Teraz i w tych godzinach nocnych właśnie 76 lat temu 11 lipca 1943 r. banderowcy zdradziecko rozpoczęli Rzeź Dominopola. Duża, ludna, stara, polska od wieków wieś o szlacheckim rodowodzie nad Turią, zwana Perłą Wołynia, spała sokojnie, ufna w sojusz polsko-banderowski, zawiązany od maja 1943 r. Tymczasem z Lasu Świnarzyńskiego wyszły upiory z siekierami spod znaku OUN-UPA, otoczyli wszystkie chaty, na jeden dom przypadało po 10 siekierników plus broń palna. Zaskoczeni, niewinni ludzie nie mieli żadnych szans, a z pogromu który trwał nieprzerwanie przez dwa dni, w cudownych okolicznościach wyratowało się tylko kilkanaście osób. Krwawa Niedzieli była kulminacją tzw. Rzezi Wołyńskiej. Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) wspomagana przez dziesiątki tysięcy oszalałej czerni ukraińskiej, dokonała skoordynowanego ataku na Polaków w ponad 100 miejscowościach w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim oraz łuckim. Dziś w ojczyźnie będziemy zatem przeżywać po raz trzeci Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa Polaków na Wołyniu i Kresach. I dziś Prezydent RP Andrzej Duda za kilka godzin złoży wieniec przed pomnikiem Rzezi Wołyńskiej na Skwerze Wołyńskim w Warszawie. Zgromadzonym zaś tam Kresowianom, dziennikarzom i rozlicznym gościom powie: „Jeżeli dzisiaj mówimy o budowaniu relacji pomiędzy naszymi narodami, pomiędzy narodem polskim a ukraińskim, jeżeli dzisiaj mówimy o budowaniu relacji pomiędzy naszymi państwami, a bardzo mocno chcę podkreślić, że chcemy – i mnie ogromnie na tym zależy – żeby te relacje były jak najlepsze, to jedna rzecz jest pewna; potrzebujemy pamięci po to, żeby coś takiego, co wtedy się zdarzyło, nigdy więcej nie powtórzyło się pomiędzy naszymi narodami, naszymi państwami, ale żeby ta pamięć mogła być realizowana i żeby serca, i żal mogły się uspokoić, mogły zostać ukojone”.   I jeszcze klarownie doda: „A warunkiem upamiętnienia jest to, żeby strona ukraińska zgodziła się na przeprowadzenie ekshumacji, po to żeby można było oznaczyć groby, żeby potomkowie znali te miejsca, w które mogą pojechać, gdzie mogą zapalić znicz, złożyć kwiaty, gdzie mogą się pomodlić, gdzie mają miejsce na chwilę refleksji, wspomnienia o swoich bliskich. Te relacje na przyszłość na tym musimy budować”.

 

Osobiście zdejmował dzieci ze sztachet w miejscowości Kończaki na Podolu

 

Było jeszcze wiele innych przemówień i odczytanych Listów w tym od Premiera RP Mateusza Morawieckiego. Pomordowanych uczczono apelem pamięci. Prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów Szczepan Siekierka wspomniał, że jak osobiście jako 17-latek zdejmował dzieci ze sztachet w lutym 1945 roku, w miejscowości Kończaki w powiecie rohatyńskim na Podolu. Nadto że wrocławskie stowarzyszenie zgromadziło 25 tys. relacji od świadków, którzy przeżyli te mordy.

Poza tym odnosząc się do trudnej sytuacji współcześnie powiedział: „W chwili obecnej, gdy ukaranie sprawców niepomiernych zbrodni z uwagi na upływ czasu wymyka się z ludzkiego wymiaru sprawiedliwości, dla przywrócenia ofiarom ich godności stowarzyszenie nasze oczekuje od władz państwowych podjęcia działań dyplomatycznych zmierzających do uzyskania możliwości lokalizacji i miejsc zbrodni, przeprowadzenia ekshumacji oraz dokonania uroczystych pochówków.”

            W tym samym duchu wypowiedział się ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który stanowczo podkreślił: „W ciągu lat słyszeliśmy wiele obietnic. (...) Pomimo sukcesów takich jak uchwała Sejmu z 2016 roku, zasadnicza sprawa czyli pochówek ofiar nie jest w żaden sposób zrealizowany. Ostatnie pochówki odbyły się osiem lat temu. (...) Od ośmiu lat kolejne ekipy rządowe i kolejne władze parlamentarne nie zrobiły nic, aby ekshumować te ofiary, pochować tak jak nakazuje tradycja chrześcijańska i europejska,” I jeszcze klarownie dodał: „Wsparcie dla Ukrainy jest bezkrytyczne, niczego od tego państwa się nie wymaga - ani pochowania ofiar, ani przerwania kultu ludobójców. (...) Jeżeli prezydent domaga się od Trybunału Konstytucyjnego, żeby usunął słowa, które są tutaj wypisane, czyli ‘nacjonaliści ukraińscy’ i ‘Małopolska Wschodnia’, to w czyim interesie jest to usunięcie z ustawy? Prawda historyczna nie może być usuwana z ustaw.”

