W 2011 roku  w Wydawnictwie Literackim w Krakowie wyszła książka Grzegorza Motyki  pod znamiennym tytułem „Od rzezi wołyńskiej do Akcji :Wisła”. Pomimo, iż wszystkie dokumenty mówią o przeprowadzeniu wojskowej „operacji „Wisła”,  nacjonaliści ukraińscy i ich poplecznicy z uporem przekłamują ją na „akcję”.

We wstępie do książki Motyka stwierdza: „Dopiero od upadku komunizmu Polacy i Ukraińcy mogą otwarcie mówić o swojej przeszłości. /.../ W polskiej świadomości historycznej głęboko tkwi pamięć o masowych mordach na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej popełnionych w latach 1943 – 1945 przez banderowską frakcję Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię. Z kolei dla Ukraińców traumatycznym doświadczeniem była operacja „Wisła”, czyli przymusowe wysiedlenie Ukraińców z południowo-wschodniej Polski w 1947 roku i takie ich rozsiedlenie na ziemiach zachodnich, by łatwo ulegli asymilacji”.

Jest to zgodne z tajną Uchwałą OUN z 1990 roku banderowskie „równoważenie krzywd” – ponad 200 tysięcy okrutnie wymordowanej ludności polskiej oraz około 140 tysięcy przesiedlonej ludności, gdzie Ukraińcy stanowili tylko część przesiedleńców, reszta to rodziny łemkowskie, mieszane i polskie. Z ówczesnych szacunków wynikało, że na początku 1947 roku w Polsce mieszkało 20 – 21 tysięcy osób narodowości ukraińskiej, natomiast probanderowscy historycy podają, że w tymże roku przesiedlonych zostało około 140 tysięcy tychże osób. Z uporem powtarzana teza propagandowa ma stać się faktem historycznym i niestety to kłamstwo powiela większość publicystów.  Co wspólnego z asymilacją miało zalecenie, aby rodziny ukraińskie zaliczone do kategorii „A” , czyli związane z ruchem nacjonalistycznym nie osiedlać bliżej niż 20 km od granicy państwa? Celem rozczłonkowania ludności ukraińskiej nie była asymilacja, ale uniemożliwienie odtworzenia podziemia ukraińskiego na przesiedlonych terenach. W województwie olsztyńskim zresztą powstało. Motyka w swoim zapale propagandowym zrównał  międzywojenne asymilacyjne koncepcje endecji z  internacjonalizmem komunistów.

„Zła pamięć” o Ukraińcach sięga okresu walk o Lwów w 1918 roku,  zbrodni dokonanych wówczas na jeńcach polskich oraz cywilnej polskiej ludności na Podolu. Potem doszły terrorystyczne akcje bojówek OUN w okresie międzywojennym, następnie mordy dokonane na żołnierzach WP oraz ludności polskiej we wrześniu 1939 roku. Negatywne skutki odniosła powszechna kolaboracja Ukraińców z okupantami, zarówno niemieckim jak i sowieckim, w tym terror stosowany wobec ludności polskiej przez policję ukraińską na terenie GG, a od lipca 1941 roku także na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Na negatywny obraz Ukraińca  w oczach Polaków nacjonaliści ukraińscy zapracowali więc już przed rzeziami na Wołyniu. Od jesieni 1939 roku w wielu cerkwiach kler greckokatolicki organizował „uroczystości pogrzebu Polski”, podczas których w usypywanych kopcach zagrzebywano insygnia Państwa Polskiego.  Ta rozbudzana w ludności ukraińskiej przez nacjonalistów i popów nienawiść do Polaków i Polski, w niektórych rejonach już od września 1939 roku, a powszechnie od lipca 1941 roku, wykopywała przepaść pomiędzy tymi dwiema nacjami, do tego czasu najczęściej zgodnie, dobrosąsiedzko mieszkających obok siebie i spokrewnionych licznymi małżeństwami.

Tezie celowo prowadzonej wówczas przez komunistów asymilacji narodowej przeczy chociażby fakt, że nie przesiedlono mniejszości białoruskiej i litewskiej. A już zupełnie irracjonalne jest twierdzenie, że Moskwie zależało na jednolitej narodowo Polsce, a na jednolitych narodowo Węgrzech już nie – dlatego pozwolili pozostać dużym skupiskom tej ludności w Czechosłowacji (przecież też niejednolitej narodowo), nie mówiąc już o Jugosławii.

Nie można zgodzić się z tezą Motyki, który przywołując pierwszy masowy mord dokonany na cywilnej ludności polskiej we wsi Parośla 9 lutego 1943 roku stwierdza: „W naturalny sposób data tej zbrodni wyznacza więc początek otwartego konfliktu polsko-ukraińskiego” (s. 7). Data ta wyznacza początek ludobójczej rzezi dokonanej przez Ukraińców pod przywództwem faszystowskiej frakcji OUN-B na cywilnej ludności polskiej. Natomiast początek eksterminacji ludności polskiej na Kresach dokonywanej przez różne frakcje nacjonalistów ukraińskich należy datować na 17 września 1939 roku, gdy to faszyści ukraińscy dołączyli do faszystów niemieckich oraz do komunistów sowieckich. Ci drudzy zachęcali „lud” do wyrżnięcia „polskich białych panów”, natomiast nacjonaliści ukraińscy do wyrżnięcia całej ludności polskiej. Było to swoiste przymierze ounowsko-bolszewickie, o czym Motyka i jemu podobni nie chcą pamiętać.

 

Motyka pisze dalej: Wielu osobom, jak sądzę, trudno zrozumieć, iż praca naukowa historyków nie polega na wygłaszaniu narodowego monologu krzywd czy powtarzaniu „ku pokrzepieniu serc” takiej wersji wydarzeń, w której „nasi” z zasady muszą być „biali”, a „oni” koniecznie „czarni” (s. 8). Takiej tezy nie może postawić obiektywny naukowiec, bo jest to teza ideologiczna. To fakty mają prowadzić do konkluzji, czy „nasi” byli bardziej „biali”, czy bardziej „czarni”, w określonych relacjach historycznych. Efektem prezentowanej przez Motykę ideologii, którą przestawia jako „metodologię badawczą”, jest wybiórcze dobieranie faktów oraz celowe „brudzenie owiec białych”, aby upodobniały się do tych „czarnych”, bo istnienie całego stada owiec białych jest niesłuszne i groźne. Takie zakładane z góry tezy nie mają nic wspólnego z nauką. Prowadzą one do poszukiwania nawet najmniejszych „plam” u owiec „białych”, najmniejszych nawet „zaciemnień”. Nie jest wówczas ważne, że np. na całym świecie mogło nie być „bielszego” stada. I tą jedną „poplamioną” lub „czarną” owcę trzeba wówczas eksponować do takich rozmiarów, aby jej cień przysłonił jak najwięcej tego „białego” stada, aby sprawiała wrażenie, że takich owiec „zapewne” było więcej.

Ponieważ tą „przewodnią myśl ideologiczną” Motyka realizuje konsekwentnie w swojej książce, jest ona de facto pozycją propagandową a nie sensu stricte naukowo-historyczną.

 

Opisując wydarzenia związane z ogłoszeniem 1 listopada 1918 roku we Lwowie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (ZURL) Motyka „zapomina’ o roli Austriaków w tym wydarzeniu. To nie był „spontaniczny zryw ludności ukraińskiej”, ale celowe działanie zaborcy austriackiego, który „przekazał” miasto stacjonującym w garnizonie oddziałom ukraińskim. Pominięcie tego faktu kompromituje historyka, który „musi być bezstronny, jego obowiązkiem jest próbować podejść do tematu, który opisuje, niejako z boku, by wychwycić pełną złożoność badanych zjawisk” (s. 8). Nie omieszkał natomiast podkreślić, że w odsieczy Lwowa wzięła udział część armii gen. Józefa Hallera, wbrew obietnicom danym mocarstwom zachodnim. Chociaż mocarstwa zachodnie nie miały nic przeciwko podstępnym działaniom Austriaków. I na mocy jakiego prawa mogły dyktować takie warunki Polakom? Tym bardziej, że wojska ukraińskie realizowały plany Austrii, sojusznika Niemiec, czyli wroga tychże mocarstw zachodnich.. Kulisy tych działań nie będą zrozumiałe dla historyka, który nie zna działań Romana Dmowskiego, reprezentującego w negocjacjach Polskę.

O zamordowaniu 12 kwietnia 1908 roku namiestnika Galicji hrabiego Andrzeja Potockiego przez ukraińskiego nacjonalistę Mirosława Siczyńskiego Motyka nie wspomina. A był to pierwszy mord nacjonalistów ukraińskich dokonany na Polaku z przyczyn narodowościowych. Dzięki prośbom żony namiestnika zabójca nie został skazany na karę śmierci, ale dostał wyrok 20 lat więzienia. Szowiniści ukraińscy, korzystający ze wsparcia administracji zaborców, nie chcieli pogodzić się z faktem, że namiestnikiem został Polak. Siczyński w 1911 roku uciekł z więzienia w Stanisławowie do USA. Po II wojnie światowej popierał reżim sowiecki i w 1966 roku na zaproszenie władz ZSRR odwiedził Lwów, w tym były budynek namiestnictwa, gdzie dokonał zamachu.

 

W 1920 roku Galicję Wschodnią oficjalnie nazwano Małopolską Wschodnią. Po unii lubelskiej na mapach używano nazwy „Młodej Polski”, która sięgała za Kijów i Żytomierz. W czasie powstania listopadowego urzędowo używano nazwy „Ukraina” dla ziem ówczesnej guberni kijowskiej, a jej mieszkańców nazywano „Ukraińcami” – w tym magnaterię i szlachtę polską. Tak jak było Mazowsze i Mazowszanie, było też  Podole i Podolanie, Wołyń i Wołynianie.

24 lutego 1831 roku w Czerniawce na Kijowszczyźnie odbył się Walny Zjazd Ukraińców, na którym Wincenty Tyszkiewicz obwołany został Naczelnikiem Ukrainy, natomiast 22 marca na zjeździe w Michałówce obwołany został także Naczelnikiem Podola. W maju 1831 roku powstańcy listopadowi walczyli na Kijowszczyznie i Żytomierszczyznie, czyli na Podolu i Ukrainie, m.in. 14 maja pod Daszowem (bój był nierozstrzygnięty), 17 maja we wsi Tywrów nad rzeką Boh, 19 maja we wsi Obodne (odnieśli zwycięstwo), 22 maja zdobyli miasteczko Bar, 23 maja ponieśli klęskę we wsi Majdanek koło Żytomierza. Ciekawe wspomnienia o tych wydarzeniach można przeczytać na stronie internetowej www.bookws.google,pl w książkach: „Pamiętniki o powstaniu Litwy i Ziem Ruskich” , opr. F. Wrotnowski. Tom IV i V :”Powstanie na Wołyniu, Podolu i Ukrainie etc.”.  Oraz: „Powstanie na Wołyniu, Podolu i Ukrainie w roku 1831, podług podań...”. Tom 2. Opr. Feliks Wrotnowski.

Pisząc o „kolonizacji” w okresie międzywojennym Motyka nie zauważył, że żołnierze i inwalidzi wojenni (tzw. koloniści) otrzymywali ziemię po rozparcelowanych majątkach polskich oraz skonfiskowanych przez cara za udział w powstaniach. Nie była to więc „polonizacja” tych ziem, a w bardzo ograniczonym zakresie „repolonizacja”, gdyż zdołano „odrobić” tylko małą cząstkę polskich strat na tych ziemiach, poniesioną w okresie zaborów.

Swoistej „rusyfikacji” na Kresach dokonywała w Rzeczpospolitej po unii lubelskiej polska szlachta i magnateria, która swoim poddanym sprowadzanym z Korony stawiała cerkwie i zatrudniała popa, sama pozostając katolikami (lub przechodząc na katolicyzm) i uczęszczając do kościoła. Natomiast ruska (rusińska) magnateria i szlachta dobrowolnie polonizowała się, czasami tylko przechodząc na katolicyzm – też z własnego wyboru, gdyż w Rzeczpospolitej Obojga Narodów panowała największa w Europie tolerancja religijna.

Po pierwszej wojnie światowej w ZSRR zostały dwa duże skupiska ludności polskiej, w tym na Ukrainie w województwie żytomierskim. Ludności rdzennie polskiej, „z dziada pradziada”.  Pierwszej ludobójczej czystki etnicznej dokonał Stalin i dotknęła ona ludność polską. Przetrwała ona ponad stuletni okres „rusinowania’ czy tez „rusyfikacji” Kresów dokonywanych przez administrację carską i popów, zarówno prawosławnych (głownie w zaborze rosyjskim) jak i greckokatolickich (głownie w zaborze austriackim). Duża część wsi polskich została zrusyfikowana i dzisiaj ich mieszkańcy uważają się za rdzennych Ukraińców. Często mieszkańcy tych wiosek na Kresach Wschodnich II RP uczestniczyli w rzeziach swoich sąsiadów Polaków, którzy przetrwali rozbiory  nie tracąc przynależności narodowej i religijnej.

Motyka na s. 17 podaje, że ludność ukraińska stanowiła 16%  wszystkich obywateli II RP,  co jest manipulacją. Za główne kryterium uznał deklarację tożsamości wyznaniowej, gdy tymczasem mieszkańcy wielu wsi uczęszczali do cerkwi, ale nie identyfikowali się z narodowością ukraińską. Były wsie, gdzie do cerkwi uczęszczała ludność polska, bo nie było w pobliżu kościoła, „a wiara jest ta sama”.

„Kategoria Polaków-grekokatolików, dziś zupełnie niemal niespotykana i prawie całkowicie zapomniana, nie była w przeszłości zjawiskiem rzadkim. W roku 1900 we Lwowie było 29 327 grekokatolików, z czego 15 159 Rusinów. Pozostałe 14 168 grekokatolików stanowili Polacy. O Polakach grekokatolikach w Galicji pisze Jędrzej Giertych: „Cały łańcuch wsi polskich greko-katolickich istniał nad Sanem, w ziemi Przemyskiej i Jarosławskiej. Nie kwestionowali tego faktu także i Ukraińcy. Na kilka lat przed wojną odwiedzałem muzeum ukraińskie we Lwowie i widziałem tam mapę etnograficzną, zajmującą całą ścianę, na której było to uwidocznione. Mapa ta, narysowana ręcznie, pokazywała każdą wieś w formie kółeczka, w którym oznaczone były wycinkami poszczególne grupy etniczne. Greko-katolicy mowy polskiej oznaczeni byli odrębnym kolorem. Widać było na tej mapie jak na dłoni, że długi łańcuch tych wsi miał ludność prawie czysto polsko-greko-katolicką. Wiem o tych wsiach nie tylko z tej mapy”. Dalszy ciąg tego łańcucha, o którym Giertych wspomina, znajdował się już na ziemiach zaboru moskiewskiego, na Chełmszczyznie, gdzie siłą zmuszono unitów do prawosławia. Stąd też wsie polskie nie są tam już grekokatolickie, a prawosławne. Tam też rozpowszechniony był typ Polaka -prawosławnego. Byli to ci, którzy po ukazie z 1905 zostali przy prawosławiu, nie przechodząc na rzymski katolicyzm (ukaz zabraniał powrotu z prawosławia na grekokatolicyzm). Pismo „Polak-Grekokatolik”, redagowane przez profesora T. Stupnickiego, wykazuje w 1936 roku znaczącą liczebność Polaków-grekokatolików: „Polacy grekokatolicy to nie tylko owe ½ miliona według spisu z 1931 roku ale jeszcze 1,02 miliona Byłaków, jakieś 1,02 miliona zruszczonych kolonistów polskiego pochodzenia w Małopolsce Wschodniej. Razem co najmniej 1,5 miliona." Natomiast prezes Związku Polaków grekokatolików ks. Miodoński, zapowiadał, że „ co najmniej milion grekokatolików, dziś jeszcze zaliczanych do odzyska dla polskości, i to w niedługim czasie.” Za „czystych Ukraińców” uznawał tylko „700 000 grekokatolików spośród 3,5 miliona dusz obrządku greckiego.” („Polak Greko-Katolik”, 1939, nr 9, str. 2). /…/ Co do Rusinów, to działania duchowieństwa wobec nich opisuje następująco prof. Bogumił Grott: „Wprowadzało przymus angażowania się duchowieństwa grekokatolickiego w sprawę kształtowania postaw nacjonalistycznych w społeczności ruskiej i przekształcenia ich w aktywnych Ukraińców”. Prof. Grott pisze też o „perspektywicznym wykluczeniu elementu świadomości swej polskości ze stanu kapłańskiego w cerkwi greko katolickiej.” /…/ Dzisiaj jedną z tez Kłamstwa Ukraińskiego jest nie tylko przyporządkowywanie wszystkich Rusinów w poczet Ukraińców (w myśl reskryptu cesarza Karola, który nakazywał czynić to przymusowo), ale też przedstawianie grekokatolicyzmu jako wyznania „stricte ukraińskiego” od zarania” (Jerzy Brzęczyszczykiewicz: „Polacy – grekokatolicy:  ofiary wielkiej polityki”; w: www.kresy.pl;  10 kwietnia 2012).

