Tego nie można zapomnieć piszą i mówią świadkowie wydarzeń jakie miały miejsce na Wołyniu w tragicznym dla Polaków 1943 r. Poniżej relacje o zbrodniach OUN-UPA tylko w czerwcu. Anna Kownacka Góral :W pierwszych dniach czerwca 1943 r. duży oddział samoobrony z Przebraża zorganizował transport dla ludności polskiej mieszkającej jeszcze w Kołkach i pobliskich koloniach. Wszystkich zabrano na Przebraże. Zostali tylko ci, którzy z jakiś powodów nie chcieli opuszczać swoich domów. Kilka dni później wszystkich Polaków, którzy zostali jeszcze w Kołkach, banderowcy spędzili do polskiego kościoła i spalili żywcem.

Z naszej kolonii prawie wszyscy dołączyli do transportu na Przebraże. Zostały tylko trzy rodziny, w tym nasza. Na drugi dzień rano, nasza jedyna sąsiadka Ukrainka przybiegła przerażona i ostrzegła nas abyśmy natychmiast uciekali, ponieważ w ich domu 15 banderowców szykuje się nas zamordować. Narażała życie, bo gdyby odkryli, ze poszła nas ostrzec, zabiliby ją i całą jej rodzinę. W ciągu kilku minut byliśmy gotowi do drogi. Tylko z tobołkami w dłoni i psem Żukiem na smyczy, uciekliśmy przez pobliski lasek, bocznymi ścieżkami na Chmielówkę. Była to polska kolonia w pobliżu Przebraża. Trzeba było tylko przejść przez las. Tam zamieszkaliśmy u naszego kuzyna Stanisława Drzewińskiego.  [1] Irena Gajowczyk : 2 czerwca 1943 miejscem zbrodni była wieś Hurby położona w powiecie zdołbunowskim . W jej wyniku zginęło około 250 Polaków.  Z domu nazywam się Ostaszewska, córka Jana i Marii (z domu Zielińskiej). […] Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień 2 czerwca 1943 roku. Wieczorem tego krytycznego dnia, mama całą piątkę dzieci przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach (dla porządku podaję imiona i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat, Marcel - 12 lat, siostra Lodzia - 10 lat, Irena - 6,5 roku, siostra Stasia - 4 lata, brat Tadzio - 1,5 roku). Mieszkaliśmy dość daleko od innych gospodarstw i tego dnia ktoś nas powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu. Tak też się stało. Marcel wziął na plecy Stasię, Mama najmłodsze z dzieci na ręce, ja zaś trzymając się sukienki Mamy i Lodzia - uciekałyśmy. Dołączyło do nas wielu sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, aby wynieść cenniejsze rzeczy i trochę żywności. Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy Mama zauważyła kilku młodych mężczyzn wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już duże, że pozwalało nam ukryć się. Brat Marcel z siostrą Stasią odbiegł od nas, siostrę Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z Mamą. Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar zboże - mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich znali. Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś. Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie podałam bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona przesiedziałam do rana przy zwłokach Mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy, bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce. Rano postanowiłam pójść do swojej cioci - Marii Terlickiej - myśląc w swej naiwności, że to tylko nas spotkało takie nieszczęście. Jej budynek, nowy, murowany, kryty blachą stał niezniszczony. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy po ukraińsku uciekłam stamtąd do mojej koleżanki, Stasi Materkowskiej. Jej budynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni. Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął: mała Laszka! Strylaj! Wybiegłam do dobrze znanego mi ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie, powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali. Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką, gałgankową, którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe co zmusiło mnie, by wyjść szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia, Helena Ostaszewska, która zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez ostatnią noc. Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów. Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię. Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęliśmy się chować - każdy myślał, że to banderowiec - a to był mój Ojciec. Opowiedział, jak całą noc uciekał przed banderowcami. Uciekł z płonącego domu przez okno i ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni Mamy i brata, niedaleko leżał nieżywy brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała ona dwie dziury w głowie oraz dwie, kłute nożem, dziury w brzuchu. Było widać jelita, jęczała i wołała Mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał Mamę, dwóch braci i sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było tez kilka wozów i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia, oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały bo w lesie mogą być banderowcy. Po przebyciu przez nas kilku kilometrów, leśną drogę zastąpili banderowcy krzycząc: "Siuda jidut Lachy". Padły strzały, Tatuś krzyknął abyśmy uciekały, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny. Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, które były zbyt duże (a może ja byłam zbyt mała), aby podołać w przerażeniu walce o ocalenie. Zgubiłam uciekających ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których zbiegli się banderowcy, i ja pobiegłam do Tatusia i widziałam, jak go strasznie bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam. Widziałam jak naszej sąsiadce Wasylkowskiej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca. Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do Ojca, Ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam tego Iwana, bo ciągle przychodził do naszego Tatusia jako przyjaciel. Ojca bili po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz drugi ujrzeli, postanowili skończyć ze mną raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot, a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle ile miał w garści odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił w ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam był dzień, bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta a mrówki były w buzi, w nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się zrywałam zielone jeszcze jagody i tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry, przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana, i leżąca obok głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły aby się ukryć. Leżałam przy drodze. Pamiętam jak podniósł mnie żołnierz (niemiecki) a ja prosiłam, żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego Ojca. Niemcy zaopiekowali się mną układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak będę pamiętać zawsze. Opowiadano mi, że mieszkańcy którzy się uratowali, uciekli do Mizocza i po trzech dniach wraz z wojskiem niemieckim, postanowili pojechać do Hurby aby zobaczyć co tam się stało.  Tak więc się okazało, że przeleżałam w lesie trzy doby. Na miejscu w Hurbach odnalazła się moja siostra Lodzia, której udało się uciec z lasu. Muszę dodać, że nikt nie zabierał pomordowanych, nie było jak i nie było czasu. Niemcy wyznaczyli bardzo mało czasu na pobyt w naszej wiosce w obawie przed banderowcami. Zwłoki wielu mieszkańców Hurbów były przez Ukrainców ponownie wygrzebane i porozrzucane po polach i ogrodach. Wujek Aleksander Warnawski był mężem siostry mojego Ojca. Mnie i siostrę Lodzię wzięli na wychowanie, ja trafiłam do niemieckiego szpitala w Mizoczu. Długo się leczyłam, rany bardzo ropiały. Mam siedem blizn na ciele, które z biegiem lat przestały mi przeszkadzać, jednak okaleczona psychika daje mi znać o sobie przez całe życie. [2] Feliks Jasiński : Mieszkańcy wsi Hurby byli ludźmi inteligentnymi i uczciwymi, ale w krytycznych dniach nie potrafili zjednoczyć się i bronić się wspólnie. Mieli trochę broni, lecz kryli się z nią do tego stopnia, że najbliżsi sąsiedzi nic o niej nie wiedzieli. Usprawiedliwiają się tym, że wśród nich zdrajca, który doniósł żandarmerii niemieckiej o tym, że jeden ze Stankiewiczów miał rewolwer. Przyjechał żandarm, zagroził Stankiewiczowi, ten się przyznał i rewolwer wydał, a żandarm z miejsca zastrzelił go. To nie była jedyna przyczyna krycia się z bronią. Druga to ta, że dość często odwiedzali ich folksdojcze Greber i Ignatowicz, z pochodzenia Niemcy. Wykryli oni kryjówkę kilku Żydów w uroczysku „Bednarka” i tam ich zabili. Warunki przechowywania broni były trudne. W okresie międzywojennym istniało w Hurbach „Przysposobienie Wojskowe” prowadzone przez D. Łapińskiego, a więc obchodzenie  się z