Jedną z rzeczy, do których polscy wygnańcy z Kresów Wschodnich tęsknili przez resztę swojego życia były opiewane w literaturze żółte pnące róże o nazwie „Marechal Niel” uważane za jedne z najlepszych róż herbacianych na świecie.

Podobno nigdy już potem nie udało się już wyhodować tak pięknych róż, jakie rosły w parkach otaczających polskie pałace i dwory na Ukrainie. Nazywano je niegdyś pieszczotliwie „marszanilki” albo po prostu „nile”. Kojarzono je z niewyobrażalnym luksusem. Tak oto pisała o nich w swych wspomnieniach Magdalena Samozwaniec, kuzynka Zofii Kossak: „Potem pierwsze zamążpójście, kariera dyplomatyczna męża, zagranica, królowie i książęta, którzy rzucali mi pod nogi pęki róż („Marechal Niel), cukry i wszelkie frukty.”

Na cześć marszałka

Gatunek róży pnącej „Marechal Niel” został wyhodowany we Francji w połowie XIX wieku. Nazwano go na cześć francuskiego wojskowego, marszałka Adolfa Niela (1802-1868), który walczył po stronie Francji w wojnie krymsko-rosyjskiej i miał swój wielki udział w zwycięstwie w walce o kurchan Małachow (1855), za co otrzymał order Legii Honorowej. Potem brał udział w wojnie francusko-austriackiej, zasłużył się w bitwach pod Magentą (1859) i Solferino (1859). Na polu bitwy pod Solferino otrzymał tytuł marszałka Francji, a w latach 1867-1869 był francuskim ministrem wojny (właściwy tytuł to sekretarz obrony). Legenda mówi, że generał Niel ofiarował cesarzowej Francji Eugenii piękną żótą różę, która wyrosła z bezimiennej szczepki, którą dostał we Włoszech.

- Jak się nazywa ta róża? – spytała cesarzowa.

- Nie ma jeszcze imienia – odparł wojskowy.

- W takim razie niech się nazywa „Marszałek Niel” – zaproponowała Eugenia.

- Ależ, pani, nie jestem marszałkiem! – oponował Niel.

- Teraz już jesteś! – orzekła cesarzowa.

Tyle podanie…  A naprawdę gatunek ten został wyhodowany w 1862 (lub w 1864) roku w miejscowości Montauban przez francuskich ogrodników o nazwisku Pradel.

Róże „Marechal Niel” zrobiły jednak prawdziwą furorę nie we Francji, ale wśród Polaków na dawnych kresach wschodnich. Pod koniec wieku XIX i na początku XX były bardzo modne i dostępne w szkółkach ogrodniczych na terenie całej Galicji, zapewne także na Wołyniu i Podolu. Z pewnością sprzyjał im tamtejszy łagodny klimat i duże nasłonecznienie. Ich pędy osiągały wysokość (długość?) do czterech metrów, zaś pełne, duże kwiaty miały około 10 centymetrów średnicy; ich kolor był żółty, ale nie czysto żółty, lecz raczej żółto-zielony. Była też odmiana zupełnie biała. Kwiaty wydawały niezapomniany, mocny zapach: różany, herbaciany, bardzo charakterystyczny…

 Nowosielica na Wołyniu

 Olbrzymia stara, pnąca róża „Marechal Niel” rosła sto lat temu w Nowosielicy na Wołyniu. Nowosielica, dawniej zwana Nowosiełycą, należała niegdyś do dóbr książąt Ilii i Beaty Ostrogskich. Później była we władaniu Sanguszków, Lubomirskich i Giżyckich. Ostatnim właścicielem tej posiadłości był książę Józef Potocki z Antonin. Tamtejszy pałac zbudowany w XIX wieku w stylu neogotyckim był otoczony pięknym parkiem. Obok znajdowała się palmiarnia i oranżeria. O tej właśnie pięknej, starej róży pnącej pisała w swoich wspomnieniach pt. „Pożoga” Zofia Kossak-Szczucka, której mąż, Stefan Szczucki, był ostatnim dzierżawcą tego majątku:

