„Ziemia rodzinna, droższa od innych
Nie śpię szukam wspomnień dziecinnych.
Dom się pojawia, płoty, garnki i
bzy pachnące w majowe poranki
Dobrzy ludzie z dziecięcych wspomnień
Niech wam szumi leśnie, sosnowo –
Wiatr, co ślady zamiata po nas!”


W. Broniewski

... ale też bestialskich mordów Polaków na Wołyniu

I dzień

Grupa ośmiu Kresowiaków volkswagenem w niedzielę 20.09.2009 r, o godz. 4:30 wyjechała z Wrocławia do Równego, w podróż będącą marzeniem ich życia. Po drodze, wieczorem zatrzymaliśmy się w Poczajowie. Piękny widok cerkwi i klasztoru zachęcił nas do zwiedzenia wnętrza cerkwi. Wystrój olśniewający złoceniami. A tam pełno ludzi ( dużo młodzieży ). Nabożeństwu towarzyszył chór męski, śpiewając piękne pieśni.

Z Poczajowa pojechaliśmy do Równego, na nocleg w domu gościnnym przy parafii katolickiej. O godz. 21 zjedliśmy obiadokolację i rozlokowaliśmy się w dwuosobowych komfortowych pokojach hotelowych, nocowałem z wnukiem Rafałem, który towarzyszył jako opiekun i fotoreporter.

II dzień

Rano 21.09.09 r. podziwialiśmy piękne otoczenie kościoła, a zwłaszcza drogę krzyżową wokół figury Matki Boskiej. Obrazy drogi krzyżowej wygrawerowane na dużych ciosach kamiennych.

Po śniadaniu pojechaliśmy do Kostopola, gdzie czekały 3 taksówki:

do Sarn, do Ludwipola i dla nas (Dziadka Józka z wnukiem Rafałem). Pogoda była wymarzona, ciepło, pogodnie, słonecznie i bezwietrznie - złota jesień. Zapoznałem taksówkarza z planem naszych poszukiwań pokazałem te miejscowości na ukraińskiej mapie samochodowej.

Chciałem spełnić swoje marzenia i zobaczyć:

- wieś Małe Siedliszcze, gdzie zamordowano rodzinę mego siostrzeńca Mieczysława Szczurowskiego (4osoby)

- wieś Annowola, gdzie był nasz kościół i szkoła

- cmentarz w Annowoli, gdzie jest pochowana moja Babcia.

- wieś Majdan Mokwiński, gdzie się urodziłem i mieszkałem 12 lat.

- wieś Druchowa, gdzie wymordowano rodzinę mojej cioci Anny Płomińskiej (5osób).

Taksówkarz po wysłuchaniu moich życzeń powiedział: Wymienione miejscowości, oprócz Druchowej, nie istnieją. Za „Sojuza” był tam poligon wojskowy, ludzi wysiedlono, budynki spalono, a drogi rozjeżdżono czołgami. Tam nie dojadę! I tu spotkało mnie pierwsze rozczarowanie.

Zapytałem czy droga widoczna na mapie z Kostopola do Ludwipola jest przejezdna? Taksówkarz wyraził zgodę dojechać tą drogą do Annowola. We wsi Mała Lubasza pytaliśmy starszego mieszkańca czy możemy ładą samarą dojechać do Małych Siedliszcz? Ten Ukrainiec powiedział, że tam nie dojedziemy i nie ma po co, już nie ma śladu po tej wsi. Nie do wiary! Dojechaliśmy do twardej drogi (wysypanej tłuczniem kamiennym) z Tuczyna do Bereznego przez Hołubne.

Próbowaliśmy traktem z Kostopola do Ludwipola dojechać do Annowoli. Po dwóch kilometrach musieliśmy zawrócić z uwagi na głębokie koleiny.

Taksówkarz poradził nam dojechać do Hołubnego i wynająć furmankę. W Hołubnym odnaleźliśmy 82 letniego Ukraińca Iwana mieszkańca byłej Natalii który znał osobiście mego Tatę, oraz brata Wacka. Brat uczęszczał do szkoły w Hołubnym i tym samym przechodził obok jego domu w Natalii. Powiedział, że wsi Annowoli i Majdanu nie ma co szukać – tam był poligon, a teraz jest step. Jest jednak cmentarz, uszanowany przez Sowietów, ale zaniedbany. Oferował zaprowadzić nas na cmentarz samochodem. Okazało się to niemożliwe. Wróciliśmy do Hołubnego. Podziękowałem byłemu „sąsiadowi” za informacje i uczynność.Wynajęliśmy furmankę (jednokonną) i dojechaliśmy do cmentarza. Około 3-5 km od Hołubnego. Cmentarz porośnięty akacjowym lasem. Wejście w ten akacjowy gąszcz było bardzo trudne. Spotkaliśmy ślady mogił (rząd pagórków i dołków oraz 3 kamienne tablice. Na jednej był czytelny napis z 1930r. który sfotografowałem. Przed wojną na Wołyniu chowano w trumnach i mogiłach ziemnych z krzyżem drewnianym. Najbogatsi fundowali na grobach kamienne tablice.

