Na świat przyszłam w dwudziestym siódmym roku w osadzie Szczurzyn, w powiecie Łuck  na Wołyniu. Moja mama o imieniu Maria, urodziła się  w 1897 roku na kielecczyźnie we wsi Adamów. Jej ojciec  trzykrotnie wyjeżdżał do Ameryki i tam, jak inni Polacy,  ciężko pracował. Kiedy trzeci raz powrócił zza oceanu, sprzedał gospodarstwo i  pojechał na Wołyń, gdzie kupił aż sto dziesięcin ziemi. W tym były torfowe łąki, pola uprawne i nawet duże jezioro. Ojciec miał na imię Stanisław i był od mamy dwa lata starszy, urodził się we wsi Biesiadki, w województwie krakowskim. W wieku osiemnastu lat zgłosił się na ochotnika do Legionów Józefa Piłsudskiego  i walczył jako ułan legionista do końca pierwszej wojny światowej. Po jej zakończeniu, jako legionista, otrzymał dwadzieścia hektarów ziemi na Wołyniu. Wraz z innymi osiemnastoma wojskowymi zamieszkał w osadzie Szczurzyn w pobliżu dużej wsi o tej samej nazwie.. Brakowało kobiet, w pojedynkę ciężko było nawet  zacząć myśleć o gospodarowaniu. Mój ojciec, jak inni osadnicy, rozglądał się  za sukienką. Trafił po pewnym czasie do  Trestynia, do rodziny Sadów. Były tam trzy panny do wyboru. Wybrał średnią, Marię. Po ślubie zaczęli wspólnie budować  zabudowania gospodarcze wraz z domem mieszkalnym. Mama wniosła do wspólnego majątku w posagu czternaście hektarów ziemi. Razem mieli jej więc sporo, bo aż  trzydzieści cztery hektary. Ziemia czarnoziem, była więc bardzo urodzajna. Pierwsze dziecko zmarło po miesiącu. Mama po porodzie bardzo długo chorowała, leżała w szpitalu. W następnych latach przychodziły  na świat kolejne dzieci. Najstarszy był Janek, następnie ja, czyli Stanisława, po mnie siostra Lodzia i trzech braci: Kazimierz, Henryk i Jerzy. Jak łatwo policzyć, było nas sześcioro. Taką gromadkę nie łatwo było utrzymać w ryzach, ale rodzice radzili sobie z nami doskonale. Od wczesnych lat wpajali nam karność, uczyli nas prawdomówności, kulturalnego zachowania, szacunku do dorosłych, przede wszystkim rodziców. W naszej osadzie była szkoła prowadzona przez Ukrainkę o nazwisku Sydorowicz. Dzieci polskie i ukraińskie uczyły się razem. Języka ukraińskiego uczono  dwie godziny  w tygodniu. Dla dzieci polskich był nieobowiązkowy. Jednak ja oraz brat Janek, na życzenie naszych rodziców, uczestniczyliśmy w nauce języka ukraińskiego. Janek uczył się aż cztery lata, ja niestety tylko dwa, ale też umiałam czytać i pisać. Tymczasem nasz ojciec założył ogromny, piękny sad. Na dwóch hektarach posadził aż dwieście wysokopiennych drzewek. Gospodarstwo rozwijało się. Rodzice zatrudniali do  pomocy chłopaka oraz dziewczynę. W czasie żniw czy omłotów zatrudniali znacznie więcej ludzi. Trzeba pamiętać, że prace na polu wykonywano ręcznie. Tuż przed wybuchem wojny,  tato z sąsiadem Sawickim kupili na spółkę żniwiarkę garściówkę. Do kościoła było osiem kilometrów. Właściwie była to tylko kaplica, parafia mieściła się bowiem w odległym o osiemnaście kilometrów Kisielinie. Tam też odbywały się większe uroczystości kościelne, na przykład odpust. Nadszedł rok 1939, zbliżały się wakacje. Najstarszy Janek skończył siódmą klasę. Miał iść na kurs rolniczy i w przyszłości zająć się gospodarstwem. Ja skończyłam piątą klasę i zdałam do szóstej, siostra Lodzia