Tytułem wstępu  kilka zdań z relacji Władysława  Malinowskiego z kol. Augustów na Wołyniu : "O tym co opowiem powinien wiedzieć cały świat - każdy człowiek, a przeważnie Polacy - synowie córki, wnuki, prawnuki, każdy Polak. O tym nie wolno nigdy zapomnieć, pomimo, że historia milczy o tej strasznej zagładzie rzeszy Polaków za Bugiem, z Wołynia, jego eksterminacji - kompletnego bestialskiego wymordowania - rzezi najprymitywniejszej, dokonanej przez Ukraińców. Świat zna jedną 
eksterminację ludzi - Żydów przez Niemców i o tym głośno krzyczy. Drugą taką eksterminacją ludzi - Polaków - w skali światowej, była eksterminacja ludzi narodowości polskiej - nieopisane ich mordy na  ziemiach wschodniej Polski, (...) o której cicho, nic się nie mówi. Ja, który przeżyłem to piekło i widziałem na własne oczy, będę krzyczał - może ktoś usłyszy - opublikuje, rozpowie, że każdy 
kawałek ziemi nazwanej obecnie Ukrainą jest znaczony Polską krwią i na każdym jej skrawku leżą polskie kości."
Relację  pana Władysława i kilku innych świadków, dotyczące konkretnych wydarzeń, zostaną zaprezentowane nieco później. W tym miejscu przypomnę udokumentowane przez historyków fakty.  11 lipca 1943 r. polska krew lała się strumieniami w dziesiątkach miejscowości Wołynia. Bandyci  z OUN- UPA uderzyli niemal równocześnie na 99 polskich wsi i miasteczek. W ciągu nocy i następnego dnia liczba zmasakrowanych siół wzrosła do 167. Rzezie trwały także przez następne dni. 13 i 14 lipca napadnięto na 19 miejscowości powiatów horochowskiego i włodzimierskiego, 14 i 15 lipca osiem miejscowości powiatu krzemienieckiego. 15 i 16 lipca fala zbrodni znów wezbrała w powiatach horochowskim i włodzimierskim, w których zaatakowano 29 miejscowości.

Od 16 do 18 lipca UPA zlikwidowała całkowicie 33 wsie i kolonie polskie w powiecie kostopolskim i sarneńskim wokół Huty Stepańskiej. A 30 i 31 lipca uderzyła na 22 miejscowości powiatu sarneńskiego (gminy Antonówka, Rafałówka i Włodzimierzec). Łącznie we wszystkich napadach lipcowych zostało zamordowanych co najmniej 10,5 tysiąca Polaków, w co najmniej 520 miejscowościach, czyli więcej niż w czasie całego pierwszego półrocza 1943 roku.

Atak na Adamówkę nastąpił dwa dni po masakrze w Kisielinie, we wtorek, 13 lipca, między godz. 8.00 a 9.00. Pan Henryk  Malinowski opowiada, że " banderowcy jechali z góry od pobliskich Twerdyń na taczankach, czyli lekkich, czterokołowych, zaprzężonych w konie wozach. Wzdłuż wozu, wsparta o przednią i tylną oś, leżała szeroka, elastyczna deska, na której siedzieli okrakiem “bojcy”. Karabiny trzymali zwrócone w obie strony. Jeden obserwował okolicę przez lornetkę. Było ich kilkunastu, bo tylu wystarczyło na bezbronną wieś. Ponieważ zjeżdżali z góry, dokładnie widzieli, jak ludzie chowają się, gdzie kto mógł, w trawę, w kapustę czy w kartofle. Powyciągali ich stamtąd i zgromadzili po kilkunastu w kilku chałupach i stodołach, które podpalili.– Tego dnia zginął mój dziadek, mama i młodszy brat " – mówi cicho ze smutkiem w głosie pan Henryk. – " Przeżyłem, bo pasłem krowy z dala od domu. Miałem wtedy 9 lat."  Wśród ludzi uciekających ze wsi spotkał ciocię. Uciekali przez pastwiska w kierunku torfowisk. Później zaszyli się w zboże, doczekali nocy i wrócili do wsi.– Zastała nas pustka – wspomina pan Henryk. –" Bydło pozabierali Ukraińcy, króliki, gęsi i kury gdzieś się rozbiegły, bo psy zaczęły grasować. Kilka obejść było spalonych, reszta splądrowana." Spalona w stodole rodzina Henryka Malinowskiego została rozpoznana przez ocalałe z masakry jego ciocię i babcię po zachowanych fragmentach ubrań. Ciał nie można było zidentyfikować, ale namoknięte krwią ubrania nie spaliły się doszczętnie.