bronią nie było im nieznane. Pomimo wymordowania przez UPA pobliskich wiosek, jak Balarni, Majdańskiej Huty i Starej Huty, większość mieszkańców Hurb nie wierzyła, że ich mogą wymordować. (….) Doczekali się 5 czerwca ogólnego napadu, w którym zginęło około 80 osób z dziećmi i nauczycielem Hruszowcem. Jeszcze wcześniej , w połowie maja, kilku banderowców weszło do domu Adama Krasickiego, wyprowadzili jego żonę z rocznym dzieckiem za dom do dołu po ziemniakach i tam ich zastrzelili. Dwóch synów Adama przedtem skryło się w życie i śmierć swych rodziców widziało z bliska. Druga rodzina Krasickich, uciekając furmanką do Mizocza, zabrała ze sobą dwie sieroty po zamordowanej rodzinie Jana Ostaszewskiego. W drodze zostali napadnięci. Krasickich pomordowano, a jedną dziewczynkę, Leokadię sierotę pokaleczono i rzucono do mrowiska. Druga pięcioletnia sierota zeskoczyła z wozu, pędem pobiegła w las i ocalała. Nazajutrz druga większa grupa, jadąc tą samą drogą zabrała je ze sobą. W rozległych ranach miała mnóstwo mrówek. Została wyleczona. Trzeciego dnia po napadzie, z Mizocza wyjechało 27 furmanek z żandarmerią i mężczyznami Polakami. Trupy pogrzebali na miejscu padnięcia, a ocalałych zabrali ze sobą do Mizocza. Do tego Miasteczka uciekli mieszkańcy Chiniówki, Kurdynia, Mostów II, część ze Starej Huty, Zielonego Dębu i tam ulokowali się w pustych żydowskich domach. Była tam cukrownia „Mizocz” i przy niej żandarmi niemieccy. Niebawem, wieczorem, duża banda banderowców napadła na Mizocz. Wymordowano wielu Polaków. Z Hurb zginęło tam około dwudziestu osób i wiele z innych wsi, lecz nie jest możliwością ustalenie dokładnej liczby ofiar. Żandarmeria broniła się w blokhausie i nie robiła żadnych wypadów w celu obrony ludności. [3]  13 czerwca 1943 r. (Zielone Święta) podczas trzeciego napadu ukraińskiego na Stachówkę. kolonia zaalarmowała samoobronę w kolonii Poroda (gm. Włodzimierzec), z której natychmiast przybyły posiłki w liczbie 30 ludzi. Cała kolonia była otoczona przez upowców, którzy z dwóch karabinów maszynowych prowadzili po kolonii ogień. Jeden karabin maszynowy był umieszczony na drzewie, drugi na wyschniętej studni. Równocześnie Ukraińcy atakowali przy pomocy bagnetów osadzonych na kijach, siekierami i widłami. Miejscowa samoobrona odpierała ataki. Cała wieś płonęła. Przybyła pomoc z Porody zlikwidowała oba stanowiska karabinów maszynowych i zaskakując napastników od tyłu, ujęła pięciu oraz kilku zastrzeliła. Rano do Stachówki przyjechały z Włodzimicrca wozy pancerne z wojskiem niemieckim, co spowodowało paniczną ucieczkę napastników. Ujętych przez samoobronę pięciu napastników Niemcy rozstrzelali, przy czym trzem z nich, którzy nic chcieli przyznać się do udziału w napadzie, obcięli wcześniej palce. Kolonia spłonęła całkowicie. Zginęły 22 osoby, które ludność pochowała we wspólnej mogile. Część mieszkańców Niemcy zabrali do Włodimierca. Po trzech tygodniach nękania napadami, spaleniu domostw, wobec tego, że siły malały i amunicja się skończyła, zdecydowano się opuścić Stachówkę. 50 rodzin przeniosło się do kolonii Wydymer i Parośla II (obie w gm. Antonówka), część do Porody, Prurwy (obie w gm. Włodzimierzec) i do Włodzimierca. Po drodze poniesiono jeszcze znaczne ofiary w zabitych i rannych (liczba nie ustalona). Następnie ludność Stachówki ewakuowała się do San. Po przybyciu do Sarn Niemcy z miejsca oddzielili mężczyzn zdolnych do pracy od kobiet i dzieci i w różnych terminach wysłali transportami na roboty do Niemiec. Łącznie w różnych okolicznościach w Stachówce zginęło 85 osób (w tym polegli w walkach). Liczba ofiar zbrodni nacjonalistów ukraińskich: ~ 78 Polaków. Liczba poległych w walce: 7 Polaków, ~ 21 Ukraińców. [4] Bronisława Murawska-Zygadło : Tragedia wydarzyła się nagle i niespodziewanie. Były akurat Zielone Świątki, w niedzielę, kiedy grupa banderowskich zbirów otoczyła ze wszystkich stron małą kolonię Głuboczankę (gm. Ludwipol, pow. Kostopol) . Byliśmy wszyscy w domu -- ojciec ,Antoni, brat Marian -- lat 16, brat Adam -- lat 9, siostra Barbara -- lat 2. Mama Antonina w tym czasie wyszła do sąsiada, brata ojca -- Aleksandra Murawskicgo. Bandyci spotkali ojca na podwórku, wprowadzili go do kuchni i kazali położyć się na podłodze. Pamiętam wyraźnie bladą twarz ojca. Powiedział cicho do nas: "Kładziemy się