„Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci”

(Wiesława Szymborska)

Na Wołyniu były trzy miejscowości o nazwie Radowicze: dwie w powiecie włodzimierskim, w gminach Werba i Poryck oraz w powiecie kowelskim, w gminie Turzysk. Wieś Radowicze w powiecie kowelskim ma wieloletnią historię. Według źródeł istniała już w pierwszej połowie 15 w., należała do parafii Turzysk, erygowanej w 1495r. Wieś miała kiedyś jedną z trzech kaplic, pozostałe były w Dolsku i Różynie, co świadczy, że od kilku wieków zamieszkiwała tam ludność katolicka, a więc polska. Sięgając w historię dowiemy się z „Powieści dorocznej” z 1113r., Nestora, kijowskiego kronikarza, że książę Kijowa Włodzimierz Wielki w 981 r. wyruszył na Lachów i zajął ich Grody Czerwieńskie i Wołyń, rozpoczynając intensywną kolonizację-rutenizację zagarniętych ziem, na które rozpoczął się intensywny napływ ludności ruskiej ze wschodu, nękane przez plemiona mongolskie..

Radowicze były od wieków posiadłością polskich ziemian, m.in. wdowy Stadnickiej
i przez kilkaset lat rodziny Steckich. Ostatnimi właścicielami posiadłości w Radowiczach byli również hr. Stefan Sumowski i Stanisław Starczewski. Wieś miała licznych mieszkańców. Według carskiego spisu z 1906 r. zamieszkiwały ją 742 osoby. Pierwsza wojna światowa, przymusowa deportacja ludności do Rosji, choroby, głód, a następnie wojny polsko-ukraińska i polsko-bolszewicka spowodowały, jak na całych Kresach, znaczny spadek liczby ludności. Spis z 1921 wykazał już tylko 572 osoby, co stworzyło warunki dla osadnictwa. Zgodnie z ustawą Sejmu RP z 17 grudnia 1920 r. S. Sumowski i ST. Starczewski odsprzedali przybyłym i miejscowym mieszkańcom 340 ha, głównie ziemi ornej. W latach dwudziestych osiadło w Radowiczach wiele rodzin polskich przybyłych głównie z centralnej Polski,
ale również z pobliskich miejscowości, gdzie mieszkali od kilkadziesiąt lat np. dwie rodziny Rakowskich i Kuleszowie – z Zasmyk, Romankiewicze - z Janówki, Bartoszewscy - z Łuczyc koło Turzyska, Bronisław Żołnik i Jan Herter i co najmniej jedna ukraińska rodzina Hawryluka wróciły ze Stanów Zjednoczonych, wystraszone wielkim tam kryzysem. Osadnicy nabywali parcele, budowali naprędce pomieszczenia dla siebie i inwentarza, zapożyczając
się i zadłużając na wiele lat. Wg własnych obliczeń w 1939 r. Radowicze zamieszkiwało około 400 osób polskiego pochodzenia, co stanowiło w przybliżeniu ponad połowę mieszkańców wsi. Klęska wrześniowa, utrata państwa, a następnie okupacja sowiecka wywołały głęboki i bolesny wstrząs u ludności polskiej, runęły plany, marzenia, po prostu zawalił się świat. Na Polaków, zwłaszcza zamożniejszych, spadły szykany, upokorzenia, prześladowania, wywózki na Sybir. Z Radowicz 10 lutego 40r. wywieziono trzy rodziny: dwie Kolasów – policjanta i rządcy majątku S. Sumowskiego w Litynie oraz żonę policjanta Lasaka z dwiema córkami.

