Pamięci Kazimierza Żukowskiego

  Ucieczka

W marcu 1942 roku zostaję wywieziony do obozu pracy w Równem. Jestem z kolegą Adolfem Brisiło, spotykam tam również koleżankę szkolną Halinę Daczkowską z Janówki.

Po sześciu tygodniach ładują nas do transportu. Zanim pociąg ruszył w głąb Niemiec zdecydowałem się uciekać, mimo ostrzeżenia „stój!” i strzałów. Za mną biegła jakaś dziewczyna, która widocznie też nie miała ochoty na tamtą wycieczkę. Pogubiliśmy się gdzieś w płotkach między domami, nie miałem więc szczęścia nawiązać z nią rozmowy. Po dziesięciu minutach byłem w dzielnicy Grabnik, gdzie mieszkała moja ciotka Renia. Musiałem ją tęgo przestraszyć, gdy wpadłem zdyszany, bo patrzyła na mnie jak na kogoś z innego świat. Po kwadransie opuszczałem przedmieścia Równego mając w ręku węzełek z żywnością na drogę. Kiedy znalazłem się parę kilometrów za miastem, usiadłem w przydrożnym rowie, aby się odprężyć i posilić czymś z zawiniątka, które dała mi ciotka. U niej nie mogłem przecież pozwolić sobie na posiłek. Trzeba było uciekać z tego miasta czym prędzej.

Przede mną była dość daleka droga - sześćdziesiąt kilometrów do Woronuchy. Ale mając osiemnaście lat, ciesząc się doskonałym zdrowiem i kondycją, nie było to dla mnie nic wielkiego. Zahartowało mnie również codzienne pokonywanie przez kilka lat szesnastokilometrowego odcinka drogi z domu do szkoły w Ludwipolu i z powrotem. Miałem zatem przed sobą jedynie niebezpieczną drogę. Należało przejść przez wsie i osady ukraińskie, gdzie sposobiono się do rozprawy z Polakami. Były to: Białe Krynice, Antopol, Horodyszcze, Poligon, Tuczyn, Lewanówka, Pustomyty, Woronów, Haczan, Lipniki (skąd pochodzi kosmonauta Hermaszewski), dalej Niewirków, Szczekiczyn, Suchy Róg i... Woronucha. Po krótkim odpoczynku i posiłku wyruszyłem w dalszą drogę. Zawiniątko z pozostałym prowiantem porzuciłem, by nie zwracać nim na siebie, jak na obcego wędrowca, uwagi.

Dzień był słoneczny, ciepły. Pachniała młoda zieleń. Byłem dobrej myśli i pewien siebie. Szybki w nogach, umiałem też dobrze zdzielić pięścią w razie konieczności. Teren pełen był zagajników i zarośli, a w dali widniał masyw leśny ciągnący się hen, ku oddalonej Słuczy. Poszedłem spokojnie do Lewanówki, kolonii zamieszkałej przez Polaków. Postanowiłem tam chwilę odpocząć, bowiem na otwartej przestrzeni między osadami biegłem dobrym kłusem. Podszedłem do przedostatniej chałupy, stanąłem przed wrotami wypatrując kogoś na podwórku. Nie chciałem wchodzić do mieszkania woląc mieć wokół siebie wolną przestrzeń, a nie cztery ściany. Ukazała się starsza kobieta. Spostrzegła mnie, zaczęła uważnie badać wzrokiem. Milczałem nie wiedząc jakiego lepiej użyć języka, polskiego czy ukraińskiego. Usłyszałem wreszcie pytanie:

- Do kogo ty chłopcze?

Uradowała mnie mowa ojczysta. Zamiast odpowiedzi jednak i ja zapytałem:

- Czy daleko stąd do osady Woronów?

- O, to będzie siedem kilometrów z hakiem.

Należy tu wyjaśnić, że wołyńskie „haki” liczyły nieraz ponad jedną czwartą podawanej odległości.

- Niebezpiecznie teraz jest samemu chodzić. Mu tu w kupie i to niepewni jesteśmy. Uważaj!

- Dziękuję. Będę uważał.

- A z daleka idziesz?

- Z Równego.

- Ocho!, to kawał drogi. Jesteś chyba głodny. Chodź, zrobię jajecznicę i napijesz się mleka.

Wszedłem do izby. W piecu trzeszczał ogień, jajecznica była więc w pięć minut. Do niej duży garnek mleka. Pani domu usiadła pod piecem przyglądając mi się nadal pilnie. Zapytała:

- Ot, wiesz, że ja w tym Woronowie prawie wszystkich znam. Czyj ty?

Zaskoczyło mnie to pytanie. Po namyśle odpowiedziałem otwarcie;

- Pani zna, a ja tam nikogo nie znam.

- A pytałeś, ile do Woronowa.

- Pytałem, bo wypada mi tamtędy iść na Woronuchę.

- Chryste Panie, z Równego na Woronuchę! Ja tam nie była, ale słyszała. Przenocuj u nas, jest już późno.

Po chwili wahania odpowiedziałem:

- Nie, proszę pani. Muszę iść dalej, do domu.

- A nie mogłeś jechać przez Międzyrzec w swoje strony?

- Nie, bo nie mam żadnego papierka. Uciekłem z transportu do Niemiec.

Kobieta głośno przeżegnała się. Po chwili dodała:

- Od nas też wzięli kilkoro. Teraz ty pilnuj się, bo jak capną drugi raz, to nie daj Boże!

- Idę. Dziękuję za posiłek. Zostańcie z Bogiem.

- Idź z Bogiem i uważaj. Lepiej obejdź Pustomyty, to duża wieś Ukraińców.

Ruszyłem raźniej, a za osadą kłusem. Łukiem kierowałem się za las,aby obejść Pustomyty. Orientowałem się dobrze w terenie. Przez las ruszyłem w „galop”, zwalniałem, i znów to samo. Zatrzymałem się na skraju lasu. Na zachód za mną zostały Pustomyty. W lewo, na północ, znajdował się Woronów, dalej Haczan i Lipniki, gdzie przeważnie mieszkali Polacy. Idąc na przełaj dotarłem do drogi prowadzącej przez te miejscowości. Tak było bezpieczniej. Po dwóch godzinach byłem już za Lipnikami. Przede mną był jeszcze Niewirków i Szczekiczyn. Postanowiłem obejść je z lewej strony, aby dostać się na Suchy Róg, w którym mieszkało parę polskich rodzin. A za lasem już Woronucha.

Do Suchego Rogu dotarłem bez przeszkód, ale mocno znużony. Obok traktu idącego z Ludwipola do Międzyrzecza usiadłem pod drzewem. Musiałem trochę odpocząć. Stąd już niedaleko, sześć kilometrów do domu. Po lewej stronie była duża wieś ukraińska – Mała Sołpa, z której dochodziły niespokojne odgłosy. Nie musiałem przez nią przechodzić, ale odgłosami tymi tętnił także pobliski las, służący za poligon i miejsce spotkań Ukraińców.

Odpoczynek dobrze mi zrobił, chociaż nóg prawe już nie czułem. Ruszyłem wolno. Po kilkuset metrach mięśnie rozruszały się, przyśpieszyłem nieco kroku. Nagle na zakręcie traktu pojawiła się furmanka. Oddalona była ode mnie o jakieś dwieście metrów. Zwolniłem. Na wozie siedziało kilka osób, bacznie ich obserwowałem. Naraz dwóch mężczyzn zeskakuje z furmanki i zmierza w moim kierunku. Skoczyłem w bok między drzewa. Usłyszałem za sobą ukraiński okrzyk „styj!”. Rozległ się strzał, który tylko dodał sił moim nogom.

Nie wiem, jak długo pędziłbym przed siebie, gdyby nie gąszcz leśny, który powstrzymał moje tempo. Podrapany, zziajany stanąłem. Popatrzyłem na swoje nogi. Dobrze, że byłem boso. Gdybym w tę podróż wyruszył w butach, dawno byłoby po moich nogach i po mnie. Na Wołyniu w kwietniu chodziło się już na bosaka. Tak przecież jest wygodniej i oszczędniej. Nawet idąc do kościoła buty niosło się na ramieniu zakładając je na nogi na schodach przy wejściu. Najpewniejsze, niezawodne były gołe stopy. Teraz miałem wprawdzie drobne okaleczenia, ale kto w tej sytuacji zwracałby na to uwagę?

Kiedy wyplątałem się z gąszczu a drzewa zaczęły rozrzedzać się, zorientowałem się, że zboczyłem z właściwego kursu. Musiałem nadrobić trochę drogi i wnet ujrzałem pola mojej kolonii. Dostałem się do między dzielącej na pół tą polską oazę i służącej za drogę dla pieszych. Wszedłem na wzniesienie, skąd było już widać biały dach, kryty blachą, lśniący teraz w blaskach zachodzącego słońca, które towarzyszyło mi przez ten cały i dobry dzień.

Przed domem opadły mnie psy. Skakały na mnie, wpadały pod nogi na których ledwie stałem. Pozwalałem im na wszystko. Przecież witały mnie skamląc i poszczekując radośnie, wyciskając łzy z moich oczu.

Kiedy wszedłem do domu zaczęło dziać się ze mną wszystko to, co następuje po dniu tak pełnym wrażeń. To, co można tylko przeżyć lecz nie sposób opisać. Spałem całą dobę, a potem jeszcze przez parę dni obolałe ciało odmawiało posłuszeństwa.

 

   Broń.

 

Była pełnia lata, gdy któregoś dnia podszedł do mnie stryj Władysław i powiedział przyciszonym głosem:

- Franek, u twojej babci Piotrowskiej jest jakiś twój kolega w towarzystwie Kazika i prosi, żebyś przyszedł tam zaraz w pilnej sprawie.

Kazik był moim kuzynem. Poszedłem, a raczej biegiem pokonałem te trzy kilometry. Gdy tylko wszedłem w zabudowania Kazik wyjrzał z ogrodu i kiwnął na mnie ręką. W rogu parkanu, pod leszczyną zobaczyłem mojego starszego o dwa lata kolegę z obozu strzelczyków nad jeziorem Drywiaty za Wilnem, na którym byłem w sierpniu 1939 roku. Tam poznaliśmy się i zawarliśmy gorącą przyjaźń. Mieszkał w sąsiedniej ukraińskiej wsi Charaług oddalonej o  około dziesięć kilometrów, w której było także kilka polskich rodzin. Uścisnęliśmy się serdecznie. Był to Kazimierz Żukowski. Imponował mi swoją postawą, sposobem bycia, smukłą sylwetką.

Po naszym powitaniu upłynęła dość długa chwila, gdy w pewnym momencie spojrzał uważnie w moje oczy, odszedł bez słowa pod leszczynę skąd wyciągnął kawaleryjski karabinek typu Mauser. Położył przede mną i zapytał:

- Co to jest?

- Karabin – odpowiedziałem zaskoczony.

- Do czego to służy?

- Do strzelania, Kaziu.

- Tak, ale od dziś ma to nam służyć przede wszystkim do obrony, do zabijania naszych wrogów. Ale tego jest za mało, żeby walczyć. To należy zdobyć. Ty coś masz?

- Nie mam.

- Twój ojciec był myśliwym, zapewne ma ukrytą gdzieś dubeltówkę, a może i nagan.

- Myślę, że tak.

- Trzeba poszukać, a jak będziemy obydwaj uzbrojeni, wyruszymy na zdobycie większej ilości. Nie należy zwlekać, bo nas tu wymordują.

Słońce było już bardzo nisko nad horyzontem, kiedy wracałem do domu. Całą noc i do południa dnia następnego zajęty byłem plądrowaniem wszystkich zakamarków naszego domostwa. Opłacało się! Znalazłem dubeltówkę, dwunastkę, z nabojami. O zmroku spotkaliśmy się znów pod leszczyną. Poszliśmy w głąb lasu, dokonaliśmy próby. Wypadła znakomicie, można było więc działać. Omówiliśmy plan, ustaliliśmy trasę. Pomyślałem o moim koledze szkolnym Romku Łukomskim, przydałby się nam.

Mieszkał on na trasie kierunku naszego działania. Dość szybko pokonaliśmy osiem kilometrów i znaleźliśmy się przy chałupie Romka w Głuboczance koło Ludwipola. Wywołałem go i wtajemniczyłem w sprawę. Jest niepocieszony, nie może iść z nami, ma chorą nogę, kuleje. Nie będzie sprawny nawet w ciągu kilku dni. Znikamy w nocy z Kaziem. Przed nami ukraińska wioska Mała Klecka. Ładujemy broń, wszystko może wydarzyć się. Do przejścia mamy około trzynaście kilometrów. Noc ciemne i leśna. Znamy te okolice, mamy orientację, kto z Ukraińców może mieć broń.

Musiało być dobrze po północy, wygasały światła w oknach, gdy podchodziliśmy do jednego z gospodarstw. Przeszliśmy przez płot. Kazio miał łomotać do drzwi, ja natomiast uwijać się po całej zagrodzie i pod oknami, sprawiając wrażenie, że jest nas więcej. Musiałem jednocześnie obserwować kolegę, aby wiedzieć, co dzieje się z nim wewnątrz domostwa.

Kazik jest już w chałupie, rozbłysły światła. Wokół cisza, zaglądam przez szybę do środka. Widzę Kazia stojącego przed progiem izby, w ręku trzyma karabin gotowy do strzału. Na środku izby w bieliźnie stoi gospodarz i coś mu tłumaczy. Na łóżku leży kobieta. Napięty jak struna co chwilę spoglądam w szybę. Kazik odstępuje od progu, robi przejście do sieni dla mężczyzny. Uderzam w ścianę, aby okazać swoją obecność na zewnątrz. Trzasnęły jakieś drzwi i po chwili obaj wracają do izby. Gospodarz kładzie na podłodze karabin i w papierze jakieś zawiniątko, potem kładzie się do łóżka. Kazik podnosi karabin i zawiniątko, cofa się do wejścia i po chwili jest przy mnie.

- Franek, mamy! Karabin, amunicja, a do tego następny adres.

W taki mniej więcej sposób do świtu byliśmy w posiadaniu czterech karabinów zdobytych w Małej Klecce. W dwóch przypadkach nie poszło nam tak łatwo, musieliśmy opornych stawiać pod ścianą grożąc użyciem broni. Nie doszło jednak do tego, rozsądek wziął górę.

