Jeżeli w latach 90-tych XX wieku Polacy odbierali Ukraińców jako naród bardzo źle, na równi z Romami, to potem sytuacja w wyniku pro-ukraińskiej propagandy Adama Michnika i Jacka Kuronia poprawiła wizerunek Ukraińców na lepsze. Polacy zrozumieli, iż nie wszyscy Ukraińcy są rezunami banderowskimi  i że z tym narodem da się nawiązać dobre relacje. Z kolei umiarkowany prezydent Ukrainy Leonid Kuczma, pochodzący z grupy czerwonych dyrektorów zbrojeniówki wschodniego Dniepropietrowska, był dobrze nastawiony do Polaków i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, z którym wypił nie jedną butelkę koniaku „Hennessy”. Wszystko się we wzajemnych relacjach polsko-ukraińskich rozwijało się wtedy nie najgorzej.

Za rządów AWS Warszawa zawarła z Kijowem tysiące różnych umów, które nie zostały realizowane. Najważniejszym hasłem tego okresu w Polsce było hasło: „Bez niepodległej Ukrainy - nie ma niepodległej Polski!” Także przy byle jakiej okazji powtarzano zaklęcie, iż to Polska pierwsza uznała niepodległą Ukrainę. Ale w 2004 roku Ukraina weszła w okres „pomarańczowej rewolucji”, której przewodził otruty nie wiadomo czym Wiktor Juszczenko, ale praktycznym realizatorem planu rewolucyjnego była energiczna Julia Tymoszenko. Finanse lały się potokiem od władz USA i opozycjonisty rosyjskiego Borysa Berezowskiego, który niedawno umarł w nieznanych do dziś okolicznościach.

Wówczas Polska była zahipnotyzowana pomarańczową barwą ukraińskiej rewolucji. Awanturnik Juszczenko, którego ojciec Andriej przysługiwał w niemieckich obozach koncentracyjnych esesmanom, stał się po trzeciej turze antykonstytucyjnych wyborów prezydentem Ukrainy i najlepszym przyjacielem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Hipnoza ukraińska zaczęła działać prawie na wszystkich znanych polskich polityków. Zwłaszcza na młodego ministra obrony, a potem ministra MSZ RP Radosława Sikorskiego, którego jeszcze na emigracji nauczono lubić Ukrainę zawodowo.

 

Dlatego polska dyplomacja i ABW zamykały oczy na wszystkie akcje antypolskie pomarańczowego prezydenta Juszczenki. Także wypowiedzi probanderowskiej pomarańczowej premier Julii Tymoszenki, które pokazywały zupełną nieznajomość historii przez ukraińską „żelazną damę”, były słyszane w gabinetach establishmentu polskiego jako słodkie arie miłości do Polski i jej narodu.

Dlatego za milczącym wstawiennictwem polskich idiotów pożytecznych na Ukrainie rósł ruch neobanderowski i prezydent Wiktor Juszczenko, gdy kończył swoją kadencję odznaczył pośmiertnie najpierw atamana UPA Romana Szuchewycza, a potem watażkę OUN Stepana Banderę najwyższą nagrodą państwową - Orderem Bohatera Ukrainy. Polska cichutko i formalnie wtedy zaprotestowała, a Juszczenko pozostał nadal doktorem honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (KUL). Inaczej niż działaniem ukraińskiej hipnozy wszystko to trudno wytłumaczyć.

Była nadzieja, że po tym, jak nowym prezydentem III RP został wybrany Bronisław Komorowski, sytuacja polityczna w relacjach obu krajów stanie się  bardziej realistyczna. Była też nadzieja, że Polska zostanie wyleczona  z neobanderowskiej hipnozy pod sztandarem czerwono-czarnym neonazistowskiej organizacji „Swoboda”, bo Juszczenko wypadł na margines z gry politycznej. Okazało się jednak, iż choroba nie poddaje się leczeniu, bo chorzy politycy znad Wisły uciekają od kuracji i nadal tkwią w swojej chorobie, określając ją jako "ost real-politic".

Prezydent III RP Komorowski razem z ministrem spraw zagranicznych Sikorskim, tak jak i ich poprzednicy, widzą Ukrainę przez hipnotyczne okulary, a naród polski na ogół nie interesuje się polityką zagraniczną,  dbając jedynie o przetrwanie w raju członkostwa unijnego.

I być może tę beznadziejną sytuację zmienią obchody 70-lecia ludobójstwa OUN-UPA, dokonanego na narodzie polskim. Nadal jestem ostrożnym optymistą, nie patrzącym na życie przez różowe okulary poprawności politycznej, bo chcę być realistą.

Korespondencja z Kijowa.   Eugeniusz Tuzow-Lubański, Kijów

ZA; http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=7603