 „Dość daleko za pałacem, na końcu ciemnej, żywicą pachnącej i zwartej alei świerkowej, stała pochylona ze starości oranżeria, pełna staroświeckich cytryn, kamelii i innych, niegdyś modnych roślin, o sztywnym, dziwacznym listowiu. Osobliwością jej była niezmiernie sędziwa i sękata palma, o której mówiono, że jest jeszcze jedną z tych, które niegdyś pożyczała hetmanowa Rzewuska dla ustrojenia pałacyku w Hrehorówce na przyjazd Aleksandra I.

Prawdziwą jednak ozdobą starej oranżerii nie było to tragiczne w swym zmarnieniu drzewo, ale przepyszna róża „Marechal Niel” na głównej ścianie rozpięta, o pniu grubości ludzkiego ramienia, cały strop obejmująca zieloną, gęstą kopułą. Nikt nie umiał oznaczyć jej wieku, ale zapewne musiała ona pamiętać lata bardzo odległe i dawne. Pomimo to corocznie kwitła obficie, począwszy od pierwszych dni kwietnia do ostatnich czerwca. W przeciwieństwie do pnia jędrnego i krzepkich konarów, kwiaty miała wiotkie, bezsilne łodygi i mocną woń, właściwą kwiatom konającym. Nawet kolor ich nie był żółtawy, ale zielono-biały. Miały w sobie wdzięk i piękność rzeczy, które giną. Nieraz wówczas, patrząc na kwitnącą starą różę, mówiliśmy sobie, że umrze niedługo, nie przypuszczając, że razem z nią zginie wszystko, co rosło i kwitnęło.”

Koniec tej róży był tragiczny, zmarniała bowiem i uschła w okresie, kiedy Szatkowscy musieli opuścić Nowosielicę, uciekając przed grożącym im chłopskim pogromem. Wcześniej wiedli tam szcześliwe życie wraz z dwójką swoich synów. Teść Zofii z Kossaków pracował jako lekarz w Antoninach, pięknym i kwitnącym majątku Potockich, niedaleko mieszkali także jej rodzice. 

Wspomnienia Zofii rozpoczynają się wiosną 1917 roku, niedługo po rewolucji lutowej i abdykacji cara Mikołaja II. Niedługo potem okoliczni Rusini, podburzani przez przybyłych z Piotrogradu bolszewickich agitatorów ruszyli palić, mordować i rabować dwory, a ich właścicieli obdzierać żywcem ze skóry. Robili dokładnie to samo, co ich przodkowie podczas powstań kozackich w XVII wieku. Chcieli ziemi i pańskiego dobra. Jak czegoś nie mogli zabrać, to złośliwie to niszczyli.

Dlatego też Szczuccy musieli wkrótce wyprowadzić się ze swego malowniczego domku stojącego w parku nowosielickim, gdzie dotąd mieszkali wraz dziećmi. W obawie przed atakiem zbuntowanego chłopstwa przenieśli się do pałacu, którego mocne mury, kraty w oknach i żelazne wrota miały strzec ich przed chłopskimi rabusiami. Odtąd spali w ubraniu, z nabitą bronią w zasięgu ręki. Jesienią 1917 roku zrobiło się jednak tak niebezpiecznie, że Zofia i jej mąż musieli uciekać przed Ukraińcami żądnymi krwi i „pańskich” bogactw.  W tym czasie zostały obrabowane i zrujnowane polskie dwory w całej okolicy.

