Piosenkarki i piosenkarze z Kresów Wschodnich

Okres powojenny przyniósł upowszechnienie  radia a nieco później telewizji. Upowszechniania kultury – w tym kultury muzycznej stało się faktem. I tu warto przypomnieć, że wśród popularnych piosenkarek i piosenkarzy tego okresu nie zabrakło naszych rodaków  pochodzących z Kresów. Z piosenkarek trzeba wymienić takie nazwiska jak :  Halina Kunicka urodzona we Lwowie (1938 r. ), jedna z największych piosenkarek polskich lat 60. i 70. XX w. Piosenki pisali specjalnie dla niej m.in. Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka i Ernest Bryll. Artystka sięga też po klasykę przedwojennego kabaretu i romanse rosyjskie. Jej dwanaście płyt, w tym trzy Złote, uzyskało łącznie ponad milion sprzedanych egzemplarzy. Spośród wielu jej przebojów nie sposób nie wymienić: „Czumbałałajkę” „Lato, lato, lato czeka...”, „To były piękne dni”, „Upływa szybko życie”, „Moja piosenka”, „Niech no tylko zakwitną jabłonie” czy „Ballada o dobrej żonie” (wykonanie razem z mężem Lucjanem Kydryńskim”. Koncertowała w całej Polsce, a także dla emigrantów polskich w Europie, Izraelu, USA i Kanadzie i w Australii. Z Wilna pochodziły takie gwiazdy powojennej piosenki polskiej: Ada Rusowicz i Natasza Zylska.

Ada Rusowicz (właśc. Adriana) Rusowicz (1944-1991), dała się poznać jako wokalistka zespołu Niebiesko-Czarni. W 1968 roku zdobyła tytuł najpopularniejszej wokalistki roku. Najbardziej znane jej przeboje to: „Masz u mnie plus”(w duecie ze swoim mężem Wojciechem Kordą), „Duży błąd”, „Czekam na miłość”, „Mogło być inaczej”, „Hej dziewczyno hej”, „Za daleko mieszkasz miły”, „Mój pierwszy walc”, „Nie pukaj do moich drzwi”, „Wczesny zmierzch nad Sanokiem”, „Po to przyszedłeś na świat”, „Gdzie niesiesz swe 20 lat”, „Fatamorgana”, „Musisz się zakochać” i „Świniorz”. Pamiętamy ją także z filmu „Mocne uderzenie” (1966).

Natasza Zylska  (1933-1995). Tę piosenkarkę pamiętają bardziej konserwatywni w upodobaniach melomani, a więc ci z lat 50. XX w. Wtedy to był zenit popularności tej piosenkarki, która śpiewała nam wtedy takie nieśmiertelne przeboje jak: „Kasztany”, „Mexicana”, „Czekolada”, „Baja Bongo” czy „Piotruś”. Często występowała z inną gwiazdą polskiej piosenki, jednak odmiennej płci i nie rodem z Wilna, ale ze Lwowa – Januszem Gniatkowskim.

Dzieckiem Wołynia była wokalistka rockowa, nazywana „królową twista” Helena Majdaniec (ur. W 1941 r. w Mylsku, pow. Zdołbunów) i piosenkarka Teresa Tutinas (ur. 1943 r. w Zdołbunowie).

Helena Majdaniec wylansowała takie znane po dziś dzień przeboje jak: „Rudy rydz”, „Jutro będzie dobry dzień”, „Czarny Ali-Baba”, „Happy end” czy „Zakochani są wśród nas”.

Czytaj więcej...

Czerwona pięcioramienna gwiazda na niebie polskich Kresów

 Dzisiejsza młodzież już tylko  z historii dowiaduje się o odzyskaniu przez ich kraj pełnej i prawdziwej niepodległości. Jeżeli natomiast trafiają na  wspomnienia sprzed 80 lat są to dla nich opisy z  lamusa. Nie mniej nie tylko warto do nich wracać, ale i trzeba, by nie umknęły z pamięci najmłodszych pokoleń. Żyją jeszcze i są wśród nas  ostatni świadkowie tamtego czasu, a ci co odeszli zostawili po sobie spisane wspomnienia. Wszyscy oni nie mogli zapomnieć czasu kiedy cały świat zapomniał o Polsce i Kresach Wschodnich. Jak w kamieniu wryły się w ich pamięć dni i obrazy z września 1939 roku, oraz to wszystko co potem się wydarzyło. Dla nich i dla wielu tysięcy Polaków z Kresów świat się zawalił nie tyle 1 co po 17 września. To, że przez pół wieku nie uczono w naszych szkołach o zdradzieckiej napaści Sowietów na nasz kraj, wmawiając nam ,że to była bratnia pomoc, to nic dziwnego, taka władza , takie czasy. Ale i ostatnio  wrzesień bardziej nagłaśniany jest jako napaść Niemców Hitlerowskich na Polskę, wspominając tylko półgębkiem o „Czerwonej Inwazji”. Stosunkowo łatwo nasze państwo pogodziło się z utratą Kresów II RP, może właśnie dlatego zapomina się o  ostatnim rozdziale tragicznej historii tych ziem. Kresowianie jednak nie pozwalają na tak daleko idąca amnezję historyczną i  starają się ocalić od zapomnienia zarówno czas jak i ludzi z nim związanych. Poniżej wspomnienia świadków, którzy nie są w stanie zapomnieć tego co ich spotkało w 1939 r.