Motyka „w myśl reskryptu cesarza Karola” w poczet Ukraińców zalicza wszystkich Rusinów, chociaż zapewne zna głośne protesty społeczności rusińskiej w okresie międzywojennym przeciwko takim działaniom nacjonalistów ukraińskich, w tym księży greckokatolickich. Ale nawet pomijając ten fakt,  mniejszą lub większą świadomą identyfikację  „rusińską” lub „ukraińską” miało około 10% obywateli II RP i taki procent w Sejmie stanowiła reprezentacja ukraińska. We wrześniu 1939 roku w Wojsku Polskim walczyło z Niemcami około 10% żołnierzy narodowości ukraińskiej – i wszyscy historycy są zgodni co do tego, że była to ilość „reprezentatywna” dla mniejszości ukraińskiej. Z tezy Motyki wynika jednak, że Polska wyjątkowo dbała o tę mniejszość i oszczędzała chłopców ukraińskich, mobilizując ich do wojska „reprezentatywnie” o ponad 1/3 mniej, niż chłopców polskich.

 

Ideologii ukraińskiego nacjonalizmu sformułowaną przez Dmytra Doncowa Motyka poświęcił... 3 zdania. Nie zauważył, że była to ideologia faszystowska, wręcz nazistowska, gdzie „rasę” zastąpił „naród ukraiński czysty jak szklanka wody”. Pisząc o powołaniu w 1929 roku w Wiedniu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów nie zauważa, że przystąpiła ona do organizacji faszystowskich. Ogół Ukraińców nie znał doktryny Doncowa, ale w oparciu o nią formułowali swoje cele i zadania nacjonaliści ukraińscy, w tym czołowi działacze OUN Mykoła Ściborski i Dmytro Myron, których tezy tym razem rzetelnie Motyka zacytował (s. 27). Słusznie zauważył też, że propaganda antypolska OUN  ściśle korelowała z propagandą komunistyczną, w tym komunistów ukraińskich zapowiadających rozprawę z polskimi „białymi panami”. Nie można natomiast twierdzić, że w 1930 roku miała miejsce „pacyfikacja”, gdy nie padł ani jeden strzał i nie było żadnych ofiar śmiertelnych. Zwłaszcza razi to u osoby, która tak wzbrania się prze używaniem słowa „ludobójstwo” w stosunku do okrutnie wyrżniętej ponad 200-tysięcznej ludności, tylko ze względu na jej narodowość. Tutaj też Motyka włącza do nauki swoje „teorie prawdopodobieństwa” nie mające nic wspólnego z nauką, a będące zwykłą propagandą: „nie wykluczone, że z powodu pobicia zmarło kilka, a według innych danych nawet ponad trzydzieści osób” (s. 31). To naukowo, konkretnie: kto zmarł, w jakiej miejscowości, kiedy i przez kogo pobity – oraz: kto i w jaki sposób to udokumentował (akta szpitalne, akt zgonu itp., -  czy chodzi o wzmiankę w jakiej ouenowskiej ulotce?). Skąd wynika ten brak źródła podanej informacji?

Motyka pisze o petycji złożonej przez nacjonalistów w Lidze Narodów, ale nie podaje, że komisja tej Ligi po zbadaniu sprawy, przyznała Polsce rację i uznała działania administracyjne za usprawiedliwione. Można zrozumieć neofaszystów ukraińskich, którzy „zapominają” o tym fakcie i nadal twierdzą, że była to „brutalna pacyfikacja”, ale karygodne jest, gdy w ich ślady idzie historyk polski. A Liga Narodów nie była  „propolska”,  wręcz odwrotnie.

Tak wygląda „obiektywizm” Motyki w opisywaniu relacji polsko-ukraińskich, aby „nasi” nie byli zbyt „biali”, a „oni” zbyt „czarni”.

 

O współpracy OUN z Niemcami skierowanej przeciwko Polsce Motyka wspomina mimochodem. W tym czasie wicemarszałkiem sejmu był ukraiński działacz Wasyl Mudryj, który potem został kolaborantem niemieckim. Współpraca ta była bardzo szeroka, sowicie opłacana, a agentami niemieckimi byli czołowi działacze OUN. Setki młodych Ukraińców Niemcy szkolili do akcji dywersyjnych przeciwko Polsce, przez kooperatywy firm ukraińskich do Polski trafiała broń i materiały wybuchowe potrzebne do tych akcji.

Dla relacji polsko-ukraińskich ważnym faktem jest, że w agresji 1 września 1939 roku, w przymierzu z faszystowską III Rzeszą, udział wzięły zbrojne formacje i bojówki ukraińskie, utworzone przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, w tym trzy kompanie Legionu Ukraińskich Nacjonalistów dowodzonego przez pułkownika Romana Suszkę.  O Legionie Ukraińskich Nacjonalistów Motyka nie pisze. Nie jest do końca znany udział jego żołdaków w rozbrajaniu i rozstrzeliwaniu żołnierzy WP usiłujących przekroczyć granicę z Węgrami, chociażby na terenie Bieszczadów. We wrześniu 1939 roku na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, bojówki OUN wymordowały 6 - 8 tysięcy osób cywilnej ludności polskiej oraz żołnierzy WP.

„Położenie ludności ukraińskiej stosunku do polskiej było w Generalnej Guberni uprzywilejowane. W miastach dystryktu lubelskiego i krakowskiego zorganizowano dla Ukraińców konsumy, w których mogli otrzymać żywność i inne towary po cenach urzędowych. Do konsumów tych dostęp Polaków był zabroniony. Podobnie kartki żywnościowe wydawane dla ludności ukraińskiej były uprzywilejowane w stosunku do ludności polskiej. Ukraińcy otrzymywali na nie racje dzienne 930 kalorii, podczas gdy Polacy 654 kalorie. /…/ Z analizy gmin, w których zamieszkiwali Ukraińcy wynika, że w zasadzie wszystkie one były obsadzone przez ich wójtów i burmistrzów. Podobnie było z obsadą sołtysów. /…/ Na omawianych terenach zostały zorganizowane przez Niemców posterunki pomocniczej policji ukraińskiej. Było ich ponad 60. Powstały też inne formacje policyjne pozostające w służbie niemieckiej, jak Werkschutz, Bahnschutz, Polizeiwach-Batalione, czy też formacje policyjne SS. W Trawnikach, w powiecie chełmskim, powstała szkoła SS dla Ukraińców, której słuchacze brali udział w krwawych pacyfikacjach polskich wsi. Pacyfikowali oni m.in. wsie powiatu chełmskiego: Kanie, Wólka Kańska, Borowice, Pawłów” (Zdzisław Konieczny: „Stosunki polsko-ukraińskie na ziemiach obecnej Polski w latach 1918 – 1947”, Wrocław 2006, s. 44 – 45). Dodajmy do tego, że Ukraińcom zezwolono na posiadanie odbiorników radiowych (za co Polakom groziła kara śmierci), dano zgodę na rozwój własnego szkolnictwa podstawowego i średniego oraz studiowanie młodzieży ukraińskiej na niemieckich uniwersytetach w Berlinie i Wiedniu. W Chełmie i okolicy przekazano Cerkwi prawosławnej około dwudziestu świątyń, które po 1918 roku straciła na rzecz Kościoła katolickiego. Wyznaczeni sołtysi i wójtowie wyznaczali niewspółmiernie wyższe kontyngenty gospodarstwom polskich w stosunku do gospodarstw ukraińskich oraz na przymusowe roboty do III Rzeszy kierowali głownie młodzież polską. Już 17 grudnia 1939 roku zarządzeniem Hansa Franka powołano Ukraińską Policję Pomocniczą. .Zapewne nie będzie już można dotrzeć do wszystkich danych dotyczących strat ludności polskiej poniesionych w wyniku kolaboracji Ukraińców z okupantem niemieckim i sowieckim. Ilu Polaków zadenuncjowali „sąsiedzi” Ukraińcy, ilu aresztowali i zakatowali milicjanci i policjanci ukraińscy oraz inne ich formacje militarne na służbie niemieckiej. To policja ukraińska współpracując ściśle „ideowo i fizycznie” z okupantem niemieckim w Generalnej Guberni oraz z okupantem sowieckim na Kresach Wschodnich II RP przeprowadziła pierwszy etap wyeliminowania polskich elit mogących organizować opór społeczeństwa.

O tej realnej rzeczywistości w stosunkach polsko-ukraińskich pod obydwoma okupantami czytelnik z książki Motyki nie dowie się.

Motyka twierdzi, że ukraiński batalion „Nachtigall” nie odpowiada za mord polskich profesorów ze lwowskich uczelni (s. 66). Tymczasem świadkowie wydarzeń wskazują na  obecność jego żołdaków zarówno w czasie aresztowań jak i podczas egzekucji.

 

27 listopada 1942 roku Niemcy z udziałem policji ukraińskiej  rozpoczęli wysiedlanie ludności polskiej na Zamojszczyźnie, aby na jej miejsce sprowadzić rodziny niemieckie z innych krajów. Objęła ona 60 wsi zamieszkałych przez 34 tysiące osób.  Nacjonaliści ukraińscy określają te tereny jako  „Chełmszczyzna”, chyba nieświadomie kontynuując politykę caratu. Brutalna „depolonizacja” i „dekatolizacja”  tych ziem trwająca od 1866 roku oraz kasata unii w 1875 roku, zostały sfinalizowane 26 kwietnia 1912 roku, gdy to Duma Państwowa Rosji uchwaliła oderwanie części ziem od innych guberni (głownie lubelskiej i siedleckiej) i utworzenie Guberni Chełmskiej. Gubernia objęła osiem powiatów: bialski, biłgorajski, chełmski, hrubieszowski, konstantynowski, tomaszowski, włodawski i zamojski. W działaniach antypolskich i antykatolickich bardzo aktywna rolę odegrał kler prawosławny z biskupem chełmskim Eulogiuszem na czele. Prawa ludności polskiej zostały znacznie ograniczone, wiele świątyń katolickich zamieniono na cerkwie prawosławne, zakazano wykładania w szkołach języka polskiego. Zakazano również osiedlania się Polaków na terenie całej guberni. Gubernię podporządkowano bezpośrednio władzy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rosji. Oświatą chełmską miał zarządzać Kijowski Okręg Szkolny, a sądownictwem Kijowska Izba Sądowa. Pozmieniano polskie nazwy miejscowości na rosyjskie, zmieniano nazwiska polskie na „rosyjskobrzmiące”, np. Adamski na Adamczuk. Podczas pierwszej wojny światowej, w 1915 roku władze niemiecko-austriackie zlikwidowały gubernię chełmską, faktycznie więc Chełmszczyzna wróciła do Królestwa Polskiego, aczkolwiek formalnie część powróciła do Gubernatorstwa Lubelskiego, a część znalazła się pod władzą niemiecką w Białej Podlaskiej. Kapelani I Brygady Legionów Polskich przekazywali miejscowej ludności kościoły, zamienione po 1864 roku na cerkwie, przy powszechnym entuzjazmie parafian.

15 stycznia 1943 roku Niemcy z udziałem policji ukraińskiej oraz ukraińskich esesmanów ze szkoły podoficerskiej w Trawnikach pow. Chełm rozpoczęli realizację planu „Ukrainenaktion” polegającego na wypędzeniu ludności polskiej z powiatów Biłgoraj i Hrubieszów oraz zasiedlanie na jej miejsce ludności ukraińskiej. Akcję zakończyli 2 marca,  łącznie objęła ona 117 polskich wsi.  W taki sposób Chełmszczyzna miała udowadniać, że jest ”etniczną ziemią ukraińską”.

 

Motyka podaje, że: „Po raz pierwszy zasadę zbiorowej odpowiedzialności polskie podziemie zastosowało w maju 1943 roku. Spalono wówczas pięćdziesiąt dziewięć gospodarstw ukraińskich w Mołożowie i osiemdziesiąt w Strzelcach. Według różnych danych zabito od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu cywilów” (s. 281). Taką informację podali ostatnio probanderowscy ukraińscy historycy. Ze strony polskiej nikt jej nie próbuje zweryfikować, a więc także ewentualnej liczby ofiar. Jednakże zgodnie z faktami Motyka rozprawia się z mitem, że rzeź na Wołyniu spowodowana była wcześniejszą rzezią Ukraińców na Lubelszczyźnie (Chełmszczyźnie). Ujawnia też manipulację strony ukraińskiej, która podała datę polskiej  akcji w Peresołowicach o rok wcześniejszą, niż w rzeczywistości, czyli 24 grudnia 1942 roku (ze śpiewaniem kolęd nad trupami!) - zamiast 18 grudnia 1943 roku (s. 286 – 287).

Nocą z 23 na 24 czerwca 1943 r. rozpoczęła się akcja wysiedleńcza „Wehrwolf” obejmująca 173 wsie polskie, w czasie której do policji ukraińskiej dołączyły oddziały SS „Galizien” – „Hałyczyna” oraz UPA i SKW dokonując wielu masowych rzezi ludności polskiej.

Gehenna polskiej ludności tych terenów nie interesuje jednak Motyki, chociaż uporczywie poszukuje on przyczyn „konfliktu polsko-ukraińskiego”. Tyle, że prawie wyłącznie po stronie polskiej.

Dane dotyczące polskich ofiar Motyka podaje fragmentarycznie, natomiast straty ukraińskie wymienia prawie wszystkie (s. 282 – 283), aby „mniej - więcej” równoważyły się, uciekając się nawet do nie udokumentowanych pogłosek, jak. np. o posługiwaniu się trucizną w stosunku do Ukraińców i Białorusinów w służbie niemieckiej (s. 283).

Zapewne też z tego powodu nie zajmuje się pacyfikacjami polskich wsi, dokonywanymi przez różne ukraińskie formacje kolaborujące z okupantem niemieckim, w okresie 1942 – kwiecień 1943. Głównie przez policję ukraińską, zwykle z udziałem kilku Niemców „czuwających” nad przebiegiem pacyfikacji, najczęściej połączonej z masowymi zbrodniami na ludności polskiej. Pacyfikacje prowokowali nacjonaliści ukraińscy różnego rodzaju donosami, np. pobytem we wsi partyzantów sowieckich lub kontaktami z nimi, bądź ukrywaniem Żydów. Motykę nie interesuje powszechny terror stosowany przez Ukraińców wobec Polaków na kresach południowo-wschodnich: donosy, aresztowania, tortury podczas przesłuchań,  rewizje, pobicia,  bandyckie napady i grabieże, skrytobójcze i jawne morderstwa, wysyłanie na przymusowe roboty do III Rzeszy, nakładanie niewspółmiernie wysokich kontyngentów na polskie gospodarstwa itp. To dlatego kresowianie często mówią o okupacji niemiecko-ukraińskiej.