 „Runęły zburzone Samczyńce, Beregiele, cudna Eliaszówka z pałacem włoskim tak pięknym, że zdawał się zjawą (…), Semerynki (…) Werborodyńce (…), Derkacze o starym parku w stylu XVIII wieku (…) Wyższa Pohoryła, niegdyś bogata rezydencja Czetwertyńskich; Ładyhy, rodowa własność Szaszkiewiczów, Werchniki, Małaszyha, Swinna, Dmitrówka, Łahodyńce…” – czyż ta wyliczanka autorki „Pożogi” nie brzmi jak tren żałobny na śmierć polskiej cywilizacji i kultury jaka niegdyś kwitła na Kresach?

 Wolica Kierekieszyna na Wołyniu

Marszanilka rosła także w parku w Wolicy Kierekiszynej na Wołyniu, siedzibie rodu Pruszyńskich. Nazwa tej miejscowości pochodziła od jej pierwszego właściciela, którym był uszlachcony polski Tatar, Kierekiesza. Późniejszymi właścicielami byli m. in. Czaccy, którzy rozpoczęli tam budowę okazałego pałacu. W XIX wieku Wolicę kupił Mieczysław Pruszyński, dziadek pisarza Ksawerego Pruszyńskiego, który był tak skąpy, że nie chciał dokończyć budowy niszczejącej rezydencji, ale zamieszkał w starym budynku położonym nieopodal. Był to duży, rozłożysty dwór z czerwonym dachem stojący na szczycie wzgórza. Cześciowo urządzono go w stylu myśliwskim: do połowy ścian była dębowa boazeria, wyżej wisiały poroża jeleni i łosiów oraz wypchane głowy odyńców.

Pisarz Ksawery Pruszyński, syn ostatniego właściciela Wolicy, tak zapamiętał to miejsce: „Był to majątek bez tradycji, kupiony dla mego właśnie ojca”. W środku parku niszczała wielka, niedokończona rezydencja pałacowa, której budowę rozpoczęli poprzedni właściciele Czaccy. Latem wszystko wokół rosło bardzo bujnie, z niezwykłą żywotnością, a zimą ogród zasypywał śnieg. „Pod oknem mojej matki, niskim oknem, chwiał się tylko melancholijnie dziwny stwór w miejscu, gdzie latem kwitły róże „Marechal Niel” – wspominał Ksawery Pruszyński.

Po I wojnie światowej i rewolucji październikowej matka przyszłego pisarza, Anna Pruszyńska, z dwoma synami musiała uciekać z Wolicy, bo zbuntowani przez bolszewików chłopi zaczęli palić dwory szlacheckie i rezać polskich panów. Anna przez jakiś czas mieszkała w Żytomierzy, potem udało się jej uciec „do Polski”, w której chyba nigdy wcześniej nie była. Wróciła później raz jeszcze na Kresy z wojskiem polskim w czasie kijowskiej wyprawy wiosną 1920 roku. Chciała wówczas zabrać zakopane w ziemi cenne przedmioty, odebrać pieniądze od dłużników i sprzedać jakieś nieruchomości, by mieć środki na skromne, codzienne życie i kształcenie synów.

I tak Anna z wielkiej kresowej damy stała się skromnym, biednym uchodźcą! Wegetowała potem w wynajętych pokoikach w Chyrowie, gdzie jej synowie kształcili się w kolegium jezuickim, mieszkała w Zakopanem i w Krakowie, gdzie próbowała poprawić swój byt jakimś dorywczymi zajęciami (w Zakopanem wydawała turystom obiady, które gotowała jej wierna kucharka Ewa, taka całkiem biedna to nie była, bo miała jeszcze tę kucharkę, ale w porównaniu z fortuną straconą na Kresach – była już nędzarką).

 Lemieszówka na Kijowszczyźnie

Ten sam gatunek róż podziwiano we dworze Lemieszówka w pobliżu Białej Cerkwi na Kijowszczyźnie, należącym do rodziny Dunin-Kozickich. Maria Dunin Kozicka pisała o nich w swojej słynnej książce „Burza od wschodu. Wspomnienia z Kijowszczyzny (1918-1920): „W okresie letnim wokoło dworu biegł szlak kwiecisty z pąsowych, wiecznie kwitnących crimstonów i złotożółtych nielów, pnących się bujnie po granitowych złomach wysokiego cokołu i sięgających drewnianych kolumienek krytej werandy. Z drugiej strony terasa, otoczona żelazną balustradą, i znowu powódź oplatających się giętkimi łodyżkami różowych, bukietowych różyczek.”

