Z zachodem słońca podniósł się krzyk i rozległy strzały

„Obawialiśmy się ataku i na noc kryliśmy się po polach. 3 lipca również zamierzaliśmy iść spać w pole. [...] Wszyscy byliśmy gotowi, chcieliśmy jeszcze tylko zjeść kolację (stała na stole) i czekaliśmy na brata Romualda, który lada moment miał przygonić krowy. Niemalże równo z zachodem słońca podniósł się krzyk i rozległy strzały. Matka podbiegła do okna, krzyknęła, że są już banderowcy i trzeba uciekać. Wyskoczyli z ojcem przez okno do ogródka kwiatowego i zaczęli uciekać drogą między zbożami, pod górkę. Matka nie zdążyła zabrać mojej małej siostry, czego ja początkowo nie spostrzegłem. Wyskoczyłem na podwórko, a tam było pełno Ukraińców. Biegali, krzyczeli, podpalali zabudowania, wynosili z obejść mienie. Prawdopodobnie wzięli mnie za Ukraińca, gdyż miałem na sobie kurtkę z pasem, podobną do wojskowej, a oni ubierali się podobnie. Kręciłem się po podwórku, szukając kryjówki i zobaczyłem, jak Ukrainiec położył się na drodze i zaczął strzelać w kierunku uciekających rodziców. [...] Matka upadła, pomyślałem, że została trafiona i nie żyje, ojciec pobiegł dalej. Zauważyłem też krowy, zatem gdzieś w pobliżu musiał być brat. W tym momencie podbiegła do mnie pięcioletnia siostra, złapała mnie za nogę i zaczęła płakać. Nakazałem jej milczeć i skoczyliśmy do pobliskiego ogródka warzywnego, gdzie położyliśmy się w wysokiej fasoli. Jednak któryś z myszkujących po obejściu lub mieszkaniu Ukraińców musiał coś zauważyć, gdyż dwóch lub trzech przybiegło do ogródka i odkryli nas. Twierdzili, że jestem Polakiem. Ja zaprzeczałem, na dowód zacząłem modlić się jak prawosławny. Jeden z Ukraińców uderzył mnie silnie kolbą karabinu w klatkę piersiową, straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, zmierzch przeszedł już w noc. Wszędzie pełno było gryzącego dymu. Zauważyłem, że brat ucieka z ogródka. Byłem mocno pobity i pokrwawiony, nie miałem siły, ale zarzuciłem siostrę na plecy i pobiegłem za bratem, w kierunku pobliskiego stawu dla gęsi i rozciągającego się za nim lasu. [...] Co chwila przystawałem dla odpoczynku lub przewracałem się pod ciężarem siostry. Dobiegłem do lasu, tam znowu się przewróciłem, zabrakło mi sił. […] Zamiast jednak ukryć się w tym lesie, przebiegłem go. Kiedy wyskoczyłem na szeroki szutrowy trakt na Ludwipol, podjechał Ukrainiec na koniu i czymś twardym uderzył mnie w głowę. Upadłem, a Ukrainiec pojechał dalej. Resztką sił zerwałem się i dobiegłem do lasu po drugiej stronie traktu.

Czytaj więcej...

List z Kiwerc

"Najukochańsi Rodzice!

