w chutorze Stasin, rejonu werbskiego, obwodu wołyńskiego. Może podpisać się po polsku.
O odpowiedzialności z art. 89 KK USRS za złożenie fałszywych zeznań zostałem uprzedzony: (--) Gaczyński
Pytanie: Co jest wam wiadomo o masowym mordzie obywateli sowieckich we wsi Mohilno rejonu werbskiego 27 sierpnia 1943 roku?
Odpowiedź: W 1943 roku rozpoczęły się masowe mordy ludności w rejonie werbskim i innych rejonach obwodu wołyńskiego, głównie mordowano ludność narodowości polskiej. 27 sierpnia 1943 roku położyłem się spać na podwórku koło swojej chałupy pod płotem. Jak tylko zaczęło się ściemniać, we wsi rozległ się hałas. Po pewnym czasie od momentu pojawienia się hałasu, mniej więcej o godzinie 21-22 wieczorem do mojej chałupy podbiegło 3 ludzi. Zacząłem nasłuchiwać. Gdy ci trzej ludzie znaleźli się przy moim domu, usłyszałem, jak zaczęli pukać do drzwi, a następnie rozległ się głos, po którym rozpoznałem mieszkańca wsi Mohilno Orluka Juchyma, syna Prochora, który krzyczał: "Jóźku, otwórz!, Jóźku, otwórz!". Potem Orluk powiedział do jednego z przybyłych: "Mychajło, biegnij do okna, bo on tamtędy ucieknie". Ten Mychajło przebiegł koło mnie i stanął pod oknem.
Pytanie: Czy rozpoznaliście, kim był ten Mychajło ?
Odpowiedź: 27 sierpnia 1943 roku była bardzo ciemna noc i nie rozpoznałem dokładnie, kto to był ten Mychajło, ale zdaje mi się, że był to mieszkaniec wsi Mohilno, Fiszczuk Mychajło, syn Archypa.
Kiedy Orluk zapukał do drzwi, po pewnym czasie moja żona Marcelina Gaczyńska otworzyła je i Orluk Jachym zapytał: "A gdzie jest Józek?" Żona odpowiedziała mu, że nie wie, gdzie jestem, oraz prosiła, by jej nie zabijali. Mówiła: "Nie zabijajcie mnie, nie zabijajcie". Moja żona powiedziała Orlukowi, że pójdzie po niemowlę i weszła do chałupy. Stamtąd wyszła z niemowlęciem, za nią szła moja sześcioletnia córka Teresa i płakała. Jak tylko żona wyszła z chałupy, rozległ się odgłos uderzenia i w tym samym momencie moja żona krzyknęła "Aj!". Słychać było, jak runęła na ziemię. Następnie rozległ się odgłos drugiego uderzenia i zaczęła krzyczeć moja córka Teresa. Gdy żona upadła na ziemię, to przez jakiś czas krzyczało niemowlę, a potem ucichło. Zrozumiałem, że to napad w celu wymordowania całej mojej rodziny i postanowiłem uciekać. Tej nocy w samej tylko bieliźnie uciekłem ze wsi Mohilno do miasta Włodzimierza Wołyńskiego, do mojego stryja Gaczyńskiego Piotra, którego rodzina została wywieziona przez Niemców. Następnie zamieszkałem u mojej siostry Mirowskiej Adeli córki Jana, która obecnie mieszka w chutorze Stasin rejonu werbskiego. Co się jeszcze działo tej nocy we wsi Mogilno, nie wiem.
Pytanie: Ile miesięcy miało wasze niemowlę ?
Odpowiedź: Moje dziecko miało dopiero sześć dni.
” (PA SBU F. 13 , spr. 1020, k. 144-148. Oryginał, rękopis. 28 Mar, 2008).  

Protokół przesłuchania mordercy Juchyma Orluka
/.../ „Pytanie: Czy miało miejsce jakiekolwiek prześladowanie którejś z tych narodowości (polskiej i ukraińskiej), w czym się ono przejawiało, oraz która ze stron dokonywała prześladowań ?
Odpowiedź: W okresie okupacji niemieckiej we wsi Mohilno miały miejsce prześladowania ludności polskiej przez banderowców. Odbywało się to w następujący sposób. Mniej więcej w maju lub w czerwcu 1943 roku do wsi Mohilno przyjechało dwóch ludzi. Jednego z nich, ze wsi Ostrówek leżącej w odległości około 1 km od Włodzimierza Wołyńskiego, mieszkańcy wsi nazywali "Zaliznyj". Drugiego człowieka nie znam. Obaj zebrali w szkole wsi Mohilno wszystkich mieszkańców - Ukraińców ze wsi Mohilno i oznajmili, że zostali przysłani z Ukraińskiej Powstańczej Armii. Następnie "Zaliznyj" spytał obecnych, czy chcą oni i czy będą walczyć z wrogiem (z kim konkretnie, nie powiedział). Zebrani odpowiedzieli, że będą walczyć z wrogiem. Dalej mówił on, ze Niemcy przegrywają wojnę, że w Niemczech wybuchnie rewolucja, ze Armia Czerwona dojdzie tylko do starej granicy oraz że w tym czasie Ukraińska Powstańcza Armia, w skład której wchodzi wielu ludzi, powstanie i rozpocznie tworzenie niepodległego państwa ukraińskiego. Na tym zebraniu byłem osobiście. Ponadto byli tam obecni Progniuk Wasyl, Progniuk Kyryło, Moroziuk Josyp i Saganiuk Wasyl, którzy obecnie mieszkają we wsi Mohilno i inni. Mniej więcej tydzień po tym zebraniu do wsi Mohilno przyjechali z UPA Łuciuk Wołodymyr syn Wasyla, mieszkaniec wsi Marcelówka rejonu werbskiego, Nedbajło Mykoła ze wsi Oseredek Stary, Fiszczuk Anton syn Iwana ze wsi Marcelówka rejonu werbskiego i inni, których nazwisk nie znam. W sumie było ich mniej więcej 10-15 osób. Zebrali oni w lesie owadnieńskim wszystkich mężczyzn wsi Mohilno (tylko Ukraińców) w wieku mniej więcej 20 do 30 lat, i zajmowali się musztrą. Wiem o tym od obecnego Sołoniuka Mykoły (zginął od wybuchu pocisku). Potem, mniej więcej po półtora - dwóch tygodniach Łuciuk, Nedbajło, Fiszczuk i inni zgromadzili wszystkich mężczyzn - Ukraińców w lesie owadnieńskim, wieczorem przyprowadzili ich do wsi Mohilno, ustawili w szeregach i Łuciuk powiedział: "Od dnia dzisiejszego jesteście zmobilizowani przez władze Ukraińskiej Powstańczej Armii i stajecie się żołnierzami, macie więc wykonywać to, co wam, rozkażemy. Za niewykonanie rozkazu będziecie rozstrzelani. Teraz pójdziemy likwidować wszystkich Polaków zamieszkałych we wsi Mohilno, ponieważ władze UPA wydały rozkaz likwidacji wszystkich Polaków, gdyż napadli oni na nasz sztab w lesie i zabili kilku naszych towarzyszy. Będziemy ich zabijać, a wy macie usuwać zwłoki." Potem wszyscy obecni (ponad 100 ludzi) zostali podzieleni na grupy, ile w ogóle było grup, nie wiem. W składzie tej grupy, do której wchodziłem, byli Łuciuk Wołodymyr, Nedbajło Mykoła, Fiszczuk Anton oraz mężczyźni ze wsi Mohilno - Artesiuk Mykoła, Artesiuk Jakiw, Artesiuk Kyryło, Fiszczuk Mychajło, Gorboń Mychajło, Kośtelećkyj Ołeksa, Kremniuk Kuźma i Bondar Fedir; innych nie pamiętam, razem 13-14 osób. Wszyscy oni mieszkają obecnie we wsi Mohilno. Naszej grupie zostały przydzielone dwa domy, w których mieszkały osoby narodowości polskiej, tj. rodzina Gaczyńskiego Józefa syna Jana (lub Józefa) składająca się w przybliżeniu z trzech osób oraz rodzina Szczurowskiego Antoniego składająca się z czterech osób. Jako pierwsi do domów wchodzili Łuciuk, Nedbajło i Fiszczuk Anton. To oni zamordowali wszystkie te siedem osób, prawdopodobnie strzelając, ponieważ słychać było strzały. Ja wraz z innymi wykopaliśmy przed ich domami, mniej więcej w odległości 50 metrów w polu, trzy doły i zakopaliśmy - w dwóch dołach po trzy osoby, a w jednym dole - jedną.
Wyżej zeznałem, że rodzina Gaczyńskich składała się z trzech osób, a rodzina Szczurowskich z czterech, wnoszę poprawkę: rodzina Gaczyńskich składała się z czterech osób lecz zostały zabite 3 osoby z rodziny; nie wiem, z ilu osób składała się rodzina Szczurowskich, ale chyba z siedmiu lub ośmiu osób, z tej rodziny zostały zabite cztery osoby. Polacy nie stawiali żadnego oporu, niektórym z nich udało się uciec i uratować się, na przykład Gaczyńskiemu Józefowi, a także, z tego co mówił Panasiewycz Ołeksandr, z rodziny Szczurowskich uratowali się ucieczką syn Józef, żona Szczurowskiego Józefa - Antonina oraz córka lub siostra.

Pytanie: Czy wiadomo wam, ilu Polaków zostało zamordowanych tamtej nocy ?
Odpowiedź: Tamtej nocy wymordowano 11 polskich rodzin, lecz niektóre osoby z tych rodzin uratowały się ucieczką. Ile osób w sumie zostało zamordowanych, nie wiem.
Pytanie: Jak przedstawiał się przekrój grupy zabitych Polaków pod względem wiekowym ?
Odpowiedź: Tamtej nocy zamordowano wszystkich, co do jednego, znajdujących się we wsi Polaków, tj. dorosłych, starców, dzieci, a nawet niemowlęta.
Pytanie: Kogo konkretnie zamordowali ludzie z waszej grupy ?
Odpowiedź: Z rodziny Gaczyńskich została zamordowana żona Józefa Gaczyńskiego, syn lat 8 - 10 i niemowlę. Z rodziny Szczurowskich został zamordowany Szczurowski Antoni, dwie dorosłe córki w wieku 18 - 20 lat, imion nie znam, oraz żona Szczurowskiego Antoniego, lat około 50.
Pytanie: Czy wiadomo Wam, gdzie jest pochowana reszta zabitych tamtej nocy ?
Odpowiedź: Gdzie są pochowani pozostali zabici, nie jest mi wiadomo.
Pytanie: Ilu Polaków pozostało we wsi Mohilno po tamtej rzezi ?
Odpowiedź: Po tamtej nocy, kiedy miał miejsce mord na Polakach, we wsi Mohilno pozostała tylko jedna rodzina narodowości polskiej -  rodzina Łuciuk Marii, krewnej Łuciuka Wołodymyra syna Wasyla. Reszta albo została wymordowana, albo uciekła ze wsi. Rodzina Łuciuk Marii mieszka obecnie we wsi Mohilno.
Pytanie: Czy miały jeszcze miejsce napady banderowców na rodziny Polaków?

Odpowiedź: We wsi Mohilno napadów na polskie rodziny więcej nie było. Z rozmów ludzi wiadomo mi, że likwidacja Polaków miała również miejsce we wsi Gnojno rejonu werbskiego. O napadach na inne wsie nic nie wiem.
Pytanie: Co się stało z mieniem zamordowanych i zbiegłych Polaków ?
Odpowiedź: Wiadomo mi, że część mienia i bydła Polaków wzięła ludność, a najlepsza część - konie, 10 sztuk krów, około 10 świń oraz lepsze rzeczy były od razu zabrane przez banderowców. Na drugi lub na trzeci dzień po wymordowaniu Polaków osobiście widziałem, jak Łuciuk Wołodymyr, Nedbajło Mykoła, Fizczuk i inni zabierali lepsze konie, część świń, (według słów Bojki Ołeksandra, 7 - 8 sztuk) dla UPA. Ze zwierząt gospodarskich Polaków (sam widziałem) Moroziuk zabił świnię, a Miszczuk Kłym zabrał krowę. Widziałem też, jak Janic Petro ubrał się w kożuch. Zboże zabitych Polaków zostało wymłócone i właściwie całe zakopane. Młóceniem i zakopywaniem zboża kierował Bojko Ołeksadr i Moroziuk Juchym. Ten ostatni mieszka we wsi Mohilno, a Bojko we wsi Beskubiczi lub Bubeczi, 20 kilometrów od wsi Mohilno. Będąc już starostą, sam przydzielałem robotników do młócenia zboża i zakopywania go. Wszystkich mieszkańców wsi pracujących przy zakopywaniu zboża nie pamiętam; pamiętam tylko, że pracował Jaszczuk Iwan, Artesiuk Mykoła i Daciuk Mychajło. Sam byłem obecny przy kopaniu jednego dołu do zsypywania do niego zboża, mniej więcej 50-60 cetnarów. Ten dół został wykopany w polu na południe od wsi, w odległości dwóch kilometrów w linii prostej od chałupy Panasiewicza Ołeksandra. Gdzie zostały wykopane pozostałe doły oraz ile do nich zsypano zboża, nie wiem. Dla kogo było przeznaczone to zakopane zboże, również nie jest mi wiadomo.
Pytanie: Gdzie są chałupy oraz inne budynki wymordowanych Polaków ?
Odpowiedź: Część budynków została rozebrana przez ludzi, a te domy i zabudowania, które pozostały, spalili banderowcy.
” (PA SBU, F. 13, spr. 1020, k. 136-143. Oryginał, rękopis. 28 Mar, 2008).

Protokół przesłuchania mordercy Mychajła Fiszczuka.
/.../ „Pytanie: Co Wam wiadomo o masowym mordzie obywateli sowieckich we wsi Mohilno rejonu werbskiego w sierpniu 1943 roku, w okresie tymczasowej okupacji obwodu wołyńskiego przez wojska niemiecko - faszystowskie?
Odpowiedź: W okresie tymczasowej okupacji przez wojska niemieckie rejonu werbskiego, latem 1943 roku, nie pamiętam dokładnie miesiąca, do wsi Mohilno przyjechał przedstawiciel Ukraińskiej Powstańczej Armii. Nie znam jego nazwiska, ale od mieszkańców wsi dowiedziałem się, że ten przedstawiciel miał jakąś funkcję w UPA. Teraz już nie pamiętam, kto mi to powiedział.  Przedstawiciel UPA zebrał mieszkańców, tylko Ukraińców, w budynku szkoły. Na tym zebraniu mówił on, że trzeba wypędzić obcych najeźdźców z ukraińskiej ziemi i pytał, czy ludzie zgadzają się na to. Obecni na zebraniu mieszkańcy wsi Mohilno oświadczyli, że chcą wypędzenia obcych
najeźdźców. Na tym zebraniu byłem obecny ja, Orluk Juchym, Progniuk Kyryło, Artesiuk Sylwester i inni, razem około 40 - 50 osób. Po 7 - 10 dniach od tego zebrania do wsi Mohilno przybył Łuciuk Wołodymyr syn Wasyla, mieszkaniec wsi Marcelówka, Sołowniuk Mykoła syn Kornela (zginął od wybuchu pocisku na wiosnę 1944 roku) i inni, których nazwisk nie pamiętam. Ilu ich było w sumie, nie wiem. Ci przedstawiciele zebrali miejscowych mężczyzn - około 90 mężczyzn ze wsi Mohilno, wśród których byłem ja, Artesiuk Kyryło, Artesiuk Apon, Klemniuk Jakiw, Artesiuk Mykoła, Kremnik Kuźma, Gorboń Mychajło, Orluk Juchym, Kostelećkyj Ołeksa i inni. Gdy wszyscy się zgromadzili, Łuciuk Wołodymyr powiedział do zebranych: "Od dnia dzisiejszego jesteście żołnierzami, jak każdy z nas - przedstawicieli. Nie tylko my sami będziemy budować Ukrainę, wy macie pomagać. Wszyscy powinniśmy budować niepodległą Ukrainę i na Ukrainie nie powinno być nikogo obcego. Teraz macie robić wszystko, co każemy. Dzisiaj będziemy likwidować Polaków. Musicie uzbroić się, kto w co może, i przyjść na kraniec wsi na drogę". Następnie puścił nas wszystkich do domu. Poszedłem do domu, zabrałem kij (pałkę) i przybyłem na wyznaczone miejsce; inni wzięli ze sobą siekiery, widły itp. Gdy wszyscy zebrali się na szosie od strony lasu owadnieńskiego, mnie, Orluka Juchima, Artesiuka Kyryła, Artesiuka Apona, Klemniuka Jakowa, Artesiuka Mykołę, Kremeniuka Kuźmę, Gorbania Mychajłę i Kostelećkiego Ołeksę skierowano do Gaczyńskiego Józefa i Szczurowskiego. Łuciuk Wołodymyr powiedział nam: "Idźcie do Gaczyńskiego i Szczurowskiego, szukajcie, gdzie śpią i zabijcie". Pozostałe grupy poszły do innych Polaków - mieszkańców wsi Mohilno. Było to mniej więcej o 10 wieczorem, dnia i miesiąca nie pamiętam. Gdy przyszliśmy do rodzin Gaczyńskiego i Szczurowskiego, ja miałem pilnować, żeby nikt z członków tych rodzin nie uciekł. Gdy nasza grupa przyszła do Gaczyńskiego, to Orluk Juchym i Gorboń Mychajło pukali do drzwi chałupy, a mnie Orluk kazał pobiec i stanąć pod oknem żeby nikt tamtędy nie uciekł. Kto mordował ludzi u Gaczyńskiego i Szczurowskiego - nie wiem, dlatego że stałem na czatach.
Pytanie: Kto z członków rodziny Gaczyńskiego i Szczurowskiego został zabity ?
Odpowiedź: W rodzinie Gaczyńskiego została zabita jego żona z niemowlęciem, chłopak w wieku 8 - 10 lat, a kto jeszcze nie wiem. U Szczurowskiego zabito kilka osób, lecz nie wiem ile i kogo.
/.../ Pytanie: Czy kogokolwiek z ludności polskiej zostawiono przy życiu ?
Odpowiedź: Podczas pogromu mordowano wszystkich co do jednego: dzieci, kobiety, starców i mężczyzn - każdego, kogo tylko znaleziono w domu.
Pytanie: Co zrobiono z mieniem pomordowanych obywateli ?
Odpowiedź: Mienie zamordowanych obywateli, jak: krowy, świnie, konie, odzież, zboże i in. zabrali banderowcy do lasu, a domy palili. Całym mieniem zajmował się przedstawiciel gospodarczy UPA Bojko Ołeksandr, który mieszkał we wsi Mohilno. Gdzie on jest teraz, nie wiem.
” (PA SBU, F. 13, spr 1020, k. 149 - 152.  Oryginał, rękopis. 28 Mar, 2008). 

Wiesław Tokarczuk wysłał wniosek do ambasadora Ukrainy:  „Ponieważ w ciągu miesiąca od wysłania mojego wniosku (7 luty 2008) nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, a wiem z adnotacji z poczty, że przedmiotowy wniosek Pan Ambasador otrzymał w dniu 12 luty 2008, zaniepokojony brakiem reakcji Pana Ambasadora ośmielam się ponownie złożyć mój wniosek Wniosek o udzielenie pomocy w pochowaniu na dowolnym cmentarzu chrześcijańskim kości ofiar zbrodni nacjonalistów ukraińskich dokonanej w nocy z 29 na 30 sierpnia 1943 roku we wsi Mohylno, dawna gmina Werba, dawny powiat Włodzimierz Wołyński. (Obecnie wieś Żółtniev, gromada Owadno, powiat Włodzimierz Wołyński). Na mocy obowiązujących na Ukrainie przepisów prawa domagam się zagwarantowania prawa do chrześcijańskiego pogrzebu zamordowanym we wsi Mohylno moim krewnym, siostrzanemu rodzeństwu:
- Dyzio Gaczyński, syn Józefa Gaczyńskiego i Kazimiery Gaczyńskiej z domu Zaremba, zamordowany siekierą w wieku lat 10,
- Boguś Gaczyński, syn Józefa Gaczyńskiego i Kazimiery Gaczyńskiej z domu Zaremba, zamordowany siekierą w wieku lat 8,
- Tereska Gaczyńska, córka Józefa Gaczyńskiego i Kazimiery Gaczyńskiej z domu Zaremba, zamordowana w wieku lat 7.
Dzieci te to moje siostrzane rodzeństwo, dzieci siostry mojej matki (Stanisławy Tokarczuk z domu Zaremba), Kazimiery Gaczyńskiej z domu Zaremba. Rodzicami tych kobiet byli moi (oraz zamordowanych dzieci) dziadkowie Piotr Zaremba i Rozalia Zaremba z domu Szczęch zamieszkali przed II Wojną Światową we wsi Marcelówka.
Składając wniosek powołuję się na następujące akty prawne:
Po pierwsze: art.17 Traktatu między Rzeczpospolitą Polską a Ukrainą o dobrym sąsiedztwie, przyjaznych stosunkach i współpracy, podpisanego w Warszawie 18 maja 1992 roku.
Po drugie: postanowienia Konwencji Genewskich o ochronie ofiar wojny z dnia 12 sierpnia 1949 roku i protokołów dodatkowych do niej.
W oparciu o powyższe akty została zawarta w Warszawie w dniu 21 marca 1994 roku umowa pomiędzy RP a Rządem Ukrainy umowa o ochronie miejsc pamięci i spoczynku ofiar wojny i represji politycznych /Dz U. z dnia 21 X 1994 roku/.
Zasadniczy jest art.1 tej umowy dotyczący urządzania, rejestracji, ustalania, zachowania i należytym utrzymaniu miejsc m.in. spoczynku ofiar wojny i represji politycznych, jak również spraw związanych z ekshumacją szczątków zwłok i ponownym, godnym ich pamięci, pochowaniem.
Z brzmienia umowy wynika, że postanowienia jej rozciągają się na przypadki osób cywilnych.
Wdrożenie procedur wymienionych w tej umowie wymaga współdziałania władz ukraińskich i polskich./art.6 umowy/. Art.10 umowy zapewnia obywatelom Państwa drugiej umawiającej się strony swobodny dostęp do miejsc spoczynku pomordowanych i poległych rodaków. Cały tekst umowy jest opublikowany jest w Dz.U.04.112.545. Umowa ma charakter międzyrządowy i jest aktem obowiązującym obie strony o charakterze dwustronnym. 
Wg Władysława i Ewy Siemaszko ( "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 - 1945, Tom 1, str 927) w nocy z 29 na 30 sierpnia 1943 roku we wsi Mohylno zamordowano 69 osób narodowości polskiej. 72 osobom udało się uciec i one przekazały informację o zbrodni. Przez 65 lat nie było możliwości pochowania ciał ofiar na poświęconej ziemi, ponieważ zostały przez morderców ukryte a powszechnie znane uwarunkowania polityczne nie pozwalały na ich poszukiwania. Obecnie wspólne prace historyków polskich i ukraińskich prowadzone w ramach programu "Polska - Ukraina: trudne pytania" doszły do takiego stadium, że historycy ukraińscy zgodzili się, że to, cytuję: "antypolska akcja OUN - Bandery i UPA doprowadziła do masowych ofiar wśród polskiej ludności cywilnej". (Tom X (Dziesiąty) Seminarium "Polska - Ukraina: trudne pytania"). Liczę na to, że dzięki przyjaznym stosunkom miedzy Polską i Ukrainą, o których na przykład świadczą liczne upamiętnienia zmarłych, poległych i zamordowanych narodowości ukraińskiej, dokonane w ostatnich latach na terytorium polskiego państwa, mój wniosek zostanie rozpatrzony pozytywnie. Proszę o przeprowadzenie dochodzenia, które doprowadzi do ujawnienia miejsca ukrycia zwłok niewinnie zamordowanych dzieci. „Uważnie, adekwatnie i taktownie, z głęboką czcią zachowamy pamięć o polskich ofiarach na terytorium Ukrainy", - to są słowa Prezydenta Ukrainy, które wypowiedział 6 grudnia 2007 roku. Pozwalam sobie oczekiwać odpowiedzi p. ambasadora w podniesionej przeze mnie sprawie w terminie pilnym, pozostając w przekonaniu, że treść i postanowienia umowy między rządami Polski i Ukrainy, wyżej cytowanej, stanowi przejaw dobrej woli obu stron tejże umowy i wypełnienia jej konkretną praktyczną treścią.
Wiesław Tokarczuk”

„Dostałem po 55 dniach odpowiedź amb. ukr.

Ambasada Ukrainy
No 6137/24-840-763

„Szanowny Panie, Z wielkim ubolewaniem przeczytałem Pański list, kierowany do Ambasadora Ukrainy Pana Olexandra Motsyka w sprawie pogrzebu dla członków Pańskiej rodziny, którzy stracili życie w tragicznych okolicznościach we wsi Mohylno na Wołyniu w 1943 roku. Nasi Prezydenci i Narody znaleźli w sobie siłę powiedzieć wzajemnie słowa wybaczenia za to, co minęło. Wspólnie budujemy nowoczesny wizerunek Europy bez podziałów i granic. Otóż, zgodnie z zapisami Umowy między Rządem RP a Gabinetem Ministrów Ukrainy o ochronie miejsc pamięci i spoczynku ofiar wojny i represji politycznych z dnia 21 marca 1994 roku winien być złożony wniosek w sprawie pogrzebu Pańskiej rodziny do właściwych instytucji w Polsce, mianowicie do Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa jak również MSZ RP. Z wyrazami szacunku  Andrij Sybiha (---)  Radca – Minister”. Komentarz W. Tokarczuka: „Wydaje mi się, że uchylając się chcą mnie spławić i sprawy nie załatwić. Wiem, że wnioski pana Przewoźnika z ROPWiM o upamiętnienie z ekshumacją kości pomordowanych kilka lat leżą w urzędach ukraińskich bez załatwienia. Sądzę, że z ich strony jest wola aby pomordowani Polacy grobów nie mieli. Wiem, że łatwo uzyskać zgodę na postawienia krzyża na Ukrainie, ale wolno tam jedynie umieścić datę, nazwiska, gdy są znane. Nie wolno określić sprawców i nie ma możliwości ekshumacji. To zrozumiałe, bo połamane kości i rozbite czaszki źle świadczyłyby o bohaterskich czynach UPA”. (Wiesław Tokarczuk  04 Kwi, 2008).

 

   30 sierpnia 1943 roku:

We wsi Budy Ossowskie pow. Kowel  upowcy oraz chłopi ukraińscy ze wsi Rewuszki i Wołczak dokonali w okrutny sposób rzezi 270 Polaków; gospodarstwa polskie obrabowali i spalili, ciała zostały nie pogrzebane, porozrzucane po wsi, studnie były pełne powrzucanych żywych, poranionych i pomordowanych dzieci i kobiet .„W końcu sierpnia do Zasmyk dotarła kobieta z dwójką dzieci, przynosząc wieść o wymordowaniu mieszkańców w Budach Ossowskich. Kiedy oddział „Jastrzębia” dotarł na miejsce zagłady, zastał przerażający widok. Wielu partyzantów po raz pierwszy ujrzało na własne oczy, ludzi porąbanych siekierami, porżniętych kosami, kobiety z obciętymi piersiami i zmasakrowane, nie do opisania ciała dzieci. Widok wielu zapadł w pamięć na całe życie. W polach i zaroślach odnaleziono, kilkoro ukrytych przerażonych dzieci i dorosłych osób. Witold Kuźmiński i kilka innych osób uciekali przez ukraińską wieś, bo tylko ta droga była wolna. Biegnąc krzyczeli po ukraińsku, że „Lachy napadły” i razem z nimi biegli również do lasu Ukraińcy. W lesie dopiero zorientowali się, że biegli z Polakami. Pamiętam, opowiadał córce pan Witold, że w czasie tej dramatycznej ucieczki, jedna z kobiet zgubiła kilku tygodniowego niemowlaka, trzymała przy piersi puste zawiniątko. Witold Kuźmiński uratował się jako jedyny z 15 osobowej rodziny. Ojciec Piotr Kuźmiński został zamordowany na drodze podczas próby uprzedzenia syna o napadzie. Konstancja Kuźmińska z/d Chomicka - żona Kuźmińskiego Piotra, schroniła się do zaprzyjaźnionych sąsiadów Ukraińców, jednak została wydana i zamordowana. Jadwiga Aronowska z/d Kuźmińska wraz z mężem i dwójką dzieci i Kazimiera Kuźmińska panna, również zamordowani przez szalejącą bandę UPA i chłopów ukraińskich, sąsiadów i znajomych. Wtedy zginęło około 270 osób, a zagubieni w lasach jeszcze długo po tym docierali do ośrodka samoobrony w Zasmykach. Wieś zniknęła z powierzchni ziemi.” (Bogusław Szarwiło: Budy Ossowskie przestały istnieć. W: http://wolyn.ovh.org/opisy/budy_ ossowskie-04.html ). „Półtora miesiąca po opuszczeniu naszych domów, 30 sierpnia 1943 roku Budy Ossowskie i kolonia Kowalówka o świcie zostały otoczone przez uzbrojone bandy, które wyszły ze wsi Wołczak i Rzewuszki i dokonały masowej rzezi na ludności polskiej. Rezultat był przerażający: w Budach Ossowskich ponad dwieście osób, w tym ponad osiemdziesięcioro dzieci, w Kowalówce na 23 rodziny 32 osoby zamordowane. Rodzina Czarneckich wymordowana cała; ojciec rodziny Jan Czarnecki – lat 55, żona Dominika - lat 53, córka Maria, mężatka – lat 23, córka Walentyna lat 19, dwaj synowie, bliźniaki Marian i Eugeniusz po 14 lat, najmłodsza córeczka Marii – Krystyna – lat 3. Uratował się tylko syn Staszek – lat 21, w tym czasie nieobecny.”  (Henryk Kata; w: http://wolyn.org/index.php/informacje/1118-30-sierpnia-1943-roku-budy-ossowskie-i-kolonia-kowalowka-o-swicie . Fragment książki Henryka Katy "Wojenne Wichry" wydanej dzięki Urzędowi Miasta Otwocka w 2001 r. Nakład 200 egzemplarzy. Przepisany przez Bogusława Szarwiło). „Moja rodzina pochodzi z Zasmyk gmina Lubitów powiat Kowel - wspomina Wacław Gąsiorowski. - Urodziłem się w 1929 r. Moi rodzice mieli na imię Władysław i Amelia z Wiśniewskich, prowadzili gospodarstwo rolne o powierzchni 12 ha. Miałem jeszcze trzech braci Czesława, Ludwika i Stanisława. /.../ W 1943 r. jak zaczęły się rzezie Polaków, matka zachorowała. Pojechałem z nią do lekarza w Budkach Ossowskich, który ją leczył. Miejscowość ta była odległa od Zasmyk o jakieś 25 kilometrów. Przespaliśmy się u jakiegoś gospodarza, znajomego mamy. Nad ranem zostaliśmy obudzeni przez hałas na dworze. Okazało się, że Ukraińcy otoczyli wieś i zaczynają łapać i zbierać Polaków. Wyciągnęli nas na podwórko.  - Mamusia nie mogła uciekać. Postanowiłem z nią zostać. Jeden z Ukraińców trzymał mnie za rękę, a trzech położyło matkę na ziemi i zaczęło ją przeżynać! Jak bluznęła krew, mama krzyknęła - Wacek uciekaj! - Wyrwałem się tym bandziorom i zacząłem uciekać. Strzelali za mną, ale nie trafili. Twarze ukraińskich morderców , którzy przeżynali mamę piłą, zapamiętałem na całe życie! Wciąż w moich uszach rozbrzmiewa krzyk mordowanej matki, Niektórych ze zbirów zadających jej śmierć w męczarniach rozpoznałem. Jeden z nich Iwan Rybczuk żyje jeszcze i mieszka w Gruszówce. To on przeżynał matkę piłą. Po wojnie wpadł w łapy NKWD i odsiedział w łagrze 15 lat. Teraz jest kombatantem i chodzi w aurze bohatera walczącego o wolność Ukrainy. Ma pewnie wiele odznaczeń i dodatek kombatancki. Ja wtedy przez las uciekłem do Zasmyk. Po jakimś czasie wstąpiłem do oddziału samoobrony. By do niego się dostać, musiałem oszukać „Jastrzębia” i powiedzieć, że jestem starszy. Dzieci bowiem do partyzantki nie przyjmowano. Trafiłem do plutonu, którym dowodził ppor. „Nagiel” czyli Jan Witwicki. Boje z Ukraińcami w obronie mordowanej ludności polskiej musieliśmy toczyć na okrągło. Zdarzało się, że przybywaliśmy za późno, tuż po dokonanej zbrodni. Nie pamiętam, jaka to była wieś, chyba Moczułki, wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak „Jastrząb” płacze. A to był twardy żołnierz, który rzadko pokazywał emocje. Widok, jaki tam zastaliśmy, przechodził ludzkie pojęcie. Maleńkie dzieci powbijane na kołki w płocie. Kobiety leżały na podwórku z rozprutymi brzuchami. Jedna z nich była w ciąży. Wyrwany z jej brzucha płód leżał obok niej. Wszyscy mężczyźni mieli odrąbane siekierami głowy. Wszyscy zastanawiali się, jak można się posunąć do takiego zwyrodnialstwa. Wszyscy mocniej ściskali w rękach karabiny. Przechodziliśmy też przez miejscowość, w której zarżnięto moją matkę. Jej szczątki wraz z innymi pomordowanymi wrzucono do studni, które upowcy następnie zrównali z ziemią. Powiedziałem o tym ppor. „Naglowi”, ale ten orzekł, że jak wygramy wojnę to zadbamy, by pomordowani tu Polacy mieli swoje mogiły. To oczywiście nie stało się nigdy! /.../  Nasi przełożeni dbali nie tylko o nasze umiejętności bojowe, ale także morale. Co rusz przypominano nam, ze nie wolno w czasie akcji zabijać kobiet i dzieci. Dowództwo w rozkazach dziennych stale przypominało, że za gwałt na Ukraince każdy może zastrzelić kolegę i nie będzie za to karany.” (Marek A. Koprowski: Oprawca jeszcze żyje. W: http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz%2Fwaclaw-gasiorowski   03 lipca 2013 ) Inni datują napad na dzień 29 sierpnia.