Maria Dunin-Kozicka (z domu Izdebska, spokrewniona z pisarzem Jarosławem Iwaszkiewiczem) pochodziła z rodziny powstańców styczniowych wysiedlonych po 1863 r. w głąb Rosji. Jej rodzina dorobiła się tam sporego majątku. Maria wyszła za mąż za Kaliksta Kozickiego. Zamieszkali razem we dworze Lemieszówka w taraszczańskim powiecie. Mieli jedną córkę Haneczkę. Mąż kierował majątkiem ziemskim, ona zaś zajmowała się sadem i ogrodem. Takich dworów jak Lemieszówka, ośrodków polskości i katolicyzmu, było w okolicy bardzo wiele, były to m. in. Białocerkiew hrabiny Marii Branickiej, Baczkuryn, Popówka, Rosochowata, Czerepaszyńce, Mołoczki, Monasterzyska i wiele innych.

Opowieść Dunin-Kozickiej rozpoczyna się w połowie marca 1917 roku, kiedy to wybrała się wraz z mężem do Kijowa w interesach. W Kijowie na Kreszczatiku byli świadkami pierwszego pochodu bolszewickiego, któremu najbardziej kibicowali miejscowi Żydzi.

Wkrótce potem Ukraina zapłonęła. Zbuntowani Rusini palili i rabowali polskie dwory, zabijali Polaków. Działo się to samo, co w czasach powstania Chmielnickiego, które Henryk Sienkiewicz opisał w „Ogniem i mieczem”. Tylko, że tym razem zabrakło walecznego księcia Jaremy, który by zwyciężył i uspokoił zbuntowane chłopstwo. W tym czasie Koziccy spali z bronią pod poduszką, czuwali nocami, wypatrując ukraińskich band włóczących się w okolicy. Kiedy okoliczne dwory były już spalone i obrabowane, zdecydowali się na wyjazd do Kjowa. Mąż autorki na pożegnanie przemówił do swoich chłopów, prosząc o opiekę nad majątkiem. Rusini odrzekli, że będą pilnować dworu, a jakby co, to lepiej, żeby oni sami się obłowili na pańskim, niż obcy. Taki był koniec Lemieszówki Kozickich, a także koniec tamtejszej róży Marechal Niel.

 Halżbijówka na Podolu

 Marszanilki kwitły także w Halżbijówce w okolicy Jampola na Podolu, w majątku panny Lili (Elżbiety) Zaleskiej, która przetrwała w swoim domu niezwykle trudny i niebezpieczny okres w latach 1917-1921. Przez cały ten czas pisała dziennik, który potem wydano w postaci książkowej pod tytułem „Na ostatniej placówce. Dziennik z życia wsi podolskiej w latach 1917-1921”. Zaczęła go pisać w niespokojnym czasie, kiedy przez Ukrainę przewalała się fala bolszewickich pogromów, a polscy ziemianie w obawie o własne życie masowo porzucali swoje domy na wsiach i uciekali do miast. A ona jednak została w swoim domu, nie bacząc na to, że właśnie niedawno został spustoszony dwór jej rodziców w pobliskiej Gruszce i że każdego dnia groziła jej okrutna śmierć.

