Zasmyki były największą polską kolonią w okolicy, a nie jest wykluczone, że nawet w całym kowelskim powiecie. Otaczało je kilka wsi, a mianowicie; od zachodu i południowego zachodu przylegała do Zasmyk wieś i kolonia Piórkowicze oraz częściowo wieś i kolonia Gruszówka .od wschodu Rokitnica, Stefanówka i nieco dalej Peresieka. Od północy wzdłuż granic naszej wsi rozciągały się :Rokitnica, Białaszów i Stanisławówka, od północnego zachodu-Janówka. Długość Zasmyk przekraczała pięć kilometrów i to miejscami dość gęstej zabudowy. Ze wszystkich prawie stron otoczone były Zasmyki lasami. W ten sposób miejscowość nasza sprawiała wrażenie przytulnej, cichej, osłoniętej naokoło jakby wieńcem, linią zielonych ścian. Wieś ciągnęła się linią falistą z zachodu na wschód. Droga wiejska zaczynała się jako odgałęzienie od traktu prowadzącego od strony Piórkowicz w kierunku Lubitowa i Kowla. Biegła zabudowana obustronnie aż do samej Rokitnicy. W połowie mniej więcej długości, tuż za zabudowaniami Bolesława Brudka, łączyła się z traktem kupiczowskim i zataczała głęboki meander wprost na północ, by po mniej więcej dwustu do trzystu metrach, w pobliżu nowej szkoły, zboczyć lekko w stronę północno-wschodnią, a przed kościołem prawie pod kątem prostym znów skierować się na wschód. Później, po trzystu do czterystu metrów falistą linią, to nieco wznosząc się w rejonie Gissyngów i Rowińskich, to opadając nieznacznie za Bolesławem Piatkiem, biegła niemal prosto aż do Rokitnicy. Tuż przy granicy z tą wsią znajdowały się ostatnie zabudowania Zasmyk, należące do Adama Piątka. Doskonała ścieżka, ba -droga prawie- wiodła z Janówki i Stanisławówki do Zasmyckiego kościoła. Była tak szeroka, że w razie potrzeby nawet furmanki, a w zimie sanie, mogły tamtędy z powodzeniem przejeżdżać. Zabudowania zasmyckie od strony zachodniej t .j. od Piórkowicz, rozpoczynał do Gosiów .Następne zabudowania należały do Stanisława Mariańskiego.( Tak po latach opisał swoją rodzinną wieś Leon Karłowicz- Mariański) Na Nowy Rok do Zasmyk ściągnął „Jastrząb” ( Por. Władysław Czermiński- red). Uznał, że UPA jeszcze raz może próbować szczęścia i podejmie kolejna próbę wyrżnięcia Zasmyk. Nowy Rok minął jednak spokojnie i wszystko wróciło „do normy”.  Wspomina:  Monika Śladewska, mieszkanka Zasmyk. Oddział „Jastrzębia” po grudniowym ataku UPA  na Radomle i Janówkę, wiele czasu poświęcił na przeczesywanie okolicy w poszukiwaniu oddziałów ukraińskich. Ostatecznie uznano, że teren jest czysty i w miarę bezpieczny. Tymczasem 4 stycznia 1944 roku wojska 1 Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej przekroczyły dawną granicę ZSRR z Polską w rejonie Rokitna. W tej sytuacji dowództwo Okręgu AK Wołyń zdecydowało się przystąpić do realizacji planu „Burza” na Wołyniu.           15 stycznia 1944 roku pułkownik „Luboń”- Kazimierz Bąbiński, dowódca okręgu AK Wołyń, wydał rozkaz: koncentracji sił AK (dla inspektoratów AK, Kowel i Łuck)  w zachodniej części Wołynia. Olgierd Kowalski, ps. „ Czarny” OP. „ Łuna”: Od 16- stego stycznia 1944 r do miejscowości opanowanych przez oddziały partyzanckie zaczęła z Kowla napływać młodzież, żołnierze oddziałów konspiracyjnych. Na bazie skoncentrowanych tu oddziałów partyzanckich formowano 27 Wołyńską Dywizję Piechoty. Z Kowla przez Zieloną, Radomle, Janówkę do Zasmyk, szły grupy młodych ludzi będących od dawna w konspiracji, jak również świeżo zwerbowani, pragnący wstąpić do tworzącego się polskiego wojska. Oczywiście z Zasmyk kierowano tych ludzi do Kupiczowa i Suszybaby, bo właśnie tam formowano nowe oddziały, odtwarzającej się dywizji wołyńskiej.  Jan Jakubiak ps. „Klin”  OP „Gzymsa” (por. Franciszka Pukackiego ): Pamiętnym dniem w moim życiu partyzanckim był dzień 16. 01. 1944 r.  W tym dniu na polanie przy wsi Suszybaba, w zimowy słoneczny i mroźny dzień, stanął na białym śniegu Ołtarz Polowy. Na przeciw w czworoboku 300 nowych partyzantów, gotowych do złożenia przysięgi wojskowej. Wypowiadane słowa przysięgi wojskowej ścisnęły za gardło, a łzy z oczu popłynęły przy śpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego: „Jeszcze Polska nie zginęła....” Tego hymnu, którego nie można nam było śpiewać przez ostatnich kilka lat. Wyzwoliło się we mnie, tak wielkie uczucie radości, że do dziś nie sposób tego zapomnieć.