–  I potem ludzie to rozgrzebywali, każdy swoje szmatki poznawał i gromadził do tych szmatek przynależne kości – wyjaśnia pan Henryk. –" Ja tego nie widziałem, gdyż ciotka zostawiła mnie w jednej z sąsiednich wsi u jakiś Ukrainek na strychu z sianem. Coś okropnego, przez dwa dni myszy po mnie biegały, byłem głodny, płakałem." Jak większość ludzi z okolic Kisielina pan Henryk wraz z ciocią i babcią uciekali w kierunku Zasmyk. – " Szliśmy nocami, dnie spędzając w głębokim lesie lub zaszyci w krzakach. Spotkanie Ukraińców oznaczało wtedy śmierć  "– mówi pan Henryk. Inny świadek: Henryk Pałka ( ur. 1933 r.) syn  Bronisława sołtysa Adamówki, przyszedł  do domu z pastwiska na śniadanie, gdy do rodziny dotarła wiadomość o ukraińskim napadzie.  Natychmiast otrzymał polecenie, aby ostrzec swojego  brata i kuzyna Tadeusza Kucharczyka, którzy przebywali na łące. Gdy ponownie wracał do domu widział już wchodzących do wioski bandytów. Był również świadkiem schwytania rodziny Malinowskich - Heleny Malinowskiej z synami Januszem i Henrykiem oraz ich dziadkiem Walentym Czemerysem. Wszyscy oni zostali bestialsko zamordowani. Ocalała głowa rodziny, Władysław Malinowski, później został członkiem samoobrony w Zasmykach. Pałkowie z domu wzięli tylko dwa chleby i  dokumenty potwierdzające własność gruntów. Następnie pospiesznie opuścili zabudowania i ukryli się w zaroślach na bagnistych łąkach, gdzie spotkali innych uciekinierów. Natknęli się także na posterunek banderowców składający się na szczęście z przymuszonych do przystąpienia do bandy byłych żołnierzy sowieckich. Ci pozwolili Polakom wyjść z okrążenia. Prawdopodobnie za ten czyn zostali później zabici. Rodzina Pałków dotarła do miasteczka Hołoby. Przy tamtejszym kościele zaopiekowały się nią  siostry zakonne.  Po około dziesięciu dniach za sprawą AK przerzucona została koleją do Kowla. Miasta i miejsca, w których stacjonowały jednostki niemieckie i węgierskie  stały się ostoją dla Polaków. Michajło Fita, przywódcy napadu na Adamówkę, choć przeciwny zabijaniu Polaków stał na czele bandy dokonującej mordów. Pod koniec 1942 r. zaopatrzył w broń przynajmniej dwóch swoich kolegów Polaków Czesława Pałkę i Władysława Malinowskiego, aby użyli jej do ewentualnej  obrony przed pobratymcami. Jak się okazało dobrze przewidział sytuację.

Członek SB UPA Arsenij Bożewśkyj zeznał: „W okresie służby w UPA osobiście zabiłem 15 osób. Pamiętam, w lipcu 1943 r. nasz oddział przybył do byłej posiadłości hrabiego Koszewskiego, gdzie mieszkało około 100 Polaków, których zlikwidowaliśmy bezlitośnie przy użyciu broni palnej i białej. Zlikwidowaliśmy całe rodziny, nie oszczędzając starców, kobiet i dzieci. Dzieci płakały, kobiety – matki, prosiły aby zostawić ich dzieci przy życiu. Ale nie zwracaliśmy na te prośby uwagi i zabijaliśmy je, używając do tego broni i noży. Osobiście zastrzeliłem z karabinu w tej rozprawie 7 ludzi”. A Stepan Janiszewśkyj „Dałekyj”, członek krajowego Prowidu OUN, oświadczył, że „Służba Bezpeky”, którą kierował, brała aktywny udział w masowym wyniszczaniu ludności polskiej oraz paleniu polskich osiedli. Podczas tych akcji „po zwierzęcemu zamęczono dużą liczbę ludności polskiej”. 

W tym czasie kierownictwo OUN-UPA prowadziło wciąż intensywną propagandę antypolską wśród ludności ukraińskiej. W numerze 2. pisma „Do zbroji”, z sierpnia 1943 roku, wydawanego przez Wydział Polityczny UPA, Bohdan Wusenko pisał: „Naród ukraiński wstąpił na drogę zdecydowanej rozprawy z cudzoziemcami i nie zejdzie z niej dopóki ostatniego cudzoziemca nie przepędzi do jego kraju albo do mogiły. A w numerze 3. tego pisma, z września 1943 roku, Mykoła Michnowśkyj stwierdzał, że „dopóki na ukraińskim terytorium będzie panować cudzoziemiec, dotąd Ukraińcy nie złożą broni, dotąd wszystkie pokolenia Ukraińców pójdą na wojną. Wojna będzie prowadzona wszystkimi zasobami”. 