W kol. Gaj pow. Kowel upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi wymordowali za pomocą kul, siekier, noży, kos i innych narzędzi ponad 600 Polaków. Na kolonię napadli o świcie, kiedy większość spała, lub krzątała się w gospodarstwach. Spędzono wszystkich do szkoły, gdzie wymordowano przy użyciu broni palnej lub ostrymi narzędziami. Ciała zrzucono do rowu strzeleckiego znajdującego się obok szkoły, wypełniając go do wysokości 1m. Część osób zamordowano w ich własnych obejściach, na drodze, w polu lub w krzakach – dogonionych na trasie ucieczki. Jeszcze inni zginęli w wykrytych schronach w wyniku wybuchów granatów wrzuconych do środka przez upowców. Po tym zrabowano gospodarstwa i spalono kolonię.  „Żonę Bolesława Czelebąka w stanie odmiennym przepiłowano, przytrzymując drągiem położonym na piersiach, czego świadkiem był mąż znajdujący się obok w schronie. Maria Wiurkiewicz, lat 36, przerżnięto na pół”. Latem 1943 roku w Gaju pod figurą zastrzelił się Ukrainiec Ituch, nie chcąc uczestniczyć w morderstwach (Siemaszko..., s. 393 – 396).  Bogusław Szarwiło pisze: „Szukałem świadków i relacji o tym co się tam wydarzyło i muszę przyznać, że nie wiele znalazłem. Stanisław Sobolewski, który miał wtedy 15 lat mieszkał w Słobodarce, gmina Rożyszcze, powiat Łuck, przez wiele lat nie wspominał tamtych wydarzeń. Dopiero po 65 latach zaczął opowiadać córce swoje traumatyczne przeżycia. Przez Słobodarkę przechodziła droga z Rożyszcza prosto aż do Sokóla, a 8 km dalej był Gaj. Miejscowość ta należała do gromady Gaj, gmina Wielick, powiat Kowel, parafia Sokól (Sokul). Wieś miała 105 numerów, mieszkali tam sami Polacy. W sąsiedztwie były bogate wsie ukraińskie: Kaszubka, Podlisy, Mielnica. Mieszkańcy Gaju nie byli bogaci, często najmowali się do prac polowych u gospodarzy w sąsiednich wsiach. Pan Stanisław wspomina, znaliśmy się z mieszkańcami Gaju, bo należeliśmy do jednej parafii w Sokólu. Nikt z nas nie spodziewał się tego wszystkiego co przyniósł nam rok 1943. (…) W odległej Słobodarce zauważono łunę pożarów i następnego dnia pojawiły się tu liczne oddziały samoobrony nawet z dalszych okolic. Najwięcej było nas, opowiada pan Stanisław, z bronią z Helenówki Starej, również z Rożyszcz i dużo ludzi z okolic Przebraża. Byliśmy zaszokowani, upowcy wymordowali ok. 800 osób, przeważnie całe rodziny. Spalone domy, na podwórkach leżały ciała, ubrania, buty i było dużo krwi. Jak tam stałem nie mogłem uwierzyć, przypomniało mi się święto 3-go Maja święto z przed wojny – wyjazd do kościoła w Sokólu.(..). Główna uroczystość była na placu kościelnym. Oprócz dzieci z naszej szkoły, przyjechały dzieci ze szkoły z Gaju wraz z kobietami, które ubrane były w stroje ludowe – były to stroje chyba opoczyńskie – bo pamiętam kolorowe – pasiaste peleryny i zapaski Były bardzo piękne i kolorowe. Te kobiety stały obok dzieci z Gaju….a teraz… ofiary mordu zakopano w dwóch mogiłach. Blisko stała kuźnia. Nie wiem ilu rodzinom udało się uciec lub komuś z rodziny z tego „piekła” jakie zgotowali im banderowcy. Ale pamiętam, że uciekł chłopiec miał wtedy ok.8 lat ze swoim wujkiem /bratem matki/ Po wielu dniach przebywania w lasach udało im się dotrzeć do Maniewicz - gdzie wujka jego zabrali Niemcy i wywieźli na roboty do Niemiec. Po wielu jeszcze przejściach - chłopiec został wzięty do rodziny Fabryckich z Helenówki Starej która miała już swoich troje dzieci - i jego przyjęli jak swoje dziecko. Za kilka dni na miejsce zbrodni przybył też do Gaju oddział Schutmannschaften z Rożyszcz i częściowo odsłonił masowy grób w rowie strzeleckim, z którego wypłynęła krew, znajdując w nim zmasakrowane ciała. Teren został przeszukany i odnaleziono około 10 osób, poukrywanych w snopkach i innych kryjówkach, żywiących się kłosami zbóż, prawie w stanie obłędu. Ocaleni byli w tak wielkim szoku, że bali się wyjść z kryjówek na nawoływanie poszukujących Polaków. Wszyscy zostali zabrani do Rożyszcz. Wzburzony oddział spalił kilka ukraińskich domów i zastrzelił kilku Ukraińców. Podczas odwrotu oddział został zaatakowany przez dobrze uzbrojonych upowców, w wyniku czego zginął jeden z uczestników wyprawy Marian Czarnecki.  Wśród uratowanych byli Edward i Stanisława Pietrzyk którzy podczas napadu byli w polu i zdążyli się ukryć, ale w domu pozostała dwójka dzieci i rodzice Edwarda. Upowskie piekło ich pochłonęło”. (Bogusław Szarwiło: Zbrodnia w Gaju; w: http://wolyn.org/index.php/informacje/799-zbrodnia-w-gaju ). “Na ukraińsko-polskim cmentarzu w wiosce Sokół (ukr. Sokił) pod Łuckiem na Ukrainie, odbył się uroczysty pogrzeb ekshumowanych szczątków co najmniej 79 Polaków, stanowiących zaledwie część mieszkańców dawnej polskiej wioski Gaj, zamordowanych rankiem 30 sierpnia 1943 roku przez UPA. /.../ Wikariusz generalny diecezji łuckiej, ks. kanonik Jan Buras, apelował w homilii o ujawnianie mogił kryjących zwłoki pomordowanych osób. – Nie można tych ciał pozostawić gdzieś w rowach, po lasach, czy na byłych kołchozowych polach. Jeżeli wiemy, gdzie te ciała spoczywają, to naszym świętym chrześcijańskim obowiązkiem jest te ciała z szacunkiem i miłością pochować pod krzyżem chrystusowym – nawoływał kapłan. Dr Leon Popek z lubelskiego IPN jako jedyny z przemawiających nazwał sprawców zagłady polskiej wioski, przypominając, że 70 lat temu uczyniła to Ukraińska Powstańcza Armia. Podkreślił, że szczątki wielu pomordowanych Polaków nadal spoczywają w nieznanych mogiłach – w Gaju, Suchej Łozie i Skalenicy, jak również w wielu innych nieistniejących już miejscowościach. Jak wiadomo, tylko na Wołyniu zginęło z rąk UPA około 60 tys. Polaków w 700 miejscowościach, przy czym jedynie w ok. 5 procentach znane są miejsca zakopania ciał ofiar. – Oni również  mają prawo do naszej pełnej pamięci, do chrześcijańskiego pochówku, naszej modlitwy i znaku krzyża na grobie – stwierdził dr Popek, którego kilkoro bliskich krewnych zostało zamordowanych w Gaju. Dziękował on m.in. polskim i ukraińskim archeologom za prace ekshumacyjne, młodzieży OHP z Lublina i wszystkim wolontariuszom – za pomoc w prowadzeniu tych prac. Wyraził też wobec obecnego na uroczystości Ukraińca, Mychajły Potockiego, wielką wdzięczność dla jego rodziny za uratowanie babci.  – Moja babcia, Franciszka Popek, schowała się na strychu obory ukraińskiej rodziny Potockich w pobliskiej wiosce Arsenowicze. Oni ją żywili i przetrzymali. Parę dni po napadzie przywieźli ją do jej domostwa, żeby zabrała trochę swoich rzeczy. W tym momencie przybyła grupa młodych chłopaków z UPA, którzy postawili Franciszkę pod ścianę i chcieli ją rozstrzelać. I wtedy ojciec 12-letniego wówczas Mychajły, Iwan Potocki, który był poważanym w okolicy gospodarzem i  znał tych chłopaków, zakazał im strzelać – i oni go posłuchali. Zaraz jednak ostrzegł Franciszkę: „Uciekajmy, bo wprawdzie tych chłopców znam i oni cię nie zabiją, ale zaraz mogą przyjść tacy, którzy nie znają mnie – i oni zabiją ciebie, mnie i całą moją rodzinę” – relacjonował tę historię dr Popek w wypowiedzi dla dziennikarzy. Kości pomordowanych, uroczyście pochowane w pięciu wielkich czarnych trumnach, zostały przed miesiącem ekshumowane ze starej strzelnicy w wiosce, która zarosła już lasem. Były to szczątki Polaków spędzonych do pobliskiej szkoły wiejskiej i tam zamordowanych. Miejsce to wskazali 15 lat temu okoliczni Ukraińcy i od 12 lat ROPWiM starała się u władz ukraińskich o zezwolenie na przeprowadzenie ekshumacji i pochówku. Nieokreślona liczba ciał leżących w dalszych częściach wioski i na okolicznych polach, została parę dni po napadzie zakopana na leśnym cmentarzyku z I wojny światowej, nazywanym przez miejscowych „polskimi mogiłkami”. Według szacunków IPN, w napadzie na polską wioskę Stary Gaj i Nowy Gaj banderowcy zabili ok. 300 Polaków, przy czym do tej pory udało się ustalić imiona i nazwiska 250 z nich. Na cmentarnej mogile w Sokole stanął na razie duży drewniany krzyż, a w przyszłym roku planowane jest postawienie kamiennego upamiętnienia. Naoczni świadkowie a także krewni ofiar dzielili się z dziennikarzami swoimi dramatycznymi wspomnieniami. Alfreda Lech z Wrocławia wspominała o 17-letnim krewnym, który zdołał wyrwać się z rąk upowskich oprawców i z wyłupionym jednym okiem podtrzymywanym dłonią przybiegł do domu, ostrzegając rodzinę, aby uciekali przed banderowcami, po czym założywszy opaskę na wybite oko uciekł do lasu i później wstąpił do polskiej partyzantki. Władysław Guza z Gdańska, który w Gaju stracił starszego brata i wiele osób z rodziny, wspominał jak jeden z krewnych następnego dnia po zbrodniczym ataku rozpoznał po warkoczach swoją zmasakrowaną siostrę, przeciętą piłą na pół. Ukrainka z Sokoła, Halina Puszkarczuk, opowiada, że w tej mieszanej wiosce przed wojną żyło wielu Polaków. – Żyliśmy ze sobą dobrze, przyjaźnie. Mój ojciec szczególnie przyjaźnił się z rodziną Dudów w Gaju. Był dla nich kumem. Jak mieli wymordować tę polską wioskę, to ojciec w nocy poszedł tam i ostrzegł Władka i Janka Dudów, no i oni pouciekali. A w naszej wiosce banderowcy nie wybili Polaków, tylko kościół spalili. Ojca potem Sowieci wzięli na wojnę, z której wrócił w 1945 roku bez ręki. A gdy został kierownikiem młyna, to banderowcy go zamordowali. Miał 30 lat, a ja zostałam sierotą mając lat 7 – wspomina z łezką w oku. Dramatyczny, ale zarazem i optymistyczny był przypadek uczestniczącej w pogrzebie 72 letniej Hanny (po mężu Muszyk, a po przybranych ukraińskich rodzicach – Bojmistruk). Jej historię opowiadała przybrana siostra Hanny, pani Ola, z trudem powstrzymując się od łez. Otóż 70 lat temu, 3 dni po ataku na wioskę Gaj, ukraińscy mieszkańcy pobliskiej wsi Kaszywka przybyli tam pod eskortą dwóch wioskowych chłopaków z UPA aby zakopać ciała zabitych. Obok chlewu jednego z gospodarstw usłyszeli dziecięcy płacz. Po otwarciu drzwi ujrzeli płaczącą 2-letnią dziewczynkę, siedzącą w sianie obok zabitych dwóch braciszków i dziadka. Jeden z chłopczyków musiał się nazywać Tadzik, bo dziewczynka po wyjściu z chlewa powtarzała to imię. Ujrzawszy przy studni wiadro, rzuciła się pić wodę. Długo piła. Tymczasem dwaj młodzi upowcy z automatami chcieli dziewczynkę zastrzelić. Rzekł jeden do drugiego: „zastrzel ją ty!”, a drugi odpowiedział – „nie, ty strzelaj!” W końcu żaden z nich nie strzelił i ludzie przywieźli ją do Kaszywki. Pytali mieszkańców, czy ktoś chce ją wziąć, ale nikt nie chciał, bo ludzie się bali. W końcu babcia i dziadzio pani Oli powiedzieli: „dawajcie, my ją weźmiemy”. Gdy w 1949 roku wprowadzono podatek dla osób bezdzietnych, dziadkowie przekazali Hanię jednej z córek, która nie miała dzieci. Pani Hania z czasem dowiedziała się o swoim prawdziwym pochodzeniu od ludzi ze wsi, wszyscy bowiem wiedzieli, że jest Polką uratowaną z wymordowanej polskiej wioski. – Nie wiem, jak nazywali się moi rodzice, bo przybrana mama nigdy nie powiedziała mi tego – przyznała pani Hania po ukraińsku. W Polsce nigdy nie była. Czy chciałaby pojechać? – Jak będzie zaproszenie, to bym i pojechała. No, ale tylko z siostrą, bo sama to nie. Tylko, że nie mam paszportu – stwierdziła pani Hania uśmiechając się. – A czy chciałaby otrzymać Kartę Polaka? – A czemuż nie? Na pytanie ukraińskiego dziennikarza, czy podawanie takich szczegółów z życia pani Hanny nie służy skłóceniu obu narodów, pani Ola odparła zdecydowanie: – Przecież to jest przykład, że Ukraińcy nie zlękli się nikogo, przyjęli do swojej rodziny polskie dziecko i wychowali je. Więc jak to mogłoby skłócać Ukraińców i Polaków? To właśnie służy naszemu pojednaniu!” (Jacek Borzęcki: Pochować z szacunkiem i miłością pod krzyżem; w: Kurier Galicyjski, nr 20 z  2013 r.). „Relacjonuje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prof. Andrzej Kola, który pierwsze sondażowe badania w tym miejscu rozpoczął 12 lat temu. Ich efekt to lokalizacja zbiorowej mogiły. – W 2001 r. część kości znaleziono na powierzchni. Wykonano 9 odwiertów sondażowych za pomocą świdra geologicznego i natrafiono na mogiłę szeroką na mniej więcej 3-4 metry i długą na 10-12 metrów. Później sprawa ucichła. Długo trwało, zanim udało się przeprowadzić prace ekshumacyjne. Dopiero w tym roku w wyniku wysiłku podjętego przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i pana dr. Leona Popka z IPN, którego dziadek zginął w Starym Gaju, a reszta rodziny w Ostrówkach, prace wznowiono – wskazuje Michał Siemiński, kierujący pracami w Starym Gaju. Ekipa z Polski jest tu od 9 września. Założono wykop (4 na 14 m) i ściągnięto 30-centymetrową warstwę humusu, wtedy zaczęły pokazywać się pierwsze luźne kości. – Potem, gdy zaczęliśmy doczyszczać powierzchnię wykopu, okazało się, że w jego centralnej części, mniej więcej w środku mogiły, został wykopany dół pod śmieci, które potem zostały tam wrzucone. Miał mniej więcej 6 m długości, ok. 3,5 m szerokości i do 1 m głębokości. Przez ten śmietnik dwie trzecie mogiły uległo zniszczeniu – zaznacza archeolog. Pod śmietnikiem archeolodzy natknęli się na kilka szkieletów w układzie anatomicznym. Reszta szczątków była bardzo zniszczona. Z ich obserwacji i analizy przedmiotów wywnioskowano, że ofiar nie zastrzelono w miejscu pochówku, czyli rowie strzelniczym. – Okazało się, że jednak faktycznie, jak mówiły zeznania świadków, rozstrzelano ich gdzieś na terenie szkoły, a zwłoki zaciągnięto do rowu i przysypano warstwą ziemi – mówi Siemiński. Z ustaleń antropologa wynika, że w grobie zachowały się szczątki 80 osób. Dzieci w wieku do 7 lat – 11.  Dzieci w wieku 7-15 lat – 18. Juwenis, czyli 15-19 – 12.  – Dorosłych, których wiek w chwili śmierci został oszacowany od 20. do 35. roku życia, naliczyłam 31, dorosłych w wieku 35-50 lat – 4 osoby, 55-60 lat – 3 osoby, i 1 osobę, która w chwili śmierci mogła mieć ponad 60 lat – wylicza antropolog dr Iwona Teul-Świniarska z Zakładu Anatomii Prawidłowej i Klinicznej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. To szacunkowa tzw. minimalna liczba ofiar, w dole może być więcej ciał. Spójność anatomiczna szkieletów w jamie nie została zachowana, to uniemożliwiło eksplorację i analizę pojedynczych osób. W takiej sytuacji stosuje się inne metody.  – Robiłam to na podstawie ilości kości czołowych i potylicznych oraz zliczania kości długich. Należy jednak brać pod uwagę, że dzieci w wieku 0-2 lata mogło być więcej, co najmniej 10 osób. Wskazuje na to bardzo duża ilość zniszczonych trzonów kości długich, które były maleńkie. Te dzieci zginęły, nie mając skończonego jednego roku życia. Trzeba też brać pod uwagę, że niektóre kobiety, które zginęły, były w ciąży – dodaje dr Teul-Świniarska. Analiza struktury płci wykazała, że w grobie było więcej kobiet (37 proc.) niż mężczyzn (11 proc.); większość to młode matki z małymi dziećmi.  Jak zginęli? Niewykluczone, że przez rozstrzelanie. Ale na czaszkach i innych kościach nie znaleziono śladów po kulach. Być może oprawcy strzelali w klatkę piersiową i brzuch? Sporo czaszek ma uszkodzone części twarzowe.  – Ci ludzie mogli zginąć od ciosu zadanego jakąś inną bronią. Na kościach długich nie znalazłam jednak na to ewidentnych dowodów w postaci ucięć czy innych uszkodzeń – tłumaczy dr Teul-Świniarska.  Na trzech czaszkach, w tym dziecka, zlokalizowano widoczne wgłębienie – ślad po uderzeniu jakimś przedmiotem. Doktor Teul-Świniarska specjalizuje się w paleopatologii, stąd badania, które miały określić kondycję fizyczną ofiar w chwili śmierci. Analiza wykazała, że byli to młodzi, zdrowi ludzie, niechorujący na gruźlicę, niemający nawet próchnicy zębów. Ustalono już ok. 200 nazwisk ofiar ze Starego Gaju. Nie wiadomo jednak, czy wykop śmietnikowy zniszczył szczątki pozostałych 120, czy pogrzebano je w innym miejscu. Ukraińcy spieszyli się z egzekucją Polaków, ponieważ zbliżał się front niemiecki. /.../ Takich miejsc na Ukrainie, gdzie w nieodkrytych, zbiorowych mogiłach spoczywają Polacy, jest znacznie więcej, a pojedyncze groby są już praktycznie niepoliczalne. Jednym z nich może być Sucha Łoza. – Być może leży tam kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Zamordowano ich w trakcie ucieczki i pochowano w miejscu, gdzie upadli. Dziś szukanie tych miejsc opiera się głównie na relacjach świadków i trochę na zasadzie szczęścia – kwituje Michał Siemiński. (Piotr Czartoryski-Sziler: Śmietnik w mogileNasz Dziennik, 7 październik 2013; oraz: Przymiarki do identyfikacji. „Nasz Dziennik”, 19 – 20 październik 2013 r.).  Jarosław Walkiewicz: „O tym, co zdarzyło się w Starym Gaju 30 sierpnia 1943 r., wiemy z opowieści wspomnianego stryja, który był naocznym świadkiem. /.../  Stryj dobrze widział wszystkich Ukraińców, nie było jednak żadnej możliwości ucieczki. Tych, którzy próbowali wymknąć się bandzie UPA, mordowano na polach. Stryj widział, jak mężczyzn wyprowadzano przed domy i zabijano, całe rodziny ginęły też w domach lub na podwórzach. Tak zamordowano także jego żonę, zięcia, córkę i ich dziecko. /...  Stryj relacjonował, że widział zamordowaną kobietę leżącą w swoim obejściu, a obok niemowlę, które z jej rąk stoczyło się na ziemię. Widział też, jak Ukraińcy wpadli do jego domu i wywlekli jego żonę, obcięli jej piersi, rozcięli brzuch i wyciągnęli wnętrzności. Umierała w męczarniach, stryj nie mógł jej w żaden sposób pomóc. Słyszał jej jęki i widział, jak strasznie okaleczona, umiera. Nikt nie spodziewał się, że tak bestialsko wszyscy zostaną zamordowani. Zginęły głównie dzieci, co jest najbardziej porażające. Również z naszej rodziny zamordowano zarówno kobiety w ciąży, jak i bardzo wiele małych dzieci, nawet niemowlęta.  /.../  [Polscy partyzanci] Dotarli o kilka dni za późno, większość nie przeżyła. Jednak było z nimi na wozach kilka osób, które zdołały się ukryć. Pojechali ze stryjem na strzelnicę, gdzie w rowie rozpoznał ciało swojej córki przecięte piłą. Leżały tam też porzucone zakrwawione narzędzia zbrodni – siekiery, piły, kosy, motyki do kopania i widły. Ciała od kilku dni leżały w upale, nieprzysypane ziemią, więc szybko się rozkładały. Stryj poznał córkę jedynie po włosach, miała charakterystyczne długie włosy zaplecione w warkocz. Po tym traumatycznym przeżyciu osiedlił się później w Kolonii Marysin w pobliżu Chełma, gdzie żył samotnie”.  (Piotr Czartoryski-Sziler: Umierały z dziećmi na rękach. Nasz Dziennik, 26 – 27 październik 2013 r.).

We wsi Jankowce pow. Luboml upowcy oraz chłopi ukraińscy ze wsi Huszcza i Przekurka siekierami, widłami, drągami i innymi narzędziami zamordowali ponad 100 Polaków, imiennie znane jest 88 ofiar.  „Z lasu od strony północnej wkroczyło do wsi około 200 Ukraińców po części uzbrojonych w broń palną, a po części w narzędzia gospodarskie, jak siekiery i widły. Napastnicy zaczęli systematycznie plądrować i palić gospodarstwa, zabijając każdego napotkanego mieszkańca. /.../ Tam właśnie mieszkała moja ciocia Karolina Solipiwko z mężem i piątką dzieci – mówi poruszony Zdzisław Koguciuk. Opowiada, jak czwórka dzieci schroniła się do piwnicy na kartofle. Najstarszy syn przykrył rodzeństwo swoim ciałem, i patrząc przez okienko, był świadkiem zabójstwa rodziców i 8-miesięcznego brata, którzy dostali się w ręce Ukraińców. – Jak zginęli, nie wiadomo, bo ich ciała nie zostały odnalezione, prawdopodobnie uległy spaleniu. Musiała to być potworna zbrodnia, gdyż młody człowiek, który to widział, dostał potem pomieszania zmysłów i spędził resztę życia w szpitalu psychiatrycznym – opowiada rodzinną historię pan Koguciuk. /.../ Tymczasem w zajętej przez Ukraińców części wsi działy się prawdziwie dantejskie sceny. Wspomina je Katarzyna Dyczko z domu Grabowska, uciekająca z 3-letnim bratankiem na ręku. „Wybiegając ze stodoły, widzieliśmy już palącą się wieś i słyszeliśmy straszny, przerażający krzyk „ratunku” – relacjonowała. „W czasie ucieczki koło nas świstały kule, lecz my ze strachu nie odwracaliśmy głów, dopiero zatrzymaliśmy się na stacji w Jagodzinie”. Jak się okazało, krzyczała sąsiadka Katarzyny Dyczko – Teresa Petruk, którą Ukraińcy zamordowali w okrutny sposób, odrąbawszy jej wcześniej siekierą ręce. Niektóre relacje znajdujące się w zbiorach Zdzisława Koguciuka posiadają dziś unikatową wartość, gdyż złożyli je ludzie, którzy już nie żyją. Dotyczy to m.in. wstrząsających wspomnień pani Heleny Stachniuk z Chełma. Jej ojca Ukraińcy zatłukli na śmierć drewnianym kołkiem. Jako mała dziewczynka była świadkiem zastrzelenia mamy i czteroletniego brata Franka. Tego dnia straciła też babcię i siostrę. „Zostałam sama, przytuliłam się do mamy, zaparłam dech, żeby oprawcy pomyśleli, że nie żyję” – pisze w relacji pani Helena. „Kiedy podpalili zabudowania, pobiegli dalej… płomienie rozprzestrzeniały się coraz dalej, aż dosięgły mamę i mnie… zaczęłam sama na sobie gasić ogień. Udało się, ale zostałam naga, bo to, co miałam na sobie, uległo spaleniu. Podeszłam do tłumoczka, wyciągnęłam jakąś rzecz ubraniową, przytuliłam do siebie z przodu i poszłam do drogi. Przy drodze widziałam babcię z rozrąbaną głową oraz najstarszą siostrę Marysię z rozerwaną od kuli nogą, a przy niej kałużę krwi”./.../  Prawdziwie krwiożerczy szał ogarnął jednego z Ukraińców mieszkających w samych Jankowcach – Iwana Szpaka. Po opanowaniu wsi przez oddział OUN-UPA wtargnął z siekierą do obejścia swoich sąsiadów Grabowskich, z którymi utrzymywał wcześniej bardzo dobre stosunki. Zamordował dwoje z nich, a trzeciej – Michalinie Grabowskiej – odrąbał rękę. Kobieta przeżyła…/.../ Licząca blisko 150 numerów i zamieszkana przez ponad 600 osób tętniąca życiem wieś to dziś zarośnięte chaszczami ustronie. Nie sposób dostać się tu suchą nogą, gdyż nieregulowana rzeczka w czasie opadów zmienia koryto i płynie nieuczęszczaną od blisko 70 lat, zarosłą krzakami drogą.  /.../ Ci, którzy doszczętnie nie spłonęli, leżą pogrzebani gdzieś w prowizorycznych mogiłach rozrzuconych na terenie wymarłej wsi”. (http://dziennik.artystyczny-margines.pl/zbrodnie-sniace-sie-po-nocach-zaglada-wsi-jankowce).  „Tam właśnie mieszkała moja ciocia Karolina Solipiwko z mężem i piątką dzieci – mówi Zdzisław Kogucik. Opowiada, jak czwórka dzieci schroniła się do piwnicy na kartofle. Najstarszy syn przykrył rodzeństwo swoim ciałem i patrząc przez okienko, był świadkiem zabójstwa rodziców i 8-miesięcznego brata, którzy dostali się w ręce Ukraińców. – Jak zginęli, nie wiadomo, bo ich ciała nie zostały odnalezione, prawdopodobnie uległy spaleniu. Musiała to być potworna zbrodnia, gdyż młody człowiek, który to widział, dostał potem pomieszania zmysłów i spędził resztę życia w szpitalu psychiatrycznym. Tragiczny był tez los pozostałych osieroconych dzieci. /..../ Tragicznego poniedziałku do dziś nie może zapomnieć Stanisława Grzywna, która w czasie napadu miała 14 lat. Zanim uciekła, słyszała rozdzierające krzyki dochodzące z oddalonego o blisko 150 metrów gospodarstwa przynależącego już do sąsiedniej wsi o nazwie Zamostecze, do której wtargnęli banderowcy. Mieszkała tam rodzina z dziesięciorgiem małych dzieci. – Te przeraźliwe krzyki to nie mogło być nic innego, jak mordowanie tych dzieci” (Adam Kruczek: Ból kresowych serc; w: „Nasz Dziennik” z 30 – 31 stycznia 2010).

W folwarku Kaznopol pow. Luboml Ukraińcy zamordowali 6-osobową rodzinę Andrzeja Jesionczaka  z 4 dzieci.

We wsi Kąty (Kuty) pow. Luboml upowcy i chłopi ukraińscy z okolicznych wsi siekierami, widłami, drągami i innymi narzędziami wymordowali około 250 Polaków, imiennie znane jest 213 ofiar; całe studnie napełnili żywymi, poranionymi bądź już martwymi; np. Jaszczukową z 5 córkami wrzucili do studni żywcem. Janinie Prończuk i jej dwom synom w wieku lat kilku odcięli głowy. Niemowlę o nazwisku Sacharuk zabili uderzając główką o ścianę domu – w tym dniu odbywały się jego chrzciny.  „30 sierpnia w nocy straszny stukot w okno „Widczyniaj skarej!”. Tato był na strychu, a mama otworzyła. Weszło ich może z dziesięciu „Swyty lampu!”. Mama ze strachu nie mogła zapałek znaleźć. Krzyczy „Skarej! Wychody!”. Wygnali nas do sieni i pytają się „A de twyj czołowik?”. A mama zauważyła siekierę. Siostra Kasia, która miała 16 lat zaczęła prosić „Dzieduniu, nie bijcie nas, co my komu zrobili, nie bijcie.” Ja to usłyszałam i mnie w uszach zadzwoniło, i upadłam bez pamięci. Mama obuchem w czoło dostała. Czaszka pękła, ale do mózgu nie doszło. A siostrę ostrzem na pół, czaszka była rozrąbana. Ale pierwsza tura nie paliła, tylko zabijała. Nie wiem jaki to cud, że nas nie zaciągnęli do studni. Bo wszystkie studnie były zarzucone trupami. Zanim druga tura przyszła palić, to mama się obudziła i podniosła Kasię, a ona nieżywa. Podnosi mnie, a ja się ruszam. Ale nic nie pamiętam. Krwi zeszła okropna kałuża. .,,,. Już się palił dom. Mama wywlokła mnie w kartofle na ogród i miała wynieść Kasię, ale już cały dom był w płomieniach. Kasia spalona. Tato wyskoczył w buraki i leżał, i widział, jak sąsiada ciągnęli do studni, a wszystkie studnie były pełne trupów. Mama ze mną na plecach coraz dalej w pole. Było ładne proso. Już tak spadła z sił, że nie dała rady mnie nieść. I leżąc w tym prosie, słyszy mama głośny gwar „Jak znajdesz to dobyjaj!”. A ja nic nie pamiętam, nieprzytomna byłam i wcisnęła głowę w ziemię, żeby nie widzieć jak będą dobijać. Tyle krwi zeszło i widocznie ze zmęczenia usnęła. Obudziła się, ptaszęta śpiewają, krowy ryczą, słońce ślicznie świeciło. Mama zaczęła głośno płakać „Gdzie moja Kasia!?” I ja się obudziłam. Spojrzałam na mamę, a na twarzy sama krew. I na sukience skorupa z krwi. Podnosi głowę, czy może ktoś jest. Ja już oprzytomniałam i ciągnę mamę do ziemi. A mama mówi, że nie możemy tu siedzieć, że trzeba szukać ludzi, może wszystkich nie pobili i coraz głowę do góry. I zobaczył tato, że ktoś jest w prosie i pędzi żeby zobaczyć kto, i wziął nas w ramiona i mówił, że czaszka na pół rozrąbana, ale nie wiedział, która z nas. Mówi „Ja wszystkich trupów wyciągnął ze studni. A sąsiadka Czuniowa mówi, że widziała jak twoja Marysia niosła jedną z dziewczyn i uciekała w pole, a ona siedziała ze swoimi dziećmi w grochu, to szukaj w polu, może żywe, a może nieżywe.” I odnalazł nas, ale Kasi nie odnalazł. Pozbierał kości i w ogródku zakopał. I do dziś leżą” (Stefania Sawicka z domu Macegoniuk; w: http://dziennik.artystyczny-margines.pl/a-wszystkie-studnie-byly-pelne-trupow ; ze zbiorów Ewy Siemaszko).  „O. Kazimierz Prończuk z Kątów k/ Lubomla, 4 km od jagiłłowego kościoła z 1412 r. gdzie był ochrzczony. Urodzony 17.04.1932 r. W domu było ich dziesięcioro. Zamożna rodzina, gdzie ojciec wystawił duży dom pod blachą - były ogrody i sad i sporo gruntów ornych. Szkołę rozpoczął w Kątach. Wojna przerwała rodzinne szczęście. 31.08.1943 r. UPA wraz Ukraińcami z sąsiednich chutorów - wymordowali i spalili Kąty. Wymordowano ponad 300 osób w tym rodzinę Prończuków. Ocalał ojciec, dwóch braci i dwie siostry. Kazimierz jedenastoletni chłopiec wraz z ojcem i bratem, zbijali w Lubomlu trumny - swoim najbliższym, a po dwóch dniach od mordu - pojechali po umęczone zwłoki matki rodzeństwa. Zapamiętany widok był okropny - pobitych siekierami matkę z małymi dziećmi - posadzono opartą o gruszę na ławce i pokładziono na jej kolana zwłoki pobitych dzieci. Ukraińcy szydzili - że to pomnik Matki Polki! Wszystko to i sceny mordu widział ukryty w pobliżu domu. Pochowali w skrzyniach, na lubomelskim cmentarzu od drogi. Ojciec tak przeżył, tą gehennę, ze w kilka tygodni dostał paraliżu nóg a potem, jesienią 1943 r. zmarł w Lubomlu z tęsknoty za utraconą rodziną. W 2012 r. podczas jedenastej podróży do Polski z Argentyny O. Kazimierz zaprowadził nas w Lubomlu nad kopczyki z kośćmi najbliższych i tam opowiedział sceny z mordu i pochówku. Była to najtragiczniejsza opowieść, jaką słyszałem o pomordowanych z Wołynia”. (Krzysztof Kołtun: Wspomnienie o Ojcu Redemptoryście Kazimierzu Prończuku; w:  http://www.rymacze.pl/a29.html). Świadek Władysław Tołysz: „W Kątach widzieliśmy jeszcze drastyczniejsze sceny. Widziałem zamordowanego swego kolegę, a jednocześnie wspaniałego ucznia. Nazywał się Prończuk. Gdy banderowcy mordowali jego matkę, rzucił się jej na pomoc. Oprawcy odrąbali mu ręce i nogi i położyli na taborecie. Umarł z upływu krwi. Ukraińcy dokonali też mordu we wsi Czmykos. Była to osada ukraińska, ale miała kolonie polską. Kilkunastu młodym mieszkańcom udało się ujść nożom i siekierom oprawców. Starsi zostali wyrżnięci. Ukraińcy zamordowali m.in. nauczycielkę Jakubowską, którą znałem i wielu innych”. (Władysław Tołysz: Najłatwiejszy łup dla zbrodniarzy”; w  Marek A. Koprowski: Wołyń. Epopeja polskich losów 1939 – 2913. Akt II. Warszawa  2013; s. 225)

Koło wsi Kotów pow. Brzeżany, na drodze, na której 15 sierpnia zamordowano ks. Bilińskiego: „Na tym samym miejscu zginął również leśniczy /?/ Polak wracający bryczką do domu, dnia 30.VIII” (AAN, AK, sygn. 203 /XV/ 42. k. 20 – 26).

We wsi Kowalówka pow. Kowel: „30 sierpnia 1943 roku Budy Ossowskie i kolonia Kowalówka o świcie zostały otoczone przez uzbrojone bandy, które wyszły ze wsi Wołczak i Rzewuszki i dokonały masowej rzezi na ludności polskiej. Rezultat był przerażający: w Budach Ossowskich ponad dwieście osób, w tym ponad osiemdziesięcioro dzieci, w Kowalówce na 23 rodziny 32 osoby zamordowane. Rodzina Czarneckich wymordowana cała; ojciec rodziny Jan Czarnecki – lat 55, żona Dominika  - lat 53, córka Maria, mężatka – lat 23, córka Walentyna lat 19, dwaj synowie, bliźniaki Marian i Eugeniusz po 14 lat, najmłodsza córeczka Marii – Krystyna – lat 3. Uratował się tylko syn Staszek – lat 21, w tym czasie nieobecny”. (Fragment książki Henryka Katy "Wojenne Wichry" wydanej dzięki Urzędowi Miasta Otwocka w 2001 r. Nakład 200 egzemplarzy. Przepisany przez Bogusława Szarwiło, w: http://27wdpak.btx.pl/publikacje/435-woy-przed-qburzq ).

W kol. Łuczyce pow. Kowel Ukraińcy zamordowali 3 Polaków: starsze małżeństwo i kobietę.

W kol. Marianówka /Huta – Marianówka/ pow. Łuck zamordowali 4-osobową rodzinę: Kacpra Cybulskiego, lat 42, jego żonę, lat 40, i ich dwoje dzieci, syna lat 5 i córkę, lat 15.    

We wsi Maszów pow. Luboml zamordowali kilka rodzin polskich.

We wsi Myślina pow. Kowel „ukraińscy partyzanci” z okolicznych wsi pod dowództwem Fedora Hałuszki, powracając z rzezi ludności polskiej w Rudnikach, zamordowali co najmniej 26 Polaków, głównie kobiety i dzieci; zgwałcili 16-letnią Leokadię Czarny i spalili ją żywcem razem z 18-letnim bratem oraz 5-osobową rodziną Myślińskich. Zamordowali też 4 rodziny żydowskie liczące 16 osób, ukrywane przez Polaków.

W kol. Ostrówek koło Turii pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 3 córki Moroziuków w wieku 4 – 13 lat, które ich rodzice powierzyli opiece Ukraińca z Turii a sami ukryli się w lesie.