Duża rodzina Bartoszewskich w 1939 r. liczyła już pięć rodzin: Adama i jego synów: Adolfa, Antoniego, Leona i Piotra. Cieszyła się poważaniem we wsi, nawet
u Ukraińców niechętnych Polakom. Porucznik Wojska Polskiego Adolf był komendantem miejscowej drużyny Związku Strzeleckiego i działaczem spółdzielczym. W tym samym roku, w sierpniu, NKWD aresztowało Adolfa, jednego z organizatorów ZWZ i jego braci Piotra
i Antoniego. Sąd w Kowlu skazał Adolfa na karę śmierci, braci na 15 lat łagrów. Na prośbę żony Adolfa Stalin zamienił mu  wyrok  na 15 lat łagru. Po roku wszyscy trzej znaleźli się
w Armii Polskiej gen. Wł. Andersa, po wojnie zamieszkali w Wielkiej Brytanii. Gdy do Radowicz zbliżyła się banderowska pożoga, młodsi bracia Bartoszewscy: Leon, Edward
i Henryk wstąpili w lipcu 1943r. do samoobrony w Zasmykach, a następnie w 27. Wołyńskiej Dywizji AK przeszli cały jej szlak bojowy, od Zasmyk do Skrobowa na Lubelszczyźnie, gdzie Dywizja została rozbrojona przez wojska NKWD. Wszyscy sześciu braci przeżyli zawieruchę wojenną, ich rodzice tego szczęścia nie mieli – zostali zamordowani przez UPA. Ale o tym później.

Następna okupacja, hitlerowsko-ounowska, która rozpoczęła się w czerwcu 1941 r. po wkroczeniu na Kresy Niemców, przyniosła i dla radowiczan wiele nieszczęść, tragedii, zabrała wiele ofiar. Pierwsze bolesne ofiary poniosła rodzina Leśniewskich. W nocy
z 10 na 11 kwietnia 1943 upowcy zamordowali ojca Marcelego i jego dwóch synów Eugeniusza i Antoniego. Sprawcą mordu był Fedor Szabatura, komendant policji ukraińskiej w Kowlu, tylko co zbiegłej do UPA, by rozprawić się z Lachami. Szabatura był absolwentem szkoły policyjnej w Trawnikach, przygotowującej strażników do obozów śmierci w Sobiborze, Treblince i innych. Eugeniusz jeszcze tego dnia wieczorem odwiedził ciężko chorą Władzię, córkę Adama Bartoszewskiego, która gdzieś po północy usłyszała strzały. To ginęli Leśniewscy. Mimo niebezpieczeństwa ze strony UPA w pogrzebach Leśniewskich
i zmarłej miesiąc później Władzi Polacy wzięli liczny udział, zwłaszcza młodzież.

Pod koniec maja tamtego tragicznego roku upowcy pojmali Kazimierza Daszkiewicza, łącznika konspiracji akowskiej. Po torturach dochodzeniowych został zamordowany prawdopodobnie w sztabie UPA na Wołczaku. Miesiąc później, 28 czerwca, zabili 5 osób
z jego rodziny: Jana Daszkiewicza, jego żonę Paulinę oraz dwie córki – Helenę
z 9-miesięcznym dzieckiem i 16-letnią Leokadię, którą zakłuli widłami pod żłobem, gdzie się schowała. Pięcioletni synek Heleny skrył się za szafą i ocalał; następnego dnia znaleziono go płaczącego przy zwłokach matki. Kilka dni później syn Jana, Stefan, został schwytany przez upowców i dotkliwie poraniony, ale życzliwi Ukraińcy uratowali go od śmierci. Adam Daszkiewicz, krewny zamordowanych (matka Ukrainka) został zakopany przez upowców po szyję w ziemi, bo nie chciał przystąpić do UPA i mordować Polaków; cudem został uratowany. Daszkiewicz Marcelinę zamordowano 5 września po wyrafinowanych torturach,
jej męża Romana trzy dni później, gdy udał się w poszukiwanie żony. Razem
z tej rodziny zamordowano 9 osób. Przodkowie Daszkiewiczów ( pierwotnie Daszkowie
z Litwy) osiedlili się w Radowiczach w połowie 17 w. z nadania króla Polski Michała Korybuta Wiśniowieckiego za zasługi bitewne.