czwartą klasę, Kazimierz drugą, Henryk pierwszą. Jerzyk jeszcze do szkoły nie chodził, miał zaledwie pięć lat. We wrześniu Niemcy napadli na Polskę. Ojciec jako rezerwista dostał wezwanie do wojska. Po kilku dniach został zwolniony do domu. Na wschodzie kraju panował spokój, nie odczuwaliśmy bezpośrednio skutków toczącej się wojny. Jednak coraz częściej z zachodu napływali do nas uciekinierzy. Niestety, nadszedł dzień siedemnastego września. Od wschodu wkroczyli Sowieci. Cała fala uciekinierów zaczęła wycofywać się na zachód. Dla Polaków na wschodnich terenach życie zmieniło się w koszmar. Sowieci dali Ukraińcom swobodę, ci poczuli się bezkarni. No i zaczęło się piekło na ziemi. Morderstwa i prześladowania Polaków. Muszę w tym miejscu podkreślić fakt wcześniejszych, bardzo dobrych bardzo stosunków między Polakami i Ukraińcami. Przykładów można by mnożyć wiele. Ja też wówczas miałam koleżanki Ukrainki Lidię i Nadię, brat Janek miał kolegę Waśkę. Wejście Sowietów wszystko zmieniło. Nasi przyjaciele stali się wrogami, były na szczęście  wyjątki. Ukraińska banda każdej nocy zabierała z domu dwóch Polaków, w bestialski sposób   ich mordowała. Ciała ofiar wrzucano do jam torfowych. Przyszła kolej na naszego ojca. Ocalił mu życie przestrzegając w konspiracji Ukrainiec Tichon Karmiejczuk. Powiedział „Panie Stasik, dziś w nocy mają wziąć was i Kucharskiego. Uciekajcie.” Tato wyszedł , z nami się nie pożegnał, bo nie chciał przysparzać nam i sobie bólu. Mama dała znać Kucharskiemu. Ojciec dotarł do miasteczka Torczyn, tam było dużo uciekinierów z terenów zajętych przez Niemców. Uciekł śledzącym go Ukraińcom. O tym, że uratował się docierając do rodziny we wsi Lewniowa w powiecie brzeskim, dowiedzieliśmy się później. My natomiast od momentu ucieczki ojca przez wiele nocy przeżywaliśmy piekło na ziemi. Ukraińcy szukali ojca, w mieszkaniu robili rewizję, wrzeszczeli, grozili, że zabiją nas, kradli, co się dało. Kolejny etap dyskryminowania Polaków polegał na zabieraniu im tego, co chcieli wziąć Ukraińcy i dawaniu biednym. Zabrano nam ziemię, żywy inwentarz poza baranami oraz zostawiono wspaniałomyślnie sad. Nie zaniechano przy tej akcji oczywiście nocnych „wizyt” sąsiedzkich. Za każdym razem myśleliśmy, że to nasz koniec. W okolicy mordowano nie tylko mężczyzn, ale także kobiety. W święta Bożego Narodzenia, dano nam spokój, niestety po Nowym Roku 1940, znów praktykowano starą metodę nachodzenia w nocy. Trzeba wiedzieć, że do rana nikt w domu nie mógł zmrużyć oka. Nadszedł dzień wywózki. Początek długiej tułaczki.  O drugiej w nocy z dziewiątego na dziesiątego lutego, wpadli Ukraińcy z jednym żołnierzem sowieckim w mundurze NKWD, który poinformował mamę, że wyjeżdżamy w inne miejsce. Ten Rosjanin okazał się najbardziej ludzki, kazał po kryjomu bratu brać żywność na drogę. Zastrzelił z karabinu maciorę, kazał ją wypatroszyć, zapakować do worka i zanieść na sanie bagażowe. Ukraińcy klęli, ale posłusznie wykonywali rozkazy  żołnierza. Nie czekając na nasze wyjście,  zachowywali się jak u siebie w domu. U nas na podwórku zrobili punkt zborny. Nad ranem zaczęły zajeżdżać sanie z ludźmi i bagażami. Przeważały kobiety z dziećmi. W tych trudnych chwilach otuchy dodawała nam osadniczka Rokicka, która była wywieziona pierwszy raz na Sybir z rodzicami jako małe dziecko. Po spisaniu obecnych Polaków, około dziewiątej rano, długi korowód sań ruszył w drogę do oddalonej od nas szesnaście kilometrów stacji kolejowej Peresypy. Tam czekały na nas podstawione wagony dla bydła, do których zaczęto nas upychać.  