dzieci, oni będą teraz nas rąbać". W tej sekundzie słyszałam straszliwy huk wystrzału karabinowego --trzymałam na ręku małą Basię. Skaczę w jednej chwili do uchylonego okna, Basia wypadła mi z rąk, słyszę za sobą dalej kilka wystrzałów karabinowych. Wybiegam na podwórze, wpadam w zboże. Uciekam, nie wiem w jakim kierunku, ale byle dalej od bandytów. Za mną skoczył do okna brat Marian. Trafiły go jednak dwie kule bandytów --jedna w plecy obok łopatki, druga rozpryskowa urwała mu dolną lewą żuchwę. Padł do tyłu z powrotem do wewnątrz i zawisł na kołysce, na biegunach, stojącej tuż przy oknie. Marian zapamiętał tylko dwa słowa bandyty, który w tym momencie podszedł do kołyski i złapawszy go za włosy zwisającej w dół głowy, powiedział "Konać Lachu"! Nie-przytomna ze strachu parłam przed siebie zupełnie na ślepo aż do zupełnego wyczerpania sił. W bezpiecznej, jak mi się wydawało odległości od zagrody, gdzie grasowali banderowskie zbiry, usiadłam straszliwie zmęczona, pełna najgorszych przeczuć i myśli o pozostałych członkach rodziny. Po pewnej chwili zauważyłam zdążającego w moim kierunku znajomego Ukraińca, byt to Misza Uniszczuk. Rozdygotanym głosem zawiadomiłam go o mojej tragedii rodzinnej. Stał obok mnie i współczująco patrzał, słuchając, co mówię o wybiciu całej mojej rodziny. Miał on dla mnie nową informację, twierdząc że widział brata Mariana rannego, leżącego pod krzakiem leszczyny, tuż nad rowem koło naszego domu. Nie pamiętam już ile czasu upłynęło, zanim wróciłam na podwórze. Przed progiem w kałuży krwi leżał ojciec, dalej zmasakrowany młodszy brat Adam. Basia w kuchni była przebita kilkakrotnie bagnetami i wyrzucona przez okno na podwórze. W pobliżu, w zagrodzie stryja Aleksandra, leżała zabita mama, miała głowę rozciętą, nieżywa [też ] babcia Bronisława, ojca matka. Dalej leżały zwłoki całej rodziny stryja Aleksandra i on sam, w ilości trzech osób. W głowie czuję zamęt, ogarnia mnie zupełna niemoc, oglądając straszliwą masakrę najbliższych mi ludzi. Ocaleni mieszkańcy wsi, klucząc w zbożu i krzakach, powoli zbliżają się do centrum [kolonii]. Wzajemnie, jeden drugiego cichym głosem, informują o zabitych. Podbiegam pod krzak, gdzie leży brat Marian. Widzę okropną ranę na twarzy, urwana dolna żuchwa, a z piersi bucha spieniona krew. Daje znaki ręką, by podać coś do pisania i papier, gdyż nic może zupełnie mówić. Pisze na podstawionej kartce, abym szybko uciekała stąd i ratowała swoje życie, gdyż on wnet umrze. Garstka ocalonych ludzi w straszliwej trwodze szuka swych bliskich na polach i podwórkach. Zbliża się mrok. Przygarnia mnie do siebie rodzina Jadowskich. Nocujemy w zbożu bez nadziei, że uda się nam wyrwać z tego pieklą. Starsi mają zamiar przedostać się do dużej wsi ukraińskiej nad Stuczą w kierunku północnym -- do Bystrzyc [gm. Lu-dwipoll. Stacjonują tam Niemcy. Bardziej odważni zaczynają ściągać trupy w jedno miejsce. Po pewnym czasie powstaje nowa panika. Kto żyw ucieka w różne strony. Zbliża się ponownie kolumna furmanek. Najpewniej to banderowcy. Brata Mariana, w dniu mordu pod wieczór, znajomy Ukrainiec Tychon załadował na wóz i powiózł do Bystrzyc w nadziei, że lekarz niemiecki poradzi coś z rannym. Jednak stało się inaczej. W takim stanie nie zostaje przyjęty do leczenia w Bystrzycach. Powrócił z rannym i zostawił brata tam, gdzie i ja przebywałam -- w rodzinie Jadowskich. Wkrótce nadjechali Niemcy. Przeglądnęli straszliwe ofiary mordu, po czym kazali się pośpieszyć z grzebaniem rozkładających się już ciał. Obawiali się najpewniej epidemii jakiejś choroby. […]  Prosiłam dowódcę hitlerowskiego oddziału, by ponownie zabrał brata do jakiegoś lekarza. Ten oglądnął pobieżnie rannego i kazał żołnierzom zwolnić jedną podwodę, na którą złożono półprzytomnego chłopca. Jechali razem do Bystrzyc w kolumnie wojskowej. [5] Henryk Redzik ; Po ucieczce z Czajkowa mieszkaliśmy niecały miesiąc w Stachówce. Moja rodzina schroniła się tu w nadziei, że będzie bezpieczniej. Niestety, los tak pokierował, że po napadzie band UPA na Stachówkę, część naszej rodziny, cudem ocalona, została zmuszona do dalszej ucieczki. 