 

Nie sposób dowiedzieć się z książki Motyki o skali narastającej fali ludobójstwa na Wołyniu od początku 1943 roku. Np. w marcu udokumentowane jest ponad 260 napadów na Polaków, co najmniej taka sama ilość napadów była w kwietniu, w maju ponad 300, w czerwcu ponad 360. Zapewne podobna ilość napadów połączonych z morderstwami na Polakach nie została udokumentowana, choćby z tego powodu, że z wiosek ukraińskich, gdzie mieszkały pojedyncze rodziny polskie nie ocalał żaden świadek.

Motyka pisze: „W roku 1943 Ukraińcy mieszkający na Lubelszczyźnie mogli liczyć na obronę jedynie ze strony Niemców i policji ukraińskiej” (s. 292 – 293). Pisze chyba bez ironii. Bo na kogo mogli liczyć Polacy? Mieszkający nawet nie na Wołyniu, ale także na Lubelszczyźnie. Na Anglików? Na Amerykanów? Bo na pewno nie na Niemców i policję ukraińską. Kto w 1943 roku zagrażał ludności ukraińskiej na Lubelszczyźnie? Polskie podziemie? Ale ono nie planowało żadnej akcji eksterminacyjnej przeciwko ludności ukraińskiej. Na jesieni 1943 roku przeprowadziło kilka akcji na posterunki policji i kilka akcji odwetowych – nie za Wołyń, ale za mordy na ludności polskiej mające miejsce właśnie na Lubelszczyźnie. Wołyń spowodował tylko to, że były mniejsze opory wobec tych akcji. Nie spowodował jednak masowej akcji odwetowej na ludności ukraińskiej, chociaż była możliwość jej przeprowadzenia. Polskie państwo podziemne traktowało nadal mniejszość ukraińską jako obywateli polskich i karało prawomocnym wyrokiem sądu podziemnego szczególnie groźnych zdrajców, niemieckich agentów i zbrodniarzy – niezależnie od przynależności narodowej. Wydawało się, że Motyka powinien posiadać wiedzę o tym.  Natomiast strona polska brała po uwagę, że przy pomocy Niemców Ukraińcy mogą na Lubelszczyźnie zgotować ludności polskiej los Wołynia.  Z tego też powodu starano się wyeliminować poprzez wyroki śmierci organizatorów ludobójstwa na tym terenie.

Często stosowaną przez Motyka metodą jest „gubienie” chronologii. Na s. 292 pisze: „Jednak w 1944 roku podziemie postanowiło, niestety, pójść krok dalej i zastosować wobec Ukraińców zasadę odpowiedzialności zbiorowej na skalę dotąd w polskich działaniach niespotykaną”. A dalej pisze: „Na początku 1944 roku banderowcy utworzyli na Chełmszczyźnie dwie bojówki SB, rozszerzyli siatkę OUN oraz zorganizowali w wielu wsiach samoobrony wiejskie. Już w styczniu nowo powołane jednostki rozpoczęły ”akcje odwetowe”, które najbardziej miały dotknąć okolicznych ziemian. To zapewne one dokonały w tym regionie na przełomie lat 1943 i 1944 kilku napadów na majątki ziemiańskie” (s. 293).

Jakie to zbrodnie popełnili polscy ziemianie w 1943 roku, że dotknęły ich banderowskie  „akcje odwetowe”?  Otóż dwie zasadnicze: po pierwsze byli Polakami, a po drugie mieszkali na Chełmszczyźnie, czyli na „etnicznej ziemi ukraińskiej”. I za to spotkał ich „odwet”, czyli zostali okrutnie wymordowani  z całymi rodzinami.

Natomiast „decyzja podziemia o zastosowaniu wobec Ukraińców odpowiedzialności zbiorowej” , to decyzja z marca 1944 roku o akcji uprzedzającej, a nie odwetowej, na zgrupowane oddziały UPA, wzmocnione przez posterunki policji ukraińskiej i SS „Galizien” – „Hałyczyna”, stacjonujące we wsiach ukraińskich zamienionych na warownie (okopy, bunkry, schrony itp.). Oddziały te nie stacjonowały po lasach, jak oddziały AK i BCh, stąd siłą rzeczy musiały być zaatakowane we wsiach, w których zresztą chłopi ukraińscy byli uzbrojeni i zorganizowani w oddziały SKW, zwane samoobroną wiejską. SKW wspierała  UPA w atakach na polskie wsie, dokonując niezwykle okrutnych tortur, gwałtów i rzezi, często za pomocą siekier, noży, kos, wideł i innych narzędzi.

Dowództwo polskiego podziemia posiadało informację o nadciągających na Lubelszczyznę kureniach UPA z Wołynia i Podola,  nawet z Pokucia. Za zadanie miały one całkowicie „zdepolonizować” teren Chełmszczyzny, czyli wymordować wszystkich tych Polaków, którzy nie zdążą uciec ze swoich domów i gospodarstw.

Akcja wyprzedzająca,  nazywana „odwetową”, lub „ofensywą antyukraińską” (była w rzeczywistości antybanderowską) rozpoczęła się 10 marca 1944 roku atakiem oddziałów AK i BCh na zamienione na warownie wsie: Sahryń, Łasków, Szychowice, Bereść, Modryń, Modryniec, Masłomęcz – w których wcześniej Ukraińcy wymordowali mieszkające tutaj rodziny polskie i z których to miejscowości Ukraińcy dokonywali wypadów na sąsiednie wsie polskie mordując ludność i rabując jej mienie.

Motyka pisze (s. 294): „W pierwszym rzucie spalono kilkanaście ukraińskich wsi (między innymi Sahryń, Łasków, Szychowice), mordując w nich większą lub mniejszą część ludności cywilnej”.

Trudno powiedzieć, czy Motyka manipuluje świadomie, czy jest to efekt „przesiąknięcia” propagandą banderowską. Celem polskiego ataku wyprzedzającego nie była ukraińska ludność cywilna. Czyżby więc wszyscy uzbrojeni i walczący upowcy, policjanci ukraińscy i esesmani ukraińscy pouciekali, że zginęła tylko ludność cywilna? Czy też ich zaliczył do ludności cywilnej – jak to czynią chociażby obecnie działacze mniejszości ukraińskiej w Polsce i uwidaczniają na stawianych pomnikach „pomordowanej ludności cywilnej”, wpisując na listę wszystkich poległych banderowskich zbrodniarzy. Nie można zaprzeczać, że były cywilne ofiary – w tym kobiety i dzieci - wszak walka toczyła się w obrębie wsi. Jest pewne, że mężczyźni złapani z bronią w ręku byli rozstrzeliwani na miejscu, nie byli jednak torturowani – nie mieli wycinanych języków, genitaliów, nie wypalono im oczu, nie ściągano tzw. rękawiczek, nie zdzierano płatów skóry i posypywano solą itp. – jak to było „w zwyczaju” czynione przez banderowców z Polakami. Nie było pogwałconych dziewczynek i  kobiet ukraińskich z obciętymi piersiami i nosami. Nie było ani jednego ukraińskiego dziecka nasadzonego na kołek w płocie. Taka „niewielka” różnica, o czym i historycy nie chcą pamiętać. Był natomiast rozkaz dowództwa AK oszczędzania ludności cywilnej.

Motyka liczy straty ukraińskie na około półtora tysiąca osób, aczkolwiek oni sami podają ostatnio liczbę 1240 ofiar z terenu kilkunastu wsi, z klasyczną już  metodą polegającą na co najmniej ich podwajaniu. I nikogo nie szokuje, że nie zginął ani jeden bojownik o niepodległą Ukrainę, a sami cywile, czyli niewinna i bezbronna ludność. Podaje też nieprawdziwą informację, że dowódca AK rozstrzelał jednego partyzanta :jeszcze przed rozpoczęciem „antyukraińskiej ofensywy” (s. 295).

Akcja uprzedzająca nie zapobiegła jednak rzezi ludności polskiej. „W następnych dniach na Lubelszczyznę wkroczyło kilka kureni UPA z Wołynia i Galicji Wschodniej” (s. 295). Rozpoczęła się rzeź ludności polskiej (Podlodów, Żerniki, Rokitno, Łubcze, Rzeczki, Zabuż, Steniatyn, Ulicko-Seredkiewicze, Rudka i inne).

 

W dość ciekawy sposób Motyka stara się bronić dobrego imienia UPA. „Nieprawdą jest,  jakoby UPA zabiła około osiemdziesięciu tysięcy samych Ukraińców, i wynika to z przytoczonych sowieckich danych” (s. 358 – 359). Nie podaje jednak zweryfikowanej liczby ofiar. Dalej pisze: „Likwidacja domniemanych i rzeczywistych zdrajców wywodzących się spośród własnego narodu, jest zresztą cechą charakteryzującą wszelkie ruchy partyzanckie” (s. 359). Nie wie jednak, że rozumienie pojęcia „zdrajca” u banderowców było bardzo „specyficzne”. „Zdrajcą narodu ukraińskiego” był ten, kto za męża miał Polaka lub za  żonę Polkę, kto ostrzegał Polaków przed rzezią, kto pomagał im w ucieczce, kto ukrywał ocalałych z pogromu, a w rzeczywistości każdy Ukrainiec podejrzewany o życzliwy stosunek do Polaków. To nie było „cechą charakteryzującą wszelkie ruchy partyzanckie”. „Zdradą” była krytyka UPA za  rzeź bezbronnej cywilnej ludności polskiej, za ukrywanie się przed przymusowym poborem do UPA. Natomiast „zdrajcami” nie byli policjanci ukraińscy na służbie niemieckich faszystów, esesmani ukraińscy, strażnicy ukraińscy w obozach koncentracyjnych...

Także twierdzenie Motyki, że ponieważ „przez ukraińskie podziemie przeszło 1 – 2 procent populacji Ukrainy zachodniej” /.../ pokazuje to, że – szczególnie powojenna – walka UPA z komunistami cieszyła się ogromnym poparciem społecznym na Wołyniu i w Galicji Wschodniej” (s. 359). Czyli populacja 98 – 99 procent jest już wyrazem znikomego braku poparcia? Nie można tutaj pominąć faktu terroru UPA w stosunku do ludności ukraińskiej oraz tego, że uczestnicząca w ludobójstwie masa chłopska znajdowała w hasłach narodowo-wyzwoleńczych głoszonych przez UPA usprawiedliwienie dla swojej okrutnej zbrodni.

 

Motyka na s. 361 cytuje ściśle tajną instrukcję „ukraińskiego podziemia” w Polsce z dnia 18 października 1944 roku: „Wśród Polaków rozpuszczać słuchy, że jeśli ktoś zajmie ukraińskie gospodarstwo (podkr. S.Ż.), będzie fizycznie zlikwidowany. Tych, którzy nie posłuchają, fizycznie likwidować, nie wyłączając kobiet i dzieci”. Po czym pisze: „Z tym właśnie rozkazem należy wiązać zabójstwa pojedynczych rodzin polskich wracających na swe gospodarstwa (podkr. S.Ż.) z końca 1944 roku i z początku 1945 roku na Rzeszowszczyźnie i Lubelszczyźnie. Biorąc po uwagę słabość sił ukraińskich, było to prawdziwe igranie z ogniem” (s. 361 – 362). W ten sposób u Motyki „instrukcja” stała się „rozkazem” a „ukraińskie gospodarstwa” – polskimi. Natomiast to „słabe podziemie” tylko w marcu 1945 roku zlikwidowało 18 posterunków MO, spaliło kilkadziesiąt polskich wsi i wymordowało kilkuset Polaków. „Słabe”, bo tym razem nie bezkarne?

Codziennie w okresie lipiec – grudzień 1944 roku oraz w całym 1945 roku na tzw. Zacurzonii  ofiarą banderowców padało od kilkunastu do kilkuset Polaków. Tych faktów w książce Motyki nie ma, natomiast wymienia on bodajże wszystkie przypadki akcji odwetowych podjętych przez podziemie polskie, dodając akcje KBW, wojska, oraz NKWD (s. 362 – 365). Liczbę ofiar podaje za stroną ukraińską, w tym za zbrodniarzem ounowskim Iwanem Krywućkym (s. 363). Powołuje się także na wspomnienia żołnierza AK Stefana Dąmbskiego,  którego opisy krwawych rozpraw z Ukraińcami już dawno zostały obalone przez historyków i środowisko akowskie – nie podaje on zresztą żadnych konkretnych miejscowości ani nazwisk. Jan Gerhard w „Łunach w Bieszczadach” swoje opowieści  przynajmniej opierał o fakty, w przypadku Dąmbskiego jego opowieści mają  fakty tworzyć. Gerharda to dyskwalifikuje, Dąmbskiego nobilituje. Motyka potrafi także powołać się na świadka, mieszkankę Piskorowic Marię Ożgę, która podaje:  „jak mówią świadkowie”, a więc sama świadkiem nie była, a jej „świadkowie” są oczywiście anonimowi (s. 365).

„Niewykluczone, że likwidacja posterunków milicji wynikała z chęci „oczyszczenia” terenu z polskiej administracji w oczekiwaniu na konferencję pokojową lub wybuch trzeciej wojny światowej” (s. 355). Posterunki obsadzone były przez lwowski oddział AK „Warta” i chronić miały polską ludność przed zaplanowaną przez OUN-UPA „czystką etniczną” na „Zacurzonii” (rozkazy banderowskiego dowództwa w tej sprawie są chyba Motyce znane). „Z tego samego powodu działający w Lubelskiem oddział „Wilków”  11 marca 1945 roku...” wymordował 74 Ukraińców we wsi Machnówka gmina Bełz, gdyż podobno sympatyzowali oni z komunistami. Oddział „Wilków” był oddziałem UPA.  Z komunistami sympatyzowali też mieszkańcy Wierzchowin, ale w tym przypadku Sowieci oraz UB, a następnie OUN,  woleli oskarżyć o zbrodnię oddział NSZ.

Jan Brzoza, w książce Beskidzkie noce (Warszawa 1979), napisanej w konwencji pamiętnika funkcjonariusza UB, podaje: Wieś Wierzchowiny na Lubelszczyźnie to osada z tradycjami postępowymi. Wielu jej mieszkańców było członkami KPP i KPZU, brali udział w strajkach chłopskich, siedzieli w więzieniach. Podczas okupacji pomagali partyzantom lub sami walczyli w oddziałach Gwardii Ludowej.(...) Po wyzwoleniu cała wieś opowiedziała się po stronie nowej władzy polskiej. Odbudowano spalone domy, młodzież przystąpiła do aktywnej pracy w organach UBP i MO, a wielu wstąpiło do PPR. Mieszkańcy dobrze się obwarowali, uzbroili, wartując po nocach i we dnie, tak że krążące wokoło bandy NSZ nie miały przystępu, a kilka próbnych napadów nie udało się. Wtedy bandyci użyli podstępu. Rozgłosili, że przez wieś będzie przejeżdżało wojsko polskie i należy je godnie przyjąć (s. 70).

Można pominąć dalszy opis mordowania „197 osób, od niemowląt do starców”. Zastanawia, że tak przezorni  aktywiści „w organach UBP i MO” tak łatwo uwierzyli w pogłoski. Chyba, że były to informacje z... UBP.

Poza tym Motyka twierdzi, że decyzję o ataku na Wierzchowiny „podjęto w drodze”  podczas przemarszu oddziału NSZ, a Brzoza pisze o wcześniejszym „rozgłoszeniu”  informacji o przejeździe „wojska polskiego”.