Przed świtem byliśmy w głębi lasu. Akcja wypadła pomyślnie, nie można było rezygnować z dalszych.

Parę kilometrów dalej znajdowała się osada polska – Wierzyca. Mieszkał tam dalszy krewny mojego ojca, Marcinkowski, nie pamiętam imienia. Zostawiłem Kazia w lesie, a sam udałem się w odwiedziny. Przyjęto mnie bardzo gościnnie i po paru godzinach byłem w zmowie z moim rówieśnikiem odnośnie przechowywania broni.

Po dwóch dniach złożyliśmy nocną wizytę w Dużej Klecce. Wyprawa była owocna. Nasza „przechowalnia” w Wieżycy wzbogaciła się o cztery karabiny „mosina” z amunicją.

Postanowiliśmy wyruszyć po dalszą zdobycz. Kuzyn z Wieżycy chciał iść z nami, na co nie mogliśmy zgodzić się, gdyż mógł być rozpoznany przez okolicznych Ukraińców. Przez Lubomirę dotarliśmy do Frankopola. Od kuzyna mieliśmy informacje, do których drzwi należy zapukać.

Po upalnym sierpniowym dniu noc była ciepła, w stogach pachniało siano. Stodoły wypełnione były zbożem zwiezionym z pól. Zbliżyliśmy się do zabudowań, obeszliśmy je naokoło lustrując każdy szczegół. Zwróciłem uwagę na drabinę podstawioną pod dach stodoły.

- Kaziu, tam ktoś musi być – powiedziałem. W takie ciepłe noce chętnie idzie się spać na siano.

- Masz rację, stań tu, obserwuj całe obejście i tę drabinę, a ja zapukam do drzwi.

Za chwilę rozległo się pukanie, po nim następne, gwałtowniejsze. Usłyszałem lekki szelest przypominający odgłos poruszanego siana. U szczytu drabiny, na tle ciemnego otworu wejścia pod dach zamajaczyła jakaś sylwetka. Walnięcie kolbą w drzwi chałupy ożywiło ją, zaczęła ostrożnie spływać po szczeblach w dół. Mężczyzna w ręku trzymał jakiś długi przedmiot. Gdy był w połowie drabiny skoczyłem, wymierzyłem z karabinu i krzyknąłem: - Styj! Był tak zaskoczony, że wypuścił trzymany w ręku przedmiot. Spod chałupy podbiegł Kazik. Kazaliśmy mu zejść z drabiny, został zrewidowany. Upuszczony przedmiot okazał się być karabinem. Wyszliśmy z nim z zabudowań w pobliskie zarośla. Skrępowaliśmy mu ręce i nogi wykorzystując jego własny pasek od spodni.

- Słuchaj bratku, - przemówił Kazik – wybieraj, albo przystajesz do nas aby walczyć o samostijną Ukrainę, albo będziesz się przyjaźnił z Polaczkami.

- Nie, ja tylko z wami – odpowiedział ochoczo.

- To dobrze, ale teraz dawaj resztę broni, bo my magazynujemy. Jak trzeba będzie ruszyć na Lachów, to powołamy ciebie, damy broń.

- Ale ja więcej nie mam, tylko amunicję – zarzekał się.

- Dużo?

- Chyba ze dwieście.

- A gdzie?

- W szopie.

Po uwolnieniu z pęt poprowadził nas za sobą. Idąc zapewniał, że w chacie jest tylko żona z dziećmi i dwoje staruszków.

- A dlaczego nie otwierali?

- Bom im kazał. Tu grasują zwykli rabusie.

Obaj weszli do szopy. Gdy wyszli Kazio Kazio trzymał w ręku torbę z amunicją. Wróciliśmy w to samo miejsce, gdzie ponownie spętaliśmy mężczyźnie nogi. Był przerażony.

- Przecież oddał co miał. Po co mnie wiążecie?

- Może i wszystko, ale inni nie dali, a ty ich znasz – mruknął groźnie Kazio. - I jeżeli nie powiesz kto ma broń, to znaczy trzymasz z Polaczkami. Dostaniesz zaraz kulę w łeb.

- Powiem, przecież my swoi.

- To gadaj.

Wymienił trzech i wskazał miejsce ich zamieszkania. Podprowadziliśmy go pod chatę, zapukał do okna i zawołał, aby otwarto drzwi, bo idą swoi. Kiedy drzwi zostały uchylone kazaliśmy mu wejść do izby, rozebrać się, kłaść spać i nie wychodzić z domu do rana. Zaraz przyjdzie tutaj czterech i będzie go pilnować. My wrócimy nad ranem i jeżeli to co mówił okaże się kłamstwem, zabijemy.

- Prawda bratki! Prawda, pod Bogiem! - zapewniał. - Rano przyjdźcie, dam wódki i sała.

Poszliśmy. Zamierzaliśmy te trzy adresy załatwić do świtu, nie mieliśmy tylko zamiaru wracać tu po wódkę i sało, chociaż pan Karpiejczuk, bo tak nazywał się ten gospodarz, zapraszał nas serdecznie. Idziemy po pewną zdobycz, według zapewnień, po większą ilość karabinów.

Frankopol był typową osadą położoną wśród masywów leśnych. Osady te liczyły od kilku do kilkunastu chałup pooddalanych od siebie, osłoniętych krzewami i zagajnikami. Taką zagrodę trzeba nie raz szukać jak grzyba w lesie. Kiedy okienka migają światłem znaczy, że w izbie pali się łuczywo na kominku. Łatwo z oddali pomylić to światło z jaśniejącym robaczkiem świętojańskim. Domownicy w zasadzie nie znają tu godzin gaszenia światła. Gaśnie ono samo, jeżeli nie dołoży się smolaka. Ludzie często zasypiają przy jego blasku.

Takie właśnie, pozornie oddalone światełko było tuż obok. Nasłuchujemy obmacując spojrzeniem każdy przedmiot. Ciszę mąci jedynie lekki poszum drzew.

- Chyba śpią, ty tutaj zostań, wiesz co masz robić, ja idę – szepnął Kazik.

Jest przy oknie, przylgnął do ściany, zagląda. Stoi nieruchomo zbyt długo jak na obecną sytuację. Nagle przesuwa się w tył i przykłada lufę do szyby. Słyszę brzęk szkła i okrzyk: - Nie ruszać się, bo strzelam! Następnie daje mi znak ręką nie odwracając głowy – do mnie! Jestem przy oknie, otrzymuję rozkaz: - Wsadź tu karabin i pilnuj! Przez nie zamknięte na zasuwę drzwi Kazio wbiegł do izby. Trzymając karabinek skierowany na pryczę, w którą i ja celowałem, powtarzając ostrzeżenia, bokiem podszedł pod kominek i dorzucił łuczywo. W izbie rozjaśniło się. Teraz widzę dokładnie, kogo trzymam na lufie. Na pryczy leży dwoje ludzi, ona i on, całkiem nadzy. Kazik każe mu ubrać portki. On wstaje, szuka, znajduje i wciąga. Idzie mu to niesprawnie, trzęsą się ręce.

-Koszulę też – dopowiada nieproszony gość. Niewiasta, zapewne z przerażenia, zachowuje się tak, jakby jej wcale nie było. W kołysce zaczęło płakać dziecko. Kazio mówi dość łagodnie do kobiety, aby się okryła, wzięła do siebie malca i nigdzie nie wychodziła. Nic im złego się nie stanie, jeżeli oddadzą broń. Mężczyzna otwiera usta, próbuje coś powiedzieć, ale ze strachu ma zbyt ściśnięte szczęki. Kobieta, już okryta, ale jeszcze na pryczy, mówi do męża:

- Grysza, oddaj wszystko co masz. Po co ci to?

Mąż kiwa głową na znak zgody.

- Gdzie to masz? - pyta Kazio. Tamten wskazuje ręką pod pryczę.

- Co tam jest?

- Nagan – wreszcie odzywa się.

- Stań tam w kącie. A wy kobieto podajcie mi to.

Niewiasta zsuwa się z pryczy, pochyla i wyciąga spod niej broń. Podaje Kaziowi nie podnosząc się z klęczek.

- Dawaj naboje do niego.

- Nie ma więcej, tylko tyle co w nagania – odpowiedział gospodarz.

- Zobaczymy. Na razie dawaj resztę broni, wiemy wszystko.

Kobieta spojrzała błagalnie w stronę męża. Zrozumiał.

- W stajni pod żłobem – powiedział.

- Głęboko?

- Nie, tylko przykryte słomą. Są w korytku.

- Pójdę sam – zdecydował Kazik – a ty stój w miejscu, bo widzisz? - ręką wskazał na okno.

Wyskoczył z izby. Usłyszałem za sobą skrzypnięcie drzwi stajennych, kątem oka spostrzegłem błysk światła, mieliśmy latarki. Po paru minutach postawił przy mnie trzy karabiny i woreczek z amunicją. Podziękował za broń, nawet uśmiechnął się w stronę kobiety, która była wyraźnie uszczęśliwiona z takiego obrotu sprawy. Zabronił im wychodzić z domu do rana. Byliśmy pewni, że polecenie wykonają.

W zagajniku, około tysiąca metrów od miejsca ostatniej wizyty zatrzymaliśmy się na odpoczynek i naradę. Po dwa karabiny na plecach i jeden w ręku, do tego amunicja, trochę jednak ciążyły i nie były wygodne w nocnym spacerze. Przeliczyliśmy amunicję, było jej około czterystu sztuk. Najbardziej cieszył nas nagan z pięcioma nabojami. Krótka broń wygodna jest w zaskakujących operacjach.

- Ciągniemy losy, kto będzie ją nosił – zaproponował Kazik.

- Nie! – powiedziałem zdecydowanie – przypada on tobie, bo operujesz w pierwszej linii.

Kazik nie oponował. Jest dobrze po północy, musimy być w Wierzycy przed świtem. Mamy przed sobą dziesięć kilometrów drogi. Noc jest ciemna, obładowani szybko nie pójdziemy. Po półgodzinnym odpoczynku ruszamy. Broń powędrowała do schowka, a my po dobrym posiłku na siano spać.

Następny dzień był deszczowy, w sam raz na spędzanie wczasów na sianie pod strzechą. Kuzyn Mietek przyniósł coś do jedzenia. Potem dokonaliśmy przeglądu broni, co było interesującym dla nas zajęciem. Zaczęliśmy rozważać, czy to co już posiadamy przetransportować do Woronuchy. Decyzja zapadła w dniu następnym. Będziemy kuć żelazo póki gorące. Z tym jednak, że przeniesiemy nasze działania na tereny bardziej odległe. Tutaj narozrabialiśmy trochę, lepiej nie kręcić się.

Po dwóch dniach wyruszyliśmy na wschód, na teren nadgraniczny. Za Frankopolem była Dermanka, w której mieszkali Polacy i Ukraińcy. Dalej: Marenin, Bielczaki, Strożów nad rzeką Kurczyk, i granica państwa do 1939 roku. W nich mieszkali już tylko Ukraińcy. Tutaj również miałem dobrą orientację, nieraz przebywałem na tych terenach. W Dermance była kopalnia kaolinu.

Jesteśmy na miejscu. Należy przeprowadzić wywiad, czy jeszcze jest tu ktoś z Polaków. Przeszliśmy obok pary chałup. W jednej paliło się światło. Podeszliśmy na odpowiednią odległość, ukryci nasłuchujemy, obserwujemy. Po jakimś czasie wychodzi kobieta, idzie wolno pod budynek gospodarczy. Wtem w drzwiach domu ukazuje się mała dziewczynka i woła: - Mamo, gdzie to żelazko? Starsza pani nie odwracając się mówi: - Zaczekaj, zaraz wrócę! Spojrzeliśmy po sobie – Polacy! Zachodzę pod dom, spotykam powracającą panią.

- Dobry wieczór – pozdrawiam.

- Dobry wieczór – odpowiada.

- Czy wie pani, gdzie mieszkają Zychowie?

- Wiem, to parę kilometrów stąd. Mieszkają na uboczu.

- Dużo mieszka tu jeszcze Polaków?

- Parę rodzin, ale trzeba chyba pomyśleć o przeprowadzce.

Podszedł do nas chłopak, młodszy ode mnie. Przygląda mi się uważnie.

- Skąd jesteś? - pyta kobieta.

- Z Budek Usteńskich – odpowiadam bez namysłu.

- To nie tak daleko. Ale jest późno, zanocuj u nas.

- Dziękuję, pójdę jednak do Henia Zycha. To kolega szkolny.

Chłopak przysłuchujący się rozmowie proponuje, że może poprowadzić, bo ścieżkami nie jest daleko.

- On poprowadzi, pokaże – przytakuje jego matka.

Zgadzam się, dziękuję i życzę dobrej nocy. Po odejściu około dwustu metrów stanąłem, błysnąłem zielonym światłem latarki, a chłopaka poinformowałem, że jestem z kolegą, który ma karabin, ale nie ma czego się bać.

- Co mam się bać, mój tata też ma karabin – odparował chłopak.

Podszedł Kazik, przekazałem mu informacje, poszliśmy. Ze dwa kilometry za Dermanką nasz młody przyjaciel wyjaśnił, jak mamy iść dalej. Chciał nam towarzyszyć, ale podziękowaliśmy mu. Zeszliśmy z pól na łąkę, po lewej stronie był duży zagajnik. Doszliśmy w końcu do miejsca, gdzie teren zadrzewiony wcinał się klinem w łąkę. Po prawej stronie na wzniesieniu stał dom z zabudowaniami gospodarczymi.

- To tu – powiedziałem.

W tym rejonie jest parę takich zabudowań, mają swoją nazwę, której już nie pamiętam

- Co robimy? - zapytał Kazik.

- Nie mam ochoty pukać o tej porze do drzwi, jest już po północy. Nie chodzi o Henia, ale o jego rodziców.

- Też tak myślę.

Rozejrzeliśmy się po łące. Opodal zagajnika widniał stóg siana. Bez słowa skierowaliśmy tam swoje kroki. Wydrążyliśmy w nim legowisko, układając się wygodnie. Zaczęliśmy gawędzić. Kazik pytał o Henia.