13 czerwca 1943 r. przeżyłem napad band UPA na Stachówkę. Pamiętam jak upowcy uzbrojeni w broń maszynową i karabiny okrążyli całą kolonię ze wszystkich stron. Razem z nimi było wielu Ukraińców z okolicznych wsi, uzbrojonych w widły i siekiery. Napastników było kilkuset. Najpierw ostrzelali wieś z broni maszynowej i karabinów, niektóre zabudowania zaczęły płonąć od zapalających kul. Nieliczna i słabo uzbrojona polska samoobrona próbowała stawiać opór. Upowcy z wrzaskiem „hurrra" i krzykiem „rizat' Lachiw" wtargnęli w trzech miejscach między domy kolonii. Mordowali każdego kogo napotkali, przy użyciu wideł, siekier i bagnetów. Do uciekających strzelali. Jedni mordowali, drudzy rabowali dobytek i podpalali budynki. Podczas tego napadu została zamordowana moja mama Franciszka Redzik (40 lat). Zmarła od ran kłutych bagnetem po całym ciele. Mój stryjeczny brat Henryk Redzik (22 lata) został zamordowany w okrutny sposób. Najpierw wyłamano mu ręce z ramion. Słyszałem jak on głośno krzyczał z bólu. Leżałem w łóżku kilka metrów od niego. Po chwili usłyszałem strzał, którym banderowiec zakończył jego życie. W zbożu banderowiec odnalazł mnie, ale żałował dla mnie kuli, zostałem zdzielony kolbą karabinu i szczęśliwie przeżyłem. Zginęły wówczas 22 osoby. Liczba ofiar prawdopodobnie byłaby znacznie większa, gdyby nie pomoc żołnierzy niemieckich z garnizonu we Włodzimiercu, którzy z zaskoczenia ostrzelali z broni maszynowej upowców, zabijając lub raniąc kilkunastu. Nasza samoobrona schwytała z bronią w ręku 16 upowców, z których 10 na rozkaz Niemców rozstrzelała, a 6 Niemcy powiesili na rynku we Włodzimiercu. Pod ich ochroną pochowano zamordowanych mieszkańców Stachówki. Z tego napadu z rodziny ocaleli: mój ojciec Wacław Redzik. bracia Janek i Tadek, którzy byli w samoobronie w okopach Stachówki. Cudem ocalała też moja 12-letnia siostra Kazimiera i ja - autor tej relacji. Ocalała też moja stryjenka z pięcioma córkami i synem Czesławem. ukryta w centralnym schronie w środku Stachówki, dokąd nie dotarli napastnicy. Ze Stachówki schroniliśmy się we wsi Prurwa, również w gm. Włodzimierzec.  [6] Kazimierz Panów : Resztki Polaków pilnujących jeszcze swoich sadyb, szybko zabrały się do miasta. Okoliczni banderowcy zorientowali się, że Polacy  w tym rejonie uciekli im spod noża, spowodowali prowokację we wsi Kopytków.  W tej wiosce m.in. mieszkały trzy rodziny moich kuzynów ze strony matki: Kowalacy, Glińscy oraz Kralowie.  W kilka dni po wyjeździe ich  i innych Polaków do Zdołbunowa, banderowcy wywiesili odezwy do Polaków nawołujące do powrotu. Mówiono  w nich, że tego rodzaju ekscesy były wielkim nieporozumieniem, że Polacy mogą wracać do swoich domostw, że nie grozi im ze strony Ukraińców żadne niebezpieczeństwo. Niektórzy dali się na tę akcję prowokacyjną nabrać,  w tym również ciotka Glińska, jej dorosła córka  z mężem  i dwoje dzieci nieco młodszych ode mnie. Na szczęście głowa domu, wujek Kowalak  i ich najstarsza córka Wikta pozostali  u nas. Drugiej czy trzeciej nocy (17 czerwca 1943  -red) stało się nieszczęście. Wymordowano wszystkich powyżej lat 12, dlatego też moi najmłodsi kuzyni ocaleli.  Z ich relacji znamy przebieg tej strasznej nocy. Późną nocą obudził domowników łoskot wyłamywanych drzwi. Banderowcy wdarłszy się do środka poprzykrywali czy też  kazali się przykryć pierzynami. Dorosłych, tj. ciotkę  i jej zamężną córkę, położyli na podłodze, po czym do leżących zaczęto strzelać. Należy nadmienić, że młoda mężatka była w ostatnim miesiącu ciąży. Po oddaniu strzałów zaczęto dobijać leżących bagnetami mówiąc przy rym  „mech  i ja umoczę bagnet w polskiej krwi”. Męża ciotecznej siostry usiłowano zamordować   w nieco inny sposób. Morderca odwróciwszy go do siebie tyłem strzelił  w kierunku głowy  z najbliższej odległości. Na szczęście nie trafił dobrze, pocisk przeszedł rozrywając policzek powodując duże krwawienie, dawało to pozory strzału śmiertelnego. Wychodząc  z domu mordercy podpalili domostwo. Cioteczny szwagier, o którym mowa, pomimo krwawienia nie stracił przytomności i wyczołgał się za strefę ognia. To samo zrobiły dzieci. Nie pamiętam,  w jaki sposób dowiedzieliśmy się  o tym,  co się stało.  