Inny autor, oficer UB Tadeusz Szymański w książce pseudo-historycznej Świtanie jutra (Warszawa 1974)  pisze o Wierzchowinach: Podczas wojny polsko-ukraińska ludność tej wsi, o radykalno-lewicowym nastawieniu, wspomagała polskich partyzantów oraz przechowywała zbiegłych z obozu jeńców radzieckich, po wojnie była lojalna wobec władzy ludowej. Owego czerwcowego dnia, około godziny jedenastej, wkroczyły do Wierzchowin bojówki eneszetowskie „Szarego”. „Sokoła” i ”Jacka”. Mieszkańcy wsi, którzy oczekiwali powrotu z wojny swych synów i ojców, widząc nadchodzące „wojsko” w polskich mundurach, wyszli na drogę z kwiatami, aby serdecznie przywitać swych najbliższych. Tymczasem przybysze szybko rozbiegli się po domach i rozpoczęli rabunek mienia, żądając ukrytych pieniędzy. Ze wszystkich stron wsi dochodziły krzyki i lament. Napastnicy siali śmierć, zabijając kobiety, starców i dzieci (s. 133-134).

Dzisiaj można dziwić się naiwności relacji, wówczas ta akcja była komunistom bardzo potrzebna propagandowo, co wykazał proces członków NSZ.  IPN w Lublinie kwestii  tej jednoznacznie nie rozstrzygnęło. Natomiast Motyka cytuje meldunek majora Mieczysława Pozderskiego „Szarego”, w przypisach powołując się na źródło: „za: Mariusz Zajączkowski: Spór o Wierzchowiny; w: „Pamięć i sprawiedliwość”, IPN, 2006, nr 1, s. 283.

W „Dzienniku Wschodnim” z 2 czerwca 2006 r. w artykule „Mord w Wierzchowinach” wypowiada się Dorota Godziszewska, prokurator z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie: „Historycy od lat spierają się, kto stoi za tą makabryczną zbrodnią. Jedna z wersji mówi o tym, że żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych wydali wyrok na kilkunastu ukraińskich współpracowników aparatu bezpieczeństwa. To oni mieli zostać zabici. Ale jest też druga wersja. Być może kilka godzin po żołnierzach NSZ do wsi weszli funkcjonariusze UB przebrani za polskich żołnierzy i „dokończyli” mordowania. To nierozstrzygnięta kwestia”.

Dlaczego nie cytuje prokurator Godziszewskiej? Sam meldunek „Szarego” „pachnie” sowiecko-ubecką mistyfikacją: „W drodze postanowiono zlikwidować kilka ukraińskich wsi. /.../  Wierzchowiny otoczono ze wszystkich stron i wycięto 194 osoby narodowości ukraińskiej. Kilkunastu zdołało uciec” (s. 372). Zapewne „w drodze postanowiono” przez głosowanie, bo dowództwo rozkazu nie wydało. Potem „oprawcy z NSZ” policzyli dokładnie ofiary i tych co uciekli – i podali to w meldunku. UB całe oskarżenie oparło o jedną, odręczną notatkę napisaną w języku rosyjskim, której odpis przetłumaczony na język polski nie zawierał podpisu ani źródła informacji. Być może był to szkic „scenariusza” dla polskiego UB. Torturowani i skazywani wyrokami śmierci żołnierze NZS oczywiście przyznawali się do wszystkiego i w więzieniu we Wronkach krążyło powiedzenie: „skazani za wierzchowiny niepopełnione”. Nie podaje, że w najbliższym otoczeniu „Szarego”, w jego sztabie, był agent – i to prawdopodobnie NKWD.  Dwa spreparowane dokumenty Motyka uznaje za wiarygodne i przeciwstawia je twierdzeniu „że na Wołyniu Polaków nie zabijała UPA, tylko przebrani sowieccy partyzanci” (s. 372). Nie zauważa, że porównanie to jest absurdalne „pod względem naukowym”.

Wierzchowiny potrzebne były UB w celu skompromitowania NSZ. Potrzebne są też Motyce, aby racjonalizować lokalne porozumienie WiN z UPA. „To przecież pacyfikacja Wierzchowin jest czarną kartą polskiej historii, a nie atak na Hrubieszów” (s. 375). 

„Aż do wczoraj sądziłem, że Polacy w Wierzchowinach, na Ziemi Chełmskiej, rzeczywiście wybili wszystkich mieszkańców prawosławnej wsi. To był koronny argument Ukraińców, że w czasie czystek na kresach, „Polacy robili to samo”. Tymczasem spotkany przed paroma tygodniami dr Waldemar Wojciech Bednarski z Puław od razu zapytał: - A gdzie są groby tych wszystkich mieszkańców? Byłem w Wierzchowinach, bo nie mogłem nie być. W centrum wsi stoi pomnik pomordowanych na miniaturowym cmentarzyku – takim na kilkanaście, dwadzieścia parę ciał, lecz nie przyszła mi do głowy najprostsza myśl: gdzie pochowano resztę, te dwieście osób? Otóż nie pochowano ich, bo nie zginęli. Bardzo zdolny dowódca Brygady Nadwiślańskiej NSZ, major Pazderski, z wykształcenia lekarz ginekolog, wszedł z dwustoma żołnierzami do Wierzchowin, ukarać dziewiętnastu bandytów (był czas tuż powojenny, kto miał broń był panem życia i śmierci na wsi), wśród których było trzech czy czterech Polaków. Tych kilku Polaków nie znaleźli, ale wyłapali pozostałych – karą za bandziorkę była śmierć. Osądzono, wyroki wykonano. Po kilku godzinach od wyjścia oddziałów Pazderskiego, do Wierzchowin wszedł oddział pozorowany. Takie oddziały składały się z ubeków, żołnierzy reżimowego KBW, z NKWD – przebranych i udających oddział partyzancki. I ci zaczęli rzeź cywilnej ludności. Pazderski tymczasem zatrzymał się w okolicach Huty na biwak, nie mając pojęcia, że NKWD, UB, KBW zmobilizowały kilka tysięcy ludzi i już okrążyły jego oddział. Z dwustu żołnierzy WiN ocalało kilkunastu. Major Pazderski zginął osłaniając tych, którzy próbowali się przebić. Wiedział, że ma ubecką wtyczkę w oddziale, nie wiedział tylko, że jest nią jego oficer. Pytanie: dlaczego oddział pozorowany mordował mieszkańców wsi, skoro już zrobiono zasadzkę na Pazderskiego. Właśnie dlatego: żeby go oczernić, zrzucić na niego winę, zohydzić.

Można się spierać, czy jest to prawda. Podczas obchodów pięćdziesiątej rocznicy powstania NSZ zorganizowano w Warszawie konferencję naukową, gdzie zeznawali świadkowie tamtych wydarzeń. O winie Pazderskiego powątpiewała także nie żyjąca już prof. Kerstenowa, specjalistka od tej tematyki. Mogła wątpić z tych samych powodów, dla których i mnie cała dotychczas obowiązująca, oficjalna prawda, w którą święcie wierzyłem, zaczęła cuchnąć życzeniowym, czysto sowieckim modelem historii. Pazderski był z wykształcenia lekarzem. W Sowietach może to nic nie znaczyć, ale u nas już nie: cisną się zaraz pytania o etykę, sumienie, elementarne poczucie przyzwoitości, poczucie obowiązku, ale i odpowiedzialności każdego człowieka z osobna. W Sowietach z sumienia i poczucia odpowiedzialności rozgrzesza partia, ona bierze na siebie „odpowiedzialność”. Jak to wygląda w życiu, wie każdy, kto poczytał cokolwiek o rewolucji, gułagach, czyszczeniu ziem kresowych z Polaków lub wielkim głodzie na Ukrainie” (Adam Kulik: „Śladami unitów”, książka w maszynopisie).

 

Ciekawy jest też wniosek Motyki dotyczący zerwania układu o zawieszeniu broni zawartego pomiędzy polskim podziemiem poakowskim i UPA 29 kwietnia 1945 roku w Siedliskach. „Jednak rozpoczęcie przymusowych wysiedleń Ukraińców i związane z tym nowe ataki UPA na Polaków skłoniły polskie podziemie w Rzeszowszczyźnie do zerwania układu” (s. 368). Czyli to nie UPA zerwała układ zaczynając nowe mordy na Polakach?

 

Na s. 408 Motyka pisze: „W odpowiedzi na bezwzględność akcji wysiedleńczej sotnie UPA prowadziły również napady na polskie miejscowości. Spaliły miedzy innymi: Nowosielce (30.12.1945), Deszno i Wołtuszową (6.01.1946), Lipowiec, Królik Wołoski i część królika Polskiego (11.01.1946), Bukowsko (7/6.04.1946), Wirtyłów, Łodzinę, Temeszów (10.09.1946) oraz Prusiek (21/22.10.1946). Choć w tych akcjach obowiązywał zakaz zabijania ludności cywilnej, to jednak niejednokrotnie były ofiary. Chyba najbardziej krwawy przebieg miało spalenie wsi Nowosielce, gdzie zginęło osiemnaście cywilnych osób”.

Jest to zgodne z propagandą banderowską, która twierdzi, że UPA nie była agresorem, ona tylko prowadziła akcje odwetowe. Tymczasem przesiedlenia odbywały się na mocy porozumień międzynarodowych, chociaż narzuconych przez Kreml. Przesiedleń dokonywało wojsko, a nie zamieszkała tutaj ludność polska,  jak więc historyk – humanista może twierdzić, że jej mordowanie było banderowskim odwetem. Zakończenie przesiedleń pomiędzy sowiecką Ukrainą a Polską (też de facto sowiecką) miało miejsce 1 lipca 1946 roku, mordy w Wirtyłowie, Łodzinie, Temeszowie i Prusieku po tym czasie (był to taki permanentny odwet i to na niewinnej ludności?).

Ukraiński historyk (były oficer UPA), Lew Szankowśkyj pisze: „Według naszych danych „dzika” repatriacja Polaków z Zachodniej Ukrainy do Polski do końca czerwca 1944 r. wyniosła w przybliżeniu 425 tys. polskiej ludności” (za: Andrzej L. Sowa: Stosunki polsko-ukraińskie 1939 – 1947). Ta „dzika” repatriacja polegała na panicznej ucieczce spod banderowskiego  topora  resztek ocalałej ludności polskiej. Wielu autorów twierdzi, że polska administracja i część wojska utrudniała przesiedlenia, licząc na powrót Kresów do Polski.

Z terenów USRR uciekło lub zostało wysiedlonych około 1.167.453 osoby ludności polskiej (ok. 425 tysięcy uciekinierów do lipca 1944 roku oraz 742.453 osoby wysiedlone od sierpnia 1944 roku do sierpnia 1946 roku). Do USRR wysiedlono 482.661 osób ludności ukraińskiej – co nie do końca jest zgodne z prawdą: w tej liczbie są i Polacy i rodziny mieszane i łemkowskie nie identyfikujące się wówczas z narodowością ukraińską.

Na łączną liczbę 1.650.114 osób przesiedlanej wzajemnie ludności (1.167.453 polskiej oraz 482.661 ukraińskiej) – tylko 29,13% stanowiła ludność ukraińska, natomiast 70,87% ludność polska.

Podczas Operacji „Wisła” (kwiecień – lipiec 1947 r.) przesiedlono ok. 140 000 ludności na Ziemie Odzyskane. W tej liczbie jest jednak pewna ilość przesiedlonych Polaków (do 5 tysięcy), kilka tysięcy rodzin polsko-ukraińskich oraz kilkanaście tysięcy rodzin łemkowskich. W opracowaniach przyjmuje się jednak kłamliwą tezę, że była to wyłącznie ludność ukraińska i oczywiście, całkowicie niewinna.

Razem przesiedlenia dotknęły 662.661 Ukraińców, co stanowi 38,30% wszystkich przesiedleń polsko-ukraińskich. Spośród przesiedlanej ludności ukraińskiej 21,12% pozostało w Polsce, czyli co piąta osoba. Na Ukrainie nie pozostała nawet co pięćdziesiąta osoba narodowości polskiej!

Warunki towarzyszące przesiedleniom były znacznie gorsze dla ludności polskiej (szalejący terror UPA). Czyja więc ludność bardziej ucierpiała na przesiedleniach?

 

W latach 1944 – 1946 na pograniczu polsko-sowieckim przesiedleń dokonywało głównie NKWD. Liczbę przesiedlonych przez Sowietów szacować można na około 10 tysięcy osób. O tym także nie chcą pamiętać nie tylko publicyści, ale nawet historycy.

Kłamią więc zarówno ci, którzy twierdzą, że przesiedlano wyłącznie ludność ukraińską, jak i ci, którzy twierdzą, że przesiedleń dokonały tylko władze polskie.

 

Popatrzmy teraz na napady na wsie polskie „w odpowiedzi na bezwzględność akcji wysiedleńczej”. W grudniu 1945 roku Motyka podaje jeden, natomiast w opracowanym przeze mnie „Kalendarium ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców na Polakach w latach 1939 – 1948” (pierwsza jego wersja znajduje się na stronie www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl) odnotowałem ich 34. Kilka przykładów:

3 grudnia 1945 roku we wsi Bezmiechowa Górna pow. Lesko upowcy zamordowali 6 Polaków, w tym 24-letnią kobietę. 4 grudnia  we wsi Brusno Stare pow. Lubaczów w zasadzce UPA zginęło 15 żołnierzy WP. Nocą z 4 na 5 grudnia w miejscowości Krasiczyn pow. Przemyśl upowcy spalili 126 budynków oraz zamordowali 3 Polaków oraz we wsi  Śliwnica pow. Przemyśl zamordowali kilkunastu Polaków. Nocą z 6 na 7 grudnia we wsi Sanoczek pow. Sanok obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 2 Polaków. Nocą z 16 na 17 grudnia we wsi Zahutyń pow. Sanok uprowadzili i zamordowali 12 Polaków: 11 cywilnych oraz podoficera WP. 24 grudnia (Wigilia) we wsi Babica nad Sanem pow. Przemyśl upowcy uprowadzili z drogi i zamordowali 8 Polaków oraz we wsi Olchowa pow. Lesko zamordowali 2 Polaków. Nocą z 26 na 27 grudnia  we wsi Kruhel Mały pow. Przemyśl obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 3 Polaków, we wsi Kruhel Wielki pow. Przemyśl zamordowali 6-osobową rodzinę polską (matkę z 5 dzieci), natomiast we wsi Prałkowice pow. Przemyśl obrabowali i spalili 63 gospodarstwa polskie oraz zamordowali 4 Polaków a rannych i poparzonych zostało 11 osób. Nocą z 29 na 30 grudnia we wsi Nowosielce - Gniewosz pow. Sanok spalili 200 gospodarstw polskich, stacje kolejową i zamordowali 21 Polaków.

„Odpowiedzią UPA” mogło być co najwyżej zabójstwo w zasadzce ww. 15 żołnierzy WP – o ile w ogóle zaakceptuje się obecność terrorystycznej, faszystowskiej organizacji zbrojnej dążącej do oderwania od Państwa Polskiego części jego terytorium, stosującej wobec cywilnej ludności polskiej okrutne ludobójstwo „od niemowlęcia w kołysce po starca nad grobem”. A taką akceptację przyjął Motyka.

Odnośnie roku 1946 wymienił on 10 takich napadów, natomiast ja udokumentowałem ich co najmniej 395 (w styczniu 28, w lutym 26, w marcu 37, w kwietniu 35, w maju 33, w czerwcu 40, w lipcu – a więc po zakończeniu przesiedleń – 24, w sierpniu 13, we wrześniu 22, w październiku 29, w listopadzie 17, w grudniu 18 oraz w „roku 1946” - gdy świadkowie nie podali dokładniejszej daty – 74).  W tej liczbie napadów 29 dotyczy żołnierzy WP oraz 5  milicjantów, a więc niespełna 10 procent, reszta to są mordy dokonane na cywilnej ludności polskiej.

Ku przypomnieniu, jak to było na „Zakerzonii” w 1946 roku, poniżej przykłady takich napadów.