Mord Leśniewskich i Daszkiewiczów, a następnie wieści o przybliżającej się fali masowych mordów wywoływał u radowickich Polaków lęk i przygnębienie, uczucie bezradności i beznadziei. Wielu myślało o ucieczce za Bug, do krewnych, ale zrealizowanie takich pomysłów w tamtych warunkach było marzeniem ściętej głowy. Granica na Bugu była strzeżona przez Niemców i ukraińskich schutzmannów, a drogi obstawione przez UPA. Przekupienie Niemców przekraczało możliwości, bo w grę wchodziło złoto. Polacy licząc już na najgorsze trwali w ustawicznym lęku, trwodze, noce spędzali w zbożu, krzewach, schowkach. Napięcie nerwowe dezorganizowało pracę, wyczerpywało siły psychiczne
i fizyczne, przyprawiało o rozpacz, zwłaszcza matki, zatroskane o los dzieci. W takiej atmosferze i stanie psychicznym tracono nadzieję na przetrwanie, ratunek, a niemal
co dzień, zwłaszcza w lipcu, docierały przerażające, hiobowe wieści. Promykiem nadziei był przyjazd 7 lipca do Leśniewskich polskich oficerów z Kowla, Zygmunta Rumla i Krzysztofa Markiewicza oraz woźnicę Witolda Dobrowolskiego; oficerowie jako parlamentariusze delegata Rządu Polskiego Kazimierza Banacha mieli zażegnać niebezpieczeństwo – przynajmniej powstrzymać na jakiś czas rzezie. Niestety, kilka dni później dobiegły
i do Radowicz przerażające wieści o masakrze ludności polskiej 11-12 lipca w sąsiednich powiatach: włodzimierskim, horochowskim, łuckim. Męczeńską śmiercią, rozerwani końmi, zginęli parlamentariusze. Odjeżdżając na rozmowy ustalili z organizatorem konspiracji ppor. Henrykiem Nadratowskim, że jeżeli nie wrócą za dwa dni, będzie oznaczać, że sytuacja jest bardzo niebezpieczna i polskie rodziny pod osłoną zbrojnej grupy powinny niezwłocznie udać się do Zasmyk, gdzie zostanie zorganizowana samoobrona. Sygnałem do przyśpieszenia wymarszu była wiadomość o wymordowaniu 11 lipca, w niedzielę, wiernych w kisielińskim kościele, którą przyniósł do Leśniewskich ojciec Filipa Ożarowskiego, łącznika AK z Nowego Dworu koło Kupiczowa. Następnego dnia, 13 lipca, jedenastu desperatów, uzbrojonych
w karabiny Mosina i kilkoma rodzinami na wozach, znalazło się po południu w Zasmykach dając początek legendarnej samoobronie. Byli to: ppor. Henryk Nadratowski (z Osiecznika), Jan i Henryk Sobczykowie, Mieczysław Bednarek, Tadeusz Golik, Wacław Rakowski, Stanisław, Mieczysław, Antoni (ojciec) i Zygmunt (brat Antoniego) Romankiewicze oraz Antonina, Jadwiga i Zenon Leśniewscy. Samoobrona w ciągu pół roku rozrosła się do trzytysięcznego zgrupowania „Gromada”, 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Samoobrona, jak i oddziały Dywizji obroniły przed zagładą ze strony OUN-UPA dziesiątki tysięcy ludności polskiej, głównie powiatu kowelskiego. W oczach Ukraińców samoobrona, licząca początkowo kilkudziesięciu żołnierzy, urosła do kilku batalionów uzbrojonych w broń maszynową. Wyolbrzymianie samoobrony zahamowało na sześć tygodni mordy ludności polskiej w Radowiczach i okolicach Zasmyk. Ale OUN-UPA nie rezygnowała z zagłady Zasmyk i zbiegłych tam tysięcy ludności. Usiłowała zrobić to rękami Niemców.
Przy najbliższej okazji, 24 lipca, sprowokowała niemiecka żandarmerię, ostrzeliwując
ją z kierunku Zasmyk. Żandarmi w odwecie spacyfikowali również Abramowiec, dużą kolonię Radowicz, zabijając 25 jej mieszkańców i paląc zabudowania (wykaz zamordowanych 
w „Z ziemi cmentarnej” i Internecie).Silnym, kolejnym wstrząsem dla radowiczan był mord wielu osób z Radowicz, udających się do zasmyckiego kościoła i powracających stamtąd w niedzielę 22 sierpnia. Nie dojechali do kościoła Adam Bartoszewski z żoną Weroniką, którzy chcieli odwiedzić syna Edwarda, będącego od kilku dni w samoobronie oraz sąsiadka Ludwika Daszkiewicz, która pojechała z nimi, by zobaczyć się z synem Henrykiem również członkiem samoobrony. Z kościoła tej niedzieli nie wrócili Aniela i Stanisław Malinowscy, rodzice sześciorga małych dzieci oraz ich sąsiedzi: Rozalia Kułakowska i Maria Kiełbasa z czternastoletnim synem Marianem, a także trzynastoletnia Ewa Młynek. Inni radowiczanie, którzy w obie strony jechali przez Piórkowcze, a nie przez lityński las, wrócili pod wieczór szczęśliwie do domu.  Likwidację Zasmyckiej Bazy samoobronnej OUN-UPA wyznaczyła na 1 września. Gromadziła liczne siły  koło   Zasmyk na  skraju  lasów  lityńskich. Sytuacja  była