Tam przebywał, również  Leon Karłowicz ps. „Rydz” z OP ( skrót- Oddział Partyzancki – red) „Jastrzębia”, co odnotował w swoim notatniku: Był wtedy mroźny, słoneczny ranek 19 stycznia 1944roku. Słońce świeciło blado, zawieszone nisko nad chatami Suszybaby, śnieg chrzęścił pod butami, kiedy pełniąc wartę, przechadzałem się tam i z powrotem wzdłuż jednego z bardziej okazałych budynków, w którym mieścił się nasz sztab. Mróz chwytał za policzki, szczypał w uszy, dobierał się do palców nóg. Postukiwałem co chwila czubem lewego buta o pietę prawego i na odwrót, usiłując tym sposobem nie dopuścić do przemrożenia stóp. Wszystko to, naturalnie, nie psuło dobrego samopoczucia, jakie towarzyszyło nam wszystkim podczas postoju w tej dużej poukraińskiej wsi, gdzie nie dawno dokonała się nie jedna polska tragedia. (…)  Banderowcy nie byli prawie widoczni od czasów Janówki: przycichli i widocznie z rzadkimi minami spoglądali z daleka na nasze rosnące wciąż zastępy. (…) Ale pogotowie bojowe należało utrzymywać nieustannie, z karabinami więc nie rozstawaliśmy się ani na chwilę. Tymczasem w Zasmykach zaczynał się zwykły dzień, a była to środa. Wspomina  Henryk Bartoszewski ps. ”Chrzan” – OP „Sokoła” ( por. Michała Fijałki) : Pamiętam ten dzień bo mam na imię Henryk, a to moje imieniny  i kończył mi się urlop zdrowotny. Kilku kolegów i koleżanek z Janówki i Stanisławówki poszło do Zasmyk do kościoła, do spowiedzi, potem poszedłem jeszcze do szewca pana Hertera z Radowicz. Robił mi nowe buty, prawdziwe wojskowe, saperki, z których bardzo się cieszyłem. Szewc dotrzymał słowa, buty czekały gotowe na właściciela. Pan Herter wiedział, że kończy mi się urlop i odchodzę do oddziału. Kiedy tak szliśmy do tego szewca naraz zaczęła się strzelanina, słychać było strzały z broni maszynowej i kilka wybuchów pocisków artyleryjskich. Każdy stanął jak wryty, zapytując co to jest?

Wystawione czujki przez samoobronę Zasmyk od strony Rokietnicy zostały zaskoczone przez Niemców w sile kompanii. Partyzanci polscy widząc tak blisko Niemców bez namysłu ostrzelali zbliżających się napastników.. Odpowiedzią  był huraganowy ogień atakujących. Tych kilku żołnierzy samoobrony w popłochu zaczęło wycofywać się, pod osłoną budynków, w głąb wioski. Mimo, że zebrał się cały oddział  dowodzony przez ppor. Henryka Nadratowskiego , "Znicza"  został zmuszony do wycofania się i zajęcia stanowisk obronnych w zachodniej części wsi. Niemcy tuż po wejściu w pierwsze zabudowania zaczęli je podpalać, ścigając ogniem szybkosztrzelnej armatki ustępujących obrońców.

