Czerwona pięcioramienna gwiazda na niebie polskich Kresów

 Dzisiejsza młodzież już tylko  z historii dowiaduje się o odzyskaniu przez ich kraj pełnej i prawdziwej niepodległości. Jeżeli natomiast trafiają na  wspomnienia sprzed 80 lat są to dla nich opisy z  lamusa. Nie mniej nie tylko warto do nich wracać, ale i trzeba, by nie umknęły z pamięci najmłodszych pokoleń. Żyją jeszcze i są wśród nas  ostatni świadkowie tamtego czasu, a ci co odeszli zostawili po sobie spisane wspomnienia. Wszyscy oni nie mogli zapomnieć czasu kiedy cały świat zapomniał o Polsce i Kresach Wschodnich. Jak w kamieniu wryły się w ich pamięć dni i obrazy z września 1939 roku, oraz to wszystko co potem się wydarzyło. Dla nich i dla wielu tysięcy Polaków z Kresów świat się zawalił nie tyle 1 co po 17 września. To, że przez pół wieku nie uczono w naszych szkołach o zdradzieckiej napaści Sowietów na nasz kraj, wmawiając nam ,że to była bratnia pomoc, to nic dziwnego, taka władza , takie czasy. Ale i ostatnio  wrzesień bardziej nagłaśniany jest jako napaść Niemców Hitlerowskich na Polskę, wspominając tylko półgębkiem o „Czerwonej Inwazji”. Stosunkowo łatwo nasze państwo pogodziło się z utratą Kresów II RP, może właśnie dlatego zapomina się o  ostatnim rozdziale tragicznej historii tych ziem. Kresowianie jednak nie pozwalają na tak daleko idąca amnezję historyczną i  starają się ocalić od zapomnienia zarówno czas jak i ludzi z nim związanych. Poniżej wspomnienia świadków, którzy nie są w stanie zapomnieć tego co ich spotkało w 1939 r.

Bolesław Szpryngiel: Napad Niemiec hitlerowskich na Polskę w dniu 1 września 1939 roku na Rudni przyjęto w miarę spokojnie. Ludzie wierzyli, że przy pomocy sojuszników z Zachodu: Francji i Anglii, szybko pokonamy Niemców. Jednak w miarę rozwoju sytuacji i przesuwania się działań wojennych na wschód, a także daremnego oczekiwania na pomoc aliantów - nadzieja na zwycięstwo malała. Gdy przez Rudnię zaczęły przewalać się ogromnie gromady cywilnych uciekinierów: samochodami, zaprzęgami konnymi, rowerami, wreszcie pieszo - powiało prawdziwą grozą . Tłumy te oraz cofające się drobne oddziały wojska dążyły na północ przez Kołki i Maniewicze. Mówiono, że uciekają przed Niemcami w pińskie błota, gdzie bezpiecznie będą oczekiwać końca wojny. Z radia w szkole ludzie dowiadywali się o sytuacji na froncie. Niestety, wieści nie były pomyślne, ale życie codzienne musiało toczyć się dalej i nawet w stanie wojennym wymagało pracy i porządku. Ludzie pracowali więc jak zwykle w polu - zaczął się bowiem okres jesiennych prac: kopanie ziemniaków, orki i siania zbóż ozimych. Dzieci, jak zwykle, poszły do szkół, kupcy w Kołkach otwarli sklepy. Pozory normalności ... 

Czytaj więcej...