W sierpniu 1943 roku rzezie objęły powiaty: włodzimierski, kowelski, lubomelski, horochowski i ówieński. Pod koniec miesiąca mordy ponownie przybrały na sile. 29 sierpnia Polacy ginęli w co najmniej 54 miejscowościach tych powiatów, a 30 i 31 sierpnia w co najmniej 31 miejscowościach. Sierpniowe ludobójstwo pochłonęło ponad 8 tysięcy ofiar. W powiecie włodzimierskim, jednego dnia – 29 sierpnia 1943 roku upowcy, wsparci rozszalałą czernią, wymordowali siekierami i widłami około 90 Polaków we wsi Ziemlica, 150 w Grabinie, 140 w kolonii Jasionówka, około 100 w kolonii Słowikówka, około 200 w kolonii Sokołówka, około 140 w kolonii Soroczyn i 69 w Mogilnie. W tym też dniu pięćdziesięciu bojówkarzy oraz 150 miejscowych chłopów uzbrojonych w siekiery, kosy, widły, noże, cepy, szpadle, grabie, orczyki i sierpy napadło kolonię Władysławówka w gminie Mikulicze, przy czymtłum mordujących popadł w szał bestialstwa, w którym ostatnie ofiary były rozszarpywane i ćwiartowane na kawałki, a nawet przez pomyłkę doszło do pobicia Ukraińców mieszkających w kolonii. Potem nastąpiło rabowanie mienia Polaków, przy którym nie obeszło się bez wzajemnego wydzierania sobie zrabowanego mienia i w związku z tym bójek”. Jeden z ocalonych, Władysław Malinowski ( z Augustowa) , zapamiętał, że "Za kilka dni [ po lipcowej rzezi] Ukraińcy przysłali kartkę pisaną po polsku, ażeby się nie bać, sprzątnąć zboże z pola, nic nikomu się nie stanie. Myśmy zboże pokosili i częściowo zwieźli do stodół. Przy końcu sierpnia w  dzień usłyszeliśmy krzyki, piski, wrzask, słowa "O Boże, o jej , ratunku", od strony Władysławówki. Dość młody mężczyzna, w porwanym ubraniu i cały pokrwawiony, biegł z tamtej strony i krzyczał "rano bili - mordują". Zorientowaliśmy sie, że na wieś Władysławówkę napadli Ukraińcy i mordują Polaków - wieś odległa o około 1,5 km od nas. Ludność naszej wioski zaczęła uciekać w pole, do lasu, gdzie kto mógł, to sie chował. Ja uciekłem z trojgiem małych dzieci (2,4,10 lat) i żoną do lasu, około 400 m. od domu mojego. Za dwie godziny na skraju lasu usłyszałem gwizdnięcie - wyszedłem i zobaczyłem, że przed lasem w rowie stoi Pawluk Józek, Ukrainiec z mojej wioski, kolega. Powiedział, że widział jak myśmy uciekali i gdzie. Przyniósł chleb, słoninę dla dzieci i powiedział ażeby cicho siedzieć, bo Ukraińcy mordują Polaków. Powiedział też, że idzie do wsi Władysławówka, gdzie odbywa się rzeź Polaków, zobaczyć co sie stało z jego ojcem zamieszkałym we Władysławówce. Po tym przeszedł w to samo miejsce do lasu za jakieś 3 godziny, t.j. ok. godziny 14.00 - gwizdnął umówiony znak. Ja wyszedłem i on podszedł do ukrytej mojej rodziny. Powiedział - "Siedźcie cicho" - nie wracajcie do domu, bo Ukraińcy mordują wszystkich Polaków co do nogi w naszej okolicy" - Priwidnik ich powiedział, że taka rzeź jednocześnie jest przeprowadzana , odbywa sie na całej Ukrainie, że jest nakaz wybicia wszystkich lachiw - żeby nikt nie pozostał - komunistów i Żydów też." Powiedział, że we Władysławówce wybili wszystkich, 40 rodzin - ogółem 250 osób, leżą martwi , trupy. Zapytany jak to sie stało, opowiedział, że rano napadli na kolonię, 50 Ukraińców - UPA, uzbrojonych, otoczyło i "zdobyło" wieś, podczas "zdobywania" wsi zastrzelili kilku Polaków, którzy uciekali. Pozostali bezbronni i sterroryzowani, zostali oddani Ukraińcom, którzy oczekiwali w rejonie wsi przed jej "zdobyciem". Była to zbieranina ludzi bez broni palnej, ze 150 osób, nawet pomiędzy nimi były kobiety - wszyscy posiadali kosy, sierpy, siekiery, widły, noże, cepy, szpadle, grabie, kłonice, orczyki i inne narzędzia stosowane w