W każdym razie przy pomocy wojsk węgierskich, chyba  w tym samym czasie  sprowadziliśmy do Zdołbunowa szczątki popalonych ofiar i zorganizowaliśmy im katolicki pogrzeb. […] W kilka dni po omawianym pogrzebie  kuzyn z tej samej wsi Kopytków  – Kazik Gliński, nie bacząc na grożące niebezpieczeństwo, wybrał się na wieś ze swoją koleżanką, bo coś im trzeba było przynieść ze wsi. Poszli  i nie wrócili, wszelki ślad po nich zaginął. Do dzisiaj nie wiadomo  w jakich okolicznościach zostali zamordowani. [7] Tadeusz Filipczak ( urodzony w 1928 r. w miejscowości Czaruków  pow. Łuck):  Wszystko zaczęło się 17-18 czerwca mówi Mieszkałem z rodzicami w kol. Chrobrów gmina Czaruków. Od wiosny wszyscy mieszkańcy naszej wsi nie spali  już w swoich domach,  po krzakach, w polu a niektórzy w wykonanych przez siebie schronach. Niepokojące wieści o mordach ukraińskich band dochodziły ze wszystkich stron. Wspomnianego czerwcowego dnia mordu dokonano i u nas. Napadnięty został Jan Michałek z dziewczyną. Jego zamordowano a ona zdołała uciec na stację kolejową  w miejscowości Nieświt, gdzie znajdował się wojskowy posterunek niemiecki. Od tej pory rodzina moja jeździła na noc do kościoła położonego właśnie w tej miejscowości. Napad na naszą miejscowość był przygotowany przez UPA na 19 czerwca. O tym fakcie powiadomił nas ukraiński sąsiad Siańko Klepiec w chwili kiedy paliły się już Jeziorany Szlacheckie. Tata w tym czasie był u Michałka pomagał przy wykonaniu trumny. Ja razem z mamą uciekliśmy do stryja Edwarda Filipczaka skąd już razem z nim do Budek Osieckich gdzie mieszkał stryjenki brat Bolesław Konopko. Stamtąd wszyscy razem uciekliśmy do Torczyna. W czasie napadu zamordowano 13 Polaków, jedną Czeszkę, 2 Rosjan i Ukraińca Siańko Klepca za to, że uprzedził Polaków o napadzie. W Torczynie przebywaliśmy koło miesiąca skąd pod eskortą Niemców kolumna ocalałych z rzezi Polaków została przeprowadzona do Łucka. W czasie żniw jednak rodzina moja postanowiła wrócić po zbiory. W grupie osób które wyruszyły był również mój dziadek z babcią. Jak wszyscy zbierali się do powrotu oboje pozostali na trochę by skończyć zbiór. Banderowcy zaskoczyli ich w czasie opóźnionego powrotu. Dziadka wrzucili jak kłodę drewna na wóz siadając na nim a babcie przywiązali do wozu. Jak dojechali do gospodarstwa oboje wrzucili do studni. [8] . Regina Falkowska: W czerwcu 1943 doszło do pierwszego większego napadu na miasto Bereźne, w wyniku którego zginęło kilkunastu jego polskich mieszkańców. Miasto to od wiosny było schronieniem dla polskich uchodźców z rzezi wołyńskiej. Od kwietnia 1943 w mieście stacjonowała  tu 2. kompania 202. Batalionu Schutzmannschaft, która odpierała ustawiczne ataki UPA. Wskutek tych napadów w Bereznem zginęło łącznie 96 Polaków.  Wydarzenie to skłoniło wielu mieszkańców do ucieczki do Równego, Saren lub Kostopola.  Jest 26 czerwca 1943 r. późne popołudnie. Górna kolonia, gmina Ludwipol, pow. Kostopol. Regina Falkowska , 14-letnia dziewczynka, bawi się w ogrodzie za domem. Rodzice i jej rodzeństwo odpoczywają w środku. Cały tydzień pracowali na polu. Są właścicielami niewielkiego gospodarstwa rolnego. Często przy pracy pomagają im znajomi z okolicznych ukraińskich wiosek. Regina mieszka tutaj od urodzenia jak jej rodzice. Wspomina; Kiedy usłyszałam strzały i przerażające krzyki ludzi, nie wiedziałam, gdzie mam iść i co robić, przez chwilę stanęłam i patrzyłam, co się działo. Wszystkie podwórka były gęsto zapełnione banderowcami :bili, rąbali siekierami, nożami, mordowali w okrutny sposób. Szli gęstym pasem, żywej duszy po sobie nic zostawiali, wszystko palili. Naraz usłyszałam głos mego stryjka, który wołał swego syna, żeby uciekał za nim, ale ten syn już nie zdążył uciec. Wtedy ja szybko podbiegłam do stryjka [Jana Wojdata], a było to w polu i wtedy ze stryjkiem uciekaliśmy przez pola, żeby gdzieś się można było skryć. Ale już nie było takiego miejsca, gdzie można się było skryć. Oni byli wszędzie. Poszliśmy do rzeki, była to rzeka Słucz, dość głęboka. Chcieliśmy przejść na drugą stronę rzeki, kiedy wyszliśmy na pół rzeki, a woda się-gała mi do brody, wtedy padł strzał z drugiej strony rzeki , widziałam jak zza krzaka [banderowiec] kierował  do nas karabin. Naraz strzelił, ale strzał nie był trafny, kula chlupnę ta obok nas. Wyszliśmy z tej rzeki, udaliśmy się w kierunku skał i głębokich jarów, uważaliśmy, że ich tam nie ma. Kiedy wchodziliśmy do takiego jaru, naraz widzimy, może około 15 metrów przed nami, staje banderowiec, lufa karabinu skierowana do nas. I to już był dla nas koniec, nie było czasu do namysłu. Ja w tym momencie skręciłam w  bok, zrobiłam takie jakby