-Dobry kolega. Skończyliśmy razem podstawówkę w Ludwipolu w 1939 roku. Jego ojciec był wójtem gdzieś w tutejszej gminie. Ma młodszego brata Gienka – opowiedziałem krótko o Heniu, a potem wróciłem do sytuacji sprzed kilku dni: - Jak myślisz Kazik, ten, co miał te trzy karabiny i nagana, to musiał być jakiś ważny gość?

- Na pewno, ale załamał się całkowicie przez to zaskoczenie.

- Ale powiedz mi, dlaczego pod tym oknem tak długo stałeś?

- No wiesz, - Kazik roześmiał się – nie chciałem im przeszkadzać, byli bardzo zajęci sobą. Czekałem, aż będą wolni. Długo zapamiętam tę scenę zza okna. A przede wszystkim tę kobietę, w pewnym sensie pomogła nam, ułatwiła sprawę. Miała widoczny wpływ na męża. To dlatego pożegnałeś ją tak przemiłym uśmiechem – żartowałem,

- Może i dlatego – odpowiedział.

Po ponad godzinnej pogawędce zdecydowaliśmy się na sen. Wartę pełniłem pierwszy, bo do Henia postanowiłem pójść około południa, więc miałem czas rano na wyspanie się. Kazik usnął, a ja poddałem się rozmyślaniu. Od tygodnia byłem już poza domem. Powiedziałem mamie, że idę do Głuboczanki do Romka. Jak nie zjawię się w domu za dzień lub dwa, matka pójdzie tam, do swoich kuzynów. Będzie w rozpaczy nie wiedząc, gdzie się zapodziałem. Chorowała na serce, martwiłem się o nią. O ojca nie, miał żelazne nerwy. Rodzeństwa nie miałem. Moja wieś Woronucha była jak wysepka otoczona morzem Ukraińców. Zadawałem sobie pytanie, jak długo możemy w takiej sytuacji przebywać, by nie było za późno.

Tak upłynęły ponad cztery godziny,Kazik obudził się sam, nastąpiła zmiana warty. Kiedy ja otworzyłem oczy słońce nad horyzontem sięgało punktu kulminacyjnego.

Poszedłem do Zycha. Na podwórku ujadał pies. Zobaczyłem w ogródku starszą panią.

- Dzień dobry pani. Ja do Henia, jestem kolegą szkolnym.

- Henia nie ma w domu – odrzekła – jest u swojej ciotki. W domu jest tylko Gienek. Gienek! Gienek! - zaczęła wołać.

Za chwilę chłopiec ukazał się w oknie. Zobaczył mnie, jego twarz rozjaśnił uśmiech, uniósł rękę wołając: - Już lecę! Uścisnęliśmy sobie dłonie, znaliśmy się. Był to bardzo spontaniczny, żwawy i zawsze pogodny braciszek Henia. Zaprosił mnie do chaty. Powtórzył to, co powiedziała matka, nie wiedział też, kiedy Heniek wróci. W pkoju byliśmy sami, wyjaśniłem, wyjaśniłem więc mu krótko:

- Jestem z kolegą, musimy pogadać na osobności, są ważne sprawy. Przynieś coś do jedzenia i picia, czekamy na ciebie.

Podałem mu miejsce naszego pobytu, wróciłem do stogu. Nie upłynęła godzina, jak Gienio zjawił się  z dużą torbą wyładowaną po brzegi prowiantem. Słonina, masło, powidła, mleko i duży bochen chleba. Zabraliśmy się za jedzenie. Gienek przyglądał nam się uważnie, zerkał w prawo i w lewo, aż dostrzegł kolbę Mausera.

- O rany! Karabin! Pokażcie!

- To bierz i oglądaj – zaproponowałem.

Ostrożnie wyciągnął go z wnęki stogu, wziął do ręki, oczy mu się aż iskrzyły. Nagle zapytał:

- Co tu robicie z karabinem? Na wojnę idziecie, czy co?

- Jeszcze nie, ale pójdziemy – wyjaśnił Kazik.

Ujawniliśmy Gienkowi cel naszej wizyty. Pomyślał chwilę i rzekł:

- Heniek na pewno by wiedział. Ja tylko jedno powiem, że te gady mają chyba wszyscy broń i dlatego my się stąd wyprowadzamy. Mama nie chce. Mówi, że na razie jest spokojnie. Ale tata powiada, że właśnie teraz należy się stąd wynosić, póki jest to możliwe. Do Marenina, Bielczaków i Storożowa nie radzę wam iść. Oni jeszcze tak jawnie nie pokazują się, ale w nocy słuchać tam strzały. Ćwiczą chyba. W dzień to przyjeżdża policja granatowa izbiera kontyngent zbożowy. Wczoraj była w Dermance.

- Dużo ich przyjeżdża?

- Tata mówił, że w Dermance były trzy wozy i trzech policjantów.

Gienio wrócił do domu, żeby rodzice nie martwili się o niego. Obiecał na drugi dzień przynieść świeżego mleka. Przyjęliśmy propozycję lojalnie informując, że nie wiemy, czy nas tu zastanie. Na wszelki wypadek pożegnaliśmy się serdecznie, uściskaliśmy go. Odszedł kawałek, obejrzał się, pomachał nam ręką, a ja mu odkrzyknąłem:

- Wyjeżdżajcie, i to jak najprędzej.

Już go nigdy nie miałem spotkać.

Dość długo rozmawialiśmy o tym co mamy dalej robić. O świcie sięgnęliśmy do torby z jedzeniem, a po śniadaniu pożegnaliśmy przytulne miejsce.

W tych okolicach w ciągu dnia można było przejść dziesiątki kilometrów i nie być przez nikogo zauważonym. Szliśmy wolno przez zarośla, do Marenina nie było tak daleko, około sześciu kilometrów. Chcieliśmy być wcześnie, zająć najdogodniejszy punkt obserwacyjny. Dzień zapowiadał się pogodny, na niebie żadnej chmurki. Kilka razy wychodzimy w miejsce odsłaniające przestrzeń, co pozwalało zachować orientację. Po kolejnym wynurzeniu z zarośli spostrzegliśmy Marenin, a ściślej parę jego chałup. Naradzamy się. Trzeba wieś obejść, wypatrzeć bezpieczne miejsce. Zrobiliśmy kółeczko. Zajęło nam to ponad godzinę.

- Tu chyba będzie najlepiej – zawyrokował Kazik. - Popatrz, są trzy chałupy wyglądające pokaźniej od innych, a dalej czwarta.

Droga w tym miejscu była poszerzona, siadamy. O tej porze dnia praca trwała w pełni, co chwilę ktoś przechodził, przejeżdżał, trzymając w rękach widły, grabie, kosy. Starsze kobiety przy piecach, dymi się nad strzechami z kominów. Słońce wznosi się wyżej, w zaroślach nie widać nikogo, wszyscy są na polach.

- Jak myślisz Franek, od której strony nadjadą? Lepiej orientujesz się w tym kącie nadsłuczańskim.

- Myślę, że od Bielczaków, to mała wioseczka z rezerwowym posterunkiem – odpowiedziałem.

- Może dziś nie przyjadą po ten kontyngent zbożowy?

- Kaziu, czy ten ich kontyngent obejmuje zboże? A kury, kaczki, gęsi, indyki, słonina, masło, to ich nie interesuje?

- Głównie po to właśnie przyjeżdżają. Masz rację.

- Patrz, my tu gadamy, a tam dwie furmanki stoją. Przyjechali właśnie od Bielczaków, z tamtej strony.

Poderwaliśmy się na nogi. Oba zaprzęgi stoją blisko siebie i to po naszej stronie drogi, co ułatwia podejście. Woźnica podkładał koniom paszę. Odległość około stu metrów, sytuacja wymarzona. Po chwili z chałupy wychodzi policjant granatowy, w ręku trzyma jakiś kosz, za nim kroczy staruch. Za moment wyłania się drugi policjant z drugiej chałupy. Ten jest sam. Karabiny mają przewieszone za plecy, przeszkadzałyby na ramieniu, ręce muszą mieć wolne do przenoszenia „kontygentu”. Zbliżamy się pod samą zagrodę. Zaprzęgi stoją przy płocie z żerdzi. Spłoszona kura w krzewie zaczyna gdakać. Na jednej z furmanek siedzi woźnica z batem w ręku, plecami do nas. Osłaniają nas gęste krzewy bzu. Oglądamy płot, nie trzeba przeskakiwać, wystarczy pochylić się aby być po drugiej stronie. Wygląda na to, że jest ich dwóch. Czekamy aż będą razem przy furmance. Podchodzi jeden, w rękach niesie pełny worek, kładzie na wóz, otrzepuje dłonie, odwraca się plecami. Wtedy ukazuje się drugi. Dzieli nas dosłownie pięć, sześć metrów. Wyskakujemy jak koty spod płotu. Obydwaj wydajemy okrzyk „łożyś!” Nie trzeba było powtarzać, padli plackiem na twarz. Podskakujemy, trzymamy ich na muszce w bezpiecznej odległości. Każemy zdejmować karabiny jedną ręką i odrzucić od siebie. Robią to nieporadnie, drżą im ręce i nie sprzyja pozycja w jakiej znajdują się, ale jakoś polecenie wykonali. Karabiny powędrowały na nasze plecy. Kazik pyta leżących, gdzie są koledzy.

- Nas tylko dwóch – odpowiada jeden z nich.

Zrewidował ich dokładnie. Krótkiej broni nie mieli. Zabrał amunicję. Woźnica siedział jak zamurowany.

- Gdzie drugi? - zapytałem go.

- Poszedł do szwagra pogadać.

Do siedzącego na wozie zbliżył się Kazik.

- Wy kto?

- Ja gospodarz furmanki, mnie kazali jechać, ja nic nie wiem.

- Jak nie wiesz nic, to złaź z wozu. Daj tym swołoczom po dwadzieścia pięć batów, bo my nie mamy czasu.

Woźnica zawahał się, ale podsunięty nagan pod nos natychmiast rozwiał jego wątpliwości  rozpoczął swoją robotę.

- Tylko wylicz im tak jak powiedziałem, zaraz wrócę i sprawdzę – rzucił Kazik.

Za moment byliśmy po drugiej stronie płotu. Odchodziliśmy szybko, za nami goniło tylko coraz to słabnące chlastanie bata. Marenin zostawał za nami coraz dalej, zwolniliśmy tempo, a za jakiś czas usiedliśmy wybierając wygodne miejsce. Należał nam się odpoczynek i posiłek, Gieniowego prowiantu jeszcze coś zostało. Przed nami leżały zdobyte niemieckie mausery oraz sześćdziesiąt sztuk amunicji. Był to imponujący widok i tym cenniejszy,że zdobyty w biały dzień. Na pewno niejedna para oczu oglądała naszą akcję.

- Co byśmy zrobili, gdyby policjantów było więcej? - zapytałem.

-To samo, byle tylko byli w kupie. Dwóch uzbrojonych, nawzajem ubezpieczających się może wiele dokonać przez zaskoczenie i w sprzyjających warunkach.

- To prawda, uczono nas tego wszystkiego na obozach strzeleckich.

Zaczęliśmy radzić, co dalej. Doszliśmy zgodnie do wniosku,że należy przerwać naszą akcję, nie przeciągać struny. Oni też mają wywiad. Zorientują się,że grasuje tylko dwóch, zorganizują zasadzkę. My tak na pewno byśmy zareagowali. A więc co? Wracamy? Wracamy! 

 

   Woronucha

 

Wieżyca pogrążona była we śnie kiedy wchodziliśmy po drabinie na swoje legowisko. Mietek już spał, ale obudził go szelest siana. Był tak zaciekawiony, że musieliśmy mu wszystko opowiedzieć.

- Was tak prosiłem, żebyście wzięli mnie ze sobą – westchnął.

- Nie martw się Mietek, mamy i dla ciebie zadanie – odrzekł Kazik.

- Naprawdę?

- A ile lat masz Mieciu?

Nie odpowiedział od razu. Można by pomyśleć – liczy na palcach. Albo coś kalkuluje. Wreszcie wydusił z siebie;

- Właściwie to zaraz będzie siedemnaście.

- Coś z rachunkami u ciebie nie najlepiej – wybuchnęliśmy śmiechem – zaraz, to znaczy za ile, za godzinę, za dwie?

- A jak za pół roku, to co? - Mietek był wyraźnie zdenerwowany.

-Dajmy temu spokój. Nie będziemy targować się o pół roku, kiedy i tak do osiemnastu brakuje trzy razy tyle – spokojnie odpowiedział Kazik i dodał: - Sprawa jest poważna. Właściwie nie powinniśmy narażać ciebie na ryzyko. Ale są okoliczności, w których najlepiej tobie można powierzyć tę sprawę. Jeśli wyrazisz na to zgodę.

- Zgadzam się na wszystko, możecie mi zaufać.

- Znasz dobrze drogę do Woronuchy?

- Znam. Z tatą jeździłem kilka razy na targ do Międzyrzecza przez Woronuchę. Kowal Piotrowski oprawiał nam nawet koła do wozu.

- Dobrze Mieciu, trzeba w nocy przewieźć nam broń.

- To ci dopiero niespodzianka! - wypalił Mietek – od paru dni myślałem, że tak będzie. Konie mamy dobre, godzinę tam, godzinę z powrotem, i po wszystkim. Ale jeden karabin zostawicie?

- Dobrze, ale pod warunkiem, że później powiesz o nim ojcu. On lepiej będzie wiedział kiedy i do czego użyć go.

Ustaliliśmy, że ruszamy jutro o północy. Wóz będzie podstawiony w dogodnym miejscu, wysłany sianem, konie nakarmione przed wyjazdem. Poszliśmy spać.