wyjątkowo groźna. Dowództwo samoobrony w osobach por. Władysława Czermińskiego „Jastrzębia”, por. Michała Fijałki, „Sokoła” i Henryka Nadratowskiego „Znicza” zdecydowało się na desperacki, uprzedzający atak na banderowskie zgrupowanie. O świcie, 31 sierpnia, 60-osobowa grupa  ochotników pod dowództwem „Sokoła” i „Jastrzębia” brawurowym atakiem rozbiła i rozproszyła dziesięciokrotnie liczniejsze zgrupowanie. W bitwie został śmiertelnie ranny radowiczanin Stanisław Romankiewicz jeden z organizatorów konspiracji, który uzbroił radowicką grupę. Zwycięstwo samoobrony zdezorganizowało
tzw. „oczyszczuwalnu akcju”, zaplanowaną przez OUN-UPA na 1 września, którą miała przeprowadzić służba „bezpeki” – siepacze Łebedia „Rubana”, zastępcy Bandery. Zwycięska bitwa umożliwiła ucieczkę do Zasmyk wielu polskim rodzinom. Ci, którzy nie zdecydowali się na ucieczkę,  zostali zamordowani w Radowiczach 5 września. Zginęli wówczas Franciszek Latos, staruszek i jego syn Franciszek, matki nauczycieli Karolina Isańska i Anastazja Tokarska, Michał Łukaszewicz, żona Maria i córka Karolina z dzieckiem, Wiktoria Raczyńska
i niewładna staruszka Jadwiga Stefanowicz.