Panna Lila Zaleska mieszkała w Halżbijówce zupełnie sama. Matka zmarła już dawno, a stary ojciec, którym się opiekowała, był już chory i niedołężny. Brat uciekł za granicę do polskiego wojska, siostra mieszkała z rodziną za kordonem. Z początku był w Halżbijówce polski zarządca, który mógłby stanowić jakieś wsparcie dla samotnej kobiety w ciężkich czasach, ale niestety, na samym początku popełnił samobójstwo z rozpaczy, a może ze strachu. Mimo to, panna Zaleska jakoś sobie radziła. Przez cały ten czas, kiedy przez Ukrainę przetaczały się najróżniejsze wojska (Rosjanie Czerwoni i Rosjanie Biali, Ukraińcy od Petlury, bolszewicy, a także różne wędrowne bandy spod znaku Nestora Machno i Bóg wie, kto jeszcze), ta dzielna kobieta trwała w swoim dworze i starała się żyć w miarę normalnie. Jej dom był dosłownie ostatnią polską placówką w całej okolicy. Nie spalono go, nie obrabowano, jej nie zabito, ba, nawet Czerezwyczajka ją oszczędzała. Jakim cudem wręcz przetrwała?

Ano dlatego, że panna Zaleska już kilkanaście lat wcześniej ukończyła w Krakowie kursy sanitarno-medyczne, dzięki czemu jeszcze przed I wojną światową była znana w całej okolicy jako siostra miłosierdzia, a może raczej lekarka dla biednych, których leczyła zupełnie za darmo. W burzliwym czasie wojen i rewolucji nadal zajmowała się działalnością medyczną, praktykowała jako pielęgniarka, z czasem zaczęto ją nawet tytułować „doktorsza”. Zorganizowała szpital dla potrzebujących, a potem – jako działaczka Polskiej Macierzy Szkolnej – założyła w swym pałacu polską szkołę dla dzieci okolicznych chłopów. Organizowała też inne szkoły w okolicy. Znana była ze swej dobroci i wyrozumiałości dla Ukraińców, dzięki czemu oni  w tym najgorszym czasie też ją chronili i zostawiali w spokoju.

Mimo to, zapiski panny Zaleskiej są porażające. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu ta dzielna kobieta borykała się z takimi przeciwnościami losu, że włos się na głowie jeży podczas czytania. Nieustanne pochody wojska, rekwizycje, rewizje, a do tego głód, chłód, nędza, choroby (przeżyła tyfus) i koszmarne braki w zaopatrzeniu. Brakowało jej wszystkiego: jedzenia, odzieży, lekarstw, a nawet zwykłego mydła. Poza tym, żadnych wiadomości ze świata. Nie działała poczta, nie było żadnych gazet, krążyły tylko mniej lub bardziej fantstyczne plotki na temat tego, co dzieje się w Polsce i na świecie.

Mimo tego całego koszmaru, jaki ją otaczał, Lila Zaleska zauważała piękno przyrody, jaka ją otaczała: „Marechal Niel pospuszczały złote głowy, ociężałe królewską wonią, a pióra strzępiaste piwonii weselą się śnieżną białością przy poważnych kielichach lili.”. A kiedy zachorowała i znalazła się w szpitalu w pobliskim miasteczku, największą radość sprawiały jej „te snopy róż, moich kochanych Marechal Niel, któr mi z Halżbijówki przywożono.”.

W 1921 roku Zaleska opuściła Halżbijówkę i swoje piękne róże. Wkrótce potem we Lwowie poślubiła swego kuzyna Franciszka Dorożyńskiego i osiadła w Krzemieńcu. W czasie II wojny światowej należała do ZWZ AK, za co w 1942 roku. została aresztowana przez Niemców i rozstrzelana w styczniu 1943 roku w masowej egzekucji na górze Białej koło Równego, gdzie spoczywa w masowej mogile. 