Pomodliliśmy się za zmarłą Babcię i wróciliśmy do wozu. Poprosiłem furmana, aby nas dowiózł do rzeczki na skrzyżowanie z drogą Kostopol – Ludwipol. Po około półgodzinnej próbie, zawróciliśmy, nie dojechaliśmy do rzeczki, droga okazała się nie do przebycia.

Widziałem za tą rzeczką nasz las. Furman Ukrainiec powiedział, że w to miejsce można dojechać z Pogorełówki (Poliskoje). Wracając do Hołubnego z przerażeniem oglądaliśmy martwy spalony słońcem step. Im dalej byliśmy od lasu Postomickiego, tym mniej widzieliśmy sosen a więcej brzóz i zeschłych chwastów. Nie widzieliśmy ani ptaków ani dzikiej zwierzyny. Spotkaliśmy tylko stado krów (bez pastucha) zmierzających do rzeczki do wodopoju. Podziękowaliśmy i zapłaciliśmy furmanowi. W Hołubnym wsiedliśmy do taksówki i zdecydowaliśmy się jechać przez Druchowę do Pohyryłówki i na Majdan. W Druchowej wstąpiliśmy do Urzędu Gminy. Tam 3 urzędniczki (bardzo starannie ubrane i uprzejme) – wysłuchały nas: Czy żyje żona Józefa Płomińskiego, lub jej dziecko? (jedyna osoba ocalała z rodziny Płomińskich w 1943 r.). Urzędniczki szukały w starych spisach ludności i nie znalazły. Wyjaśniły że młoda wdowa na pewno wyszła za mąż i zmieniła nazwisko. Spotkało nas kolejne rozczarowanie.

Pytałem czy istnieje dom, w którym mieszkali Płomińscy? Dowiedziałem się że wśród gęstej zabudowy. Czy żyje starszy człowiek pamiętający czasy sprzed II wojny. Tak, ale w Pohyryłówce. Pojechaliśmy więc do Pohyryłówki. Wstąpiliśmy tam do sklepu spożywczego. Gdy zapytaliśmy o starego Ukraińca, jedna Ukrainka przyszła nam z pomocą. Komórką zadzwoniła do tego starszego Pana i zapowiedziała gości. Po kilku minutach motorem przyjechał syn poszukiwanego Ukraińca i doprowadził nas do domu. Zapytałem: Czy można dojechać do wsi Majdan, lub Chwojanka?

Gospodarz odpowiedział, że tych wsi już nie ma, ale pamięta nasze gospodarstwo przy drodze do Kostopola i sklep w Chwojance u Łosia.

Dojechać tam można furmanką (około 7 km.) drogą tzw. „polskim szlakiem” Sam nie mógł pojechać, objaśnił jednak synowi jak dojechać. Jednym koniem i wozem na ogumionych kołach syn i kolega wieźli nas może 2 godziny. Do skrzyżowania drogi Ludwipol - Kostopol z rzeczką. W drodze miałem już wiedzę od poprzednich, informatorów, że budynków nie będzie, ale miałem nadzieję, że coś odnajdę. Zastanawiałem się, jak trafić w miejsce mojego urodzenia. Miałem nadzieję, że gdy dojedziemy do skrzyżowania drogi z rzeczką, to już na pewno trafię w to miejsce. Przed nami pojawił się las przy drodze. Poczułem przyśpieszone tętno. Wydawało mi się, że jest to nasz las, ale cierpliwie jechaliśmy dalej do skrzyżowania z rzeczką. Gdy dojechaliśmy już miałem pewność, że minęliśmy nasz las. Rzeczka w wyniku 3 miesięcznej suszy jest płytka i wąska. Jednak rzędy drzew (olch) po obu brzegach wskazują że normalna jej szerokość to 2 – 3 m. Mostu nie ma, nie widać też śladów zabudowań stryjka. Pośpiesznie wróciliśmy na skraj naszego lasu. Spodziewałem się odnaleźć pagórek za stodołą, na którym stał kierat i jakieś dziczki drzew owocowych na terenie sadu. Nic w tym młodym lesie nie odnalazłem, tylko pojawił się w pamięci „film” wspomnień z dzieciństwa:

- Mama karmiąca stado kur

- Tato z pięknym koniem (hodowanym dla wojska).

- Rodzeństwo przy pracach gospodarczych

- Tragiczny poranek 17.09.39, gdy traktem do Kostopola jechały radzieckie czołgi i armaty.

- ostatnia wigilia z Tatem, który śpiewał kolędy i pastorałki

- Wielki Piątek 1940r. aresztowanie Taty.

- czerwiec 1941r. odwrót Armii Czerwonej i wkroczenie wojsk niemieckich.