Rodzina Mariańskich: Wszyscy od świtu krzątali się przy normalnych zajęciach gospodarskich. Dzień wstał pogodny, słoneczny, na niebie ani jednej chmurki. Ale mróz trzymał i śnieg pokrywał pola równym białym całunem. Cicho było wokół, bezwietrznie, spokojnie, jak za dawnych dobrych czasów. W naszym domu, pełnym uciekinierów ( ….) codzienne zajęcia unormowały się już i nawet nie czuło się początkowego tłoku, ciasnoty, kłopotów z przygotowywaniem dla wszystkich posiłków. . (…) Nagle od strony wsi zaterkotał karabin maszynowy. Raz, drugi, trzeci. I znów, i znów! Za chwilę rozległy się strzały o wiele głośniejsze, jakby karabin maszynowy połączono z jakimś wzmacniaczem dźwięków. Starsi chwycili co kto miał pod ręką, narzucili na siebie cieplejszą odzież, bo mróz trzymał i wybiegli na dwór. Całe Zasmyki grzmiały łoskotem karabinów, a odgłosy wystrzałów zdawały się dochodzić niemal spoza budynków naszych sąsiadów. Nie było co zwlekać. W centrum wsi toczyła się jakaś niezwykła bitwa. Wiązać pościel, chwytać coś do jedzenia, ładować wszystko na sanie i w nogi! Kobiety zaczęły krzątać się gorączkowo, a nasz ojciec pobiegł zakładać Siwą do sań.(…) –Jedziemy w lityński las! – zadecydował nasz tata. ( …) Wypoczęta Siwa ruszyła kłusem. Starsi domownicy biegli za saniami, dzieciom tylko główki wystawały z poduch i pierzyn, w które zagłębiły się po uszy. Cała okolica napełniona była echem gęstych serii karabinów maszynowych, automatów i tego, co strzelało tak przeraźliwie głośno. W jednostajny łoskot wplątywały się dźwięki ręcznych karabinów, jak gdyby akompaniując tamtej złowrogiej orkiestrze, niosącej krew i śmierć. Kiedy cała rodzina wraz ze wszystkimi domownikami zatrzymała się na skraju Lityńskiego lasu na wysokości zachodniego krańca  kolonii Piórkowicze, z tej odległości można było ocenić, że ta strzelanina dobiega ze środka wsi i nie posuwa się ani w jedną, ani w drugą stronę. A więc toczy się regularna bitwa! Janina Wójcik: Zasmyki niespodziewanie zostały zaatakowane przez regularny oddział niemiecki. Nie wykluczone, że na skutek ukraińskiego donosu. Być może UPA chciała zlikwidować ośrodek polskiej samoobrony niemieckimi rękami. Niemcy zaatakowali niespodziewanie, bo od strony Lubitowa. Babcia jak zwykle w takich momentach zaprzęgła konie do wozu, wypuściła krowy, kazała nam wrzucić na wóz, co każdy miał pod ręką i ruszyliśmy do ucieczki, w przeciwnym kierunku z którego uderzyli Niemcy. M. Śladewska : W domu u babci na łóżkach spały tylko ona i najmłodsze dzieci. Pozostali nocowali na podłodze, na której rozkładano snopki słomy. 19 stycznia 1944 r. Zasmyki zostały podstępnie zaatakowane przez hitlerowców. Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, że nasza wieś stanowi partyzancką bazę i postanowili ją zniszczyć. Ze wschodu zbliżał się bardzo szybko front i Niemcy chcieli oczyścić swoje zaplecze. 19 stycznia 1944 r. , gdy Zasmyki jeszcze spały, Niemcy nagle je zaatakowali. Ich ogień był tak huraganowy, że oddział „Znicza”, który trzymał wartę na rogatkach , musiał się wycofać na drugi koniec wsi. Od niemieckich kul zapalających zaczęły się palić słomiane strzechy, którymi były pokryte niemal wszystkie budynki. We wsi wybuchła panika. Okrzyk :”Niemcy”! i „Uciekać na Kupiczów”! - poderwał wszystkich. Powstał harmider trudny do opisania. Przerażeni ludzie zaczęli wypuszczać bydło i świnie z obór i chlewów, uwalniać psy z łańcuchów. Część zasmyczan zdołała zaprząc konie do wozów i ruszyć do Kupiczowa. Większość jednak w bezładnym chaosie uciekała na piechotę przez pola do Gruszówki. My jechaliśmy wozem konnym, którym powoził mój brat. Zanim wóz ruszył, babcia dosłownie wrzucała dzieci na wóz. Po drodze zabraliśmy księdza Żukowskiego i ciężko rannego Józefa Malinowskiego, leżącego w pomieszczeniach szkoły. Jego dziecko, które spało u nas, leżało już na wozie. Janina Gruszka – Raczyńska przebywająca w polowym szpitalu przy rannych rodzicach: Boże, ile ja znowu przeżyłam, było to następne piekło. Niemieckie samoloty nadleciały nad wioskę, pociski rozrywały się na podwórzu, nasze konie spłoszone uciekły, zostaliśmy bez transportu, sami, słabi, bezbronni.(…) . Uciekamy w kierunku Kupiczowa. Zasmyki płoną, strzały, wybuchy, samoloty krążą nad naszymi głowami, panika, przerażenie wśród ludzi, istne piekło. Z wielkim trudem docieramy do Kupiczowa. Tam odnaleźli nas bracia mojego szwagra i zabrali do siebie. Feliks Budzisz mieszkający w tym czasie w Zasmykach: Uciekałem 12 km do Kupiczowa sam (miał wówczas ok. 10 lat), bo reszta rodziny została. Zaprzęgałem konie gdy serie rkm dosięgły podwórza. Konie spłoszone zatrzymały się w krzakach, a ja uciekłem. Bolek Winiewski z samoobrony powstrzymał Niemców dzisięciostrzałówką. W tym czasie moja dzielna babcia wyprowadziła konie z wozem z krzewów, załadowała co można było zabrać i z resztą domowników dojechała do Kupiczowa. Rozszalała się panika i ludzie w popłochu miotali się nie wiedząc gdzie i jak uciekać. Niewielki patrol samoobrony który pierwszy podjął walkę, nie był w stanie zatrzymać prących do przodu Niemców. Siła ogniowa regularnej armii, była przytłaczająca wobec skromnego uzbrojenia obrońców. Samoobrona cofała się jednak do czasu, w połowie wsi jednak zatrzymano napastników na dłużej.  Niemcy widząc uciekające wozy do Kupiczowa  podjęli ich ostrzał artyleryjski, sadzili zapewne, że to umykają tabory partyzantów. Obrońcy zostali zepchnięci do zachodniej części wioski, a należy tu przypomnieć, że długość wioski przekraczała pięć kilometrów. Odgłosy walki słychać było zapewne dość daleko, szczególnie artylerię i ciężkie karabiny maszynowe. L. Karłowicz : Jeszcze nie ukończyłem swojej służby wartowniczej, gdy nagle za lasem, w kierunku Zasmyk, rozległy się strzały: najpierw karabinowe, potem przerażająco głośnie, których nie potrafiłem zidentyfikować. Nigdy dotąd nie miałem okazji słyszeć podobnych odgłosów. Robiły okropne wrażenie. Strzelano seriami, znacznie jednak wolniej niż karabinów maszynowych, ale bez porównania donośniej, niepokojąco groźnie. Nawet wśród obytych z wojskiem zdania były podzielone: jedni utrzymywali, że to działka szybkostrzelne, drudzy nazywali je wukaemami, czyli wielkokalibrowymi karabinami maszynowymi. (…) W Suszybabie powstał nieopisany ruch. Żołnierze powybiegali ze swoich kwater, wyszli też oficerowie i podoficerowie. Wysłano natychmiast patrol w kierunku trwającej, a nwet wzmagającej się kanonady.(…) Ogłoszono alarm. Po paru minutach wojsko gotowe do wymarszu i walki stało w pełnym rynsztunku bojowym przed kwaterami i czekało tylko rozkazu. Oficerowie zniknęli w siedzibie sztabu i prawdopodobnie rozpoczęli burzliwą naradę nad wyjątkowo trudną decyzją: co robić? (…) Niespodziewanie wrócił wysłany na zwiad patrol. Przyniósł wiadomość, że do Zasmyk od strony Rokitnicy wtargnęli najprawdopodobniej Niemcy i palą wieś.(…) Wiadomość ta poruszyła do głębi całą Suszybabę. Chłopcy rwali się do walki. Nie była to bowiem pierwsza potyczka lepsza potyczka. Wszakże w pacyfikowanej wsi przebywali wszyscy nasi najbliżsi: rodzice, rodzeństwo, krewni, należało więc jak najśpieszniej wyruszyć im na pomoc. Bronić od zagłady. (…) Lecz najwidoczniej wśród oficerów zdania na ten temat były podzielone i ostatecznie musieli wziąć górę przeciwnicy przedwczesnego wdawania się w generalną rozprawę z Niemcami, bo wkrótce nadszedł rozkaz powrotu do kwater, nie odwołujący jednak stanu pogotowia. (…) Nie ma co ukrywać, że chłopcy czuli się srodze zawiedzeni.