Poniższa relacja Pani Lucyny Schiesler z d. Różycka z kolonii Maikołajpol na Wołyniu,, naocznego świadka tamtych wydarzeń, wychodzi na przeciw powyższym Apelom Kresowian, słusznym żądaniom i oczekiwaniom rodzin kresowych. Tym razem wprowadza nas w klimat okolic wymordowanej okrutnie wsi Dominopol, całej Ziemi Swojczowskiej i całego Wołynia, w zaledwie kilka dni po Krwawej Niedzieli.

[...] Było już około trzeciej po południu, jak przez zboża wyruszyliśmy z kolonii Mikołajpol do miasta Włodzimierz Wołyński. Mieliśmy do pokonania ok 15 km i za trzy godziny, byliśmy już bezpiecznie na miejscu. Gdy dotarliśmy na ul. Lotniczą, to było tam już b. dużo furmanek, uciekinierów z różnych pobliskich i dalszych nawet miejscowości. Z chaotycznych przekazów ludzi można było wywnioskować, że wszyscy uciekli właśnie przed banderowcami, a uciekali na łeb na szyję z tym, co udało się w pośpiechu spakować i zabrać. Rozmawialiśmy z wieloma znajomymi, w tym ze wsi Ludmiłpol. Pamiętam dla przykładu polską rodzinę Dejerów. Oni najpierw z powodzeniem uciekli do miasta, a potem wrócili jeszcze na swoje na Ludmiłpol i zostali pomordowani w tzw. II sierpniowej turze mordów. A jest mi wiadomo, że obie siostry Dejerówny, w tym Deoniza lat 17 i starsza lat 20, koleżanka Kazimiery Rożyckiej, śpiewały pięknie na chórze w naszym kościele pw. Narodzenia NMP w Swojczowie.

Tato Roman Różycki wyszukał dla nas, u jednego z gospodarzy na przedmieściu, miejsce w stodole i spaliśmy na słomie, a ojciec i inni stróżowali. Rano na drugi dzień, było to 15 lipca rozglądaliśmy się uważnie w mieście, ale rodziny tam nie mieliśmy. Naturalnie tato Roman myślał nieustannie o mamie Marii, przecież wciąż nic nie wiedzieliśmy o jej losach, czy tamtej nocy zginęła, czy może jakoś cudem ocalała i wciąż gdzieś się ukrywa. W tym czasie Kazia dowiedziała się w mieście, że Niemcy często odbierają uciekinierom dobytek, a młodych ludzi zabierają na przymusowe roboty do Niemiec. I już drugiego dnia nasz tato chciał wracać na Mikołajpol, by szukać mamy, albo żeby się choć jeszcze, coś o jej losach od ludzi wywiedzieć. Jakaś Polka również chciała wrócić do Swojczowa, po swoje dziecko, które zostawiła u Ukraińców. W rezultacie ja, nasz tato Roman i ta Polka, razem udaliśmy się do naszych domów, by sprawdzić, jak rozwija się dalej sytuacja.

Ja jednak nie chciałam tam wracać, bo miałam złe przeczucia, jednak uległam, gdyż tato uparł się, mówiąc do nas: „Jak będzie w terenie dobrze, to ty, Kazia i reszta dzieci, przyjdziecie do nas na Mikołajpol, a jak będzie źle, to ja przyjdę do was do miasta do Włodzimierza Wołyńskiego.”. Po tych słowach tata, nasza trójka wyruszyła, a Kazia i dzieci zostali się w tej stodole.

 

Fałsz i banderowska propaganda święciły tryumfy

 

Wyprawa była b. niebezpieczna, bo właściwie wszystko mogło się zdarzyć, jednak o dziwo spokojnie zaszliśmy do domu drogą. I choć Ukraińcy przyglądali się nam bacznie, coś tam podszeptując ale ostatecznie nie czepiali się nas wcale. My z tatem zatrzymaliśmy się w naszym domu, a ta Polka poszła dalej sama do Swojczowa. Musieli nas jednak Ukraińcy bacznie obserwować, skoro tylko weszliśmy do domu, a już na nasze podwórko, zajechała cała fura ukraińskich bandziorów. Jednego z nich poznałam od razu, miał 17 lat i był ze Swojczowa, chodził też ze mną do szkoły w Swojczowie, mówili na niego „cygan”.