Dzień następny zleciał nam na różnych pogawędkach. Siedzieliśmy na swojej „sianowej” kwaterze nie mając ochoty opuszczać jej. Po dwudziestej drugiej wóz przetoczony został w ustalone miejsce, a przed północą broń umieszczona na furmance z gotowym już zaprzęgiem. Ruszamy. Zagrodę opuszczamy wolno. Po ujechaniu pięciuset metrów Miecio puszcza konie w drobny kłus. Noc jest pogodna i mimo osłony leśnych drzew droga jest widoczna. Kazio usadowił się przy Mietku obejmując obserwację od przodu, ja zaś siedząc plecami do nich obserwowałem tyły. Kłusaki rwą przed siebie ochoczo, woźnica nawet powstrzymuje je w zbyt wyboistych miejscach. Nie rozmawiamy ze sobą wczuci w niecodzienny nastrój. Przerzedzają się drzewa, przed nami kolonia Zastawie, a dalej po prawej stronie Głuboczanka. Pomyślałem o Romku, zapewne smacznie śpi. Gdyby wiedział, na pewno czekałby na nas. W Głuboczance przejeżdżamy mostek na małej rzeczułce, skręcamy w prawo na Chmielówkę. Po trzech kilometrach zatrzymuję furmankę. Schodzę i mówię:

- Zaczekajcie chwilę. Tutaj w prawo jest młyn nad rzeką Smorodynką. Lepiej byłoby przejechać ją w tym miejscu, niż w Chmielówce, to wieś ukraińska.

Po chwili wracam, pytam Miecia:

- Jakie masz konie? Jeśli są płochliwe nie przejdą przez mostek, jest trochę dziurawy.

- Przejdą – odpowiada woźnica.

Skręcamy w prawo, jesteśmy przy młynie. Woda spadająca z zapory trochę niepokoi konie. Strzygą uszami, stawiają słaby opór. Mietek jest pewny siebie, trzaska z bata. Zadudniło – i już jesteśmy po drugiej stronie. Przed nami las, a w nim dróżka uczęszczana tylko przez tutejszych. Zaprowadzi do Rudni koło Smolarni omijając Chmielówkę.

Miecio puszcza wolno konie, niemożliwe jest kierowanie nimi na takiej drodze. Idą same. I tak bez woźnicy ujechaliśmy ze trzy kilometry. Wreszcie jesteśmy na ujeżdżonej drodze Ludwipol – Rudnia. Miecio znów obejmuje kierownictwo nad końmi, podrywa je do biegu i jest już Rudnia. Mijamy skrzyżowanie Chmielówka – Duża Sołpa – Ludwipol – Woronucha. Jedziemy szerokim traktem przygotowanym do budowy drogi bitej. Tutaj znam każdy wystający korzeń, przebiegałem tędy każdego dnia do szkoły. I oto widnieją już pola kolonii. W lewo od traktu, w odległości około pięciuset metrów, na samym skraju lasu mieszka stryj Kazimierz. Skręcamy w lewo, podjeżdżamy wolno, stajemy w pobliżu stodoły.

- Panie Marcinkowski, jesteśmy więc na miejscu! - zwraca się do mnie Kazik.

- Tak jest, panie Żukowski – odpowiadam z tą samą gracją. - Proszę na mnie chwilę poczekać, obudzę służbę.

Wyruszając z Kaziem na akcję szepnąłem Rysiowi, żeby spał na sianie do mojego powrotu. Zaczął szczekać pies Morus. Uciszyłem go. Skrzypnęły wrota, stanąłem na klepisku.

- Rysiek! Rysiek! - wołałem cicho.

W odpowiedzi usłyszałem pytanie: - Franek?

- Tak, choć szybko!

Po chwili zjechał niemal po drabinie i stanął przede mną.

- Gdzie ty tak długo byłeś?

- Potem pogadamy. Chodź.

Wóz podjechał bliżej, broń powędrowała do plewnika pod ułożone deski stanowiące podłogę. Rozgarnęliśmy plewy na całą ich powierzchnię. Uścisnęliśmy się z Mietkiem.

- Bywaj zdrów, szczęśliwej podróży.

Kazik odciągnął mnie na stronę i mówi:

- Franek, nie możemy puścić go samego. Wracam z nim, zamelduję się jutro wieczorem.

- Dobrze, będę czekał. Wyskoczę, jak tylko zaszczeka pies. Podejdź jednak od tyłu stodoły, tam są małe drzwi, będą otwarte.

Uścisk dłoni: Cześć! Cześć! Kazio wskakuje na furmankę. Mietek popuszcza lejce i znikają w mroku. Zostałem z Ryśkiem, poszliśmy spać na siano. Ale wcześniej musiałem mu wszystko opowiedzieć.

- Prawie żałobę obchodziliśmy już po tobie. Nie wspomniałem ani słowem, że trochę orientowałem się, co robisz. Z tym było mi źle.

Rysiek jeszcze coś mówił, ja usypiałem. Gdy przebudziłem się przez szczeliny przedzierało się jasne światło, słońce było wysoko. Zjawił się Rysiek i zapytał, czy idę do domu. Kusiła bliskość, zaledwie pół kilometra, ale musiałem jeszcze poczekać na Kazika. Mijały długie godziny, opowiadałem Ryśkowi o naszych wypadach po broń, był zafascynowany. Wreszcie zapadł zmrok. Nasłuchiwaliśmy, pies Morus nie szczekał. Minęło jeszcze trochę czasu zanim usłyszałem lekki szmer przy bramce tylnej ściany stodoły. Pochyliłem się nad drabiną.

- Masz jabłka? - zadałem pytanie.

- Mam i nie mam – padła cicha odpowiedź.

To było nasze hasło! Za chwilę był przy mnie na sianie.

- Wszystko w porządku Kaziu?

- Tak – usłyszałem odpowiedź – wszystko w jak najlepszym porządku. Mieliśmy tylko trochę gimnastyki przy przejeździe przez ten mostek przy młynie. Brak było w nim jednej deski i tym razem nie chciały wejść. Musiałem brać siwaka za uzdę, resztę zrobił bat i jakoś przeskoczyliśmy. Po przyjeździe wszystko poszło na swoje miejsce, konie i wóz, a my na siano spać. Dziś wieczorem pożegnałem Mietka, no i jestem. Po drodze nie spotkałem nikogo, widziałem jedynie pasące się konie na łące w Rudni.

Zjedliśmy przyniesioną przez Ryśka kolację.

- Jutro muszę pokazać się w domu.

- To ty jeszcze nie byłeś? - zdziwił się.

Następnego dnia około godziny dziesiątej wszedłem przed dom i znów opadły mnie psy, jak po powrocie z Równego. Pomyślałem, ile będzie jeszcze takich powitań? Wchodzę do kuchni, mama pochylona nad piecem, odwraca się i nagle oczy ma pełne łez. O nic nie pyta, tylko płacze. Objąłem ją wpół.

- Mamo nie płacz, przecież jestem, nic mi nie jest. Byłem u Romka, a potem u innego kolegi.

W takiej sytuacji zastaje nas ojciec, który wchodzi z podwórka. Usiadł ciężko na taborecie przecierając dłonią coś pod okiem. Mama pomału uspokaja się i zaczyna głosić „litanię” skierowaną do mnie. Przyjmuję ją pokornie i ze zrozumieniem. Ojciec nie wytrzymuje:

- A przestańże wreszcie gdakać – rzuca spluwając przed siebie jak z dubeltówki. Po chwili mówi do mnie: - A ty źle skończysz, jak będziesz łaził czort wie gdzie!

- Tato!... - chciałem coś powiedzieć, ale ojciec machnął ręką niby pojednawczo i mruknął: - No, już dobrze.

Westchnąłem z ulgą. Po śniadaniu ojciec mówi do mnie:

- Zwieziemy siano, będzie na dwa razy.

- To ja idę zaprzęgać konie.

- Idź, a ja wbiję dwa zęby do grabi, bo wyłamane.

Wyleciałem z domu jak na skrzydłach, uwinąłem się sprawnie koło zaprzęgu. W stosunku do rodziców i w ogóle do starszych miałem wielki respekt. Słowo ich było święte. Nie bałem się kary cielesnej, a takowe zdarzały się, natomiast słowo mogło być dla mnie najdotkliwszą karą. Zwieźliśmy siano. Po obiedzie pomagałem przy wybieraniu miodu w pasiece. Mieliśmy ją wspólnie ze stryjem Stanisławem, który mieszkał z nami pod jednym dachem. Dom był duży, dwurodzinny, kryty blachą. Pozostałe budynki gospodarcze miały pokrycie ze słomy. Mieszkania były dwupokojowe, z przedsionkiem i wspólną werandą od strony od strony frontowej. Zabudowania były okolone sadem ogrodzonym częstokołem oraz sztachetami. Ojciec posiadał ponad trzy hektary ziemi uprawnej. Do wybuchu wojny służył w leśnictwie jako gajowy. Był niezłym myśliwym,żyło nam się więc względnie dobrze. Stryj Stanisław dzieci nie posiadał, byłem więc w tym dwurodzinnym domu jedynym dzieckiem. Stąd nic dziwnego, że kiedy stryjowie zobaczyli mnie w ogrodzie powtórzyła się mniej więcej podobna scena powitania.

Ani ojciec, ani stryj Stanisław nie byli legionistami, służyli u cara Mikołaja. Tata odbywał służbę aż we Władywostoku, stryj Stanisław też gdzieś daleko na wschodzie. Zanim wrócili w rodzinne strony było już po pierwszej wojnie światowej. Z tego chyba powodu nie znaleźli się na liście deportowanych na Sybir w 1940 roku. Młodsi bracia ojca, Władysław i Walerian, byli kawalerami i pracowali na posadach państwowych. Pierwszy w Równem, drugi w Korcu, ale ze stałym miejscem zamieszkania tu w Woronusze. Obok, tuż przy lesie, mieszkał młodszy po Stanisławie brat Kazimierz z żoną i czworgiem dzieci. Najstarszym z nich był Rysiek, młodszy ode mnie o jeden rok, a pozostali to Henio, Czesio i Alina. Wszyscy trzej bracia posiadali podobną powierzchnię uprawną ziemi jak ojciec. Kazimierz trudnił się również myślistwem. Stanisław pracował do wojny w gminie międzyrzeckiej jako sekretarz. Zamieszkiwał tu jeszcze jeden brat ojca, Bronisław. Jego dom i gospodarstwo położone było po drugiej stronie kolonii, w kierunku na Szczekiczyn – Międzyrzecz. W jego sąsiedztwie były jeszcze dwie dalsze pokrewieństwem rodziny Marcinkowskich. Stryj Bronisław służył w legionach, wiele przeżył. W tymże regionie zgrupowanych było również parę rodzin Piotrowskich.

Wieczorem miałem spotkać się z Kaziem, który przebywał na legowisku w stodole u Ryśka. Zobaczyłem, że ojciec ze stryjem siedzą pod lipą o czymś rozmawiają i ćmią skręty. Mama coś robiła w ogródku. Wszedłem do mieszkania, potem do spiżarni i... kolacja dla Kazika była gotowa. Byliśmy zgodni co do tego,że tuż po powrocie lepiej nie pokazywać się razem. Po co wzbudzać podejrzenia. Pewne sprawy do pewnego czasu muszą być znane tylko nam.

- Mamo, idę spać na siano, takie ciepłe noce, siano pachnie.

- No to idź, weź ten koc w paski, zaraz dam prześcieradło i poduszkę.

Po chwili trzymałem koc z zawiniętą w nim ukradkiem kolacją dla Kazika.

- Dobranoc mamo.

- Dobranoc synu.

Ile ciepła i troski mieściło się w tym ostatnim słowie. Gdy pamięcią przybliżam tamte dni, słyszę to słowo.

Poszedłem do stodoły, wszedłem na siano i przygotowałem sobie posłanie. Następnie wyszedłem tylną bramką w kierunku lasu. Takie tylne bramki były niemal w każdej stodole. W okresie omłotów ustawiało się na zewnątrz przed bramką kierat, który łączono żelaznymi drągami z młockarnią stojącą na klepisku.

- Cześć Kaziu, jak się miewasz?

- Doskonale, tylko nudno tutaj.

- Jutro nie będziesz nudził się, przyjdziesz do mnie oficjalnie w odwiedziny. Około godziny dziesiątej będę gdzieś w ogrodzie, a ty wejdziesz do mieszkania i zapytasz o mnie.

- Zgoda Franek, ale dzisiaj musimy omówić bardzo ważną sprawę. Trzeba zorganizować konspiracyjną grupę bojową, dobrać kolegów odważnych i zdyscyplinowanych. Przecież tu są strzelcy i strzelczyki. Ty znasz ich wszystkich, musisz wziąć do na siebie.

- Nie muszę nawet zastanawiać się, już ich wyliczam. Ze strzelców: Antek Kowalski, Bolek Kotwicki, Bolek Feliszek, Józef Opara, Kazik Feliszek, Bolek Murawski, Józek Brusiło, Marian Piotrowski, oraz przede wszystkim mój sąsiad Teofil Kowalski. Strzelczyki to: Wicek, Stasio, Kazio i Antoś Piotrowscy, Janek Zabłocki, Janek, Witold i Antek Marcinkowscy. Następnie z pobliskiej sady Horobiówki moi kuzyni: Janek i Walek Marcinkowscy. Na razie wystarczy, ale koniecznie trzeba dodać jeszcze trzech: Ryśka Marcinkowskiego,Kazia Żukowskiego, no i – Franka Marcinkowskiego.

- To ładnie z twojej strony, że o nas nie zapomniałeś – roześmiał się Kazik. - Zrobimy wkrótce zbiórkę, omówimy zadania, wybierzemy dowódcę obrony, złożymy przysięgę, rozdamy broń.

Na omawianiu tych planów zleciało nam parę godzin, zanim pożegnałem Kazia i odszedłem na własne posłanie. Po śniadaniu udałem się do pasieki. Po drugiej stronie płotu znajdował się ogród i zabudowania naszych sąsiadów i zarazem przyjaciół, państwa Kowalskich. Sprowadzili się tutaj po pierwszej wojnie z kieleckiego. My natomiast jesteśmy wołyniakami z dziada pradziada. Sąsiedztwo nasze układało się w taki sposób, jakiego można każdemu życzyć. Rodzina Kowalskich była nad wyraz pracowita, pobożna, uczciwa i każdemu gotowa przyjść z pomocą. Ich patriotyzm mógł być wzorem dla innych. Poza gospodarzeniem ojciec rodziny trudnił się bednarstwem. Mieli dzieci: Teofila, Janinę i Jadwigę. W ich domu mieściła się pierwsza po odzyskaniu niepodległości szkoła. Właśnie tutaj uczęszczałem do pierwszej i drugiej klasy. Dopiero w latach trzydziestych wybudowano nową, już czteroklasową szkołę. U państwa Kowalskich odbywały się nabożeństwa majowe, przedwielkanocne „gorzkie żale”, a także wieczornice i zabawy. Młodzież i starsi zbierali się w dużej kuchni, aby zagrać w „remika” albo „66”. Pan Kowalski lubił opowiadać bajki i inne opowiastki z życia wzięte, chociaż zwykle był to człowiek małomówny, zawsze skupiony, poważny i nigdy nie udało mi się zobaczyć jego uśmiechu. Bywając w domu wpadałem do nich codziennie, przeważnie wieczorami, aby spotkać się z koleżankami i kolegami.