Bolesław Szpryngiel: Napad Niemiec hitlerowskich na Polskę w dniu 1 września 1939 roku na Rudni przyjęto w miarę spokojnie. Ludzie wierzyli, że przy pomocy sojuszników z Zachodu: Francji i Anglii, szybko pokonamy Niemców. Jednak w miarę rozwoju sytuacji i przesuwania się działań wojennych na wschód, a także daremnego oczekiwania na pomoc aliantów - nadzieja na zwycięstwo malała. Gdy przez Rudnię zaczęły przewalać się ogromnie gromady cywilnych uciekinierów: samochodami, zaprzęgami konnymi, rowerami, wreszcie pieszo - powiało prawdziwą grozą . Tłumy te oraz cofające się drobne oddziały wojska dążyły na północ przez Kołki i Maniewicze. Mówiono, że uciekają przed Niemcami w pińskie błota, gdzie bezpiecznie będą oczekiwać końca wojny. Z radia w szkole ludzie dowiadywali się o sytuacji na froncie. Niestety, wieści nie były pomyślne, ale życie codzienne musiało toczyć się dalej i nawet w stanie wojennym wymagało pracy i porządku. Ludzie pracowali więc jak zwykle w polu - zaczął się bowiem okres jesiennych prac: kopanie ziemniaków, orki i siania zbóż ozimych. Dzieci, jak zwykle, poszły do szkół, kupcy w Kołkach otwarli sklepy. Pozory normalności ... 

Czytaj więcej...

OP "Jastrząb" jeden z najważniejszych oddziałów AK OW

OP ( Odział Partyzancki)  "Jastrząb" to jeden z najbardziej znanych i co najważniejsze najskuteczniejszych oddziałów  OW (Okręgu Wołyń) AK . Powstał nie bez trudności w największej polskiej wsi powiatu kowelskiego, w Zasmykach  liczącej 100 numerów. Był to  pierwszy nie tylko w pow. kowelskim ale i  jeden z pierwszych na Wołyniu, oddziałów partyzanckich AK. Powstał w wyniku serii zdarzeń które zadziałały jak efekt domina. Wszystko zaczęło się od dramatycznych wydarzeń jakie miały miejsce w dniach 10-11 lipca 1943 r. Mord na polskich parlamentariuszach, por. Zygmuncie Rumlu i por. Krzysztofie Markiewiczu, dokonany przez UPA podczas rozmów pokojowych i zmasowany atak na 167 polskich miejscowości, szerokim echem rozszedł się po całym Wołyniu. Między innymi z tego powodu konspiracyjny oddział AK z Radowicz, w biały dzień pod bronią przemaszerował przez ukraińskie wsie, przybywając 13 lipca 1943 r. do Zaasmyk. Było to pierwsze ujawnienie się zbrojnego oddziału polskiego w pow. kowelskim w odpowiedzi na działania OUN-UPA , a  wiadomość ta szybko dotarła do inspektoratu AK w Kowlu. "Grupa radowicka", tak bowiem określano oddział, który przyprowadził ppor. Henryk Nadratowski  ps. "Znicz", przybyła do Zasmyk w niepełnym składzie. Nieco później sukcesywnie przybywali następni konspiratorzy opuszczający zagrożone Radowicze.  W  pierwszym składzie przybyli: Sobczyk Jan ps. "Buzdygan", Sobczyk Henryk ps. ' Lisek",  Golik Tadeusz ps. " Gwiazda", Łodej Mieczysław ps. "N" , Bednarek Mieczysław ps. "Mantel", Rakowski Wacław ps. "Wicher", Romankiewicz Stanisław ps. "Zając", Romankiewicz Mieczysław ps. "Sarna",  Romankiewicz Zygmunt ps. "Brzoza" , Romankiewicz Antoni ps. "N", Leśniewski Zenon ps. "Gałązka", Leśniewska Antonina  ps. "Wierna",  Leśniewska Jadwiga ps. "Kozaczek',   kpr. Głowiński  Hieronim ps. "Zawisza" i jeszcze jeden partyzant NN z kol. Wierzbiczno. Mjr "Kowal" z jednej strony obawiał się konsekwencji z ujawnienia polskiego oddziału, a z drugiej dostrzegł doskonałą okazję do wykorzystania por. Władysława Czermińskiego ps. "Jastrząb" w celu wsparcia tworzącej się polskiej samoobrony, pierwszej w pow. kowelskim. Dlatego wydał rozkaz "Jastrzębiowi"  wymarszu do Zasmyk. Na ile powziął właściwą decyzję, potwierdziły sygnały z terenu, gdzie na zasadzie kuli śnieżnej roznosiła się wśród Ukraińców plotka o polskim oddziale. Wójt ukraiński w Turzysku, Tomczuk ogłosił sołtysom na sesji, że  "grupa radowicka" przywiozła do Zasmyk dwa wozy broni ręcznej i maszynowej, co oczywiście było tylko plotką. Efekt tego był taki, że Ukraińcy  między 14 a 17 lipca "wprosili się"  do Zasmyk  na "dohowory" (rozmowy), proponując wspólną walkę z Niemcami.