Banderowcy przyszli zatem do naszego mieszkania i mówią do naszego taty: „Panie Różycki, a gdzie wy byli, że was tu nie było?”. A ojciec na to bez pardonu: „Zięć zabrał żonę na Dominopol i nie ma, pewnie mi ją zabiliście!”. Wobec takiego obrotu sprawy i ja dodałam ostro: „Gdzieście podziali moją mamę, pewnieście zabili?!”. Nieoczekiwanie banderowcy nie rzucili się wściekle na nas, ale spokojnie odpowiedzieli: „My waszej mamy i żony nie zabili, ona żyje i gotuje nam posiłki na Wołczaku. A waszego zięcia i córkę zabili Mazury spod Karpat.”. W tym samym czasie inni banderowcy, przeprowadzali gwałtowną rewizję w całym domu, szukali chyba broni i wszystko dosłownie przewracali.

Znaleźli jakąś dość grubą książkę historyczną i zaraz spalili. Nakazali ojcu, aby nigdzie nie uciekał, bo mu dom złodzieje rozgrabią, ale raczej żeby młyn pracował i męł zboże. Ojciec znowu odważnie się postawił i powiedział: „Nie będę wam męł zboża, dopóki nie oddacie mi żony, bo dzieci moje głodne, a nie ma kto im strawy dziennej ugotować.”. Ojciec był niezłamany, mocno i stanowczo opierał się banderom i wciąż stawiał warunek, by Maria Różycka wróciła do domu oraz że koniecznie chce zobaczyć, to miejsce w którym zakopali jego córkę Stefkę. Banderowcy b. potrzebowali mąki, dlatego ojciec był im na ten czas b. potrzebny i nie mogli się go jeszcze pozbyć. Zadecydowali zatem wykończyć go później, a na razie pójść ojcu na ustępstwa. Mianowicie zgodzili się, by ojciec nasz przyszedł do Dominopola do domu Jana Turowskiego i nawiedził miejsce zakopania Stefki i innych.

Jeszcze tego samego dnia, ze Swojczowa szczęśliwie wracała ta Polka, która była z nami wcześniej i prowadziła swoją 12 – letnią córkę. Razem z nimi do miasta udałam się także i ja, gdyż takie było właśnie życzenie naszego ojca. W mieście opowiedziałam Kazi wszystko, co się podczas ostatniej doby wydarzyło oraz życzenie ojca, byśmy wszyscy wrócili do domu na Mikołajpol. Ja jednak zdecydowanie nie chciałam tam wracać, złe przeczucie nie odstępowało mnie bowiem na krok. Po temu następnego dnia rano, a było to 16 lipca zdrowo pokłóciłam się z siostrą Kazią, gdyż stanowczo odmawiałam powrotu na Mikołajpol, po prostu bałam się. Znów miałam to przeczucie, że to się źle skończy dla całej naszej rodziny. Kazia jednak pozostała nieugięta, zabrała resztę rodzeństwa i wróciła za wolą ojca na Mikołajpol.

Wielu ludzi w tych dniach wracało do swoich opuszczonych w pośpiechu domów, bo mówili że znów zrobiło się na wsi spokojnie. Ludzie ci nie dawali wiary, że Ukraińcy znów mogą rzucić się na bezbronną ludność polską, że mogą znów tak bestialsko mordować. Był to efekt nie tylko pozornego spokoju, który nastał w dugiej połowie lipca, ciasnoty mieszkaniowej w mieście i obaw przed wywózką do III Rzeszy, ale przede wszystkim fałszywych zapewnień przywódców UPA o zaniechaniu rzezi, wypowiadanych i rozgłaszanych wszem i wobec.

Zatem Kazia z dziećmi wrócili, bez większych problemów do naszego domu, a ja wolałam zostać w mieście. Mieszkałam po różnych kątach, nawet prosiłam ks. Franciszka Jaworskiego, który przebywał właśnie na plebani, przy kościele farnym, o coś do zjedzenia. W tej trudnej dla mnie chwili, udzielił mi pomocy. Potem odnalazła mnie Maria Szymańska, kuzynka szwagra Jana Turowskiego i zamieszkałam w mieście razem z nimi. Mieszkałam z nimi, aż do naszego wyjazdu na Bielin.

 

Tu Chresta ne treba, mohiły ne treba, tu musit byt riwno!