- tragiczne poparzenie płomieniem z przewróconej łuski armatniej kolegę Iwana Fijałę

- łuny pożarów wiosną 1943r. palonych wsi i domów polskich

W swojej naiwności nasłuchiwałem czy „w leśnym echu” nie zachowały się melodie pięknych ukraińskich dumek (śpiewanych przy huśtawce na skraju naszego lasu). Teraz uświadomiłem, jaki ogrom zniszczeń przyniosły lata okupacji na tych ziemiach.

Żegnaj nam ty miła strono

Gdzie piękne dzieciństwa chwilę

Biegły wśród pól i lasów

Gdzie rosło w nas marzeń tyle!

J. Kuligoski

 

Jak starannie wojska radzieckie zniszczyły wszelkie ślady wielowiekowej polskiej obecności, na ziemiach gdzie są korzenie mojej rodziny. Nie było to trudne, bo wiejskie chaty i inne budynki nie były budowane na fundamentach tylko na żywicznych pniach na których układano bele ścian. Wszystko doszczętnie strawił ogień. Nawet węgli i popiołu nie znalazłem w tym lesie. Złowroga cisza (brak ptaków i zwierząt) przerwała te wspomnienia i wróciłem do wozu. W drodze do Pohyryłówki rozmawialiśmy z Ukraińcami. Narzekali na przewlekłą suszę; nie było jagód w lesie, nie ma grzybów, nie ma łownej zwierzyny i jest marny urodzaj (kartofle jak orzechy i zboża mało połowa normalnych zbiorów).

Jednak dzięki takiej suszy mogliśmy jeździć po poligonie, mimo głębokich kolein. Na pytanie, dlaczego nie zagospodarowuje się poligonów? Odpowiedzieli, że trzeba by zaczynać od karczowania lasów. Po drodze tuż przed Pohyryłówką, zauważyliśmy brzozowy krzyżyk. Myśleliśmy, że to mogiła. Okazało się, że tam dzieci zakopały ulubionego psa. Dziwny zwyczaj! Dalej spotkaliśmy mogiłę ogrodzoną żelaznym płotem (bez krzyża) Tam pochowany człowiek rażony piorunem.

Wróciliśmy do Pohyryłówki zapłaciliśmy furmanowi za usługę i dziękowaliśmy im za uprzejmość i szczerą chęć pomocy.

Stary Ukrainiec zapytał wprost. Jak się uratowałem przed „ryzunami” w 1943 r.? Odpowiedziałem, że dzięki ostrzeżeniu, przez Ukraińca Fijałę.

Wówczas ten stary Ukrainiec z pewną radością i dumą powiedział: Nie wszyscy Ukraińcy byli bandytami.

Wracamy taksówką do Kostopola przez: Druchowę, Mokwin i Berezno. W Druchowej omijamy stado krów. Jedna uderzyła rogami samochód. Kierowca zaklął ze złości, zatrzymał się i obejrzał samochód.

Stwierdził że nadaje się do dalszej podróży, ale lewy przedni błotnik musi być prostowany i malowany.

W Kostopolu o godz. 19:00 rozliczyłem się z taksówkarzem (3 hrywny za km.) i podziękowałem za uprzejmą i cierpliwą usługę.

W drodze do Równego starałem się ocenić tę wycieczkę. Chociaż nie wszystko zobaczyłem to jestem zadowolony, bo odnalazłem miejsce naszego siedliska, gdzie się urodziłem.

Po drodze oglądaliśmy obecne wioski. Zachowały się budynki drewniane, ale kryte eternitem z pobielanymi ścianami i stolarką pomalowaną na niebiesko. Zabudowa gęsta szczytami do drogi. Przed domami są ogródki kwiatowe. Młodzież bardzo ładnie i modnie ubrana, tylko stare kobiety ubrane tradycyjnie. Aktualny stan roślinności i zwierzyny na poligonie to prawdziwa klęska ekologiczna, dokonana działalnością ludzką.

P.s. W wycieczce tej uczestniczył mój starszy wnuk Rafałek, lat 24, w roli opiekuna i fotoreportera.

Przepisanie niniejszych wspomnień, projekt i grafiką strony tytułowej to dzieło wnuczka Michałka, lat 14.

Józef Wereda  Płock, wrzesień 2009r.

/ Autor Józef Wereda syn Stanisława i Anny z Lubczyńskich mieszkańców kolonii Majdan Mokwiński w powiecie kostopolskim. Jego ojciec został aresztowany w 1940 r. i zesłany do Obłasti Nikołajewskiej gdzie zmarł. Jako 12 letni chłopiec wraz z matką i rodzeństwem przeżywał koszmar okresu okupacji sowieckiej i niemieckiej oraz okrutny czas napadów i mordów dokonywanych przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu. Pomimo takich przeżyć w dzieciństwie marzył o zobaczeniu miejsc swojej młodości i marzenie to zrealizował/.


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud8.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 331 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4496251