Siedząc w cieniu leszczyn w ogrodzie spoglądałem co co chwilę w tamtą stronę. W końcu od strony domu doleciało wołanie:

- Franek! Franek! - był to głos mamy, więc odkrzyknąłem:

- Idę!

- Kolega przyszedł do ciebie, jest w pokoju – poinformowała mnie. - Idź, a ja przygotuję jakiś poczęstunek.

Na Wołyniu przyjęty był zwyczaj, że gdy ktoś zagościł w progu domu, podejmowano go czym chata bogata. Wszedłem do pokoju, Kazio spoglądał w okno i podziwiał pasiekę. Wymieniliśmy zaledwie parę zdań, a mama już wchodzi i stawia na stół masło, ser, śmietanę. Następnie pojawia się talerz miodu i świeżo kiszone ogórki. Miód przegryzany ogórkami – jest to po prostu pycha! Do tego herbata świeżo zaparzona w samowarze.

Po posiłku poszliśmy do ogrodu, w którym aż huczało od pszczół. Te, które wracały z lasów i łąk obciążone nektarem, płynęły gęstą ławą nisko nad ziemią. Wylatujące na zbiór mknęły górą. Czasami któraś bzyknęła nad uchem, zakrążyła parę razy i znikała w pośpiechu. Usiedliśmy w moim ulubionym kąciku, pachniało tu woskiem i miodem.

- Franek, musimy załatwić sprawy, o których rozmawialiśmy wczoraj. Przede wszystkim trzeba będzie przeczyścić i zakonserwować broń. Podzielić ją na dwie kryjówki. Tam gdzie jest obecnie nie może pozostawać dłużej. Kiedy dokona się podziału, każdy odpowiadał będzie indywidualnie za swoją broń. Dziś wieczorem pójdę do domu. Najpóźniej jutro w nocy lub nad ranem wrócę. Muszę zobaczyć, co dzieje się z moją rodziną, miała wyprowadzić się do Korca. Tam pozostawać dłużej nie może. Czuję, że rodzice zwlekają z przeprowadzką. Jak ich jeszcze zastanę, sam załaduję wóz, każę wsiadać, a sam wracam tutaj. Moim miejscem teraz jest las. Powstają oddziały partyzanckie, pójdziemy do nich. Polska żyje,choć jest w niewoli. Musimy przetrzymać, wytrwać, nie dać się nacjonalistom ukraińskim. Hitler połamie zęby na wschodzie. Zaatakujemy go od tyłu, potem pogonimy aż do Berlina. Może to jeszcze potrwać, ale zwyciężymy.

Słowa Kazika trafiały celnie w moje odczucia. I mnie ogarnął płomień żądzy walki na śmierć i życie z wrogami mojej Ojczyzny. Od razu zadeklarowałem swoją ochotę dołączenia do niego. Po chwili namysłu Kazik odpowiedział:

- Nie. Musisz być teraz tutaj, pilnować naszej zdobyczy.

W pasiecie ukazał się ojciec zaglądając do uli. Potem podszedł do nas zdejmując sitko ochronne z głowy. Odpowiedział na pozdrowienie Kazika i usiadł przy nas na ławce obcierając rękawem spocone czoło.

- To mój kolega, – przedstawiłem mu Kazia – poznaliśmy się na obozie za Wilnem. Mieszka w Charaługu.

- W Charaługu? - ojciec przerwał zwijanie tytoniowego skręta i popatrzył uważnie na Kazia. - Znam tam wszystkich, ty chyba z Żukowskich?

- Tak, jak pan zgadł?

- Nu jak, przecież podobny do ojca jak kropla wody, a Polaków tam jak na lekarstwo, to tak trudno zgadnąć? - uśmiechnął się. - Jak byłeś mały to nie raz widziałem cię w domu, a potem już nie.

- Byłem na kwaterze w Korcu, tam chodziłem do szkoły. A potem w Równem do gimnazjum.

- A jak tam twój ojciec, dawno go nie widziałem?

- Trzyma się doskonale, zdrowo.

- Za naszej kawalerki spotykaliśmy się często. To kawał chłopa. Tobie też niewiele brakuje. Nachodziliśmy się razem po lesie z dubeltówką, lubiliśmy polować. A trzeba powiedzieć, dobrze strzelał. Bywaliśmy też na zabawach, na weselach.

Pociągając skręta przerwał na chwilę, nad czymś zamyślił się. Potem zaczął uśmiechać się, a w końcu coraz mocniej śmiać. Spojrzał na Kazia i powiedział:

- Kiedyś umówiłem się twoim ojcem i poszliśmy na zabawę na Budki Usteńskie. Mam tam krewniaków i znajomych, więc trochu wypili, no i do tańca. A trzeba powiedzieć,że ponałaziło się tego z chutorów i osad tyle, że palca nie było  gdzie wsadzić. Dziewczęta w Budkach ładne i zdrowe jak krew z mlekiem. Upatrzyłem sobie jedną,biorę za rękę i dawaj w tany. Ale podchodzi jeden Ukrainiec i chce „odbijanego”. Dziewczyna szturcha mnie w bok i mruga, że nie, ona ze mną chce tańczyć. To ja dalej! On znów podchodzi i klaszcze w ręce. Zdenerwowało mnie to i mówię: „poszed won!, bo jak klasnę, to nie wstaniesz”. On mnie po głowie. Odsunąłem dziewczynę, jego za gardło, na podłogę i pod kolano. Jego koledzy na mnie. Zobaczył to twój ojciec, złapał za taboret, przyskoczył. Złapałem za drugi. Matko Boska, co się tam zrobiło! Okna powyłamywali tak uciekali. Zostali tylko muzykanci pod stołem. Twój ojciec mówi do mnie: „No co, Dominik, przyszli my na zabawę, zabawy nie ma”. Ja do niego: „Zaraz będzie”. Wołam: „Muzykanci, grać!” Oni wyłażą spod stołu i zaczynają grać. Wychodzę na podwórko, stoją koledzy. „No to chłopcy, zwołujcie dziewczęta i zabawa od nowa!” Dopiero wtedy zaczęła się zabawa. Bez klaskania, i luźno było. Najstarsi ludzie nie pamiętali takiej zabawy.

Słuchając opowiadania pokładaliśmy się od śmiechu.

- Jak ci na imię?

- Kazimierz.

- Pozdrów serdecznie ode mnie swojego ojca. Ale jeszcze pobędziesz u nas.

- Dzisiaj wracam, mamy wyprowadzić się do Korca, w naszej wsi jest niebezpiecznie.

- Macie rację, my też długo tu nie usiedzimy. Nie wiem nawet, czy przezimujemy. Mówisz, że dzisiaj chcesz wracać. To idę przygotować trochę miodu, zaniesiesz rodzicom.

Ojciec podniósł się z ławeczki i poszedł w stronę domu.

- Twój tatko to wesoły i miły człowiek – zauważył Kazio. - Słuchać można go całymi godzinami.

- O tak, lubi opowiadać i ma też o czym. Zwiedził kawał świata, był pod Japonią, zna Mandżurię. Wracał stamtąd przez kraje południowe.

- Przyjemnie jest wiedzieć, że nasi ojcowie byli w takiej przyjaźni. Nie wiedziałem o tym – przyznał Kazik. - Wiesz Franek, jak przeżyjemy tę wojnę, nigdzie stąd nie ruszymy. W każdym bądź razie ja pozostanę tu na zawsze.

- To piękna ziemia i nasza rodzinna. Ja też nie opuściłbym jej za żadne skarby świata – powiedziałem.

Przyszedł Rysiek, potem przybiegła jego siostra Alinka. Przyniosła piłkę, więc pograliśmy trochę. Było bardzo wesoło, Kazik popisywał się swoją zręcznością, a Alinka mu nie ustępowała. W tym czasie pod parkan podeszła Janka Kowalska.

- Franek! - zawołała. - gdzie się ostatnio podziewałeś? Dawno nie byłeś u nas.

Przedstawiłem jej Kazia, ale ona zamiast podać mu rękę odparła:

- Nie wypada witać się przez płot, to zła wróżba. Chodźcie do nas, jest parę koleżanek i kolegów, zbliża się wieczór, porozmawiamy, pośpiewamy.

Rzeczywiście było bardzo miło. Kazik przypadł wszystkim do gustu, podbił serca dziewczyn. Kiedy wstał z ławki aby się pożegnać, nie chciano go puścić. Musiał im solennie przyrzec, że najpóźniej za dwa dni zjawi się ponownie. Dopiero wówczas rozwarło się kółeczko dziewczyn, w którym się znajdował.

Odprowadzałem go pod Horobiówkę. Szliśmy wolno, nie było potrzeby spieszyć się. Wymienialiśmy między sobą jakieś zdania, ale rozmowa nam się nie kleiła.

- Stąd już niedaleko – powiedział Kazik. - Jeszcze tylko Puzerewo i już mam Charług. No to żegnam cię Franek. Dzisiejszy dzień był tak przyjemny, oby więcej takich było mi dane przeżyć. Wracam pojutrze, czekają nas poważne zadania.

Padliśmy sobie w ramiona, potem mocny uścisk dłoni. Ruszył przed siebie wolno, potem przystanął na moment, odwrócił się, pomachał ręką. Odpowiedziałem mu gestem ręki. Stałem dość długo, patrzyłem za nim. Dziś szedł jakoś wolno, jakoś dziwnie ociężale. Nawet gdy już zniknął widziałem go oczyma wyobraźni. Ogarnęło mnie jakieś złe przeczucie, które podszeptywało słowa: „rozdziela was nie tylko odległość na ziemi, rozdzielił was czas, który jest nieskończony”.

- Nie! - powiedziałem sobie w duchu, i zawołałem ile miałem sił: - Kazik! Kazik! Kazik!

Ale wołanie to pozostało bez odpowiedzi.

Nie chciało mi się spać. Czułem jakiś wewnętrzny niepokój. Odpędzałem jak mogłem złe myśli. W końcu stwierdziłem, że jestem przewrażliwiony i mam za bujną wyobraźnię. Poszedłem na siano, usnąłem nad ranem. Sny miałem  koszmarne.

O samego rana lało. Ciemne chmury zasnuwające niebo zapowiadały deszcz na dłużej. Było już po dziesiątej,gdy wszedłem do kuchni. Mama podała śniadanie.

- Nie wychodź z domu. Będziecie z ojcem wirować miód, wczoraj wybrał parę ramek z uli – powiedziała.

W pokoju ustawiłem wirówkę i obok niej beczułkę. Przyszedł ojciec i zaczęliśmy wirować miód. Po obiedzie poszedłem do stajni, wyrzuciłem nawóz i przyniosłem świeżej słomy. Mogłem wszystko robić, byleby czas mijał szybciej. Potem zabrałem się za czyszczenie konia. Głaskałem szpaka dłonią po karku, później objąłem go za szyję i powiedziałem mu do ucha: „Jak będę szedł do partyzantki, to zabiorę cię ze sobą”. Szpak jakby to zrozumiał, prychnął raz i drugi na znak zgody. Po kolacji poszedłem do stryja Kazimierza. Było mi tam raźniej, nie czułem się tak samotnie z Ryśkiem, Heniem, Czesiem i Alinką. Późnym wieczorem przyszedłem na swoje siano. Tu ma wrócić Kazik. Mówił,że może dziś nad ranem, ale na pewno zatrzymała go przeprowadzka do Korca. Nocą będzie na pewno.

Nie pojawił się w ciągu całego następnego dnia. Przeczuwałem wszystko najgorsze. Podejmuję więc decyzję, która wydała mi się najważniejszą w tej sytuacji – trzeba zmienić kryjówkę broni. Idę do Ryśka, mówię mu o swej decyzji.

- Ja też tak myślę – potwierdza.

Zabieramy się do roboty. Deski, piła, gwoździe, młotek – idą w ruch. Zbijamy coś w rodzaju dwóch koryt. Przenosimy do plewnika i tam ładujemy do nich broń z amunicją. W nocy pada deszcz, co nam bardzo sprzyja. Chwytamy jedną skrzynię i łopatę. Idziemy w głąb lasu pod bagienko Stójłyczko. W nadbagiennej gęstwinie kryjemy nasz bagaż, pod warstwą ziemi i mchu, przykrywając go przedtem kawałkiem papy. Z następną skrzynią idziemy w nieco innym kierunku, pod pagórek. Uwinęliśmy się sprawnie i szybko. Wracamy do mojej stodoły. Nie śpimy do rana, czekamy. Nad ranem przestał padać deszcz, dzień budzi się pogodny. Minęły trzy noce,Kazika nie ma.

 

   Samoobrona

 

Idę do stryja Waleriana i ujawniam mu wszystko. Tutaj przecież ukryta jest broń i w razie czego właśnie tutaj najpierw wpadną. Stryj moje informacje przyjął bez paniki, popatrzył tylko na mnie i powiedział:

- A toś taki synu! Widzę, że nie tracisz głowy. Dobrze zrobiłeś mówiąc mi o tym. Teraz będziemy musieli wypatrywać z której strony wpadną i uciekać w las. A że spalą dom, czort go brał! I tak spalą, wcześniej czy później.

- Stryj zawiadomi o tym mojego ojca i stryja Stanisława, czy ja sam mam powiedzieć?

- Zrobię to lepiej od ciebie, bądź spokojny. Broń dobrze zabezpieczona?

- Dobrze.

- Sprawdzę to któregoś dnia. Od dziś, od tej godziny, na warcie! Dzień i noc, poniał?

Stryj lubił tym słowem kończyć zdanie.

Kazik przepadł jak kamień w wodzie. Wieczorem poszedłem do Kowalskich. Na ławce siedziały Janka z Jadzią i kuzyn, a mój dobry kolega Antek Kowalski. Jadzia zapytała o Kazika.

