Nasi rodzice, dziadkowie, krewni, sąsiedzi... Wyrastaliśmy obok nich i wydaje się nam, że znamy ich tak dobrze. Ale czy tak jest naprawdę? Wiemy o tym, co zachowało się w naszej pamięci ale nie wiemy o czym pamiętają oni.

A to właśnie pamięć jednoczy nas z wydarzeniami narodu i kraju, które są częścią wspólnej historii. Znane historyczne wydarzenia w wspomnieniach  pojedynczych osób nie tylko uwiarygodniają historię ale też wzbogacają ją o szczegóły, na które nie ma miejsca w podręcznikach.

Wspomnienia są zbierane i przechowywane przez różne instytucje takie jak na przykład  instytuty pamięci narodowej. Są też obiektem badań naukowych. Język mieszkańców Wołynia badany jest podczas naukowych praktyk oraz w trakcie wykonania zadań przez studentów Wołyńskiego Narodowego Uniwersytetu.

Korzystając ze zbiorów Katedry Filologii Polskiej, chcemy zaproponować Szanownym Czytelnikom przykłady kilku wspomnień zapisanych przez studentów podczas studenckich praktyk we wsi Wydrycze (rejon kamień-kaszyrski). Osobliwości gwary przekazano przez element stylizacji.

Wieś Wydrycze powstała w końcu XVIII wieku. Tutaj, po nieudolnym powstaniu  przeciwko pańszczyźnie zostali przesiedleni mieszkańcy pobliskiego miasteczka Mychnówka. Wieś należała do magnata Pietruszewskiego, który po zniesieniu pańszczyźnianego prawa sprzedał ją Stefanowi Maluszkiewiczowi polskiemu urzędnikowi urzędu skarbowego w Kowlu. W latach 30-tych Wydrycze należały do jego syna Aleksandra.  Żona wraz z dziećmi  mieszkała w Warszawie i bardzo rzadko przyjeżdżała na Wołyń. W majątku mieszkali podwórkowi pracownicy razem z rodzinami, których chłopi nazywali «dwyrniakamy».

Opowiada Oksana Kakaluk (1930 r. u.), wykształcenie podstawowe, wyznania prawosławnego:

«[Pan był] niewysoki, puszysty taki. Majątek – jaki! Domy pańskie, chlewy pańskie ile miejsca zajmowały. Trafiało się,  że zrywamy z matką, szczaw, matka pokazuje: tu był pański chlew, tam zrywamy, bo  szczaw jest bujniejszy. A w lasach były takie dęby, że tylko we dwoje dało się objąć. Po wojnie wszystko wyrąbali, obsadzili. Przy sowietach, w czterdziestym roku, powywozili  leśniczych  z żonami, z dziećmi, wszystko co w chałupach było, to zabrali, a ich wywieźli.  Dwyrniaków ny wywiozły, miały, ale znów wojna tо tu tо tam chodziła, tо i ny wywozły”.

Opowiada Michał Krywosz (1927 r. u.), wykształcenie podstawowe, wyznania prawosławnego:

«Pan Maluszkiewicz miał majątek w Buzakach, niedaleko rzeki przy drodze. Co mi się najbardziej podobało, że na wsi zawsze był porządek. Częstokroć policjanci przyjeżdżali na wieś, patrzyli, czy wszędzie jest porządek. Jeśli, powiedzmy, śmiecia przy ulicy czy chwasty, burzan koło chałupy albo komin rozwalony, to nakładali grzywnę. Jeśli gospodarz ny płacił, to przyjeżdżali kupcy, komornicy  opisywali mienie i zabierali. Wtedy nie wolno było sadzić tytoniu, władzom wygodnie było, żeby u nich kupowali, więc szperali wszędzie. Nawet w chlewach chłopi sadzili, a i tam odnajdowali. Bez przyczyny policjanci do chałupy nigdy nie wejdą. Z chłopami się nie przyjaźnili. Żeby to popijali razem, jak to teraz jest, to nie daj Boże. Był Polak, który patrzał za drogą. Ludzie robili szarwarek pięć, sześć dni na rok przy drodze, czyli naprawiali ją. Droga była gruntowa, a z obu stron – ścieki, przez nich mostki. Za nimi mieli dobrze patrzeć. Starosta z województwa miał samochód, częstokroć przejeżdżał przez wieś, tośmy małe jeszcze biegały wąchać ślad, jak benzyną pachniało.

- A jak pan (przy. S. Maluszkiewicz) odnosił się do chłopów? Czy oni wystąpili kiedy przeciwko niemu?