rolnictwie. Tak na dany znak przez uzbrojonych Ukraińców rzucili się na Polaków. Rozpoczęła się straszna rzeź, w tym zamieszaniu pobili i swoich. O tym opowiedział mi ojciec, a sam widziałem koniec tego mordu - najgorzej znęcali się nad ostatnimi Polakami - rozszarpywali ludzi, ciągali za ręce i nogi, a inni ręce te odżynali nożami, przebijali widłami, ćwiartowali siekierami, wieszali żywych i już zabitych, rozcinali kosami, wydłubywali oczy, obcinali uszy, nos, język, piersi kobiet i tak ofiary puszczali. Inni je łapali i dalej męczyli aż do zabicia. Przy końcu ofiara była otoczona grupą ryzunów - widziałem, opowiadał dalej, jak jeszcze żyjącym ludziom rozpruwali brzuchy, wyciągano rękoma wnętrzności - ciągnęli kiszki, a inni ofiary trzymali, jak gwałcili kobiety, a później je zabijali, wbijali na kołki, stawiali żywe kobiety do góry nogami i siekierą  rozcinali na dwie połowy, topili w studniach. Powiedział Pawluk, że nigdy w życiu nie widział i nie słyszał o takiej rzezi, i nikt kto tego nie widział, nigdy w to nie uwierzy, że jego pobratymcy to dokonali. Po wybiciu ofiar wszyscy rzucili się na dobytek - rabowali wszystko, nawet jedni drugim zabierali, były bratobójcze bójki. (...). Nie mogłem patrzeć się na dzieci z roztrzaskanymi głowami i mózgiem na ścianach, wszędzie trupy zmasakrowane, krew - aż czerwono, sam się pochlapałem, aż się rzygać chciało, w zamieszaniu odszedłem - opowiadał Pawluk. Myśmy siedzieli w tym lesie ze trzy dni. a on Pawluk Józef, Ukrainiec - przynosił jedzenie - chleb, słoninę i inne. Mówił, że musimy uciekać bo on nie może się narażać - Ukraińcy są czujni i za to mogą jego i jego rodzinę zabić. Myśmy usłuchali i jego i przez całą noc szliśmy do Włodzimierza - przez las, bagna. Rano dotarliśmy do Włodzimierza całkiem wykończeni. Zatrzymaliśmy się u siostry ciotecznej Pawliny. Tam był już mój syn Zbigniew. (,,,) Z Włodzimierza w miesiącu lutym 1944 wyjechałem do Hrubieszowa - przewieźli nas Niemcy samochodami.  W Hrubieszowie spotkałem Cis Kajetana - lat 52, sąsiada z Augustowa, 
który powiedział, że nie zdążył uciec przed ryzunami do lasu - chmara rozjuszonych ryzunów już szła, więc schował się w kopę zboża tzw. "dziesiątkę" blisko domu Malinowskiego Franciszka, mego brata z Augustowa. Widział przez szpary w snopkach jak cała rodzina Malinowskich; żona Kazimiera, dzieci czworo (2, 3, 4 i 5 lat) i  teściowa usadowili się na wozie i czekali na ojca Malinowskiego Franciszka, który poszedł do mnie, brata Malinowskiego Władysława, zobaczyć co z nim się dzieje. Na tej furmance Ukraińcy dopadli Polaków - rodzinę Malinowskich. Rozjuszona banda, jeszcze okrwawiona i rozgrzana we Władysławówce - widłami, siekierami, sierpami i kosami - zabijali, maltretowali te rodzinę, kobiety, żonę Malinowskiego i teściową - rozebrali do naga i gwałcili - chyba gwałcili już nieżywe kobiety bo leżały bez ruchu i co rusz jakiś rezun kładł się na nie, były całe we krwi. Żywe dzieci podnosili na widłach do góry - straszny krzyk. Gdy Malinowski Franciszek podchodził, jego dopadli i zmaltretowali - zabili. Było ich dużo, około pięćdziesięciu, kilku miało broń palną - strzelali na wiwat. Kilku ryzunów poznałem - opowiadał sąsiad - mieszkali w przyległych wioskach, sąsiedzi. Ofiar było siedem. Potem zaczęli grabić gospodarstwo, przeszukiwać i rozeszli się po wiosce. Część została, jakiś priwydnyk kazał zwłoki zakopać. Widziałem, mówił sąsiad jak wybrali miejsce - dołek koło drogi przy froncie mieszkania Malinowskiego Franciszka. Do tego dołka wrzucili 7 osób - liczyłem - trupy te jeszcze zmasakrowali, jak kto mógł i zasypali ziemią. 