Już sama nie wiem co robić. Wczoraj byłam w Łucku w sprawie przepustki. Gdyby miała  zapotrzebowanie z domu, to prędzej by to poszło, zresztą znów granica zamknięta.  Z soboty na niedzielę przeżyłam straszną noc. Był napad bandycki na Kiwerce. Na naszym podwórzu stały karabiny maszynowe bandytów ukraińskich. Polska noga ma tu nie pozostać. Nasze mieszkanie podziurawione jak sito. W mieszkaniu ogień się sypał. Mnie to zastało w łóżku, ale zdążyłam się zwlec na podłogę z dziećmi i na brzuchu doczołgałam się do piwnicy z dziećmi. Rano gdy wyszliśmy z piwnicy, to najpierw poszłam zobaczyć krowę i patrzyłam w lustro, czy nie jestem sina. Mieli plan usunąć straże a za nimi cały las z nożami i różnymi bandyckimi przyborami. Odparli ich jednak, ale nie na zawsze. Dookoła ognie i zbrodnia. Klepaczów, Katarzynówka i Nieborka wycięte. Nikt nie zginął od kuli, tylko w straszny sposób mordowani. Dzieci do ścian gwoździami przybijali. Widziałam te trupy, na cmentarz do Kiwerc przywieźli (wojsko niosło). Jedna masakra, to nie trupy ludzkie - tylko kupa gnoju. Dookoła pachnie. Straszne chwile przeżywamy. Ze wsiami już prawie koniec. Jedno Przebraże się broni, bo są zaopatrzeni w broń i u nich się wsie zgromadziły. Teraz na Kiwerce mają chęć.  Nie nocuję w domu. Muszę te dzieci ratować. [...] My trudno, żebyśmy się wydostali żywi, ale pomścijcie nas. Męczcie ich tak, jak oni nas męczą. Te dzieci po lochach męczone. Całowałam po główkach dzieci w piwnicy i żegnałam się z nimi na śmierć. Jestem chora - nogi się pode mną chwieją. Na 13 [lipca 1943 r.] ma być największa rzeź, koniec Polaków na Ukrainie. Może Bóg nas nie opuści. Dlaczego tam u Was nic nie robią? Dlaczego nie idziecie nam na pomoc? Nie mogę myśli skupić, ale szczęśliwa jestem, że już rano, ale i ta noc też będzie. W niedzielę przychodzili ludzie mnie oglądać, bo u mnie było najgorzej. Od Smolarni szli przeklęci. Nasza biedna policja ich odganiała. Dużo już kartek do was wysłałam. Dziś już nie piszę, bo jestem półpijana. Dookoła trupy i ofiary. Każdy Polak teraz śmierdzi trupem, chodzące żywe trupy. Może przyjdzie odpowiedź, może granicę otworzą. Może pojadę. Szkoda żeście nie przysłali zaproszenia. Ale jak nie wrócimy do was, wiedzcie kto nas zamordował i mścijcie nas do ostatniego. Dzieci są zdrowe, tylko wystraszone. Ja czasem tracę pamięć, choć jestem teraz odważna, bo wiem, że na mnie cały obowiązek, tylko tak ciężko, że jestem sama, że nikt o mnie nie myśli. Władek w Jeziorze, a nie wiem, czy długo tam wytrwa, bo Ukraińcy nawet swoich biją, którzy z Polakami trzymają.

Czytaj więcej...