Czytaj więcej...

Wołyń - Czas nadziei, czas próby

Wojna między zaborcami dała Polakom nadzieję na odzyskanie wolności. Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji 1 sierpnia 1914 roku. Kilka dni później zrobiły to Austro-Węgry. Wołyń pogrążył się w wojennym chaosie, a linia frontu wielokrotnie przesuwała się przez ziemię wołyńską. Wkroczenie do Łu-cka wojsk austro-węgierskich 31 sierpnia 1915 roku przyniosło Polakom namiastkę wolności. W dawnej stolicy Wołynia znów, po ponad stu latach narodowej niewoli, powstał polski zarząd miasta. Niestety, początkowo stosunki z wojennymi władzami nie układały się zbyt pomyślnie, bo kiedy we wrześniu - po trzydniowym zajęciu miasta przez Rosjan - Austriacy powrócili do Łucka, uwięzili natychmiast pracowników magistratu pod pretekstem, że ludność miasta gasiła podpalony w trakcie odwrotu most na Styrze. Na szczęście areszt trwał tylko cztery dni i wkrótce powołano nowy zarząd miejski z Konstantym Teleżyńskim jako burmistrzem. W nowo sformowanym łuckim magistracie znalazł pracę mój wujek Włodzimierz Martyński. Mimo młodego wieku – miał wówczas 21 lat – otrzymał ważną funkcję sekretarza Rady Miejskiej i Zarządu Miejskiego w Łucku. Stanowisko to piastował aż do śmierci w 1935 roku. Był człowiekiem inteligentnym i budzącym zaufanie. Dysponował ogromną wiedzą rzeczową oraz praktyczną. Zmieniała się sytuacja polityczna, zmieniały się rządy, a kolejni burmistrzowie i prezydenci miasta korzystali z jego wiedzy i doświadczenia. T. Ołowiński, radny, a od 1930 r. burmistrz m. Łucka, dziękując sekretarzowi magistratu za pięcioletnią współpracę, pisał między innymi: „Pan Martyński jako człowiek, obywatel i urzędnik zasłużył na to, ażeby wyrazić o nim opinię jak najlepszą. Jako człowiek – inteligentny, bezwzględnie uczciwy, trzeźwy zawsze i skromny, jako obywatel – nadzwyczaj lojalny, wysoce uspołeczniony i dobry patriota, jako urzędnik doskonale przygotowany fachowo, posiada inicjatywę, bardzo pracowity, obowiązkowy, dokładny w pracy – Pan Włodzimierz Martyński jest naprawdę cennym pracownikiem miejskim i pożytecznym współpracownikiem Zarządu Miasta”. Kilka miesięcy później, jako młoda panienka, w roli kancelistki w nowo sformowanym polskim magistracie znalazła zatrudnienie moja babcia Olimpia Martyńska, która już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i po objęciu stanowiska przez burmistrza Edmunda Martynowicza w czerwcu 1919 roku rozpoczęła pracę w Biurze Statystycznym Zarządu Miejskiego w Łucku. Za prezydentury dra Bolesława Zielińskiego brała udział w przygotowaniu dwóch ważnych publikacji, dotyczących miasta. W 1925 roku Biuro Statystyczne łuckiego magistratu wydało monografię Łuck w świetle cyfr i faktów, natomiast w 1926 roku album Łuck w obrazach. W tej ostatniej książce babcia została uwieczniona na dwóch zdjęciach - przedstawiającym pracowników magistratu oraz pracowników Biura Statystycznego w Łucku.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud18.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 635 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8536275