Nocą z 1 na 2 stycznia 1946 roku we wsi Sielnica pow. Przemyśl podczas kolejnego napadu upowcy doszczętnie obrabowali gospodarstwa polskie (konie, bydło, świnie, żywność, odzież itp.) oraz zamordowali 6 Polaków. 2 stycznia we wsi Dylągowa pow. Brzozów podczas drugiego napadu upowcy z sotni „Burłaki” i „Łastiwki” oraz chłopi ukraińscy z sąsiednich wsi Jawornik Ruski, Piątkowa i Siedliska, spalili resztę zabudowań i plebanię oraz zamordowali 9 Polaków a 5 poranili. Nocą z 6 na 7 stycznia w miejscowości Bircza pow. Przemyśl według źródeł ukraińskich UPA zabiła 70 żołnierzy WP a raniła 150. Dokumenty WP wymieniają tylko 10 rannych żołnierzy, stąd ofiary musiały należeć do polskiej ludności cywilnej; ale źródła polskie podają, że upowcy zamordowali 5 cywilnych Polaków. 11 stycznia w miejscowości Cisna pow. Lesko (Bieszczady)  upowcy zamordowali 13 Polaków: 4-osobową rodzinę Macieszków spalili żywcem (matkę oraz jej dzieci: 19-letnią Anię, 16-letnią Jadzię oraz 10-letniego Zbyszka), 4-osobową rodzinę Jędrzejczaków (matkę i troje dzieci, z których najstarsze liczyło 10 lat), 3 przedwojennych policjantów (nożami ścinali im skórę z karku i rąk, ucięli języki, nosy i genitalia, a ciała wrzucili w ogień) oraz żonę jednego z policjantów; zastrzelili też 1 milicjanta przebywającego w domu. We wsi Królik Polski pow. Sanok spalili wieś i zamordowali 24 Polaków, w tym 2 mężczyzn, reszta to kobiety i dzieci We wsiach Lipowiec i Królik Wołoski  pow. Lesko podczas palenia tych wsi zamordowali 7 Polaków. 24 stycznia we wsi Wisłok Wielki pow. Sanok obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 6 Polaków.

4 lutego we wsi Młodowice pow. Przemyśl spalili wieś i zamordowali 8 Polaków a 6 zostało rannych i poparzonych. 12 lutego we wsi Pawłokoma pow. Brzozów uprowadzili 13 Polaków, z których 8 po torturach zamordowali w rejonie wsi Wola Wołodzka. 20 lutego w miejscowości Werbkowice pow. Hrubieszów rozbroili i zamordowali 8 żołnierzy WP.  28 lutego we wsi Kamienne pow. Sanok upowcy zamordowali 2 Polaków, natomiast w walce z nimi poległo 20 żołnierzy WP a 30 zostało rannych.

Nocą z 8 na 9 marca we wsiach Lubycza Królewska, Lubycza Kniazie i Teniatyska pow. Hrubieszów upowcy z sotni „Dudy” i „Hałajdy” oraz miejscowi Ukraińcy z SKW  zamordowali 48 Polaków – cywili, 41 żołnierzy WP i 7 członków komisji przesiedleńczej oraz wsie te spalili. 13 marca we wsi Nienadowa pow. Przemyśl uprowadzili 12 Polaków, uciekinierów ze wsi Tarnawka po jej spaleniu, i ich zamordowali. 14 marca  we wsi Wulka Zapałowska pow. Jarosław w walce z UPA poległo 17 żołnierzy WP  oraz we wsi Miłków – Stare Sioło pow. Lubaczów w zasadzce UPA zginęło 16 żołnierzy WP. 19 marca we wsi Mokre pow. Sanok podczas napadu upowców na pociąg zastrzelili oni 4 Polaków, a 10 uprowadzili i zaginęli oni bez wieści; łącznie zamordowali 14 Polaków. 21 marca w miejscowości Jasiel pow. Sanok w walce z UPA poległo 2 – 3 żołnierzy WP a 93  zostało wziętych do niewoli z czego 73 upowcy zamordowali. Tego dnia we wsi Liszna pow. Lesko upowcy zamordowali 6 Polaków.  Nocą z 23 na 24 marca we wsi Komańcza pow. Sanok zamordowali 8 Polaków, w tym kierowniczkę szkoły.

2 kwietnia we wsi Krzywcza pow. Przemyśl w zasadzce UPA zginęło 18 żołnierzy WP. 4 kwietnia we wsi Nadolany pow. Sanok upowcy spalili wieś i zamordowali kilku Polaków oraz we wsi Nowotaniec pow. Sanok spalili wieś i zamordowali kilku Polaków  Nocą z 4 na 5 kwietnia we wsi Bukowsko pow. Sanok podczas kolejnego napadu upowcy obrabowali i spalili 570 gospodarstw oraz zamordowali 9 Polaków, w tym 4-osobową rodzinę z 2 dzieci.  14 kwietnia we wsi Uhnów pow. Tomaszów Lubelski upowcy z sotni „Zeleźniaka” podczas napadu na stację kolejową zabili 30 żołnierzy WP i spalili 10 wagonów kolejowych, w których zginęło 18 Ukraińców – przesiedleńców.  Nocą z 16 na 17 kwietnia we wsi Krzywcza pow. Przemyśl upowcy oraz chłopi ukraińscy z SKW zamordowali 9 Polaków: we wsi 5 milicjantów oraz uprowadzili młodego chłopca, 2 ormowców i milicjanta, którzy zaginęli bez wieści. 18 kwietnia we wsi Lubycza Królewska pow. Rawa Ruska upowcy zamordowali 9 Polaków.  28 kwietnia we wsi Płazów pow. Lubaczów zabili 10 żołnierzy WP.

3 maja we wsi Wola Michowa pow. Lesko (Bieszczady) zamordowali 10 Polaków.  Nocą z 5 na 6 maja we wsi Sośnica pow. Jarosław spalili 280 gospodarstw oraz zamordowali 5 Polaków, w tym 75-letnią kobietę spalili żywcem. 6 maja we wsi Leszczawa Dolna pow. Przemyśl obrabowali gospodarstwa polskie, spalili większość wsi (230 gospodarstw)  oraz zamordowali 4 Polaków a 7 poranili. 9  maja we wsi Kamienne pow. Sanok w walce z UPA zginęło 6 żołnierzy WP oraz we wsi Płonne pow. Sanok także 6 żołnierzy WP. 13 maja we wsi Habkowce pow. Lesko (Bieszczady) zamordowali 16 Polaków. Nocą z 26 na 27 maja we wsi Temeszów pow. Brzozów upowcy z sotni „Hromenki” oraz chłopi ukraińscy z SKW z Ulucza obrabowali polskie gospodarstwa i popalili je oraz zamordowali 8 Polaków, w tym Ukrainiec o nazwisku Pocałuń postrzelił ks. Józefa Skrablaka, który odwieziony do szpitala zmarł na drugi dzień. Nocą z 27 na 28 maja we wsi Dudyńce pow. Przemyśl upowcy spalili wszystkie gospodarstwa i zamordowali kilku Polaków. Także we wsi Ratnanica pow. Przemyśl spalili wszystkie gospodarstwa i zamordowali kilku Polaków oraz we wsi Temeszów pow. Przemyśl spalili 290 gospodarstw i  zamordowali 7 Polaków. Wiosną we wsi Leszczawka pow. Przemyśl upowcy spalili wieś i zamordowali 14 Polaków.

1 czerwca we wsi Hermanowice pow. Przemyśl obrabowali gospodarstwa polskie i zamordowali 7 Polaków. 8 czerwca we wsi Huwniki pow. Dobromil spalili wieś i zamordowali 10 Polaków, którzy nie opuścili swoich gospodarstw. 19 czerwca we wsi Maćkowce pow. Przemyśl obrabowali gospodarstwa polskie oraz zamordowali 6 Polaków. We wsi Olszany pow. Przemyśl w nocy obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 12 Polaków. We wsi Ujkowce pow. Przemyśl obrabowali gospodarstwa polskie oraz zamordowali 9 Polaków. Nocą z 19 na 20 czerwca we wsi Orzechowce pow. Przemyśl obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 15 Polaków. 27 czerwca  w lasach Brylińce – Koniusza pow. Przemyśl w zasadzce UPA zginęło 26 żołnierzy WP. W maju i czerwcu  we wsi Sąsiadowice pow. Sambor upowcy zamordowali 6 Polaków oraz 3 Łemków przesiedlonych z Polski. W połowie 1946 roku we wsi Tarnawka pow. Przemyśl upowcy obrabowali wieś oraz zamordowali 6 Polaków.

Nocą z 14 na 15 lipca we wsi Wołkowyja pow. Lesko (Bieszczady) „ukraińscy powstańcy”  zamordowali 32 Polaków a  4 uprowadzonych zaginęło bez wieści.

8 września we wsi Siedliska pow. Brzozów spalili kilka budynków i zamordowali 6 Polaków. 10 września we wsi Witryłów pow. Brzozów upowcy z sotni „Burłaki” oraz chłopi ukraińscy z SKW z Ulucza obrabowali i spalili 65 gospodarstw polskich oraz zamordowali 7 Polaków (w tym 3 kobiety) a 8 ciężko pobili. Nocą z 10 na 11 września we wsi Hłomcza  pow. Sanok upowcy spalili 10 gospodarstw polskich oraz zamordowali 6  Polaków, w tym Katarzynę Roman lat 14. „Kłym” relacjonował w raporcie: Wieś została całkowicie spalona. Słychać było jęki i prośby wznoszone do Boga. Ludzie płonęli wewnątrz domów. Zastrzelono siedmiu mieszkańców, w tym kobietę, za to tylko, że uciekali, ratując się przed ogniem”. We wsi Łodzina pow. Sanok Ukraińcy z sąsiednich miejscowości spalili wieś i zamordowali 23 Polaków. 16 września  we wsi Końskie pow. Brzozów spalili zabudowania i zamordowali 7 Polaków. Nocą z 27 na 28 września  we wsi Polchowa pow. Przemyśl obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 5 Polaków: kobietę i 4-osobową rodzinę; upowcy  związali swoje ofiary drutem kolczastym i wrzucili żywcem do ognia.

5 października we wsi Waręż pow. Lubaczów zamordowali 11 Polaków (w tym 2 żołnierzy WP i 4 milicjantów) oraz spalili posterunek MO, urząd gminy, 70 domów, 60 stodół ze zbożem, 24 spichlerze, 68 stajni, 28 obór. 10 października we wsi Pielnia pow. Sanok obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 8 Polaków.  Nocą z 21 na 22 października we wsi Niebieszczany pow. Sanok obrabowali i spalili gospodarstwa oraz zamordowali 6 Polaków.  We wsi Prusiek koło Niebieszczan pow. Sanok upowcy z sotni „Chrina” i „Stacha” spalili 50 polskich domów i zamordowali 12 Polaków a 7 poranili. W październiku we wsi Siemuszowa pow. Sanok upowcy powiesili 5 Polaków.

7 listopada we wsi Cisowa pow. Lubaczów upowcy zrobili łapankę na drogach, zatrzymali 30 Polaków: 28 cywili, 1 milicjanta i 1 żołnierza; uprowadzili ich i ślad po nich zaginął.  W listopadzie we wsi Bachórz pow. Brzozów zamordowali 12 Polaków. Jesienią 1946 roku we wsiach Kobylnica Wołoska, Potok Jaworowski oraz Budzyń pow. Przemyśl zamordowali 10 Polaków a wsie spalili.

Nocą z 1 na 2 grudnia  we wsi Wołkowyja pow. Lesko (Bieszczady) zamordowali 15 Polaków. 7 grudnia we wsi Werchrata, na osiedlu Łużki  pow. Lubaczów zamordowali 7 Polaków, w tym 4-osobową rodzinę: ojca z 3 dzieci. W połowie grudnia we wsi Huta Brzuska pow. Przemyśl obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 21 Polaków a 10 poranili. 23 grudnia w lesie w pobliżu we wsi Żmijowiska pow. Lubaczów  zamordowali 13 Polaków: szewca z Dobromyśla i 7 członków rodziny, oraz 5 osób z Lipowca, w tym kobiety lat 19, 26 i 46.

Ponadto w 1946 roku (świadkowie nie podali dokładniejszej daty) we wsi Dzików Stary pow. Lubaczów miejscowi Ukraińcy oraz upowcy zamordowali 12 Polaków, w tym 4 kobiety;  24-letniego leśniczego i 26-letnią kobietę zamordowali miejscowi Ukraińcy. We wsi Jabłonica Ruska pow. Brzozów spalili kilka gospodarstw polskich i zamordowali 6 Polaków. We wsi Monasterzec pow. Lesko spalili wieś i zamordowali 12 Polaków. We wsi Mrzygłód pow. Sanok zamordowali 6 Polaków, w tym 6-letnią dziewczynkę. We wsi Nowotaniec pow. Sanok obrabowali i zamordowali 6 Polaków We wsi Płonne pow. Sanok upowcy z sotni „Bira” obrabowali gospodarstwa polskie oraz zamordowali 3 Polaków i 5 Rusinów. We wsi Prusie pow. Lubaczów zamordowali 8 Polaków. We wsi Srogów pow. Sanok spalili wieś i zamordowali 6 Polaków. We wsi Śliwnica koło Krasiczyna pow. Przemyśl spalili wieś i zamordowali 6 Polaków. We wsi Wróblik Szlachecki pow. Sanok spalili 120 gospodarstw oraz żywcem 6 Polaków.  W II połowie 1946 we wsi Wołodź pow. Brzozów upowcy spalili wieś i zamordowali 8 Polaków.

 

„Powstańcy ukraińscy” z UPA z wielkim zaangażowaniem „bronili przesiedlaną ludność ukraińską” także przed młodymi polskimi kobietami. 23 lutego we wsi Stary Dzików pow. Lubaczów zamordowali w bestialski sposób 2 Polki, lat 21 i 29. 15 czerwca we wsi Darowice pow. Przemyśl zamordowali 1 Polkę oraz we wsi Hureczko pow. Przemyśl także zamordowali 1 Polkę. 16 czerwca we wsi Darowice pow. Przemyśl uprowadzili 18-letnią Polkę i po nocy następnego dnia przyprowadzili ją pod jej dom i tutaj zastrzelili. 18 czerwca we wsi Cewków pow. Lubaczów zamordowali 4 Polaków, w tym 3 kobiety lat 23, 26 i 30. 31 grudnia  we wsi Piątkowa koło Żahotyna pow. Dobromil uprowadzili 2 kobiety w tym jedną (27-letnią Julię Surowiec)  z 2 małych dzieci, które zaginęły bez wieści. Zapewne ich los znał miejscowy proboszcz parafii greckokatolickiej, ks. Jurij Sawczuk, który był kapelanem sotni „Burłaki”.

Z kolei na Ukrainie „pomagali” oni w przesiedlaniu opornych Polaków. Np. w I połowie 1946 roku we wsi Cygany pow. Borszczów powiesili 77-letniego Polaka na jabłoni w jego sadzie za to, że nie wyjechał do Polski. W mieście Ottynia pow. Tłumacz na peryferiach  zamordowali 8-osobową rodzinę polską z 6 dzieci, która także nie zdecydowała się na „repatriację” do Polski. Ukraina miała być „czysta jak szklanka krynicznej wody”, dlatego „bohaterowie walki narodowo-wyzwoleńczej” z UPA nie bawili się w żadne „asymilacje” ludności polskiej na swoim „etnicznym” terenie.

 

Na s. 412 Motyka pisze: „8 lub 9 lipca wopiści przywieźli do Terki dwadzieścia osiem osób, głównie kobiety i dzieci. „Aresztowane kobiety i dzieci zamknięto w jednej z chat w górnej części wioski, a jeden z bandytów rozstrzelał ich z automatu, po czym rozerwał granatem. (…) Podpalono dom i spalono jeszcze żywych ludzi” (Motyka cytuje „Litopys UPA”, t. 34, s. 103). Dochodzenie w sprawie tej zbrodni prowadził IPN Oddział w Rzeszowie w 1999 roku, ale Motyka woli powołać się na źródło nacjonalistów ukraińskich, a nie na wyniki śledztwa IPN. W tym przypadku hasło „Zbrodnia w Terce” w Wikipedii opracowane jest rzetelniej niż w uchodzącej za naukową książce Motyki.  