Dzięki ostrzeżeniom Ukraińca sąsiada Hawryluka ocaleli Jan Sobczyk z żoną Dominiką, rodzice żołnierzy samoobrony oraz ich córka Maria z 6-letnią córeczką Alinką. Wszyscy czworo w ostatniej chwili zdążyli ukryć się w lesie, gdzie niebawem usłyszeli strzał, którym sąsiedzi-esbecy zamordowali teściową Marii, J. Stefanowicz. W nocy odnalazł ich
A. Hawryluk, przyniósł ciepłej strawy i wiadomość, że Polacy, którzy nie uciekli, zostali zamordowani. Powiedział, że już nie będzie mógł ich odwiedzić, bo jest śledzony. Dwa dni później, wczesnym rankiem rozległy się coraz bliższe strzały. Ukryci byli pewni,
że banderowcy przeczesują las. Byli to jednak Niemcy, zbliżając się strzelali przed siebie.
Po dramatycznej rozmowie z błagającymi o litość, kazali im iść na skraj lasu z białą chustą. Tam wartownik kazał położyć się w rowie i czekać. A tymczasem we wsi rozgorzał bój kompanii Wehrmachtu z licznym zgrupowaniem UPA, które było już na pozycjach wyjściowych do ataku na Zasmyki i okoliczne wsie, zaludnione przez uciekinierów. Niemcy, którzy jechali po żywność dla kowelskiego garnizonu, byli najprawdopodobniej wzięci przez UPA za jakiś polski oddział idący na odsiecz Zasmykom. Ze wzgórza otworzyli
do zbliżających się gwałtowny ogień. Bój trwał kilka godzin. O zmroku Niemcy z zabitymi
i rannymi na chłopskich, zarekwirowanych wozach wrócili z ponurymi minami do Turzyska,  
a z  nimi ukryci w lesie Polacy. UPA nie zrezygnowała z ataku na Zasmyki,
ale i Niemcy nie dali za wygraną i następnego dnia rano uderzyli batalionem i wozami pancernymi, rozbijając i rozpraszając banderowskie zgrupowanie, które zrejterowało
w pobliskie lasy. Niemcy, nie wycofując się’ utworzyli w Radowiczach i sąsiednich wsiach polowy garnizon dla zbioru plonów, zezwalając ludności na ograniczone prace
w gospodarstwach. Garnizon w znacznym stopniu osłaniał południowe skrzydło zasmyckiej bazy samoobronnej, zwiększając bezpieczeństwo jej ludności. Polacy z Radowicz ruszyli
do pracy w swoich gospodarstwach, ocalałych z banderowskiej pożogi, na noc udawali się do centrum wsi pod osłonę garnizonu. Ale i w tych warunkach dwóch banderowców
w niemieckich mundurach zakradło się do polskich zabudowań na skraju wsi. Zabrali 9 osób niby do kontroli i wywieźli do pobliskiego lasu, gdzie jeden wyprowadzał ofiary pojedynczo
w chaszcze i mordował bagnetem. Zginęli: Bronisław Żołnik i jego 14 letni syn Edward, Wiktoria Kuźmińska i jej trzy córki: zamężna Leokadia Marszałek i dwie 6-letnie bliźniaczki, Janina i Bogumiła; Olka Wasika zabił bagnetem na oczach pozostałych jeszcze przy życiu. 16-letnia Zosia Żołnik umknęła bandycie, gdy ten zabierał się do jej zgwałcenia; upowiec oddał strzał, ale niecelny. Jasio Budzisz otrzymał dwa pchnięcia bagnetem w plecy i kilka zranień w głowę. Po niedługim czasie odzyskał częściowo przytomność i idąc przed siebie trafił na uciekających sąsiadów i ojca, który czym prędzej odwiózł go do szpitala w Kowlu. Po trzech tygodniach Jasio szczęśliwie wrócił do zdrowia. Zosia Żołnik zginęła podczas ewakuacji za Bug w styczniu 1945 r., zepchnięta na minę przez Ukrainki, które usiłowały zabrać jej krowę. Po kilku dniach, pod osłoną Niemców, zabrano ciała pomordowanych
i pochowano na zasmyckim cmentarzu jak większość ofiar OUN-UPA z okolic .

Następny mord mieszkańców Radowicz miał miejsce w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w 1943 r. podczas napadu UPA na bazę w Zasmykach. Był to gruntownie, chytrze i dużymi siłami zorganizowany napad, którego celem była całkowita likwidacja bazy. Bandyci spalili Radomle, Janówkę i  zamordowali ponad 50 osób, ale dzięki obrońcom nie doszli do Zasmyk. Wśród zabitych znalazło się 11 radowiczan.
Byli to: Krystyna Dobrowolska, Wanda Raczyńska-Szewczyk i jej siostra Czesława, Wincenty Szewczyk, cztery osoby Wałęgów: Helena,  córka Józefa i jej dwoje dzieci Antoni i Stefania;  Jan Wasik i jego brat Antoni. Poległ Antoni Romankiewicz, ojciec Stanisława, ostrzelany przez niemiecki samolot, krążący nad polem bitwy.