Bogumił Szarwiło ps. „Dąb”- samoobrona Janówki: Szedłem z narączkiem drewna do domu, kiedy usłyszałem terkotanie ciężkiego karabinu maszynowego. Zatrzymałem się by zorientować się skąd to dochodzi, wtedy do następnych serii dołączyły się liczne wystrzały karabinowe. Nie miałem już wątpliwości, kanonada dochodziła z Zasmyk. Pierwsza myśl, Ukraińcy zaatakowali ! Wpadłem do domu łapiąc za karabin i woreczek z nabojami. Wybiegłem z domu kierując się ku centrum Janówki. Po drodze spotkałem Cześka Lenkowskiego, też z bronią, później dołączył jeszcze do nas Gienek Kurzydłowski. Gdy byliśmy w okolicy domu Tadeusza  Paszkowskiego, naszego dowódcy, ps. ”Jawor”, zebrała się  tu już spora grupa zdenerwowanych i przekrzykujących się chłopaków. Słychać było: bulbowcy są w Zasmykach! Bonifacy Sakowicz ps. „Słonecznik” –samoobrona Janówki: My z całym naszym oddziałem, liczącym wtedy trzydzieści sześć osób, staliśmy bezradnie i słuchali odgłosów walki, nie wiedząc, co począć. (…) Na koniec postanowiliśmy podejść bliżej i rozeznać się choć trochę w sytuacji. Do kościoła, czyli do centrum Zasmyk, dzieliło nas trzy kilometry. B. Szarwiło: Ruszyliśmy drogą przez pola, na początek trochę bezładną gromadą, ale dowódca dość szybko zdecydował by rozwinąć się w tyralierę, inaczej wybiją nas na tej otwartej przestrzeni pokrytej białym śniegiem, nim dotrzemy do celu. W tym czasie usłyszeliśmy jak do walki, oprócz broni maszynowej, włączyła się również artyleria. B. Sakowicz: Gdy byliśmy w połowie drogi, nadjechał goniec na koniu z wiadomością o napadzie, lecz nie był pewny, z kim toczy się walka: z Ukraińcami, czy z Niemcami. Napastnicy byli w mundurach niemieckich, lecz to niczego nie dowodziło. Może podstęp banderowców? (25 grudnia na Janówkę napadli Ukraińcy przebrani za Niemców – red). B. Szarwiło: Ruszyliśmy biegiem przez zaśnieżone pola, wschodnia część Zasmyk była już w płomieniach. Udało się, dopadliśmy pierwszych zabudowań, nikt nas jeszcze nie ostrzelał. Każdy z chłopaków zajął jak najlepsze stanowisko. Walka toczyła się już w zachodniej części wioski. Pierwsza salwa z naszej broni zapewne zaskoczyło napastników, bo zatrzymali się na moment. Kilku  naszych, dobrych strzelców skutecznie ostudziło dalsze zapędy Niemców. Zauważyłem jak kilku z nich padło, nie wiem czy ranni czy zabici, ale zatrzymali się. Za jakiś czas nasze szeregi powiększyły się o chłopców z Radomla. Józef Donajski ps. ”Brudny” – samoobrona Radomla: . Z oddziałem z Janówki spotkaliśmy się przy cmentarzu w Zasmykach. Z wieży kościoła ostrzelał nas niemiecki ciężki karabin maszynowy. Zajęliśmy stanowiska za nagrobkami na cmentarzu. Z okrągłego okienka nad chórem ciągle strzela karabin maszynowy. Strzelamy pojedynczym ogniem w to okienko i ckm. milknie. Narasta strzelanina od strony lasku Gissynga, zmieniamy więc stanowiska  przesuwając się w tę stronę. Niemcy z lasku ostrzeliwują nas, lecz po chwili wycofują się. Teraz strzały słychać od strony zabudowań Zamościńskich. (zmieniamy stanowiska jest nas ok.20) Dołącza do nas Brudek z Zasmyk z wiadomością, że Niemcy zabili Zamościńską  i opuszczają zabudowani. W tym czasie od strony północnej atakujących Niemców ostrzelał, świeżo przybyły, oddział samoobrony z Lublatyna, i to już zdecydowanie poprawiło sytuację polskich partyzantów. Mimo, że Polacy w odróżnieniu od Niemców mieli mało amunicji i musieli oszczędnie nią gospodarować, to jednak ostrzał wszystkich oddziałów samoobrony okazał się bardzo skuteczny. B. Sakowicz: Zajęliśmy pozycje na wysokości zabudowań Brudków, podczas gdy Niemcy byli w okolicy Śladewskich i za szkołą. Przez kilka godzin trwała wymiana strzałów. Wyparliśmy ich w końcu i dopiero goniąc wycofujących się w pospiechu, rozpoznaliśmy w zabitych Niemców. Mieli odznaki i dokumenty. Uciekali w panice. Co chwila strzelali w górę czerwone race. Kowel  był oddalony o osiemnaście kilometrów, bez dróg bitych. Na koniec Niemcy jeszcze raz przypuścili w nasza stronę zmasowany atak, ale