„Jedną z głównych przyczyn nasilenia wzajemnych uprzedzeń między ukraińskimi i polskimi współmieszkańcami Terki była działalność miejscowych księży greckokatolickich (ks. Josefa Kecuna i Lwa Salwyckiego) polegająca na podjudzaniu i nawoływaniu do wrogości wobec Polaków. W drugiej połowie lipca 1944 na terenie Bieszczad ukazały się obwieszczenia ukraińskich nacjonalistów wzywających Polaków do opuszczenia wiosek w ciągu jednego dnia, bez możliwości zabrania dobytku, za niewykonanie tego nakazu zgodnie z treścią obwieszczenia groziła śmierć.. W związku z niestosowaniem się do powyższych gróźb, nacjonaliści ukraińscy dokonali m.in. mordu 42 Polaków mieszkańców Baligrodu. Planowano także wymordować polskich mieszkańców Terki. /…/ 4 lipca 1946 bojówki OUN uprowadziły 5 mieszkańców Terki; jednego Polaka i 4 Ukraińców (którzy zmienili wyznanie na rzymskokatolickie) Pośrednio w wyniku powyższego zdarzenia, kapitan Lucjan Zubert (zastępca dowódcy do spraw liniowych 36 Komendy) 6 lipca wydał rozkaz wzięcia zakładników. Tego samego dnia wieczorem przystąpiono to wykonywania rozkazu, według ustaleń UPA zebrano 43 zakładników, z których co najmniej ¼ uciekła w drodze do miejsca docelowego, którym była Wołkowyja. Dzięki wstawiennictwu cywilnych Polaków uwolniono kolejnych kilka osób. Nazajutrz wystosowano ultimatum z żądaniem wypuszczenia osób uprowadzonych przez bojówki ukraińskie, w zamian za puszczenie wolno przetrzymywanych ukraińskich mieszkańców Terki. Tego samego dnia wieczorem (7 lipca) bandy ukraińskie przyprowadziły dwóch zakładników (Polaka i jednego z Ukraińców) do Terki i powiesili na przydrożnym drzewie, uprzednio rozbijając im głowy kolbami. Następnego dnia, po otrzymaniu wiadomości o zamordowaniu dwóch osób, podjęto decyzję o rozstrzelaniu zakładników. Akcją kierował osobiście kap. Lucjan Zubert. 8 lipca zakładnicy zostali doprowadzeni ponownie do Terki (podczas marszu udało się zbiec jednej osobie) i zapędzeni do drewnianego domu. Tutaj uwolniono kolejnych 5 osób, a 3 mężczyzn zabrano na cmentarz do kopania grobu dla powieszonych przez SB OUN, poza tym z chaty zbiegł jeden chłopiec Wasyl Soniak, który przeżył masakrę a potem jego zeznania zostały spisane i porównane z zeznaniami żołnierzy WOP z Wołkowyi.

W chacie pozostało 20 osób (nie licząc chłopca, któremu udało się uciec): przede wszystkim kobiety i dzieci. Bestialstwa tego dokonało bezpośrednio 2 żołnierzy pochodzących z Kresów Wschodnich, którzy podobno mieli się zgłosić do wykonania tego zadania na ochotników, ponieważ ich bliscy zostali zamordowani przez podziemie ukraińskie. Pozostali żołnierze pilnowali otoczenia budynku. Morderstwa dokonano na tych cywilach ukraińskich przy użyciu pistoletu maszynowego i obrzuceniu wnętrza budynku granatami, następnie chatę oblano benzyną i podpalono. Zginęło 20 niewinnych osób. Prócz wspomnianych ofiar żołnierze po tym zdarzeniu zamordowali kolejnych 7 ukraińskich mieszkańców Terki, oraz 3 mężczyzn odprowadzonych wcześniej na cmentarz.

Żołnierze WOP zabili w sumie 30 osób i spalili kilkanaście gospodarstw.

W 1999 roku, w sprawie tej Delegatura IPN w Rzeszowie prowadziła śledztwo nr S 7/00/Zk, w toku którego udało się ustalić jednego sprawcę – był nim Hryhorij Łoszycia, Ukrainiec, współpracujący z żołnierzami Odcinka WOP w Wyłkowyi, nie postawiono mu zarzutów bowiem już nie żył (zmarł w 1991r.). Zarzuty przedstawiono także dwóm byłym żołnierzom 36 Komendy Odcinka WOP, lecz z braku dostatecznych dowodów winy prokuratura zmuszona była odstąpić od oskarżenia” (Wikipedia: „Zbrodnia w Terce”).

W chacie zginęło więc 20  osób, a nie 26, jak sugerował Motyka cytując wydawnictwo nacjonalistów ukraińskich i nie wiadomo, ile z ofiar w momencie podpalenia chaty żyło jeszcze. Jest to niewątpliwa zbrodnia WOP i nie ma potrzeby dodatkowo budować na niej fałszywą legendę, która w efekcie może tylko deprecjonować tę zbrodnię.

 

Dalej Motyka na tej samej stronie pisze: „Odwet UPA nastąpił niebawem. Nocą z 14 na 15 lipca sotnie Romana Hrobelskiego „Brodycza” wsparte przez Bojówkę Służby Bezpieczeństwa (BSB) uderzyła około północy na Wołkowyję. /…/ „Podczas gdy 2 grupy banderowców atakowały dctwo WP i posterunek MO, - trzecia grupa paliła domy Polaków i mordowała polską ludność. Zostało zamordowanych w sposób barbarzyński nożami 10 osób, w tym trzyletnia dziewczynka pocięta nożem” (Motyka cytuje: CAW, IV 521.8.16, k. 242. Meldunek zwiadowcy z dnia 17. VII. 1946, 2 oddział 8 DP).

Tymczasem w książce „Tak było w Bieszczadach” na s. 376 cytuje jako źródło „CAW, Sztab Generalny WP, IV-111-466, k. 739-740, Sprawozdania GO Rzeszów”, podając: „W tym samym czasie specjalna grupa banderowców podpaliła wioskę, po czym rozpoczęła mordowanie polskiej ludności. Wybrane osoby wiązano i żywcem rzucano w ogień, niektórym „humanitarnie” podcinano wpierw żyły. Zginęło w ten sposób, według jednych danych – jedenaście, według innych – trzydzieści dwie osoby, cztery osoby uprowadzono. Być może byli to wyłącznie członkowie ORMO”.

W sprawie tej zbrodni także IPN prowadził śledztwo, stwierdzając: „Około godz. 24oo oddziały UPA zaatakowały Wołkowyję. W wiosce stacjonował korpus Wojsk Ochrony Pogranicza oraz znajdował się Posterunek MO. Ponadto przebywało tu wielu mieszkańców sąsiednich wiosek, wcześniej zaatakowanych przez nacjonalistów ukraińskich. Dwie grupy uderzyły na obiekty zajmowane przez wojsko i milicję, zaś trzecia zaczęła palić domy i zabijać mieszkańców narodowości polskiej. Od kul zginęli Franciszek P., Franciszek W., Stanisław F., Józef S., Jan P., Józef M., Michał F., Aleksandra Sz., Franciszek Sz., oficer Wojska Polskiego o nazwisku I. i jeden żołnierz. Ze szczególnym okrucieństwem sprawcy pozbawili życia: Stefanię P. – poprzez zakłucie bagnetem, Aleksandra W. – wykrojone nożem serce, ściągnięta z nadgarstków skóra, Antoniego P. – przebicie twarzy bagnetem, Franciszka J.– cios w skroń i poderżnięcie nożem gardła. Trzech nieustalonych z imienia i nazwiska żołnierzy zostało ciężko rannych. Nacjonaliści ukraińscy usiłowali dokonać zabójstwa Ludwika W. i mężczyzny o nazwisku K., ale na skutek zacięcia broni udało im się zbiec. W czasie trwającej do godz. 15oo walki, sprawcy spalili ok. 80 budynków mieszkalnych i gospodarczych wraz z dobytkiem należących do ludności polskiej. Śledztwo umorzono 27 sierpnia 2007 r. wobec niewykrycia sprawców czynu (IPN, sygn. akt S 69/07/Zi).

IPN dokumentuje mord na 13 osobach cywilnych znanych z imienia i nazwiska oraz 2 wojskowych zabitych i 3 ciężko rannych.

Z kolei źródło: ”Wykaz czynów przestępczych dokonanych przez bandy UPA w latach 1944 – 1947” opracowany w Wydziale „C” Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Rzeszowie, zamieszczony w książce Edwarda Prusa „Operacja „Wisła”. Fakty – dokumenty

(wyd. IV, Wrocław 2006) na s. 248 podana jest liczba ofiar 10 osób cywilnych i 2 żołnierzy pod datą 14 lipca oraz s. 284 – 285 liczba ofiar 12 osób cywilnych, 1 żołnierz, 1 oficer WP i 1 milicjant – pod datą „w nocy z dnia 14-15.VII.1946”. Zapewne chodzi o te same ofiary, nie można jednak wykluczyć, że liczba 32 ofiar podana w „Sprawozdaniu GO Rzeszów” obejmuje osoby niezidentyfikowane, być może uciekinierów z innych wsi.

Jak wynika z powyższych relacji WOP zamordował łącznie 30 osób narodowości ukraińskiej „w odwecie” za mordy UPA, natomiast UPA zamordowała  co najmniej 13 osób cywilnej ludności polskiej „w odwecie” za mord WOP. Niewątpliwie jednak spiralę zbrodni rozpoczęli nacjonaliści ukraińscy z OUN-UPA w celu dokonania czystki etnicznej i gdyby nie ich zbrodnie, nie byłoby akcji odwetowych ze strony polskiej, dokonywanych głównie przez oddziały wojskowe, działające przecież „w imieniu władzy ludowej”, niechcianej przez zdecydowaną większość społeczeństwa polskiego – tak jak i większość społeczeństwa ukraińskiego (a zwłaszcza Rusini i Łemkowie) nie chciała władzy OUN-UPA.

 

Na s. 417 - 418 Motyka pisze: „Za usunięciem Ukraińców i Łemków przemawiał jeszcze jeden argument. W 1944 roku Stalin zadecydował, że Polska Ludowa ma być państwem etnicznie jednorodnym. W kraju mogli pozostać zatem jedynie ci, którzy dobrze rokowali w kwestii asymilacji. Tymczasem działalność OUN-B i UPA przekonały polskich komunistów, że samo zniszczenie ukraińskiego podziemia nie przyniesie spodziewanego efektu. Ponieważ władze sowieckie nie zgodziły się na przyjęcie dalszych transportów Ukraińców z Polski, jedynym rozwiązaniem było wywiezienie ich na ziemie zachodnie i rozsiedlenie w rozproszeniu”.

Motyka twierdzi więc, że Stalin realizował w powojennej Polsce politykę Stronnictwa Narodowego odnośnie „państwa etnicznie jednorodnego” i polskim komunistom (w większości przywiezionym z ZSRR) nakazał przyjąć opcję endeków. Ale już pod koniec 1946 roku „władze sowieckie” postanowiły inaczej. Z tezy Motyki wynika, że zrobiły to wbrew woli Stalina, który pomylił się w ocenie „dobrych rokowań w kwestii asymilacji”, ale tej pomyłki nie chciały naprawić i nie zgodziły się na dalsze transporty Ukraińców z Polski. O pomyłce Stalina przekonali się polscy komuniści i dlatego postanowili Ukraińców rozsiedlić w rozproszeniu na ziemiach zachodnich. Takie tezy może stawiać dyletant nie znający ówczesnych realiów. Stalinowi mniejszość ukraińska w Polsce była potrzebna, jak i obecnie ta mniejszość potrzebna jest władcom Kremla.

Dalej (na s. 418) pisze on: „Na przełomie lat 1946 i 1947 powstały pierwsze listy osób przewidzianych do wysiedlenia. Z rozpoczęciem operacji nie zamierzano jednak sie spieszyć. Według prawdopodobnej wersji miała być ona przeprowadzona jesienią 1947 roku, jednocześnie z kolejną deportacją Ukraińców, którą Sowieci planowali dokonać w USRR.  W ten sposób w Polsce i na Ukrainie doszłoby do wielkiej dwuskrzydłowe j operacji, w zamierzeniu „porządkującej sytuację na polsko-ukraińskim pograniczu”.

Tymczasem w dniu 8 listopada 2012 roku na  posiedzeniu Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych sejmu III RP Eugeniusz Misilo stwierdził:  „W świetle dotychczasowych ustaleń powiedziałbym, nie ma żadnego istotnego dokumentu wskazującego czy potwierdzającego, że decyzja o wysiedleniu Ukraińców i przeprowadzeniu akcji „Wisła” nie zapadła w Polsce. Moim zdaniem, w mojej ocenie, była to decyzja suwerenna, podjęta przez BP KC PPR”. Wszystko wskazuje na to, że Motyka wpadł w pułapkę niezależności swoich osądów.  Już wówczas występując jako historyk – ekspert nie bronił swojej tezy, niezgodnej z  tezą Eugeniusza Misiły, uznawanego obecnie przez neobanderowców za „jedynie słusznego” historyka zajmującego się relacjami polsko-ukraińskimi. Zapewne też  w jakiś manipulacyjny, zakamuflowany sposób będzie musiał wycofać się ze swoich ksenofobicznych poglądów i przyjąć opcję Misiły.

Motyka próbuje narzucić swoją interpretację operacji „Wisła”, według której władzy ludowej tak naprawdę nie chodziło o zniszczenie terrorystycznych struktur OUN-UPA, ale  „zręcznie ukrywano, iż w rzeczywistości to kolejny etap tworzenia etnicznie homogenicznego państwa komunistycznego” (s. 422 – 423), czyli konsekwentnie twierdzi, że komuniści polscy nie realizowali idei internacjonalizmu, ale siłą wdrażali koncepcje endeckie. W tym celu „GO „Wisła” miała też do dyspozycji eskadrę lotnictwa oraz cztery pociągi pancerne” (s. 423).  Zapewne za pomocą lotnictwa i czterech pociągów pancernych przesiedlali i asymilowali niewinną cywilną ludność ukraińską – bo przecież celem komunistów nie było „tak naprawdę” zniszczenie ludobójczych formacji OUN-UPA.

W punktach zbornych przesiedlanej ludności funkcjonariusze UB starali się werbować agenturę i „tylko do czerwca 1947 roku pozyskano 852 informatorów” (s. 426). Ilu pozyskano w ciągu całego okresu wysiedleń, w tym poza punktami zbornymi, jakie oni potem „piastowali” stanowiska w PRL-u, co robią obecnie ich dzieci i wnuczęta? Po roku 1990 pojawiły się próby zlustrowania m.in. posła Mirona Sycza z SLD, potem z PO, odnośnie jego kontaktów z SB, ale sprawa została szybko wyciszona. Czy pojawi się jakiś odważny, rzetelny historyk na miarę Centkiewicza czy Gontarczyka, który podejmie ten „samobójczy” krok?

„Podczas akcji wysiedlano również niewygodnych dla władz komunistycznych… Polaków. Tylko w rejonie Przemyśla potraktowano tak kilkanaście rodzin polskich „zupełnie – jak to określił gen. Mossor – przegniłych wskutek propagandy PSL i NSZ” (s. 429). Ciekawe, czy ci Polacy też mieli „zasymilować się” na nowych miejscach zamieszkania, bo przecież nie chodziło o rozbicie PSL i zlikwidowanie „band NSZ” –  analogicznie, jak celem komunistów „tak naprawdę” nie było rozbicie struktur OUN i zlikwidowanie „band UPA”, ale asymilacja ludności ukraińskiej. 

