15 lipca 1943 r. wieczorem na naszą kolonię dokonała napadu banda UPA, była godzina około 21.00. Napastnicy byli uzbrojeni w widły, noże, siekiery i broń palną. Okrążyli całą wieś i zaczęli spędzać ludzi w jedne miejsce, aby było łatwiej ich wymordować. Nasi rodzice pośpiesznie pożegnali się z nami i kazali uciekać pojedynczo. Każdemu z nas ojciec dał butelkę bimbru. Było już ciemno. Pobiegłam w kierunku pola. Wtedy padł strzał i poczułam straszny ból w stopie. Kula przeszła na wylot. Zwaliło mnie z nóg. Zaczęłam się czołgać przez zboże do miedzy. Była dość wysoka. Pod nią wydrapałam rękami jamę, w której przesiedziałam do samego rana, słuchając przeraźliwych krzyków ludzkich dochodzących ze wsi i odgłosów strzałów karabinowych. Noga coraz bardziej mnie bolała. Zrobiłam sobie sama opatrunek, a ranę zalałam dezynfekując ją bimbrem z butelki. Ziemię, która leżała obok mej jamy, rozsypałam garściami po zbożu, aby zatrzeć ślady swojej obecności. Moim jedzeniem były ziarna zboża wyłuskiwane z kłosów, a napojem małe łyki bimbru. W tym ukryciu minęło mi kilka dni. Pewnego dnia usłyszałam donośne głosy dochodzące ze wsi. Zaczęłam się czołgać w kierunku wsi. Dotarłam na podwórze sąsiadki Ukrainki Ulany i poprosiłam ją o kawałek chleba. Ta, kiedy mnie zobaczyła, to krzyknęła: „Ty polska mordo, jeszcze żyjesz?” i złapała za motykę. Ze strachu rzuciłam się do ucieczki, nie poczułam nawet bólu swej stopy. Uciekałam w przeciwnym kierunku, potem zawróciłam do swej kryjówki i tam w ukryciu leżałam i siedziałam kolejnych kilka dni. Noga mi bardzo spuchła i mocno bolała. Żywiłam się ziarnami zboża.

Minęło łącznie od dnia napadu chyba 11 dni. Wtem miejscowi Ukraińcy podjęli akcję przeszukania na polach zboża i znalezione tam trupy zabierali i zakopywali. Szli tyralierą i byli już blisko mnie. Ze strachu nie wiedziałam, co mam robić. W tym momencie usłyszałam nad sobą głos naszego znajomego sąsiada Ukraińca – Harasyma, z którym moi rodzice bardzo dobrze żyli. Szedł bardzo wolno i cicho powiedział do mnie: „Leż cicho i nie ruszaj się, może cię nie zobaczą, wieczorem przyjdę po ciebie. Twój brat jest u mnie” i poszedł dalej. Tak jak powiedział, wieczorem przyszedł, wsadził mnie do worka, wziął na plecy. Zaniósł do swego domu. Tu opatrzył moją zranioną nogę. Była cała spuchnięta i czerwona. Powiedział, że nie można czekać, tylko trzeba jak najszybciej zawieźć mnie do szpitala do Kowla. Obwiązał mi twarz chustką i włożył mnie do maniaka, z którego karmiło się konie, przysypał sieczką i załadował na wóz. Mego brata posadził obok siebie i ruszyliśmy w drogę. Gdy dojechaliśmy do lasu, wyskoczyło zza drzew kilku uzbrojonych upowców i zaczęli go wypytywać, dokąd jedzie. Wytłumaczył im, że wiezie chorego syna do szpitala, pokazując na mego brata. Uwierzyli mu i pozwolili jechać dalej. Harasym zawiózł nas do szpitala w Kowlu.

 Źródło: „Na Rubieży” 2001, nr 51, s. 44.Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud12.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 454 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
12029809