We wsi i majątku Ostrówki pow. Luboml upowcy oraz Ukraińcy (mężczyźni i kobiety) z sąsiednich wsi: Sokół, Połapy, Przekurka, Huszcza, Sztun i innych dokonali ludobójczej rzezi około 520 Polaków. Uzbrojeni byli w broń palną, w siekiery, widły, kosy, topory, młotki do zabijania zwierząt gospodarskich. Polacy byli bezbronni nie wierząc, że po kilkusetletnim zgodnym współżyciu może im coś grozić ze strony sasiadów. Ukraińcy zgonili Polaków na plac szkolny, potem mężczyzn wpędzili do szkoły a kobiety z dziećmi do kościoła. Starszyzna ukraińska zarządziła: „Lachy, widdajte hodynnyki i zołoto, a to zaraz was wybijem” („Polacy, oddajcie zegarki i złoto, a jak nie, to zaraz was wybijemy”). W szkole zamknęli kilkuset mężczyzn, którzy rozpoczęli pieśń „Kto się w opiekę odda Panu swemu”. Oprawcy bijąc kolbami wyprowadzali grupkami mężczyzn po kilku: do okólnika Jana Trusiuka, za sad gospodarza Suszki (81 zwłok), oraz w okolicę kuźni Edwarda Bałandy (około 20 osób), gdzie ich mordowali uderzeniami w tył głowy siekierą lub wielkimi maczugami drewnianymi. W czwartej mogile znajdowało się 5 zwłok, w pobliżu kościoła. Ksiądz Stanisław Dobrzański został zamordowany przez odcięcie głowy w okólniku Jana Trusiuka, którą następnie wbili na pal. Wiele osób zabili w mieszkaniach, w obejściach gospodarskich, na polach i drogach oraz wrzucili do studni, np. 90-letniego Władysława Kuwałka. Po dwóch godzinach, gdy mężczyźni byli już wybici, modlące się i śpiewające pieśni religijne kobiety z dziećmi i starcami zamierzali spalić, ale w okolicy pojawiły się samochody z Niemcami. Wobec czego oprawcy w pośpiechu wyprowadzili tę grupę liczącą ponad 300 osób i popędzili na rżysko pod las Kokorowiec w pobliżu wsi Sokół. Tutaj brali po 10 osób, najczęściej rodzinami, kazali kłaść się twarzami do ziemi i mordowali strzałami w tył głowy oraz uderzeniami bagnetów. Oczekujący na swoją kolej dokładnie widzieli rzeź poprzedników. Wśród morderców rozpoznano znajomych Ukraińców z sąsiednich wsi. Po rzezi oprawcy sprawdzili, czy wszyscy są zabici, rannych dobijali. Pomimo tego ocalało 13 lub 25 osób, w tym 10 dzieci w wieku lat od 3 do 16. W Ostrówkach Ukraińcy zamordowali około 520 Polaków. W święto Narodzenia NMP, 8 września 1943 roku, Ukraińcy ze wsi Równo spalili drewniany kościół p.w. św. Andrzeja Apostoła wybudowany w 1838 r. wraz z wystrojem wnętrza i paramentami. W 1992 roku Polska uzyskała zgodę i ekshumowano jedną mogiłę zbiorową na okólniku Jana Trusiuka wydobywając szczątki 80 Polaków, w tym dwojga dzieci w wieku około 6 lat. Wówczas pozostałych mogił nie odnaleziono, w tym mogiły kobiet i dzieci pod wsią Sokal, a miejscowi Ukraińcy nie chcieli jej wskazać. O następne ekshumacje strona polska prosiła stronę ukraińską przez kilka lat. Taki był skutek przyjacielskiego obściskiwania się kolejnych prezydentów Polski z prezydentem Ukrainy Juszczenką, który Ukrainę budował na ideologii banderowskich ludobójców. Dopiero w 2010 roku dokonał ekshumacji na tzw. Trupim Polu dr Leon Popek z IPN w Lublinie. Świadek Aleksander Pradun relacjonuje: „Na placu szkolnym było dużo spędzonych ludzi, przeważnie kobiet z dziećmi i staruszków. Młodzież i mężczyźni byli w szkole. Tych, których przyprowadzono, wpuszczano do środka, ale na zewnątrz nie wypuszczano nikogo. Z placu też trudno było odejść, gdyż bulbowcy pilnowali z każdej strony. Ludzie byli przestraszeni i zdeterminowani. Niektórzy próbowali ucieczki, ale tylko nielicznym się udała. Widziałem, jak ktoś przebiegł przez łąkę Kloca do zabudowań Dąbrowy, ale zaraz nastąpił strzał. Przerażeniu ludzie zaczęli mówić, że został zabity jakiś mężczyzna i wówczas wszyscy zrozumieli, po co zostaliśmy zwołani. Był to pierwszy mord dokonany na oczach ludzi. Na placu szkolnym zobaczyłem brata Staśka. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, podeszła do nas mama i zapytała, czy nie widział ojca. Niestety, nie miał żadnych informacji o nim. Zaczęliśmy z mamą namawiać brata do ucieczki. W tym momencie zobaczyliśmy, jak przez łąkę Kloca przechodził Czesiek Kuwałek, kolega brata. Szedł w kierunku zabudowań. I znów zaczęliśmy go namawiać, żeby gdzieś się skrył. Mama mówiła: "Patrz, Czesiek poszedł i nie było strzału. Widocznie nie zauważyli. Idź wolno, jeśli zobaczą, to zawrócą". Ale brat nie posłuchał naszych rad i poszedł do szkoły. Już go więcej nie zobaczyliśmy. Wokół szkoły zaczął zaciskać się pierścień Ukraińców. Siłą zapędzili mężczyzn i młodzieńców do szkoły. Kobiety, dzieci i starców pozostawili na placu. W tym momencie wyszła ze szkoły Blatowa ze swym synkiem. Stanęła przed zebranymi i powiedziała: "Ludzie, już wiemy, po co nas zwołali, klękajmy i módlmy się". Wszyscy uklękli, a ona zaczęła pieśń " Pod Twoją obronę". Po krótkich modłach padł rozkaz przejścia z placu szkolnego w pobliże kościoła. Niektóre kobiety i dzieci zaczęły płakać. Droga z placu do kościoła wynosiła około 200 metrów. Była obstawiona po obu stronach bulbowcami. Niektórzy z nich byli z psami. Trzymali na smyczy wilczury i szczuli nimi ludzi. Psy wyrywały się i mocno szczekały. Ludzie zaczęli krzyczeć, a bulbowcy śmiali się i krzyczeli: "Beri Lachiw". Po drugiej stronie ulicy, za szkołą stała grupa ukraińskich chłopów. Byli uzbrojeni w siekiery. Pijani, śmiali się głośno. Musieli to być główni oprawcy. Starsi mówili, że to oni będą nas mordować. Kiedy zapędzono nas do kościoła, zamknięto za nami drzwi i nagle rozległy się wokoło wybuchy, jakby eksplozje granatów. To też musiało być na postrach, bo do wnętrza kościoła nic się nie dostało. Ludzie zaczęli modlić się i śpiewać. Niektórzy powchodzili na chór. Widziałem, jak ktoś wszedł na strych. Prawdopodobnie przeżył. Dobrze znałem obejścia w kościele, bo służyłem do Mszy św. Zacząłem mówić mamie, by odstawić płótno przy wielkim ołtarzu i schować się. Był tam obszerny grób z podobizną Pana Jezusa. Bez trudu pomieściłby cztery osoby. Mama odpowiedziała, że w kościele nie ma gdzie się ukryć. Powiedział też po raz drugi, że: "Co będzie ludziom, to i nam". Po około godzinie otworzyły się frontowe drzwi i do kościoła zajrzało kilku bulbowców. Skierowali w naszą stronę trzymaną w rękach broń i kazali nam wychodzić. Przestrzegali także przed próbą ucieczki. Po wyjściu na zewnątrz zobaczyliśmy, że ulica z kościoła do szkoły jest obstawiona. Bulbowcy stali jeden przy drugim z bronią gotową do strzału w ręku. Byli bardzo podenerwowani. Niektórzy pytali między sobą, gdzie nas popędzą i dlaczego tak nagle wszystko się dzieje. Doszliśmy do szkoły. W kilku miejscach zaczęła palić się wieś. Płonął też okólnik Trusiuka - czyli zabudowania ciotki. Ciotka była z nami, bo gdy ludzie zrozumieli, co ich czeka, zaczęli grupować się rodzinami. Chcieli być blisko siebie. Wówczas ciotka powiedziała do mamy, że widziała, jak w jej zabudowaniach coś kopano. Mówiła, że to na pewno dół dla mężczyzn, bo szkoła była pusta, a drzwi pootwierane. "Teraz podpalili, żeby śladu nie było" - i zaczęła mocno płakać. Jej syn, Jan Trusiuk zakopał się w słomie w stodole. Bała się, że spali się żywcem. Ukraińcy zaczęli pędzić nas groblą, która prowadziła koło cmentarza ku Woli Ostrowieckiej. Droga była obstawiona bulbowcami. Stali co kilkanaście metrów. Krzykiem i biciem popędzali nas do szybszego marszu. Gdy byliśmy na grobli, usłyszeliśmy strzelaninę od strony Borowy. Strzelano z broni maszynowej. Kule świstały jak rój pszczół ponad naszymi głowami. Słyszeliśmy też wybuchy i wnet za nami, około 200 metrów w lasku koło cmentarza, zaczęły rwać się pociski. Ludzie mówili, że to chyba Niemcy. Polacy się nie kryli, natomiast bulbowcy szli chyłkiem, niektórzy przypadli do ziemi i groźnie nawoływali do szybkiego marszu. Ktoś zaproponował, żeby wykorzystać sprzyjający moment i uciekać do wsi. Mówili, że wszystkich nie zabiją, a gnać za nami nie będą, bo się boją. Kilka osób zawróciło. Byli to w większości starsi mężczyźni. Nie uszli daleko, bo zaraz padły strzały, a oni osunęli się na ziemię. Może ta ucieczka udałaby się, gdyby wszyscy jednocześnie zawrócili i rozbiegli się po krzakach. Było to jednak niemożliwe, bo szły prawie same kobiety, w większości z małymi dziećmi na rękach. Cóż więc biedni mieliśmy począć. Zdaliśmy się na łaskę Bożą. Ciotka i mama mówiły, że najpierw wymordowali Żydów, a teraz przyszła kolej na nas. "My, to już my, ale te dzieciątka, tylko żyć. Jakich czasów doczekaliśmy, cóż komu jesteśmy winni" - rozpaczały. Bulbowcy miotali się, krzyczeli, popychali nas i bili. Ludzie starali się iść jak najwolniej, licząc na wybawienie ze strony d Tuż przed cmentarzem droga wchodziła w wąwóz. Po obu jego stronach było wysokie piaszczyste wzniesienie, które zasłaniało widok od strony zachodniej, skąd padały strzały. Gdy zrównaliśmy się z cmentarzem, niektórzy starsi ludzie nie chcieli iść dalej. Mówili: "Wiemy, gdzie nas pędzą i co nas czeka. Lepiej zostać na cmentarzu niż gdzieś w krzakach. Cmentarz to zawsze miejsce poświęcone". Po tych słowach kilka osób wyszło z kolumny, kierując się w stronę cmentarza. Starali się szybko przekroczyć jego bramę. Padły strzały i martwi osunęli się na ziemię. Nie znam ich nazwisk, bo nie można było się dowiedzieć, gdyż bulbowcy zaczęli strzelać. Bijąc i wrzeszcząc, zmuszali nas do szybkiego kroku. Tuż przed cmentarzem droga wchodziła w wąwóz. Po obu jego stronach było wysokie piaszczyste wzniesienie, które zasłaniało widok od strony zachodniej, skąd padały strzały. Gdy zrównaliśmy się z cmentarzem, niektórzy starsi ludzie nie chcieli iść dalej. Mówili: "Wiemy, gdzie nas pędzą i co nas czeka. Lepiej zostać na cmentarzu niż gdzieś w krzakach. Cmentarz to zawsze miejsce poświęcone". Po tych słowach kilka osób wyszło z kolumny, kierując się w stronę cmentarza. Starali się szybko przekroczyć jego bramę. Padły strzały i martwi osunęli się na ziemię. Nie znam ich nazwisk, bo nie można było się dowiedzieć, gdyż bulbowcy zaczęli strzelać. Bijąc i wrzeszcząc, zmuszali nas do szybkiego kroku. Byłem światkiem strasznej sceny. Stary organista Radoń szedł o krok od nas, trzymając pod rękę swoją żonę. Nagle wystąpili z kolumny i powiedzieli, że dalej nie pójdą, bo i tak nas zabiją, więc woli umrzeć na cmentarzu. Zdążyli tylko wejść za bramę, gdy padły strzały. Oboje upadli. Widziałem, jak konwulsyjnie wzdrygały się ich ciała. Patrząc na to wszystko, kobiety i dzieci zaczęły głośno płakać i krzyczeć z przerażenia. Za cmentarzem skręciliśmy w krzaki w kierunku lasu Kokorawiec, położonego na północny wschód od naszej wsi. Ludzie poruszali się powoli, mimo ciągłego popędzania do szybszego marszu. Mieli nadzieję na wybawienie przez Niemców. Im się jednak nie spieszyło. Jak się później okazało, byli to rzeczywiście Niemcy. Jechali niby na odsiecz, zagrożonym przez bulbowców mieszkańcom wsi: Ostrówki, Wola Ostrowiecka i Jankowce (Kąty były już wymordowane). Zamiast jechać bezpośrednio z Lubomla do Ostrówek, podążali okrężną drogą, przez Jagodzin, Wilczy Przewóz, Równo i Borowę. Gdy z daleka zobaczyli, że we wsi są jeszcze bulbowcy, zaczęli strzelać na postrach. Obejrzałem się za siebie parę razy. Ukraińcy z obstawy, którzy leżeli z bronią maszynową, zaczęli wycofywać się za nami. Popędzani, szliśmy wolno do przodu, bo już każdy wiedział, co z nami zrobią. Starsze kobiety i dzieci zrzucały z siebie cieplejszą odzież. Wiedzieli, że już nie będzie im potrzebna. Za idącą kolumną ludzi, okrążoną gęsto przez bulbowców, pozostawała szeroka droga zmiętego łubinu, ziemniaków i traw, na której leżała porzucona odzież. Szliśmy na przełaj, z krzaków wychodziliśmy na pola i odwrotnie. Widok był przerażający. Kiedy znaleźliśmy się w połowie drogi między cmentarzem a miejscem kaźni, zarządzono postój. Spędzono nas w jedną grupę. Starsi i matki z dziećmi na ręku zaraz posiadali na ziemi, aby trochę odpocząć. Bulbowcy stali wokoło nas. Było ich dużo, patrzyli na nas jak sępy na swą zdobycz. Broń trzymali gotową do strzału. Niektórych Ukraińców rozpoznawano. Pochodzili z Huszczy i Przekurki. Starsi ludzie znali ich i ich rodziców. Zaczęli więc pytać, co z nami zrobią, dokąd nas pędzą i za co chcą nas mordować. Patrzyli na nas jak wilki i odchodzili na bok. Jeden z bulbowców stał naprzeciw nas. Poznała go matka mego stryja, Łukasza Praduna. Według niej pochodził z Przekurki. Zapytała go po imieniu i nazwisku: "Za co będziesz nas zabijać. Twoich rodziców znam dobrze, żyliśmy w zgodzie". Popatrzył na nią, rozejrzał się nieznacznie i odpowiedział: "Ja was byty ne budu". Staruszka rzekła: "Ale drudzy wybiją", a on na to: "To ja wrze ne znaju, ja toże muszu buty z nemi, takij rozkaz" i odszedł. Postój był krótki, może 5 minut. Z krzykiem kazano nam wstawać. Zaczęli nas pędzić dalej w stronę Sokoła, bliżej lasu Kokorawiec. Szliśmy polem obsianym łubinem. Był dość wysoki. Nagle zauważyliśmy, że obok nas leżał w łubinie młody chłopiec - Edward Soroka. Starsi go znali, ja też z widzenia. Pochodził z Woli Ostrowieckiej. Uciekł ze wsi przed bulbowcami i tutaj się ukrył. Kryjówka była dobra, ale nasz przypadkowy kierunek nie ominął go. Leżąc na wznak w łubinie, położył palec na ustach i patrząc na nas pokazał, aby się nie oglądać i nie patrzeć na niego. Obok gęsiego szli bulbowcy z obstawy. Ludzie, którzy go widzieli, mówili po cichu innym, żeby się nie oglądali, że może Bóg da, chłopaka nie zauważą i przeżyje. Przeszliśmy, a on pozostał. Okazało się później, że niezauważony ocalał. Odeszliśmy z tego miejsca może z kilometr i dotarliśmy do niedużej polanki koło lasu, otoczonej z trzech stron olszyną. Tylko od wschodu było nieduże pole, na którym rósł łubin. Na tej polance znów nas zatrzymali, a wśród bulbowców powstało ożywienie. Na uboczu stało kilku Ukraińców lepiej ubranych. Mieli przy sobie krótką broń. Musiała to być starszyzna. Przez krótką chwilkę radzili. Po naradzie postanowili dalej nas nie pędzić, ale tu wymordować. Tak też się stało. Było nas dużo, bo wszystkie kobiety z Ostrówek, dzieci do lat 15, kilku dziadków i część kobiet z Woli Ostrowieckiej. Byliśmy obstawieni gęsto przez bulbowców. O ucieczce nie było mowy. Ludzie stali, niektórzy z dziećmi na ręku siedzieli, bo było im ciężko je utrzymać. Modlili się, bo już było wiadomo, że na tej polance rozegra się tragedia. Po krótkiej chwili padła komenda, żeby ludzie zrzucili z siebie grubszą odzież. Ukraińcy krzyczeli, by wychodzić na środek polany po 10 osób. Początkowo nikt nie chciał dobrowolnie iść na śmierć. Powstał płacz, lament i błagania, aby nas puścili, bo nikomu nic złego nie zrobiliśmy. Ale oni nie słuchali, tylko robili się coraz bardziej wściekli. Rzucili się na nas jak mocno wygłodzone zwierzęta i zaczęli wyciągać z tłumu stojących z brzegu. Schwytani zostali odprowadzeni na środek polany, gdzie kazano im kłaść się w koło, twarzami do ziemi. Następnie zaczęli strzelać ofiarom w tył głowy, a my musieliśmy na tę tragedię patrzeć. Po chwili wszyscy bulbowcy rzucili się na nas. Było im widocznie pilno, bo każdy odrywał z grupy parę osób i rozstrzeliwał na środku polany. Ludzie, lamentując, żegnali się ze sobą. Matki brały swe dzieci i kładły obok siebie, obejmując je rękami. Tak odchodzili z tego świata. Ja, mama, ciocia i bliżsi znajomi byliśmy razem w grupie, wciąż odwlekając moment rozstania się z tym światem. Chcieliśmy jeszcze pożyć choć chwilę dłużej. Widziałem okropne sceny. Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie byli nieraz trafieni niecelnie. Zranieni podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię. Dobijano ich, ale najczęściej w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy popędzonej na miejsce kaźni po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka, może sześcioletnia, i zaczęła mocno krzyczeć: "Mamo, mamo", ale matka już nie żyła. Widząc to Ukrainiec podniósł karabin i strzelił do niej. Dziewczynka upadła, ale natychmiast poderwała się i, krzycząc, zaczęła iść po trupach, padając i wstając. Bulbowiec znów strzelił. Tym razem aż trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany Ukrainiec podbiegł do niej i dobił ją kolbą karabinu. Ludzie na ten widok odwracali się z płaczem. I tak, grupę po grupie, wyciągali i zabijali. Tworzył się duży krąg, gdyż kazali kłaść się jeden obok drugiego w nogach pomordowanych. Widać było pośpiech, bo, głośno krzycząc, coraz szybciej wyciągali ludzi na pobojowisko, nie żałując przy tym razów. Mama, ja, ciotka Trusiukowa, moja babcia Maria i ciotka Wikta z małym dzieckiem byliśmy razem. Mama powiedziała, żebyśmy poszli sami, bo po co mają nas szarpać i tak nas śmierć nie ominie. Przyglądać się tej zbrodni już dłużej nie było można. Wstaliśmy, pożegnaliśmy się z sobą i z najbliższymi. Z płaczem i z okropnym żalem, że trzeba opuszczać ten świat, oddaliśmy się w ręce oprawców. Popędzono nas w miejsce kaźni. Bulbowcy krzyczeli: "Lachajte Lachy chutko" - szybko kładźcie się Polacy. Mama jeszcze raz przycisnęła mnie do siebie. Płakała i mówiła jakby do siebie: "Tyle dzieci wybiją, cóż one są winne". Nie mogłem płakać, zacisnęła mi się krtań i zrobiłem się zupełnie nieswój, obojętny z przestrachu. Kładąc się obok siebie , półgłosem odmawialiśmy pacierz. Mama objęła mnie mocno za szyję, a ja zakryłem twarz dłońmi i z okropnym strachem wypowiedziałem na koniec: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Padły strzały z lewej i z prawej strony. Leżałem prawie w samym środku. Strzały zaczęły zbliżać się ku mnie. Zrobiło mi się mocno żal. Pomyślałem, że mam dopiero 13 lat, a tu za chwilę czeka mnie śmierć. Bliziutko padł strzał i poczułem podmuch powietrza. To musiało być w ciotkę, bo słyszałem mocne chrapanie. Okropnie przeżywałem ostatnie chwile. Zdawało mi się, że we mnie wszystko ustaje. Następny strzał padł w mamę. Ziemia rozbryzgła się po mojej głowie. Poczułem, że coś ciepłego spływa po moim karku ku lewemu policzkowi. Usłyszałem chrapanie i poczułem raptowny skurcz ciała. Ręka mamy przycisnęła mnie mocniej do siebie, ale tylko na chwilę. Nadeszła moja kolej. Oczekiwałem z napięciem, prawie martwy z przerażenia. Usłyszałem koło mnie strzał, szum w uszach i znów piasek posypał się po mojej głowie i rękach. Krótkie chrapanie, ale tym razem z prawej strony. Zbiciem serca oczekiwałem na następny strzał, tym razem we mnie, ale strzały zaczęły się oddalać. Po chwili zapadła cisza i usłyszałem, że w naszych nogach Ukraińcy układają następne ofiary. Kiedy wystrzały dobiegły z tyłu, troszeczkę mi oddało. Zacząłem w duchu modlić się i Pana Boga o przeżycie tego potwornego ludobójstwa. Krótko to wszystko trwało, bo Ukraińcy rozstrzeliwali ze zdwojoną szybkością. Spieszyli się bardzo. Leżałem żywy między trupami i słyszałem błagania, lamenty, pisk zabijanych dzieci. Myślałem, że nie wytrzymam i zerwę się do ucieczki, ale po chwili przychodziła myśl, że jeśli to zrobię, to zabiją mnie na miejscu. W czasie układania się na pobojowisku, nikt nie wybierał sobie miejsca. Każdy kładł się, gdzie popadło. Leżąc wśród trupów poczułem nagle, że wciska mi się na wysokości żołądka zmurszały pniaczek. Najgorsze było to, że znajdowały się w nim czerwone mrówki. Pień uciskał tak dokuczliwie, że zaczęło mi brakować powietrza, a mrówki rozlazły się po twarzy. Zacisnąłem powieki i zamknąłem usta, ale po chwili musiałem je otworzyć, by nabrać powietrza. Nie mogłem głęboko oddychać, bo to zdradziłoby mnie. Myślałem, że nie wytrzymam - brak normalnego oddechu, mrówki i okropny strach przed śmiercią. Gehenna. Instynkt nakazywał cierpieć, aby nawet najmniejszym poruszeniem nie zdradzić, że żyję. Leżałem, cierpiałem i słuchałem, co się wokoło dzieje. Trwało to około godziny. Naraz ustały krzyki, płacz i tylko od czasu do czasu padł strzał. Ukraińcy rozmawiali między sobą głośno: "O dywysia, tsmtoj szcze żywe, dobej". Leżałem w tym pobojowisku i prosiłem Boga, aby mnie nie wykryto. O chwili nastała zupełna cisza, tylko jakiś bulbowiec zawołał: "No cłopcy, idemo. Ot dywyte, tut morda polska leżyt". Nastąpiło ożywienie miedzy nimi. Zaczęli odchodzić w krzaki w stronę Sokoła. Słyszałem z tamtej strony cichnące odgłosy. Leżałem jeszcze dłuższą chwilę. Była grobowa cisza, bo nawet ptactwo, wystraszone strzałami, nie dawało żadnego głosu. Chciałem wstać i uciekać, ale bałem się, że Ukraińcy z ukrycia patrzą, czy ktoś nie przeżył. Leżałem więc dalej, a mrówki gryzły mnie po całym ciele. Upłynęło około pół godziny. Nadal panowała niczym nie zakłócona cisza. Podjąłem decyzję. Postanowiłem ostrożnie podnieść głowę i spojrzeć przed siebie, by zobaczyć, co dzieje się na placu zbrodni. W dodali dostrzegłem, że jakaś kobieta ucieka w pobliskie krzaki. Opuściłem głowę z powrotem i słuchałem, czy nie będą za nią strzelać, ale nadal była cisza. Leżałem jeszcze chwilę i postanowiłem wstać i uciekać. Po raz drugi pomalutku podniosłem głowę, spojrzałem na trupy i zobaczyłem, jak wstaje kobieta z dwojgiem dzieci. Złapała dziewczynkę i chłopczyka za rączki i pobiegła w krzaki. Nasłuchiwałem, czy nikt nie będzie strzelał. Panowała cisza. Po raz trzeci podniosłem głowę i popatrzyłem na mamę i ciotkę. Leżały martwe. Mama miała oderwany kawałek czaszki. To jej mózg rozlał mi się po karku i twarzy. Bóg zaślepił wzrok Ukraińców, bo zobaczywszy mnie zalanego krwią i mózgiem pomyśleli, że jestem zabity. Wstałem i powiedziałem półgłosem: "Kto żyw, niech ucieka". Odbiegłem około 50 metrów od pobojowiska i skryłem się w łubinie. Położyłem się z brzegu, ale tak, by nie być widocznym i zacząłem rozglądać się po polanie i po trupach. Zobaczyłem, że ktoś wstał i zaczął biec w moją stronę. Był to mój brat cioteczny, Paweł Jesionczak. Podniosłem się nieco i zacząłem machać ręką. Podbiegł i położył się obok mnie. Po chwili dostrzegliśmy kobietę z dzieckiem uciekającą w kierunku zarośli. Zaczęliśmy się ostrożnie czołgać w stronę krzaków. Gdy byliśmy parę kroków od nich, szybko w nie wskoczyliśmy. W zaroślach spotkaliśmy kobietę, która wcześniej przybiegła z dwojgiem dzieci. Dołączyliśmy do niej. Płakała i mówiła, że nie wie, jak sobie poradzi z malutkimi dziećmi. Chłopak był nieco starszy od dziewczynki. Przekonaliśmy się, że musimy się dostać do Jagodzina. Z pobojowiska ocalała też, ranna w głowę, Janina Kuwałek (po mężu Martosińska). Opowiadała później, że ciotka Wikta była ciężko ranna i poprosiła ją o pomoc, ale ona osłabiona nie mogła jej nawet podnieść z ziemi. Pozostawiona bez pomocy wkrótce zmarła. Wzięliśmy dzieci na plecy i zaczęliśmy powoli i ostrożnie iść. Doszliśmy do Ostrówek. Usiedliśmy w krzakach i rozglądaliśmy się. Przed nami było piaszczyste pasmo, zwane Borowiną, z rzadka porośniętą jałowcem. Zobaczyłem, jak od strony wsi, między jałowcami szedł szybko mężczyzna, niosąc coś na plecach. Kierował się w stronę Sokoła. Musiał to być Ukrainiec, który przyszedł po łup. Cofnęliśmy się głębiej w krzaki i patrzyliśmy, czy nie ma ich więcej. Poczekaliśmy chwilę i zaczęliśmy ostrożnie, od krzaka do krzaka, pokonywać odkryty teren. Na skraju zarośli, w tzw. Borku, zatrzymaliśmy się. Widzieliśmy stamtąd Ostrówki. Wieś paliła się. Nie było widać ludzi, chodziły tylko krowy i konie. Z daleka dobiegało wycie psów. Zwróciliśmy się do kobiety, żeby tu zaczekała, a my pójdziemy bliżej wsi i zobaczymy, jaka jest sytuacja (byliśmy od niej około 500 metrów, w stronę Lubomla). Umówiliśmy się, że gdy będzie wszystko dobrze, to wrócimy i pójdziemy dalej razem. W przypadku niebezpieczeństwa miała ukryć się z dziećmi w krzakach. Ostrożnie doszliśmy do skraju zarośli. Rzekłem do Pawła: "Idziemy, ale nie razem. Ja pójdę pierwszy i pilnie patrz wokoło. Jeśli coś zobaczysz, krótko gwizdnij. Jeżeli ktoś będzie biegł w moim kierunku, krzyknij i uciekaj. Gdy będzie cisza i spokój, przebiegnę ze 100 metrów i położę się. Będę obserwował, a ty chyłkiem dobiegniesz do mnie. I tak na zmianę. Uścisnęliśmy sobie ręce, spojrzeliśmy w oczy i wyszedłem z ukrycia. Rozejrzałem się i zacząłem biec do wsi. Po około 200 metrach padłem na ziemię. Leżąc, obserwowałem okolicę. Panował spokój, paliły się tylko niektóre zabudowania i wyły psy. Po chwili dobiegł do mnie Paweł. Odpoczęliśmy chwile i chyłkiem pobiegłem aż pod zabudowania. Z bijącym jak młot sercem nadsłuchiwałem. Nic, grobowa cisza. Tylko trzask ognia i spadające opalone bale. Wstałem, oparłem się plecami o ścianę stodoły i machnąłem ręką w kierunku Pawła. Poderwał się i przybiegł do mnie. Postanowiliśmy wejść do wsi i rozejrzeć się. Szliśmy koło ścian i płotów, bacznie nasłuchując i rozglądając się. Szczęśliwie dotarliśmy do rowu. Przykucnęliśmy w nim i zaczęliśmy obserwować wzdłuż wsi i poza budynkami, czy ktoś się tam nie kręci. Nie było widać nikogo, tylko niektóre budynki dopalały się, na drodze leżało parę trupów, a psy żałośnie wyły. Postanowiliśmy wrócić do kobiety, wziąć dzieci i uciekać razem do Jagodzina. Wyskoczyliśmy szybko z rowu i pochyleni szybko biegliśmy koło zabudowań w kierunku Borku. Kobieta tak się ukryła, że musieliśmy ją po cichu wołać. Po odszukaniu poszliśmy w kierunku Jagodzina. Kiedy minęliśmy wieś i zbliżyliśmy się do łąki zwanej Brzeziną, ujrzeliśmy mężczyznę idącego w naszym kierunku. Był jeszcze daleko. Stanęliśmy jak wryci i pomyśleliśmy, że to może bulbowiec. Mieliśmy już uciekać, gdy zaczął nam dawać znaki ręką i zawołał, żeby się go nie bać. Ruszyliśmy pomału w jego stronę. Gdy zbliżyliśmy się do siebie, poznałem, że był to Józef Muzyka, mój sąsiad. Dopytywał się o swoją żonę i dzieci, których ukrył w lochu po ziemniakach i zamaskował, a sam czołgając się do swej kolonii położonej koło Strycharza, cudem ocalał. Powiedziałem, że nie ma po co iść, bo zostali zabici przez Ukraińców. Widziałem ich na placu szkolnym, w kościele i na polanie pod Sokołem. Jego żona była z córką Grażyną i synkiem. Kiedy to wszystko usłyszał, wziął twarz w dłonie i zaczął głośno płakać, a my razem z nim. Po krótkiej chwili uspokoił się, spojrzał na mnie i powiedział: "Oleś, twój ojciec żyje i stryj Łukasz z żoną i dziećmi: Felkiem, Antkiem i Jankiem. Pół godziny temu rozmawiałem z nimi. Poszli do Jagodzina". Nagle zobaczyliśmy, że od strony dworu Konczewskich jedzie kilka furmanek, a obok nich idzie sporo mężczyzn. Już mieliśmy uciekać, gdy Muzyka powiedział, że to Polacy z Jagodzina jadą do Ostrówek. Chwilę popatrzyliśmy na nich i poszliśmy razem do Jagodzina, gdzie spotkałem swoich najbliższych. Wieczorem przyjechali z Ostrówek ludzie z samoobrony (z Jagodzina i Rymacz) i przywieźli spod Sokoła żonę Kality i mamę Pawła. Obie były trafione w szyję. Kule wyszły ustami. W chwili zabierania z polany jeszcze żyły, ale w drodze zmarły. Przywieźli także chłopca, którego wyciągnęli z rowu. Był uderzony siekierą”. (Aleksander Pradun; w: "Wołyński Testament", Lublin: Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej, 1997; oraz:  Na Rubieży Nr 3/1993). Świadek Tomasz Trusiuk: „W nocy z 29 na 30 sierpnia 1943r. od strony Ostrówek długo strzelała w niebo łuna pożaru. Domyślaliśmy się, że gdzieś za Zapolem płoną zabudowania. Nie było słychać strzałów ani tez innych odgłosów świadczących o walce. Byliśmy przyzwyczajeni do nocnych pożarów, które od marca 1943 r. wybuchały tu i ówdzie. Nic też dziwnego, że późno po północy wszyscy ściągnięci z opłotków i pobliskich kolonii warty – poszli spać. Ze snu zostaliśmy obudzeni salwami strzałów, niosących się od strony zarośli i pobliskich lasów: Kokorawca, Byrek, Brzeziny, Obelnika. Poranna poświata, seria wystrzałów, przecinające się w powietrzu smugi pocisków i świadomość zaniedbania własnego bezpieczeństwa paraliżowały ruchy. Wszyscy wybiegli z mieszkań, starając się szukać schronienia. W myślach kłębiły się różne pomysły, a serce zdawało się wołać: „Pagórki przykryjcie nas”. Pierścień okrążenia złożony z setek Ukraińców zaciskał się coraz szczelniej. Nikt nie był w stanie wydostać się poza obręb własnych opłotków, nie mówiąc już o ucieczce ze wsi. Najeźdźcy szli pieszo, jechali konno i zapędzali wszystkich na zebranie do szkoły. Przygnano z Brzezin (oddalonych od Ostrówek ponad kilometr) rodzinę Stefana Jurczaka, właściciela kolejnej cegielni. Jadący na koniu Ukrainiec doprowadził do Ostrówek dziesięć osób, w tym ośmioro małych dzieci. Podobnie było też w Woli Ostrowieckiej. W Ostrówkach wszystkich mężczyzn spędzono do szkoły, a kobiety i dzieci do kościoła. Wśród nich były kobiety i dzieci z Woli Ostrowieckiej, które noc z 29 na 30 sierpnia 1943 r. ze względów bezpieczeństwa pędziły u rodzin w Ostrówkach.  Miałem wówczas 14 lat z matką i ojcem zostałem zapędzony do szkoły w Ostrówkach. Małe pomieszczenia szkolne nie mogły pomieścić kilkuset osób, dlatego tez Ukraińcy rozkazali nam kłaść się na boisku szkolnym, którego obszar zamykał się w prostokącie o bokach 30 x 40 metrów. Po krótkiej chwili zmieniono rozkaz i zarządzono, by kobiety i dzieci udały się do kościoła, a mężczyźni do szkoły. Po wydaniu tego rozkazu, szosa od strony Lubomla wszedł do wsi duży oddział UPA. Gdy dotarł w pobliże szkoły, wyszedł mu na spotkanie oficer. Ukrainiec był niskiego wzrostu, krępej budowy ciała, ubrany w niebieski mundur, w czapce okrągłej oblamowanej srebrnym kordonkiem, z pistoletem u boku i w skórzanych rękawiczkach. Był to Maśluk, były policjant w służbie niemieckiej, pochodzący z Połap lub Wilczego Przewozu. Obok niego w stronę kolumny podążało kilku innych Ukraińców ubranych podobnie. Po chwili padł rozkaz: „Pulemetczyki ta bombemtczyki stanowyś!” Wojsko stanęło posłusznie. Następnie wydano komendę do zajęcia stanowisk wokół szkoły i kościoła. Gdy to uczynili, do wejścia na plac szkolny zbliżył się najstarszy szarżą ukraiński oficer. Stanął przed szkolnym gankiem i z imienia oraz nazwiska zaczął wywoływać Polaków. Gdy wyszli zażądał: „Lachy, widdajte zołoto!” W odpowiedzi usłyszał: „jesteśmy biednymi mieszkańcami wsi i złota nie mamy”. Padło następne żądanie: „Widdajte zroju, jaku majete w waszych chatach i sarajach!”. Odpowiedź była podobna. Zdenerwowany Ukrainiec krzyknął: „Widdajte wse i hodynnyki, a to wseh wybierno!”. Po tych słowach z gardeł około stu pięćdziesięciu osób zgromadzonych w szkole wydobył się płacz i pieśń: „ Kto się w opiekę odda Panu Swemu...”. Oprawcy rozkazali zamknąć okiennice, a następnie do wnętrza weszli uzbrojeni Ukraińcy i zaczęli wyprowadzać po kilka osób (od czterech do ośmiu w grupie). Zabranych ze szkoły mężczyzn prowadzili przed sobą, bijąc ich, gdy w szkole zostało zaledwie kilku, oprawcy weszli do środka i strzelili w ich kierunku. Wśród nich byli: Stefan Trusiuk, Wacław Gryc (lat 14) i Ulewicz. Jednym z pocisków został ugodzony Wacek. Stefan z płaczem w głosie zawołał do Ulewicza: „Dajmy mu wody!” Usłyszał to stojący w pobliżu Ukrainiec, który krzyknął” „Ne treba, bude pyty swoju krow !” Wywlekli następnie tę trójkę na zewnątrz i za progiem szkoły zabili Wacka, a pozostałych popędzili w stronę zbiorowej mogiły u Ilków. Tam też ich zabili. Gdy szkołę opuściła ostatnia grupa mieszkańców Ostrówek, do wnętrza wbiegli inni oprawcy i zaczęli plądrować pomieszczenia zajmowane przez kierowniczkę szkoły Marię Blat z rodziną. Inny zaś Ukrainiec wspiął się po drabinie, stojącej przy ścianie korytarza, po której wcześniej wszedłem na strych, gdzie ukryłem się i zawołał donośnym głosem: „Je tam kto, wychod, a to szkołu spałym”. Ukraińcy zrealizowaliby swój zamiar, ale przeszkodzili im w tym Niemcy, którzy kolumną jechali od strony Huszczy do Ostrówek. Widząc ich, bandyci zarządzili odwrót. Ucieczkę przyspieszył niemiecki ostrzał. Ukraińcy nie zdążyli wymordować kobiet i dzieci zgromadzonych w kościele. Wyprowadzili zebranych ludzi i popędzili poza cmentarzem parafialnym w kierunku ukraińskiej wsi Sokół, gdzie ich zamordowali. Po ucieczce Ukraińców z Ostrówek wyszedłem z kryjówki na zewnątrz szkoły. Okazało się, że oprócz mnie w budynku byli ukryci: Aleksander Trusiuk, Aleksander Kuwałek, Czesław Suszko i Bolesław Wasiuk, którzy schowali się w szkolnej piwnicy. Poszedłem następnie do Jagodzina, a stamtąd do Lubomla, gdzie zostałem złapany przez Niemców i wywieziony do obozu przy ulicy Krochmalnej w Lublinie.”  (Byłem świadkiem – Tomasz Trusiuk; w: „Na Rubieży” nr 44/2000; opracował Henryk Komański). Świadek Zofia Kieruj: „Zofia Kieruj właśnie kończy 85 lat. Czternaście lat swojego długiego życia mieszkała na Wołyniu. Patrząc z naszej, zachodniej strony, powiedzielibyśmy, że tuż za Bugiem. Ona mówi, że do rzeki było blisko, około ośmiu kilometrów. Przed II wojna światową i w czasie wojny, do 1943 roku, wraz z rodzina mieszkała w Ostrówkach w powiecie lubomelskim. To najbardziej na zachód wysunięta część byłego województwa wołyńskiego. Mieszkała tam z mamą Marianną Suszko i rodzeństwem. Ojciec Wincenty Suszko zmarł wcześnie, bo w 1931 roku. Miała trzech braci i siostrę Karolinę, która była najstarsza, urodziła się w 1920 roku, brat Józef w 1924, Czesław w 1927 roku, a ona z bratem Antonim (byli bliźniakami) urodziła się w 1929 roku. Z Ostrówkami sąsiadowała wieś Wola Ostrowiecka. Tam w czasie wojny mieszkała z rodziną najstarsza siostra pani Zofii. Te dwie miejscowości dziś są wymieniane jednym tchem obok siebie, kiedy historycy mówią o nich jako o miejscach tragedii polskiej ludności w czasie rzezi wołyńskiej. O tych wydarzeniach opowiedziała nam też Zofia Kieruj. /.../  To co działo się przed 30 sierpnia tamtego roku, zaciera się trochę, miesza, ale od tego jednego dnia kilkunastoletnia Zofia zaczyna widzieć tak okropne rzeczy, które tak wryły się w pamięć, że dziś mówi o nich z detalami. Bardzo wstrząsającymi zresztą. To była ostatnia niedziela sierpnia. - Ksiądz na ambonie powiedział, że koło Hołowna, koło Kowna ubiegłej niedzieli Ukraińce podczas mszy napadli, zamknęli kościół i podpalili. Benzyną oblali i spalili, bo to były drewniane kościoły. Spalili razem wszystkich, którzy się tam znajdowali. Ksiądz Stanisław Dobrzański powiedział nam, że nie mamy się bać i że nas nie opuści. W razie czego, gdyby nas napadli, to mieliśmy się bronić. Wierni rozeszli się do domów. Pani Zofia również. Gdy tylko weszła do domu, zdała relację z tego, co usłyszała na mszy, swojej mamie. Jeszcze tego samego dnia poszła do sąsiedniej wsi, do Woli Ostrowieckiej, w której mieszkała jej siostra z mężem i dwoma synami. W tym czasie jeden z chłopców był w szpitalu. Matka miała zabrać syna ze szpitala w poniedziałek, ale zabrała go już w sobotę do domu, do Woli Ostrowieckiej. - Moja mama mówi: „Leć Zosia i zobacz, co tam słychać”. I ja poleciałam do tej siostry. Jak doszłam, to do szwagra przyszli koledzy. Telewizorów wtedy nie było, więc ludzie się odwiedzali i wspólnie spędzali wolny czas. Grali w karty. Na to przyszła siostry teściowa z wioski. I mówi tak: „Wy chłopaki gracie w karty, a czy wy wiecie, co ma się dziać?”. I choć jestem tutaj, to mam tę scenę przed oczami i widzę, jak trzymają karty i patrzą na nią, co ona mówi. A ona mówiła, że przyszedł Ukrainiec i ostrzegł, że mamy się pilnować, bo mają przyjść w nocy Ukraińcy i nas wymordować. Teściowa kazała synowej z synami i jej siostrą pójść do Ostrówek, a stamtąd mieli jechać do Jagodzina, wsi, w której stacjonowali Niemcy. Siostra pani Zofii stwierdziła, że nie zamierza się tułać, a poza tym za co Ukraińcy mieliby mordować. Już w marcu tego roku Ukraińcy, którzy byli w partyzantce w lesie, przychodzili do Polaków i prosili o jedzenie lub podwiezienie do lasu. Więc myślano, że oddziały ukraińskie znów chcą coś do jedzenia i poproszą o transport. Pani Zofia po powrocie do domu zdała relację z tego, co usłyszała u siostry. Została przez swoją matkę nawet zrugana za to, że powtarza zasłyszane bzdury. Matka kazała jej coś zjeść i pójść spać.  - I poszłam. Mamy trzeba słuchać. Położyłam się, ale byłam wystraszona. Mężczyźni już warty trzymali. Po dwóch. Brat też poszedł wartę pełnić. A ja mam strach i nie śpię. Za chwilę wszedł brat Józek i powiedział, że jednak ma się coś dziać, bo kobiety z dziećmi są na naszym polu. Mama nas i brata wzięła za rękę i razem poszliśmy na to pole. Rozmawiamy, a muchy i komary gryzą. Cicho było. Mąż jednej z kobiet przychodził kilka razy i pytał, czy coś się dzieje. Za trzecim razem, kiedy już było widać łunę wschodzącego słońca, przyszedł i powiedział, że mamy wstawać. Bo skoro w nocy nie przyszli, to w dzień nie przyjdą. Kobiety się podniosły i z dziećmi poszły - opowiada Zofia Kieruj. Marianna Suszko z dziećmi minęła swój dom położony w sadzie i wraz z innymi mieszkańcami poszła do wioski. Pani Zofia wraz z koleżanką, swoją imienniczką, po drodze uzgodniły, że kiedy już będzie bezpiecznie, pójdą się pomodlić do kościoła. Po drodze spotkali mężczyzn na trzech wozach, Polaków, mieszkańców Woli Ostrowieckiej, którzy mieli bronić wsi. Matka z dziećmi postanowiła wrócić. Kiedy przeszli około dwieście metrów, usłyszeli strzały. Ukraińcy zbliżali się do Ostrówek po cichu, ponieważ liczyli, że mieszkańcy wsi jeszcze śpią i zaskoczą ich we śnie. Pani Zofia mówi, że były ich tysiące. Strzał padł w kierunku spotkanych wcześniej wozów. Mama pani Zofii wzięła ją i brata za ręce i zaczęli uciekać. Biegli do sąsiedniej wsi przez pole. Przebiegli około kilometra. Ludzie zaczęli krzyczeć, że już z nimi koniec, bo jadą za nimi konno Ukraińcy. - Obróciłam się, a oni już przed nami. Jeden na karym koniu, drugi na siwym. Wyjechali jak Lucypry z tymi karabinami maszynowymi, co kółka te mają. Do dziś tę scenę widzę. Zaczęli krzyczeć: „Stój polska mordo. Dziś będziemy wam Polskę budować. Dziś do was Sikorski  przyjechał” - relacjonuje mieszkanka Królikowa. Konni jeźdźcy otoczyli biegnące matki z dziećmi i tak jak kowboje zaganiają bydło, tak oni zaczęli spychać ludzi w kierunku wsi Ostrówki. Tam też już było pełno Ukraińców. Zaczęli do nich strzelać. Ludzie padli na twarz. Trzy raz padali i trzy razy wstawali. Kobiety szły śpiewając Pod Twoją obronę i Serdeczna matko. Najeźdźcy prowadzili je w kierunku kościoła. Było to około trzystu osób. Ksiądz miał trzy sady oddzielone od drogi płotem zbudowanym z dwóch poprzecznych pali (tak jak na ranczu), więc można było pod nim przejść. Tym bardziej, że na wąskiej drodze konni Ukraińcy zostali z tyłu. Zofia Kieruj z mamą i rodzeństwem znaleźli się na wysokości sadu. - Zaczęłam płakać i krzyczałam: „Mamo, odejdźmy”, a mama: „A gdzież my odejdziemy, jak ich tylu jest.” I drugi raz płaczę: „Mamo odejdźmy”. A mama mówi: „No to się nachylajcie”. Nachyliliśmy się pod tymi żerdziami i lecimy szybko w kierunku domu. Jak kobiety przeszły, to Ukraińcy zobaczyli nas, że biegniemy. W tym czasie mama mówi: „Gdzie nasze chłopcy?”. A ja tak patrzę, widzę, jak biegną i mówię do mamy: „O tam”. Oni tak jak my przebiegli kilometr, a potem w proso popadali i leżeli jak my - mówi pani Zofia. Ukraińcy widząc trójkę uciekinierów, zaczęli strzelać. Seria z karabinów przeleciała nad ich głowami. Oni upadli i leżą. Antoś po prawej strony matki, a Zosia po lewej. Napastnicy pomyśleli, że nie żyją, dlatego też przestali strzelać. Matka kazała leżeć dzieciom cicho w nadziei, że tylko Matka Boska może uchronić ją i jej dzieci od śmierci. - Ze strachu zęby mi zaczęły dygotać. Trzęsłam się. Potem tak skamieniało serce i ciało ze strachu, że jakby ktoś bił, to by się człowiek nie ruszył. Tak się cisnęłam do tej ziemi, żeby mnie było jak najmniej widać. Mrówki zaczęły mi do nosa wchodzić, ale nic mi nie przeszkadzały. Nic, tylko leżymy - relacjonuje pani Zofia. Ukraińcy pognali kobiety przed kościół. Zwyzywali je. Było słychać płacz. Jedni doły kopali, drudzy grabili dobytek mieszkańców wsi. Potem pani Zofia, jej brat i matka zobaczyli, że dwóch Ukraińców idzie w ich stronę, bo świnia, którą zabrali proboszczowi, uciekła im. Jednak tak byli zaabsorbowani zwierzęciem, że na leżących nie zwrócili uwagi. W stronę matki z dziećmi zaczęła się zbliżać inna dwójka najeźdźców. Leżący pomyśleli, że to już koniec.  - Mieli ci banderowcy czarne mundury z trupimi naszywkami. I mówi do nas: „Rozciągła się stara k... i leży”. My myślimy, że nas zabiją. Patrzyłam spode łba na nich. To był cud boży, bo on tylko tak powiedział i poszli do naszego domu - opowiada Zofia Kieruj. Napastnicy wybili szyby karabinami, bo dom był zamknięty. Potem weszli do stodoły. Krowy wyprowadzili, konia zaprzęgli do wozu, krowy przywiązali i odjechali. Około dziesiątej rano do uszu leżących dobiegł głuchy odgłos: trach, trach. W tym czasie zaczęła się palić stodoła sąsiada. Dwaj bracia pani Zofii, którzy niezauważeni leżeli cały czas w prosie, zauważyli pożar. Starszy Józef chciał wstać, aby ratować dobytek, aby pożar nie przeniósł się na ich stodołę. Młodszy Czesław chciał leżeć, ale uległ namowom brata. Obaj wstali i zaraz wpadli w ręce napastników. Bracia pani Zofii jako ostatni z mężczyzn zostali zabrani do miejscowej szkoły. Kobiety zostały zamknięte w kościele, a mężczyźni w szkole pod pretekstem zebrania. Mężczyzn wywoływano na zewnątrz. Pierwszego sołtysa i grupę kolejnych, w tym braci pani Zofii. Józef wyszedł, a Czesław został wepchnięty z powrotem, bo był jedenastym mężczyzną w grupie. Został oddzielony od brata. Ci, co zostali, widzieli przez okno dół. Tych, których wyprowadzono, stawiano przed dołem i rąbano im czaszki. Nie rozstrzeliwali, tylko tłukli tępymi narzędziami (siekiery, młoty, trzonki), stąd do uszu czternastoletniej Zosi dochodziły te dziwne odgłosy: trach, trach. Chciała się podnieść, ale matka kazała jej leżeć dalej. Kobiety z kościoła Ukraińcy pognali na cmentarz. Leżący usłyszeli warkot samochodów. Ciężarówkami przyjechali Niemcy. Zatrzymali się naprzeciwko domu rodziny pani Zofii. Zabrali gęsi i odjechali w stronę Jagodzina.  - Jak Niemcy odjechali, to my usiedliśmy, a taki swąd w całych Ostrówkach. Tylko psy wyją, koty miauczą, bydło ryczy. Mama zapytała, gdzie my teraz pójdziemy, a potem jeszcze zastanawiała się, czy może nie lepiej byłoby pójść z kobietami. Posiedzieliśmy z dziesięć minut i poszliśmy do domu - relacjonuje mieszkanka Królikowa.
Czternastoletnia Zosia zobaczyła, że w domu wszystko jest poprzewracane. Wyszła do matki, zapytała o coś do jedzenia. Wróciła do domu. Otworzyła szufladę, wyciągnęła masło z serem. Ujrzała na podłodze rzeczy koleżanki i wtedy za domem zobaczyła górę ziemi. Ktoś tam stękał. Zawołała matkę i brata. Podeszli, a tam w dole leżeli świeżutko porąbani ludzie, mężczyźni, których gonili po wsi. Jeden czternastoletni chłopak, rówieśnik Zofii i Antoniego, był przywalony innymi ciałami. Próbował się wydostać. Starszy mężczyzna miał stopy odrąbane. - Wzięłam go za rękę i na brzeg go przyciągnęłam, a temu chłopcu - Bolek mu było na imię - pobiegłam do studni po wodę, do domu najpierw po rondel, to musiałam nadepnąć na plecy temu zabitemu, żeby podać tej wody - mówi z dużym wzruszeniem pani Zofia. To był jeden dół. Kolejny był usytuowany z drugiej strony szkoły. Rodzina Suszków odeszła od dołu i udała się w kierunku zgromadzonej grupki osób. Tam dowiedzieli się, że to ocalałe kobiety. Z kościoła zostały zaprowadzone w okolice lasu. Tam dowódca ukraiński odczytał im akt oskarżenia, w którym główny zarzut polegał na tym, iż od czterystu lat Polacy zamieszkiwali ziemie ukraińskie i za to przysługuje kara śmierci. Zofia Kieruj wyjaśniła, że Ostrówki były wsią typowo polską, założoną w XVI wieku. Jej mieszkańcami byli ludzie z Mazowsza, zwani potocznie Mazurami. Jako jedyni w okolicy cały czas posługiwali się językiem polskim. Nawet Polacy z innych miejscowości nie używali języka polskiego, ci w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej tak. Kobiety, jak usłyszały wyrok, zaczęły błagać o życie. Nie ubłagały oprawców.  - I każda matka musiała brać swoje dzieci, a oni szli i tak rąbali wkoło. Nasza sąsiadka z dwójką dzieci, chłopak pięć, a dziewczynka trzy lata, wzięła je pod siebie. Jak oni rąbali, to cała była obryzgana tą krwią, jeden uderzył ją karabinem, ale była tak nieruchoma, że myśleli, że nie żyje. Ale przeżyła. Byłam potem u niej pod Wrocławiem. Po 49 latach. Ci, co mogli, zaczęli się podnosić i uciekać. Niektóre osoby przeżyły cudem. Jeden ośmiolatek stracił całą rodzinę, a sam wyszedł z rzezi żywy. Matka pani Zofii z dwójką najmłodszych dzieci wraz z innymi poszła do Jagodzina. Cały czas myślała, że w szkole zginęli obaj jej starsi synowie. W Jagodzinie przenocowali na dworcu kolejowym. Następnego dnia poszli do Lubomla. Tam dowiedzieli się, że syn Czesław jednak żyje. Okazało się, że kilka osób schowało się w szkole pod podłogę. Jak Ukraińcy wszystkich wywołali, to na wieko nasunęli ławki, by ci, którzy byli schowani, nie mogli wyjść. Ale do szkoły weszli Niemcy i  Polacy słysząc język niemiecki zaczęli pukać, i Niemcy ich wypuścili. Kazali ocalałym jechać do Jagodzina. Brat pani Zofii Czesław poszedł tam do swojej ciotki. Rodzina odnalazła się po dwóch tygodniach od pogromu. Cała czwórka spotkała się na Okopach koło Dorohuska. - Jak żeśmy doszli, to się ucałowaliśmy i popłakaliśmy. Nie wszyscy mogli się spotkać. Oprócz zabitego brata Józefa, śmierć dosięgła najstarszą siostrę, która mieszkała w Woli Ostrowieckiej. Oddziały ukraińskie w nocy 30 sierpnia najpierw weszły do wsi Kąty, potem nad ranem do Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. W Kątach mieszkała ciotka i babcia pani Zofii. Ciotkę w ciąży wrzucili do studni. W Woli Ostrowieckiej siostra z dwojgiem dzieci i szwagier zostali spaleni żywcem w szkole. - Jak wszystkich pozganiali, to słomy nanieśli i granaty wrzucali. Mąż siostry jak zaczęło się palić, to uciekał i go zastrzelili. Okoliczni mieszkańcy przyjmowali na noc te osoby, które w wyniku pogromów zostały bez domów. Ludzie, którzy z dnia na dzień zostali bez dachu nad głową, nie mieli się nawet w co ubrać. Pani Zofia mówi, że oprócz sukienki nic do ubrania nie miała. Była boso. Dopiero jesienią 1943 roku dostali drewniane dyby i ubrania. Potem dostali pracę w majątku w Srebrzyszczach koło Chełma. Tam dostali mieszkanie w piwnicy po więźniach. Stały tam drewniane prycze. Jak szli spać, to po nich zaczynały chodzić pluskwy. Rodzina Suszków dowiedziała się, że mają wysłać ich do Niemiec na roboty. Uciekli pod osłoną nocy do Okopów. Na zimę 1943/1944 wrócili do Jagodzina, na drugą stronę Bugu. Tam przeczekali do 1945 roku. Po ponownym przejściu frontu i wkroczeniu Armii Czerwonej na te ziemie, zaczęły się przesiedlenia ludności. /.../ W 1992 roku dowiedzieli się z telewizji, że w Ostrówkach będą ekshumacje. Pani Zofia po 49 latach wróciła do rodzinnej wsi. Z Chełma trzy autokary wyjechały. - Jak jechaliśmy, to ukraińskie kobiety i mężczyźni powychodzili i się gapili. Ja się tak bałam, tak mi serce zaczęło pukać jak młotem. Myślałam, że nas pobiją. Ale jechaliśmy pod eskortą żołnierzy i się uspokoiłam. Jak dojechaliśmy, to zobaczyłam, że ten bruk, co był w Ostrówkach, to te Ukraińcy, takie dziady, że ten bruk wyjęli i sobie założyli. W Ostrówkach został tylko krzyż, który partyzantka polska w krzakach znalazła. Została figura Matki Boskiej z odrąbaną głową. Nie ma już żadnych zabudowań. Na miejscu kaźni został postawiony pomnik i zbiorowa mogiła. Pani Zofia co roku w rocznicę tych tragicznych wydarzeń jeździ do swojej rodzinnej wsi. Osobą, która bada dzieje tych wydarzeń i jednocześnie jest organizatorem wyjazdów, jest Leon Popek. To są pielgrzymki tych, co przeżyli i ich rodzin do miejsc kaźni.” (Remigiusz Konieczka ; w: Pałuki nr 24/2014; pt: Zofia Kieruj: Wołyń - rana niezabliźniona  Opublikowano: 26 czerwca 2014; w: http://palukitv.pl/teksty/karty-historii/23082-wolyn-rana-niezablizniona.html ). Świadek Czesław Wasiuk: „Na placu przed szkołą było już dużo ludzi, a Ukraińcy leżeli z karabinami maszynowymi gotowymi do strzału. Tutaj nas rozdzielono. Mężczyzn zamknięto w szkole, a kobiety z dziećmi w kościele. Kobiety modliły się po cichu, głośno płakały  jeszcze inne modliły się leżąc krzyżem przed ołtarzem. Koło południa kościół otworzyli i kazali wychodzić. Poprowadzili w kierunku cmentarza, po lewej stronie paliły się zabudowania w odległości 150 m. Przy cmentarzu niektóre kobiety nie chciały iść dalej. Tutaj zostały zabite. Matka nie pozwoliła na to patrzeć. Zasłaniała sobą i mówiła idź szybciej. Ukraińcy kilkanaście strzałów oddali w kierunku wsi, a nas pognali dalej. Za cmentarzem skręciliśmy w prawo, później w lewo przez pola uprawne 2-3 km. Zatrzymali na dróżce przed krzakiem olszyny, a na lewo było ściernisko. Wszystkim kazano usiąść na ziemi. Po chwili przyjechał na białym koniu jakiś starszy i zrobi krótką naradę. Później jeden Ukrainiec wziął dziesięć osób od czoła wyprowadził dalej na ściernisko kazał się kłaść i zabijał bagnetem na karabinie. Z następną dziesiątką to samo zrobił. Wziął trzecią dziesiątkę zabił pięć, sześć osób i mówił: Ja sam nie budu byty i odszedł na bok. Wtedy z grupy wyszedł inny wziął następną dziesiątkę, zaczął bić doszedł drugi i we dwóch wybili tę dziesiątkę. dalej bili na stojąco strzelając z tyłu, po trzech, czterech i na zmianę. Ja byłem z matką w ostatniej niepełnej dziesiątce. Przede mną poszły trzy osoby, a ja za nimi, ale matka zawołała: „Czesiek chodź do mnie”, poszedłem do matki pocałowała mnie w czoło, odwróciłem się i poszedłem na zabicie, jakieś cztery metry na brzeg ścierniska. Widziałem jak pierwsza osoba padła, do drugiej strzelał inny, a ten co zabił pierwszą, zachodził zabić trzecią, ja byłem czwarty. Przyszłą mi myśl udawać trupa. Zakryłem twarz i oczy rękami, żeby nie pokłuć twarzy o ściernisko, upadłem jak zabici padali. Nie ruszając się zacząłem pomału oddychać, jak zabrakło powietrza to szybciej i znów pomału. Bałem się, że mnie plecy będą się ruszać i dobiją, jak inni dobijali pokazując go się rusza i omdlałem. Przez sen usłyszałem, jak kobieta mówiła: „uciekajmy”. Ukraińcy już poszli. Podniosłem się na rękach i zobaczyłem, jak trzy kobiety uciekały w krzaki. Chciałem biec za nimi, ale ostatnia cofnęła się z krzaków i mnie ręką pogroziła. Popatrzyłem na matkę, nie miała lewego ramienia. Brat leżał z drugiej strony matki, a siostra w poprzek z otwartymi oczami. Zrzuciłem z nóg ciało i położyłem się jak przedtem i straciłem świadomość. Po obudzeniu się wstałem, słońce było już nad zachodem.” (Relacja świadka Czesława Wasiuka; w: „Na Rubieży” nr 3/1993). Świadek Władysław Tołysz:„Pan Władysław pamięta wszystko z najdrobniejszymi szczegółami i trudno się dziwić. Stałe zagrożenie śmiercią sprawiało, że tamtejsze wydarzenia mocno odcisnęły mu się w pamięci. Szczególnie zaś zapamiętał potworny mord dokonany tydzień po wizycie matki w gajówce, na obrzeżu polskiego skupiska przez ukraińskie bandy w Ostrówkach, Woli Ostrowieckiej i Kątach. – Wioski te leżały pod lasem i stanowiły najłatwiejszy łup dla zbrodniarzy – ocenia Władysław Tołysz – Tu było im najporęczniej. Gdy tylko przyszła informacja o tym, że Ukraińcy zaczęli rżnąć Polaków w naszej gminie, natychmiast w plutonie, do którego należałem został zarządzony alarm. Każdy chwycił broń i na furmankach wyruszyliśmy do mordowanych Ostrówek. Gdy znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, dostaliśmy się nagle pod ostrzał Niemców, jadących samochodami do Lubomla. Natychmiast rzuciliśmy się na pole ziemniaków, szukając schronienia w radlinach. Gdyby nie one, Niemcy by nas wytłukli do nogi. Po krótkim ostrzale Niemcy uznali, że stanowimy małą grupkę i pojechali dalej. Dopiero pod wieczór udało się nam dostać do Ostrówek. Udało się nam znaleźć jeszcze kilku żywych rannych, będących świadkami mordu. Ukraińcy zasypywali ziemią jeszcze żywych sądząc, że w ten sposób zatrą za sobą ślady. Wydobyliśmy z grobu jeszcze kilka matek z dziećmi, które jeszcze żyły. Matki z dziećmi Ukraińcy popędzili w stronę cmentarza w Ostrówkach i tam ich zamordowali. Bardzo to przeżywałem, bo wśród zamordowanych było wielu moich kolegów i znajomych ze szkoły w Rymaczach. Uczniów i nauczycieli. Uratował się późniejszy podporucznik „Cień”, który zagrzebał się w jakimś dole, udając zabitego. Przeżył także dyrektor Jeż, który z Rymacz został przeniesiony na Ostrówki. Dał on nura do przepustu kanału pod drogą. Tak jednak w nim ugrzązł, ze później nie można go było wyciągnąć. Zakleszczył się w nim całkowicie. Jakoś jednak udało się nam go wyciągnąć. Oglądając miejsce zbrodni od razu zauważyłem, że nie tylko bliskość lasu zdecydowała, że Ukraińcy zaatakowali Ostrówek i pozostałe miejscowości. Wsie stanowiły bowiem ulicówki. Bardzo łatwo było je, jak mówią Rosjanie, w krótkich abcugach zamknąć, uniemożliwiając wszystkim ucieczkę. Nowy Jagodzin np. był osadą rozrzuconą na przestrzeni czterech kilometrów i gdyby chcieli go zniszczyć, musieliby użyć ogromnych sił. Dlatego też uderzyli na ulicówki. W Ostrówku i Woli Ostrowieckiej bandytom udało się bestialsko zamordować ponad tysiąc osób. Wśród nich znaczną część stanowiły kobiety i dzieci. Obrazy, które tam zobaczyłem śnią mi się ciągle po nocach. Zezwierzęcenie Ukraińców osiągnęło tam swoją pełnię. Dzieci były nabite na sztachety. Niektóre zwyrodnialcy wrzucali też wprost do studni, znajdując w tym upust dla swojego sadyzmu. Mam w swoich zbiorach relację jednego z mieszkańców Ostrówek, który przyprowadzony nad wykopany dół w stodole, do którego Ukraińcy wrzucali swoje ofiary, zobaczył swoich sąsiadów zabitych siekierą, kołkiem, czy młotkiem do cechowania drzewa, przeskoczył jednak dół i zdołał uciec do lasu. Był wysportowany i pobiegł do przodu. Dostał pięć kul, ale przeżył. Dobiegł do Bugu i tam dopiero padł. Okoliczni mieszkańcy przewieźli go na drugą stronę i dostarczyli do Chełma do szpitala. Umarł jakieś osiem lat temu. Wcześniej zawsze dawał świadectwo prawdzie jako ofiara, która stała nad własnym grobem i zdołał ujść oprawcom.  (Władysław Tołysz: Najłatwiejszy łup dla zbrodniarzy”; w  Marek A. Koprowski: Wołyń. Epopeja polskich losów 1939 – 2913. Akt II. Warszawa  2013; s. 223 - 225)