Rozpacz była wielka;  nie tylko dzieci płakały, ale słychać było szloch kobiet wzdłuż całego pociągu. Wagony były podzielone na dwie części, każda z nich miała dwie drewniane prycze,  na każdej z nich mieściło się piętnaście osób, w całym wagonie sześćdziesiąt osób, a często więcej.  Po środku wagonu stał żelazny piecyk, tak zwana koza, kawałek za piecykiem bliżej ściany , w  podłodze był otwór z wystawiona rurą. Tam można było załatwiać potrzeby fizjologiczne. Po sprawdzeniu obecności według listy, usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi i opadającego rygla, nastąpiła  ciemność , bo dwa małe okienka pokryte gruba warstwą lodu światła nie dawały. W nocy pociąg ruszył w kierunku ruskiej granicy. W drodze wagony otwierano co dwa, trzy dni. Kazali wysiadać matkom. Wiedzieli, że wrócą do dzieci. Kobiety przynosiły drewno i wodę. Kiedy skończyły się zapasy żywności, zaczynał nam doskwierać głód. Po dwóch tygodniach przynieśli nam kilka bochenków chleba i zupę, która nie nadawała się do jedzenia. Wszystkim dokuczał ponadto tęgi mróz. Po miesiącu  dotarliśmy do Kopytowa. Był to duży obóz. Dzięki mamie pozostaliśmy w nim. Ludzie lepiej ubrani, zdrowiej wyglądający zostali zabrani w dalsza drogę. Tym, co pozostali, dali trzy dni odpoczynku, potem skierowali do pracy w lesie. Mama poszła do piłowania , rozbijania drzewa w tak zwane łupki i składania w metry drewna na opał. Brat Janek, pomimo, że nie miał jeszcze szesnastu lat, został przydzielony z dorosłymi mężczyznami do ręcznej ścinki drzew. Zamieszkaliśmy w barakach zbudowanych z grubych, okrągłych bali,  szpary poutykane były mchem. W środku, każda rodzina dostała niby pokój, czyli pomieszczenie z dwoma pryczami oddzielone deskami od sąsiednich.

W końcu marca przyszła komisja, która spisała wszystkie dzieci powyżej trzynastu lat. Między nimi zalazłam się również ja. Ruski brygadzista  zaprowadził nas na ogromny teren, na którym znajdowały się  wykarczowane korzenie ściętych wcześniej drzew. Naszym zadaniem  było ściągać te korzenie w jedno miejsce i palić. Dostaliśmy linki, które zakładano nam na ramiona, końcówki zaczepialiśmy do korzenia i ciągnęliśmy. Pracowałam przy ściąganiu tych korzeni trzy tygodnie. Zachorowałam na nogi, które wskutek ciężkiej pracy opuchły mi powyżej kolan. Na tej opuchliźnie pojawiły  się jakby guzy,  przy tym dostałam silnej gorączki. W takim stanie dostałam się do szpitala. Bardzo mi było żal moich pięknych, gęstych i długich włosów, które w chorobie wyszły same. W szpitalu przeleżałam trzy miesiące. Kiedy wróciłam do baraku , było lato. Z mchu w szczelinach ścian, wszystko, co zimą spało, zdążyło wtargnąć  do pokoiku. Było dużo pluskiew,  czerwonych mrówek. Gryzły niemiłosiernie, z trudem wytrzymywaliśmy.  Karakany atakowały jedzenie. Jesienią wywieźli nas z Kopytowa w głąb lasu, do posiołka  Niżnaja  Łupia nad rzekę Wyczegdę.   