Strach nawet o tym pamiętać

 W miejscu gdzie był nasz dom, teraz sieją pszenicę. Jak bym wyszedł za Chołoniewicze i patrzył przed siebie, to widać i pole i las. Znajdowała się tam kolonia Halinówka. Matka moja Zinida – była Czeszką, ojciec – Ukrainiec. Po sąsiedzku mieszkali Polacy – Wesoły (brat mojej mamy), często odwiedzaliśmy się. Nasza chatka stała na skraju lasu. Pewnego dnia, doskonale pamiętam, że było to latem, słońce wschodziło, matka strasznie zaczęła krzyczeć – „Banderowcy idą!” Uciekliśmy do lasu. Banderowcy bali się nas gonić, wiedząc, że niektórzy mężczyźni mają broń i w każdej chwili mogliby dać odsiecz. Naszą wioskę spalili. Przeprowadziliśmy się do Chołoniewicz, tam ojca rodzina miała pusty dom. Banderowcy uczyli swoich sympatyków strzelać. Organizowane były nawet kursy. Głównym nauczycielem był Ostap Łebediuk. Ojca mego też zmuszali do szkolenia – odmówił. Został za to zamordowany. Dobrze pamiętam rozpacz matki po tym, jak dowiedziała się, że ojciec nie żyje. Wyrok banderowskiego sądu brzmiał – „zamordować”, a sędzią była nacjonalistka o przezwisku „Smolicha”. Kiedy furmanką przejeżdżała przez wieś, matka biegła za nią i lamentowała: „Powiedz gdzie jest mój Pietro”. „Szukaj go na Hadesach”- usłyszała. Za wsią było urwisko, matka biegła tam i zauważyła kobietę kopiącą ziemniaki – „Nie widziałaś mojego Pietra?” – „Leży w rowie”. Wypłakała się biedna nad nim i wróciła na wioskę. Trzeba było organizować pogrzeb. Stryjek Michajło, siostry ojca mąż, zaprzągł konia (ja byłem z nim i wszystko widziałem na własne oczy). Ojciec leżał twarzą do ziemi, a ręce z tyłu były omotane drutem kolczastym. W mojej głowie krew się zagotowała, jak zobaczyłem ten widok. Zawinęliśmy go w koc i pochowaliśmy. Pamiętam straszną biedę i nędzę, a nas było czworo. Najstarsza Maria miała wtedy może 12 albo 14 lat. O rok młodsza Zosia, potem ja i najmłodszy Wasyluk – nie więcej jak trzy, cztery latka. Tak minęła kolejna jesień i zima, pełna niepokoju, strachu. Niekiedy coś stuknie, puknie na podwórku, a mama cała w nerwach przy oknie – to po mnie przyszli.

Czytaj więcej...

Mordy zaczęły się wiosną 1943 roku

Byłem mieszkańcem wsi Ulaniki II, gm. Kniahininek pow. Łuck. Na naszym terenie mordy zaczęły się wiosną 1943 roku. Początkowo były to tylko pojedyncze zabójstwa. Ludzie myśleli, że to tylko jakieś osobiste porachunki. Z naszej wioski najpierw zginęła kierowniczka szkoły, polska patriotka, Celina Kolibska. Z nią razem zginęła Stanisława Daszkiewicz, obie mieszkały razem z Ukraińcami. Zostały prawdopodobnie wywiezione i słuch po nich zaginął. Ich ciał nie odnaleziono. W tym też czasie zginął gajowy Sawicki. Przyszło do niego dwóch Ukraińców, wyprowadzili go z domu i na podwórku zastrzelili. Żony nie ruszali. Było to na początku maja 1943 r. W końcu czerwca 1943 r., gdy Ukraińcy zaczęli mordować i palić wkoło, cała nasza wieś wyjechała do Kopaczówki gm. Rożyszcze, pow. Łuck i tam się osiedliła. Była tam już zorganizowana placówka samoobrony. Musieliśmy jeździć do swojej wsi odległej o 9 km po paszę dla bydła i koni. Było to gdzieś około 10 lipca 1943 r. Wyjechaliśmy z Kopaczówki rano, było chyba ze dwadzieścia furmanek. Mieliśmy wtedy dziesięć karabinów i jeden pistolet maszynowy. Dojechaliśmy do wsi Ozerce. Tam była zagroda dla bydła, musieliśmy przez nią przejechać. Gdy większość wjechała do zagrody, wtedy Ukraińcy zaczęli ze wszystkich stron strzelać. Zrozumieliśmy, że to zasadzka. Powstała panika. Zaczęliśmy się bronić i wycofywać. Kto wjechał do zagrody, nie miał szans zawrócić pod silnym ogniem dwóch karabinów maszynowych i broni ręcznej. Wycofywaliśmy się, czołgając do pobliskiego zagajnika i stamtąd osłanialiśmy odwrót pozostałych. Potem wycofaliśmy się z rejonu zasadzki i udaliśmy w kierunku Kopaczówki skąd spodziewaliśmy się wsparcia. Gdy nadeszła pomoc, zawróciliśmy z powrotem na miejsce, aby zabrać zabitych. Okazało się, że zginęło dziesięć osób: Adela Chocholska, Antoni Chocholski, Franciszek Łaskarzewski, Ludomir Łaskarzewski, Władysław Łaskarzewski, Zbigniew Siedlecki, Kazimierz Siedlecki, Gustaw Pawłowski, Władysław Pawłowski i Antoni Piotrowski.