- Jeszcze nie wrócił i nie wiem kiedy wróci – odpowiedziałem cicho.

Siadłem obok nie podejmując rozmowy. Zauważyły to dziewczyny.

- Musicie znać sytuację. Jesteśmy zagrożeni. Mam broń. Nie mówię ile i skąd pochodzi, Kazik ma też. Sam z naganem poszedł do domu, miał wrócić i do dzisiaj go nie ma. Musimy być czujni i ostrożni.

Zapadło milczenie. Nadszedł Teofil, popatrzył na nas.

- Co wy tak? - zapytał siadając przy nas. Jadzia pochyliła się ku niemu i coś mówiła półgłosem. Po chwili dał się słyszeć jego syk:

- Psie krwie!

Rozeszliśmy się późną nocą. Na ławce pozostał Teofil, by czuwać do rana. Szedłem z Antonim w kierunku drogi. Na rogu parkanu stanęliśmy na chwilę, tu mieliśmy się rozstać.

- Franek, gdybyś miał coś więcej do powiedzenia, możesz mi zaufać. Znasz mnie, możesz na mnie liczyć w każdej sytuacji.

- Wiem o tym Antek. Musimy o wielu sprawach porozmawiać, ale jeszcze nie dziś. Bądźmy na razie czujni.

Następne dni upłynęły bez żadnej wieści o Kaziku Żukowskim.

Aż nagle przyszła tragiczna wiadomość. Kazik został ujęty przez policję ukraińską i uwięziony na posterunku żandarmerii. Dziś w godzinach popołudniowych trzy furmanki z policjantami i żandarmerią niemiecką przejechały przez kolonię Woronuchę od strony Międzyrzecza kierując się w stronę Charaługa. Przy samej drodze stały zabudowania braci Skibińskich, Feliksa i Adolfa. Tam żandarmi zatrzymali na drodze jakąś kobietę, która widziała na wozie zakutego w kajdany młodego mężczyznę mającego ślady pobicia. W domu Skibińskich był w tym czasie Adolf. Widząc furmanki z policją zaczął uciekać w kierunku lasu. Spostrzegli go policjanci, dogonili i zabrali ze sobą do Charaługa. Po upływie jakiegoś czasu przyszła także wiadomość od Ukrainki z tej wsi, że Kazik został ujęty w nocy przy swoim domu przez czatujących tam policjantów, miał broń i był na policji katowany.

Kazimierz Żukowski zginął męczeńską śmiercią oddając swoje dwudziestoletnie życie. Nie oddał jednak naszej tajemnicy, zabrał ją ze sobą do grobu. Przypomniałem sobie jego słowa wypowiedziane w pasiece podczas naszego ostatniego spotkania: „Wiesz Franek, jak przeżyjemy tę wojnę, nigdzie stąd nie ruszymy. W każdym bądź razie ja pozostanę tu na zawsze”. I pozostał na zawsze.

Siedzieliśmy na ganku domu państwa Kowalskich. W liściach drzew szumiało od mżawki deszczu, który w południe przerwał pracę w polu. Nastrój był przygnębiający, od czasu do czasu ktoś coś powiedział, zaprzeczył, przytaknął. Teofil powtarzał co chwila swoje „psie krwie”. Innego przekleństwa z jego ust nigdy nie słyszałem.

- Wygląda na to,że Kazik nic im nie zdradził – zauważył Antek.

Mijały tygodnie i nic się nie działo. W okolicach panowała względna cisza. Jedynie w porze nocnej wpadali tu i ówdzie do domów rabusie zabierając co wpadło im w ręce. Potem apetyty rabusiów rosły i napady zdarzały się w biały dzień. Kiedyś przyszli przed zmrokiem i do nas. Było ich czterech, prowodyr w ręku trzymał nagana. Potrząsając nim żądał od ojca broni. Ojciec stwierdził, że broń zdał sowietom i okazał pokwitowanie. Wprawdzie tak było, tyle że tata miał dwie fuzje i jedną ukrył. Dali mu więc spokój. Zabrali jednak co się dało. Jednego ojciec rozpoznał, ale ten wcale się tym nie krępował. Byli z Dużej Sołpy. W końcu zaczęli poczynać sobie coraz to śmielej. Wyprowadzali z obór inwentarz żywy a przy okazji niejednego gospodarza pobito do utraty przytomności. Niektórzy mieszkańcy kolonii zaczęli przygotowywać się do wyprowadzki. Jesień była ciepła, pogodna. Ziemia wołyńska leży w strefie klimatu kontynentalnego charakteryzującego się wczesną wiosną, upalnym latem, jesienią długą i ciepłą, natomiast zimą śnieżną i mroźną.

Podejmuję decyzję o rozdziale broni. Zawiadamiam najbliższych przyjaciół, którzy późnym wieczorem zbierają się u Kowalskich. Oznajmiam w paru słowach cel naszego spotkania, wśród zebranych czuję wyraźne ożywienie. Teofil bierze łopatę, idziemy. Noc jest księżycowa, widno jak w dzień. Wchodzimy w las w znane mi miejsce, odkopujemy skrzynię, otwieramy. W blasku księżyca broń wygląda imponująco, budzi ogólny zachwyt. Jest nas siedmiu. Mówię do Ryśka: „Rozdawaj!”. Broń wędruje do wyciągniętych rąk, a skrzynię maskujemy w tym samym miejscu. Każdy otrzymuje po 50 sztuk naboi. Panuje nastrój powagi i jednocześnie radosnego ożywienia. Słychać szczęk zamków, każdy ogląda, sprawdza, robi jakieś uwagi. Kiedy opadły pierwsze emocje stryj Walek proponuje:

- Każdy odda jeden strzał dla sprawdzenia broni, a poza tym niech usłyszą sąsiedzi Ukraińcy, że w razie potrzeby potrafimy kąsać.

Obraliśmy gruby pień drzewa, który posłużył nam za cel. Padło siedem strzałów. Do Dużej Sołpy było około czterech kilometrów, musiano nas usłyszeć.

Od tego dnia każdy odpowiadał za swoją broń i był zobowiązany do stawienia się na wezwanie we wskazanym miejscu. Nie składaliśmy żadnej przysięgi, była zbyteczna, każdy z nas nosił ją w sercu. O drugiej skrzyni na razie nie wspominam. O jej istnieniu wiedzieli tylko stryj Walerian i Teofil Kowalski. Broń otrzymali: Bolesław Feliszek, Teofil i Antoni Kowalscy oraz czterech nas Marcinkowskich: Walerian, Witold, Ryszard i ja.

Po tygodniu następuje kolejny przydział broni. Otrzymują ją: Kazimierz Piotrowski, Iwan Kowalewskij oraz Jan, Wincenty i Walenty Marcinkowscy. Po paru dniach dołączają do nas z własną bronią Piotrowscy: Marian, Stanisław i Wincenty. Każdy z nas ma następcę bez broni, w którego ręce ma ona przejść „w razie czego”.

Iwan Kowalewskij pochodził spod Smoleńska, był żołnierzem Armii Czerwonej. Jako jeniec zbiegł z obozu i znalazł się na naszym terenie. Przyszedł z lasu znajdując u nas schronienie. Potem gdzieś znikał na parę tygodni w poszukiwaniu kontaktu. Przed dwoma dniami znów zjawił się. Mówił słabo po polsku.

- Nu, czto u was, Frank? - zapytał.

- Na razie nie najgorzej, organizujemy samoobronę.

- A arużje macie?

- Mamy.

- Adkuda?

Opowiedziałem mu całą sprawę. Kręcił głową i powtarzał:

- No, hiroji, hiroji. A dla mienia macie wintowku?

- Damy – odpowiedziałem.

Ucieszył się, gdy wręczyłem mu karabin z amunicją.

- Tiepier budu z wami aż prijdut Krasnaja Armia.

Nadeszła zima. Miało się wrażenie, jakby trochę ucichło, mniej słyszało się o napadach. Podzieliliśmy się na dwie grupy, południowo-zachodnią i północno-wschodnią. Kolonia była dość rozległa. Nad całością czuwał podoficer z trzynastego PAL-u Walerian Marcinkowski. W drugiej połowie stycznia 1943 roku późnym wieczorem weszło w nasze zabudowania czterech uzbrojonych w automaty mężczyzn. Zaskoczonego ojca uspokajali w języku rosyjskim:

- Nie bojś, nie bojś, my ruskije partyzany. Wy Palaki?

- Da – odrzekł ojciec.

- A kak was zwać?

- Marcinkowski.

- Nu da, my słyszeli, my znajem. Można u was zakwatirować?

- Pożałsta, wejditie w dom.

Spostrzegliśmy ich wchodzących do mieszkania, otaczamy zabudowania. Rozjaśniają się światła w oknach, zbliżam się, zaglądam. Nieznajomi już siedzą za stołem, mama stawia na stół jedzenie, a ojciec bimber. Przybysze zacierają ręce, żartują. Kiwam na kolegów, podchodzą. „Partyzanci!”, orzekamy zgodnie. Wracamy do Kowalskich, stryj Walerian z ojcem pozostają z gośćmi do rana. I oczywiście Iwan Kowalewskij.

Gościli u nas przez parę dni. Wieczorami gdzieś wychodzili, za przewodnika służył im Walerian. Wreszcie podziękowali za gościnę i w towarzystwie Iwana i Waleriana udali się pd Małą Sołpę. Tam zarekwirowali  furmankę wypełnioną zbożem i odjechali w nieznane.

Zima przeszła spokojnie. Wczesną wiosną doszła nas wieść, że jeden z Ukraińców, a było ich sześć rodzin w naszej kolonii, jest konfidentem. Często widywany jest na posterunku w Międzyrzeczu. Nazywa się Fiodor Sidorczuk. Odbyliśmy naradę na której Iwan powiedział krótko:

- Ja bioru to na siebja Pula jemu w łeb, proklatyj faszysta.

Poszedł późnym wieczorem. U Sidorczuka paliło się jeszcze światło w kuchni. Fiodor siedział przy stole twarzą do okna w otoczeniu domowników. Iwan podszedł do okna, my go ubezpieczaliśmy. Wymierzył z karabinu i wypalił. Po strzale wydał głośny okrzyk: „Smert faszystom”.

Na drugi dzień w południe przyjechała policja z żandarmami do Sidorczuków. Popatrzyli, pogadali, a jeden z nich podobno podobno powiedział: „Co jak co, ale strzelec musiał być wyborowy, skoro w nocy trafił wprost w oko”. Domownicy powiedzieli policjantom o okrzyku w języku rosyjskim. Przyjęli więc,że wyroku dokonał zwiad partyzantki radzieckiej, który coraz częściej pojawiał się na tym terenie. Odjechali nie stosując żadnych represji w stosunku do ludności.

Z początkiem wiosny dwa tragiczne wypadki wstrząsnęły mieszkańcami kolonii. Gracjan Marcinkowski, kuzyn ojca mieszkający w sąsiedniej osadzie Horobiówka, przyjaźnił się z rodziną Kralów. Marcinkowscy mieli syna Jana, mojego rówieśnika, a Kralowie córkę. Janek poszedł w odwiedziny do niej, ale już nie wrócił. Mijały tygodnie, ślad po nim zaginął. W Horobiówce mieszkały dwie rodziny Kanończuków wrogo usposobione do Polaków. W parę tygodni po zaginięciu Jana, nad ranem, w pobliżu Kanończuków rozlegają się pojedyncze i seryjne strzały z broni maszynowej. Trwało to niezbyt długo, ale czuwamy. Jest już świt, od strony Horobiówki, gdzie padły strzały, wolno nadjeżdża furmanka. Obserwujemy z ukrycia, jest z nami Iwan. Na furmance siedzi czterech mężczyzn uzbrojonych w automaty PPSz-e. Zatrzymujemy ich krzykiem: „Stój, kto jedzie!?” Mówimy w ojczystym języku. Mężczyźni błyskawicznie zeskakują z wozu zajmując pozycje obronne. Pada odpowiedź:

- My ruskieje partyzany! A wy nawierno Polaki?

- Tak, Polacy! – odpowiadamy.

Wychodzimy z ukrycia, partyzanci wstają. Pokazują na furmankę i mówią: „Ubili sukinsyny!” Podchodzimy, na wozie leży martwy partyzant, obok niego jest drugi ranny w rękę. Iwan podchodzi do nich, rozpoznają się w jakiś tylko dla nich znany sposób. Opowiadają, że jechali do nas odpocząć  przez parę godzin, zanim ruszą dalej w kierunku na rzekę Słucz. Zostali nagle napadnięci, podjęli walkę w której padło dwóch bandytów i jeden ich towarzysz. Po ucieczce napastników wpadli do zagrody Kanończuków przeszukując pomieszczenia zabudowań. W mieszkaniu wyciągają spod łóżka jednego z gospodarzy i natychmiast wieszają go dla przykładu. Ci, którym udało się uciec, opuszczają swoje zagrody na dłuższy czas. Partyzanci odpoczywają cały dzień. Zaopatrujemy ich w żywność. O zmroku wyruszają w kierunku Słuczy. Muszą wracać na „Zieloną ziemię”, do republiki partyzantów. Odprowadzamy ich za Rudnię pod Ludwipol. Poległego towarzysza zabierają ze sobą, tam go pochowają. Iwan Kowalewskij odchodzi z nimi.

Marcinkowscy z Horobiówki przedzierają się nocą do Korca. Został tam tylko na zawsze Janek, którego zwłoki odnalezione zostały po wyzwoleniu tych terenów. Po zamordowaniu ukryty został w lochu zabudowań Kanończuków. W większości zostali oni schwytani i dosięgła ich ręka sprawiedliwości. Rodzicom Janka pozostał tylko jeden syn, Leonard, który obecnie jest lekarzem i mieszka w Gryfowie koło Lubania.

Po owym wydarzeniu z partyzantami dobiega nas kolejna przerażająca wieś. Oto mała osada leśna Ozierce, położona od Woronuchy ponad 10 kilometrów, otoczona została w biały dzień przez policję ukraińską i wszyscy jej mieszkańcy zostali wymordowani. Niektórzy, jeszcze żywy, spłonęli w zabudowaniach. Ocalał jedynie mały chłopiec i starsza osoba nie będąca w tym czasie w osadzie. Nastroje wśród mieszkańców kolonii są złe.