W futorze Piskorowo pow. Luboml zamordowali kilka rodzin polskich, liczby ofiar nie ustalono.

We wsi Radoszyn pow. Kowel zamordowali co najmniej 2 rodziny polskie.

We wsi Radziechów pow. Luboml zamordowali kilka rodzin polskich, liczby ofiar nie ustalono.

We wsi Rudka Miryńska pow. Kowel zamordowali kilka rodzin polskich; w stodole spalili 9-miesięcznego Ignasia Łubiankę.

We wsi Rudniki pow. Kostopol zamordowali ponad 12 Polaków.

We wsi Sawosze pow. Luboml zamordowali kilkunastu Polaków, w tym 20-letnią dziewczynę.

W futorze Skalenica pow. Kowel zamordowali co najmniej 43 Polaków, w tym 10 osób z rodziny Zagożdżona.

W kol. Sucha Łoza pow. Kowel upowcy oraz chłopi ukraińscy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali siekierami, widłami, łopatami, nożami, piłami do cięcia drzewa 71 Polaków. „Kobietę Przewoźniak, lat ok. 70, podrzucano na widłach aż do uśmiercenia. Dzieci były zabijane uderzeniami kolby w głowę. Żonę Antoniego Siedleckiego wrzucono do studni” (Siemaszko..., s. 400). Jarosław Walkiewicz: “Tego samego dnia, co mieszkańcy Starego Gaju, wymordowani zostali Polacy mieszkający w przyległej wiosce o nazwie Sucha Łoza. Rzeź przeżyła m.in. dziewczynka Bronisława Rękawik, siostra cioteczna mojego ojca Edwarda Walkiewicza. Uciekała z domu przez pole z bratem Jankiem (11 lat), Ukraińcy do nich strzelali. Rozłączyli się i ukryli w snopkach zboża na polu. Osobno uciekł jej ojciec Józef Rękawik i matka wraz z drugim synem Wiesławem (9 lat). Oni także schowali się w snopkach. W nocy Wiesio i Janek sami wrócili do domu i schowali się na strychu, a rodzice, nie wiedząc o tym, szukali ich na polu i w okolicy. Dzieci te zostały potem odnalezione przez Ukraińców. Janek został zastrzelony, a Wiesio postrzelony w lewą rękę i ranny zakopany żywcem koło domu. Rodzice przeżyli. Bronisława Rękawik została znaleziona na polu przez dwóch Ukraińców; zgwałconą, wycieńczoną i porzuconą na polu zajęła się Ukrainka, żona Polaka, która powiadomiła jej rodziców. Ojciec zabrał ją do Kowla, stamtąd w 1944 r. uciekli do Chełma, a później do Deputycz i Marysina. Zmarła w 2001 roku”. (Piotr Czartoryski-Sziler: Umierały z dziećmi na rękach. Nasz Dziennik, 26 – 27 październik 2013 r.).  

We wsi Sztuń pow. Luboml zamordowali kilkanaście rodzin polskich, zdołała uciec tylko jedna rodzina.

We wsi Terebejki pow. Luboml Iwan Paciuk, sotnik UPA, z synem Wasylem zamordowali 5-osobową rodzinę Matyszczuków: Jan Matyszczuk lat 40 został zakłuty widłami, a następnie porżnięty na kawałki, jego żonę Janinę zadźgali widłami, a ich dzieci: Stefana lat 16, Weronikę lat 14 i Jana lat 8 – zarąbali siekierami.

We wsi Turia pow. Włodzimierz Wołyński upowcy z sąsiednich wsi Gnojno, Mohylno i Rewuszki zamordowali około 50 Polaków, w większości kobiety i dzieci; część ofiar wrzucili do zbiornika z gnojówką; poza wsią wymordowali także Polaków w majątku Szpilbergów w Turii.

W mieście Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 18-letniego Stanisława Bernada.

We wsi Wola Ostrowiecka pow. Luboml upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi dokonali rzezi około 620 Polaków. Polaków spędzili na plac szkolny, opornych mordowali i wrzucali do studni. Około 40 kobiet i dzieci zaprowadzili do stodoły Jasionków, resztę zamknęli w szkole. Na oczach zgromadzonych zastrzelili kilku mężczyzn nawołujących do obrony i ucieczki. W stodole Antoniego Strażyca chłopi ukraińscy wykopali rów długości 12 metrów i szerokości 2,5 metra. Następnie, co pewien czas wyprowadzali z placu szkolnego po 5 – 10 mężczyzn do stodoły, rzekomo na badania lekarskie, aby utworzyć wspólny oddział do walki z Niemcami. Ofiarom kazali rozbierać się z ubrań i butów, oddać zegarki i złoto, a następnie podprowadzali nad wykopany w stodole rów, nad którym mordowali siekierami i toporami uderzając w tył głowy oraz przebijali widłami. Znad dołu zdołał uciec Władysław Soroka, pomimo otrzymanych 6 postrzałów. Po wymordowaniu mężczyzn oprawcy zaczęli wyprowadzać po kilka kobiet z dziećmi. Usłyszawszy samochody przejeżdżających Niemców zamknęli szkołę, w której znajdowało się około 200 kobiet, dzieci i starców, obłożyli ją słomą, oblali benzyną i podpalili. Wrzucili też przez okno do wnętrza kilka granatów. W upalny dzień szkoła spłonęła bardzo szybko. Taki sam los spotkał kobiety z dziećmi zamknięte w sąsiadującej ze szkołą stodole Jasionków. Natrafiono także na studnię wypełnioną ofiarami oraz na kobietę z dzieckiem przy piersi, przygwożdżone razem widłami do ziemi. Mienie Polaków rabowali przez cały dzień, uczestniczyły w tym kobiety i dziewczęta ukraińskie. W 1992 roku Polacy przeprowadzili ekshumacje jednej z trzech mogił. Wydobyto szczątki 243 osób, z czego 120 należało do mężczyzn. Ofiary mordowane były silnymi uderzeniami w tylną część głowy ciężkimi narzędziami: maczugami, pałkami, obuchami siekier i młotkami. Pozostałych mogił: w szkole i stodole Jasionków nie odnaleziono. „Według informacji zawartych w dokumentach Państwowego Archiwum Obwodu Wołyńskiego w Łucku, w Woli Ostrowieckiej oraz drugiej wsi polskiej (w domyśle: w Ostrówkach) zamordowanych zostało do 1500 ludzi”. (Siemaszko..., s. 513 – 521). Świadek Henryk Kloc: „Noc miała się ku końcowi – świtało. I wtedy właśnie, na tle porannej zorzy, wyłonił się zwartym tłum Ukraińców, który zmierzał od ukraińskiej wsi Sokół, do również ukraińskiej wsi Przekórka. Ten manewr Ukraińców wprowadził naszą samoobronę w błąd. Odwołano alarm. Tymczasem Ukraińcy zmienili kierunek i weszli do wsi od strony, z której ich się nie spodziewano. Były to oddziały zwarte uzbrojone w broń maszynową i karabiny pochodzenia niemieckiego i radzieckiego. Zachowanie tych ludzi nie zapowiadało nic złego. Można powiedzieć, że okazywali mieszkańcom wioski dużą życzliwość, nawet dzieci częstowali cukierkami. Pamiętam, podszedł do mnie młody Ukrainiec, pogładził po głowie, zapytał jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam, a wszystko to z życzliwym uśmiechem Rozpoczął się prawie normalny dzień życia wsi, tyle, że czuło się jakąś grozę. Około godz. 8-mej wyznaczeni bojówkarze chodzili po wsi i wzywali mężczyzn od lat osiemnastu do sześćdziesięciu, by udali się na plac przed szkołą; sprawdzali każdy dom i zabudowania, by nikt się nie ukrył. Kiedy wszyscy mężczyźni znaleźli się na boisku szkolnym, zostali otoczeni przez uzbrojonych Ukraińców. Między godziną 10-tą a 11-tą do zebranych przemówił watażka tej ukraińskiej hordy, czyli, jak to się dzisiaj mówi dowódca oddziału ukraińskiej „powstańczej armii”. Mówił po ukraińsku. Sen wypowiedzi był następujący: Ukraińcy pragną razem z Polakami walczyć przeciw Niemcom. Oni przyszli do naszej wioski, aby dokonać naboru mężczyzn zdolnych do walki. Tych uzbroją i razem wyruszą przeciw Niemcom. Mówił to tak porywająco i przekonywująco, jak to czyni politrucy sowici, że niektórzy słuchacze uwierzyli w ich zapewnienia. Następnie powiedział, że będą brać po sześciu mężczyzn na badania lekarskie i sprawnościowe, następnie zdrowych i zdolnych umundurują, uzbroją i utworzą polski oddział, obok oddziałów ukraińskich, w celu włączenia się do walki z Niemcami, których koniec jest bliski. Tak też się stało. Co pewien czas uzbrojeni Ukraińcy odprowadzali grupę sześciu mężczyzn w nieznane nam miejsce. Teraz już wiemy, że była to dwuklepiskowa stodoła gospodarza Strażyca; że tam inna grupa Ukraińców wykopała przy stodole dwa rowy o głębokości 2 m i szerokości 2,5 m i długości 8 m. Do tej stodoły wprowadzano przyprowadzonych mężczyzn, tam ich mordowano bez użycia broni palnej, a zwłoki wrzucano do tych rowów. Kiedy odprowadzano już wszystkich mężczyzn na boisku szkolnym pozostały kobiety, dzieci i osoby w starszym wieku. Teraz już, bez żadnych skrupułów, brutalnie wtłoczono nas wszystkich do budynku szkolnego, skąd kilkunastoosobowe grupy pędzono pod eskortą w nieznane nam wówczas miejsce. Mimo, że dochodziły do nas stamtąd żadne odgłosy mieliśmy już świadomość, że Ukraińcy chcą nas wszystkich wymordować. Wiedzieliśmy, że zostaniemy zamordowani i że to za chwilę nastąpi. Przygotowywaliśmy się na śmierć przez modlitwę, spowiedź składaną na ręce matki, która udzielała nam rozgrzeszenia, przez zbiorowe odmawianie różańca z prośbą do Najświętszej Marii Panny, by nam dała lekką śmierć. Było nas w tej gromadzie czworo: mama, siostra Ania –lat 16, siostra Antosia – lat 20 i ja – lat 13. Kiedy skończyliśmy odmawiać druga bolesną część świętego różańca, mama pobłogosławiła nas i dała nam święte obrazki. Ja dostałem obrazek z Aniołem Stróżem, który przeprowadza przez wąską kładkę położoną nad rwącą rzeką dwoje małych dzieci. Z nim to przeszedłem przez śmierć do życia, bym mógł teraz zdać Światu relację z tych zbrodni.  Była chwila ciszy; czekaliśmy na swoją kolej, zostało nas już tylko około 100 osób: kobiet, dzieci i starców. Do stojących przy drzwiach uzbrojonych morderców podeszła jedna z kobiet – matka trojga dzieci i zwróciła się do nich z prośbą: „Patrzcie, została nas mała garstka, pozwólcie nam żyć. Spójrzcie na te dzieci, one są niewinne, ich oczy błagają o litość, miejcie więc litość dla nich”. Wtedy jeden oprawców powiedział – oczywiście po chachłacku – (w przybliżeniu): „Wy Polacy. My was wszystkich wyrżniemy, a wasze domy spalimy. Nic po was nie zostanie”. W odpowiedzi na te okrutne słowa ta kobieta rzuciła w twarz oprawcom przekleństwo: „Bądźcie przeklęci po wszystkie czasy. Niechaj krew naszych niewinnych dzieci spadnie na was, na wasze dzieci, wnuki i prawnuki”. W pewnej chwili dały się słyszeć od strony południowej wsi strzały z broni maszynowej. Pilnujący nas Ukraińcy wpadli w popłoch, wybiegli na zewnątrz, drzwi szkoły zamknęli. Zaświtała nam nadzieja, że mordercy w popłochu uciekną. Niestety przyspieszyło to tylko decyzję dokończenia zbrodniczego dzieła. Mordercy zrezygnowali z mordowania pojedynczo każdej osoby z osobna i postanowili załatwić to zbiorowo. Do izb lekcyjnych, w których byliśmy zgromadzeni, zaczęto wrzucać granaty i strzelać z pistoletów maszynowych. Już pierwsze strzały i wybuchy granatów zabiły część osób - innych poraniły. Znaleźliśmy się jak gdyby w kręgu piekielnych czeluści: jęk rannych, płacz dzieci, rozdzierający krzyk matek, huk strzałów, wreszcie dym. Zbrodniarze spod znaku tryzuba podpalili budynek szkolny. W upalny sierpniowy dzień płonął jak pochodnia; ci jeszcze żywi znaleźli się w pułapce bez wyjścia skazani na śmierć w płomieniach. Nie sposób wyrazić słowami grozy tej sytuacji, język jest tu zbyt ubogi.  Mnie śmierć jakoś omijała. Leżałem na podłodze rozpłaszczony do granic możliwości. Obok leżała sąsiadka Bohniaczka. Rozległ się kolejny huk. Granat ja rozszarpał. Jej krew i poszarpane ciało chlusnęło na mnie. Byłem w szoku, podczołgałem się do mojej siostry Ani. Potrąciłem ją. Już nie żyła. Kula u wylotu z czaszki wyrwała duży otwór. Otępiałem, straciłem poczucie rzeczywistości. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiąca matkę. Jeszcze żyła. Jeszcze raz przytuliłem się do matki. Była przytomna, ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko cud Boski mógł mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści. Mama nie mogła się poruszać, granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. Nie pamiętam, jak znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze strzępy ludzkich ciał i dużo, bardzo dużo krwi. Nie miałem już nikogo z najbliższych, zapragnąłem też umrzeć, zacząłem krztusić się dymem, pomyślałem: nałykam się dymu, uduszę i będzie koniec. Ale, gdzie tam, zakrztusiłem się raz i drugi i nic. A tymczasem zaczął płonąć strop budynku, zrobiło się ogromnie gorąco. Przeraziłem się tego ognia, lada chwila ten płonący strop mógł runąć na mnie. W ostatniej chwili wyskoczyłem przez okno. Rozległ się strzał, upadłem, poczułem silny ból, czoło zaczęło krwawić. Żar bijący od płonącego budynku zmuszał mnie do odczołgiwania się od niego. Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów i rannych. Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasja pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem chciałem wstać i krzyczeć. Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci lecz tych męczarni, jakie oni rannym zadawali. Byłem cały umazany krwią cudzą i własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że jeszcze żyję. Obok mnie leżała kobieta – Maria Jesionek, matka trojga dzieci, dwóch synów, jeden ośmio, drugi pięcioletni i niemowlę ośmiomiesięczne. Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi tuż przede mną. Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż martwej matce, szarpał ją i wołał „Mamo wstawaj, chodźmy do domu – płakał”. Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił. Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarwszy do jej pleców swoje plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie. Był to dla mnie koszmar, który tkwi we mnie po dzień dzisiejszy. Dochodziły mnie też inne głosy z różnych stron wioski. To towarzysząca ukraińskiej „powstańczej armii” tłuszcza wdarła się do opustoszałych domów i zabudowań i rabowała wszystko, co tylko było w obejściu, a kiedy już wszystko zagrabili podpalili domy i zabudowania.  Leżałem nieruchomo we krwi. Z płonącego budynku buchał okropny żar, czułem, że moje nogi są płonącymi głowniami. Czułem, że muszę odczołgać się dalej od buchającego żaru. Poruszyłem się. Padł strzał i poczułem dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych. Pomyślałem, że to już koniec. Dla zlokalizowania źródła bólu lekko się poruszyłem, okazało się ani krzyż, ani brzuch nie były uszkodzone. A więc żyję! Mój Boże! Leżałem, nadal udawałem martwego, czekałem. Zwolna cichły głosy zwycięskich „żołnierzy” UPA. Słońce chyliło się ku zachodowi. Podniosłem głowę. Nikogo nie było w pobliżu. Tylko ja – żywy pośród zmarłych. Dźwignąłem się z trudem stanąłem na oparzonych stopach. Zdjąłem przesiąkniętą krwią koszulę, podarłem ją na onuce i zawinąłem nimi obolałe stopy. Ze zgrozą obejrzałem leżące tam zmasakrowane trupy. Tuż na styku palącego się budynku a ogródka rozpoznałem głowę moje starszej siostry Antoniny, tułów został spalony na węgiel. Niczego już nie czułem, prócz bólu stóp i ogromnego pragnienia. Powlokłem się do pobliskiej studni z żurawiem, chciałem zaczerpnąć wody. O zgrozo. Studnia była pełna trupów. Coś mnie przykuwało do tego miejsca zbrodni. Nie mogłem się ruszyć. Stałem tak ogarnięty zgrozą i rozpaczą, nie mogłem tego pojąć i do dziś pojąć nie mogę, jak ci ludzie mogli dokonać tak okrutnej zbrodni?” (Henryk Kloc: Najtragiczniejsze chwile mojego życia. Na Rubieży Nr 2/1993). „Nazywam się Marianna Soroka. Urodziłam się 8 września 1908 roku we wsi Wola Ostrowiecka, powiat Lubomi, woj., Wołyń w rodzinie chłopskiej. W roku 1943 byłam matką pięciorga dzieci: Stanisława – lat 15; Edwarda – lat 12; Janka – lat 10; Leona –lat 6 i Józefa 1,5 roku. Mój mąż Stanisław był rolnikiem 8-hektarowego gospodarstwa rolnego. Żyło się nam chociaż ubogo, ale spokojnie i szczęśliwie. /.../  Nadszedł zwykły dzień, poniedziałek 30 sierpnia 1943 roku.. Wraz ze wschodem słońca robiłam obrządek w gospodarstwie wraz z mężem. Dzieci spały. Tymczasem we wsi działy się dziwne rzeczy. Do wsi Wola Ostrowiecka od strony zachodniej wkroczyły zwarte oddziały Ukraińców na koniach i pieszo,uzbrojone w karabiny i pistolety. Nikt we wsi nie spodziewał się, że Ukraińcy w biały dzień mogli wkroczyć do wsi. Tego jeszcze nie było. Zobaczyłam Ukraińca na koniu, który jechał w kierunku naszego domu. Ogarnęła mnie trwoga, ale zachowałam spokój. Mój mąż Stanisław krzątał się po podwórku. Ukrainiec na koniu zbliżył się ku nam, pozdrowił i zawiadomił nas, żeby mężczyźni stawili się na zebranie na placu szkolnym. To jest obowiązek. Cóż było czynić. Stanisław przebrał się, coś niecoś się posilił i udał się na to zebranie, z którego już nigdy nie powrócił. Został wraz z innymi zarąbany siekierami i wrzucony do rowu za stodołą Strażyca. Nie upłynęło wiele czasu, kiedy znowu pojawiło się tym razem dwu konnych Ukraińców, którzy tym razem wzywali wszystkich mieszkańców na zebranie na plac szkolny. W przeczuciu zagrożenia wysłałam syna Edwarda- lat 12 z krowami na pastwisko. Do chłopaka strzelano, lecz dzięki opatrzności Bożej uszedł z życiem. Ukrył się w zaroślach, ja zaś z czwórką pozostałych dzieci udałam się wraz z sąsiadami na to zebranie. Tymczasem Ukraińcy – mordercy nie zapędzili nas na szkolny plac, lecz do stodoły sąsiada i tam nas zamknęli. Spośród nas wybierali mężczyzn i pędzili pod eskortą. A kiedy już nie stało mężczyzn, zabierali kobiety i dzieci i pędzili pod eskortą uzbrojonych bandytów w nieznanym kierunku. Nie wiem o której godzinie, ale było to chyba grubo po południu, rozległy się strzały z broni maszynowej od strony południowej wsi Wola Ostrowiecka.  Wśród Ukraińców powstał popłoch. Już nie wyprowadzali ze stodoły grupki kobiet i dzieci, ale zaczęli strzelać do zebranych w stodole. Powstała panika wśród zebranych w stodole. Wielu zginęło od pierwszych strzałów. Trójka moich dzieci: Stanisława, Janek i Leon, została zabita przez Ukraińców-morderców. Ja zaś ze swoim najmłodszym synkiem na ręku wybiegłam ze stodoły. Biegłam, biegłam. Usłyszałam huk i w tym samym czasie okropny krzyk mojego dziecka Józia. Upadłam trzymając dzieciaka na ręku. Poczułam ból w ramieniu lewej ręki. Krew sączyła się z rany. Kula dum-dum przeszyła mięsień i kość ramienia lewej ręki. Nie zdawałam sobie sprawy, czy mój syn Józio żyje, czy tez nie. Byłam bardzo osłabiona z upływu krwi. Nie pamiętam ile trwało to omdlenie. Wkrótce poczułam pragnienie, więc zaczęłam się czołgać. Na moje szczęście pojawi się cudem ocalały brat mojego męża Aleksander Soroka. On to przyniósł mi wody, która ugasiłam moje pragnienie. Lecz wkrótce znów straciłam przytomność. Obudził mnie z omdlenia właśnie szwagier Aleksander. Poprosiłam Aleksandra, aby poszedł do mojego mieszkania, wziął prześcieradło i pociął na bandaże i owiną moja ranę. Wkrótce Soroka Aleksander przyniósł płótno-prześcieradło i naftę. Naftą wydezynfekował ranę i owinął czystym płótnem. Poczułam ulgę. Postanowiłam dowlec się do swojego domu, by tam umrzeć. Cóż mi pozostało. Ci, których kochałam najbardziej odeszli na zawsze. Chciałam się z nimi połączyć tam, na drugim Świecie, u pana Boga....” (Marianna Soroka: Polska Niobe. Na Rubieży nr. 3/1993).