- Ny. Żyli dobrze, pan dawał drwa, ziemię, siano. Wszyscy byli zadowoleni. Przecież wielu osób ny miało ny ziemi ny za co żyć. Z Mychnówki jak rozgromili ludzi, to ziemi ny dali, wszyscy pracowali u pana, a on płacił za robotę, trafiało się, że ziemią. Techniki u pana ny było, tylko ładne krowy, konie. Na polach siały to, co i ludzie. Urodzaje słabiutkie, zboże rzadziuchne, nikłe. Pracowali ciężko, nawet  krowami orali i siali, żęli sierpami. Konnych żniwiarek czy młocarek ny było. Bardzo ciężko siano było zbierać, po kolana w wodzie dyndali, bowiem to już, jak sowiety nadszedły, to osuszyły, a to dookoła woda była. My rybę po bagnach w rowach łapali, suszyli. A mąki jak to trudno było na kamieniach młyńskich namleć. Najlepszy gościniec nam małym był kiedy rodzice z Kamienia z jarmarku w czwartek dowozili chleb z paperkami przylepionymi. Ale chociaż ny piły jak teraz. Chrzciny obywały się jedną butelką. Byli gajowi, oni żyli przy dworze u pana, rządca. Wyjechali w czterdziestym roku. Synowie chcieli zabrać też pana, a on został. Pewno on był ny Polak. Kiedy nadszedły ruskie, to 10-krotnie stało gorzej, jak za Polszczy. Majątek spaliły. Ogród w Buzakach był ładny, pański, to odrazu traktorami «Uniwersałami» wykarczowały. I sady ludzkie zrąbały, zabierały stodoły, zmuszały skóry ze świń zdawać. Ludzi gnali bosych do rady wiejskiej pisać podania o przyjęcie do kołchozu.                      U pana był rządca z Ukraińców, Bałac się nazywał. Chytry był, dobrze pożywił się obok pana. Jak nadszedły sowiety, majątek pański rozgromiły, wszystko jego dobro zabrały. Wtedy pan Liksander i zwrócił się ku niemu. Ny przyjął. Dożywał wieku stary pan u swego najemnego robotnika, czy stajennego, czy  świniopasa. Soroczukiem go wołali. Ny raz widywałyśmy pana, jak chodził po polach i zbierał czapierki (pieczarki – red.). Niewysoki, w szerokich białych spodniach. Otóż żył on w owego Soroczuka do śmierci, a zmarł gdzieś zaraz po wojnie, w czterdziestym szóstym czy czterdziestym siódmym roku. Więc jak umierał, to przybiegł i ten rządca Bałac. Pan mówi do Soroczuka: «Czym że mam tobie wywdzięczyć? Weź mego kapelusza» – a on zawsze w kapeluszu chodził, nie zdejmwał go nigdy. Soroczuk  mówi: «A po cóż on mnie, czy w nim będę chodził?». A Bałac: «Dajcie mnie» – cap kapelusz i z chałupy. Powiadali potem, że w tym kapeluszu złoto  było zaszyte».

Opowiada Andrzej Pytel (1930 r. u.), wykształcenie podstawowe, wyznania prawosławnego:

«Pan przy kośbie patrzał ni na tych, kto jakiśkolwiek pierwszy, a na tych, kto lepszy. Ludzie końmi i bykami groblę wysypali w Buzakach od rzeki, żeby sianokos ny zatapiało. Dotychczas tamta grobla jest, bo sumiennie zrobiona. Młodym ziemię dawali za pracę. Kto swoją ziemię miał 18-20 hektarów, to na pana ny robili. Polaków było mnóstwo na Majdanie, obok Karpiłówki. Dużo pobito ich w wojnę. Jest wspólna mogiła. Wynajmowałem tam mieszkanie, las trylowaliśmy – wyciągali z działek. Gospodyni chowała pannę-Polkę. A u niej był syn Andrzej, to potem oni pobrali się i do Polski wyjechali, ona go zabrała. Zabijała Polaków to pewno partyzantka, banderowcy ich ny zabijali. Temu lat około ośmiu drogą Polaków dużo jeżdziło, chyba tędy. I na grób do naszego pana, mówią, z Polski przyjeżżali, on w Mychnówce jest pochowany».

Rozmawiał A. Denysiuk. Tłumaczył Szymon I.

Źródło; http://monitor-press.com/index.php?option=com_content&view=article&id=177:2010-02-15-18-36-59&catid=77&Itemid=177&lang=pl


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud6.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 359 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7440450