W Dębnicy Kaszubskiej przy kościele spoczywa wieloletni proboszcz tutejszej parafii ks. Antoni Kania. Niewielu z żyjących dębniczan wie kim był i skąd przybył, ten niezwykły człowiek. Warto może, chociaż w skrócie, poznać Jego znaczone powołaniem, dobrocią i patriotyzmem życie.

Ksiądz Antoni Kania przyszedł na świat 11 maja 1901 roku w Przychojcu w powiecie leżajskim na Rzeszowszczyźnie. Przychojec w latach 1977-1981 nie wiadomo dlaczego przemianowany na Jodłówkę był zawsze wsią sporą. Dzisiaj liczy około 1000. mieszkańców. W Leżajsku żyje sędziwy zakonnik, który pamięta młodego kleryka z Przychojca Antoniego Kanię. Dzisiaj, miejscowi nie wiedzą, że z ich miejscowości pochodził ten wspaniały człowiek.
Do Gimnazjum Antoni Kania uczęszczał w Leżajsku, ukończył je w 1920 roku. Nie zastanawiał się długo nad swoją dalszą życiową drogą. Wstąpił do seminarium duchownego, wybierając drogę kapłaństwa.

Naukę rozpoczął od Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, gdzie w latach 1920 -1923 studiował teologię. Po trzech latach przeniósł się na dalsze studia teologiczne do Lwowa. Tam w roku 1925 otrzymał święcenia kapłańskie.

Rozpoczął trudną, naznaczoną cierpieniem, wyrzeczeniami i ubóstwem długą czterdziestoletnią drogę sprawowania posługi kapłańskiej. Zapewne nigdy nie przypuszczał, że zakończy ją niemal u brzegów morza Bałtyckiego, z dala od swoich ukochanych podkarpackich stron, w nieznanej mu Dębnicy Kaszubskiej.
Swoją posługę rozpoczął –nomen omen, od… Pomorzan, miejscowości na polskich Kresach niedaleko Lwowa, a ściślej w pobliżu czternastowiecznego Zborowa. Tam od 1 września 1925 został wikarym.
1 listopada 1927 roku wikary Kania pożegnał Pomorzany i przeniósł się do parafii w Bełzie. Bełz to niewielkie, leżące na Ukrainie, dwutysięczne miasto o tysiącletnim rodowodzie, znajdujące się na pograniczu Pobuża i Grzędy Sokalskiej, nad małą rzeczką Sołokiją – po polsku Załoką. Bełz jest odległy zaledwie trzy kilometry od granicy z dzisiejszą Polską. Co ciekawe miejscowość ta do 1951 roku leżała w granicach Polski. Dopiero porozumienie między Polską i ZSRR o wymianie terytoriów spowodowało włączenie Bełza w granice Związku Radzieckiego.
Od 1928 roku 27-letni ks. Antoni Kania został proboszczem w małej wsi Porchowa w powiecie buchaczowskim. Porchowa to niezwykła wieś, znajdują się tutaj znane w okolicy liczne groty.
W 1933 ks. Kania przeniósł się na parafię do Medyna w dekanacie Zbaraż. Medyn to mała niczym nie wyróżniająca się wioska leżąca w zachodniej Ukrainie. Dawniej była to zachodnia rubież II Rzeczypospolitej. Jako ciekawostkę można podać, że w Medynie urodził się Józef Światło, były ppłk polskiej Służby Bezpieczeństwa, który w latach pięćdziesiątych uciekł na Zachód. W Medynie ks. Antoni Kania pełnił funkcje proboszcza do czerwca 1939 roku.
Wreszcie, po licznych parafialnych wędrówkach trafił do ostatniej swojej parafii na Kresach, Huty Nowej, w skład której wchodziły miejscowości Huta Stara i Izabela. Posługę w nowej parafii rozpoczął 25 czerwca 1939 roku od nabożeństwa w starym kościółku w Hucie Starej.
22 wrzenia 1939 roku do miejscowości w Jego parafii wkraczają wojska radzieckie.
Rozpoczął się barwny, a przy tym niebezpieczny i tragiczny dla licznych Jego parafian okres. Wraz z parafianami i przybyłymi z Polski uciekinierami organizował pomoc dla oficerów i żołnierzy Wojska Polskiego, zarówno tych przedzierających się do Rumuni i dalej na Zachód, jak i tych chcących dalej walczyć w konspiracji z okupantem. Chronił polskich oficerów i inteligentów przed NKWD i niechybną wywózką na Syberię. „Przechowalnie”, a właściwie punkty przerzutowe, które utworzył znajdowały się w Hucie Starej. Jednorazowo ukrywało się w nich nawet kilkunastu oficerów.
Po wkroczeniu na Jego parafialny teren Niemców rozpoczął walkę o Polaków aresztowanych w łapankach lub w inny sposób, wielokrotnie wykupując ich z aresztu lub więzienia.
Np. w łapance na terenie Huty Starej Niemcy osadzili w piwnicach sądu w Monasterzyskach około 60. mężczyzn. Księdzu Kani udało się wykupić połowę, 25. Polaków wywieziono na roboty do Niemiec, a 5. niestety zostało zamordowanych.
Ksiądz Kania bardzo mocno przeżywał śmierć Polaków, zabijanych i mordowanych przez Rosjan, Niemców i Ukraińców. Był świadkiem wielu zbrodni i mordów, które cudem jak dotąd omijały miejscowości parafii. Jednak był czujny i przeczuwał najgorsze. Dlatego z Jego inicjatywy w Hucie Starej zostały zorganizowane stałe patrole samoobrony. Na terenie wsi rozmieszczone zostały punkty alarmowe, zawieszona żelazna belka i metalowy pręt służyły do alarmowania mieszkańców. Rozwinięto własny wywiad. Teren wsi od wieczora do rana patrolowały 2-3 osobowe straże.
W tym czasie w lasach otaczających Hutę Nową Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) organizowała tajny oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) Od informatorów ksiądz dowiedział się, że uformowano już dwa bataliony i są one nastawione antypolsko. UPA miała również dobrze zaopatrzony magazyn broni i amunicji. Ksiądz Kania namówił Niemców – oczywiście nie za darmo, do rozbicia ukrywających się banderowców. Niemcy użyli do walki oddziały piechoty, artylerii, czołgów oraz lotnictwa. Walki trwały trzy doby i zakończyły się rozbiciem upowców.