OP "Jastrząb" jeden z najważniejszych oddziałów AK OW

OP ( Odział Partyzancki)  "Jastrząb" to jeden z najbardziej znanych i co najważniejsze najskuteczniejszych oddziałów  OW (Okręgu Wołyń) AK . Powstał nie bez trudności w największej polskiej wsi powiatu kowelskiego, w Zasmykach  liczącej 100 numerów. Był to  pierwszy nie tylko w pow. kowelskim ale i  jeden z pierwszych na Wołyniu, oddziałów partyzanckich AK. Powstał w wyniku serii zdarzeń które zadziałały jak efekt domina. Wszystko zaczęło się od dramatycznych wydarzeń jakie miały miejsce w dniach 10-11 lipca 1943 r. Mord na polskich parlamentariuszach, por. Zygmuncie Rumlu i por. Krzysztofie Markiewiczu, dokonany przez UPA podczas rozmów pokojowych i zmasowany atak na 167 polskich miejscowości, szerokim echem rozszedł się po całym Wołyniu. Między innymi z tego powodu konspiracyjny oddział AK z Radowicz, w biały dzień pod bronią przemaszerował przez ukraińskie wsie, przybywając 13 lipca 1943 r. do Zaasmyk. Było to pierwsze ujawnienie się zbrojnego oddziału polskiego w pow. kowelskim w odpowiedzi na działania OUN-UPA , a  wiadomość ta szybko dotarła do inspektoratu AK w Kowlu. "Grupa radowicka", tak bowiem określano oddział, który przyprowadził ppor. Henryk Nadratowski  ps. "Znicz", przybyła do Zasmyk w niepełnym składzie. Nieco później sukcesywnie przybywali następni konspiratorzy opuszczający zagrożone Radowicze.  W  pierwszym składzie przybyli: Sobczyk Jan ps. "Buzdygan", Sobczyk Henryk ps. ' Lisek",  Golik Tadeusz ps. " Gwiazda", Łodej Mieczysław ps. "N" , Bednarek Mieczysław ps. "Mantel", Rakowski Wacław ps. "Wicher", Romankiewicz Stanisław ps. "Zając", Romankiewicz Mieczysław ps. "Sarna",  Romankiewicz Zygmunt ps. "Brzoza" , Romankiewicz Antoni ps. "N", Leśniewski Zenon ps. "Gałązka", Leśniewska Antonina  ps. "Wierna",  Leśniewska Jadwiga ps. "Kozaczek',   kpr. Głowiński  Hieronim ps. "Zawisza" i jeszcze jeden partyzant NN z kol. Wierzbiczno. Mjr "Kowal" z jednej strony obawiał się konsekwencji z ujawnienia polskiego oddziału, a z drugiej dostrzegł doskonałą okazję do wykorzystania por. Władysława Czermińskiego ps. "Jastrząb" w celu wsparcia tworzącej się polskiej samoobrony, pierwszej w pow. kowelskim. Dlatego wydał rozkaz "Jastrzębiowi"  wymarszu do Zasmyk. Na ile powziął właściwą decyzję, potwierdziły sygnały z terenu, gdzie na zasadzie kuli śnieżnej roznosiła się wśród Ukraińców plotka o polskim oddziale. Wójt ukraiński w Turzysku, Tomczuk ogłosił sołtysom na sesji, że  "grupa radowicka" przywiozła do Zasmyk dwa wozy broni ręcznej i maszynowej, co oczywiście było tylko plotką. Efekt tego był taki, że Ukraińcy  między 14 a 17 lipca "wprosili się"  do Zasmyk  na "dohowory" (rozmowy), proponując wspólną walkę z Niemcami.

Czytaj więcej...

Wołyń - Czas nadziei, czas próby

Wojna między zaborcami dała Polakom nadzieję na odzyskanie wolności. Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji 1 sierpnia 1914 roku. Kilka dni później zrobiły to Austro-Węgry. Wołyń pogrążył się w wojennym chaosie, a linia frontu wielokrotnie przesuwała się przez ziemię wołyńską. Wkroczenie do Łu-cka wojsk austro-węgierskich 31 sierpnia 1915 roku przyniosło Polakom namiastkę wolności. W dawnej stolicy Wołynia znów, po ponad stu latach narodowej niewoli, powstał polski zarząd miasta. Niestety, początkowo stosunki z wojennymi władzami nie układały się zbyt pomyślnie, bo kiedy we wrześniu - po trzydniowym zajęciu miasta przez Rosjan - Austriacy powrócili do Łucka, uwięzili natychmiast pracowników magistratu pod pretekstem, że ludność miasta gasiła podpalony w trakcie odwrotu most na Styrze. Na szczęście areszt trwał tylko cztery dni i wkrótce powołano nowy zarząd miejski z Konstantym Teleżyńskim jako burmistrzem. W nowo sformowanym łuckim magistracie znalazł pracę mój wujek Włodzimierz Martyński. Mimo młodego wieku – miał wówczas 21 lat – otrzymał ważną funkcję sekretarza Rady Miejskiej i Zarządu Miejskiego w Łucku. Stanowisko to piastował aż do śmierci w 1935 roku. Był człowiekiem inteligentnym i budzącym zaufanie. Dysponował ogromną wiedzą rzeczową oraz praktyczną. Zmieniała się sytuacja polityczna, zmieniały się rządy, a kolejni burmistrzowie i prezydenci miasta korzystali z jego wiedzy i doświadczenia. T. Ołowiński, radny, a od 1930 r. burmistrz m. Łucka, dziękując sekretarzowi magistratu za pięcioletnią współpracę, pisał między innymi: „Pan Martyński jako człowiek, obywatel i urzędnik zasłużył na to, ażeby wyrazić o nim opinię jak najlepszą. Jako człowiek – inteligentny, bezwzględnie uczciwy, trzeźwy zawsze i skromny, jako obywatel – nadzwyczaj lojalny, wysoce uspołeczniony i dobry patriota, jako urzędnik doskonale przygotowany fachowo, posiada inicjatywę, bardzo pracowity, obowiązkowy, dokładny w pracy – Pan Włodzimierz Martyński jest naprawdę cennym pracownikiem miejskim i pożytecznym współpracownikiem Zarządu Miasta”. Kilka miesięcy później, jako młoda panienka, w roli kancelistki w nowo sformowanym polskim magistracie znalazła zatrudnienie moja babcia Olimpia Martyńska, która już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i po objęciu stanowiska przez burmistrza Edmunda Martynowicza w czerwcu 1919 roku rozpoczęła pracę w Biurze Statystycznym Zarządu Miejskiego w Łucku. Za prezydentury dra Bolesława Zielińskiego brała udział w przygotowaniu dwóch ważnych publikacji, dotyczących miasta. W 1925 roku Biuro Statystyczne łuckiego magistratu wydało monografię Łuck w świetle cyfr i faktów, natomiast w 1926 roku album Łuck w obrazach. W tej ostatniej książce babcia została uwieczniona na dwóch zdjęciach - przedstawiającym pracowników magistratu oraz pracowników Biura Statystycznego w Łucku.

