Do tej pory mi się śnią...-łamie się głos naszemu rozmówcy-stoję między ulami w swojej pasiece pod Łuckiem, a one uwijają się, w tę i z powrotem, w tę i z powrotem.Ja kochałem te pszczoły!
Pan Celestyn Skibiński urodził się 25 listopada 1910 roku w wołyńskiej miejscowości Chorochoryń k. Łucka. Był trzecim dzieckiem 30-letniego wówczas Mikołaja i jego młodszej o 8 lat żony Antoniny, którzy gospodarzyli na 40 hektarach żyznej ziemi.

Pan Celestyn - Autor zdjęcia: Leszek Wójtowicz

Uprawiali głównie pszenicę i buraki cukrowe. Ale dwójka starszego rodzeństwa zmarła po porodzie. – Dlatego jedna z ciotek doradziła mamie, bo gdzieś tam słyszała, żeby wybrała dla mnie jakieś niespotykane imię, to wtedy przeżyję – opowiada staruszek. – Stanęło na Celestynie, żyję do tej pory.

Pamiętam pierwszą wojnę światową

Pan Celestyn do tej pory jest postawnym mężczyzną. Kulturalnym i inteligentnym. W dzieciństwie czytał Żeromskiego, Orzeszkową i Sienkiewicza, bo książki między innymi tych autorów były w domowej biblioteczce. Na spotkanie przyszedł w garniturze pod krawatem. Nie widzi na jedno oko, narzeka na nogi, ale pamięć go nie zawodzi. Pamięta pierwszą wojnę światową i tą z bolszewikami. – W 1920 roku w Torczynie postrzelili pułkownika Lirę-Kulę – mówi.

Do siedmioklasowej podstawówki chodziły dzieci polskie, żydowskie i ukraińskie. – Kierownikiem szkoły w Torczynie był Jan Czerwiński, zastępcą Żerebecki – wspomina jakby to było wczoraj stulatek. – Było dwóch nauczycieli ukraińskich: Szewczenko i Pawinicz, który uczył rysunków. W Chorochoryniu mieszkali Wąsowicze, Tchórzewscy, Malinowscy, Jasińscy.

Z ukraińskich sąsiadów zapamiętał Teodozego Sydora i Zińczuka. – Bardzo dobrze żyliśmy z Ukraińcami – podkreśla. – Oni u nas byli na naszych świętach katolickich, my u nich na prawosławnych. Ojciec wszystkich jednakowo traktował. Dla niego Jaś i Iwan byli na jednym poziomie.

Helenę miał na oku

Po skończeniu szkoły podstawowej, zapisał się do trzyletniej szkoły rolniczo-pszczelarskiej z nastawieniem na drugi człon nazwy, bo – jak wspomina – nie za bardzo interesował się rolnictwem.

Co innego pszczoły. – Wspaniałą pasiekę w naszej wiosce miał pan Przepiórka, który uczył mnie pszczelarstwa – mówi.

Na początku lat 30. ubiegłego wieku miał już 33 rodziny pszczele. – Co miesiąc produkowały 7–8 metrów (kwintali – red.) czystego miodu – opowiada pan Celestyn. – Były z tego niemałe pieniądze. Panowie Jaworski i Tybulewicz z Torczyna kupowali u mnie miód po 2 zł za 1 kg. Miałem lepszą pensję niż nauczyciel!

Z czasem jego ojciec sprzedał gospodarstwo w Chorochoryniu i przenieśli się bliżej miasteczka Torczyn – do kolonii Progonów. Przy domu było 30 hektarów, a trochę dalej 10 hektarów pola i łąki. Mikołaj Skibiński był przez kilka lat sołtysem. Z jednej strony kolonii mieszkali Polacy, z drugiej Niemcy. – Berg, Zauder, Zuter, Doberstain – wylicza nazwiska sąsiadów Skibiński i podkreśla, że z Niemcami też szło się dogadać. – Na końcu niemieckiej części Progonowa mieszkał Ukrainiec, Kluć.

Do tej pory pan Celestyn świetnie mówi nie tylko po ukraiński, ale i po niemiecku.

W Progonowie znalazł swoją drugą połówkę. Nazywała się Helena Ucińska i była o trzy lata młodsza. – W latach 20. w ramach nasiedleń jej rodzina przyjechała na Wołyń spod Puław – wyjaśnia staruszek. – Miałem ją na oku.

Sakramentalne „tak" wypowiedzieli w maju 1936 roku w torczyńskim kościele. – Ślubu udzielił nam ks. Władysław Sielawa – wspomina ze łzami pan Celestyn, bo wiele zawdzięcza swojej zmarłej 23 lata temu żonie.

Dochowali się siedmiorga dzieci, z czego – jak z dumą podkreśla pan Celestyn – sześcioro skończyło studia.

Wybucha druga wojna światowa

Wybuch drugiej wojny światowej zastał ich w Progonowie, później na ich ziemie wkroczyli czerwonoarmiści. – Młodsi Ukraińcy krzyczeli: „Nasi przyszli!", ale to byli naiwniacy, bo starszym, którzy się trochę rozeznali, wcale się to nie podobało.

Mikołajowi Skibińskiemu Sowieci wkrótce zabrali ziemię, zostawiając 10 hektarów. Na Sybir, daleko za Archangielsk, wywieźli dwóch wujków i ciotkę. Później życie zaczęli im uprzykrzać banderowcy. Trzeba było uciekać. W Torczynie znaleźli mieszkanie. – Kto nie wyjechał z Progonowa, został tam na wieki – mówi ze smutkiem nasz rozmówca.