Jednak to nie uchroniło Polaków mieszkańców parafii przed napadem banderowców. Jeden z nich miał miejsce w Hucie Starej> Tak opisywany jest przez jednego z naocznych świadków:
„W dniu 4 marca 1944r. do powracających z Monasterzysk: Józefa Bobika i Bronisława Romanów z Huty Starej podszedł Aleksander (?)Zajączkowski - listonosz - wywiadowca AK. W tych dniach wywiad AK zaobserwował wzmożony ruch banderowców i bulbaków (nazywanych tak od nazwiska dowódców: Stepana Bandery i Tarasa Bulbaka) a także duże zgromadzenie ich oddziałów w Jarhorowie i Wyczółkach. Zajączkowski kazał im szybko wracać do Huty uprzedzając, że tej lub następnej nocy Ukraińcy mogą napaść na wieś. Po ich powrocie ostrzeżono wszystkich mieszkańców i ustalono, że wszyscy będą się chronić w petlikowskim lesie. Również inni mieszkańcy byli ostrzegani przez znajomych z okolicy (także przez ukraińców) o mogącym nastąpić napadzie. Po zapadnięciu zmroku zaczęto opuszczać domostwa. Większość zgodnie z ustaleniem opuściła domostwa i zabrała ze sobą do przykrycia i ukrycia na śniegu białe prześcieradła. We wsi pozostało kilku patrolujących wieś mężczyzn oraz ci, którzy z różnych powodów nie zastosowali się do ustaleń i chowali się w swoich różnych skrytkach.
Do napadu doszło późnym wieczorem. Banderowcy, uzbrojeni w siekiery, widły itp. posiadali również broń palną, również karabin maszynowy, nadeszli z dwóch stron: jedna grupa od strony Wyczółek a druga od Jarhorowa. W okolicy kapliczki św. Jana ustawili karabin maszynowy, obserwowani byli przez ukrytych przy cmentarzu Szymona i Bronisława Romanów, którzy próbowali zrobić użytek z posiadanego starego karabinu, ale wszystkie naboje, które posiadali okazały się niewypałami. W podobnej sytuacji znalazł się ich brat Tadeusz, który na Tłoce próbował po podaniu złego hasła przez nadchodzących banderowców strzelać z posiadanego karabinu. Na dźwięk zamka karabinowego banderowcy ostrzelali wieś z karabinu maszynowego i rozpoczęli grabież i zniszczenie. Idąc od domu do domu, palili po kolei domy, stajnie i stodoły. Jeżeli w stajni znajdowały się zwierzęta, to przed podpaleniem stajni wypuszczali je. Wyjątkowo podczas tego napadu nie mordowali kobiet i dziewczynek. Palenie i grabienie trwało całą noc, spalono prawie całą wieś, spalono również drewniany ponad 100-letni kosciólek, z 200 domów ocalało ok. 28, prawdopodobnie dlatego, że stały w oddaleniu od zwartej zabudowy całej wsi. W wyniku napadu życie straciło ponad 12 osób, zabitych lub uduszonych dymem w swoich kryjówkach. W ten sposób życie stracili m.in.: Biernacki Paweł „Pawłuniu” lat ok.60 -został zarąbany siekierą w ogrodzie pod czereśnią, na tym samym drzewie siedziała Biernacka Maria , której nie zauważono i cudem ocalała. Braszka Stanisław „Kurka” - kiedy banderowcy podpalali jego dom próbował uciekać ze swojego schronienia, podczas ucieczki został postrzelony w plecy, rannego dobito kilkoma ciosami siekierą w głowę. Biernacka Aniela (żona Pawła), Biernacki Michał (syn), Biernacka Hanna (córka), Romaniuk Helena, Romaniuk Maria (córka), Urszula (siostra Romaniuk Heleny), Biernacka „Dośka”, Dobrucki Józef - zastrzelony w czasie ucieczki, Bobik Aniela - zastrzelona, Bobik Józef ?, .Dobrucki Jan - został uduszony