Czytaj więcej...

Płk prof. Władysław Filar żołnierz 27 WDP AK i historyk

Władysław Tadeusz Filar ps." Hora ", " Wondra "urodził się 18 lutego 1926 w Iwaniczach  pow. Poryck woj. wołyńskie. To była rozległa wieś, która  dzieliła się na Iwanicze Stare i Nowe, a obie części łączyła stacja kolejowa na trasie miedzy Włodzimierzem Wołyńskim a Sokalem. Miejscowość  jak w pigułce prezentowała ludność zamieszkałą na Wołyniu. W Starych Iwaniczach, 60% mieszkańców stanowili Ukraińcy, 12% Polacy ( głównie pracownicy kolei), 11 % Żydzi i jeden procent Rosjanie. Natomiast w Nowych Iwaniczach mieszkali przede wszystkim Czesi, którzy stanowili ok. 12 % ogólnej liczby mieszkańców całej wioski. Władysław Filar, ojciec(1895-1976) , przybył na Wołyń w 1919 r. z Butyn na Galicji. Tu skończył pedagogikę i zaraz po I wojnie otrzymał zadanie zorganizowania szkoły, w której uczył głównie dzieci ukraińskie( polskich dzieci było nie wiele). Te pierwsze publiczne szkoły powszechne to były jednoklasówki . W 1922 r. ożenił się z Czeszką  Wierą(1904-1994)  z domu Szymunek. Na ziemi jaką żona otrzymała w posagu Filarowie wybudowali dom, który znajdował sie na pustkowiu, półtora kilometra od Czeskich Iwanicz. Dlatego W. Filar mówił, że urodził się w futorze. Ojciec w  okresie  II Rzeczypospolitej był organizatorem i nauczycielem w kilku szkołach w powiecie Włodzimierz Wołyński. Poza Iwaniczami uczył również w Chotiaczowie, Bużance, Rusnowie, Poromowie i Drewnikach. W tych wsiach Polacy stanowili niewielki odsetek – przeważali Ukraińcy, ale byli też Żydzi i wielu kolonistów czeskich. Władysław Filar (syn) pamięta, że w Iwaniczach  drugim polskim nauczycielem był Franciszek Waćkowski (1902-1991) – ojciec przyszłej senator III RP Marii Berny, autorki kilku książek wspomnieniowych o Wołyniu. Władysława Filara, jego siostrę Eleonorę oraz Marię Berny połączyła  wspólna trauma, po sadystycznych wyczynach OUN-UPA.   Wspomnienia  osobistych przeżyć  całej trójki trafiły do książki Marii Fredro-Bonieckiej „Wołyń –siła traumy” (Warszawa, 2016), ukazującej ich dramatyczną młodość w czasach wołyńskiej apokalipsy. Władysław Filar ukończył czteroklasową szkołę powszechną w Iwaniczach. Materiał piątej klasy przerobił w domu pod kierunkiem ojca. Szóstą klasę ukończył w szkole w Porycku mieszkając w tym czasie na kwaterze u głównego buchaltera hrabiego Czackiego. Władysław Filar ciepło wspomina całą rodzinę która nim się opiekowała. Niestety rodzice i trójka dzieci zostali zamordowani przez OUN-UPA w 1943 r.  W latach 1937–1939 Władysław Filar, ukończył dwie klasy Państwowego Gimnazjum im. Mikołaja Kopernika we Włodzimierzu Wołyńskim. Tym razem jednak dojeżdżał koleją. Rano trzy kilometry pieszo do stacji, na pociąg o 7-ej, później pół godziny jazdy i następne półtora kilometra pieszo do szkoły. Po południu o 15-tej był pociąg powrotny. Uczył się dobrze dlatego przyznano mu stypendium.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 434 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
9613621