W kol. Wólka Swojczowska pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zamordowali 74-letnią Mariannę Sobiepan, która pozostała w domu twierdząc, że Ukraińcy nie mają powodu do jej zamordowania. 

W kol. Zamostecze pow. Luboml upowcy zamordowali co najmniej 40 Polaków. „Tragicznego poniedziałku do dziś nie może zapomnieć Stanisława Grzywna, która w czasie napadu miała 14 lat. Zanim uciekła, słyszała rozdzierające krzyki dochodzące z oddalonego o blisko 150 metrów gospodarstwa przynależącego już do sąsiedniej wsi o nazwie Zamostecze, do której wtargnęli banderowcy. Mieszkała tam rodzina z dziesięciorgiem małych dzieci. – Te przeraźliwe krzyki to nie mogło być nic innego, jak mordowanie tych dzieci – uważa pani Stanisława, do dziś nie mogąc usunąć z pamięci koszmaru” (http://dziennik.artystyczny-margines.pl/zbrodnie-sniace-sie-po-nocach-zaglada-wsi-jankowce)   

 

"29 i 30 sierpnia ja wraz z oddziałem w sile 700 uzbrojonych ludzi, zgodnie z rozkazem dowódcy Okręgu Wojskowego "Ołeha", totalnie wyrżnąłem całą polską ludność na terenie rejonów hołobskiego, kowelskiego, siedleszczańskiego, mackiewskiego i lubomelskiego, dokonałem grabieży całego majątku ruchomego i spaliłem jej mienie nieruchome. W sumie w tych rejonach w ciągu 29 i 30 sierpnia 1943 roku powyrzynałem i powystrzeliwałem ponad 15 tys. spokojnych mieszkańców, wśród których byli starcy, kobiety i dzieci. Dokonaliśmy tego w sposób następujący: Po spędzeniu co do jednego wszystkich mieszkańców do jednego miejsca, otaczaliśmy ich i zaczynaliśmy rzeź. Następnie, gdy już nie zostało ani jednego żywego człowieka, kopaliśmy głębokie jamy, wrzucaliśmy w nie wszystkie trupy, zasypywaliśmy ziemią i, aby ukryć ślady, zapalaliśmy ogromne ogniska i szliśmy dalej. W ten sposób przechodziliśmy od wsi do wsi, aż zniszczyliśmy całą ludność - ponad 15 tys. ludzi" (Wyciąg z  z protokołu przesłuchania Jurija Stelmaszczuka "Rudego", jednego z dowódców UPA na Wołyniu z 28 lutego 1945.. Za: "Geneza nacjonalizmu ukraińskiego - odmiany faszyzmu europejskiego, "Na Rubieży", nr 68 /2003).

 

„W niedzielę dnia 29 sierpnia 1943 r. w godzinach nocnych i wczesnym rankiem w powiatach Kowelskim, Włodzimierskim i Lubomelskim dokonano mordu na bezbronnej ludności polskiej. Najbardziej ucierpiała ludność polska od pożogi i mordu band ukraińskich w powiecie Lubomelskim. Według relacji uchodźców z w/w powiatów akcja miała przebieg następujący: Bandy uzbrojone w broń maszynową i ręczną okrążały poszczególne miejscowości i oświetlały rakietami, a ludność ukraińska z sąsiednich wsi uzbrojona w siekiery, widły, łopaty, kosy i sierpy napadała na poszczególne domy, po kilka lub kilkanaście osób i mordowała śpiących domowników. Po dokonaniu mordu i wrzuceniu na wpół zabitych do studni, podpalano zabudowania mieszkalne i gospodarcze. W ten sposób dokonując mordu zaledwie mały procent ludności zdołał ujść z życiem i przedostać się na teren Lubelszczyzny. Ponieważ mord miał miejsce nocą i w godzinach wczesnych rannych, więc poszczególne osoby, którym udało się ujść z życiem przybyły bez ubrań i obuwia. Pierwsze wiadomości co się dzieje po drugiej stronie Buga, Polski Komitet Opiekuńczy w Chełmie otrzymał wieczorem dnia 29 sierpnia 1943 r., lecz nie poparte dowodami. Następna wiadomość przyszła dnia 30 sierpnia od siedmiu uciekinierów, którzy przybyli do Polskiego Komitetu Opiekuńczego i szczegółowo opowiedzieli o tym, co się działo w dniu 29 sierpnia. Następne wiadomości nadchodziły wraz z transportami kolejowymi uciekinierów”.  (1943, 8 września – Raport PolKO w Chełmie dotyczący uchodźców z Wołynia. W:  AAN, 1049, s. 151-153). 

 

   W nocy z 30 na 31 sierpnia 1943 roku:  

W kol. Fundum pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy wymordowali wszystkich Polaków, którzy pozostali na kolonii, w tym 5-osobową rodzinę Górskich /babcię, rodziców i ich 2 dzieci/.

 

   31 sierpnia 1943 roku:

W kol. Elizawetpol pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali co najmniej 30 Polaków, całe rodziny.

W kol. Fiodorpol pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 69 Polaków, głownie kobiety i dzieci. 20-letnią Genowefę Bałakowską oraz jej 22-letnią koleżankę o nazwisku Jączek „powstańcy ukraińscy” najpierw zgwałcili, następnie przywiązali nagie do krzeseł, wydłubali im oczy i poderżnęli skórę wokół szyi. Zamordowali także 17-letnią siostrę Genowefy, Alfredę oraz 15-letnią dziewczynkę o nazwisku Jączek.

W kol. Jasiniec pow. Horochów widłami, siekierami, łopatami itp. zamordowali 26 Polaków. 25-letnią Kazimierę Karaniewicz wtłoczyli pod uniesioną podwalinę dębową, po czym została ona zgnieciona. Widłami zakłuli 30-letnią Władysławę Bielecką, 44-letniego Jana Kiciaka i jego córki: 15-letnią Irenę (wcześniej uratowała się z napadu na kościół w Kisielinie) oraz 12-letnią Paulinę.

W kol. Marianpol pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali co najmniej 23 Polaków, w tym całe rodziny.

W kol. Mikołajówka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali co najmniej 31 Polaków; 2 rodziny 8-osobowe mające po 6 dzieci. Rozalia Noworolska lat 20, ponieważ broniła się przed gwałtem została zakopana żywcem w ziemi, zamordowali także jej 16-letnią siostrę Annę. 50-letnią Mariannę Stasilewicz oraz jej 14-letnią wnuczkę Jadwigę Dobrowolską zarąbali siekierą na podwórku, natomiast jej córkę 19-letnią Marię Stasilewicz postrzelili, pokłuli widłami i zakopali żywcem. Rozkaz zabicia Stasilewiczów otrzymał Jaszko Bondaruk, ale odmówił, uzasadniając: „Zabiłem już 45 osób, a Stasilewiczowej nie zabiję”, wobec czego mordu dokonał inny „partyzant ukraiński”.(Siemaszko..., s. 926). „Moja siostra Antonina, wyszła za mąż na Mikołajówkę za Grzegorza Sałamacha. Gdy doszło do strasznych rzezi na Wołyniu w 1943 r., moja siostra Antonina prawdopodobnie została zamordowana, a wraz z nią jej dwie córeczki: Helena lat 12 i młodsza Stanisława lat ok. 10. Słyszałam od ludzi, że jej mąż Grzegorz uratował się i uciekł do Polski” (Maria Roch, w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl ). 

W kol. Przebraże pow. Łuck nastąpił silny atak upowców odparty przez polską samoobronę przy pomocy partyzantów sowieckich płk  Nikołaja Prokopiuka. H. Cybulski nie podaje w książce „Czerwone noce” liczby poległych w walce obrońców Przebraża.

We wsi Swojczów pow. Włodzimierz Wołyński upowcy o świcie dokonali napadu mordując co najmniej 96 Polaków; obrabowali polskie zagrody oraz zwłoki pomordowanych (zegarki, złote obrączki itp.). Józefa Rusieckiego i jego ciotecznego brata zastrzelił ich sąsiad Ukrainiec, zabrawszy im wpierw złote obrączki, zegarek i złote pięciorublówki (zwane „świnkami”), a na pytanie jak ma sumienie jako sąsiad ich zabijać, powiedział, że „Ja teraz dla was nie sąsiad”. Ukraińcy zniszczyli też przy pomocy dynamitu kościół parafialny pw. Narodzenia NMP z 1797 roku. Pierwsze dwie próby były nieudane, dopiero, gdy na uwagę jednego Ukraińca z ołtarza usunięty został cudami słynący obraz Matki Boskiej Swojczowskiej, trzecia próba spowodowała zniszczenie kościoła (Siemaszko..., s. 935 – 938). Inni:  w kościele dokonali rzezi zgromadzonych osób. Wspomina Bolesław Dolecki: „Ja dowiedziałem się, że mordują, więc uciekłem na cmentarz. Wylazłem na gęsty świerk i siedziałem cały dzień do nocy. Widziałem, jak chłopi ukraińscy i partyzanci obławą chodzili, przeszukując zabudowania, ogrody, kopki na polach, szukając ukrytych, za uciekającymi strzelali, na koniach dopędzali i zabijali. Po domach już pomordowanych zabierali świnie, kury, plądrowali i przeszukiwali. Godzina mniej więcej 10.00, przychodzi obława na cmentarz. Czterech z karabinami i siedmiu ze szpadlami. Karabiny w ręku na pogotowiu, przychodzą bliżej mego świerku. Poznaję – znajomi chłopi ze Swojczowa: Torczyło Tymofiej, Wołodka Dubieńczuk i inni. Siedząc na świerku widziałem, jak tu przychodziły znajome mi osoby i poukrywały się w zaroślach cmentarza. Padają dwa strzały: zabili kobietę, Dobrowolską Hannę z synem ze wsi Swojczowa. Przeszukują krzaki, drugi raz przeszli pod moim świerkiem, na którym siedziałem. Nareszcie słyszę krzyczą: „Wyłaź! Wyłaź!!”. Znaleźli kobietę z córką, Marię Karandową. Kobieta prosi: „Panie Torczyło niech pan nas nie bije!”. Słyszę odpowiedź: „Teper ne ma Torczyło. Wyłaź!”. Słyszę jęk kobiety, pada dwa strzały, cisza. Zostali pobici. Szukają dalej, przegartują krzaki. Znowu dwa strzały. Zabili 14 – letnią Potocką, córkę Jana i 15 – letnią Marię Sobiepan, córkę Stanisława. Szukają dalej. Zajrzeli do kapliczki cmentarnej, do grobowca. Nie ma nikogo. Jedni odchodzą, kilku zostaje. Odchodzący Torczyło rozkazuje: „Zakopujte hłuboko, szczob ne smerdiło”. Ci pozostali wykopali w dwóch miejscach doły, zakopali pomordowanych i poszli. Siedzę na świerku i czekam niecierpliwie do nocy. Już słoneczko nad zachodem, obławy, poszukiwania, grabieże nie ustają. Słyszę krzyki, gonitwa: „Trzymaj! Trzymaj! Stój! Stój!”. Widzę uciekającego mego sąsiada Jana Rak, wystrzelili za nim dwa razy, nie trafili, ucieka, chłop wyprzęga z wozu konia, goni konno. Ucieka Rak wprost na mnie do cmentarza. Myślę sobie: „Masz licho naprowadził mi znowu grandę!”. Uciekający Jan Rak ucieka poza cmentarzem, zginął mi z oczu poza drzewami cmentarza. Chłopi szukają, nie znaleźli, ściemnia się, chłopi poszli. Zrobiła się noc. Zlazłem ze świerka, polami dostałem się do krzaków wyrąbanego lasu. W krzakach błądziłem całą noc, rano łąkami, łozami przedzierałem się. Spotkałem się z takimi, jak ja uciekinierami: ojciec z dwojgiem dzieci, Kosiorek z Kolonii Elizawietpola, żona i starsza córka zostały zabite, on z dwojgiem dzieci ukrył się w prosie i ocaleli. Opowiadał mi on, że jego sąsiada, Aleksandra Żurawskiego córeczka mocno pokaleczona, którą prowadził, nie mogła iść, więc musiał zostawić ją pod kopką. A jej rodzice zostali pomordowani. I opowiadał mi ten Kosiorek, że przechodził przez kolonię Teresin, przez podwórko, widział zamordowanego gospodarza Mikołaja Bojko, leżącego na podwórku, któremu oczy ptaki powydłubywały. Po drodze spotkaliśmy się jeszcze z dwoma uciekinierami. Każdy opowiada swoje i tak razem przyszliśmy do wsi Chobułtowo, gdzie stała nasza polska placówka policji, złożona z poprzednich uciekinierów polskich. Dużo znajomych chłopców, rozmawiamy o tych morderstwach ludności polskiej przez Ukraińców, policjanci westchnęli, mówią: „Wiedzieliśmy o tym, że Was mordują Ukraińcy, bo jeszcze wczoraj nam dali znać.”. Pytam: „Czemuście nie przyszli nam z pomocą?”. Odpowiadają: „Cóż kiedy nie ma rozkazu.”. (Sławomir Tomasz Roch:  Wspomnienia z Wołynia 1939–44 i ukraińskie zbrodnie na Wołyniu. Wspomnienia Zdzisława Doleckiego ze wsi Swojczów; w:  http://3obieg.pl/wspomnienia-z-wolynia-i-ukrainskie-zbrodnie-na-wolyniu-1939-44 ). Stanisława Sobczuk z d. Rusiecka zamieszkała obecnie w Gdeszynie pod Zamościem. Miała wtedy zaledwie 11 lat kiedy wraz z rodzoną siostrą Jadwigą uciekały, próbując wydostać się z matni. W środku nocy obudził je ogromny huk, potężna eksplozja. Na początku nie wiedziały co się stało, nawet nie przypuszczały, że to Kościół ale po chwili wszyscy zobaczyli w oknie wielka łunę ognia i poznali, że to pali się ich kochany Kościół. Niektórzy wybiegli na zewnątrz i zrobiło się małe zamieszanie, które przerodziło się szybko w panikę. Wspominają siostry Stanisława i Jadwiga Rusieckie: „Ja z siostrą Jadwigą weszłyśmy na strych domu Iwana i tam ukryłyśmy się. Siedziałyśmy tam cichutko, drżąc całe ze strachu, płakałyśmy i co chwilę nerwowo wyglądałyśmy przez szpary na podwórko i obserwowałyśmy okolicę. [...] Po pewnym czasie wydaje mi się, że to było już około południa, usłyszałyśmy zbliżających się ludzi, po głosach poznałyśmy, że to Ukraińcy i niemal od początku wiedziałyśmy, ze to rezuni, którzy właśnie wracają z pogromu, którego dokonali na naszych rodzinach. Zachowywali się bowiem bardzo głośno, a ich radosne okrzyki zlewały się w jedną całość. Rozgościli się w izbie pod nami, bowiem było to mieszkanie jednoizbowe. Przyjmował ich sam syn gospodarza Ukrainiec Wołodka. Zaczęli pić samogon i gościć się w najlepsze, dużo przy tym wykrzykiwali, wprost okazując radość z dokonanego właśnie mordu na ludności polskiej Swojczowa. Krzyczeli przy tym na cały głos takie oto zdania: ‘Aleśmy Lachom dali. Zabiliśmy wielu, a reszta uciekła! Vivat Samostijna Ukraina! ‘ Pamiętam również, że podczas tej pijackiej libacji, właściwie każdy z nich, jeden przez drugiego, przechwalali się nawzajem, jak osobiście mordowali swoje ofiary. Opisywali przy tym jak to robili, było to dla nas dzieci dość makabryczne doświadczenie. [...] Na skraju wsi mieszkała babcia mojej kuzynki Zosi. Dała nam wody i kazała się schować w fasolę tyczkową. W tym czasie, gdy nasza grupa chowała się, na podwórze wjechało czterech Ukraińców na koniach. Zaczęli wykrzykiwać: „Znajdziemy te polskie bachory!!” Jeden z Ukraińców zobaczył babcię, podjechał do niej na koniu i zastrzelił. Poszłyśmy do popa i udawałyśmy, że jesteśmy dziećmi ukraińskimi. Żeby popa w tym bardziej utwierdzić, wzięłam jego płaczące dziecko na ręce i zaczęłam śpiewać po ukraińsku. Batiuszka być może uwierzył, albo tylko udawał. Jego dom stał w jednym końcu wsi, a chlew ze świniami w drugim, w pobliżu cerkwi. Dwa razy woził swojej trzodzie jedzenie. Właśnie wtedy już miał wyruszyć furmanką. Poprosiłam, żeby nas wziął ze sobą i wysadził koło domu. Zgodził się. Pamiętam kiedy wiózł, na drodze stali czwórkami Ukraińcy, już po rzezi, a było tych czwórek co najmniej dwadzieścia. Na czele oddziału był nasz sołtys o nazwisku Cebula. Jechaliśmy wzdłuż tego szeregu mając dusze na ramieniu, a nasz sołtys, którego minęliśmy o metr, patrzył na nas uważnie bardzo długo, ale nic nie mówił. Zeszłyśmy z wozu, już niedaleko naszego domu i spotkałyśmy naszą babcię, wspólnie postanowiliśmy uciekać do Włodzimierza Wołyńskiego.” (Sławomir Roch: Wspomnienia Stanisławy Sobczuk i Jadwigi Bożenckiej z d. Rusieckie ze Swojczowa na Wołyniu, Zamość 2004 r., s. 2-3). „Stog siana, w którym nas ukryli, stał zaraz za zabudowaniem, dlatego dobrze słyszałam, jak ‘ryzuny’ wpadli do domu, wyciągnęli Skosalasową i przebili ją bagnetem. Trzymali ją tak nadzianą na ostrze, aż skonała, a jej przeraźliwy krzyk do dziś dźwięczy mi w uszach. Jeszcze jakby dziś słyszę jej rozpaczliwe wołanie: ‘Zabijcie mnie już, a nie męczcie!’. Jej męża Skosalasa zarąbali siekierą w domu. Rzeź mieszkańców naszej wsi trwała całą noc i następny dzień, w tym czasie dochodziły do nas ogromne jęki mordowanych, męczonych i pokaleczonych ludzi, które mieszały się z różnymi wyzwiskami oprawców i innymi krzykami. Wieczorem Katia przysłała małą Haluszkę do stogu, niby to po siano dla bydła, a Haluszka przyniosła chleb i wodę. Trwało to kilka dni, ale dalsze ukrywanie nas było niemożliwe, ponieważ bandyci kłuli widłami stogi z sianem, wciąż szukając ukrywających się. Na szczęście my byliśmy ukryci dość głęboko i znów ocaleliśmy od pewnej śmierci. Jednak i to nie gwarantowało przeżycia, gdyż bandery podejrzane stogi palili, palili także całe polskie zabudowania.” Miała ciocia szczęście, że spotkała Ukraińców z ludzkim sercem. Zaczęli ją chować po zabudowaniach ukraińskich, aż do chwili kiedy to rezuni upewnili się, że: „Teper nie ma Lachiw!”. Przechowywali tak ciocię Zosię Hasiak z synkiem Rysiem, w piwnicach, na strychach, przebierali ją za Ukrainkę, zawsze była w chustce, głęboko zakrywając twarz, w bluzce, spódnicy i obowiązkowo z zapaską (fartuchem). Ciocia umiała mówić po ukraińsku, Rysiek nie umiał, więc udawał niemowę. Katia opowiadała, że przywiozła swoją kuzynkę Ukrainkę znad ruskiej granicy i dodawała znacząco: „Może to budit niwistka dla Laszuka.”. A miało to sens, gdyż ojciec Haluszki był wdowcem.  Tak się stało, że postawili maszyny do szycia u Laszuka i tam przychodzili Ukraińcy, przynosząc ubrania zdobyte na Polakach, by im sprawnie przerabiać. Ciocia mi się wtedy z bólem zwierzała: „Szyłam z musu i często poznawałam, czyje są rzeczy, a gdy przynieśli kostium twojej babci Karoliny Rusieckiej, która mi w tych ciężkich czasach dużo pomogła, zaczęłam mimowolnie drżeć i cała trząść się. Ukrainka pyta mnie na to: ‘ Soniu co tobie? ’ . Bałam się i spiesznie odpowiedziałam: ‘Chora jestem i nie mogę tego zrobić.’”. Podczas tej naszej rozmowy stanęły jej też, przed oczyma różne przechwałki, jak to oni rezuni mordowali Polaków. Dla przykładu raz była w ukryciu za dużym piecem i słyszała, jak Ukrainiec Wołodia mówił: „Przybiegła do mnie moja sąsiadka, koleżanka do której zachodziłem czasem, wołając, błagając: ‘Wołodia ratuj!’, a za nią wpada druga dziewczyna, też Polka. A ja, jak chwycę je w ręce i głowami trzasnę jedna o drugą, to tylko krew się rozbryzła i po nich koniec.”.  Opowiadali także rezuny, jak to małe dzieci zabijali i wyrzucali na śmietnisko, zasypując je byle czym, aby było mniej grzebania w ziemi. Innym razem przechwalali się jak to mordował i czym i z jakim skutkiem. Usłyszała jak zamordowali mojego dziadka Karola Rusieckiego, który po kilku dniach wyszedł z ukrycia, przyszedł na podwórze Jędrycha Rusieckiego. Mówiła mi tak: „Naśmiewali się z Karola, że żal mu było ‘chodoby’, aby czasem nie popalili zwierząt, tymczasem oni wszystko wypędzili z obory, a potem szukali zakopanych rzeczy i kosztowności. Kiedy go zobaczyli, zaraz pochwycili i bardzo się nad nim znęcali, tak okrutnie, aż dziadek nie wytrzymał i wyjawił im miejsce ukrytych rzeczy. Na te przechwałki wszedł inny ryzun, który nazywał się Korczak, a słysząc o czym tak raźno rozprawiają, mówi: „Patrzę, a to Rusieckiego Karola biją, a ja jak nie doskoczu i nie bachnę mu w brzuch, tak przeciąłem go na pół, tylko bebechy wypłynęły. Następnie wrzuciliśmy go do wody do sadzawki.” Ciocia mówiła, że słuchając tego wyobrażała sobie, że Korczak przeciął dziadka dużym nożem, skoro przechwalał się: „Zaszlachtowałem go!”. Posłyszała także i to, że moją babcię Karolinę Rusiecką zastrzelili, gdy była w ogrodzie, tam też została pochowana pod drzewem. Ciocia zwierzała mi się dalej serdecznie: „Ja to tylko gorąco modliłam się o śmierć, dla mnie i dla Rysia przez zastrzelenie, nawet nie przypuszczałam, że przeżyję 8,5 miesiąca w takim stresie i w takich warunkach.”. (Sławomir Tomasz Roch: Rzeź mieszkańców naszej wsi Swojczów trwała całą noc i następny dzień; w:   http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/rzez-mieszkancow-naszej-wsi-swojczow-trwala-cala-noc-i-nastepny-dzien ).

W kol. Swojczówka pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali kilka rodzin polskich.

We wsi Tyśmieniczany pow. Stanisławów: „31.VIII.1944 [1943 – S.Ż.] Tyśmieniczany pow. Stanisławów młynarz zastrzelony.”  (1944, 17 lipca – Pismo PolKO w Stanisławowie do Dyrektora RGO w Krakowie zawierające imienny spis osób uprowadzonych i zamordowanych od początku napadów, od września 1943 do 15 lipca 1944. W: B. Ossol. 16721/1, s. 349-373).

W kol. Wandywola pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali kilka rodzin polskich, imiennie znanych jest 14 ofiar.

W kol. Wólka Swojczowska pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 7 Polaków w tym Andrzeja Gaczyńskiego z żoną i 2 dorosłymi córkami oraz 2 dzieci Michalaka.

W kol. Zarudle pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 2 rodziny polskie, które nie opuściły swoich gospodarstw: Zygmunta Bando z żoną i 2 córkami lat 12 – 15 oraz Żukowskiego z żoną i 2 córkami lat 7 i 12; ofiar prawdopodobnie było więcej.

W kol. Zasmyki pow. Kowel w walce z UPA zginął 17-letni Stanisław Zarębiński (na jego grobie w Zasmykach jest data 13.08.1943).

 

   Od marca do sierpnia 1943 roku:  

We wsi Witonierz pow. Łuck miejscowi Ukraińcy zamordowali około 50 Polaków, którzy przechodzili przez wieś do innych miejscowości.

 

   Od czerwca do sierpnia 1943 roku:

W kol. Hołoby Małe pow. Kamień Koszyrski w okresie od czerwca do sierpnia 1943 roku zostali zamordowani przez bandy UPA: Kalata Emil i Pytka Adam (http://www.stanicki.com.pl/miejscowo%C5%9Bci/ma%C5%82e-ho%C5%82oby ).  

 

     W lipcu lub sierpniu 1943 roku:

W miejscowości Białokrynica pow. Krzemieniec został zamordowany przez Ukraińców nauczyciel leśnictwa w Średniej Szkole Rolniczo-Leśnej Jerzy Brynych  (Edward Orłowski..., jw.).

We wsi Bystrzyca pow. Kostopol Ukraińcy zamordowali Jana Rosłańca  podczas żniw.

We wsi Doroginicze pow. Horochów zamordowali 3 Polaków, w tym 2 kobiety. „Doroginicze – wieś, w której znajduje się grób masowy osób zamordowanych w 1943 r.”(Cmentarze polskie na terenie łuckiego okręgu konsularnego; w: www.luck.msz.gov.pl/resource/c2522e57-eddb-47ad-a5c7-8d96d2e66da3 ).

W mieście Łuck w lipcu lub sierpniu 1943 r. został aresztowany na podstawie zeznań agenta Ukraińca Bołdyńskiego, jakoby był „prezesem organizacji wojskowej” i ślad po nim zaginął, inż. leśnik Baczyński  (Edward Orłowski..., jw.).

W kol. Marcelówka pow. Włodzimierz Wołyński upowiec Stepan Kula zastrzelił swoją żonę Polkę, 2 dzieci i teścia.

We wsi Rewuszki pow. Kowel zamordowali 82-letnią Teklę Dziewiczkiewicz.

We wsi Szpikołosy pow. Krzemieniec zamordowali 2 Polki pracujące na polu: Czajkowską i Gradomską.

We wsi Szumbar pow. Krzemieniec zamordowali Antoniego Lasa.

W miasteczku Uściług pow. Włodzimierz Wołyński upowcy  zamordowali 15-letnią Janinę Okoń,  natomiast w okolicy miasteczka  m.in. 70-letniego Leona Zubka oraz jego córki: 24-letnią Janinę i 20-letnią Jadwigę, a 3-letni syn Jadwigi Józef zmarł z głodu pełzając po zwłokach zamordowanych i wołając „mamo, mamo”. 

W miejscowości koło miasta Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali córeczkę szewca Piotra Czury, który z żoną uciekł w bieliźnie; uratował się ich syn w kołysce, którego wychował sołtys, Ukrainiec, nie zmieniając mu nazwiska. Przypadkowo spotkał on, już jako oficer Armii Czerwonej, swojego ojca, już staruszka  w Pile.

We wsi Wołczak pow. Włodzimierz Wołyński VII lub VIII 1943 został zamordowany wraz z rodziną przez UPA gajowy Czereniuk. Pogrzebano ich przy gajówce, gdzie nad wykopanym dołem po torturach dobijano siekierami innych złapanych Polaków. (Edward Orłowski..., jw.).

W kol. Zamosty pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zamordowali 4-osobową rodzinę: Józefa Konopkę z żoną Zofią,  9-letnim synem Leonem i 17-letnią córką Stanisławą.

We wsi Zarudzie pow. Krzemieniec zamordowali 62-letniego Sylwestra Ludwików.

 

     W lipcu i sierpniu  

Na polach majątku Nowy Dwór pow. Kowel upowcy wyłapywali Polaków uciekających do Zasmyk i w lesie mordowali ich; około 50 Polaków.

W kolonii Władysławówka pow. Włodzimierz Wołyński: „Banderowcy zaczęli łapać mężczyzn i furmankami wywozili do swej siedziby, znajdującej się w lesie Świnarzyńskim, a stamtąd już nikt nie powracał. Pewnego dnia wzięli mojego kolegę Bolesława Liperta. Wieźli drogą przy naszym domu, mijając nas ze łzami w oczach pokiwał ręką na pożegnanie. Wieczorem tegoż dnia przyszedł do mnie mój cioteczny brat Tadeusz Sztafij z propozycją, abym z nim uciekał do miasta. Nie wyraziłem zgody, gdyż nie chciałem oddalać się od rodziny. Na drugi dzień Tadeusz wraz ze swym ojcem i sąsiadem Buczkiem udali się do Włodzimierza, niestety w drodze do miasta zostali złapani i zamordowani przez banderowców” (Zdzisław Schab, w: www.stankiewicze.com/ludobójstwo.pl ).

 

   W sierpniu 1943 roku (świadkowie nie podali dnia):

W kol. Adamówka gm. Szczurzyn pow. Łuck w walce z UPA poległ dowódca samoobrony z Krzemieńca Jankiewicz „Lis”.

We wsi Aleksandria pow. Równe: W 1940 roku władze sowieckie przesiedliły ludność polska z Krasiczyna oraz ze wsi Śliwnica and Krasiczyn pow. Przemyśl do Aleksandrii pow. Równe. Razem z nimi przesiedlony został unicki ksiądz o nazwisku Baka, z żoną i córką. Ponieważ nie było tam księdza rzymskokatolickiego, na prośbę Polaków zgodził się dla nich odprawiać oddzielne Msze św. w miejscowym kościele rzymskokatolickim. W sierpniu 1943 roku, podczas napadu bandy UPA, został zamordowany przy ołtarzu, podczas odprawiania Mszy Świętej. Razem z nim zginęło wielu obecnych w kościele Polaków. Tego dnia została zamordowana również żona i córka ukraińskiego księdza (Siekierka..., s. 726; lwowskie).

W kol. Aleksandrówka pow. Dubno Ukraińcy zamordowali 8 Polaków.

W kol. Aleksandrówka – Holendry pow. Kowel zamordowali 4 Polaków z rodziny Czekanowskich: żywcem zakopali poranioną babkę razem 3 zamordowanych wnucząt.

W kol. Antolin pow. Kostopol Ukrainiec Michał Mieszczaniuk nie chciał zamordować swojej żony Polki, za co upowcy zamordowali rodzinę (niego, jego żonę Genowefę Szyndarę  i ich 1-roczne dziecko).

W kol. Antonówka gmina Rożyszcze pow. Łuck upowcy zamordowali 2 Polki: Wiktorię Gągalską i jej 6-letnią córkę Halinę. Los pozostałych Polaków nie jest znany. „Gągalska była przekonana, że na samotną kobietę z dzieckiem nikt nie będzie napadał” (Siemaszko..., s. 605). 

W kol. Antonówka Szepelska pow. Łuck policjanci ukraińscy zastrzelili 6 Polaków w wieku 18-24 lat.

We wsi Artasów pow. Zdołbunów upowcy zamordowali 2 starsze Polki.

W uroczysku lub futorze Astrachanka pow. Kostopol w drugiej połowie sierpnia zamordowali około 15 Polaków. „Jednej z ofiar, Florianowi Dziombowskiemu upowcy zawiązali pętlę z drutu na szyi i ciągnęli za koniem” (Siemaszko..., s. 243).

We wsi Barmaki pow. Równe kolumna uciekinierów z miasteczka Aleksandria uciekająca do miasta Równe wpadła w wąwozie w Barmakach w zasadzkę upowską. „Powstańcy ukraińscy” dokonali masakry około 50 Polaków przy pomocy siekier, wideł, noży. 

W majątku Berezołupy Małe pow. Łuck zamordowali 4 Polaków, w tym 3-osobową rodzinę Kaliszewskich, rodziców z synem – ich córkę ukrył i uratował sąsiad Ukrainiec.   

W kol. Bereźniaki pow. Kostopol zamordowali kilka rodzin polskich.

W miasteczku Białozurka pow. Krzemieniec w pierwszych dniach sierpnia Ukraińcy zamordowali 6 Polaków, w tym matkę z córką i teściową, oraz Ukrainkę, która miała dziecko z Polakiem, a w następnych dniach sierpnia dalszych 19 Polaków.

We wsi Binduga pow. Luboml zamordowali 4 Polaków.

W miasteczku Bohorodczany pow. Stanisławów: „Sierpień 1944 [1943 – S.Ż.]  Bohorodczany pow. Stanisławów: Sorokowski Marian, młynarz uprowadzony.” (1944, 17 lipca – Pismo PolKO w Stanisławowie do Dyrektora RGO w Krakowie zawierające imienny spis osób uprowadzonych i zamordowanych od początku napadów, od września 1943 do 15 lipca 1944. W: B. Ossol. 16721/1, s. 349-373). 

We wsi Bojarka pow. Dubno zamordowali 20 Polaków.

W kol. Boratyn Czeski pow. Łuck zamordowali 10 Polaków, którzy przywieźli tutaj zboże do młyna.

We wsi Boratyn Duży pow. Łuck obrabowali polskie gospodarstwa i zamordowali nie ustaloną liczbę Polaków.

W kol. Borek pow. Kostopol w pierwszych dniach sierpnia zamordowali ukrywające się w lesie i na bagnach 2 Polki: 69-letnią wdowę Józefę Skrzybalską z 6-letnią wnuczką Teresą Libner. 

We wsi Borki pow. Luboml: „Opowiada, Pan Krzysztof Kapitaniuk (syn). Miejsce Zbrodni: Borki (kolonia Kapitaniuki), powiat Luboml, województwo wołyńskie. Ojciec - Stefan Kapitaniuk, syn Tymoteusza (Tomasz) i Michaliny zd. Bagniuk. prawdopodobna data narodzin: 1933 rok. Rodzice Stefana posiadali gospodarstwo rolne we wsi Borki - (odnajdywana również w nazewnictwie jako wieś: Kolonia Kapitaniuki). W sierpniu 1943 r. w Koloni Kapitaniuki w wyniku napadu zamordowani zostali: bracia: Władysław, Tadeusz; matka: Michalina Kapitaniuk zd. Bagniuk. Stefan ranny został w głowę, stracił przytomność. Wyglądał na martwego. Spadł do piwnicy, lub został przywalony martwymi ciałami swoich braci i matki. Wg. relacji telefonicznej przeprowadzonej z osobą/świadkiem (pani Kołtun), która następnego dnia udała się do domu Kapitaniuków i odnalazła pomordowanych; przez syna Stefana Kapitaniuka, Krzysztofa, (który po długich poszukiwaniach natrafił na ślady świadków).Wg. opisu pani Kołtun udała się ona około południa do domu Kapitaniuków, dziwiąc się, że nie ma ruchu w obejściu. Użyła słów (jak sobie przypominała): "Kapitaniuki pospały się..." Kiedy weszła do domu, znalazła pokłute zwłoki. Zszokowana podniosła alarm. Zbiegła się znaczna część mieszkańców wioski. Przy wynoszeniu ciał pomordowanych z pomieszczeń domowych, Stefan się poruszył i wówczas udzielono mu pomocy. Zawieziony został do szpitala w Lubomlu. Później przebywał u rodziny o nazwisku Szynkaruk w miejscowości Nowy Jagodzin. Przez cały ten czas przechodząc bardzo trudną rehabilitację. O tyle trudną ze podwójną fizyczną i psychiczną. Syn Krzysztof o sprawie dowiedział się dopiero po wielu latach, od wydarzenia. Trauma związana z przeżyciami tamtej nocy była nie do przełamania dla Pana Stefana przez dziesięciolecia. Zapewne podświadoma pamięć męki i śmierci najbliższych która tkwi w umyśle Pana Stefana - uniemożliwia mu całościowy powrót do tamtego strasznego momentu. Luki w pamięci są na tyle duże, że Pan Stefan nie umie powiedzieć, dlaczego nie było ojca w gospodarstwie w czasie napadu na matkę i dzieci. Dlaczego nie pamięta jego obecności podczas okupacji. Prawdopodobnie nie wrócił z niewoli sowieckiej, po kampanii wrześniowej w 1939 roku. Z dodatkowych ustaleń wynika, że krewni rodziny Kapitaniuk zamieszkiwali również we wsi Kuśniszcze. Syn Pana Stefana poszukuje metryki chrztu ojca. Ze zdobytych wcześniej informacji wynika, że chrzczony był w Grudziądzu- stąd hipoteza, podejrzenie, że Tymoteusz (ojciec Pana Stefana - jedynego ocalałego), był zawodowym wojskowym. Jest to przykład skrytego działania grupy nacjonalistów ukraińskich, działających w bezpośredniej bliskości większych skupisk wojsk niemieckich, miast garnizonowych i innych placówek wojskowych. Skryty nocny napad na najsłabszą rodzinę we wiosce, taką o której wiadomo, że prawdopodobieństwo zbrojnego oporu jest praktycznie zerowe, a więc i szanse na wszczęcie alarmu i zdemaskowanie morderców są bliskie zeru. Należy pamiętać że w znakomitej większości przypadków mordercami byli sąsiedzi, którzy w dzień wspólnie siali, orali, a nawet biesiadowali ze swoimi ofiarami, w nocy zamieniając się w katów. W rozmowie z Panem Krzysztofem znalazło się potwierdzenie tej teorii, zacytował on odpowiedź sąsiadki pomordowanych, która znalazła zwłoki; uważała ona jak i Polacy mieszkający we wiosce, że mordu na bezbronnej matce i jej synach dokonali sąsiedzi obywatelstwa ukraińskiego. Nie użyto broni palnej, aby nie sprowadzić patrolu niemieckiego - użyto kos i siekier.
Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy, ukazujący jak bardzo bliscy mogli być to ludzie. Pan Stefan opowiadał synowi jak w latach 70-tych będąc zaproszony na wesele do znajomych rodziny, którzy mieszkali na terenie Polski podczas zabawy spotkał Ukraińca starszego wiekiem, który będąc już zdrowo podpity rzucił dziwne i niesamowite zdanie: "A ty to, dostałeś w głowę i leżałeś cały we krwi, tam w piwnicy" Zdanie wyrwane z kontekstu bez podania daty wydarzenia, bez najmniejszych oznak o jakie wydarzenie chodzi, zdanie zrozumiałe jedynie dla sprawcy i ofiary. Na ile bezkarny musiał czuć się ten człowiek, aby móc je wygłosić? I jak wiele nowego strachu i obaw przyniosło to wyznanie ofierze? A może o to właśnie chodziło?