Kiedy wieś dopalała się z lasu wyszła Aniela Krzyszowska z małym dzieckiem na ręku, trafiła na wycofujących się z Huty banderowców. Próbowała się schować, ale została zauważona, ku jej zdumieniu od jednego z Ukraińców dostała kromkę białego chleba, a ich dowódca powiedział jej, że „jest to, „propusk” dla niej od komandira”.”
Ksiądz Antoni Kania był w okresie wojny kapelanem miejscowego oddziału AK. Posiadał pseudonim „Ketlin”, o czym wiedziało tylko kilka zaufanych i współpracujących z nim osób. Antoni Kania chronił przed śmiercią również Żydów. Jednym z nich był dr Bandler z Monasterzysk, który przeżył wojnę i zamieszkał we Wrocławiu. Taka działalność ks. Kani nie pozostała bez echa ukraińskich nacjonalistów. W 1944 roku po uzyskaniu informacji, że zagraża mu UPA, schronił się w Monasterzyskach.
W 1945 roku potajemnie przedostał się do Bełzy pow. Sokal, do dawnej swojej parafii, leżącej wtedy w województwie lubelskim w granicach nowej Polski. Tam objął ponownie probostwo, które sprawował do dnia 1 lipca 1948 roku.
Potem krótko przebywał w miejscowości Zielenice koło Strzelina, a następnie przeniesiony został do Jordanowa Śląskiego, gdzie proboszczował do dnia 1 kwietnia 1950 roku.
W tym czasie był poszukiwany przez Służbę Bezpieczeństwa i właśnie w kwietniu 1950 roku został aresztowany. Zrządzeniem losu został uratowany przez radzieckiego generała (bez jego wiedzy) i „oczytanych” swoich parafian.
A było to tak:
W roku 1950 została wydana książka napisana przez Piotra Werszyhorę p.t. „Karpacki rajd”. Autor, pisarz i generał, były dowódca radzieckich wojsk partyzanckich na Wołyniu opisywał szlak bojowy związku taktycznego rosyjskiego generała Kowpakowa. Jeden rozdział poświęcony był okolicom Monasterzysk, a szczególnie pobytowi na kwaterze u księdza Kani w Hucie Starej. Radziecki dowódca dobrze się o ks. Kani wyrażał i opisywał jego działalność w czasie wojny. Mieszkający w Radziechowie koło Złototoryji repatrianci - dawni parafianie księdza Antoniego z Huty Nowej wstawili się za swoim byłym proboszczem przedstawiając w UB książkę generała Werszyhory. Na ubekach zrobiło to wrażenie.
Kapłan został zwolniony, ale musiał wyjechać daleko od Dolnego Śląska. Zalecono mu Pomorze, lecz tym razem, to na Ziemiach Odzyskanych.
Wybrał parafię w Dębnicy Kaszubskiej koło Słupska, gdzie był proboszczem aż do śmierci. Zmarł 29 grudnia 1965 roku - pochowany został przez swoich, wdzięcznych, dębnickich parafian przy kościele, który był ostatnią stacją Jego trudnej drogi życiowej.

Andrzej Obecny
(głównie na podstawie wspomnień napisanych przez pana Romana Romanów)


GTranslate

enfrdeitptrues

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud9.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 434 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
12693096