nie zdołali już niczego osiągnąć i szybko się wycofali. Widocznie bali się zapadającego zmroku, a przed nocą zawsze Szwaby uciekali do koszar. Znajdowaliśmy zabitych i Polaków i Niemców. Polacy- to oczywiście sami cywile. L. Karłowicz : Znalazła się nawet spora grupka z naszego oddziału, która wbrew rozkazowi, samowolnie, wymknęła się ze wsi ( Tzn. z Suszybaby- red), by pójść Zasmykom z odsieczą. Było jednak za późno. Zanim dotarli na miejsce, Niemcy zostali odparci przez miejscową samoobronę, której przyszła ze skuteczną pomocą samoobrona Janówki. Poległo kilka osób, głównie ludności cywilnej, między innymi żona Bronisława Zamościńskiego, (…) Ale i Niemcy ponieśli straty w zabitych i rannych. Dlaczego oddziały partyzanckie AK nie udzieliły pomocy zaatakowanym mieszkańcom Zasmyk? To pytanie nurtowało bardzo wiele osób, a szczególnie partyzantów OP „Jastrzębia” pochodzących właśnie z tej miejscowości. Tym bardziej, że podobno sam „Jastrząb” by gotowy do tej walki. Ani wtedy ani dziś nie można na to pytanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ale można się domyślać. W tym czasie w Suszybabie, prawdopodobnie przebywał  pułkownik K. Bąbiński „Luboń” i  to on zdecydował, by nie ujawniać przed Niemcami obecności zgrupowanych oddziałów AK. Nie mniej stacjonujący w Kupiczowie oddział „Łuna”  bardzo szybko znalazł się nieopodal pola walki. Dlaczego akurat ten oddział a nie „Jastrzębia”? Tu  znów, można się domyślać, że chodziło o zachowanie zimnej krwi i  bezwzględne wykonanie rozkazu „nie otwierania ognia” bez komendy dowódcy. Olgierd Kowalski, ps. „ Czarny” OP. „ Łuna”: Zaalarmowano nasz oddział. Forsownym marszem pośpieszyliśmy na pomoc. Zajęliśmy stanowiska od strony południowej na kraju jakiegoś lasku. Niemcy w białych maskujących uniformach zbliżali się do nas tyralierą, ciągnąc na płozach szybkostrzelne czterolufowe działko, z którego od czasu do czasu strzelali krótkimi seriami. Trzymając Niemców na muszkach, byliśmy przekonani, iż za moment rozniesiemy ich w pył. "Niestety, nam strzelać nie kazano". Należy sądzić, że była to asekuracja na wypadek całkowitej zagłady wioski. Dowódca miał wydać rozkaz ataku w ostateczności, a nie wydał bo oddziały samoobrony w pewnym momencie przeszły do kontrataku i Niemcy w popłochu zaczęli się cofać. Mimo, że po niedługim czasie, podjęli jeszcze jedną próbę zaatakowania Polaków, to już zdecydowanie bezowocną. Rodzina Mariańskich: Późnym popołudniem strzały zaczęły się oddalać. Nie były już takie gęste, jak poprzednio. Wreszcie umilkły całkowicie. Nastąpiła cisza. Kiedy okolica pozostawała pusta, nie widać było żadnego ruchu i niczego podejrzanego, zdecydowano wracać. Co będzie, to będzie. (…) Dom zastano takim jak pozostawiono. J. Wójcik: Gdy wróciliśmy wieczorem pół wsi było spalone. Dom babci ocalał, ale stodoła i obora były spalone. Nie było już warunków, żeby dalej mieszkać u babci. Ta z ciocią postanowiła zostać na miejscu, a nas z mamą odwieźć do Kupiczowa, gdzie mieszkali Czesi. Joanna Zamościńska: jak wróciłam do Zasmyk to pamiętam, że  mama leżała już. w domu Alojzego Szarwiło. F. Budzisz: Zabudowania Winiewskich, w których mieszkaliśmy, zostały doszczętnie spalone. Musieliśmy szukać innego dachu nad głową. M. Śladewska: Pierwsza na zasmyckie zgliszcza wróciła babcia. Spaliły się jej dwie stodoły i chlew. Z zabudowań ocalał tylko dom. W nim stały trzy wiadra zapełnione woda z krwią. Wokół leżało masę porozrzucanych zakrwawionych bandaży. Tu Niemcy opatrywali swoich rannych. W sumie w Zasmykach spłonęło 38 zabudowań. Niemcy, którzy nie spodziewali się żadnego oporu, w odwecie rozstrzelali kilku mieszkańców Zasmyk. Żywcem w domu spalił się też Grudziński, który był obłożnie chory i nie mógł uciekać. My z mamą i rodzeństwem zostaliśmy w Kupiczowie, gościnnie przyjęci przez Czechów. Wiele polskich rodzin wróciło do Zasmyk, lecz zastawszy pogorzeliska, wróciło z powrotem do Kupiczowa. Niektórzy kopali ziemianki i w nich zamierzali bytować.