 W uroczystość Matki Bożej Wniebowziętej, 15 sierpnia 1943 r. udałam się do kościoła farnego na sumę. Było wielu księży i wielu ludzi przybyło, pomodlić się w tak trudnym dla nas wszystkich czasie, a wszystko razem sprawiło, że nabożeństwo było b. uroczyste. W kościele spotkałam dwie Polki, dziewczyny z Ludmiłpola, które poznały mnie i pytały mnie: „Czemu ty nie idziesz do waszego domu? Mama i tato płaczą za tobą, że już ciebie banderowcy, gdzieś na drodze złapali i pewnie zabili, a ty żyjesz!”. I gorąco namawiały mnie, bym ja z nimi szła bocznymi drogami do domu i ja poszłam. Gdy byłyśmy już w Mikołajpolu, ja poszłam do domu, a one udały się w dalszą drogę. Jako pierwszy wypatrzył mnie mały braciszek Stasio, który poznał mnie, a mama i tato rzeczywiście nie mogli uwierzyć, że ja jeszcze żyję. Radość zatem była szczera i b. wielka, a potem już w domu nawzajem opowiadaliśmy sobie, ostatnie nasze przeżycia. Namawiałam b. gorąco rodziców, by uciekali póki jeszcze mogą, ponieważ wielu Polaków znów ucieka do miasta, gdyż poważnie obawiają się drugiej, gwałtownej fali mordów. Jednak rodzice nie godzili się jeszcze na ponowną ucieczkę do miasta.

Tato Roman opowiedział mi z kolei, jak banderowcy z Wołczaka zezwolili im pójść na Dominopol, na to miejsce w którym spoczywała nasza siostra Stefka oraz inni członkowie jej rodziny. Tato mówił tak o tym: Poszliśmy tam wszyscy razem, nawet dzieci. Znalazłem to miejsce, usypałem prowizoryczny grób i ustawiłem mały, brzozowy krzyż, ale gdy tylko skończyłem pracę, niemal natychmiast zjawił się banderowiec, który kopnął krzyż, rozwalił grób, a nam wszystkim powiedział: ‘Tu Chresta ne treba, mohiły ne treba, tu musit byt riwno!’.Zaraz też przyprowadzili naszą mamę Marię, której surowo nakazali, by nic nie mówiła, co tam na Wołczaku widziała. I mama rzeczywiście milczała jak zaklęta, a musiała dużo wiedzieć, skoro spędziła między nimi blisko dwa tygodnie. Zaraz też wszyscy, już razem z mamą, wróciliśmy do naszego domu na Mikołajpol.”. O tego dnia tato ponieważ się zobowiązał, męł odtąd dla nich zboże. Teraz zaś nie czuli się nagabywani przez banderowców i nie myśleli uciekać.

W rodzinnym domu byłam razem z nimi przez kilka dni, ale wciąż bałam się zostawać w domu na noc. Ukrywałam się w jęczmieniu i na polu, razem z polską rodziną Antoniewskich, mieszkali ok 1 km od nas oraz z drugą rodziną polską Wójcickich, też mieszkających dość blisko. My wszyscy razem ukrywaliśmy się. Ja później uciekłam, a ich wszystkich tam pozabijali, podczas drugiej fali mordów, tak przypuszczam. W tych właśnie dniach spotkałam na polach, blisko Helenówki, Polkę Eugenię Jantas lat ok 16, która b. chciała ze mną uciekać do miasta. Niestety nie mogłam jej ze sobą zabrać, gdyż sama nie bardzo miałam, gdzie się podziać. Po dziś dzień niekiedy wraca do mnie, ta myśl: „Jaka to szkoda, że nie zabrałam wtedy, tej młodej dziewczyny i tak może wyratowałabym ją od śmierci, która i tak przyszła do niej od rezunów.”. Gdy byłam później, już w mieście, to poznałam Polaka Jana Jantasa, który właśnie zdołał uciec z drugiej fali mordów. Opowiadał mi, że banderowcy zamordowali mu w tych ostatnich dniach na Helenówce, rodziców oraz dwie rodzone siostry, w tym właśnie Eugenię. Opowiedał mi, że uciekał w niedzielę rano polami, lasami i przez bagna. Gdy wróciłam z Mikołajpola do miasta ponownie zamieszkałam u Szymańskich, a gdy Karol i Maria pamarli, ja poszłam z ich synami na Bielin. [...] [fragment wspomnień Lucyny Schiesler z d. Różycka z kolonii Maikołajpol na Wołyniu, wysłuchany, spisany i opracowany przez S.T.Roch]

Pozdrawiam niniejszym wszystkich Kresowian, rodziny kresowe, miłośników Wołania i Kresów oraz całą niepoprawną Brać! Proszę aby jeśli to tylko możliwe, by dziś 11 lipca 2019 r. wywiesić polską flagę oraz by w następnych dniach zapalić niekiedy wieczorem Znicz Pamięci w oknie, czy w innych, wyznaczonych miejscach narodowej pamięci!


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud11.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 472 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7861021