Pisząc o  Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie cytuje pismo szefa Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie ppłk Oskara Karlinera z grudnia 1947 roku: „Wśród aresztowanych znajdują się Polacy, Ukraińcy, który po odbyciu kilkuletniej służby (…)w Czerwonej Armii wrócili z odznaczeniami” (s. 431). Karliner pisze dalej, że powodem  niektórych pomówień o współpracę z bandami były waśnie sąsiedzkie. W propagandzie banderowskiej te fakty są przemilczane, natomiast Centralny Obóz Pracy przedstawiany jest jako „obóz koncentracyjny” – co uwłacza pamięci więźniom niemieckich obozów koncentracyjnych, także tym z Jaworzna. Współczując gehennie osadzonych i maltretowanych przez zbirów z Urzędu Bezpieczeństwa – to jednak piece krematoryjne już nie dymiły. Ukraińcy (a właściwie obecnie uznani za Ukraińców) stanowili 5 procent osadzonych w Jaworznie. „Pierwszy Ukrainiec pojawił się w obozie w Jaworznie 9 maja 1947 roku” (s. 430). „W grudniu 1947 roku zaczęto zwalniać pierwszych przetrzymywanych” (s. 431). „Do marca 1948 roku zwolniono około trzech tysięcy osób. Zwolnienie pozostałych trwało przez następny rok. Ostatnia grupa osadzonych, złożona z księży greckokatolickich, wyszła na wolność 8 marca 1949 roku” (s. 432). Polacy podejrzewani o współpracę z AK, WiN,  NSZ i innymi ugrupowaniami niepodległościowymi, chętnie zamieniliby się z Ukraińcami podejrzanymi o współpracę z OUN-UPA, osadzonymi w Jaworznie, ponieważ zwykle otrzymywali wyroki (także po bestialskich przesłuchiwaniach) 4 – 6 lat więzienia.

Głosząc tezę o tym, że operacja „Wisła” za główny cel miała nie likwidację terrorystycznego podziemia faszystów ukraińskich, ale przesiedlenie w celu asymilacji ludności ukraińskiej, Motyka pisze: „Nieustannie przeczesywano lasy, organizowano zasadzki na prawdopodobnych trasach przemarszu upowców, starano się uniemożliwić im dostęp do opuszczonych wiosek i zdobycie pozostawionej tam żywności” (s. 433). Jednocześnie na s. 462 cytuje wytyczne Ministerstwa Ziem Odzyskanych z 10 listopada 1947 roku: „Zasadniczym celem przesiedlenia osadników „W” jest ich asymilacja w nowym środowisku polskim” - co podsumowuje: „Dokument dobrze oddaje determinację władz polskich w ich dążeniu do asymilacji narodowej wysiedleńców” (s. 462).

Oczywiście, że „zasadniczym celem” Ministerstwa Ziem Odzyskanych nie było likwidowanie podziemia ukraińskiego, ale asymilacja w środowisku polskim – co nie jest równoznaczne z „asymilacją narodową” i nie ma o tym ani słowa w cytowanym dokumencie. Wystarczy zajrzeć do Słownika Języka Polskiego, aby przekonać się, jak rożne znaczenie ma termin „asymilacja” i manipulacją jest twierdzenie, że komuniści „z determinacją dążyli”   wyłącznie do „asymilacji narodowej”, a bynajmniej już nie do „asymilacji państwowej” (co chociażby  nacjonaliści ukraińscy w Kanadzie i USA powinni doskonale rozumieć). Komunistom  rządzącym w Polsce w okresie stalinizmu idee narodowościowe przypisywać może tylko ignorant lub intelektualny oszust.  Natomiast niewątpliwe jest, że dla Ministerstwa Ziem Odzyskanych priorytetem były cele ekonomiczne, w tym szybkie przejęcie gospodarstw opuszczonych przez wysiedloną ludność niemiecką, co miało poza wymiarem politycznym efekt w postaci dostarczania obowiązkowych kontyngentów zboża, mięsa, mleka, ziemniaków – w cenie około połowy wartości rynkowej.

 

Operacja wojskowa „Wisła” stała się pretekstem dla banderowców oraz „ich dzieci i wnucząt” do niebywałych manipulacji i kłamstw. Tym faktycznym poczuciem krzywdy przesiedlanej ludności chcą zakrzyczeć całą zbrodnię ludobójstwa  OUN-UPA dokonaną na cywilnej, w zdecydowanej większości wiejskiej ludności polskiej na Kresach południowo-wschodnich II RP oraz na terenach obecnej Polski (nazywanych przez nich „Zacurzonią”). Służy temu kilka kłamstw, a pierwszym jest, że przesiedlono ponad 140 tysięcy cywilnej ludności ukraińskiej. Nawet probanderowski historyk ukraiński, rektor polskiej uczelni Akademii Pomorskiej w Słupsku dr hab. Roman Drozd (pochodzenia ukraińskiego, autor tendencyjnych książek) występując w roli eksperta podczas posiedzenia Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych sejmu III RP 8 listopada 2012 roku stwierdził: „Według szacunków, według spisów przeprowadzonych przez wojsko, w Polsce na początku 1947 r. przebywało około 20-21 tys. osób narodowości ukraińskiej, czyli to jest ta grupa, która miała pozostać w Polsce, która uniknęła wyjazdu na Ukrainę radziecką”. Tymczasem w większości opracowań, w tym w projekcie uchwały ww. Komisji w sprawie potępienia przez sejm przesiedleń podczas tzw. operacji „Wisła” wymienia się liczbę „ponad 140 tysięcy niewinnej ludności cywilnej” mniej lub bardziej wprost twierdząc, że była to ludność ukraińska.

Z jednej strony ci „historycy’ piszą, że cała ta ludność ukraińska była niewinna, a z drugiej strony udowadniają, że OUN-UPA miała bardzo szerokie poparcie w społeczeństwie ukraińskim. Wynika stąd, że kilkadziesiąt tysięcy ludobójców ukraińskich z OUN-UPA. SS „Galizien”, SKW, UNS, policji ukraińskiej i innych zbrodniczych formacji ukraińskich przybyło z kosmosu a ludność ukraińska ich nie żywiła ani nie kwaterowała itp., a tylko życzliwie machała im rękami, gdy ze śpiewem maszerowali poza opłotkami wsi ukraińskich idąc do boju z faszystami niemieckimi, sowieckimi bolszewikami i z „bandami AK polskich okupantów etnicznych ziem ukraińskich pod Rzeszowem i Zamościem”.

Na s. 443 Motyka pisze, że już w kwietniu 1952 roku: „Biuro Polityczne PZPR przyjęło tajną uchwałę, w której zdecydowano o podjęciu działań mających na celu poprawę położenia materialnego ludności ukraińskiej, a także zaspokojenie jej potrzeb kulturalno-oświatowych. (…) O ile do 1952 roku władze komunistyczne dążyły do polonizacji Ukraińców, o tyle później celem stała się już swoista peerelowska asymilacja państwowa” (s. 443).

W mrocznym okresie „kultu stalinowskiego” ci sami komuniści polscy, którzy realizowali politykę Stalina z 1944 roku „Polski Ludowej jako państwa etnicznie jednorodnego” (s. 417 – 418), w kwietniu 1952 roku w sposób tajny (przed kim?, przed Stalinem?) postanowili naprawić jego błąd krzywdzący Ukraińców w Polsce (w tym czasie w sowieckiej Ukrainie trwał nadal brutalny terror stalinowski!). O ”poprawie położenia materialnego” ludności polskiej deportowanej z Kresów Biuro Polityczne PZPR nie myślało ani tajnie ani jawnie. Kto personalnie i w imię jakich racji politycznych o tym zadecydował? Wiadomo, że w służbach specjalnych PRL-u  (zwłaszcza w UB) oraz w PZPR funkcjonowała duża grupa zbrodniarzy ukraińskich z UPA, najczęściej pod fałszywymi nazwiskami, którymi posługiwali sie na podstawie dokumentów zrabowanych ich polskim ofiarom.

 

Uchwałę senatu z 3 sierpnia 1990 roku potępiającą operacje „Wisła” oraz proponowaną przez Komicje Mniejszości Narodowych i Etnicznych uchwałę sejmową z 6 grudnia 2012 roku warto porównać z notatką MSW z maja 1956 roku: „Zachodzi konieczność dokonania krytycznej oceny akcji „Wisła”. Zdaniem MSW przeprowadzenie akcji „Wisła” było niesłuszne i wyrządziło niepowetowane szkody. Zastosowanie obcej socjalizmowi zasady zbiorowej odpowiedzialności, całego odłamu ludności za działalność band, wyrażające się w masowym zastosowaniu represji (przymusowe przesiedlenie) szło w parze z poważnym naruszeniem leninowskich zasad polityki narodowościowej” (s. 444). Wówczas Kolegium MSW propozycje tę odrzuciło i władza komunistyczna nie pokajała się za „zastosowanie obcej socjalizmowi zasady zbiorowej odpowiedzialności”, a posłowie III RP z Komisji Mniejszości zapomnieli powołać się na „poważne naruszenie leninowskich zasad polityki narodowościowej”.

 

Motyka  „konflikt polsko-ukraiński” dzieli na dwie fazy: pierwszą trwającą od lutego 1943 roku do wiosny 1945 roku, oraz drugą trwającą od jesieni 1944 roku do zakończenia „akcji „Wisła” w 1947 roku (s. 446). Nie zauważył żadnego „konfliktu polsko-ukraińskiego” we wrześniu 1939 roku, a więc zabójstw dokonanych na 5 – 7 tysiącach Polaków i udziału u boku niemieckiego agresora Legionu Ukraińskich Nacjonalistów pułkownika Romana Suszki. Nie była ”konfliktowa”  kolaboracja Ukraińców z Sowietami do lipca 1941 roku oraz jeszcze szersza z Niemcami? Terror policji ukraińskiej na służbie niemieckiej, zbrodnie dokonywane na Polakach przez tzw. „grupy pochodne OUN” w lipcu 1941 roku oraz przez batalion „Nachtigall” też nie potwierdzają istnienia konfliktu? Nie są jego świadectwem pacyfikacje polskich wsi dokonywane przez policjantów ukraińskich oraz esesmanów ukraińskich  ze szkoły w Trawnikach w 1942 roku, jak też skrytobójcze i jawne morderstwa dokonywane na resztkach elit polskich w tym czasie?

Zapewne dlatego Motyka zaczyna swoją książkę „od rzezi wołyńskiej”. I dochodzi do wniosku, że rzeź była konfliktem. Czy holokaust był „konfliktem niemiecko-żydowskim? Z wnioskowania Motyki wynika, że tak.

Motyka pisze: „Jeśli w latach 1943 – 1944 ukraińscy nacjonaliści mordowali rodziny mieszane jako „niepewne”, to polscy komuniści w 1947 roku w czasie akcji „Wisła” z podobnych powodów takie małżeństwa przymusowo wysiedlali” (s. 447). Nie wie, że „motywacja” banderowców była zupełnie inna i wynikała z doktryny ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, a było nią hasło „Ukrainy czystej jak szklanka wody”. Rodziny mieszane „psuły ukraińską krew”, podstawą mordów był więc rasizm.

Sumując polskie ofiary Motyka powołując się na ustalenia Władysława i Ewy Siemaszków  odnośnie Wołynia podaje „od 40 do nawet 60 tysięcy”. Nie zauważa, że dane te pochodzą z książki opublikowanej w 2000 roku i obejmują około połowy miejscowości, w których mieszkała ludność polska, natomiast obecnie dr Ewa Siemaszko potwierdza liczbę 60 tys. ofiar. Prokurator z IPN w Lublinie prowadzący śledztwo w sprawie ludobójstwa na Wołyniu szacował liczbę ofiar na około 70 tysięcy Polaków, co wynikało ze zgromadzonego materiału. A wiadomo, że z około 1700 miejscowości nie ocalał żaden świadek i chyba na zawsze pozostanie ta „czarna otchłań zagłady”. Następnie Motyka stwierdza: „W Galicji Wschodniej realne wydają się szacunki mówiące o 30 – 40 tysiącach polskich ofiar, z kolei na ziemiach dzisiejszej Polski zginęło 6 – 8 tysięcy Polaków” (s. 447).  I podsumowuje: „W świetle przytoczonych liczb wydaje się, że straty polskie w wyniku akcji UPA wyniosły prawdopodobnie około 100 tysięcy zabitych (przy czym raczej nieco mniej, a nie więcej niż 100 tysięcy). Wszelkie podawane wyższe liczby – 150 czy wręcz 200 tysięcy ofiar – nie znajdują potwierdzenia w żadnych poważnych badaniach naukowych, a ich częste pojawianie się w mediach  można tłumaczyć chyba tylko chęcią wywołania sensacji” (s. 447 – 448).

Dla Motyki nie są więc „poważnymi badaniami naukowymi” monograficzne opracowania dotyczące ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich obejmujące województwa: lwowskie, tarnopolskie, stanisławowskie i lubelskie. Książki Szczepana Siekierki, Henryka Komańskiego i Krzysztofa Bulzackiego „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim” (Wrocław 2006) nie ma nawet w „przypisach”, czyżby Motyka nie znał tej publikacji?  Ta sama uwaga dotyczy książki Stanisława Jastrzębskiego „Ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Lubelszczyźnie w latach 1939 – 1947” (Wrocław 2007). W takim razie o jakie „poważne badania naukowe” oparł Motyka swoje wyliczenia dotyczące Galicji Wschodniej i ziem dzisiejszej Polski?  Prawdopodobnie o takie same, jak wyliczenia strat ukraińskich.

„Przed dziesięciu laty, bodajże jako pierwszy polski historyk, próbowałem je oszacować. Według mojej ówczesnej wiedzy uznałem, że w wyniku polskich działań zginęło 15 – 20 tysięcy Ukraińców. Dziś, w świetle najnowszych danych, skłonny byłbym liczbę ukraińskich ofiar nieco obniżyć. /.../ Ogółem dawałoby to liczbę od 10 – 11 tysięcy do 15 tysięcy zabitych. Także w tym wypadku podawanie wyższych liczb nie ma żadnego umocowania w badaniach naukowych” (s. 448).

Motyka podaje liczbę strat polskich poniesionych  „w wyniku akcji UPA”.  Wynikałoby więc, że pominął „straty polskie” poniesione „w wyniku działań” bojówek OUN (okres 1939 – 1942),  policji ukraińskiej, SS „Galizien”, esesmanów ze szkoły w Trawnikach,  batalionu „Nachtigall”,  SB OUN,  SKW (Samooboronni Kuszczowi Widdiły) , Ukraińskiego Legionu Samoobrony, UNS (Ukraińska Samoobrona Narodowa).  Nie ujawnia także źródeł swojej „ówczesnej wiedzy”, ani źródeł „najnowszych danych” odnośnie strat ukraińskich. Nie podaje też, w wyniku czyich akcji zostały poniesione – czy w tym przypadku sumuje siły  niepodległościowe (AK, BCh, NSZ, WiN i inne grupy poakowskie), partyzantki komunistycznej i sowieckiej (na terenach dzisiejszej Polski) oraz formacji „rządowych” – WP, KBW, MO i UB, aczkolwiek NKWD i Armia Czerwona na ziemiach dzisiejszej Polski także zabiły co najmniej kilkuset banderowców. Dane wskazują, że straty ukraińskie opiera wyłącznie o źródła ukraińskie i np. w Sahryniu nie jest to liczba około 200 ofiar, ale 400, lub nawet 1500. Nie wiadomo, jaką liczbę ofiar ujął chociażby w Piskorowicach – a łącznie „na ziemiach dzisiejszej Polski” straty te ocenił na 8 – 10 tysięcy.