półkole, weszłam między kamienie, skuliłam się, oczy zamknęłam, żeby nie widzieć tego, co będzie w pierwszej chwili robić ze mną, żeby nie widzieć noża albo siekiery. W tym momencie strzelił do stryjka, naraz stryjek upadł, jeszcze chwilę jęczał i po chwili skonał, było to tuż koło mnie. Wszystko słyszałam, ale oczy nadal miałam zamknięte, naraz słyszę, że chodzi wkoło mnie, a byt to już zmrok, a z tamtej strony rzeki banderowiec widział, gdzie ja weszłam i woła na tego, który mnie szuka, i kieruje go gdzie ma iść, i [ten] tak nadal chodzi wkoło mnie. Słyszę wyraźnie jego chodzenie. I do dziś wierzę tylko w to, że to było przeznaczenie, że to była mocna ręka, że mu oczy zasłoniła, bo przecież chodził wkoło mnie i szukał. Ja w tej skale przesiedziałam całą noc, bo oni tam byli całą noc, i następny dzień, i ja nie mogłam wyjść z tej kryjówki. A następnego dnia, gdzieś koło południa, wyskoczyłam z tej skaty i przybiegłam do swego domu, i co zobaczyłam: dom spalony i wszystkie budynki. I nie spotkałam ani jednej żywej osoby, tylko pomordowani leżeli jak snopy po polu. I stanęłam przerażona pod gołym niebem bez rodziny, bez dachu nad głową. Wtedy ogarnął mnie jeszcze bardziej przeraźliwy strach. Nie wiedziałam, co mam z sobą zrobić, i pobiegłam w pole między zboża, i w tym polu siedziałam do wieczora. Szukałam swojej rodziny i nigdzie nie znalazłam. Tylko spotkałam sąsiada i sąsiadkę, i przyłączyłam się do nich. W nocy wyszliśmy, [aby] iść w kierunku Starej Huty [gm. Ludwipol]. Szliśmy przez las całą noc, następnego dnia, a właściwie to już trzeciego dnia [od napadu], byliśmy w Starej Hucie. W tym czasie w Starej Hucie stacjonował oddział samoobrony. Kiedy doszliśmy, partyzanci mieli już przygotowane wozy, kazali siadać i jechać z nimi na Górną kolonię i odnaleźć [kogoś], może jeszcze ktoś żyje i pochować pomordowanych. Niełatwe to było zadanie, bo było zaledwie kilkunastu żołnierzy, a w każdej chwili można się było spodziewać lawiny banderowców. Nic udało nam się pochować wszystkich w jednej mogile, tylko część została złożona do jednego dołka, a reszta [tam], gdzie kto leżał zabity, tam go przygrzebali piaskiem i tak to pozostało do dziś, i do dziś te kości leżą porozrzucane po polu. Okropny szok przeżyłam, kiedy odnalazłam swoją rodzinę pomordowaną. Przerażający to był widok dla mnie, kiedy zobaczyłam, jak moi Rodzice, Siostra i Brat leżą pomordowani, a Siostra żywcem spalona w stodole. Nie mogłam się z tym pogodzić, za co ich zamordowano. To się nie da opisać, jak ja przeżywałam. To było straszne. Rodzice w tym czasie, kiedy nastąpiło morderstwo, schowali się do piwnicy, ale kiedy zaczęło się palić mieszkanie, oni wyszli z piwnicy i uciekali do lasu, ale nie zdążyli się skryć, zostali pomordowani. Opowiadał mi o Rodzicach naoczny świadek Wilczyński Jan, który byt razem z moimi Rodzicami i on ocalał. A ja zostałam sierotą (w wieku lat 14), bez Rodziców i Rodzeństwa, bez dachu nad głową, i bez jakichkolwiek środków do życia. I nadal tak pozostałam w Starej Hucie. Chodziłam jak obłąkana, chociaż ludzie dali mi co mieli do zjedzenia, ale ubrać się nie miałam w co, bo wszystko zostało spalone. Po kilku dniach mego pobytu w Starej Hucie zjawił się oddział partyzancki, którym dowodził Władysław Kochański, ps. Bomba który stacjonował w Starej Hucie. Spotykałam kilka razy wielu znajomych, którzy byli w tej partyzantce i proponowali mi, żebym wstąpiła do tej partyzantki. Co miałam robić i gdzie iść, zgodziłam na to. Przyjęto mnie do plutonu gospodarczego, w którym dowódcą był Pawełczak Franciszek. Ja w tym plutonie naprawiałam odzież i pomagałam w kuchni. W czasie większych walk opiekowałam się rannymi. Ja w tym oddziale "Bomba" byłam od lipca 1943 r. do grudnia 1943 r. W grudniu 1943 r. podczas przenoszenia mojego plutonu w inną miejscowość, musiałam pozostać w Starej Hucie, ponieważ zachorowałam na tyfus. Długo i ciężko chorowałam, bo nie było lekarstw, nie było lekarzy, ani jeść nie było co, nie było żadnych środków do prania, panował świerzb i wszawica. Niełatwe to było życie do końca wojny. Walki trwały nadal. Byliśmy bardzo często atakowani przez Niemców, a najczęściej przez bandy UPA, bez żywności i leków zmożeni ciężkimi chorobami. W tym też czasie odnalazł mnie mój Wujek, z którym przyjechałam na Ziemie Odzyskane.[9]