W niedalekiej Rudni mieszkała ich rodzina. – Upowcy spalili całą wieś, a miała ona 32 numery – opowiada pan Celestyn. – Ze 170 mieszkańców przeżyło 30. Niszczyli, w pień wycinali... Mojego ciotecznego brata z Sadowa piłą przerżnęli, bo szkoda im było naboju. Ambroży Strutyński się nazywał. My przez kilka nocy chowaliśmy się w życie.

Dlatego Polacy z Progonowa uciekali do Torczyna, gdzie stacjonowała załoga niemiecka i było bezpieczniej. Ale w 1943 roku pan Celestyn trafił do obozu przejściowego w Torczynie. – Niemcy złapali mnie z ciotecznym bratem – wspomina.

W strasznych warunkach spędził 6 miesięcy i 6 dni. – Żeby nie żona, to byśmy dziś nie rozmawiali – płacze staruszek.

Brat cioteczny zginął. Pani Helenie udało się przekupić Niemców. Nie pierwszy raz pomogła swojemu mężowi.

Przez Bug pod Hrubieszów

Później był Łuck, a następnie przez Włodzimierz Wołyński rodzina Skibińskich dwoma furmankami dotarła w 1945 roku pod Hrubieszów. – Wzięliśmy krowę, prosięta, a ja 3 puste ule, bo moje pszczoły znikły – wspomina pan Celestyn. – Ktoś z miejscowych musiał je zabrać.

Po Progonowie nie został ślad. – Ukraińcy wszystko spalili – mówi Skibiński.

Trafili do kolonii Antonówka. Teraz to Łany, które są częścią Hrubieszowa. Do nowej pasieki sprowadził 10 rodzin pszczelich. Rodzice wybrali sąsiednią Brodzicę. – Ale na Zielone Świątki upowcy spalili wieś i zabili 7 osób – wspomina stulatek. – Dlatego razem z bratem sprowadzili się do nas. Później próbowali gospodarzyć na Ziemiach Odzyskanych, ale ziemia tam była licha i wrócili pod Hrubieszów. Moi rodzice wychowali, a później wydali za mąż dwie dziewczynki, które były sierotami.

Pan Celestyn miał po wonie 35 lat, a że był zawodowym kierowcą, kuzyn ściągnął go do pracy w hrubieszowskim magistracie. – Żona chciała, żebym pokazał jej prawo jazdy, więc jej pokazałem – opowiada. – Schowała je na wieki. Mówi do mnie „Drogi są wyboiste, źle się jeździ, a my mamy przecież 10 ha ziemi, jest co robić". Posłuchałem jej, zostałem w domu i gospodarzyłem. Miałem pszczoły, krówkę i prosiaki.

Pan Celestyn Skibiński mieszka od 2,5 roku w Niepublicznym Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym w Smoligowie (pow. hrubieszowski). 25 listopada skończył 100 lat, ale nie jest najstarszym pensjonariuszem. – Mamy panią, która w czerwcu skończyła 101 lat – mówi Bernarda Frykowska, pielęgniarka oddziałowa.

Smoligów też miał swoja tragedię. – 27 marca 1944 roku Niemcy i Ukraińcy wymordowali tu 300 osób – mówi Lech Szopiński, wójt gminy Mircze. – Moja mama stąd pochodzi. Ona się uratowała. – A koło naszego Chorochorynia też był Smoligów – zauważa pan Celestyn.

Gdy nasz rozmówca miał 97 lat, to jeszcze na rowerze do sklepu jeździł. Na początku swojego pobytu w Smoligowie lubił spacery do sklepu i z powrotem, czyli w obie strony 4 km. Teraz narzeka na nogi. Ale w każdą niedzielę jest na mszy świętej w kaplicy. – Taka tradycja, tak robili pradziad, dziad i ojciec. Niedziela to dzień święty.

Rodzice i żona pochowani są na cmentarzu w Hrubieszowie, dziadkowie w Torczynie, a pradziadkowie w Rudni, bo stamtąd pochodzili. – Moi przodkowie nosili nazwisko Skiba, ale jeden z pradziadków za męstwo w walce dostał szlachectwo – opowiada staruszek.

Między ulami

Od zakończenia wojny nie był za Bugiem. – Cztery lata temu synowie byli. Pole. Nic nie ma. Znaleźli kilka cegieł po naszym domu. Tyle. Zdjęcia zrobili. Szkoda tego wszystkiego, zwłaszcza pszczół, które śnią mi się po nocach – opowiada jubilat.

Najlepszy miód był z białej koniczyny, nazywanej pod Łuckiem oryszyną. Dobra była facela, czyli rodzaj na niebiesko kwitnącej fasoli. – Po polsku roślina nazywała się wiązarka wrotyczowa – tłumaczy pan Celestyn. – W lipcu można ją było siać. Po 5 tygodniach od zasiewu miodowała. Przez 6 tygodni kwitła, dlatego pszczoły dzień i noc na niej siedziały, nawet w deszcz. To była królową roślin miododajnych. Ale na płuca najlepszy był miód lipowy, bo pszczoły miały pod dostatkiem lip, wiśni, czereśni i akacji. A miód, jak to się mówiło, żywi i leczy.

Nie palił papierosów, nie pił alkoholu. – Ojciec oduczył mnie palić, a po alkohol nie sięgałem po prelekcji, na której byłem w 1933 roku – opowiada. – Pokazano nam wtedy, że polane wodą jedzenie się rozmiękcza, a po wódce twardnieje chleb, szynka czy jajko.

Co widzi we śnie? – Stoję między ulami z gołymi rękami, twarz odsłonięta, jest cicho, słychać tylko brzęczenie pszczół – kończy pan Celestyn.
Autor: Leszek Wójtowicz   -  Moje Miasto. Zamość

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud12.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 365 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6506983