Miejsce to jest dobrze znane - kolonia Augustów - koło Włodzimierza, dom stał na samym środku wsi, zwłoki zakopano płytko, przy samej drodze, vis a vis domu. Nawet dzisiaj można sprawdzić, bo kości 
długo leżą w ziemi
."  Polacy którym udało się przeżyć  rzeź ( często całej rodziny) przeszli straszną przemianę. Już nie byli tymi samymi ludźmi, co niegdyś. Nie każdy, widząc dzieci zarąbane siekierą, albo obdarte ze skóry, albo wbite na pal, nie byli  w stanie zapanować nad rodzącym się uczuciem nienawiści. Tego co niektórzy później czynili trudno w tym miejscu nazwać odwetem, jak piszą  niektórzy historycy. Akty ślepej zemsty były najczęściej samowolną inicjatywą dowódców niewielkich oddziałów partyzanckich, grup cywilów bądź pojedynczych mścicieli. Ukraińskie ofiary cywilne stanowiły kilka procent wielkości ofiar polskich. W swojej relacji wspomina Henryk Pałka :" Ocalały Władysław Malinowski został członkiem samoobrony w Zasmykach i szukał  ukojenia swojego bólu w zemście. Na początku z kolegą, później samotnie robił wypady na Ukraińców, których podejrzewał o przynależność do banderowców i likwidował ich. " Takich okaleczonych psychicznie ludzi, w Zasmykach, znalazło się znacznie więcej. O kilku mogę tu nieco napisać. Oprócz Władysława Malinowskiego w samoobronie Zasmyk był również jego brat Józef Malinowski z Adamówki. Monika Śladewska w swojej książce (Z Kresów Wschodnich na Zachód ) wspomina że Józef Malinowski  ( oficer rezerwy WP) szkolił rekrutów do momentu ujawnienia jego tajemniczych wyprawach nocnych. Można zatem wnioskować, że to on towarzyszył bratu Władysławowi w jego eskapadach. Wśród młodych ludzi znajdowali się i tacy, co w szoku po wymordowaniu bliskich, uciekli aż za Bug. Nocne koszmary i niezatarte wspomnienia zmusiły ich do powrotu. Jedni szukali zemsty, inni po prostu śmierci, bo nie umieli żyć. Dlatego zdarzały się przypadki niekontrolowanych i nieracjonalnych działań. Komendant okręgu wołyńskiego AK płk Kazimierz Bąbiński „Luboń”: wydał rozkaz: „Zalecam prowadzenie walki z grupami ukraińskimi z całą bezwzględnością i surowymi rygorami… Dla morderców kobiet i dzieci nie ma litości i pobłażania… Nie odwzajemniamy się w walce mordami kobiet i dzieci ukraińskich. Najbardziej kategorycznie powtarzam zalecenia i rozkazy dawane ustnie i na odprawach inspektorom i dowódcom oddziałów partyzanckich, aby nie dopuszczali w walce lub po jej zakończeniu krzywdy kobiecie i dziecku ukraińskiemu. Z całą surowością będę pociągał do odpowiedzialności dowódców i żołnierzy, którzy by posunęli się do takich niegodnych czynów”. Por. Władysław Czermiński ps. "Jastrząb", skierowany do Zasmyk przez "Lubonia", organizował nie tylko samoobronę ale i pierwszy w pow. kowelskim oddział partyzancki AK. Słysząc pogłoski o  nocnych wyprawach Malinowskich wezwał Józefa Malinowskiego na rozmowę. Malinowscy i kilku innych (mścicieli) odeszło z Zasmyk. Jak napisał w swoich wspomnieniach Tadeusz Świder, członek samoobrony Lublatyna  ( gmina Turzysk): " W Lublatynie stacjonował od miesiąca września nieduży, bo chyba 12 osobowy uzbrojony oddział, a dowódcą tego oddziału był Malinowski Józef. (...) Oddział stacjonował w samym Lublatynie u Jaworskiego Wincentego. (...) Pamiętam, że w oddziale Malinowskiego (...) byli z Antonówki, Malinowski Józef dowódca, Malinowski Władysław, Jakubowski Franciszek, Dejak (imię nieznane) Brudzicki Józef, Kosacki Bolesław, N-N Roman, Kotala Antoni, N-N Niuniek ( tak go nazywali ), młody chłopak ." Oddział ten nie wchodził ani w skład samoobrony Lublatyna, ani nie przynależał do AK, to był oddział mścicieli. W większości młodzi ludzie, którzy potracili całe rodziny, rylcami na kolbach karabinów oznaczali swe ofiary. Legenda wokół działań tej grupy budziła strach wśród ukraińskich mieszkańców, a i nie wszyscy  Polacy aprobowali ich metody. Wiem to z przekazów rodzinnych. Nie mniej wielu uważało i uważa, że to, co po stronie polskiej było patologią, w przypadku działań UPA stanowiło normę.