Niespodziewany atak frontowej kompanii niemieckiej, bez wątpienia był zasługą donosicieli ukraińskich, którzy poinformowali okupantów o gromadzących się w tym rejonie oddziałach partyzanckich AK. Skuteczna obrona Zasmyk przez oddziały samoobrony polskiej, mimo, ze nie miała żadnego znaczenia militarnego, to jednak była dla mieszkańców nie lada wyczynem. Wieści o tym rozeszły się po  polskich oddziałach partyzanckich, wyraźnie wskazując na fakt, że można skutecznie walczyć z okupantem. Michał Fijałka , ps. „Sokół” pisząc po wojnie swoją książkę: "27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK" napisał; Jeden z pierwszych bojów oddziały Dywizji stoczyły 19 stycznia 1944 r. Tego dnia w godzinach rannych, od strony Kowla przez Rokitnicę, podszedł do Zasmyk oddział niemiecki w sile około 100 żołnierzy z zamiarem rozpoznania i zniszczenia oddziałów AK.(..) do akcji przystąpiła kompania por.'Prawdzica" i pluton ppor. "Burasa".(...)do walki weszły plutony ppor. "Jawora", kwaterujący w Janówce i Stanisławówce i pluton ppor. "Borsuka".(strona 83) . Mimo olbrzymiego szacunku dla wspaniałego  żołnierza M. Fijałki, trzeba powiedzieć że jako autor bardzo minął się z prawdą, co każdy z czytelników zapewne już zauważył. Natomiast Józef Turowski ps. „Ziuk” w swojej książce "Pożoga Walki 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK". Napisał wyraźnie :  …W rejonie Zasmyk  były niewielkie placówki samoobrony , które nie miały jeszcze wspólnego dowództwa. (…) por. Mirosław Sławiński „Prawdzic” … czynił pierwsze kroki celem zorganizowania w tych placówkach kompanii strzeleckiej, która miała później wejść do składu batalionu por. Walerego Krokaya „ Siwego”  (..) odgłosy toczącej się w Zasmykach walki dały się wyraźnie słyszeć w niedalekiej Janówce, gdzie stacjonował 32 osobowy oddział samoobrony polskiej. Dowódca tego oddziału ppor. Tadeusz Paszkowski "Jawor" poderwał swoich ludzi i pośpiesznym marszem skierował w stronę Zasmyk.(...) z pomocą walczącym w Zasmykach przybyły placówki samoobrony ze Stanisławówki i Radomla oraz Lublatyna."(strona 169)  Tak czy inaczej był to ostatni bój  oddziałów partyzanckich, Zasmyckiego Ośrodka Samoobrony zwanego „Rzecząpospolitą Zasmycką”.