W nieustalonym dokładniej czasie i wyjątkowo dramatycznych okolicznościach banderowcy zamordowali dwie radowiczanki, żony żołnierzy samoobrony. Każdą
z dwojgiem dzieci, przechowywał znajomy Ukrainiec Czobotar w Sominie koło Maciejowa, następnie przeprawił je za Bug. Tam ukraińscy schutzmanni, po dochodzeniu, wrócili je
z dziećmi do Somina i przekazali banderowcom, którzy zamordowali wszystkich, łącznie
z liczną rodziną Czobotara. Ten nieodosobniony mord świadczy, że celem OUN-UPA było wymordowanie jak najwięcej ludności polskiej, a nie tylko wypędzenie z Kresów, jak twierdzą historycy ounowskiej proweniencji i że schutzmanni ściśle współdziałali z OUN-UPA
w eksterminacji Polaków, według hasła: dobry Lach to martwy Lach.

Bolesną stratą dla Zasmyckiej samoobrony było pojmanie w Julianowie przez banderowców, przebranych w polskie wojskowe mundury, radowiczanina Mieczysława Bednarka wraz z czterema innymi członkami patrolu. Po okrutnych torturach spoczęli
w nieznanym miejscu. W nie do końca znanych okolicznościach zostali zabici Antoni Iskra
i Stefan Gut. Podczas dramatycznej ewakuacji ludności polskiej z Osiecznka do Zasmyk został ciężko ranny i dostał się w ręce banderowców żołnierz samoobrony Tadeusz Golik, którego dalszych losów można się domyślać. Jego męczeńską śmierć szczególnie boleśnie przeżyli krajanie i uratowani brawurową akcją polskiego oddziału pod dowództwem „Jastrzębia” i „Sokoła”. Razem więc banderowcy zamordowali 60 polskich mieszkańców Radowicz.

W walkach z Niemcami polegli w lasach mosurskich w kwietniu 1944 r.: Stanisław Mazurek, Władysław Molenda, Józef Rak, Henryk Sobczyk; w lasach Szackich na Polesiu – Piotr Szewczyk; w szeregach LWP: Bolesław Lasak na Wale Pomorskim, Czesław Rakowski pod Berlinem, jego brat Tadeusz zginął w zasadzce UPA pod Hrubieszowem w 1946 r.
Nie wrócili z kampanii wrześniowej Adam Molenda i Stefan Marszałek, mąż zamordowanej Leokadii.Zaginął Edward Lis, zmobilizowany przez Sowietów w 1941r. Mieczysław Łodej, dzielny żołnierz 27.WDAK, został rozstrzelany za próbę zorganizowania masowej dezercji
z LWP koło Chełma. Godne, uroczyste uczczenie Ich pamięci jest patriotycznym obowiązkiem nie tylko sędziwych świadków banderowskiego ludobójstwa, ale całego Narodu, zwłaszcza elit samorządowych i państwowych  W sumie w wyniku krwawego banderowskiego terroru oraz w walkach z UPA i Niemcami śmierć poniosło 98  polskich mieszkańców, co stanowi 25% polskich mieszkańców Radowicz. Nasi Rodacy
z tej wsi, jak i z całych Kresów Południowo-Wschodnich II RP zapisali się złotymi zgłoskami bohaterstwa w nierównej walce obronnej o fizyczne przetrwanie- w walce z najokrutniejszym nazizmem spod znaku OUN-UPA. Obronili przed zagładą dziesiątki, a na całych Kresach setki tysięcy ludności polskiej. Ofiary OUN-UPA i żołnierze kresowej samoobrony oraz 27. WDAK zasługują na trwałą, wdzięczną pamięć i hołd Ich bohaterstwu. Godne, uroczyste uczczenie Ich pamięci jest patriotycznym obowiązkiem nie tylko sędziwych świadków banderowskiego ludobójstwa, ale całego Narodu, a zwłaszcza jego elit samorządowych
i państwowych. 11lipca, w 72. rocznicę apogeum rzezi, w Dniu Pamięci Męczeństwa Kresowian oddajmy należny hołd  Ofiarom i Bohaterom Kresowej Tragedii.  Wierzymy, że również patriotyczne środowiska  Pomorza zdobędą się na taki  akt i zorganizują odpowiednie uroczystości. Bardzo liczymy na mieszkańców pięknej Gdyni i jej Władze oraz na Uniwersytet Gdański, którym na pewno nie są obojętne tysiące Rodaków bestialsko wymordowanych tylko dlatego, że byli Polakami. [F.B]


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 383 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6137121