Stan zdrowia mojej mamy pogarsza się z każdym dniem, nie wytrzymuje serce. Ojciec podejmuje decyzję;

- Józia, szykuj jakiś węzełek z żywnością, do Korca szesnaście kilometrów, to nie daleko. Znam w tym kierunku każdy zakątek, niemal każdą miedzę w polu. Pójdziemy nocą po bezdrożach, obejdziemy Charaług i Kopytów, dojdziemy bezpiecznie. Zamieszkamy u Perzyńskich albo u Olszewskich.

Oznajmiam rodzicom, że zostaję, odprowadzę ich tylko. Mama protestuje, ojciec wyraża zgodę, mówi:

- Gdybym miał twoje lata i broń w ręku, też zostałbym. A tak, matka chora, muszę z nią być.

O zmroku wyruszamy. Stryj Stanisław ze stryjenką Janiną też wiążą węzełki, by udać się do Międzyrzecza, a potem do Równego, do ciotki Reginy. Odprowadza ich stryj Walerian, z kimś jeszcze. Z rodzicami idzie Antoni Kowalski, Walek z Horobiówki i ja. Po przejściu kolonii zapuszczamy się na bezdroża, aby obejść niebezpieczne miejsca. Dla mamy jest to droga ciernista, droga męki. Przeszliśmy ją jednak bezpiecznie. Po północy zapukałem do drzwi Perzyńskich, mieszkali na przedmieściu. Pożegnaliśmy się przed domem, mama łkała, ojciec wziął ją pod rękę i taką wprowadził do mieszkania.

Ruszamy w drogę powrotną, za miastem w polu trochę odpoczęliśmy. Nad ranem zmęczone nogi wyciągamy w sianie u Kowalskich. Stryj Walerian powrócił w dniu następnym, nocował w Międzyrzeczu. Stryj Kazimierz z rodziną wyprowadził się do Równego. Bardzo było mi ich brak. Rysiek dzielił ze mną pewne przeżycia, Alina była dla mnie najukochańszą istotą w rodzinie.

Już parę rodzin opuściło kolonię, porzucają wszystko, zabierają tylko to, co mogą wziąć do ręki. Nie chcą czekać na najgorsze. Całymi dniami i nocami czuwamy, wypatrujemy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że jak wpadnie tu ich większa siła, nie damy rady się obronić. Ale przynajmniej zatrzymamy ich ogniem na tyle, aby mieszkańcy mieli czas na ukrycie się w pobliskich lasach. Jeszcze sporo mieszkańców tu pozostało.

Pewnego dnia jesteśmy w zabudowaniach Józefa Piotrowskiego, od strony Wielkiej i Małej Sołpy. Jest stryj Walerian,Wincenty i Stanisław Piotrowscy, Antoni Kowalski i ja. Zapadł już zmrok. Nagle dostrzegliśmy na niebie czerwoną plamę. Od strony południa rozpływa się wolno po horyzoncie i wybucha łuną pożaru. Stryj Walerian orzeka:

- Palą się Kuriatowie na Żelaznym Polu. Chłopcy, biegiem!

Chwyciliśmy karabiny i ruszamy na przełaj ile sił w nogach. Odległość wynosi około czterech kilometrów. Gdy jesteśmy już blisko ogień przygasa. Przeskakujemy róg zagajnika, przed nami oddalone o około sto metrów leżą zabudowania. Złowrogą ciszę przerywa tylko trzask dopalającej się szopy. Budynek mieszkalny i stajnia stoją nietknięte ogniem. Po chwili od strony stajni skrada się jakaś postać z wiadrem w ręku. Zbliża się do sadzawki, czerpie wodę. Stryjek spojrzał na mnie robiąc ruch głową. Zrywamy się. Postać nad sadzawką prostuje się, wypuszcza wiadro, ucieka. W parę sekund chwytamy go. Jest to Kazimierz Kuriata, poznaje nas. Podchodzą koledzy. Pod stajnią, na oborniku leży martwa niewiasta,żona Kazimierza. Przenosimy ją do mieszkania, układamy ciało na leżance w kuchni. Rodzice i Kazimierz zdążyli uciec, uratowali się. Widok spoczywających zwłok na tle zdemolowanego wnętrza mieszkania jest przerażający. Bandytów było trzech, zabrali wszystko co było do wyniesienia. Odchodząc podpalili szopę, przybiegliśmy za późno.

W parę tygodni potem dochodzi do nas wieść o napadzie bulbowców na Niemilę, polską osadę oddaloną od nas o kilkanaście kilometrów. Mieszkańcy zostają wymordowani. Ocalało parę osób, między nimi mój przyszły kolega, którego poznam w oddziale „Bomby”, Mieczysław Bronowicki. Ofiary mordu pochowano w jednej mogile.

Krąg grozy wokół Woronuchy zaczyna zawężać się. Oto mordercy spod znaku tryzuba napadają na Głuboczankę, położoną od nas zaledwie sześć kilometrów. Parę rodzin jeszcze przed napadem zdążyło wyprowadzić się. Nie zdążyła rodzina Murawskich, padła więc ofiarą zbrodni. Ocalał jednak mój kolega szkolny Marian Murawski. Bandyta strzelił do leżącego wprost w głowę. Pocisk rozszarpał mu tylko szczęki, wyszedł z tego. Obecnie mieszka w Żurawinie koło Wrocławia.

Pod koniec czerwca 1943 roku, po nocnym czuwaniu w zachodniej części kolonii powiedziałem do stryjenki Janiny:

- Pójdę dziś do domu. Mamy tam trochę ukrytych rzeczy, zwłaszcza chodzi mi o bieliznę i ubranie. To co mam na sobie jest już poniszczone.

- Pewnie, że tak, - powiedziała stryjenka – ale najpierw trochę prześpij się po nocy.

Po obiedzie mówię do brata stryjecznego Witolda:

- Ja idę, a wy czuwajcie. Nie biorę ze sobą broni, na taką przechadzkę jest niepotrzebna. Tu może bardziej się przydać. Wrócę za dwie, trzy godziny.

Do domu mam około trzech kilometrów. Idę miedzą dzielącą kolonię na dwie połowy. Tu i ówdzie spostrzegam kogoś w polu lub przy zagrodzie. Dzień jest słoneczny, upalny. Wchodzę w zabudowania, wokół cisza i wprost przerażająca pustka. Wszystko stoi otworem. Jedynie w pasiece pracują pszczoły, jakby nic się tu nie stało. Wszedłem do mieszkania przez otwarte drzwi. W każdym miejscu widoczne były ślady nieproszonych gości. Gdy tak stałem zadumany, nagle usłyszałem za plecami jakiś szmer i jednocześnie wali mi się coś pod nogi. Odskoczyłem jak oparzony, spojrzałem za siebie, i z radości mało nie krzyknąłem. - Ach, ty łobuzie!”. Był to nasz kundelek. Wywęszył mnie, gdy wszedłem do mieszkania i... przestraszył. Nie mogliśmy nacieszyć się sobą, pozwalałem mu lizać gdzie chciał i ile chciał. Długo by trwało nasze powitanie, ale kundelek nagle znieruchomiał, uniósł uszy, poruszył się nerwowo i wyskoczył za próg. Usłyszałem jego ujadanie. Intuicja podpowiedziała mi, że nie wolno wybiec z mieszkania śladem kundelka. Skoczyłem więc w odwrotnym kierunku, wpadłem do pokoju, spojrzałem w okno od strony drogi. Było już za późno. Od strony lasu gęsiego idą jacyś uzbrojeni, kilku zeskakuje z parkanu, otaczają dom. Słyszę kroki w kuchni, otwierają się drzwi do pokoju.

- Ruki w horu! - słyszę wezwanie.

Podnoszę ręce. Jeden z nich podchodzi, rewiduje mnie.

- Gdzie masz broń? - pyta po ukraińsku.

- Nie mam, bo nie miałem – odpowiadam.

- A gdzie reszta domowników?

- Nie wiem, ja nie tutejszy, ja Ukrainiec.

- Ukrainiec? A jak się nazywasz?

- Pierechoćko Stepan, mieszkam pod Chmielówką – orzekłem bez zająknięcia. Pierechoćko był naszym niedalekim sąsiadem, miał syna w moim wieku.

- A co tu robisz?

- Ot, przyszedłem pooglądać, skoro nikt tu nie mieszka.

- Acha, pooglądać – powtarza jeden z nich. - No i coś wypatrzyłeś?

- Wydaje mi się, - mówię – że coś w pasiece jest zakopane.

- To prowadź.

Wychodzimy z mieszkania, w zabudowaniach aż roi się od nich, plądrują po wszystkich zakamarkach. W mojej głowie krzyżują się tysiące myśli. Czuję, że chociaż jestem „Pierechoćką”, nie bardzo mi ufają. Zbliżamy się do rogu pasieki, gdzie rosną leszczyny. Tam rzeczywiście zakopana jest beczka z zastawą stołową.

- To tu, - wskazuję ręką – wymacałem przed godziną drutem.

Jeden z nich wyciąga z karabinu wycior i sprawdza. Stuknęło. Coś jest! Pochylam się usłużnie, zaczynam rozdrapywać palcami, idzie to niesprawnie. Drugi z nich zaczyna mi pomagać, ale po chwili zniechęca się. Odchodzi w kierunku domu poszukać jakiejś łopaty. Teraz już wiem, co mam robić. Jestem w pozycji klęczącej, unoszę więc głowę do góry i pytam:

- Jak myślisz, co to może być?

- Kto go wie – odpowiada bulbowiec.

- A jak coś wartościowego, to podzielicie się ze mną?

- Na pewno – odpowiada z uśmiechem.

Kątem oka zerkam w stronę domu, jesteśmy sam na sam. Zrywam się błyskawicznie, uderzam go pięścią z całych sił w żołądek. Karabin wysuwa mu się z rąk, porywam go i poprawiam kolbą w łeb. W mgnieniu oka pokonuję parkan. Z karabinem w ręku przebiegam małą łączkę, wpadam w łan zboża kierując się w stronę młodego lasu zwanego „Czabany”. Nagle wpadam do dość głębokiego rowu na polu Kowalskich, biegnę chyłkiem. Kiedy przystanąłem i wyprostowałem się, ujrzałem nasze zabudowania oddalone o około tysiąc metrów. Przysiadłem w rowie dla odpoczynku. Co jakiś czas unosiłem się lustrując otoczenie. W pewnym momencie spostrzegam głowę Teofila Kowalskiego obserwującego teren. Daliśmy sobie znak ręką i po chwili byliśmy obok siebie.

- Psie krwie – powiedział. - Wypatrzyłem ich, jak byli jeszcze na drodze. Wtedy ja w pole, obserwować. Jest ich chyba z pięćdziesięciu. Trochę poszło w kierunku Kuriaty. Nie słychać żadnych strzałów, nic się nie pali. Przyszli chyba tylko na rabunek. Dobrze,że nie wypaliłem do nich z karabinu, wtedy by się zaczęło. A ty co tu robisz?

Opowiedziałem mu całe zajście.

- Miałeś szczęście Franek. I do tego jeszcze zdobyłeś karabin!

- A gdzie Janka z Jadzią? - z kolei ja zapytałem.

- Gdzieś w polu. Dobrze, że rodziców wyprowadziliśmy do Równego. Oni  nie dali by rady uciekać.

Siedzieliśmy około godziny. Widzimy, że grupa bulbowców wraca od strony Kuriatów i kieruje się w stronę lasu, skąd przyszła. Wracamy, widzimy parę osób o czymś żywo rozprawiających. Dowiadujemy się o tragedii. Gdy bulbowcy byli już na skrzyżowaniu przy zabudowaniach Kuriatów, zza zakrętu drogi pojawił się Marian Piotrowski. Zanim zdążył cokolwiek zrobić schwytali go. Za jego pazuchą znaleźli karabin z obciętą lufą. Skrępowali mu ręce, uprowadzili do lasu. Pożegnaliśmy w myśli Mariana na zawsze, bo stamtąd, dokąd został uprowadzony, już się nie wraca.

Zapadł zmrok, spoglądamy co chwilę w stronę lasu, jakby oczkując cudu. I w poświacie księżyca zamajaczyła czyjaś postać. Jest w bieli, podchodzi, słania się na nogach. Wygląda jak śmierć. Wychodzimy naprzeciw, poznajemy. To jest Marian! Jest w samej bieliźnie. Od pasa w dół czerwona wstęga krwi. Pada przed nami. Bierzemy go na ręce, przenosimy, układamy na posłaniu. Rana na brzuchu przestała krwawić, jest szerokości bagnetu. Marian traci przytomność, którą odzyskuje po paru godzinach. Opowiada:

- W lasku młodych sośnin, w okolicach Dużej Sołpy, dano mi do ręki łopatę i kazano kopać dół. Zacząłem kopać, wiedziałem , że jest to mogiła dla mnie. Potem kazali przerwać kopanie, widocznie uznali, że jego głębokość jest już wystarczająca. Błysnął bagnet skierowany w mój brzuch. Odruchowo chwyciłem go oburącz, odepchnąłem od siebie i skoczyłem w zarośla. Nie miałem nic do stracenia więc gnałem przed siebie. Padły strzały, ale niecelne. Dzięki temu jestem tutaj.

Mariana przewieźliśmy do Międzyrzecza. Droga nie była łatwa ze względu na grasujących bandytów. W szpitalu otrzymał troskliwą opiekę, ale jego stan wymagał fachowej operacji. Podjęto decyzję o przewiezieniu go do Równego. Nie dojechał, zmarł w drodze.

Po jednej z nocy lipcowych 1943 roku nad ranem jesteśmy w zabudowaniach stryja Bronisława.

- Idźcie spać chłopcy – oświadcza stryj – ja będę czuwał

Stryjenka przygotowała nam posłanie w nieukończonym pokoju. Ułożyliśmy się do snu, Wincenty i Stanisław Piotrowscy w jednym kącie pokoju, a Witold ze mną w drugim. Nie wiem ile upłynęło naszego odpoczynku, gdy zrywa nas krzyk stryjenki:

-Wstawajcie, bulbowcy!