Była to Archangielska Obłość. Tu mieszkaliśmy też w domach z okrąglaków, jednak były one piętrowe. W środku panowała ogromna ciasnota. Na przykład siedem osób naszej rodziny zajmowało dwie prycze. Dokuczał  nam głód. Chleb był na kartki. Pracującemu przysługiwało siedemset gramów, dziecku trzysta gramów chleba. Dla głodującego i ciężko pracującego człowieka te porcje nic nie znaczyły. W posiołku była stołówka, w której można było kupić zupę, kasze, groch czy bliny. Na utrzymanie się w stołówce mógł sobie pozwolić tylko ten, kto był bez rodziny i pracował tylko na siebie. Mama  chodziła po kołchozach i wymieniała co się dało, szczególnie rzeczy osobiste na jedzenie. Czasem przynosiła trochę mąki albo kaszę, czasem kartofelki.   Przydzielono mamę do pracy w bani, rodzaju łaźni, takiej rosyjskiej sauny.  Nadeszła  zima. Zbliżało się Boże Narodzenie i było coraz głodniej. W wigilię i święta zjedliśmy suchy chleb,  popiliśmy kipiatokiem czyli gorącą wodą. Mama zrobiła nam niespodziankę, po północy, w pierwszy dzień świąt przytaskała z odległego kołchozu szesnaście kilogramów kartofli. Syci i szczęśliwi poszliśmy spać. Na początku maja brat Janek zachorował na tyfus i został zabrany do szpitala. Tam na skutek złej opieki dostał obustronnego zapalenia płuc. Zapowiadał się w rodzinie dramat. Jednak dzięki rozpaczliwej interwencji mamy u lekarza, udało  się chłopca uratować. Wiosną , wszyscy ludzie pracujący w lesie, rozpoczęli pracę na spływie drewna na rzece Wyczegdzie. Ja też poszłam do pracy na spław. Pracowaliśmy na wodzie segregując według numerów  napływające dłużyce. Od czasu, kiedy wpadłam do lodowatej jeszcze wody, mama zakazała mi pracować przy spływie. Janek wyszedł ze szpitala. Został ukarany utratą dwudziestu jeden procent pensji przez okres pół roku za jeden nieusprawiedliwiony dzień nieobecności w pracy, kiedy zachorował i nie dostał się tego dnia do szpitala. Latem korzystaliśmy z dobrodziejstw lasu. Jedliśmy ogromne ilości jagód oraz malin. Nawet je sprzedawaliśmy zarabiając na cenny dla nas chleb. W sierpniu dowiedzieliśmy się o amnestii zastosowanej wobec Polaków przez rząd sowiecki.  Był to wynik porozumienia zawartego w dniu 30 lipca 1941 roku przez naszego premiera Władysława Sikorskiego i przedstawiciela Sowietów Iwana Majskiego. W tym czasie był ambasadorem ZSRR w Londynie.  Mogliśmy zacząć  poruszać się po  Rosji jako wolni ludzie. Zrobił się wielki ruch i zamieszanie, ludzie zaczęli wyjeżdżać na południe. Powstawały polskie delegatury i  formowano  wojsko polskie. Dowiedzieliśmy się, że w Buzułuku jest polska Delegatura i powstają oddziały naszego wojska. Ci, co mieli pieniądze na bilet  i na chleb, ruszyli więc na Buzułuk. My zostaliśmy. Pod koniec września udało się uciułać  trochę rubli, mama   piekła na płycie kuchennej placki na drogę. Ruszyliśmy w połowie października, kiedy śnieg sięgał do kolan, rzeka zaczynała zamarzać. Statkiem dopłynęliśmy szczęśliwie do Kotłasu.

Fragment art. „Moje wspomnienia”   Stanisława Krakowska      („Karkonosze” 1/2010)

Czerwiec, 2005 rok. Streszczenia wspomnień mieszkanki Kromnowa Stanisławy Krakowskiej dokonał  Edward Biliński.  Październik, 2009 rok.

Wstawił: Bogusław Szarwiło

http://ploch.pl/karkonosze/?page_id=111