Czytaj więcej...

Staryki napadło około 600 Ukraińców

W nocy z 28 na 29 maja 1943 r. na naszą wieś napadło około 600 Ukraińców tzw. „bulbowców” uzbrojonych w karabiny, siekiery, widły i piki. Tej nocy wymordowano około 90 osób z naszej wsi. Wieś została spalona, zostały tylko cztery domy, kościół i szkoła, a przed atakiem liczyła około 120 numerów. Nasza rodzina przeżyła, choć dom został spalony, a w domu było nas dużo. Nasza sześcioosobowa rodzina (dziadkowie, mama, ja i dwóch braci) oraz ciocia Teofila z piątką dzieci. W nocy zbudził nas straszny hałas, huk i strzały. Sąsiad uciekając krzyczał, by uciekać gdzie kto może, bo pół wsi wymordowano i cała wieś się . Mój dziadek szybko podjechał wozem, wyniesiono śpiące dzieci i pakowano do wozu, dołączyła do niego ciocia Teofila i babcia Karolina. Przed wyjazdpaliem babcia poprosiła o różaniec i odmawiając różaniec szczęśliwie uciekli przez most na rzece do lasu. Ja z mamą i najstarszym bratem zostaliśmy. Mama chyba chciała coś uratować z domu, ale to już było niemożliwe. Palił się cały dach. Obok naszego domu rosło zboże i tam uciekliśmy. Padliśmy na ziemię. Wtedy zobaczyłam naszą sąsiadkę, jak wybiega ze swojego domu z dzieckiem na rękach w naszym kierunku. Chciała przedostać się przez furtkę i wtedy dopadł do niej Ukrainiec z siekierą i jednym uderzeniem przeciął ją na pół. Jej ciało zostało na płocie, a dziecko wypadło jej z rąk na drogę. Napastnik nabił je na ostrą pikę i rzucił na palący się dach ich domu.  My zaczęliśmy czołgać się w kierunku rzeki, aby przedostać się na jej drugą stronę. Most był już zajęty, stamtąd strzelano do nas, ale szczęśliwie udało nam się wydostać na drugi brzeg. Wszyscy ci, którzy przeżyli, uciekli do miasta Rokitna oddalonego o 12 km od naszej wsi. Pomordowani zostali. Na drugi dzień dwóch mężczyzn udało się do Staryk na cmentarz wykopać doły na pochówek. Niestety już nie wrócili, zostali tam zabici. Z inicjatywy naszego wspaniałego księdza zebrała się grupa, która postanowiła wrócić do Staryk pochować swoich najbliższych. Ksiądz wziął w ręce krzyż i poszli. Pozwożono wszystkie ciała do kościoła.

Czytaj więcej...

Staryki . Tylko nieliczni cudem ocaleli

 28 maja 1943 r. o godz. 3 rano rozegrała się tragedia w Starykach (pow. Sarny). Padło co najmniej 145 osób: Antoni Lech lat 31, Franciszek Zarudzki lat 31, Anastazja Garbowska 50 lat. Reszty nazwisk nawet znanych nam osób nie pamiętamy. Zbyt dawne to dzieje i tak tragiczne, że niechętnie do tych wspomnień powracamy myślami. Wieś Staryki Ukraińcy spalili, a ludzi jak zwykle okrutnie pomordowali. Z tej straszliwej rzezi tylko nieliczni cudem ocaleli. Pozbierali wszystkie trupy i ułożyli rzędami w kościele w Starykach. Najpierw położyli przed balustradą niemowlęta, następnie dzieci małe, później młodzież, potem kobiety, a na końcu mężczyzn. Tych, co się nie zmieścili w świątyni, ułożyli dookoła kościoła. Po nabożeństwie pochowali ich we wspólnej mogile na kościelnym cmentarzu. We wsi Okopy palono, mordowano, tak jak wszędzie, a pomysłów na zbrodnie ukraińskim nacjonalistom nie brakowało. Znałam osobiście nauczycielkę z Okop Felicję Masojadę, z którą miałam częste kontakty jako łączniczka. Tylko dwa razy byłam u niej, bo wyjazdy do Okop były bardzo niebezpieczne. Przeważnie bywała u mnie lub spotykaliśmy się na plebanii w Rokitnie. Była to mądra i zacna niewiasta. Dobra patriotka, nauczycielka i człowiek prawy. We wsi była wszystkim bardzo życzliwa, nie tylko Polakom, ale i Ukraińcom. Leczyła nawet ich dzieci, udzielała wszelkich porad, często była rozjemcą w sprawach spornych. Jeszcze wiele mogłaby zdziałać. Ponieważ była bardzo potrzebna i lubiana, a także znana we wszystkich okolicznych wsiach, nie spodziewała się, że i ją spotka taki okrutny los, choć życzliwi Ukraińcy ją ostrzegali. Miała łączność z partyzantami sowieckimi i polskimi. Dostała zadanie skontaktowania się z Rokitnem, a także miała przywieść tak bardzo potrzebne leki, więc obiecała wszystkim ją ostrzegającym, że jedzie ostatni raz. W drodze powrotnej, we wsi ukraińskiej Kisorycze została zamordowana w bestialski sposób. Bito i kłuto ją bagnetami, później powieszono za nogi, wykłuto oczy, odcięto piersi, nożami odcinano ciało, rozcięto brzuch.

Czytaj więcej...

GTranslate

enfrdeitptrues

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 943 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
13460360