Pan Stanisław był pod koniec lat 70-tych w swojej rodzinnej wsi. Jego dom rodzinny stoi, zamieszkały obecnie przez ukraińską rodzinę chłopów, Za domem znajduje się mały cmentarzyk z grobami ozdobionymi typowymi krzyżami prawosławnymi, gdzie leżą pochowani jego bliscy: Matka i dwaj bracia. Krzyże postawili ci zwykli ludzie, zamieszkujący jego dawny dom w którym przeżył swoje dzieciństwo tak tragicznie przerwane. Ukraińcy mieszkający w jego byłym rodzinnym domu, w ten prosty sposób oddają szacunek, pomordowanym chociaż nie znanym sobie osobom, opiekując się ich miejscem spoczynku doczesnego. Jak wiele można się od nich nauczyć.”  (Spisał i opracował: Piotr Szelągowski; w:  http://www.warsztatyidei.pl/kresy/99-wiadkowie-zbrodni-ukraiskich-nacjonalistow.  Siemaszko..., s. 522 dokumentują rzeż 10 stycznia 1944 roku 12 rodzin, ok. 55 Polaków we wsi Borki,, nie ma wśród nich rodziny Kapitaniuków; nie wymieniają kolonii Kapitaniuki, być może była to mała kolonia należąca do wsi Borki). 

We wsi Boroczyce pow. Horochów spalili w stodole Józefa Szymczaka.

W majątku Boruchów pow. Łuck upowcy (byli policjanci ukraińscy) zamordowali 8 Polaków podczas żniw, w tym 4-osobową rodzinę Rybczyńskich  i ciała ofiar wrzucili do studni.

W miasteczku powiatowym Buczacz woj. tarnopolskie zamordowany został inżynier Pleszonawicz. Inni:  „W ostatnich kilku dniach zamordowano 8 Polaków, między innymi inż. Pleszanowicza, urzędnika państwowego w Nadleśnictwie w Buczaczu”. (1943, 8 sierpnia – Pismo PolKO w Czortkowie dotyczące terroryzowania ludności przez bandy ukraińskie na terenie powiatu czortkowskiego. W: B. Ossol. 16722/1, k. 19-21).

We wsi Busk pow. Kamionka Strumiłowa został zbity Zabuski Jan. (Kubów..., jw.).

W kol. Bystraki pow. Włodzimierz Wołyński  zamordowali 2 Polaków: Bartoszuka i Snowalskiego. 

We wsi Byteń pow. Kowel  20-letni Ukrainiec Hryhoryj Suprenowycz zastrzelił 54-letniego Antoniego Jędro.

W kol. Cegielnia pow. Kowel znalezione zostały mogiły kilkunastu zamordowanych Polaków.

We wsi Chinocze pow. Sarny trzech miejscowych upowców zarąbało siekierami 9 Polaków (dwie rodziny), oraz nie ustaloną liczbę innych Polaków.

We wsi Chmielów pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali kilka rodzin polskich, imiennie znane jest 11 ofiar, w tym 6-osobowa rodzina o nazwisku Demuś z 4 dzieci: 7-letniej Janinie odrąbali siekierą głowę na pieńku, 11-letniego Witolda i 13-letniego Stanisława zarąbali siekierami, 16-letniego Kazimierza zatłukli kołkiem, ich matkę zadźgali bagnetem.

W majątku Chorochorysk pow. Łuck zamordowali nie ustaloną liczbę Polaków pracujących przy żniwach.

W osadzie Chrobrów pow. Łuck bestialsko zamordowali Annę Ekiert będącą w ostatnim miesiącu ciąży.

We wsi Cygany pow. Borszczów uprowadzili do lasu 3 Polaków (w tym kobietę), którzy zaginęli bez śladu.

We wsi Czernelica pow. Horodenka zamordowali Polaka, leśniczego NN.

W kol. Czesnówka pow. Horochów zamordowali kilka rodzin polskich.

We wsi Danczymost pow. Kostopol zamordowali 2 Polki z kol. Młodzianówka: wdowę Michalinę Bielawską z 24-letnią córką Heleną, które wybrały się do swej kolonii po krowę.

W miasteczku Delatyn pow. Nadwórna zamordowali 11 Polaków.

W kol. Dementjanówka pow. Kowel zamordowali 2 Polaków: Potajewicza i Pilka.

We wsi Dolsk pow. Kowel: „Z rąk UPA zginął Piotr Magziarz, mąż najstarszej siostry pana Stefana (Wiechnika – przypis S. Ż.), Wandy. - W sierpniową niedzielę wybrał się z Dolska do Turzyska. Nie wrócił do wtorku. Mój brat poszedł rozpytać o niego w okolicy. Spotkał chłopaka, którego kilka dni wcześniej  banderowcy złapali razem  z naszym szwagrem. Zdołał uciec, a Piotr nie. Brat pojechał z ojcem na miejsce wskazane przez tego chłopaka. Szwagier leżał twarzą do dołu, z dwukrotnie przestrzeloną głową. Osierocił trójkę dzieci”. (Aleksandra Dunajska: „Koszmar lipcowych dni”; w: „Nasza historia” nr 7 – 8, , lipiec 2014)

We wsi Druchowa pow. Kostopol zamordowali 7 Polaków, w tym 4-osobową rodzinę Weruchów.

We wsi Dryszczów pow. Brzeżany został zamordowany przez Ukraińców Rajter Stefan lat 19. 

We wsi Dubiszcze pow. Łuck 30-tu „partyzantów ukraińskich” za pomocą siekier zarąbało rodzinę leśniczego Krępskiego, przy czym jego żonę przed śmiercią zgwałcili i obcięli jej piersi. Patrz: „W sierpniu 1943 roku w leśniczówce Grobelki”.

We wsi Dubniki pow. Włodzimierz Wołyński policjant ukraiński zastrzelił swoją matkę, Polkę.

We wsi Dyweń pow. Równe Ukraińcy zatłukli kijami mieszkańca kolonii Woronucha Jakubowskiego, który uciekał do miasteczka Międzyrzec.

We wsi Dziedziłów pow. Kamionka Strumiłowa: „Mój dziadek Jan Pszon zastał zamordowany 1943 r (prawdopodobnie w sierpniu, wg opowiadania mojego ojca był to początek żniw) we własnym domu w Dziedziłowie woj. Tarnopolskie . Świadkowie tego zdarzenia jeszcze żyją i chętnie udzielą wszelkich informacji” (J. P.; w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl ). H. Komański, Sz. Siekierka na s. 208, tarnopolskie, nie podają żadnego mordu w tej wsi w 1943 roku, natomiast w drugiej połowie kwietnia 1944 roku bojówki UPA, także z sąsiednich wsi, rabowały polskie zagrody, niszczyły je i paliły oraz zamordowały 50 Polaków.

W kol. Grabina pow. Włodzimierz Wołyński na początku sierpnia upowcy  spalili żywcem w chacie kilka rodzin cygańskich, około 24 osoby.

W leśniczówce Grobelki pow. Łuck: w leśniczówce Grobelki należącej do wsi Dubiszcze 30-tu „partyzantów ukraińskich” za pomocą siekier zarąbało rodzinę leśniczego Krępskiego.  „Ze wsi Ze wsi Dubiszcze w sierpniu 1943 r. do leśniczówki ordynacji radziwiłłowskiej - Grobelki oddalonej ok. 1 km od Kolonii Grobelki przyszło około 30 Ukraińców niby po wypłatę. Otoczyli budynek. Za pomocą siekier zamordowali rodzinę leśniczego Władysława Krepskiego, przy czym siostrę jego, ciężarną Janinę Krepską –Rodak znaleźli ukrytą w pasiece, najpierw zgwałcili następnie obcięli piersi i przybili do drzwi stajni. Zamordowano także jej męża Jana Rodaka, starszego wachmistrza 8 Szwadronu Pionierów w Równem. Był on jednym z założycieli ZWZ-AK na tym terenie. Piętnastoletniego wówczas brata Stefana Krepskiego związano drutem kolczastym i spalono w ognisku. Zabito także jego ojca Jana, weterynarza ze stadniny Potockich oraz furmana Cypriana Mroza (Moroza), który był ojcem mojej teściowej. Zastrzelono gajowego Stanisława Kamińskiego, a jego sześcioletnią córkę Teresę zasztyletowano. Wszyscy byli torturowani przez banderowców szukających broni. Szef bandy Waśko Lebied z jeszcze jednym oprawcą prowadził leśniczego do stajni, gdzie miała być ukryta broń. Visa miał leśniczy za cholewą buta i wyciągnął go. Zranionemu siekierą i kulą Krepskimu udała się ucieczka, w trakcie której zastrzelił jednego z napastników... właśnie Lebedia. Bernarda Majewska go znała, bo chodzili razem do szkoły, była świadkiem tej masakry, wykorzystała moment zamieszania uciekła także. Kiedy zabrano jej ojca na przesłuchanie postanowiła uciekać, nagle zjawił się pięcioletni syn Rysio, szepnęła mu tylko, żeby uciekał co sił. W czasie tej ucieczki chłopiec został przekłuty bagnetem, a zwłoki jego zostały wrzucone do sadzawki. Była też świadkiem jak wrzucano do studni dwie dziewczynki, a ich matkę Marię Zbróg zmuszono do oglądania tej sceny, po czym zamordowano ją. Jedna z dziewczynek miała na imię Hela, a druga Stasia, młodsza miała 5 lat, zamordowano wówczas co najmniej 26 osób. Leśniczówkę Grobelki spalono, a powracający z pracy w Ordynacji brat leśniczego Tadeusz powrócił do Ołyki. Teściowa została ranna w rękę kulą barbarzyńcy i kiedy pewna, że już utraciła bliskich, zobaczyła grupkę ludzi z kolonii i wśród nich swoją córkę Rozalię. Razem dotarły do Ołyki a potem do ordynacji ks. Janusza Radziwiłła; tam opowiedziała o tym zebranym ludziom m.in. Tadeuszowi Krepskiemu. Moja teściowa z córką dotarły później do Łucka, a tam opatrzył ja niemiecki lekarz, którego wkrótce Ukraińcy zamordowali. W Łucku spotkała przypadkowo Żydówkę, która również uciekła z pogromu w leśniczówce. Znała ją tylko z widzenia, wiedziała, że pochodzi z Warszawy i znalazła schronienie u wdowca Mierzwińskiego w kolonii Grobelki. W Łucku mówiła, że pracuje w urzędzie zwanym „generalny komisariat” i obiecała odwiedziny, ale nigdy się nie pojawiła. Rok wcześniej zamordowano tam spokrewnioną z rodziną matki teściowej Michalinę Kownacką – Słodkowską. Opisywane wydarzenie mogło mieć miejsce miesiąc wcześniej, czyli w lipcu, bo synek nie miał ukończonych pięciu lat, a ukończyłby je w sierpniu. Teściowa z ojcem i swoimi dziećmi mieszkała w budynku gajówki w sąsiedztwie Kamińskich, Zbrogów” (www.dziennik.pl., forum dyskusyjne, 6.02.2009; www.Panorama Leszczyńska). „Jestem synem tego leśniczego. W relacji Siemaszków jest mała nieścisłość. Mój tata miał na imię Władysław, a wtedy zamordowano: mojego dziadka Jana Krepskiego, który był felczerem wet. w stadninie w majątku Potockich; moją stryjenkę Janinę Rodak-Krępską, i stryjka Stefana. Mój Tata zmarł w 1977 roku. Był leśniczym w Sobowidzu, następnie w Opaleniu w woj. pomorskim.” (forum dyskusyjne: Roman, 21-12-2008, tel. 668134473).  W. i E. Siemaszko na s. 580 podają, że ww. napad miał miejsce w sierpniu 1943 roku we wsi Dubiszcze, na nadleśnictwo, gdzie mieszkała rodzina leśniczego Stanisława Krępskiego. Zgwałcili, obcięli piersi i zarąbali siekierą jego żonę, a Krępskiemu zranionemu siekierą udała się ucieczka, w trakcie której zabił jednego z napastników. Podają liczbę ofiar -  „1 Polka”. Na s. 581 podają, że w kwietniu 1943 roku w nadleśnictwie Grobelki zamordowanych zostało 26 osób; imiennie wymieniają 4 ofiary. 

W kol. Grudy pow. Kostopol Ukraińcy zamordowali 2 małżeństwa polskie.

We wsi Gruszówka pow. Kowel zamordowali 9 Polaków: kobiety i dzieci jadące do Zasmyk;  w tym:  Helena Wojtczak dostała 18 pchnięć bagnetem, jej 9-letniego syna Henryka udusili paskiem, jej córka Zofia została zastrzelona w czasie ucieczki. (BI 27 DWAK nr 1 z 1993 r.). 

We wsi Hanaczów pow. Przemyślany zamordowali Albina Dobosza, lat 31.

W kol. Helenówka Gnojeńska pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 10 Polaków.

We wsi Hruszówka pow. Kostopol zamordowali 4-osobową rodzinę Morawskich uciekającą z Krzemionki.

We wsi Hubin pow. Łuck zastrzelili 2 Polaków podczas ewakuacji polskiej rodziny z Sienkiewiczówki.

We wsi Huta Szczerzecka pow. Lwów policjanci ukraińscy aresztowali Katarzynę Pudełko, która zaginęła bez wieści.

W kol. Iwanówka pow. Dubno Ukraińcy zamordowali 5 Polaków.

W osadzie Jagiellonów pow. Łuck wrzucili do studni Janusza Kwietniewskiego.

W futorze Jamna pow. Horochów w niedzielę zamordowali 14 Polaków.

W kol. Janów pow. Horochów zamordowali 2 Polki: żonę Ukraińca Helenę Syczuk z d. Łopuszańską, oraz Marię Węgier.  

We wsi Jaremcze pow. Nadwórna policjanci ukraińscy zamordowali 2 Polaków.

W kol. Jasionówka pow. Horochów Ukraińcy pobili, związali drutem i wrzucili do studni Leonarda Sokołowskiego, który przyjechał do swojego domu.

W kol. Julianówka pow. Dubno zamordowali 7 Polaków.

We wsi Kadłubiska pow. Brody została zamordowana przez Ukraińców 6-osobowa rodzina Grzelaków  (Kubów..., jw.).

We wsi Kamienna Góra pow. Równe po rzezi wsi Lipniki w maju 1943 roku Polacy opuścili wieś. W sierpniu, za namową sąsiadów Ukraińców, którzy gwarantowali im bezpieczeństwo, do swoich gospodarstw powróciły 4 rodziny polskie. Dokonali żniw i gdy zboże stało już w snopkach, ci sami sąsiedzi Ukraińcy pewnego ranka wszystkich Polaków przebywających we wsi powiązali drutem kolczastym i zawieźli na trzęsawisko pod kolonię Lubomirka Stara. Tam zadźgali nożami i bagnetami 11 osób, a następnie wdeptali ciała w bagno. „Kiedy żniwa dobiegły końca /.../, sąsiedzi Ukraińcy w biały dzień powiązali wszystkich kolczastym drutem, ręce w tył i wyprowadzili w bagno (trzęsawisko pod Starą Lubomirką) i tam dokonany został mord przez rzeź. /.../ Kiedy zapędzono wszystkich na to trzęsawisko, zaczęto nożami i bagnetami dźgać poszczególne osoby. Kiedy, widząc to, Drzewiecki Antoni poprosił słowami „Chłopcy zastrzelcie mnie”, otrzymał odpowiedź taką: „Zabut to poczotnaja smert, my tobi pokarzem, jaka ukrajinśka smert” (Zapomnij o tej zaszczytnej śmierci, my tobie pokażemy, jaka jest ukraińska smierć”). I w tym momencie nadział na bagnet jego wnuczka, a syna 2-letniego Sawickiej Zofii, podniósł do góry i kręcąc w kółko, powiedział: „Dywysia Lasze jak ukraina plasze”(powinno być: „Dywyś lasze, jak Ukrajina plasze”, czyli: „Zobacz Polaku, jak Ukraina płaci (mści się)”). Następnie zabrali się do Drzewieckiego, mordując go, następnie chodzili po trupach, wgniatając w błoto, a było 11 osób. W ten sam sposób była mordowana Sawicka Zofia – otrzymała 16 ran kłutych i została wdeptana w bagno, a że żadna z ran nie była śmiertelna, wdeptana w błoto odzyskała przytomność i jakoś przy związanych rękach wygrzebała się. /.../ Była godzina 14, kiedy Niemiec, pilnujący robotników wycinających las, przez lornetkę zobaczył w odległości jakieś 200 m postać idącej tejże Zofii Sawickiej, nazwanej przez Niemca „czuczuo”. Zawołał on do siebie dwóch robotników Polaków i pokazał pytając, co to idzie? Powiedział, że będzie strzelał. Polak Maik, umiejący rozmawiać po niemiecku, zabronił i pobiegł w stronę idącej, dobiegając do niej – upadła, utraciwszy ponownie przytomność. Przyniesiona została do wspomnianego Niemca, który wysłał gońca, aby przybyło pogotowie kolejowe z Równego. Widok mordowanej widziałem na własne oczy, ten widok przy każdym wspomnieniu stoi mi przed oczami: ciało – to błoto, rany i krew, widok okropny. /.../ Dwumiesięczny pobyt w szpitalu ocalił życie, ale ślad pozostał na całe życie: zniekształcenie mowy”. (Tadeusza Loba, w: Siemaszko...., s. 1201 – 1202). Ponadto zamordowali 3 Polaków podczas zbioru żniw, w tym dwie kobiety, jedna z nich miała 20 lat.

W kolonii Kapitaniuki gromada Borki pow. Luboml: patrz wyżej: we wsi Borki pow. Luboml.

W kol. Karczemka pow. Równe Ukraińcy zamordowali Marię Mąsiewicz, która po ucieczce do Aleksandrii wróciła zabrać krowę.

We wsi Karolinka pow. Dubno zamordowali około 15 Polaków.

We wsi Karów pow. Rawa Ruska uprowadzili 10 Polaków, po których ślad zaginął.

We wsi Kisielówka pow, Włodzimierz Wołyński: Świadek Tadeusz Opała: „Moja ciotka, a więc rodzona siostra mojej mamy, wyszła za Ukraińca i dlatego była pewna, że jej bandyci nic nie zrobią. Ale w lipcu 1943 roku upowcy przyszli do Kisielówki i nakazali mężowi, by ją zamordował. Odmówił. Wtedy złapali ciotkę i na postronku wyprowadzili ją z mieszkania. Dwóch młodych ukraińskich sąsiadów zabiło ją bagnetem. Długo się męczyła... Nie wiadomo, co stało się z jej mężem. Córkę zabitej Zofii Krzeszowiec odnalazł w latach 50. wujek pana Tadeusza w podwłodzimierskim kołchozie Hobołtowa.” (Bogusław Szarwiło; w:   http://www.wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/134-jak-mali-koldnicy-dostali-od-ukraicow-po-gowie.html ).  Wieś Kisielówka została wymordowana 21 sierpnia 1943 roku, zapewne ta zbrodnia miała miejsce przed lub po tym dniu. 

W miasteczku Klewań pow. Równe zmordowali nie ustaloną liczbę Polaków, jedna grupa obroniła się w kościele.

We wsi Koblin pow. Dubno zamordowali co najmniej 10 Polaków.

W kol. Konstantynówka pow. Dubno zamordowali 2 Polaków: matkę przywiązali do żłobu, pod którym ukryła się z dzieckiem (zdradził ją płacz dziecka) i przerżnęli piłą; półroczne dziecko nadziali na bagnet i wrzucili do studni.

We wsi Kornicz pow. Kołomyja obrabowali i spalili majątek ziemski oraz zamordowali 11 Polaków i 1 Niemca.

We wsi Kosmacz pow. Kołomyja zamordowali 26 Polaków.

Koło miasta Kostopol woj. wołyńskie zamordowali kilku Polaków uciekających z Budek Kudriańskich.

W pobliżu drogi Kowalówka - Olesza pow. Buczacz w lesie znaleziono zakopane po szyję zmasakrowane zwłoki uprowadzonego nauczyciela o nazwisku Kaczkowski (Komański..., s. 158).

W mieście Kowel woj. wołyńskie zamordowali 12 Polaków; 2 rodziny: 7 i 5-osobową .

We wsi Krać pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 10 Polaków, 2 rodziny: 6-osobową Blondyka /Blondka?/ z żoną Antoniną i 4 dzieci oraz 4-osobową Lipińskiego z żoną Kazimierą i 2 dzieci.

We wsi Kryczylsk pow. Kostopol zamordowali 4 Polaków ze wsi Ugły, w tym powiesili 28-letnią Marię Tokarską.

We wsi Krzywucha pow. Dubno zamordowali około 70 Polaków.

We wsi Kubajówka pow. Nadwórna został zamordowany z żoną przez UPA leśniczy Jan Sterc lat 65. (Edward Orłowski..., jw.).

We wsi Kulczyce pow. Trembowla zginął Jóśków Michał (Kubów..., jw.).

We wsi Kupiczów pow. Kowel zamordowali Bolesława Owczarka, męża Ukrainki.

W kol. Libanówka pow. Dubno upowcy szczelnie otoczyli polskie gospodarstwa i dokonali rzezi około 100 Polaków, nikt nie ocalał. 

W kol. Lubomirka Stara pow. Równe Ukraińcy ze wsi Kamienna Góra przywieźli na trzęsawisko kilka rodzin polskich powiązanych drutem, zadźgali nożami i bagnetami 11 Polaków i wdeptali ciała w bagno; jeden z Ukraińców nadział ciało wnuczka Drzewieckich na bagnet, uniósł do góry i kręcąc nim w kółko powiedział: Dywyś lasze, jak Ukrajina plasze („zobacz Polaku, jak Ukraina płaci”); ponadto Ukraińcy zamordowali 3 Polaków podczas zbioru żniw, w tym dwie kobiety, jedna z nich miała 20 lat. 

We wsi Ładyń pow. Luboml upowcy zamordowali od 24 do 66 Polaków. „Do Ładynia prowadzi droga z Włodzimierza Wołyńskiego do Lubomla. Za miejscowością Stawki skręcamy w lewo i polną drogą , po przebyciu 2 – 3 km, dojeżdżamy na miejsce. Na polach za wsią stoi krzyż. – Tu, gdzie rosną burzany, kiedyś była piękna wioska – mówił ks. prałat Andrzej Puzon…  /…/ - Żyliśmy z Polakami w zgodzie, bo dobrzy ludzie z nich byli – powiedziała nam  76-letnia Anna. To na jej polu stanął krzyż. – Nie wiadomo, kto i dlaczego  zabił – mówiła Ukrainka, która w sierpniu 1943 r. miała 8 lat. – Mój ojciec, który bardzo lubił polskich sąsiadów, musiał ich tu po wszystkim zakopać. Według niej w mogile spoczywają zwłoki 24 – 26 Polaków.  81-letni Wincenty Surmacz, który po wojnie mieszkał w Ładyniu, twierdzi, że było 37 ofiar. Pochodzi z rodziny mieszanej, ojciec był Polakiem, matka Ukrainką. Ale oprawcy nie znali litości – zabili oboje. - Zginęła też moja siostra oraz siostra mojego ojca i jej troje dzieciaczków – opowiada schorowany dziś Surmacz. Jemu udało się przeżyć, bo ukrył się w piecu. – Wiadomo, kto, czym i jak zabijał, ale ich już nie ma. Też leżą w ziemi – mówi pan Wincenty”. (Leszek Wójtowicz: Stoi kolejny krzyż; Dziennik Wschodni, 28 lipca 2011). Krzyż stoi dzięki staraniom 83-letniej Franciszki Prus z Włodzimierza Wołyńskiego. „Pani Franciszka twierdzi, że że w Ładyniu zginęło 66 rodaków”. Wioski tej, a więc i tego mordu, nie wymieniają W. i E. Siemaszko.

W miasteczku Łokacze pow. Horochów Ukraińcy zamordowali 3 Polaków.

We wsi Łomna pow. Turka:Sawicka – sekretarka pomocnika targowego (markthelfera) we wsi Łomna k. Turki zam. VIII.43”  (AAN, AK, sygn. 203 /XV/ 42, k. 20 – 26). Oraz: „xxx... – 2 listonosze ze wsi Łomna k/Turki zam. Z końcem sierpnia” (AAN, AK, sygn. 203 /XV/ 42. k. 20 – 26).

W okolicach miasta Łuck woj. wołyńskie w obronie ludności polskiej zginął 57-letni Józef Kilian.

W osadzie Maczkowce pow. Łuck Ukraińcy zamordowali 2 rodziny polskie.

We wsi Majdan pow. Drohobycz  został zakłuty bagnetami wraz z rodziną swoją i rodziną sąsiada leśnika (13 osób) przez UPA leśniczy Jan Słoma, spalono leśniczówkę i podleśniczówkę (Edward Orłowski..., jw.).

W kol. Majdan Mokwiński pow. Kostopol upowcy zamordowali kilkadziesiąt rodzin polskich (mieszkało tutaj 50 rodzin polskich). „Najstarsza córka pana Nikodema, Stanisława Żarczyńska, mieszkała z rodziną w Majdanie Mokwińskim. W sierpniu rodzina postanowiła uciekać do miasta. W dniu wyjazdu spożyli jeszcze ostatni obiad w swoim domu, razem z mieszkającą z nimi po śmierci męża, siostrą Wincentego z dzieckiem. Obserwujący gospodarstwo ukraińscy mieszkańcy kolonii, nie pozwolili jednak "przeklętym Lachom" wyjechać z "furą dobytku". Kilku uzbrojonych w karabiny rezunów, wjechało konno na podwórze. Zaalarmowani szczekaniem psa Polacy rzucili się do ucieczki przez otwarte okna. Babcia ukryła się w wysokich konopiach, Wincenty z synem Mietkiem pobiegł przez las do teściów, a Stanisława wraz z niemowlęciem i ze szwagierką z synem, pobiegły na pobliskie mokradła, gdzie położyły się w bagnie za rzadkimi krzewami. W łóżeczku pozostała półtoraroczna Jadzia. Napastnicy wypatrzyli z koni kobiety na bagnie i zaczęli do nich strzelać. Stanisława dostała w brzuch. Wypuściła z rąk niemowlę, które się utopiło. Szwagierka trzymająca swojego płaczącego synka została trafiona kilkakrotnie. Nie miała żadnych szans. Jej synek osłaniający rękoma głowę, trafiony kulą stracił palec. Odniósł też lekką ranę głowy. Udało mu się jednak przeżyć to piekło. Pozostała jeszcze śpiąca w łóżeczku Jadzia. Jeden z Ukraińców chciał ją przebić nożem. Powstrzymał go na szczęście drugi, który powiedział, że nie chce krwi dziecka na rękach. Babcia, która siedziała przyczajona za oknem, zaopiekowała się nim zaraz po wyjściu Ukraińców. Po masakrze, z Borka przyjechali Nikodem i Wincenty. Zabrali na wóz zwłoki oraz pozostałe osoby i uciekli leśnymi drogami, by znów nie dopadli ich mordercy. Chłopca opatrzono. Rana Stanisławy była niestety na tyle poważna, że nie można jej było pomóc. Po pięciu godzinach skonała w straszliwych męczarniach. Została pochowana koło swoich sióstr z dzieckiem i szwagierką.” (Jakub Nowak: ”Wojenna tułaczka rodziny Dąbrowskich”; w: http://www.gazetalubuska.pl/wiadomosci/nowa-sol/art/7900460,gehenna-rodziny-dabrowskich,id,t.html ). Pod tekstem forumowicz napisał 17 lipca 2011: „Moi dziadkowie i rodzice tez przeżyli koszmar na Wschodzie. Stryjenkę przybito do wrót stodoły i rozpruto jej brzuch a stryja przerżnęli piłą do drewna... nie uwierzę nigdy w szczerość Ukraińców. Zrobili to ludzie, którzy wcześniej byli "dobrymi" sąsiadami. Dziecko stryjenki roztrzaskano na jej oczach o próg domu. Mama nigdy nie tęskniła za tamtymi stronami ani nie chce tam pojechać w celach turystycznych i wcale jej się nie dziwię.” Niestety, nie podał ani nazwisk ofiar ani miejscowości, w której dokonano zbrodni.  

We wsi Makowicze pow. Kowel upowcy wywieźli do lasu świniarzyńskiego 3 rodziny polskie i tam je wymordowali (wieś Wołczak pow. Włodzimierz Wołyński); ponad 20 Polaków.

We wsi Malatyn pow. Równe zamordowali 3 Polaków: Petronelę Malczewską z synem Czeławem i 17-letnią Janinę Jandę.

We wsi Maślanka pow. Dubno Ukraińcy zamordowali 2 starszych Polaków.

We wsi Męczyce pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zastrzelili Marię Kuczek, ocalałą z rzezi w Gucinie.

W kol. Mieczysławówka pow. Dubno zamordowali 20 Polaków.

W kol. Mikołajówka pow. Włodzimierz Wołyński na początku sierpnia upowcy spalili w jednym domu 9-osobową rodzinę Sobiepanów: rodziców z 7 dzieci, w tym bliźniaczki 18-letnie, 20-letnią córkę oraz 4 małych dzieci; być może rodzina ta przed spaleniem została zamordowana.

We wsi Mikuliczyn pow. Nadwórna zamordowali 18 Polaków: 6 mężczyzn, 5 kobiet i 7 dzieci oraz pod koniec sierpnia uprowadzili 7-osobową rodzinę polską lekarza, która zaginęła bez wieści. „22-31.VIII.1943 Mikuliczyn pow. Stanisławów: „Napad na rodzinę lekarza dra Josse. Lekarz, córka jego Giżycka oraz dzieci tejże w wieku od 10 do 8 lat, jak również krewna ich kasjerka firmy warszawskiej “Stribo” zamordowani.” (1943, 22 października – Dokument sporządzony w RGO w Krakowie w oparciu dane przekazane przez RGO we Lwowie dotyczące ukraińskiej akcji terrorystycznej skierowanej przeciw ludności polskiej. Morderstwa i gwałty, których dopuszczono się na ludności polskiej w czasie od 14.VIII – 8.X.1943 w okręgu Galicja. W: B. Ossol. 16722/1, s. 99-100, 163-164, 167). „Z końcem sierpnia znikł bez śladu w Mikuliczynie [Nadwórna] lekarz Dr. Josee wraz z całą rodziną, liczącą 7 osób. Uprowadzenie nastąpiło w nocy, przyczym znikły również cenniejsze przedmioty i garderoba.” (1943, 13 września – Pismo Pol. K. O. w Stanisławowie do Delegata RGO we Lwowie. Dotyczy mordów i uprowadzeń Polaków w stanisławowskim. W: B. Ossol. 16721/1, s. 273-275).

Koło wsi Milatyn Nowy pow. Kamionka Strumiłowa: „W sierpniu br. między Kutkorzem a Milatynem w Duniowie [Kamionka Strumiłowa] zastrzelono dwóch pracowników kolejowych ze Lwowa – Podzamcza, zamieszkałych w Milatynie Nowym, trzeci ranny. Zastrzeleni: Warczewski Marian, lat 20, pracownik kolei Lwów – Podzamcze, zamieszkały w Milatynie Nowym. Pozostała matka. Drugi: Woźniacki Leon, lat 34, urzędnik (dyżurny ruchu) stacji Lwów – Podzamcze, zamieszkały w Milatynie Nowym. Pozostałą żona, dwoje dzieci (2 i 5-letnie). Ranny: Warczewski.” (1943, 18 września - Pismo PolKO w Złoczowie do Delegata RGO we Lwowie dotyczące napadów ukraińskich na ludność polską. W: B. Ossol., 16721/2, s. 49-50).

W miasteczku Mizocz pow. Zdołbunów na początku sierpnia 1943 członkowie Ukraińskiej Powstańczej Armii zamordowali Eugenię (lub Genowefę) Brodowską lat 14, jej matkę poważnie zranili. Obok do słupa przywiązali powrozami Zielińską i zakłuli ją nożami. Następnie w sierpniu zamordowali kolejnych 3 Polaków, w tym kobietę i syna kościelnego.

We wsi Monasterzyska pow. Buczacz upowcy zamordowali 19-letnią Józefę Kosik „Kalinkę” , łączniczkę AK, pochodzącą ze wsi Kowalówka (inni podają wieś Berezówka i datę 10 sierpnia).

We wsi Mosur pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali: Stanisława Czechowskiego, lat 78, jego żonę Anielę, lat 75,  Marię Mitrocką, lat 80, 2-letnią wnuczkę Urszulę, której matkę Zofię zamordowali 12 sierpnia; a następnie pod koniec sierpnia zamordowali na polu 3 Polaków: Marię Łagodowską (była ona matką chrzestną około 30 ukraińskich dzieci) z 15-letnim synem Mieczysławem oraz Agnieszkę Kaganiuk ze wsi Stężarzyce, starą kobietę jadącą  wozem, a wóz z koniem i dobytkiem zrabowali.

W miasteczku Murawica pow. Dubno zamordowali małżeństwo Borzęckich liczące po około 80 lat.

We wsi Mykitycze pow. Dubno zamordowali 9 Polaków.

W uroczysku Nakazów pow. Kostopol w II połowie sierpnia zamordowali 2 rodziny polskie liczące co najmniej 8 osób, Czerwińskich i Popielewiczów.   

We wsi Narajów Wieś pow. Brzeżany banderowcy zabili Marszałka N. l. 50 (Kubów..., jw.).

We wsi Niskołyzy pow. Buczacz zginął Zazulak Mieczysław (Kubów..., jw.).

W kol. Nowa Dąbrowa pow. Kowel zamordowali 28-letniego Wacława Bednarka.

W kol. Nowiny pow. Kostopol zamordowali Konopińskiego pracującego przy żniwach.

We wsi Nowosiółka pow. Podhajce Ukraińcy uprowadzili z pola 86-letniego Rafała Monasterskiego, po którym ślad zaginął, znaleziono tylko część jego zakrwawionej odzieży. Inni: zabity został Monasterski Rafał l. 34 (Kubów..., jw.).

We wsi Nowosiółki pow. Zdołbunów Ukraińcy ze wsi zamordowali 3-osobową rodzinę ze wsi Tajkury: Franciszkę Fronczak, lat 75, z 2 dorosłymi synami.

We wsi Oleksiniec Stary pow. Krzemieniec uprowadzili do lasu i zamordowali 2 Polaków: Annę Staniszewską z synem Piotrem.

W kol. Optowa pow. Sarny upowcy zamordowali na polu 36-letnią Wiktorię Sulikowską.

W kol. Osiecznik pow. Kowel zamordowali 82-letnią Aleksandrę Kowalewską.

We wsi Owadno pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 2 Polaków:z kol. Antonówka Borek:  Adamczyka z synem.

W kol. Ożdżary pow. Łuck miejscowi Ukraińcy spalili kolonię i wymordowali 6 rodzin polskich, około 25 Polaków.

We wsi Kolonia - Parcelacja (wieś położona koło Werch, par. i gm. Lubieszów) pow. Kamień Koszyrski: Napad UPA nastąpił w sierpniu 1943 r. Ocalało kilka osób, m.in. Gienek Drewniak zabrany przez Ukrainkę bezdzietną i wychowywany na Ukraińca, odebrany potem przez jego polską rodzinę. 1-5. BAŁDYGA i.n. z żoną i.n. i dziećmi: Hanką, Jankiem i Bolkiem 6-7. BRZEZULA Franciszek z żoną Magdaleną 8-13. BRYGUŁA i.n. z żoną i dziećmi: Rózią, Bolkiem, Julką i Władkiem 14-23. DREWNIAK Józef z żoną Franciszką i ich ośmioro dzieci: Basia, Janka, Lodka, Franek, Pelagia, Janek, Heniek i Hela 24-27. SZCZEPANIAK Józefa z d. Brzezula z dziećmi: Władzia, Kazia i Tadzio (niemowlę). 28-31. ZARĘBA Stanisława i jej mąż też Stanisław (zam. w Pożogu) i ich dwoje dzieci.” (prof. zw. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Straty ludności polskiej w byłym województwie poleskim na skutek ludobójstwa popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich w latach 1939-1947, dane wstępne. W: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich; Kędzierzyn-Koźle 2017, tom 9).

W kol. Piłsudczyzna pow. Horochów Ukraińcy zamordowali 14 Polaków: 5 dzieci Feliksa Wóra i ich babcię  wnukami, 8-osobową rodzinę Żmudzkich (babcię, rodziców i 5 dzieci).

W kol. Piotrowica pow. Równe upowcy zastrzelili 7 Polaków.

W kol. Piórkowicze pow. Kowel zamordowali 2 Polaków. Inni: „W sierpniu kilka rodzin sporo ryzykując wróciło do kolonii Piórkowcze sąsiadującej z Zasmykami. W tym samym dniu zostali zarżnięci przez upowców. Jak sobie przypominam, były to m.in. rodziny Koperskich i Szarwiłłów.” (Marek A. Koprowski; w: http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/krwawe-lato-1943 ). W tej kolonii oddział samoobrony z Radomla znalazł zwłoki pomordowanych Polaków w studni oraz zwłoki dziecka przybite do drzwi i ściany w jednym z domów (Wiesław Donajski: Wspomnienia Jana Józefa Donajskiego vel Józefa Dunajskiego ps. „Brudny”; W: „Biuletyn informacyjny 27 DWAK, nr 2/2000).

We wsi Pisarzowa Wola pow. Włodzimierz Wołyński wymordowali 5 rodzin polskich, około 20 Polaków.

W kol. Płoteczno pow. Kostopol zamordowali około 25 Polaków, w tym 6-osobową rodzinę: Adama Konopeckiego z żoną Praksedią  i 4 dzieci.

We wsi Podśniatynka gm. Koszyłowce pow. Zaleszczyki  „W sierpniu 1943 r. zostali zamordowani: Skiba i.n., nauczyciel; Jasiewicz i.n. szwagier Skiby.” (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw.). 

We wsi Podzameczek pow. Buczacz zamordowali 8 Polaków, w tym 6-osobową rodzinę dróżnika z 4 dzieci.

W kol. Połomiane pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 5 Polaków: Franciszkę Błaszczyk lat 75, Marię Żołnierczuk lat 53 oraz Władysława Górskiego lat 50 z żoną Marią lat 45 i synem Zygmuntem lat 17. 