Okrzyk dotarł do mnie trochę za późno. Nikogo w pokoju już nie ma, przy mnie leżał jedynie karabin. Chwyciłem go i wpadłem przez kuchnię do wyjścia. Będąc w drzwiach ujrzałem kilku uzbrojonych jeźdźców wjeżdżających z drogi w zabudowania. Wyskoczyłem z sieni domostwa w lewo, za budynek. Seria z automatu dosięgła jedynie prawej kieszeni ubrania. Pędziłem w stronę Nykończuka, który mieszkał pod lasem, niecały kilometr dalej. Przebiegłem łan zboża za którym spostrzegłem przykucniętych kolegów, jakby oczekujących na mnie. Dopadłem do nich, kierujemy się w stronę lasu. Od strony zabudowań stryja pojawiają się konni, oceniamy sytuację. Należy powstrzymać ich natarcie. Ktoś wydał okrzyk: „pal!”. Padły strzały, odezwał się także karabin dziesięciostrzałowy Stasia Piotrowskiego. Strzelamy z kolana spokojnie i dość celnie. Przed nami ktoś spadł z konia. Impet nacierających maleje. Nie wiedzą przecież ilu nas jest na skraju lasu. Wincenty Piotrowski mówi:

- Franek, nie mamy żadnych szans, wycofujemy się.

Przebiegamy jeszcze paręset metrów. Przed nami zagroda na skraju lasu. Przeskakuję parkan, pod którym leży niemowlę i płacze. To łkanie dzieciątka słyszę do dziś. Gonią nas serie i jeźdźcy na koniach. Jest ich wielu, roją się za nami. Wpadamy do lasu, który nas kryje. Po dwóch godzinach wracamy. Stryjek Bronisław nie żyje. Seria z automatu przecięła nić jego życia. Stryjenka z małymi dziećmi ocalała ukryta w konopiach. Grób Bronisława pozostał na zawsze w ogrodzie. Witold z matką i drobnym rodzeństwem wyprowadza się do Międzyrzecza. Wiosną 1944 roku stryjenka umiera. Witold zostaje z trzema siostrami. Najstarsza Emilia ma 12 lat. Po wyzwoleniu tych terenów Witold wstępuje do Ludowego Wojska Polskiego. Żegna swoje małe siostrzyczki, pozostawia je pod czyjąś opieką i wyrusza na front. Parę godzin przed odjazdem spotykamy się przypadkowo w Równem, w drugiej połowie czerwca 1944 roku. Jesteśmy w różnych jednostkach, żegnamy się więc, życzymy sobie szczęśliwego powrotu. Ale Witold nie wrócił. Poległ na polu chwały w dniu 12 kwietnia 1945 roku pod Berlinem. Taka była treść zawiadomienia, jakie otrzymała jego rodzina. Emilia z siostrami przeżyła ciężkie lata. Obecnie mieszka w Kołobrzegu.

 

   Ewakuacja

 

W miesiącu lipcu 1943 roku podejmujemy decyzję. Musimy nawiązać kontakt z „Zieloną ziemią” położoną na północ  od Słuczy. Mieszkańców kolonii trzeba ewakuować. Możliwości jakiejś zdecydowanej samoobrony były właściwie żadne. Działaliśmy od przypadku do przypadku. Pierwszy wypowiedziałem się na temat nawiązania łączności z terenem zasłuczańskim, miałem tam przyjaciół, kolegów szkolnych z Ludwipola. Któregoś dnia powiedziałem:

- Pójdziemy, poszukamy ich i poprosimy o pomoc.

Wyruszam w towarzystwie kuzynów, Wincentego i Walentego Marcinkowskich oraz Antoniego Kowalskiego. Po przekroczeniu Słuczy znaleźliśmy się w Starej Hucie. Odwiedzam tam także koleżankę szkolną Janinę Hajdamowicz, obecną moją żonę. Od niej dowiaduję się, że za Moczulanką stacjonuje jakiś oddział partyzancki. Idziemy, przyjmuje nas dowódca o nazwisku Sitajło. Po wysłuchaniu naszej sprawy wyznacza dziesięciu uzbrojonych partyzantów pod dowództwem Aleksandra Boguckiego. Był wśród nich późniejszy mój kolega z oddziału „Bomby” Dominik Pasikowski, pseudonim „Gaj”.

Po powrocie do Woronuchy zarządzamy przygotowanie do ewakuacji. Przez całe popołudnie oraz noc i dzień następny trwały przygotowania do wyjazdu. Przed zapadnięciem zmroku kolumna pojazdów była gotowa. Kilka rodzin nie przybyło jednak na miejsce odjazdu. Podjęli decyzję wyruszenia do Międzyrzecza i Równego. Tam mieli znajomych, bliskich i krewnych. Po naszym wyjeździe zwlekali parę dni. Zostali napadnięci i wymordowani. Ofiarą zbrodni padli Ostrowscy, rodzice Józefa, który był w tym czasie w Ostrogu, a potem trafił do oddziału „Gzymsa” w 27 Dywizji Wołyńskiej Armii Krajowej. Zamordowani zostali także Piotrowscy oraz Chorążewska z małym dzieckiem. Jakubowski, który wyruszył wcześniej do Międzyrzecza, napadnięty został pod Dywaniem i zabity drągami.

Dowódca ubezpieczenia daje rozkaz odjazdu, kolumna rusza. I wtem z nieba spadł deszcz. Wyglądało to tak, jakby niebiosa święciły nam drogę. Noc jest ciemna, zaczynają się przeróżne kłopoty. Pęka uprząż w zaprzęgach, furmanki są przeładowane. Odzywają się nawoływania w języku rosyjskim, gdyż takie było polecenie. Za Rudnią, w ciemnym lesie, kontakt między pojazdami często rwie się. Łącznicy mają niełatwe zadanie utrzymać to wszystko w ładzie i porządku. Przejazd przez las trwa długie godziny.

Wreszcie ukazują się pola siedliskie. Po wyjechaniu z lasu kolumna przystaje, trzeba sprawdzić, czy wszyscy są. Musimy poczekać na maruderów, którzy z różnych przyczyn utknęli w lesie. Dużo dobytku pozostało na drodze, ściąganego z wozów, aby ulżyć koniom. O świcie jesteśmy znów w komplecie, kolumna rusza dalej.

Cztery kilometry przed Słuczą przejeżdżamy przez miasteczko Ludwipol i ukraińską wieś Siedliszcze. Sprawiają wrażenie, jakby dotknęła je jakaś śmiertelna choroba. Ukraińcy też wyprowadzili się mając po drugiej stronie rzeki polskich sąsiadów. Ciszę poranną mąci klapanie kopyt końskich i dudnienie kół po bruku. Trzeba jednak być w pogotowiu, „samostijniacy” mogą urządzić zasadzkę. Samoobrona zza Słuczy ma na nas oczekiwać i zapewnić nam bezpieczeństwo. Bogucki przeprowadza rozeznanie, nawiązuje kontakt, droga jest wolna. Podjeżdżamy wreszcie nad koryto rzeki, szerokie na około sto metrów. O tej porze roku wody są płytkie, spływają sennie i leniwie.

Przeprawa przez rzekę w bród odbywa się wolno, ale bez wypadku. Kierujący przeprawą czuwają nad każdym pojazdem. Kobiety przenoszą dzieci na rękach, woda w niektórych miejscach sięga do pasa. Na pomoc w przeprawie przybyli mieszkańcy zza Słuczy. Około południa wszyscy byliśmy po drugiej stronie granicy oddzielającej nas od  przepaści, nad którą ostatni żyliśmy.

Gdy ostatnia furmanka przystanęła na zasłuczańskiej ziemi mieszkańców Woronuchy opanowały odczucia ludzi bezdomnych. Spoglądali w stronę południa, skąd przybyli, żegnając tylko w wyobraźni swoje zagrody i pola. W ich oczach świeciły nie tylko łzy rozpaczy i żalu. Świeciła także przysięga pomsty za przemoc i wypędzenie. Była to przysięga twarda i milcząca. Po twarzach kobiet przysłoniętych dłońmi spływały łzy. Tam, po drugiej stronie rzeki, pozostawiły wszystko. Tutaj trzeba było przyjmować każdy kawałek chleba od tych, którzy sami nie mieli go za wiele.

Mieszkańcy do których przybyliśmy przyjęli nas serdecznie, jak członków swojej rodziny. Oddali do naszej dyspozycji wszystko to, czym sami żyli. Podzieliliśmy wspólny los.

Wstąpiłem do oddziały partyzanckiego Sitajły. Brałem udział we wszystkich akcjach zbrojnych przeciwko bandom nacjonalistów ukraińskich.

W drugiej połowie sierpnia 1943 roku z Huty Stepańskiej przychodzi w rejon Starej Huty oddział partyzancki kapitana „Bomby”. Pod koniec października przechodzę do tego oddziału. Przyjęty zostaję do zwiadu konnego, otrzymują pseudonim „Tryumf”.

Droga, którą przeszedłem od Słuczy do Prypeci jako żołnierz 27 Dywizji Wołyńskiej Armii Krajowej, to już inny rozdział mojego życia. Po sforsowaniu Prypeci w zgrupowaniu „Gardy” wstąpiłem w dniu 6 czerwca 1944 roku do Wojska Polskiego.

 

Czterdzieści lat przeminęło od tamtych wydarzeń, a czuję i widzę wszystko to, jakby było dziś. Młode pokolenie musi znać tamte dzieje i prawdę.

 

Gdyby krew ludzka nie wsiąkała w ziemię

I nie ginął po niej ślad,

Cała ziemia wołyńska z tamtych lat

Pozostałaby na wieki czerwoną ziemią.

 

P/w tekst został przepisany z książeczki, świadectwo minionego czasu, o oryginalnym tytule  "Woronucha", przez Stanisława Żurka, który poniżej przybliża postać autora.

 

 Franciszek Marcinkowski urodził się 10.02.1924 roku w kolonii Wornucha pow. Równe woj. wołyńskie. Zmarł 20 lutego 2017 roku i pochowany został na cmentarzu w Lublinie. Jak podaje Czesław Piotrowski („Przez Wołyń i Polesie na Podlasie”) oddział Armii Krajowej kpt. Władysława Kochańskiego „Bomby”, „Wujka”,  przybył do Starej Huty 15 sierpnia 1943 roku, „w dniu Święta Matki Boskiej Zielnej”, natomiast Józef Turowski podaje dzień 20 sierpnia 1943 roku („Pożoga”, s. 133). Raczej rację ma Cz. Piotrowski, gdyż ten fakt wiąże z tak ważnym świętem dla Polaków, jak Matki Boskiej Zielnej, czyli Wniebowzięcia NMP. W rozmowie ze mną Franciszek Marcinkowski powiedział, że po odejściu z oddziału st. lejt. Grigorija Sitajły razem z kolegą ukrywali się przez dwa tygodnie, aby nie być osądzonymi za dezercję, co wiązałoby się z rozstrzelaniem. Wcześniej spotkało to dwóch innych Polaków, którzy spóźnili się bodajże dwa dni z powrotem z przepustki do swoich rodzin. Przeciwko przechodzeniu Polaków od oddziału „Dzierżyńskiego” Sitajły do oddziału Kochańskiego „Bomby” (przez jego żołnierzy nazywanego „Wujkiem”) protestował sowiecki dowódca zgrupowania kpt. Iwan Szytow. „W tej sytuacji z grupy tej pozostał u nas na stałe plut. „Podkowa”, szer. „Tryumf” - Franciszek Marcinkowski, oraz jeszcze dwóch, których nazwisk nie udało mi się odtworzyć” - podaje Czesław Piotrowski w książce „Przez Wołyń i Polesie na Podlasie” (Warszawa 1998. s. 38). Marcinkowski trafił do zwiadu konnego, którego dowódcą był wachmistrz Józef Wajdyk „Czarny”. Była to dobrana grupa dobrze jeżdżąca konno i znająca język ukraiński, gdyż rozpoznając teren przemarszu oddziału często udawała banderowców. Z oddziałem przechodzi tragiczne chwile po porwaniu „Bomby” przez Sowietów oraz następnie cały szlak bojowy jako żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Po sforsowaniu Prypeci w zgrupowaniu „Gardy” został żołnierzem VII Pułku Zapasowego w Wojsku Polskim i wyruszył na front. Po kapitulacji III Rzeszy skierowany został do Szkoły Oficerskiej nr 1 w Krakowie. Po jej ukończeniu dostał przydział do 55 Pułku Artylerii Lekkiej w Olsztynie. W maju 1947 roku został zdemobilizowany na własną prośbę, odnalazł rodzinę i koleżankę Janinę Hajdamowicz, z którą ożenił się. Został aresztowany 1 grudnia 1951roku a 24 czerwca 1952 roku skazany na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy we Wrocławiu. Oskarżony został o udział w nielegalnym związku Rzeczpospolita Polska Walcząca, posiadanie i gromadzenie broni. Przez pięć lat przebywał w celi śmierci, zanim został ułaskawiony na 15 lat więzienia, w tym dzięki wstawiennictwu byłych mieszkańców kolonii Woronucha. Z więzienia wyszedł 22 lutego 1958 roku, z żoną i dwójką dzieci zamieszkał w Wodzisławiu Śląskim, gdzie pracował dorywczo. W III RP zamieszkał z żoną w Domu Kombatanta w Lublińcu. Postanowieniem Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu z dnia 31 października 1991 roku wyrok został uznany za nieważny. Autor niniejszej notatki zdołał namówić Franciszka Marcinkowskiego w 2002 roku na przekazanie części wspomnień, które spisał „czterdzieści lat od tamtych wydarzeń” – a więc w roku 1984. obejmujący czas do wstąpienia do oddziału AK „Bomby”, które wydało Lubelskie Bractwo Literackie pt. „Woronucha”. Niestety, na napisanie dalszej części wspomnień nie dał się namówić. Po odzyskaniu wolności wielką pasją ś.p. Franciszka stało się malarstwo. Brał udział w wielu wystawach. Jego dzieła znajdują się również w zbiorach Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu, w muzeach w Zabrzu i Wodzisławiu Śląskim, a także w zbiorach prywatnych w kraju i za granicą. Swą twórczością wspierał akcje charytatywne. W 2012 roku pojechał z córką na Wołyń  i odwiedził Woronuchę, która już nie istnieje. Miejsce po swoim rodzinnym domu rozpoznał po rosnącym krzaku bzu.