Pierwsza połowa 1943 roku pochłonęła wiele ludzkich istnień na tych terenów, ale kulminacja rzezi miała dopiero nadejść. Badacze piszą, że do lipca na Wołyniu zamordowano co najmniej 15 tys. Polaków. Ale to był  jednak dopiero przedsionek piekła, a prawdziwe piekło przypadło na okres lata. Wtedy  cały Wołyń stanął  nie tylko w płomieniach ale i spłynął krwią niewinnych dzieci, kobiet i starców. Niespotykane do tej pory wynaturzenie niedawnych sąsiadów osiągnęło apogeum.

1] Fragment relacji bezpośredniej świadka.

2] Fragment wspomnień opublikowany w: "Głos Kresowian" - nr 11, maj-czerwiec 2003.

3] Fragment z: opracowania pt. : „Kronika Losy Polaków Parafii Kąty Powiatu Krzemienieckiego, Województwa Wołyńskiego W latach 1939-1945”  autorstwa:  Feliksa Jasińskiego.

4] Fragment opracowania dotyczący kol.  Stachówki : ” Zygmunta Bukowskiego: wydane we Wrocławiu w 2008 r. pod tytułem "Poroda".

5] Fragmenty; „Wspomnień wczesnej młodości i lat okupacji 1943-1944 ” Bronisławy Murawskiej - Zygadło, byłej mieszkanki kolonii Głuboczanka (gm. Ludwipol, pow. Kostopol).

http://slowicki.republika.pl/kosto-pol.htm

6] Fragment wspomnień : Byłem świadkiem - Henryk Redzik, Jelenia Góra 2002 r. http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/zygmunt_bukowski_poroda6-7.html

7] Fragment: Kazimierz Panów, Zdołbunowskie wspomnienia. Spowiedź bez konfesjonału . Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo, 2001 Tom 4

8] Fragment  relacji bezpośredniej świadka.

9] Relacja Reginy Falkowskiej z d. Wojdat, byłej mieszkanki kolonii Górnej (gm. Ludwipol, pow. Kostopol), datowana 20 stycznia 1994 r. http://slowicki.republika.pl/kosto-pol.htm

 

 


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud3.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 830 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6515591