We wsi Popowicze pow. Kowel w walce z UPA zginął Henryk Malinowski, partyzant oddziału AK „Jastrząb”.

We wsi Popówka pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zastrzelili 19-letniego Dionizego Cybulskiego. 

We wsi Probużna pow. Kopyczyńce zamordowali 5 Polaków: policjant ukraiński zastrzelił 23-letniego Kazimierza Gajzlera, natomiast bojówkarze OUN-UPA  zamordowali 4 Polaków: Ludwika Głogowskiego lat 24,  Rosołowskiego... lat 31, Rosołowską... lat 28 oraz Zdzisława Rosołowskiego, ur. w 1933 r. 

We wsi Rewuszki pow. Kowel: „Opiszę teraz los Karola Mroziuka i jego żony. To stryjeczny brat mojej mamy. Mieszkali blisko wsi Turia, bo i rzeka Turia jest na Wołyniu. Miejscowość nazywała się Rewuszki. Przy lesie, urodzajna ziemia. Oboje pobrali się już w starszym wieku, przeważnie mężczyźni dawniej w starszym wieku żenili się. Mieli troje dzieci, same córeczki: 15 lat, 9 lat i 3 latka. Stasia, Felicja i Kazimiera. Od lipca 1943 r, już nie nocowali w domu, tylko po lasach albo w zbożu, razem z sąsiadami. Sąsiadka Ukrainka mówi do Mroziuka żony, aby dzieci przyszły spać do jej domu. Gdyby przyszli Ukraińcy to ona powie, że to są jej dzieci. Posłuchała matka i dała swoje dzieci do Ukrainki na noc, a nie wiedziała że mąż Ukrainki jeździ po nocach i zabija Polaków. Pewnego ranka wpadła matka do tej chaty ukraińskiej, a widząc że dzieci spokojnie śpią lepiej poprzykrywała. A tu naraz przed domem staje furmanka i bandyci idą do tego mieszkania. Ukrainka krzyczy do Mroziukowej by uciekała na strych. Ta rzuca się i w sieni po drabinie ucieka na strych, matka trojga dzieci. I co widzi przez okienko na strychu, jej dzieci zostały przez uzbrojonych w karabiny Ukraińców poprowadzone przodem, a mordercy za nimi. Po chwili usłyszała trzy strzały, dzieci zostały rozstrzelane. Matka biegnie do męża do lasu i tam bije go z rozpaczy. Chciała uciekać wiele razy wcześniej do miasta ale mąż nie godził się na to, nie godził się opuścić gospodarstwa rolnego i tego wszystkiego, co stało w oborze. Teraz włosy rwie na głowie. Żona jego mówi, że teraz już nie pójdzie do miasta bowiem nie ma już dla kogo żyć. Sąsiedzi poprowadzili ją do miasta. Kłócili się oboje przez lata, że dali dzieci do sąsiadki Ukrainki na śmierć. I tak skłóceni szli z węzełkiem chleba w ręku.” (http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/mogilno-szewczuk_ludwika.html ).

We wsi Rohaczyn pow. Brzeżany zginął Rzadkowski Michał l. 20 (Kubów..., jw.).

We wsi Rokitnica pow. Kowel Ukraińcy zamordowali Ludwika Słomińskiego poprzez odcięcie mu głowy oraz ciężko poranili Antoninę Zyszkowską. Inni: w sierpniu 1942 roku zamordowany został Ludwik Słoniński (Adam Peretiałkowicz: „Zasmyki”, w: Biul. Inf. 27DWAK nr 1/1993). 

We wsi Romanów pow. Łuck znajomi Ukraińcy z Botynia wrzucili do studni 21-letniego Feliksa Sendę ze wsi Palcza. 

W kol. Rudka pow. Dubno zamordowali 7 Polaków.

We wsi Rudnia Potasznia pow. Kostopol uprowadzili 30-letniego kowala Adama Falkowskiego oraz 50-letniego rolnika Faustyna Dawidowicza, nad którymi znęcali się przez 12 dni aż do skonania, m.in.  zostali oni napojeni dziegciem.

We wsi Rusów pow. Włodzimierz Wołyński uprowadzili Kazimierę Marczuk, którą zamordowali poza wsią.

W kol. Ryświanka pow. Równe zamordowali kilkunastu Polaków, którzy nie opuścili wsi.

We wsi  Samołuskowce pow. Kopyczyńce zamordowani zostali Rzepa Antoni l. 30 i Gajda Piotr l. 22; (Kubów..., jw.).

We wsi Sarnki Dolne pow. Rohatyn zamordowali 2 Polaków, lat 21 i 40.

W lesie koło miasta Sarny woj. wołyńskie zamordowali 70-letniego Polaka, znachora, który długie lata leczył Ukraińców i był z nimi w przyjaźni.

We wsi Siekierzyce pow. Łuck zamordowali Stanisława Walasa, nauczyciela.

W kol. Sielce, gmina Wielick, pow. Kowel: „Stryjowie i ja uciekliśmy z Mielnicy jeszcze przed żniwami. Moja cała rodzina została w Sielcach. Dochodziły wieści, że ich już nie ma, że nie żyją. A oni od wiosny do żniw sypiali po łąkach, zbożach i lasach. W okolicznych wioskach już nie było Polaków. A mojego ojca i brata Władysława Ukraińcy zmuszali do zbierania zboża. Po żniwach Polacy nie byli już potrzebni. Na mieszkańców kolonii Sielce wydano wyrok, ale ktoś uprzedził. Zebrało się kilka rodzin, w sumie czterdzieści osób, w tym ostatnim dniu życia. Mama opowiadała, jak uciekali. Wyszli z domu o zmroku, kto mógł, wziął bagaż do ręki. Mama niosła rocznego braciszka Czesława i prowadziła czteroletnią siostrę Janinę. Opuścili dom, zostawiając konia, krowy, drób, psa na łańcuchu, tylko kot szedł za nimi. Było już bardzo niebezpiecznie, szli więc przez łąki, bagna i moczary. Na takich bagnistych łąkach w nocy banderowcy ostrzelali grupę uciekających. W grupie uciekających była ośmioosobowa rodzina Gruszko, która poszła inną drogą. Po jakimś czasie przywieziono zmasakrowane zwłoki całej rodziny Gruszków. Ksiądz z Powórska urządził pogrzeb, w którym grupa ocalonych brała udział. . (Lucyna Kulińska, Dzieci Kresów III, Kraków 2009, s. 150-155. Za: Katarzyna Kolasińska, była mieszkanka kolonii Sielce, pow. kowelski w woj. wołyńskim; w:

http://wolyn1943.wspolnotapolska.org.pl/relacje-swiadkow/wojna-dziejowa-katastrofa-katarzyna-kolasinska/ ).

We wsi Siniowce gmina Łanowce pow. Krzemieniec w sierpniu 1943 roku został  zamordowany przez OUN-UPA „leśnik” Jan Galabarda. „Jego żonę Julię zamordowano w wigilię 24 XII 1944 r.” (Edward Orłowski, w: http://www.krosno.lasy.gov.pl/documents/149008/17558056/martyrologium+le%C5%9Bnik%C3%B3w+2013.pdf ). Siemaszko..., na s. 441 podają, że nie mają posiadają żadnej informacji o losach Polaków zamieszkałych w tej wsi.

W kol. Siomaki pow. Kowel został zamordowany wraz z rodziną przez Ukraińców po napadzie na gajówkę gajowy Antoni Piotrowski. Oprócz gajowego zginęli: Piotrowska lat 50, syn Feliks lat 25 z żoną Eugenią lat 20 i ich roczne dziecko oraz drugi syn Edward lat 17. (Orłowski..., jw.).

We wsi Skurcze pow. Łuck zamordowali Falkowską, jej męża i syna zamordowali już w czerwcu.

We wsi Słoboda Rungurska pow. Kołomyja uprowadzili Wojnarowskiego, wiertacza, który zaginał bez wieści.

W kol. Smolarnia pow. Włodzimierz Wołyński upowcy wymordowali większość rodzin w tej polskiej kolonii. „Napad na naszą wieś miał miejsce w drugiej połowie sierpnia 1943 r. W pogromie brali udział Ukraińcy, którzy wymordowali prawie wszystkich Polaków, którzy zostali jeszcze w Smolarni. W naszej wiosce zginęli wtedy: moja mama Antonina la ok. 60 i tato Stanisław lat ok. 65 Sidorowicze. Mój szwagier Skawiński Bronisław lat ok. 40 i jego żona Ludwika Skawińska z domu Sidorowicz, lat ok. 35 i ich ośmioro dzieci, w tym: Adam lat ok. 12, Mieczysław lat ok. 10, Antoni lat ok. 6, Jerzy lat ok. 5 i córki: Stanisława lat ok. 18, Izabela lat ok. 16, Maria lat ok. 7 i Aniela lat ok. 3. Zginęła też moja bratowa Marianna Sidorowicz lat ok. 35 oraz jej dwie córki: Regina lat ok. 10 i Leokadia lat ok. 6. Polak Jan Gawroński, który też mieszkał w Smolarni opowiadał nam po wojnie, że do jego domu tuż przed mordem, przyszło dwóch Ukraińców: Władysław Radzik i Marczuk Piotr. Oni się dobrze z Jankiem znali, nawet przyjaźnili, dlatego przyszli do niego do domu i powiedzieli im tak: „Zbierajcie się i uciekajcie, bo was Ukraińcy pobiją, bo już na Smolarnii pobili Skawińskich, Sidorowiczów, Sawickich i Puchniaczów. I was też wybiją!” Janek Gawroński mieszkał w Smolarni tylko 3 domy od naszego domu. Później ci Ukraińcy nakazali im się zbierać i odprowadzili ich w stronę Włodzimierza, aż za ukraińską wioskę Poniczów”. Pan Kazimierz: „znajoma Ukrainka Sabina Błaszczak opowiedziała nam, jak zginęła moja najbliższa rodzina Skawińskich, mówiła tak: „Moja rodzona siostra, żona Michała Marczuka, którzy mieszkali w Smolarni opowiedziała mi, jak zginęła rodzina twojego szwagra Skawińskiego. Marczukowa chodziła po rzezi do domu Skawińskich oglądać ciała pomordowanych Polaków, to co tam zobaczyła w świetle dziennym, wstrząsnęło nią do głębi: Bronisław Skawiński miał obcięte ręce w łokciach i nogi w kolanach, jego córka Staszka została przerżnięta piłą na pół, a inne osoby zostały porąbane siekierami”. Powiedziała także: „Napad miał miejsce w połowie sierpnia, już po żniwach, nocą. Bronek już zakończył żniwa. Ukraińcy najpierw wyprowadzili wszystkich z domu, a potem wszystkich pomordowali na podwórku”. /.../ Pan Kazimierz: „Franciszek Krawiec, zięć rodziny Malec opowiadał mi w sierpniu 1943 r. we Włodzimierzu Wołyńskim, jak zginęła babcia Perekupka i jego teściowa Malec. To było tak, mówił: „Ukraińcy w czasie napadu na Smolarnię przyszli do domu rodziny Malec i zabrali ze sobą obie kobiety do stodoły. Tam je prawdopodobnie zamordowali, a następnie podpalając stodołę spalili też ciała. Następnego dnia miejscowi ludzie znaleźli dwa zwęglone ciała kobiet, osobiście widzieli to niedalecy sąsiedzi pomordowanych kobiet i wszystko opowiedzieli Franciszkowi Krawiec”. Pan Kazimierz: „Pani Marczuk, żona Ukraińca Michała Marczuka widziała na własne oczy jak pomordowano Polaków w Smolarni i wszystko opowiedziała Błaszczak Sabinie. Mówiła, że wielu Polaków uciekało ze wschodu do Włodzimierza, przez naszą wieś Smolarnię i wtedy wpadali w ręce Ukraińców, którzy przygotowali zamaskowaną zasadzkę w naszej wsi. Następnie złapanych ludzi mordowali i wrzucali do jednej studni, która znajdowała się na podwórku Piotra Szalusia Polaka ze Smolarni. Ta studnia była głęboka na 25 m, co najmniej takiej głębokości kopano u nas studnie. Każdy beton miał metr wysokości, a potrzebnych było zwykle 25 takich betonów. Ukrainka widziała na własne oczy, że studnia została zapełniona ciałami pomordowanych ludzi do tego stopnia, że było widać nogi wystające wyżej pierwszego betona. Po wojnie Szaluś osiadł w Siedliskach pod Zamościem”. Pan Kazimierz: „Mieczysław Pilczuk mieszkaniec Siedlisk, opowiadał mi w naszej wsi, w kwietniu 2003 r., że widział studnię na Wołyniu, całą napełnioną dziećmi pomordowanymi przez Ukraińców w czasie krwawych wydarzeń!” (Sławomir T. Roch: Wspomnienia Kazimierza i Antoniny Sidorowicz z d. Turowska ze wsi Dominopol w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1930 – 1944; w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl ).

We wsi Smolarze po. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 3 Polaków z rodziny Adamkiewiczów, w tym 2 kobiety.

W leśniczówce Smolna pow. Kowel zamordowali 11 Polaków (Mirosława Bacławska: Dlaczego? ; w: Świadkowie mówią, Warszawa 1996, s. 33). Inni: „W leśnictwie Smolna gmina Górniki pow. Kostopol został zamordowany z innymi mieszkańcami leśniczówki przez uzbrojonych Ukraińców  leśniczy Henryk Maliszewski. Ofiarą był także syn, któremu przed śmiercią wydłubano oczy i zrobiono „krawat” z języka.” (Edward Orłowski..., jw.).

We wsi Sobieszów pow. Sokal zamordowali 2 Polaków, kolejarzy.

We wsi Spaszczyzna pow. Włodzimierz Wołyński: Ze Spasowszczyzny nadchodzą straszne wieści. Wszyscy krewni ojca zostali zamordowani. Trzydzieści osób” (http://www.polskatimes.pl/magazyn/171771,bog-wtedy-patrzyl-w-inna-strone-a-ludzie-nie-mogli-im-pomoc,id,t.html#material_5 ).

We wsi Stawki pow. Włodzimierz Wołyński upowcy kołkami zatłukli 3 Polki: Annę Koc i 2 jej córki, przywiezione z kol. Stanisławów, natomiast pod koniec sierpnia wymordowali wszystkie polskie rodziny mieszkające tutaj, liczące około 40 osób

We wsi Stężarzyce pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali Albina Danilczuka „Zabużniaka”, członka AK z Horodła.

W kol. Suchy Róg pow. Równe zamordowali Franciszka Kowalczyka podczas żniw.

Kolonia koło wsi Swojczów pow. Włodzimierz Wołyński: „Najmłodsza córka Marcina i Tekli Kaliniak miała na imię Leokadia, mieszkała w domu Antoniego i tam też było jej wesele w 1934 r. Wyszła za mąż i zamieszkała w kolonii na północ od Swojczowa, to było blisko od Swojczowa. Widywałam ich razem w naszym Kościele. Mieli dwoje małych dzieci, a z trzecim ciocia była w stanie błogosławionym. Żyli sobie tam spokojnie, aż po dzień, w którym na ich posesję napadli Ukraińcy. Dwa, trzy dni wcześniej do ich domu przyjechali na wozie Ukraińcy i oznajmili, że zabierają do lasu męża Leokadii z wozem i końmi, niby że miał im tam w czymś pomagać. Oczywiście z ta chwilą, wszelki ślad po nim zaginął, zamordowali biedaka, a ciało gdzieś zakopali. W domu została już tylko matka zamordowanego syna oraz żona z dwójka dzieci. I oto chodziło właśnie zbójom banderowcom. Świadkiem naocznym tych wydarzeń była matka męża Leokadii, która ukryła się na strychu budynku stojącym blisko ich domu i obserwowała podwórko. Zobaczyła jak banderowcy wchodzą do domu, a za chwilę wyprowadzają dwoje dzieci około 4 i 5 lat oraz matkę Leokadię. Zaraz też na oczach ukrytej babci zarąbali siekierami tych dwoje niewinnych dzieci, a babcia widząc to z ukrycia umierała wprost z bólu. Zaraz potem nożami wycieli z łona Leokadii żyjący płód i szczątki nadziali na sztachetę w płocie, zmuszając ciężko ranną ale żyjącą Leokadię, by patrzyła na konające dziecko. Mówili przy tym do niej: „Patrz tu polskiego orła!” Po tych słowach zaczęli ją dalej mordować, aż zamęczyli. Potem zostawili tak ciała i odeszli, teściowa tymczasem nocą zeszła na podwórko, ciała wciąż pozostawały w miejscu mordu. Nic nie mogąc zrobić uciekła do lasu i skierowała się do miastaę (Regina Schab z d. Kaliniak, w: www.stankiewicze.xom.ludobojstwo.pl ; relację spisał Sławomir. T. Toch).

W kol. Szopy pow. Kostopol zamordowali około 30 Polaków.

We wsi Terebejki pow. Luboml, prawdopodobnie 30 sierpnia, Iwan Paciuk, sotnik UPA z rejonu wsi Sokół, były gajowy, razem z synem Wasylem, zamordowali rodzinę. Matyszczuków. Jana Matyszczuka, lat 40, zakłuli widłami a następnie porżnęli na kawałki, jego żonę Janinę zakłuli widłami, a ich dzieci: 16-letniego Stefana, 14-letnią Weronikę i 8-letniego Jana – zarąbali siekierami. W dwa dni później zamordowali oni drugą polska rodzinę – Mordaczów. Stefana Mordacza, lat 48, zarąbali siekierą, jego żonę Stefanię zakłuli bagnetem, ich dwoje dzieci: 8-letnia Marię i 6-letniego Jana – powiesili w kuchni na hakach.

We wsi Tołpyżyn pow. Dubno Ukrainiec Nowyćkyj zarąbał siekierą swoją żonę Polkę na oczach ich kilkuletniego syna.

Koło Tuczyna pow. Równe Ukraińcy zamordowali co najmniej 6 Polaków: sąsiad Ukrainiec zaprosił Polaka i go zamordował, a następnie jego syna, który przyszedł po ojca, gdy ten nie wracał; w tym czasie inni Ukraińcy zatłukli kijami innego Polaka, a następnie zamordowali jego żonę i dzieci.

We wsi Turia pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy ze wsi Rewuszki zabrali polską nauczycielkę Marię Oświecimską z jej 13-letnim synem i zamordowali ich po drodze do wsi Rewuszki.

W mieście powiatowym Turka woj. lwowskie: „W ostatnich czasach miały miejsce liczne napady band na ludność polską, zamieszkałą na terenie b. Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Samborze. Najwięcej takich napadów zaistniało na terenie Delegatury w Turce n/Stryjem. Dla dokładnego zbadania tych incydentów udałem się w towarzystwie p. inżyniera Wasunga, Referenta organizacji Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Drohobyczu w dniu 24 bm. do Turki n/ Str., gdzie na miejscu zdołano ustalić następujący stan sprawy. Jeszcze w sierpniu br. zastrzeliła banda, złożona z trzech osób niejakiego Jarosza, kierownika Liegenschaftu w Bobrce ad Turka n/Str. W czasie zamachu obecną była żona i syn denata w mieszkaniu. Sprawcy pozostawili jednak w spokoju żonę i syna denata.” (1943, 26 września – Raport Delegatury PolKO w Samborze dotyczący napadów na ludność polską w rejonie Turki - wizja lokalna przedstawicieli PolKO. W: B. Ossol. 16722/1, s. 317-320).

W kol. Turówka pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zamordowali 3 Polaków, w tym małżeństwo.

W kol. Tworymierz pow. Łuck w obronie Polaków z Przebraża dokonujących żniw zginął Roman Polewiak z samoobrony.

We wsi Tynne pow. Sarny został zamordowany w gajówce przez bojówkę bulbowską praktykant leśny Jerzy Czermak lat 20. (Edward Orłowski..., jw.).

W majątku Uhrynów pow. Łuck w drugiej połowie sierpnia 1943 roku: „Samoobrona polska z Niemcami z Łucka pojechali do majątku Uhrynów, gdzie stała placówka Niemców w tym majątku. Ogłosili Niemcy, że kto ma konie i powóz, to żeby pojechali do Uhrynowa na żniwa zebrać sobie chleba na zimę i koniom paszy. Wtedy zgłosiło się aż 300 osób na te żniwa, bo każdy obawiał się w mieście głodu, gdyż naprawdę w tym roku 1943 mało zbiorów zebrano przez tą bandę ukraińską. No i pojechali na dwa tygodnie, kto miał kosę to kosą, kto miał sierp to sierpem i za dwa tygodnie dużo zebrali zboża. Jedni zżęli, to znaczy pracowali w polu, a drudzy wartowali z karabinami, ale Ukraińcy wykorzystali, że tyle zboża zżęte i namłóconego mieli załadowanego do odjazdu. Jak zebrali swoją siłę, napadli na cały obóz, to tak bili się, odbijali cały dzień. Kto zdążył uciec do majątku, to ci się uratowali, a kto był dalej w polu to zabili i tak inni pochowali się do takich czworaków, bo były murowane, takie mieszkania dla robotników oddalone jakieś cztery kilometry od pałacu, to tam się skryło dużo osób. Moja kuzynka z mężem i dzieckiem siedmio-miesięcznym to w tym czworaku się też ukryła. Jak bandyci tam doszli to szukali we wszystkich czworakach i znaleźli ich tam siedzących na ziemi, razem 17 osób i tak ich wszystkich sztyletami zabili. Moja kuzynka została zabita, a dziecko nie tknięte. Po tym, jak bandyci odeszli, Polacy zaczęli chodzić i zbierać trupy z pola i ktoś z Ukraińców powiedział, że w czworaku jest dużo zabitych, weszli i zobaczyli tyle zabitych, a przy piersi moja kuzynka Jadzia (Demko – przypis S.Ż.) z Budek Kołodeskich trzyma dziecko i ta dziewczynka ssała pierś, a matka nie żyła już. Była chyba jeszcze przytomna kiedy trzymała dziecko ręką, a ono ssało pierś nieżywej matki i tylko tego aniołka sztylet nie sięgnął. Zostało tylko jedno malutkie dziecko. Jakaż to boleść dziadkom nad tym dzieckiem. Przywieźli ją do Łucka i babcia wychowywała sierotkę i płakała całe życie, aż w końcu zmarła na raka. Leży w Pasłęku na cmentarzu, bo tam mieszkała po wojnie. Niemcy dali znać do Łucka, przyjechało więcej osób uzbrojonych w CKM-y. Naładowali zboże gdzie mieli na co, na wozy, samochody niemieckie i pod eskortą Samoobrony wrócili do Łucka z wielką stratą w ludziach, bo zginęło 45 osób, których przed odjazdem pochowali koło pałacu w parku. Doszły słuchy, że Ukraińcy zrównali z ziemią, aby nikt nigdy nie znalazł grobów.” (Wspomnienia Józefy Wolf z domu Zawilskiej; w: http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/aleksandrowka-jozefa_wolf.html)   

W kol. Urszulin pow. Równe zamordowali około 50 Polaków.

We wsi Uścieczko pow. Zaleszczyki:W sierpniu 1943 r. zostali zamordowani: Towarnicki i.n.;  Ryczko Zdzisław.” (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw., tom 7). 

W miasteczku Uściług pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali kilkunastu Polaków.

We wsi Werba pow. Dubno zamordowali 30 Polaków.

W kol. Wielki Las pow. Łuck zamordowali 5 Polaków: Józefę Żołędziewską lat 16, Kazimierza Żołędziwskiego lat 40, jego żonę i dzieci. 

W kol. Wielkie pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali Anielę z d. Rosa, matę 5 dzieci.  .

W kol. Wiktorówka pow. Kowel zamordowali 2 Polaków, w tym kobietę.

W kol. Wiszenki pow. Łuck ostrzelali przez drzwi kościoła zgromadzonych tam Polaków.

Na drodze do Wiśniowca pow. Krzemieniec napadli na 2 ciężarówki jadące po kontyngent, zamordowali 4 Niemców oraz około 20 Polaków, w tym kobiety z dziećmi.

W miasteczku Włodzimierzec pow. Sarny podczas nocnego ataku na Polaków broniących się w kościele upowcy zdetonowali minę od której zginęły 2 Polki: Anna hr. Krasicka (w starszym wieku) oraz jej córka hr. Prądzyńska.

W kolonii Włodzimierzówka pow. Włodzimierz Wołyński: „Od tygodni i na codzień w mieście spotykałam wielu poranionych ludzi, wielu uciekinierów z różnych stron Wołynia, niekiedy do miasta przywożono także ciała pomordowanych. Raz jeden, gdzieś pod koniec sierpnia Niemcy przywieźli siedem trumien, a w nich ciała pomordowanych. Właśnie przechodziłam tą ulicą i widziałam, że był tam już tłum ludzi, zatem popatrzyłam i ja. Byłam przerażona tym, na co teraz patrzyłam. To była polska rodzina z polskiej wsi Włodzimierzówka, wszyscy mieli wydłubane oczy, tak że wisiały na policzkach, języki mieli powyciągane, aż poniżej brody, brzuchy były porozcinane, a do środka zapchany był drut kolczasty. Czworo dzieci miało powykręcane nogi i to tak okrutnie, że aż skóra popękała na nogach. Stałam tam przez chwilę i słyszałam, jak ludzie opowiadali sobie tak: „Ten zabity dziadek był Ukraińcem i dostał rozkaz od innych Ukraińców: „Albo ty zabijesz swoją rodzinę, albo my wykończymy was wszystkich!”. Ponieważ ten dziadek, podobno się opierał, zbrodniarze zrobili tak, jak zapowiedzieli.”. Gdy ludzie powtarzali sobie tę historię z ust do ust, Niemcy fotografowali zmasakrowane ciała rodziny polsko – ukraińskiej. Długo tam już nie stałam i zdruzgotana wróciłam do domu. Zdarzenie to miało miejsce, już po rzezi na Teresinie”. (Sławomir Roch:  Wspomnienia Heleny Wójtowicz z d. Karbowiak z osady Budki Kohyleńskie w pow. Włodzimierz; w: http://wolyn.btx. pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/251-wspomnienia-heleny-wojtowicz-z-d-karbowiak-z-osady-budki-kohyleskie-w-pow-wodzimierz.html). 

W kol. Wodnik pow. Równe zamordowali 5 Polaków.

We wsi Wojnicz pow. Horochów zarąbali siekierami 8 Polaków: chłopca oraz 7-osobową rodzinę Iwanickich.

We wsi Wolica Komarowa pow. Sokal zamordowali 3 Polaków  dziadka, jego syna i wnuka; wśród morderców był sąsiad Ukrainiec Piotr Duszko.

We wsi Wołczak pow. Włodzimierz Wołyński przywieźli do gajówki około 20 Polaków ze wsi Makowicze; m.in. rozstrzelali 2 rodziny z dziećmi od 9-miesięcznej Jadwigi Jurkowskiej do 12-letniej Ireny, około 20 Polaków.

We wsi Wołkoszów pow. Równe zamordowali 16 Polaków, w tym 2 rodziny 4-osobowe oraz ojca z dziećmi.

We wsi Wołoszki pow. Kowel miejscowi Ukraińcy zamordowali 6 Polaków uciekających ze wsi Byteń.

W kol. Woronucha pow. Równe upowcy zamordowali co najmniej 13 Polaków, w tym 7-osobową rodzinę Ostrowskich, 4-osobową rodzinę Piotrowskich, oraz Chorążewską z małym dzieckiem. Mieszkańcy Woronuchy ewakuowali się w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia do Huty Starej. „Kilka rodzin nie przybyło jednak na miejsce wyjazdu. Podjęli decyzję  wyruszenia do Międzyrzecza i Równego. Tam mieli znajomych, bliskich i krewnych. Po naszym wyjeździe zwlekali parę dni. Zostali napadnięci i wymordowani” (Franciszek Marcinkowski: Woronucha. Lublin 2002, s. 45). 

We wsi Wólka Wierbiczańska pow. Kowel chłopi ukraińscy zarąbali 5 Polaków: rodziców z synem oraz  rodzeństwo (brata z siostrą) przebywających w tej rodzinie.

We wsi Wydżgów pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy wymordowali mieszkających tutaj Polaków, kilkanaście rodzin, liczby ofiar nie ustalono. Stanisława Pałka „wydarzenia z 1943 r. poznała z opowiadań  swoich bliskich. Jedną z nich była kuzynka Amelia Steczuk, która jako czteroletnia dziewczynka przeżyła własną śmierć.  Amelia z siostrą Bronisławą i rodzicami mieszkała w Wydżgowie (gm. Olesk, pow. Włodzimierz). Pod koniec sierpnia 1943 r. wioska została ostatecznie oczyszczona z Polaków. Wydarzenie to prawdopodobnie zaskoczyło rodziców dziewczynek podczas pracy w polu, gdzie natychmiast się ukryli. Córki w tym czasie przebywały w domu lub w jego pobliżu. Obie córeczki miały zostać uśmiercone przez uderzenie łopatą w tył głowy. Po zadaniu ciosów przez oprawcę zostały wrzucone go dołu po ziemniakach i przysypane ziemią. Po bliżej nieokreślonym czasie Amelka, która leżała na Broni ocknęła się i wydostała na powierzchnię. Oszołomiona doszła do gospodarstwa Ukraińców. Wskutek urazu głowy i szoku straciła mowę. Sąsiedzi schowali ją w piwnicy i zawiadomili Polaków, że mają ocalałą dziewczynkę. Następnej nocy pojawił się jakiś mężczyzna i zabrał dziecko w bezpieczniejsze miejsce. Z czasem Amelka odzyskała mowę lecz była ona zaburzona. Szczęśliwie odnaleźli się także jej rodzice.”  (Stanisława Pałka: Z Wołynia do Ziemi Iłżeckiej' w: http://www.ilza.com.pl/aktualnosci,83,artykuly,5,1300,z_woynia_do_ziemi_ieckiej,20 ).

W kol. Zalesie pow. Kostopol zamordowali 4 Polaków; 1 mężczyznę, 1 kobietę oraz „upowcy pochwycili i okrutnie zamordowali dwie młode dziewczyny, siostry Dąbrowskie” (Siemaszko..., s. 216).

We wsi Zahajce Wielkie pow. Krzemieniec zamordowali 25-letniego Stanisława Śliwińskigo oraz spalili kaplicę rzymskokatolicką.

We wsi Załuże pow. Krzemieniec zamordowali 4 Polaków podczas żniw. Oraz: „Wiktoria Kaszuba (1924-1943) po romansie z Ukraińcem - nazwisko znane rodzinie - została zastrzelona przez bandę UPA-OUN w czasie ucieczki w sierpniu 1943 roku.” (http://wolyn.republika.pl/opisy/zaluze-05.html  ). 

We wsi Zamszany pow. Kowel wg raportu Jadwigi Zalewskiej („Kora”, „Iwa”) upowcy wymordowali 75 rodzin polskich; W. i E. Siemaszko podają, że liczba ofiar jest nieznana, gdyż wątpią w podane liczby w raporcie.  

We wsi /kolonii?/ Zastawie koło Kohylna pow. Włodzimierz Wołyński:  Kazimierz  Sidorowicz: „Dziadek Bolesław Roch na rok przed swoją śmiercią, mówił mi jak zabito jego bliską rodzinę, jego kuzynów. Powiedział, że staruszka Ukrainka z Kohylna, którą nazywano Koteluczka mówiła rodzinie Rochów w Kopyłowie pod Hrubieszowem, że Rochów z Zastawia Ukraińcy wieźli wozem do Kohylna, aż pod samą cerkiew i tam powiesili ich na lipach przy cerkwi. Ponieważ mieszkała w Kohylnie tuż przy drodze widziała i słyszała, jak Ukraińcy wieźli rodzinę Grzegorza Rocha na miejsce ich przeznaczenia. Żona Grzegorza, Rochowa prosiła w głos Matkę Bożą, aby ich uratowała od niechybnej śmierci. Prosiła, a nawet głośno krzyczała: "Ludzie ratujcie!". Koteluczka poznała, że ci którzy ich wieźli na miejsce stracenia to byli miejscowi Ukraińcy z Kohylna. Opowiadała to Stanisławowi Roch, który z kolei opowiedział to Bolkowi Roch. Stara Koteluczka nazywała się tak po mężu, Ukraińcu Honoprym Kotyluku.” „Dobrze mi znany Franciszek Kuszpit opowiadał mi w Siedliskach, już po wojnie o losach jego matki, mówił tak: „Moją mamę Rozalię Kuszpit, która mieszkała na Zastawiu zamordował sąsiad Ukrainiec z Kohylna.” Z tego co mi wtedy mówił, mordercą był ten Ukrainiec który mieszkał w Kohylnie sam tylko z matką, a tragedia miała miejsce gdzieś w sierpniu 1943 r. Franciszek dowiedział się o tym od pewnej Ukrainki, którą odwiedził w Kohylnie. Według tego co mi opowiadał, było to tak: do naszych stron szybko zbliżał się front, Sowieci mocno napierali, Niemcy potrzebowali wielu ludzi do kopania okopów dla potrzeb wojska niemieckiego. Zabrali więc z domów wielu Polaków, w tym także Franciszka Kuszpit. Robotnicy zakwaterowani zostali we wsi Oseredek, tam jednego dnia Franciszek poprosił jednego Niemca, może mu dobrze zapłacił, aby udał się z nim do jego rodzinnego domu na Zastawiu. Niemiec zgodził się i poszli, jednak gdy przyszli na miejsce ich domu już nie było, został rozebrany, nigdzie też nie mógł odnaleźć swojej matki. Wtedy udali się do ukraińskiej wsi Kohylno i tam właśnie dowiedział się w domu jakiejś ukraińskiej kobiety, że jej matkę zabił Ukrainiec z Kohylna. W tej sytuacji zrozpaczony wrócił do obozu w Oseredku. Mord na wdowie Rozalii, musiał być gdzieś w sierpniu 1943 r. Mąż Rozalii Kuszpit był z zawodu kowalem i umarł jeszcze przed wybuchem wojny w 1939 r. Jego syn Franciszek poszedł w ślady ojca i też był z zawodu kowalem. Franciszek Kuszpit wziął za żonę Krystynę i mieszkali razem ze swoją mamą Rozalią na Zastawiu, aż do dnia w którym razem z żoną, pod wpływem grożącego niebezpieczeństwa uciekli do Włodzimierza Wołyńskiego. Mama została w domu na Zastawiu, nie chciała uciekać do miasta i prawdopodobnie zginęła. Franciszek miał jeszcze rodzonego brata, miał na imię chyba Fabian, nie wiem co się z nim stało.” (Sławomir T. Roch: Wspomnienia Kazimierza i Antoniny Sidorowicz z d. Turowska ze wsi Dominopol w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1930 – 1944).

We wsi Zaturce pow. Horochów pod koniec sierpnia zamordowali polskie drużyny żniwne podczas pracy w polu liczące co najmniej 10 Polaków.

W osadzie Zawały Las pow. Horochów zamordowali 17 Polaków.

We wsi Zielony Dąb pow. Zdołbunów upowiec zastrzelił 18-letnią Jadwigę Wereszczyńsą, gdy po rzezi przyszła z 2 innymi Polakami po żywność.

We wsi Zofiówka pow. Dubno upowcy zamordowali 8 Polaków.

W kol. Zwierzyniec pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali polskie małżeństwo: 66-letniej Annie Garczyńskiej odcięli głowę, którą potem dzieci ukraińskie ciągnęły za włosy po drodze; 68-letniego Łukasza Garczyńskiego związali drutem kolczastym i wrzucili do studni.

 

   Przed żniwami:  

We wsi Bołażówka pow. Krzemieniec Ukraińcy zachęcili Polaków do powrotu, po czym ich wymordowali, około 25 Polaków.

We wsi /majątku?/ Nowosiółki pow. Równe:Mama Stanisławy Szewczyk z domu Kowalskiej, w wieku 96 lat, została zamordowana przez Ukraińców we wsi Nowosiółki pod Równem. W czasie napadu bandy UPA była schowana w zbożu przed żniwami. Miała tam poduszkę i pierzynę. Miejsce jej ukrycia zdradził pies, który zerwał się z łańcucha i do niej pobiegł. Jeden z synów wrócił do wioski mimo ostrzeżeń niektórych Ukraińców o grożącej śmierci i pochował matkę w sadzie w dywanie”. (Wspomnienia Heleny Krzesiak, z domu Szewczyk; w: http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/korabliszcze-szewczyk_helena.html ).

We wsi Przemorówka pow. Krzemieniec Ukraińcy zachęcili Polaków do powrotu, po czym ich wymordowali; ilości ofiar nie ustalono.

We wsi Suraż pow. Krzemieniec Ukraińcy zachęcili Polaków do powrotu, po czym ich wymordowali, ilości ofiar nie ustalono.

We wsi Załuże pow. Krzemieniec Ukraińcy zachęcili Polaków do powrotu, po czym ich wymordowali, ilości ofiar nie ustalono.

 

   Podczas żniw:  

W osadzie Chrobrów pow, Łuck: Opowiada Tadeusz Filipczak, mieszkaniec osady Chrobrów pow. Łuck:  „W Torczynie przebywaliśmy koło miesiąca, gdzie zebrało się więcej uciekinierów z polskich wsi. Nie można było jednak przebywać tam dłużej dlatego pod eskortą Niemców kolumna ocalałych z rzezi Polaków została przeprowadzona do Łucka. W tym dużym mieście wydawało się być bezpiecznie, ale były problemy nie tylko z mieszkaniami ale i wyżywieniem znacznej liczby uciekinierów z różnych stron Wołynia. Nasza rodzina podobnie jak i inne pozostawiły swoje gospodarstwa bez opieki ale do ostatniego dnia pobytu zadbane, a więc np. obsiane zbożami. Dlatego też w czasie żniw rodzina moja postanowiła wrócić po zbiory. W grupie osób które wyruszyły był również mój dziadek z babcią. Żniwiarze cały dzień pracowali bez zakłóceń i wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Jednak kiedy wszyscy zbierali się do powrotu, moi dziadkowie pozostali chwilę dłużej by dokończyć zbioru. Gdy skończyli ruszyli samotnie w drogę powrotną ale daleko nie ujechali. Banderowcy zaskoczyli ich na drodze. Dziadka wrzucili jak kłodę drewna na wóz siadając na nim a babcie przywiązali do wozu i tak ją ciągnęli. Jak dojechali do gospodarstwa oboje wrzucili do studni, prawdopodobnie już nie żyli. To nie był odosobniony przypadek, w tym czasie na całym Wołyniu trwało już polowanie na Polaków w sposób otwarty i w najgorszej formie.” (Bogusław Szarwiło: Zamordowali również Ukraińca Siańko Klepca, bo uprzedził Polaków o napadzie; w: http://wolyn.org/index.php/informacje/1201-zamordowali-rowniez-ukrainca-sianko-klepca-bo-uprzedzil-polakow-o-napadzie).  