Spisałem to na podstawie relacji ustnych przekazanych przez członków rodziny i  innych świadków w/w wydarzenia , oraz zaczerpnięte z n/w materiałów:

„Z Kresów Wschodnich na Zachód" autor:  Monika Śladewska

„Od Zasmyk do Skrobowa” autor: Leon Karłowicz

„Wspomnienia grudzień 1943 - maj 1945 Część I” autor: Olgierd Kowalski

Ze wspomnień Jana  Jakubiaka   Z KOLONII HIRKI, GM. TURZYSK, POW. KOWEL NA WOŁYNIU 1939 – 1944 które spisał  i opracował  : Sławomir Tomasz Roch, opublikowane na http://wolyn.org/

„Powraca w snach”– Janina Gruszka z d. Raczyńska - http://wolyn1943.pl/relacje-swiadkow/powraca-w-snach-janina-gruszka-z-d-raczynska/

Z notatnika sierżanta Józefa Donajskiego, "Brudnego" dowódcy samoobrony Radomla, udostępnione przez syna Wiesława Donajskiego.

………………………………………

 

STYCZNIOWE AKCJE 27 WOŁYŃSKIEJ  DYWIZJI AK

Bogusław Szarwiło

Roman Kucharski ps. „Wrzos” z OP „Łuna” odnotował w swoich wspomnieniach: …. dotarła do nas wiadomość o powołaniu przez pułkownika "Lubonia" (Kazimierz Bąbiński) 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, do której zostały włączone wszystkie oddziały istniejące już, oraz te, intensywnie tworzone zaraz po Nowym Roku. Oddziały "Sokoła" (Michał Fijałka), "Jastrzębia" (Władysław Czermiński) i "Trzaska" (Zbigniew Twardy) stanowią teraz 50 pułk piechoty, a "Korda" (Kazimierz Filipowicz) i "Siwy" (Walery Krokay) 43 pułk piechoty. Całość tworzy zgrupowanie kowelskie, któremu nadano kryptonim "Gromada", a dowództwo objął major "Kowal" (Jan Szatowski). Oddział "Białego (Sylwester Brokowski) i "Lecha" (Jerzy Krasowski) stanowią 23 pułk piechoty. A my jako "Łuna" jesteśmy zalążkiem 24 pułku piechoty i wraz 23 pułkiem piechoty stanowimy zgrupowanie włodzimierskie o kryptonimie "Osnowa", dowodzone przez kapitana "Gardę" (Kazimierz Rzaniak). Z rejonu Ostroga nad Horyniem podąża na koncentrację oddział "Gzymsa" (Franciszek Pukacki), a spod Kostopola oddział "Bomby" (Władysław Kochański).