Głębowicze na Wołyniu

Motyw róż z gatunku Marechal Niel odgrywa ważną rolę w słynnej powieści „Trędowata” Heleny Mniszkówny, czyli polskim romansie wszechczasów. Rosły one w fikcyjnym zamku Głębowicze na Wołyniu, gdzie m. in. rozgrywa się akcja tego utworu. W pierwszym tomie zakochany ordynat Waldemar Michorowski wręcza właśnie te żołte róże Stefci, podczas jej pierwszej wizyty w Głębowiczach. Później wysyła je wraz z innymi kwiatami do domu rodziców Stefci w Ruczajewie tuż przed ich ślubem. Po raz trzeci Waldemar obdarował Stefcię tymi różami już po jej śmierci. Posłużyły wtedy do dekoracji jej trumny.

Autorka powieści pisała, że w cieplarni w Głębowiczach „sam ordynat wybierał najpiękniejsze z jakimś radosnym i szczęśliwym uśmiechem w oczach. Nad różami „Marechal Niel, które najlepiej lubił, pochylił się i szepnął miękko: - Idźcie służyć Stefci.”

A oto opis bukietu kwiatów od Waldemara stojących w salonie w Ruczajewie: „Wówczas przemówili monarchowie tej poddańczej rzeszy, pachnącej i rozgwarzonej, w pierwszym rzędzie pyszne królowe-róże, nęcące barwami i bogactwem kształtów, więc wspaniała „Marechal Niel” w złotożółtych aksamitach, wdzięczna „La France” w różowych jedwabiach i wytwornisia „Tebried”w ślicznych tunikach barwy herbacianej. Była tam i „Pani Druzgi” w śnieżnobiałej sukni, „Księżna Liberty” w karmazynach i strojna w aksamitne purpury królowa-piękność z haremu sułtana  Maroko.”

Nie trzeba chyba dodawać, że wiatr historii zdmuchnął fikcyjne Głębowicze ordynata Michorowskiego podobnie jak inne polskie rezydencje na Kresach?

Piękno tamtejszych cieplarnianych róż pozostało tylko na kartach wspomnień Kresowiaków i staroświeckich powieści. Sto lat temu bowiem przyszła okrutna fala dziejowa, która zmyła na zawsze stary polski świat na dalekich kresach. Zniknęły białe dwory i pałace z kolumnami, zniknęły salony, folwarki, rasowe konie, cukrownie i gorzelnie; przepadły gruszki bery, które podobno nigdzie nie smakowały tak jak na Wołyniu, a także róże Marechal Niel o niespotykanej urodzie i omdlewającym zapachu. Wszystko to „przeminęło z wiatrem” i przepadło na zawsze.

 

Alicja Łukawska

 

Bibliografia:

  1. Dorożyńska z Zaleskich Elżbieta, „Na ostatniej placówce. Dziennik z życia wsi podolskiej w latach 1917-1921”, Łomianki 2018
  2. Dunin-Kozicka Maria, „Burza od wschodu. Wspomnienia z Kijowszczyzny (1918-1920)”, Łomianki 2015
  3. Kossak Zofia, „Pożoga”, Kraków 2010
  4. Moje róże – moja pasja » Blog Archive » Marechal Niel
  5. Mniszek Helena, „Trędowata”, Kraków 1988
  6. Pruszyńska Anna, „Między Bohem a Słuczą”, opracował Mieczysław Pruszyński, Wrocław –Warszawa-Kraków 1991
  7. Pruszyński Ksawery, „Na czarnym szlaku” (w :) „Kraj lat dziecinnych”, Londyn 1987
  8. Samozwaniec Magdalena, „Z pamiętnika niemłodej już mężatki”, Kraków 2010

 

Podpisy pod ilustracje:

  1. Róża Marechal Niel (Wikipedia. Flore_des_serres_v16_059a)
  2. Porteret marszałka Adolfa Niela (Wikipedia. Adolphe_Niel)
  3. Portret cesarzowej Eugenii (Wikipedia. Empress_Eugénie,_Hillwood_Museum,_1857)
  4. Róża „Marechal Niel” (Fot. polona.pl)
  5. Zdjęcie pałacu w Nowosielicy (Wikipedia, Nowosielica.jpg)

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud3.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 383 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6613074