We wsi Czaruków pow. Łuck: “Nasza rodzina podobnie jak i inne pozostawiły swoje gospodarstwa bez opieki ale do ostatniego dnia pobytu zadbane, a więc np. obsiane zbożami. Dlatego też w czasie żniw rodzina moja postanowiła wrócić po zbiory. W grupie osób które wyruszyły był również mój dziadek z babcią. Żniwiarze cały dzień pracowali bez zakłóceń i wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Jednak kiedy wszyscy zbierali się do powrotu, moi dziadkowie pozostali chwilę dłużej by dokończyć zbioru. Gdy skończyli ruszyli samotnie w drogę powrotną ale daleko nie ujechali. Banderowcy zaskoczyli ich na drodze. Dziadka wrzucili jak kłodę drewna na wóz siadając na nim a babcie przywiązali do wozu i tak ją ciągnęli. Jak dojechali do gospodarstwa oboje wrzucili do studni, prawdopodobnie już nie żyli.” (Bogusław Szarwiło: Pamięć wykuta w kamieniu; w: KSI nr 6 z 2013 r.). 

We wsi Rachmanów pow. Krzemieniec Ukraińcy zamordowali 32 Polaków, którzy wrócili z Szumska do swoich gospodarstw dokonać żniw.

 

   Po żniwach:  

We wsi Waśkowce pow. Krzemieniec Ukraińcy zachęcili Polaków do powrotu i po żniwach ich wymordowali, ponad 20 Polaków. 

 

   Latem 1943 roku:  

We wsi Adamówka pow. Kostopol Ukraińcy uprowadzili ze wsi Gliniszcze Zygmunta Stelczyka i kłuli go nożycami do strzyżenia owiec aż do zgonu.

W kol. Anielówka pow. Kostopol zamordowali 2 starsze Polki, siostry.: Jadwigę Baraniecką, lat 67, oraz Mariannę Olejarz, lat 65.    

W kol. Apanowszczyzna pow. Horochów przy pomocy siekier i wideł zamordowali 20 Polaków.

W majątku Beheń pow. Równe Ukraińcy zamordowali 6-osobową rodzinę administratora majątku Krępskiego.

We wsi Bermeszów pow. Horochów: patrz: 21 sierpnia 1943 r. 

W kolonii Bereżyce koło Lubieszowa pow. Kamień Koszyrski: „Moi rodzice zakupili gospodarstwo w kolonii Bereżyce. Do Lubieszowa było 10 km drogi, przy której po lewej stronie leżała Reymontówka, a po prawej kolonia Bereżyce.  /.../  Latem 1943 przychodziły wieści, że na południu Wołynia banda UPA Polaków morduje. /.../ Moim rodzicom szkoda było opuszczać gospodarstwo. Ukrywali się w lesie. Do domu przychodzili coś ugotować i krowy pozaganiać do obory. Jednego ranka psy zaszczekały, to my uciekli do lasu. Dom był zamknięty na kłódkę. Wróciliśmy wieczorem. Kłódka zerwana. Co lepsze z domu wyniesione. Nawet powłoki z pierzyn. Konia z wozem też zabrali. Mama poszła do sąsiada, który był prawosławnym Poleszukiem, po zapałki. Chciała coś ugotować. A sąsiad mówi: "Uciekajcie, bo was szukają. Mają wszystkich Polaków wyrżnąć. Janka Andrzejaka wraz z matką złapali i zabili”. Mama już zapałek nie brała, tylko nasypała zboża kurom w szopie i wlała wody. I zaniosła zegar do sąsiada. Bo to pamiątka. Rodzice brali ślub w 1924 roku i kupili zegar, by wybijał im wspólne godziny życia. Rodziców już nie ma, a zegar wybija godziny w moim domu. Po przestrodze sąsiada zabraliśmy pierzyny, trochę odzieży i opuszczaliśmy gospodarstwo. Dla bezpieczeństwa szliśmy lasami i przez Stochód dotarliśmy do chutoru Zareka. Przyjął nas poleski gospodarz, dał miejsce w szopie na nocleg.” (Gazeta Lubuska  - W Lubieszowie UPA spaliła ludzi żywcem, a kto uciekał został rozstrzelany - wspomina pani Zofia Ferendz; 8 maja 2010; w: http://www.gazetalubuska.pl/artykuly-archiwalne/art/7852667,w-lubieszowie-upa-spalila-ludzi-zywcem-a-kto-uciekal-zostal-rozstrzelany-wspomnina-pani-zofia-ferendz,id,t.html ).

We wsi Binduga  pow. Luboml: „We wsi Binduga mieszkali moi rodzice, Karol i Józefa Mikołajczuk z trojgiem dzieci, Bronisławem, Karoliną i Zofią. Józefa i Bronisław Mikołajczuk zostali zamordowani w 1943 roku przez Ukraińców. Karol z dwiema córkami przeżył” (Zofia Kotula z d.  Mikołajczuk; w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl ). W. i E. Siemaszko opisując Bindugę na s. 489 – 490 nie podają tych ofiar, natomiast wymieniają 5 innych zamordowanych Polaków. Natomiast na s. 152 – 153 podają, że w Kolonii Dąbrowa k. Woronczyna pow. Horochów 24 sierpnia 1943 roku upowcy zamordowali m.in. pochodzących z Bindugi kilka osób z rodzin Mikołajczuków, nie ma jednak wśród nich Józefy Mikołajczuk z synem Bronisławem.

We wsi Dąbrówka gmina Wielick powiat Kowel został zamordowany przez Ukraińców w czasie powrotu z Kamienia Koryckiego do Kowla Polak, właściciel młyna, płk WP. (Orłowski..., jw.).

Koło wsi Bobły pow. Kowel upowcy zamordowali 3 córki Karola Mroziuka, lat 3, 12 i 14, które za namową sąsiadki Ukrainki zostawili u niej na noc sami ukrywając się w lesie.

W miasteczku Bursztyn pow. Rohatyn zamordowali Zarębę. 

We wsi Ceperów pow. Łuck wymordowali kilka rodzin polskich, liczby ofiar nie ustalono.

We wsi Chromiaków pow. Łuck Ukraińcy zatłukli kijami nad stawem polską nauczycielkę Wandę Woynarowską, jej byli uczniowie.

We wsi Dermanka pow. Kostopol:  Dermanka, rodzinna miejscowość Antoniny Woźniak, leżała na lewym brzegu rzeki Słucz, 3 km od granicy polsko-sowieckiejAntonina Woźniak: „Kiedy byliśmy na Polesiu, kilku mężczyzn postanowiło dotrzeć do Dermanki i odkopać trochę ukrytego jedzenia. Jeszcze przed Słuczą banderowcy złapali ich, związali kłującym drutem, polali ropą, podpalili i puścili z góry do rzeki.” („Jak naszą wieś mordowali, to było Boże Ciało”, w: http://wolyn.org/index.php/informacje/972-jak-nasza-wies-mordowali-to-bylo-boze-cialo . Art.Czasem  dumam nad moim Wołyniem” wyszukał i wstawił: B. Szarwiło. Za: Echo Katolickie 13/2016; w: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/IH/echo201604-wolyn.html?no_header=1&no=1 ).

Koło miasta powiatowego Dubno woj. wołyńskie Ukraińcy  zamordowali małżeństwo Targoszów.

W kol. Dziadowiec pow. Łuck upowcy wymordowali kilka lub kilkanaście rodzin polskich, liczby ofiar nie ustalono.

We wsi Hać (Hat') pow. Łuck; świadek Józef Koziński (ur. 1932 r. we wsi Omelno): Boguszewski był w naszej wsi, w Omelnie. Rodzice pomarli, i on był sierotą. I jego brat, on niemową był, poszedł do swojego brata, to był taki Hać to koło Błażowa [Błażowego?]. On z bratem został, ten Boguszewski. Przyszli też z powstańczej armii i „Ty – mówi – chyba jesteś szpiegiem, bo nie poszedłeś do wojska do…” [do Boguszewskiego, starszego brata]. Ich wzięli, i tę żonę, i tego brata, wyprowadzili i pomordowali ich”. (Relacja z książki „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943”). W wsi i majątku Hat' (Hać) Ukraińcy zamordowali 5 Polaków w czerwcu 1943 roku (Siemaszko..., s. 639). Nie ma wśród nich Boguszewskiego z bratem i jego żoną, którzy zginęli zapewne latem 1943 r. 

We wsi Hajki pow. Włodzimierz Wołyński  40-letniego Józefa Lemiechę  ukrywającego się na bagnach zamordował syn Ukrainki, która nosiła mu jedzenie; jego żona i 6-letni syn dostali pomieszania zmysłów, od czego syn zmarł.

W kol. Honczarka pow. Łuck  upowcy napadli na zagrodę polską, ilość ofiar nie jest znana.  

Między wsią Horynka a Kunińce pow. Krzemieniec w zasadzę wpadło 40 Polaków z Wiśniowca jadących po żywność, upowcy obdarli ich do naga i w lesie wymordowali (uciekło nago 2 Polaków, nauczyciel i były sekretarz Sądu grodzkiego w Wiśniowcu).

We wsi Hryniawa woj. tarnopolskie zamordowali 4 Polaków: troje dzieci i teściową leśniczego Bolesława Weryńskiego, uratowała się poraniona i nieprzytomna żona leśniczego, oprawcy sądzili że ona też nie żyje; leśniczy był wówczas w pracy.

W nadleśnictwie Hubin pow. Horochów zamordowali starsze małżeństwo Konefałów.  

We wsi Izów pow. Włodzimierz Wołyński podczas żniw, po lipcowych rzeziach Polaków, „powstaniec ukraiński” o nazwisku Łupinka z Izowa przechwalał się ilu Polaków zamordował i jak polskie dzieci nasadzał na kołki. M.in. zastrzelił on Jana Strójwąsa ożenionego z Ukrainką. Po wojnie został rozpoznany w Polsce jako działacz wysokiego szczebla w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, nosił inne nazwisko (Siemaszko..., s. 819).

We wsi Jankowce pow. Krzemieniec zamordowali Polkę, Polańską.  

W nadleśnictwie Jasień n/Łomnicą pow. Kałusz został zamordowany bestialsko wraz z rodziną po napadzie grupy UPA na leśniczówkę leśniczy Mianowski  (Edward Orłowski..., jw.).

W kolonii Karczunek pow. Włodzimierz Wołyński: „Pierwszą rodziną napadniętą na naszej kolonii była rodzina Józefa Garbatego. Pamiętam jak pewnego dnia od rana ludzie w naszej wsi opowiadali sobie, że zamordowano pana Józefa Garbatego lat ok. 45 Było to tak: w nocy do jego domu przyszli Ukraińcy i dostali się do środka, zaraz potem zarąbali go siekierą, uderzając w głowę. Część mózgu była na ścianie, widziałam to osobiście jako dziecko, ponieważ moi rodzice poszli tam z innymi ludźmi, aby coś z tym ciałem zrobić, a ja pobiegłam za nimi. To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy widziałam zabitego człowieka i to tak tragicznie. Ciało leżało na łóżku, głowa była rozłupana, bowiem mama moja mówiła, że pozbierali ją do kupy. Ja sama, gdy zobaczyłam ciało i krew na ścianie, zaraz stamtąd uciekłam. /.../  Druga rodzina polska wymordowana w naszych okolicach mieszkała niedaleko naszej kolonii, ale dziś już niestety nie pamiętam dokładnie gdzie, nie pamiętam też nazwiska tej rodziny. W naszym domu nasi rodzice opowiadali nam, że dom tej pobitej rodziny został napadnięty przez jakąś bandę ukraińską w nocy. W czasie tego najścia w domu była tylko matka chyba z czwórką małych dzieci, było w każdym razie tych dzieci kilkoro. Gdy Ukraińcy dostali się do środka domu mąż był ukryty na „górce” (chyba na strychu ich obory) i wszystko osobiście widział i słyszał, a choć strasznie cierpiał nie był w stanie im pomóc. Tymczasem bandyci wszystkich w domu okrutnie pomordowali, nie wiem jednak w jaki sposób. Byłam za to na pogrzebie ofiar, który był w kościele, przybyło na to żałobne nabożeństwo dużo ludzi. Słychać było płacz i lament, wszyscy w koło powtarzali, że zabili niewinną matkę z małymi dziećmi. Osobiście widziałam trumny, a wśród nich także małe i nawet jedna była taka malutka. Ludzie bardzo przejęci tym co się stało, wciąż powtarzali miedzy sobą tak: „Co te dzieci były im winne, nawet to maleństwo?!” I dodawali przy tym: „Teraz musimy wszyscy się mieć na baczności, uciekać na noc z domu, do Uściługa, do ziemlanek, bo to czeka każdego z nas.” Ten pogrzeb był chyba latem 1943 r. w kościele, który znajdował się w sąsiedniej wsi, położonej za lasem” (Kazimiera Kowalczyk z d. Czerwieniec, w: www.stankiewicze.com/ludobójstwo.pl ; wspomnienia spisał Sławomir Tomasz Roch).

We wsi Kinachowce pow. Krzemieniec Ukraińcy zamordowali 4 rodziny polskie.

W majątku Kleczkowice pow. Kowel chłopi ukraińscy zamordowali 26-letnią Marię Horodyską.

We wsi Klepaczów pow. Łuck Ukraińcy skrępowali drutem kolczastym Dionizego Markowskiego i zamordowali go.

Między wsią (miasteczkiem?) Klewań a miastem powiatowym Równe: „Moja ciocia mieszkała w miejscowości Klewań, uciekając do Równego, zostali napadnięci przez Ukraińską bandę i wymordowani. Zginęło wtedy pięć osób, które jechały wozem, uratowali się tylko młodsi, którzy poszli na piechotę.” (Petronela Giszczak z domu Raczyńska: Wspomnienia z Wołynia – Witosówka i okolice. W: http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/witosowka-wspomnienia.html ).

W kol. Kopytno pow. Łuck spalili 9 polskich gospodarstw, liczba ofiar nie jest znana.

We wsi Korszowiec pow. Łuck spalili polskie gospodarstwa, wiadomo o zamordowaniu 1 rodziny polskiej, los pozostałych rodzin nie jest znany.

W futorze Korczunki Piańskie pow. Dubno zamordowali 3 Polaków: Dulową z 2 synami, Stanisławem i Zygmuntem, zwłoki ich wrzucili do studni.

W kol. Krasilno pow. Dubno upowiec dogonił na koniu uciekającą córkę Antoniego Oborskiego, małą dziewczynkę, i uderzył ją drągiem okutym w żelazo; znaleziono ją potem dogorywającą ze zdruzgotanym biodrem.

W leśniczówce Krzywopole na Huculszczyźnie banderowcy zamordowali przyjaciela Hucułów inż. Witolda Tyskiego z rodziną, ocalała mała córeczka ukryta za zasłoną pod stołem.

We wsi Kurniki Iwanczaskie pow. Zbaraż Ukraińcy zamordowali 8 Polaków (Kubów..., jw.).

We wsi Kustycze pow. Kowel upowcy zamordowali około 50 Polaków.

W kol. Liski pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 6 Polaków: 5-osobową rodzinę: Jana Lemiechę, jego żonę Jadwigę oraz ich 3 dzieci; natomiast Ukrainka  zamordowała przy użyciu kopaczki męża Polaka,  Jana Krzeczumowicza, podczas jego snu.

We wsi ukraińskiej 4 km od Lubitowa pow. Kowel Ukraińcy zarąbali siekierami jedyną mieszkającą tu rodzinę polską, kowala z żoną Heleną z d. Klimek.

W osadzie Łabędzianka pow. Dubno zamordowali Izydora Jełowieckiego.

We wsi Ławrów pow. Łuck uprowadzili do lasu i tam zamordowali 2 Polaków: żonę Adolfa Cieślika z dzieckiem.

Na przedmieściach miasta Łuck woj. wołyńskie zamordowali siekierami, młotkami, widłami i  piłami kilka rodzin polskich (Bolesław Gaweł: Lata włóczęgi, Olsztyn 1977, s. 151).

Koło miasta Łuck woj. wołyńskie zamordowali rodzinę: Marię Łozińską z córką, jej mężem i dziećmi.

W kol. Łysa Góra pow. Łuck Ukraińcy z Omelna zamordowali Polaka podczas żniw, pozostali żniwiarze zdołali uciec do Przebraża.  

W miasteczku Międzyrzec pow. Równe podczas nocnego napadu upowcy i chłopi ukraińscy zamordowali ponad 50 Polaków, w tym w kościele i suszarni chmielu. Zostali oni pomordowani w tak bestialski sposób, że zmasakrowanych ciał nie można było rozpoznać, zwłoki miały m.in.,. powykłuwane oczy, kobiety poobcinane piersi, kobiecie w ciąży rozpruli brzuch. Pogrzebano ich na ulicy pod kostką brukową, gdyż wokół krążyły bandy zwane Ukraińską Powstańczą Armią . 

We wsi Mikuliszyn (okolice Czarnohory za Worochtą) tuż po rajdzie sowieckiego oddziału Kowpaka upowcy nocą wymordowali w budynkach służbowych tartaku 17 rodzin polskich. „Nie było dnia bez zbrodni” (Tadeusz Petrowicz: Od Czarnohory do Białowieży, Lublin 1986, s. 91). Inni: Latem 1943 roku w  nadleśnictwie Mikuliczyn pow. Nadwórna (Huculszczyzna) pod osłoną nocy sotnia UPA wymordowała 17 polskich rodzin, NN pracowników Nadleśnictwa Państwowego Mikuliczyn, mieszkających w służbowych mieszkaniach koło miejscowego tartaku, spalono również zabudowania  (Orłowski..., jw.).

W kol. Moczulanka pow. Kostopol zarąbali siekierami 3 Polaków: Marię Kopernik lat ponad 80, jej syna Jana i synową Zofię. („Biuletyn informacyjny 27 DWAK” , nr 4/2000 podaje liczbę  4 Polaków).

We wsi Mokwin pow. Kostopol zamordowali Malinowskiego, męża Ukrainki.

We wsi Myszkowce pow. Kowel zamordowali małżeństwo polskie Tkaczuków: Jadwigę zastrzelili, Jana przywiązali do konia z rękami związanymi drutem kolczastym i wlekli go, bijąc i kłując bagnetem, aż skonał.

We wsi Omelno pow. Sarny; świadek Józef Koziński (ur. 1932 r. we wsi Omelno): Boguszewski był w naszej wsi, w Omelnie. Rodzice pomarli, i on był sierotą. I jego brat, on niemową był, poszedł do swojego brata, to był taki Hać to koło Błażowa [Błażowego?]. On z bratem został, ten Boguszewski. Przyszli też z powstańczej armii i „Ty – mówi – chyba jesteś szpiegiem, bo nie poszedłeś do wojska do…” [do Boguszewskiego, starszego brata]. Ich wzięli, i tę żonę, i tego brata, wyprowadzili i pomordowali ich”. (Relacja z książki „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943”). 

We wsi Oranie pow. Włodzimierz Wołyński Ukrainiec zastrzelił 3-osobową rodzinę polsko-ukraińską, gdyż jego cioteczny brat nie chciał zamordować swojej żony, Polki, Marii z Kosinków,  i ich dziecka.

We wsi Oryszkowce pow. Krzemieniec Ukraińcy zamordowali 3-osobową rodzinę organisty: Władysława Siemińskiego z żoną i córką Jadwigą, poniżej lat 14.

W kolonii Perestaniec pow. Sarny, świadek Józef Koziński (ur. 1932 r. we wsi Omelno): „Perestaniec jest tak niedaleko, mówię [odnośnie] tego Kopacza. Z Ruskimi pojechałem po siano, oni ładowali, a ja poszedłem, bo on uciekł do wsi, ale dużo bydła miał. I ci z Perestańca mówią: „Wracaj, przecież nikomu nic nie zrobił, kto ciebie będzie ruszał”. I on wrócił. I ja wiem… pomieszkał jeszcze może dwa tygodnie, i przyszli, i ich pomordowali. Położyli na ziemi, bo to siekierą rąbał, a dziecko w takiej kołysce, też siekierą, to krew po ścianie, też na sufit; i ja tak oglądałem to wszystko”. (Relacja z książki „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943”). Siemaszkowie na s. 779 podają rok 1943 jako datę mordu 11-osobowej rodziny Kopaczów (rodzice i 9 dzieci).

We wsi Piratyn pow. Dubno zamordowali kilka rodzin polskich, imiennie znanych jest 6 ofiar, w tym 2 matki z 2 córkami.

We wsi Podłożce pow. Dubno zamordowali 6 Polaków z rodziny Studzińskich , w tym 5-osobową rodzinę Kazimierza z żoną i 3 dzieci: 12-letnim synem i córkami lat 11 i 17.

W osadzie Podrudzie pow. Włodzimierz Wołyński upowcy nakazali rodzinie Widnickich opuścić dom, a gdy wyjeżdżała zarąbali Widnickiego siekierą, dwaj synowie uciekli, natomiast los żony i pozostałych członków rodziny jest nieznany, zapewne zostały zamordowane. 

We wsi Ptycza pow. Dubno zamordowali 3 Polaków i 4-osobową rodzinę polsko-ukraińską.

We wsi Radomianka pow. Kostopol, świadek NN: „U nas nie było konfliktów między naszymi ludźmi a Polakami. Nie pamiętam takich. […] zdarzyło się tak, że z Radomianki – z tej wsi, w której mieszkali Polacy – w ciągu jednej nocy wszyscy uciekli. Uciekli przez las w stronę Klewania, przez Horeń [rzeka Horyń], przez las i do Klewania. Oni uciekli w ciągu jednej nocy. Kto przychodził już drugi raz, np. po coś z domu, [to] źle było. Poobstawiali domy. Nawet ten chłopak, który mieszkał z nami po sąsiedzku, przyszedł i go złapali. Jego zabili i wrzucili do Horynia.” (Relacja z książki „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943”. 19 lipca 2012, Arsenowicze. Nagranie: Maryna Chorna, Emilia Kowalska, Emil Majuk).

W majątku Ratniów pow. Łuck upowcy podczas napadu na folwark zamordowali kilka lub kilkanaście rodzin polskich, liczby ofiar nie ustalono.

Na drodze z Rokitna do Staryk pow. Sarny Ukraińcy wymordowali grupy Polaków udających się na swoje pola po żywność.

W miastach Równe i Korzec woj. wołyńskie ukraińscy policjanci dokonali licznych aresztowań Polaków, w wyniku czego w więzieniu znaleźli się prawie wszyscy członkowie AK z Korca i okolicy. Zostali oni rozstrzelani w listopadzie 1943 roku w Równem.

We wsi Rusnów pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 3 Polki NN: nauczycielkę z matką i ciotką.

W kol. Rzeczeczyna pow. Równe zamordowali Józefa Wilczyńskiego.  

Na drodze koło powiatowego miasta Sarny woj. wołyńskie policjant ukraiński zastrzelił Alinę Paszkowską.

We wsi Suchowola pow. Brody: „Proc (Procyk) Antoni  grał w orkiestrze w czasie zabawy w lecie 1943 r. i tam został zamordowany” ( http://podkamien.pl/viewpage.php?page_id=246&c_start=0 ). 

W kolonii koło wsi Swojczów pow. Włodzimierz Wołyński: „Najmłodsza córka Marcina i Tekli Kaliniak miała na imię Leokadia, mieszkała w domu Antoniego i tam też było jej wesele w 1934 r. Wyszła za mąż i zamieszkała w kolonii na północ od Swojczowa, to było blisko od Swojczowa. Widywałam ich razem w naszym Kościele. Mieli dwoje małych dzieci, a z trzecim ciocia była w stanie błogosławionym. Żyli sobie tam spokojnie, aż po dzień, w którym na ich posesję napadli Ukraińcy. Dwa, trzy dni wcześniej do ich domu przyjechali na wozie Ukraińcy i oznajmili, że zabierają do lasu męża Leokadii z wozem i końmi, niby że miał im tam w czymś pomagać. Oczywiście z tą chwilą, wszelki ślad po nim zaginął, zamordowali biedaka, a ciało gdzieś zakopali. W domu została już tylko matka zamordowanego syna oraz żona z dwójka dzieci. I oto chodziło właśnie zbójom banderowcom. Świadkiem naocznym tych wydarzeń była matka męża Leokadii, która ukryła się na strychu budynku stojącym blisko ich domu i obserwowała podwórko. Zobaczyła jak banderowcy wchodzą do domu, a za chwilę wyprowadzają dwoje dzieci około 4 i 5 lat oraz matkę Leokadię. Zaraz też na oczach ukrytej babci zarąbali siekierami tych dwoje niewinnych dzieci, a babcia widząc to z ukrycia umierała wprost z bólu. Zaraz potem nożami wycieli z łona Leokadii żyjący płód i szczątki nadziali na sztachetę w płocie, zmuszając ciężko ranną ale żyjącą Leokadię, by patrzyła na konające dziecko. Mówili przy tym do niej: „Patrz tu polskiego orła!” Po tych słowach zaczęli ją dalej mordować, aż zamęczyli. Potem zostawili tak ciała i odeszli, teściowa tymczasem nocą zeszła na podwórko, ciała wciąż pozostawały w miejscu mordu. Nic nie mogąc zrobić uciekła do lasu i skierowała się do miasta” (Regina Schab z d. Kaliniak, w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl ).

W kol. Świętocin pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zabrali na podwody 3 Polaków, po których ślad zaginął.

We wsi Tarakanów pow. Dubno zarąbali siekierami 2 kobiety rozmawiające po polsku:  Polkę, Anastazję Witkowską  oraz Ukrainkę.

We wsi Uhrynów pow. Łuck zamordowali Stefana Wilgierza, nauczyciela, i jego żonę, Ukrainkę.

We wsi Wesołówka pow. Kowel upowcy podczas żniw zamordowali 3 Polki, w tym Bronisławę Wesołowską torturowali przez 2 tygodnie.

We wsi Wierbajew pow. Łuck zamordowali jedyną mieszkającą tutaj rodzinę polską.

We wsi Wiktorany pow. Łuck  zamordowali 1 lub 2 mieszkające tu rodziny polskie.

W kol. Witosówka pow. Dubno zamordowali kilka lub kilkanaście rodzin polskich, liczby ofiar nie ustalono.

W mieście Wiśniowiec Nowy pow. Krzemieniec zamordowali kowala Antoniego Kozakowskiego z żoną Felą i ich dzieckiem – noworodkiem, które zostało rozbite na ścianie ich domu.

W mieście Włodzimierz Wołyński: Kazimierz Sidorowicz: „Bolesław Roch opowiadał mi także niekiedy po wojnie swoje przeżycia, których doświadczył podczas pobytu w polskiej samoobronie we Włodzimierzu, mówił tak: „Latem 1943 r. Ukraińcy zaatakowali przedmieścia Włodzimierza, podchodzili do miasta od strony wioski „Zimno”. W pewnym momencie, można było nawet przypuszczać, po nasileniu walk i naporze atakujących, że usiłowali nawet wedrzeć się do środka i zdobyć Włodzimierz. To im się jednak nie udało, gdyż Samoobrona do spółki z Niemcami stawiła mocny opór. Wywiązała się gwałtowna walka, straty rosły szybko po obu stronach, w końcu daliśmy rezunom porządnego łupnia.” (Sławomir T. Roch: Wspomnienia Kazimierza i Antoniny Sidorowicz z d. Turowska ze wsi Dominopol w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1930 – 1944)

We wsi koło miasta Włodzimierz Wołyński: „Ojciec spotkał na posterunku policji polskiej owego mężczyznę, któremu w Kohylnie życie ocalił. Nazywał się chyba Krawiec, był Polakiem, mieszkał gdzieś dalej na wschód, dziś już niestety nie pamiętam miejscowości z której pochodził. Z tego co się jednak zorientowałem, już tydzień czasu był w drodze do Włodzimierza. Opowiadał, że miał żonę i dwoje dzieci, mieszkali w polskiej wiosce, gdzie był szewcem. Ukraińscy partyzanci zlecili mu podczas wojny robienie dla siebie nowych butów, dla ukraińskich oficerów. Dużo miał z tym pracy, więc był potrzebny i kiedy wszyscy Polacy dookoła zostali już pomordowani, tylko jego rodzinę Ukraińcy jak na razie oszczędzili. Zresztą wcale przed nim tego nie ukrywali, mówili wprost: „Ty jesteś niewinny, tamci których pobiliśmy byli winni, bo mieli broń i byli powiązani z partyzantami, dlatego musieli zginąć. Ty będziesz żył, będziesz pracował i będziesz nam buty robił.” Po kilku dniach, znowu przyszli, aby odebrać tę partię butów, którą już zrobił. Jednocześnie nakazali mu, aby zabił swoją żonę, która była Polką ponieważ znaleźli nagle jej jakąś winę. Namawiali go przy tym gorąco, aby przystał do nich, aby stał się jednym z nich. Krawiec okazał się człowiekiem i nie chciał zabić swojej żony, upierał się, że nie może tego zrobić. Wtedy oni sami zamordowali w domu na jego oczach jego małżonkę i jego dzieci, wszystkich porąbali siekierami. Następnie kazali mu w ich obecności posprzątać ciała i zmyć z podłogi kałużę krwi. Po wykonaniu polecenia, pogrzebał ciała. Potem znowu zaczął robić buty swoim oprawcom, cały czas planując ucieczkę. Nie miał już prawie żadnych wątpliwości, że gdy tylko wykona swoją pracę załatwią też jego. Na dzień przed zapowiedzianą wizytą, mimo że był pilnowany zdołał zbiec z domu”. („Wspomnienia Romana Szymanek z wsi Kohylno w pow. Włodzimierz  Wołyński na Wołyniu 1939 – 1944”, jw.).

We wsi Wołkoszów pow. Równe zamordowali Bolesława Burakowskiego.

W kol. Worobiówka pow. Równe zamordowali wszystkie polskie rodziny, ponad 20 osób.

We wsi Woskodawy pow. Równe zarąbali siekierami Bolesława Słowińskiego i jego żonę, a ich 6 dzieci w wieku od 1 roku życia do 12 lat nabijali na widły i kładli na furę, którą zostały wywiezione do wsi Korościatyn, gdzie spalili je żywcem w szopie.

We wsi Usmogowce (Ośmigowicze) pow. Kowel, świadek Eugenia Wiktoriwna Kropewniuk (ur. 1933 r., z domu Kmin): „Jak zaczęli bić Polaków, u nas był Polak, na jednej kolonii. Teofil jego nazwisko, jak teraz pamiętam. Wielka u nich rodzina była. Czworo dzieci, mąż, żona i mama jego była. I jak to za czasów Polski, to tutaj była taka organizacja, mówili „jaczejka” (komórka). Ukraińska „jaczejka”. I oto w tej „jaczejce” mój ojciec był sekretarzem. Gromadziło się dużo osób w naszym domu, przychodzili mężczyźni. Ich było dużo. Tą „jaczejkę” wykryli. I Polacy, żeby nie wsadzić ich do więzienia, bo to było jeszcze za Polski, przy końcu Polski już, to odprawiali do Ameryki. Dużo osób odprawiali do Ameryki. Polacy Ukraińców odprawiali do Ameryki, jedźcie sobie i tam protestujcie. Między innymi odprawiali mojego ojca tam. Ten Teofil poręczył za ojca i ojciec został tutaj na miejscu. Jak zaczęła się wojna, Polaków zaczęli bić, ten Teofil z rodziną przyszedł do nas, do ojca, żeby ojciec przechował ich. To były takie lata, że była Ukraina, byli powstańcy tutaj, oni wszyscy byli w lesie. A w Usmogowcach lasu nie było, to oni byli – powstańcy, po domach. W naszym domu mieścił się sztab. Nie można było mówić: „Ja was nie przyjmę, bo to...”. I jeszcze w sąsiedzkim domu był sztab, byli ci naczelnicy, już powstańcy. Jak przyszedł ten Teofil prosić ojca, żeby ojciec go przechował, ojciec nie mógł mu odmówić. On uratował ojca od Ameryki. W domu byli powstańcy, a w chlewie, gdzie zwierzęta, na podniesieniach było siano, i tam w tym sianie ojciec zrobił taką budę. Oni tam byli [polska rodzina]. Trzeba było nakarmić całą rodzinę, żeby oni [powstańcy] w domu nie widzieli, bo inaczej i ojcu koniec, i im koniec. Matka, jakoby to nosiła świniom jedzenie, nagotuje zupy, czy barszczu. Do wiadra weźmie i jakoby niesie. I z chlewu podawali jedzenie im. I jak, jednego razu ojciec dowiedział się, że oni jadą wszyscy na Rywuszkę tutaj... Tam było ich... spotkanie jakieś. Ja byłam malutka, on nie bał się [mówić przy mnie]. Oni wyszli całą rodziną tak, z chlewu. Клуня [staroukr. – mały budyneczek, w którym suszono snopy przed młóceniem] i тік [staroukr. – niewielka działka ziemi, wyrównana i ogrodzona obok kluni, gdzie młócono snopy zboża] jakby taki. Na тік. I tak rozmawiali i rozmawiali oni. Mówi ojciec do niego: „Teofil...”. Na Nowy Dwór, była, Polacy chcieli przejść na Kupiczów, bo tam ich zbiórka była. Na Nowy Dwór tylko jedna droga. Po tej i po innej stronie tej drogi było trzęsawisko, że inaczej nie można było wyjść, tylko tą drogą przejść na Nowy Dwór, wtedy na Kupiczów. Mówi ojciec, że: „Dyżuruje Manifak” – taki człowiek u nas był – „To on ciebie nie będzie bić. Gdzie taki jak on będzie was bić? To wy przejdziecie tamtą drogą”. Babcia ze starszą dziewczynką została się, a mąż i żona i troje dzieci poszli. Jeżeli przejdą, to wtedy pójdzie jeszcze babcia, dogoni ich. Ale słychać strzelanina taka – „Pach! Pach!” Pięć razy. A ich pięcioro szło: trójka dzieci i ich dwoje. Ten człowiek, Manifak, pozabijał tych Polaków. A babcia została z tą dziewczynką. Ona była u nas jeszcze trochę,  a potem przeszła do innych ludzi. To była wiosna. Gdzieś w konopiach siedziała całe lato, a potem jakimś sposobem ich przeprawili w Kupiczowie do Polaków. Oto taka była historia”. (Relacja z książki „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943”. 17 maja 2012, Kułakowice Trzecie. Nagranie: Piotr Lasota

We wsi Zaborol pow. Łuck zamordowali 2 Polaków: Eugenię Bucholc, lat 16, oraz Mieczysława Murdzię, lat 14,  którzy przybyli z Łucka na zbiór wiśni. 

We wsi Zaleszany pow. Sarny: świadek Borys Podik (ur. 1933 r. we wsi Zaleszany): „Polacy [którzy tu żyli] – znam ich albo po imieniu lub po nazwisku. Po drodze do sąsiedniej wsi Krywycji, obok Zaleszanów, mieszkał Kudła z lewej strony, z prawej – Dykowski, najbliżej Zaleszanów – Edzio, w Zaleszanach był na rogu dom – tam mieszkał Nowak, mieszkał Jaśko. W Zaleszanach w stronę lasu mieszkał doktor; mieszkali: Szafran, Różycki, Sztuka, Libera. Obok Zaleszanów mieszkał Kopel, Pecak. Dalej od Zaleszanów w kierunku Dąbrowicy mieszkał Wieczorek i Gałka. Tutaj, z prawej strony mieszkał Bugajewski, Kurlikowski, i Julek, i Krupaniewicz. W 1943 r. był [polski] doktor, przyjaźnił się z moim ojcem. Był kierownikiem składu lasu. Kiedy Niemiec poszedł na Polskę, to na Ukrainie się zaczęła panika. Wtedy u doktora Polacy, tacy młodzi chłopcy byli na chutorze, zbierali na noc. [W czasie wojny] banderowcy zaczęli zabijać Polaków. [Raz] zebrało się siedem osób i nocowało u doktora w szopie. A w Zaleszanach było takich dwóch działaczy wtedy. [Kiedy] Niemcy okupowali Ukrainę, to oni zniknęli ze wsi, i wtedy tych Polaków wyśledzono, że oni tam nocują, i zablokowano drzwi od tej szopy, i spalono. Tych siedmiu młodych ludzi – wszystkich spalili. Pokolenie ojców ich znałem, to młodzież była. Tych, którzy podpalili pamiętam. Byli banderowcami, pierwszymi organizatorami na zachodniej Ukrainie. Jednego zabili rosyjscy partyzanci pod wsią, a drugiego NKWD zabiło. Banderowców nazywano siekiernikami – siekiery za pasem nosili. Było 30 siekierników we wsi Zaleszany. W 1943 r. mieszkali tu: Jaśko, Ignaś, Antoś. Nowak jeszcze przed wojną umarł, ale jego rodzina żyła – żona i trzy córki. Uciekły do Dąbrowicy. A tego Jaśka... on był właściwie narodowości łotewskiej, ale był emigrantem z Polski, to go za Polaka uważano... Miał zięcia Rosjanina, chatę miał koło cerkwi. Jak przyszli siekiernicy do wsi, to zięć czmychnął za cerkiew i uciekł do Dąbrowicy. A Jaśko siedział z chłopami, zbierali się pod chatą, a w chacie była rodzina – żona, jedna córka zamężna i jedna panna. Ta zamężna miała dziecko. Siekiernicy przyszli do chaty, zarąbali siekierami całą rodzinę i to dziecko też, w kołysce było. Jego zabrali [Jaśka] od tych chłopów, i jego też zarąbali. Powiedzieli, żeby na cmentarzu nie chować, tylko poza cmentarzem. Mnie tu wtedy nie było, ale ludzie mi opowiadali, że były dwie siostry – jedna nazywała się Jadzia, a druga (nie pamiętam) była we wsi od trzech lat z mężem. Ona była Polką, ale za Ukraińca wyszła za mąż i mieli syna, chłopca małego. Jak [siekiernicy] przyszli, to siostrę ze wsi obok zabrali, pozbierali innych do kupy. Chłopca małego mieli, to on pod piec się schował, że go nie zauważyli. I zaprowadzili siostry za wieś, tam zarąbali. A ten chłopiec (z takim drugim Polakiem) uciekł do Dąbrowicy; i w ten sposób dostali się do Polski. Do Trybuteńskiej, która miała męża Ukraińca, przyszedł w nocy, a tam obok woda płynęła. [Trybuteński] poobmywał żonę, krew... Umył je i pod brzozą zakopał. W 1968 r. ten syn, ten mały chłopiec, który uciekł do Polski, dorósł i przyjechał tu z tym „wujkiem” Trybuteńskim i on go przyprowadził, żeby pokazać, gdzie jest jego matka pochowana. Taki młody przyjeżdżał, niewysoki. Raz jechaliśmy z lasu siano kosić i się tam zatrzymaliśmy. A ten „wujek” pokazywał: „Tutaj pod brzozą ją zakopałem”.  (Relacja z książki „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943”). Prawdopodobnie morderstwa te były latem 1943 roku. Siemaszko, na s. 755 podają, że we wsi Zaleszany (Zaliszanie) w 1943 roku na polecenie miejscowego duchownego prawosławnego Ukraińcy zamordowali dwie polskie rodziny: 5-osobową rodzinę Józefa Kopija i 6-osobową rodzinę Aleksandra Fiendlina. 

 

                                                                                                                          Stanisław Żurek

 

Podstawowe źródła opracowania, które nie są wymieniane przy podawanych przypadkach zbrodni: 

Komański Henryk, Siekierka Szczepan: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939 – 1946; Wrocław 2004.

Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Bulzacki Krzysztof:: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939 – 1947; Wrocław 2006.

Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Różański Eugeniusz: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie stanisławowskim 1939 – 1946; Wrocław, bez daty wydania, 2007.

Siemaszko Władysław, Siemaszko Ewa: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945; Warszawa 2000. 


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud12.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 394 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6720694