 Nadszedł wreszcie  25 grudnia 1943 r., pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Ukraińcy z OUN- UPA zaatakowali w pow. kowelskim 5 wsi polskich: Radomle, Batyń, Janówkę, Stanisławówkę i Zasmyki. Polacy spodziewali  się tego napadu ale raczej w wigilię a nie w święto. Napastnicy wykorzystali podstęp, udali Niemców, a tych dowództwo AK zakazało atakować. Jako Niemcy wjechali do środka wsi Radomle, wykorzystując fakt, że Polacy wycofali swoje patrole i pochowali broń, rozpoczynając rzeź mieszkańców. Zapłonęły pierwsze zabudowania Radomla. Jak to wyglądało wspomina: Janina Gruszka z domu Raczyńska ( uciekinierka z Radowicz– w tym domu mieszkało nas sześć rodzin): . Rano przygotowanie do śniadania, krzątanie, mieliśmy iść do kościoła do Zasmyk, ja jeszcze nie zdążyłam się ubrać do wyjścia. Wtem wpada wujek Wałęga i krzyczy: „Boże, burki idą!”  ( jedno z potocznych  określeń Ukraińców  - red)Dopadamy okien, ogarnia nas przerażenie. Wiemy, co nam grozi, tyle ludzi, dzieci, co robić? Pan Świderski zaryglował drzwi, wziął widły i mówi: „Żywy żaden do domu nie wejdzie.” Po chwili uchylił drzwi, by zobaczyć co się dzieje na zewnątrz. W tym momencie pada strzał. Siostra Wanda stała oparta o drzwi, strasznie płakała, przyjechała bowiem z Kowla wraz z mężem do nas na święta. Strzał trafia w nią, pada na twarz. Ojciec mój ze szwagrem odwracają ją, zdążyła tylko wymówić „tato” i kończy życie. Boże, jakie przerażenie ogarnęło wszystkich, co się działo w tym domu, lament, płacz, krzyk dzieci, jedni modlą się na kolanach, rozpacz ogarnia wszystkich. Wiedzieliśmy, że nadchodzi nasz koniec, koniec naszego życia na tej ziemi, jaki cud nas uratuje? Banderowcy trzymali się w pewnej bezpiecznej odległości od domu, jak przypuszczał pan Świderski, nie byli pewni, czy nie mamy broni. Po chwili jeden ze sprawców przemknął pod oknem i podpalił przybudówkę. Pali się dom pełen ludzi. Ojciec mój miał doświadczenie wojskowe, był 4 lata w niewoli u Niemców, wpada po schodach na strych myśląc, że może uda się ratować, ale cała górna część domu była już w płomieniach. Kiedy schodził na dół, moja 12-letnia siostra Czesia objęła ojca za nogi, płacząc prosiła: „Ratuj nas tato”. Widziałam bladą z bólu twarz ojca, jest bezradny, nie może nic zrobić by nas ratować. Jaki to bolesny moment, szwagier siedzi nad zamordowaną żoną i płacze. Co zrobić? Ojciec podejmuje decyzję: „Musimy uciekać, ktoś się uratuje, a w ogniu zginiemy wszyscy.” Zaczęliśmy wyskakiwać jednym oknem, wypychając się nawzajem w puszysty i głęboki śnieg. Widzę, jak między drzewami znika moja siostra Czesia, a ja po prostu idę, nogi odmawiają mi posłuszeństwa, jestem półprzytomna z przerażenia. Naraz słyszę głos mamy, woła do mnie, oprzytomniałam na chwilę. Patrzę, mama leży na śniegu, jest ranna w rękę. Podbiegam do niej, zdejmuję chustkę, ale w pośpiechu źle zaciskam ranę. Musimy szybko iść, podnoszę mamę, prowadzę pod rękę. Cała kolonia w ogniu. Nikogo już nie widać, tylko my obie biegniemy w kierunku lasu, na północ. Pomyślałam – udało nam się wyjść z płonącego piekła, jesteśmy już bezpieczne. Naraz słyszę tętent konia i krzyk: „Styjpolacza mordo”, puszczam rękę mamy, mama osuwa się pod drzewem, a ja uciekam. Jak daleko odbiegłam, nie wiem. Kucnęłam w bezlistnych krzewach i czekam, co będzie dalej. Słyszę głos bandyty upowca, a potem mamy. Cisza. Strzału nie słyszę. Nie wiem, jak długo to trwało. Modliłam się: „Matko Boża zasłoń mnie, by mnie nie zobaczył bandyta.” Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, to był cud, gdybym nie opuściła mamy, nie wiem, czy obie byśmy przeżyły. Bandyta podjechał do mamy, zdjął karabin, mama nie prosiła o darowanie życia, chyba zemdlała. Odjechał. Ja bałam się powrócić do mamy, bo nie wiedziałam, co się wydarzyło, postanowiłam odczekać. W pobliżu były opuszczone domy, chciałam się ukryć w tych zabudowaniach.(…)Ojciec nie mógł uciekać, gdyż będąc wysokiego wzrostu był bardzo widoczny z daleka, postanowił, żeby ci, co nie mogą uciekać, udawali, że nie żyją, by leżeli w bezruchu. Obok mojego ojca leżały dwie córki wujka Wałęgi, Zosia i Gienia, które cudem ocalały niezauważone przez bandytów. Leżały bowiem pod krzakiem bzu, przysypane pyłem z płonącego domu. (…)  Razem z moim ojcem patrzyły, jak giną zastrzelone w tył głowy matka i rodzeństwo. Józia ciężko ranna w głowę i nogi patrzyła, jak płacze 9-cio miesięczne dziecko leżąc obok nieżyjącej już matki. Bandyta uderzając je kolbą karabinu dodał: „Ty naszewo brata muczysz.” Leżenie na  bezruchu też nie okazało się idealnym rozwiązaniem, nie wszystkich to uratowało, albowiem ukraińskie zbiry biegały od osoby do osoby leżącej na śniegu i strzelały w tył głowy. W taki oto sposób zginęli najbliżsi: siostra mojej mamy i jej troje dzieci, babcia i sąsiadka. Moja siostra Czesia dostała serię w głowę, uciekając w kierunku lasu, jak długo żyła, nie wiadomo, na drugi dzień znaleziono ją martwą. Do mojego ojca podchodzili trzy razy i za trzecim razem strzelili do niego. Pocisk trafił w kołnierz i ramię. Po pewnym czasie dostał dreszczy z zimna i upływu krwi. Leżąc tak na śniegu myślał, że jak przyjdą czwarty raz, to rozpoznają, że żyje, ale na szczęście nie zdążyli." Tadeusz Świder: " Oddział Malinowskiego i kilku ludzi z samoobrony Lublatyna pierwsi udzielili pomocy napadniętej Radomli (...)  Wyjaśniam, że kiedy oddział Malinowskiego dotarł do Radomla, to Radomle było już opanowane przez Ukraińców i już paliły się zabudowania, byli też zabici. Oddział Malinowskiego bez dokładnego rozpoznania sytuacji i bez zajęcia dogodnych stanowisk wbiegł wprost na otwarty teren poza budynkami, skąd otrzymał silny ogień z ukrytych stanowisk ukraińskich. Niewątpliwie oddział Malinowskiego dużo pomógł dla Radomla, bo już w tej części wsi Ukraińcy nie spalili budynków no i udaremnił im dalsze plądrowanie zagród i wyłapywanie ludzi. Byli już związani walką z Polakami. Jednakże ich siły były dużo większe i uzbrojenie mieli lepsze, posiadali dużo broni maszynowej, czego nie mieli Polacy. Chłopców z oddziału Malinowskiego okaleczonych psychicznie pchała do przodu  żądza odwetu na zabójcach bliskich stanowiła podstawę determinacji w walce. Dlatego ich oddział wpadł z impetem, bez rozpoznania  w sam środek atakujących rezunów. J. Gruszka wspomina : " Ledwie zrobiłam kilka kroków, wtem – „Stój!” – zatrzymuje mnie dwóch młodych uzbrojonych mężczyzn w cywilnych ubraniach. Byłam pewna, że to są Ukraińcy. To już koniec – pomyślałam – ale niczego się ode mnie nie dowiedzą – o tym pamiętałam, tego nas uczono na szkoleniach. Na żadne pytanie nie odpowiadałam, postanowili mnie zlikwidować. Jeden uderza mnie pistoletem w tył głowy i mówi: „Trzy kroki do przodu”. Krew odpływa mi od serca do nóg, dziwne