Faktycznie w dniu 28 stycznia 1944 r. na odprawie oficerów sztabu w miejscowości Suszybaba podjęto decyzję powołania do życia przedwojennej 27 Dywizji Piechoty, którą wkrótce nazwano 27 Wołyńską Dywizją Piechoty AK. Warto pamiętać, że mobilizacja i koncentracja oddziałów konspiracyjnych AK na Wołyniu odbywała się w specyficznych warunkach. Zmobilizowane oddziały narażone były nie tylko na atak ze strony jednostek wojsk niemieckich ale i  poważne zagrożenie stanowiły oddziały  UPA  których duże zgrupowania znajdowały się w wielkich kompleksach lasów świnarzyńskich i mosurskich oraz w lasach położonych na lewym brzegu rzeki Stochód. W tej sytuacji w okresie od stycznia do marca 1944 r. w ramach działań o poszerzenie bazy operacyjnej, oddziały 27 WDP AK przeprowadziły 16 większych akcji bojowych przeciw zgrupowaniom UPA. W ten sposób usuwano również  zagrożenie ludności polskiej zgromadzonej w zachodniej części Wołynia i  stworzono warunki do powszechnej mobilizacji jak działań wobec Niemców. Rozpoznanie wywiadu polskiego wskazało, że na wschód od terenów opanowanych przez zgrupowanie „Gromada” skupiły się większe siły UPA zagrażające polskim oddziałom partyzanckim i polskiej ludności cywilnej. Wielokrotnie stwierdzano, że ich patrole przenikały w głąb terenów polskich, przychodząc właśnie ze strony wschodniej i zza Stochodu. Dowódca zgrupowania, mjr. Jan Szatowski „Kowal”, chcąc przeciwdziałać temu zagrożeniu, postanowił podjąć na tamtych terenach akcję zaczepną. Za cel akcji wyznaczono wieś Szczurzyn, gdzie- jak sądzono- miało stacjonować silne ugrupowanie UPA. Na podstawie odpowiednich rozkazów wieczorem 29 stycznia 1944 r. spotkały się nad Stochodem oddziały partyzanckie „Sokoła” i „Jastrzębia” oraz wydzielone kompanie z oddziałów „Trzaski”, „Siwego” i „Łuny”. Mimo zapadającej nocy, sforsowano rzekę Stochód i całość, marszem ubezpieczonym, ruszyła w kierunku najbliższej wsi ukraińskiej Babie. Wysłano zwiady konne dla rozpoznania trasy marszu i sytuacji w terenie, a po zbliżeniu się do wsi rozwinięto część wojska do natarcia spodziewając się oporu. Uśpionych mieszkańców wsi obudziły strzały ubezpieczeń ukraińskich, które dostrzegły zbliżające się niebezpieczeństwo. Wkrótce po tym wywiązała się strzelanina między polską tyralierą a oddziałem UPA obsadzającym wieś Babie. W tym czasie ukraińska ludność, nie atakowana ze strony polskiej, rzuciła się do ucieczki w kierunku Szczurzyna. Niebawem również oddział UPA zaprzestał ognia i furmankami wycofał się ze wsi, pośpieszając za ludnością cywilną. Po opanowaniu bez trudu wsi Babie, oddziały polskie rozwinęły natarcie na Szczurzyn. Tu jednak spotkano znacznie silniejszy opór upowców. Po przeszło godzinnej walce został on jednak złamany przez atak polski prowadzony ze wszystkich niemal stron. Upowcy zaczeli stopniowo wycofywać się ze wsi, a wraz z nimi ludność cywilna. W czasie walki wioska spłonęła. Ukraińcy nie dali jednak za wygraną. Kiedy rankiem dnia 30 stycznia 1944 r. oddziały polskie były już w drodze powrotnej, opodal wsi Babie, zorganizowali zasadzkę. Z zaskoczenia ostrzelali polską kolumnę marszową, jednak niezbyt skutecznie zabijając jedynie kilka koni i raniąc kilku ludzi. Po chwilowym zamieszaniu w szeregach polskich, dowódcy opanowali sytuację podejmując obronę, a następnie kontratak na stanowiska upowców. Równocześnie bokiem, na tyły ukraińskich stanowisk skierowany został oddział konny ppor. Jerzego Naumana „Hińczy”. Upowcy początkowo kurczowo trzymali się swoich stanowisk na wzniesieniu terenowym, widząc jednak jazdę polską na swoich tyłach popadli w panikę i ratowali się ucieczką. Tym razem spalono doszczętnie wieś Babie. Dalszy przemarsz oddziałów polskich na zachodnią stronę Stochodu odbył się bez przeszkód. Akcja ta niewątpliwie poza rozgromieniem niebezpiecznego sąsiedztwa oddziałów UPA była również demonstracją siły zbrojnej, która mogła być użyta dla przeciwstawienia się dalszym akcjom terroru w stosunku do ludności polskiej. Nie ulega wątpliwości, że tego rodzaju wypady, nieliczne zresztą, musiały budzić refleksje prowodyrów UPA oraz reakcję ludności ukraińskiej, która wiedziała, że dalsze mordowanie Polaków nie będzie uchodziło bezkarnie, jak to bywało w ubiegłym roku. Dwa dni po akcji za Stochodem, 31 stycznia 1944 roku oddział por. Zbigniewa Twardego „Trzaska" przebywający w Lublatynie przeprowadził akcję na oddział UPA stacjonujący w Budyszczach. Po przekroczeniu rzeki Woronki wydzielono pluton do zorganizowania zasadzki od strony Kowla na wycofujące się oddziały UPA. Natarcie głównych sił oddziału polskiego wyparło w walce oddział UPA z Budyszcz, który cofając się w kierunku Kołodeżna znalazł się w zasięgu ognia zorganizowanej zasadzki. Zajęta przez oddział „Trzaska" miejscowość Budyszcze została nagle ostrzelana ogniem artylerii niemieckiej z rejonu Kowla. W tej sytuacji oddział wycofał się ze wsi i rozpoczął marsz w kierunku Lublatyna. Maszerująca kolumna została niespodziewanie zaatakowana przez silny oddział UPA, który ze wsi Woronna przybywał na pomoc oddziałowi z Budyszcz. Do osłony oddziału por. „Trzask" skierował kompanię por. Mikołaja Bałysza „Zagłoby", która związała przeciwnika ogniem, co pozwoliło uporządkować pozostałą część oddziału. Sytuacja była jednak poważna ze względu na przeważające siły UPA, spychające polski oddział nad rzekę Woronkę. W pewnym momencie atakujący polskie pozycje oddział UPA przerwał walkę i zaczął się pospiesznie wycofywać w kierunku na Woronna i Lubitów. To nieprzewidziane zachowanie się oddziału UPA można wytłumaczyć tym, że prawdopodobnie otrzymano informację o akcji podjętej przez Niemców, którzy zaniepokojeni toczącą się walką w tak bliskiej odległości od Kowla wyszli z garnizonu. Tymczasem oddział „Trzaska" spokojnie powrócił do swego miejsca postoju w Lublatynie. Jak z tego widać, świeżo powołana dywizja od razu ruszyła do walki, mając przed sobą co najmniej dwóch przeciwników. Żołnierze pełni entuzjazmu nie spodziewali się, że przyjdzie im walczyć ponad sześć miesięcy w chłodzie i głodzie, a sprzymierzeniec , czyli armia sowiecka dokona w końcu zdradzieckiego rozbrojenia.

Za:

- Roman Kucharski ps. „Wrzos”: „Krwawa Łuna”

- Józef Turowski ps. „Ziuk”: "Pożoga Walki 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK".

- Feliks Kostecki ps. „Lech”- Na leśnych bezdrożach.


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud7.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 633 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
10080309