Krwawa Wigilia Bożego Narodzenia 1943 r. na Hnidawie

Wtedy, jak ja byłem w Przebrażu, zbliżało się Boże Narodzenie. Już banderowców nie było prawie, bo tak: bali się Przebraża, bali się też Niem[ców], […] już tutaj partyzantka sowiecka krążyła. Bardzo dużo po lasach było partyzantów. Więc ja myślę sobie tak: to ja pójdę do dowódcy, poproszę o przepustkę do Łucka i pójdę na Wigilię do kuzynów, do Łucka. Broń zostawiłem tam u siebie, dowództwo z rozumem [powiedziało]: „To idź no”. Jeszcze ruskich nie było, ale już działa grzmiały w tym powiecie sarneńskim, który był najbardziej wysunięty do granicy. To była Wigilia Bożego Narodzenia, raniutko wyszedłem, i zaszedłem po drodze [do znajomych]. Bo jak ja pracowałem w młynie, to najpierw mieszkałem u kuzynów. A potem okazało się, że [do Łucka] uciekli moi bliscy przyjaciele, kuzyni tacy dalecy, i zamieszkali niedaleko młyna w Łucku. I ja do nich tam przynosiłem mąkę, nawet czasami u nich nocowałem. I zaszedłem teraz złożyć im życzenia świąteczne i mówię, że idę na Hnidawę do swoich kuzynów na Wigilię. To oni się [mnie] uczepili, że ja mam u nich zostać [na] Wigilię: „Jest łóżko tutaj, możesz przespać się, a jutro pójdziesz do kościoła ich spotkać i pójdziesz do nich”. No to ja zostałem. A wtedy stała się tragedia na Hnidawie. Już tu te armaty grzmiały ruskie. Już nie było słychać, żeby gdzieś były jakieś oddziały ukraińskie, bo Polaków już w terenie nie ma w ogóle, nie ma co palić. Do miast się nie zbliżali, a Hnidawa jest przedmieściem. Na Hnidawie były radiostacja i magazyny jakieś niemieckie. I tam był oddział niemiecki, który pilnował. To były dwie wieże takie radiostacyjne. Tylko nieczynna radiostacja, ale tam były budynki i tam był oddział niemiecki. Znaczy, tam Polacy czuli się bezpiecznie. Ale przyszła noc wigilijna, wszyscy zjedli kolację, każdy utrudzony po tym dniu, prawda, bo to się wszystko robi, porządkuje. Ludzie usnęli. O godzinie dwunastej zaczęło się. […] Tam było bardzo dużo uciekinierów, polskich rodzin takich biednych, wielodzietnych, powciskani jak śledzie w tych domach mieszkali, bo uciekli ze wsi. I do pierwszego domu przyszli – kilkunastu Ukraińców. Uzbrojeni […], ale przede wszystkim mieli karabiny, ale tych nie używali, żeby nie płoszyć, tylko siekiery i noże.

Czytaj więcej...

Boluś, bez ciebie i braci już by było po Hucie

 Obrona Huty Stepańskiej to wielki heroizm setek osób, walczących o życie swoje i rodzin. Rozmawiając z żyjącymi banderowcami, którzy zdobywali Hutę, pytałem: „Co zrobilibyście z Polakami, gdybyście zdołali pokonać obronę?” Zgodnie odpowiadali, że nie wiedzieli, co by się stało, czy powtórzyłaby się Janowa Dolina, Ostrówki, a może Parośla.

Niewiele brakowało, aby tak się stało, jedynie postawa kilku obrońców zdołała w krytycznym momencie uchronić Hutę przed klęską. Aby oddać im cześć, wrócę do okresu przedwojennego.

W kolonii Ładesa na początku lat 20., osiedliła się przybyła z „centrali” rodzina Tkaczyków – rodzice, córka i czterech synów. Żyli w wielkim niedostatku, podobnie jak wielu kolonistów. Biedę spotęgowała przedwczesna śmierć ojca. Najstarszy z braci, Bolesław, ożenił się z córką sąsiada Szczepkowskiego. Pozostali byli kawalerami, biedaka nikt za zięcia nie chciał. Aby przeżyć, chodzili po ludziach za pracą, której nie było. Jak się dało, to kradli, np. snopki skoszonego zboża. Straszna bieda zmuszała do walki o życie.

Jednej niedzieli dokonali w biały dzień zuchwałej kradzieży w sąsiedniej Halinówce. Wycięli śliwę pełną owoców i nieśli ją do lasu, aby oberwać. Właściciel, Stanisław Pomerański, zaalarmowany przez syna Edwarda ruszył w ślad za nimi, Kiedy rozpoznał, kim są, poszedł prosto do ich brata Bolka. Obaj czekali na powrót złodziei. Bolek rozpaczał nad postępkiem braci, żalił się na biedę i prosił o wybaczenie. Matka, wdowa, zalewała się łzami, jakich to łotrów wychowała i za co ją tak Bóg pokarał.

Kiedy wrócili, Bolek kazał im poklękać w kącie z podniesionymi rękami. Tymczasem prowadził śledztwo, a oni czując, co ich czeka, prosili o wybaczenie. Kiedy wreszcie Władysław przyznał się, że to on ścinał drzewko, Bolesław wybił go dobrze. Wtedy i Stanisław Pomerański prosił, aby im wybaczyć, bo nic się nie stało, to tylko śliwka, a ma ich więcej. Szkodę odrobili uczciwie pracując w polu, a pomiędzy rodzinami zawiązała się przyjaźń.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 326 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11520541