uczucie, niezapomniane. Czekam. Żyję. Zmieniają decyzję. Każą mi iść przed sobą. Przyszliśmy znowu w środek kolonii. Zanim zdołałam zdać sobie sprawę, gdzie jestem, zobaczyłam znajome twarze, koleżankę Zosię Kowalewską oraz mieszkańca Radowicz Władysława Ostrowskiego. Wprost nie do wiary, jestem miedzy swoimi, radość z tego, że żyję, uściski, trwa to chwilę, jestem oszołomiona. Wciągają mnie do pobliskiego rowu. W rowie jest już kilka osób – to samoobrona, kilku żołnierzy i nas dwie, miałam wówczas 16 lat. Z rowu nikt nie może się wychylić, gdyż jesteśmy pod obstrzałem, bandyci kryjąc się za drzewami mają nas na celu. Ktoś powiedział: „Nie możemy czekać na śmierć”, jeden ryzykuje, wychyla się, dostaje w sam środek czoła – młody chłopak. Po pewnym czasie drugi z automatem w ręku tuż obok mnie za bardzo się wychylił, dostaje w samo serce, pada przy mnie. Po raz pierwszy widzę, jak umiera młody żołnierz. Zosia, bardziej przytomna, dopada do niego by ratować, ale na próżno, chłopak umiera."  T. Świder : W oddziale Malinowskiego w  walce  w Radomlu zostali zabici 4 żołnierze i ranny został dowódca Malinowski Józef. Reszta żołnierzy Malinowskiego i kilku z samoobrony Lublatyna nadal skutecznie broniła się i nie dopuszczali Ukraińców do budynków. (...)  Otóż było tak, że ci zabici, Brudicki Józef, Kosacki Bolesław, Roman (nazwiska nie pamiętam), wszyscy z Omelówki Kotala Antoni leżeli na polu walki do czasu wyparcia Ukraińców z Radomla. Wówczas zostali zabrani na sanie i przewiezieni do Lublatyna do Bieleckiego Bolesława. Tam zrobiono trumny i krzyże i po świętach pochowani zostali na zasmyckim cmentarzu. To spisałem z zeznań Bieleckiego Józefa. (...) Natomiast ranny dowódca Malinowski Józef wycofał się z pola walki w krzaki za Radomle w kierunku Lublatyna i tam został znaleziony przez grupę chłopców z Lublatyna . Leżał na wpół żywy, zmarznięty w śniegu. (...) Widziałem dokładnie, że Malinowski był ranny w głowę w skroń z prawej strony. Twarz i szyję miał zbroczoną krwią. Nie pamiętam, aby z nami rozmawiał, bardzo trząsł się z zimna. Po niedługim czasie przyjechał saniami mój ojciec Antoni Świder. Malinowskiego włożyliśmy na sanie i mój ojciec go powiózł. Nie pamiętam dziś ( a ojciec mój nie żyje) dokąd dowiózł Malinowskiego, czy tylko do Radomla, czy do Zasmyk do punktu szpitalnego." Jak udało mi się ustalić Józef Malinowski ostatecznie znalazł się w szpitalu 27 WDP AK w Kupiczowie.  Niestety  nie wiem czy wyleczono go i jakie były jego dalsze losy. Podobnie nie znam losów pozostałych członków tego oddziału.  Pamiętam jednak, że nim dotarłem do relacji T. Świdra, znałem przekaz o bohaterskiej śmierci całej dwunastki. Mówiono mi, że dzięki temu desperackiemu atakowi uratowali bardzo wielu ludzi z Radomla.

Oprócz relacji świadków skorzystałem z n/w źródeł :

http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/kisielinska-epopeja/ https://wolyn.org/index.php/informacje/1360-wladyslaw-malinowski-z-kol-augustow-gm-kisielin

https://wolyn.org/index.php/informacje/1160-swiadectwa-rzezi-wolynskiej-kisielin-adamowka-pisarzowa-wola

Tadeusz Świder: „Okruchy  wspomnień”  opublikowane w Biuletynie Informacyjnym Okręgu  Wołyńskiego.  Nr.1 (69) marzec 2001


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud18.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 447 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
12029962