 

Motyka cytuje definicję  pojęcia „genocyd”, przetłumaczonego na język polski jako „ludobójstwo”, wymyślonego i  opracowanego przez Rafała Lemkina. Termin ten został   przyjęty w 1948 roku przez ONZ.  Genocyd,  jest to czyn „dokonany w zamiarze zniszczenia w całości  lub w części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich”. Do kategorii ludobójstwa zaliczono zabójstwo, spowodowanie poważnego uszczerbku zdrowia fizycznego lub psychicznego członków grupy, celowe stworzenie takich warunków życia, które służą zniszczeniu; ograniczanie rodzin oraz porywanie dzieci i przekazywanie ich innej wspólnocie (s. 451). Polemikę z profesorem Ryszardem Szawłowskim podejmuje za pomocą dziennikarza „Gazety Wyborczej” żydowskiego pochodzenia, Konstantego Geberta (Dawida Warszawskiego) i jego artykułu opublikowanego w tygodniku „Polityka”  z 7 listopada 2009 roku, zaznaczając, że chyba tylko on zaprezentował punkt odmienny twierdząc, że rzeź na Wołyniu nie spełnia kryteriów ludobójstwa. Znając dokonania Geberta można domniemywać, że szybciej uznałby on Jedwabne z ludobójstwo, niż Wołyń. Dlaczego jednak Motyka wyciąga go jako antidotum na opracowania w tym zakresie profesora Szwłowskiego, można tylko snuć domysły. Chyba jednak nie chodzi tutaj o podkreślenie jego  jednomyślności  z szowinistycznymi nacjonalistami ukraińskimi działającymi obecnie także w Polsce.  „Podeprzeć się” Hukiem, Misiłą czy Drozdem nie wypadało?  Gebert stwierdza m.in.: „Masowe mordy były narzędziem realizacji zbrodniczej polityki, a nie celem samym w sobie” s. 451). Oczywiście, zawsze tak jest, także w przypadku holokaustu – nie było to więc także ludobójstwo?  Nie istnieje „cel sam w sobie”, nawet każde „widzi mi się” ma jakieś uwarunkowania i motywacje.  Pisze też nieprawdę, że :zbrodnia ta: nie spełnia kryterium „eksterminacyjnej intencji zbrodniarzy” (s. 452). Zacytujmy tajną dyrektywę OUN:

Druże Ruban! Przekazuję do waszej wiadomości, że w czerwcu 1943 r. przedstawiciel centralnego Prowodu- dowódca UPA – „Piwnycz” „Kłym Sawur” przekazał mi tajną dyrektywę w sprawie całkowitej- powszechnej, fizycznej likwidacji ludności polskiej. (…) Dla wykonania tej dyrektywy proszę rzetelnie przygotować się do akcji przeciw Polakom i wyznaczam odpowiedzialnych: w rejonach nadbużańskich – kurinnego „Łysoho”, na rejony turzyski, owadnowski, oździutycki i pozostałe – „Sosenka”; na okręg kowelski- „Hołobenka”.
Sława Ukraini.

Dowódca grupy UPA „Turiw” – „Rudyj”,
24 czerwca 1943 r. Stawka”.

 

Polemizując z określeniem Szawłowskiego „ludobójstwo okrutne” stwierdza: „Tymczasem mordowanie ludności polskiej za pomocą siekier i pik było ludobójstwem owszem okrutnym, ale także, a może przede wszystkim, prymitywnym” (s. 457). A nadziewanie dzieci na widły jako „polskie orły”, nasadzanie na kołki w płocie lub przybijanie gwoździami do ścian, obcinanie kobietom piersi, wyłupywanie oczu, obcinanie języków, rozpruwanie brzuchów -  połączone z okrutnymi zbiorowymi gwałtami, zdzieranie płatów skóry,  obcinanie genitaliów –  to bardziej „okrucieństwo”, czy „przede wszystkim prymityw”? Wymyślne tortury trwały nieraz kilka godzin, zanim ofiara skonała. Było to i okrutne i prymitywne i barbarzyńskie. Niewątpliwie cierpienie zabijanej w ten sposób ofiary było znacznie większe, niż od kuli. Dywagacje humanisty historyka, czy było to okrutne, czy ”tylko” prymitywne, wręcz porażają.

 

Istotą tego ludobójstwa było jego niezwykłe okrucieństwo. W perspektywie napadu Polacy modlili się o śmierć od kuli, zapewne woleliby też komorę gazową. Każdy historyk, który pomija zagadnienie okrucieństwa sposobów zabijania ludności polskiej jest odhumanizowanym manipulantem. Tym bardziej, że w zdecydowanej większości to barbarzyństwo dotknęło dzieci i kobiety. Dr Aleksander Korman opisał 362 rodzaje tortur i okrucieństw stosowanych przez terrorystów OUN-UPA na ludności polskiej. Nie obejmują one pełnego zbioru stosowanych metod pozbawiania w męczarniach życia ofiar „od niemowlęcia w kołysce po starca nad grobem”. Pomysłowość tortur była nagradzana. Zbrodnia przeciw ludzkości popełniona przez ukraińskich terrorystów powinna być przedmiotem badań nie tylko historyków, prawników, socjologów, ale także i psychiatrów.

Motyka podając, że sposoby mordowania były okrutne, podsumowuje, że miało to służyć „wywołaniu przerażenia wśród pozostałych przy życiu Polaków i odreagowaniu skrywanych przez lata uczuć upokorzenia, gniewu i nienawiści” (s. 149 – 150). Jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że większości uprowadzonych Polaków (zwłaszcza dziewcząt i kobiet) nigdy nie udało się odnaleźć? Dopiero nieliczne, odkrywane przypadkiem ciała ofiar ujawniały ogrom barbarzyństwa „partyzantów ukraińskich”. Jeżeli Ukraińcy „odreagowywali” wcześniejsze upokorzenia doznane od Polaków (co jest zwykłą  banderowską agitką), to jak Polacy powinni „odreagować” to okrutne ludobójstwo? Nikt tym „upokorzonym” Ukraińcom nie torturował, nie gwałcił,  nie okaleczał i nie mordował ich najbliższych: rodziców, żon, dzieci. W kontekście tez Motyki tych parę polskich odwetów (Pawłokoma,  Piskorowice, czy rzekomo Sahryń – gdzie zaatakowano uzbrojony ukraiński garnizon szykujący się do rzezi bezbronnej ludności polskiej) było niemal humanitarną formą polskiego odporu wobec ukraińskich barbarzyńców. Bo już fakt, że chłop polski nie upokarzał chłopa ukraińskiego, a to on  z całą swoją rodziną padł ofiarą tego „odreagowania”, dla Motyki i postbanderowców nie ma żadnego znaczenia. To „odreagowywanie” trwało od akcji terrorystycznych bojówek UWO i OUN w okresie międzywojennym i potem od 1 września 1939 roku (Legion Ukraińskich Nacjonalistów, bojówki OUN), przez całą okupację sowiecką i niemiecką ((bataliony „Nachtigall” i „Roland”, policja ukraińska, SS z Trawnik, SS „Galizien”. UPA, Legion Wołyński i inne formacje ukraińskie na usługach III Rzeszy).  I trwa po dzień dzisiejszy, o czym świadczą uchwały parlamentu „samostijnej” Ukrainy uznające za bohaterów narodowych ludobójcze formacje OUN-UPA i ich przywódców.

 

Także banderowska teza, że dokonywane napady i  morderstwa miały zmusić Polaków do opuszczenia „etnicznych ziem ukraińskich” jest oczywistą kpina z realiów. Ukraińskich faszystów mogło nie interesować dokąd mają wyprowadzić się Polacy już wiosną 1943 roku, gdy to rozpoczęli ludobójczą rzeź na Wołyniu – ale historyk to pytanie powinien sobie postawić. Czyżby faktycznie nie chodziło im o „usunięcie” ludności polskiej w rozumieniu ukraińskim tego słowa – czyli „unicestwienie”?. Polacy do lata 1945 roku nie mieli gdzie wyjechać. Miejsce to znalazło się dopiero po ucieczce i wysiedleniach ludności niemieckiej z Mazur, Pomorza i Śląska, czyli z tzw. Ziem Zachodnich. Tej tezie przeczą także inne fakty.

W wielu wsiach Ukraińcy zabronili Polakom opuszczać swoje gospodarstwa, w zamian za to często gwarantowali im bezpieczeństwo, w tym w formie pisemnej przez lokalne dowództwa OUN-UPA. Po pewnym czasie (na Wołyniu np. po żniwach 1943 roku) ludność ta została wymordowana. Na polskich uciekinierów „powstańcy ukraińscy” napadali i mordowali ich. Obstawione były wszystkie drogi i przejścia, aby żaden Polak nie mógł opuścić swojej wsi. Często Polacy, którym udało się uciec, namawiani byli przez swoich sąsiadów Ukraińców do powrotu na swoje gospodarstwa, także z gwarantowaniem im bezpieczeństwa. Głód i brak dachu nad głową powodował, że część osób decydowała się na powrót - i osoby te zostały wkrótce zamordowane.

Od wiosny 1942 roku miały miejsce uprowadzania Polaków, głównie reprezentantów elit cudem pominiętych podczas zsyłek i aresztowań sowieckich, a potem nie wywiezionych na przymusowe roboty do Niemiec. Osoby te najczęściej znikały bez śladu. Tylko przypadkowo znajdowane ich ciała ujawniały, że przed śmiercią stosowano wobec nich przerażające, bestialskie tortury. Większości ciał jednak nigdy nie odnaleziono, stąd nie mogły „zachęcać” innych Polaków do opuszczenia swoich domów rodzinnych.

Prawie wszystkie rodziny mieszkające pojedynczo lub w niewielkich grupach w wioskach ukraińskich znikły bez śladu. Często los taki spotkał całe wsie i kolonie polskie, skąd nie ocalał ani jeden świadek. W 1942 roku, w ideologicznym „przymierzu’ z nazistami niemieckimi do „opuszczenia ziem ukraińskich” zmusili Żydów, od lutego 1943 roku zmuszali Polaków. To „zmuszanie do opuszczenia” tych ziem w skutkach spowodowało, że zarówno Żydzi jak i około 250 tysięcy Polaków na tych ziemiach pozostało na zawsze. W większości przypadków nie jest tylko znane miejsce ich wiecznego pozostania, ich wiecznego spoczynku oraz nie jest ono uświęcone krzyżem. Dzieje się tak za sprawą narodu, który deklaruje, że jest chrześcijański. A także za przyzwoleniem hierarchów cerkwi greckokatolickiej i prawosławnej, często wręcz pod ich presją.

 

Motyka, który ma takie opory przed nazwaniem rzezi wołyńskiej „ludobójstwem” jednocześnie lekko przyjmuje wersję IPN dotyczącą zabójstwa przez polskie podziemie w styczniu i lutym 1946 roku w powiecie Bielsk Podlaski 79 Białorusinów podejrzewanych o współpracę z NKWD i UB, w wyniku czego ginęli partyzanci.  IPN uznał, że mord ten „nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa” (s. 458). Co prawda wnioskowanie jest dziwne, zabójstwa za współpracę z „reżimem komunistycznym” uznano najpierw za czyn „o znamionach ludobójstwa”, by następnie dojść do konkluzji, że dlatego nie było to „walką o niepodległy byt państwa”.  Posiłkując się tym werdyktem Motyka stwierdza: „Znamiona ludobójstwa noszą również, jak się wydaje, zabójstwa dokonane przez oddział „Wołyniaka” w Leżajsku i Piskorowicach” (s. 459).

W ten sposób otrzymujemy jasny obraz: na Wołyniu i w Galicji Wschodniej Ukraińcy popełnili czyny na Polakach „o znamionach ludobójstwa”, a w Polsce takie same czyny na Ukraińcach popełniali Polacy.  I mamy „prawie po równo”. Prawie, bo „po ukraińskiej stronie ludobójczy charakter miała cała akcja antypolska, a po polskiej – poszczególne pacyfikacje” (s. 459). Czyli „po ukraińskiej stronie partyzant z UPA” wyrżnął w okrutny sposób rodzinę Polakowi, „po polskiej stronie” tenże cudem ocalały Polak dał zbrodniarzowi po mordzie – i mamy „prawie po równo”.

 

Podobne socjotechniki kłamstw i manipulacji stosują rewizjoniści niemieccy, a dotyczy to już nie tylko rożnego rodzaju ziomkostw. Tutaj także Polacy z ofiar „nazistów” mają stać się katami „niewinnej ludności niemieckiej”.

 

Motyka powtarza dokładnie propagandową tezę nacjonalistów ukraińskich stwierdzając: „Koncentracja uwagi na ideologii integralnego nacjonalizmu zdejmuje z kolei z polskich uczestników dyskusji konieczność rozliczenia nieudanej polityki narodowościowej II Rzeczypospolitej” (s. 466). „Nacjonalizm” Dmytro Doncowa był taką samą ideologiczną  podstawą dla przywódców OUN zorganizowania i przeprowadzenia ludobójstwa na ludności polskiej, jak „Mein Kampf” Adolfa Hitlera dla nazistów niemieckich do budowania pieców krematoryjnych i dokonania holokaustu a „Manifest komunistyczny” dla bolszewików do eksterminacji dziesiątków narodów. Natomiast „szeregowi członkowie UPA” posługiwali się „Dekalogiem ukraińskiego nacjonalisty”, który powinien być cytowany w każdej naukowej publikacji dotyczącej działań OUN-UPA. Za zachętą, a często z inspiracji duchownych greckokatolickich i prawosławnych, zastąpił on ich „owieczkom” Dekalog chrześcijański, czyli Dziesięć Przykazań Bożych. Jaka mogłaby być „udana polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej”? Autonomia ze stolicą we Lwowie, zamieszkałym w zdecydowanej większości przez ludność polską? W jakich państwach w okresie międzywojennym takie autonomie istniały? Może w Imperium Brytyjskim? Czy lepszy byłby wzór zaczerpnięty z ZSRR? Głównym zadaniem UWO było prowadzenie „permanentnej rewolucji”, antagonizowanie konfliktu polsko-ukraińskiego, a w prowadzonych zamachach zginęło więcej „ugodowych” Ukraińców, niż Polaków. Działaczy OUN interesowała tylko i wyłącznie „samostijna” Ukraina z Chełmem, Hrubieszowem, Przemyślem w jej granicach. Czy „udaną polityką II Rzeczypospolitej” miała być rezygnacja z tych terenów i zgoda na powstanie „sobornej”, faszystowskiej Ukrainy? A co z ludnością polską zamieszkałą na tych terenach w przeważającej części „od zawsze”? Bo trzeba być ignorantem tamtych realiów, aby twierdzić np., że problem załatwiłoby powołanie Uniwersytetu Ukraińskiego we Lwowie, z pewnością kuźni kadry nacjonalistów ukraińskich.

Pomimo powyższych uwag, oraz wielu innych kontrowersyjnych tez, jest to najlepsza książka Grzegorza Motyki z dotychczas opublikowanych. Gdyby jeszcze poza krytykowaniem środowiska kresowian za to, że nie chcą przyjąć argumentów nacjonalistów ukraińskich (czyli morderców swoich rodzin i ich popleczników) w patrzeniu na „konflikt polsko-ukraiński”, zechciał zauważyć poczynania środowiska mniejszości ukraińskiej związanego z ZUwP i pismem „Nasze Słowo”, bezczynność polskich historyków uniwersyteckich  w  zakresie tej tematyki  (co by było, gdyby nie Siemaszkowie, Siekierka, Komański, Bulzacki, Kulińska, Jastrzębski?), antyhumanistyczną „poprawność polityczną” polityków, publicystów,  historyków...

 

W myśl definicji genocydu Kresowianie są żyjącymi ofiarami tej zbrodni, okaleczonymi psychicznie i często fizycznie. W III RP jest wielu kontynuatorów tego ludobójstwa, chociaż obecnie dokonują go już „tylko” na prawdzie i pamięci. W Polsce można postawić legalnie i nielegalnie (bezkarnie) panteon chwały każdemu oddziałowi UPA – tym większy, im więcej wyrżnął niewinnej polskiej ludności cywilnej – ale gdy pojawia się inicjatywa pomnika ofiar,  wnet podnosi się wrzask „największych autorytetów moralnych”. To jest „polski szuizm”, który niszczy umierające pokolenie Kresowian, który chce zniszczyć pamięć o Kresach, czyli wielką część naszego dziedzictwa narodowego.

 

- - -

Grzegorz Motyka: Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943 – 1947. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s.524.

 

 

 

 


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 568 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7861070