W pierwszej połowie 1943 r. doszło na Wołyniu do rozpoczęcia szeroko zakrojonej przez nacjonalistyczne podziemie ukraińskie akcji mającej na celu pozbycie się zamieszkującej te tereny od wieków ludności polskiej. Ludobójstwa Polaków dokonywały oddziały, tworzącej się na Wołyniu, Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) oraz kilku formacji bulbowców (członków tzw. „Siczy Poleskiej” założonej i dowodzonej przez Tarasa Boroweća ps. Taras Bulba) oraz "melnykowców" (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-M) założona w 1940 r. w Krakowie przez Andrija Melnyka) a także członków utworzonych i podlegających dowództwu niemieckiemu w drugiej połowie 1941 r. oddziałów policji ukraińskiej, które w początkach 1943 r. zdezerterowały i weszły w skład UPA. W dokonywaniu zbrodni na Polakach udział brały również tysiące zamieszkujących te tereny ukraińskich chłopów ( sąsiedzi Polaków). Na terenie powiatu horochowskiego zbrodni na bezbronnej ludności polskiej dokonano w dziesiątkach miejscowości i osad jak: wieś i kolonia Antonówka, Beresteczko, Holatyna, Janówki, Kolmaczóki, Łobaczówki, Naręczyn, Zielona, Holatyn Dolny, Kolonia Kolmaczówka, Kolonia Lipska, Łobaczówka, Peremyl, osada Reymontowicze (Rejmontowicze), Smolawa, Boryczyce, Burzany, Szeroka, Kolonia Lulówka, Pułhany, Kolonia Szeroka, Zastawie (Katarzynówka), Kolonia Bakonówka, Kolonia Granatów, Kolonia Jasionówka, Kolonia Krzemieniec, Markowicze, Zahorów, Łakocze, Doroginicze, Zahorów Nowy.  Po latach wspominają świadkowie wspominają : " Urodził się w lipcu 1938 roku w Lulówce, województwie wołyńskim. Jego rodzina żyła w spokoju i w zgodzie z sąsiadami. Nikt nigdy nie słyszał o waśniach, czy zatargach z miejscowymi Ukraińcami, których w Lulówce nie było zbyt wielu. Samo wydarzenie wspomina tak: Nasza codzienność w Lulówce przed lipcem 1943 r. była zwykła i typowa.

Rodzice wraz z pomocą prowadzili gospodarstwo - siali, sadzili i zbierali zboża, len, ziemniaki, buraki pastewne, utrzymywali inwentarz. Pamiętam, że było kilka krów, trochę świń, trzy konie, owce i drób. Ja miałem króliki i osobiście je doglądałem. Babcia Leontyna zajmowała się dziećmi, czyli mną i bratem Eugeniuszem. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, mimo dochodzących w pierwszej połowie 1943 roku i do Lulówki informacji o zagrożeniu ze strony ukraińskich nacjonalistów, nie było jakichś wspólnych działań, by temu się przeciwstawić. Jest bowiem faktem, że mieszkańcy niemal całkowicie polskiej Lulówki, leżącej na skraju kompleksów leśnych dających schronienie i doskonałą bazę wypadową dla ukraińskich bandytów, praktycznie na odparcie ataku przygotowani nie byli. Napad był dla nas wielkim zaskoczeniem. Nastąpił on w biały dzień, między godz. 15.00 a 16.00. Ja byłem wtedy na naszym podwórku i pierwszy zobaczyłem, jak do sąsiadów Sawickich i Małeckich wpadł Ukrainiec. W pierwszej kolejności zastrzelił dziadka Stefana Małeckiego, który akurat przyjechał z pola. Kiedy to zobaczyłem i usłyszałem strzały, zacząłem krzyczeć, że mordują i pobiegłem do znajdującego się w obejściu ojca. Ojciec, niewiele myśląc, wziął mnie na ręce, wbiegł do domu i krzyknął do mamy: „Maniu! Mordują! Rzucajcie wszystko! Uciekamy!”. Sam wybiegł ze mną na rękach i zaczął biec w stronę pola. Za nami podążyli: mama z Eugeniuszem, babcia Leontyna oraz nasza pracownica. Pamiętam, jak sprawdzałem, czy nas się trzymają, widziałem ich, ale dystans się powiększał. Niestety, widzieliśmy też goniących ich Ukraińców. Ojciec też już tracił siły, w końcu jednak dobiegliśmy do wysokiego zboża, w którym byliśmy bezpieczniejsi. Pozostałych złapali, zaprowadzili na podwórze sąsiadów Wojciechowskich i wraz ze zgromadzonymi tam innymi Polakami pozabijali. Zwłoki pomordowanych wrzucili do studni. Widziała to córka Adolfa Sawickiego — dwunastoletnia wówczas Alina. Ukraińcy zajęci łapaniem mamy i uciekających z nią osób nie podjęli pogoni za nami. Z ojcem pozostaliśmy w zbożu, gdzie ukrywaliśmy się łącznie przez 14 dni, żywiąc się ziarnem z kłosów i zbieraną rękoma rosą. Pewnej nocy udało nam się niezauważalnie dotrzeć do dobrego znajomego ojca, Ukraińca Kuźmy. Okazało się jednak, że w jego stodole było już kilkoro takich niedobitków jak my. Zatrzymaliśmy się u niego, korzystaliśmy ze schronienia i przynoszonego jedzenia, ale długo to nie trwało. Jednego dnia, przez szpary w stodole zobaczyliśmy, że na podwórko zajechało kilku bandytów. Do stodoły nie weszli, ale rozejrzeli się i pytali Kuźmę, czy czasem nie przetrzymuje Polaków. Kuźma energicznie zaprzeczył. Jakoś udało się, ale to miejsce uznaliśmy za „spalone”. Udaliśmy się więc znów w pobliskie pola, dobrze kryjąc się, bo patrole ukraińskich bandytów cały czas penetrowały okolicę. Żona Kuźmy donosiła nam jeszcze w nocy coś do zjedzenia, ale tak trwać długo nie mogło, więc ojciec postanowił przedzierać się nocą do miasta powiatowego Horochowa. Jakimś cudem udało się nam do niego dotrzeć. Horochów był miejscem stosunkowo bezpiecznym, bo było tam wielu mieszkańców polskiego pochodzenia, bardzo wielu uciekinierów, a przede wszystkim garnizon niemiecki, który odstraszał bandytów. W Horochowie spotkaliśmy wielu uciekinierów z naszych okolic, w tym naszych krewnych. Z młodych i sprawnych uciekinierów tworzone były oddziały samoobrony, które Niemcy wyposażali w broń. Oddziały te udawały się na tereny opanowane przez bandy przede wszystkim po to, by poszukiwać niedobitków, a co było bardzo ważne, z uwagi na złe zaopatrzenie żywnościowe (trzeba było zapewnić wyżywienie dla wielu ludzi), organizować dostawy żywności, jaką na tych terenach można było wtedy zdobyć. Ojciec (wraz ze mną) wziął udział w jednym z takich wypadów, kiedy postanowiono udać się w okolice Lulówki. Jechaliśmy drabiniastymi wozami asekurowani przez uzbrojonych młodych chłopaków, przyglądając się po drodze temu, co pozostało po pięknych prowadzonych na wysokim poziomie gospodarstwach polskich. Były to już wygasłe pogorzeliska. Gdzieniegdzie widzieliśmy wałęsające się zwierzęta domowe (np. psy, drób) i niedopalone elementy, jak fundamenty domów, resztki ogrodzeń, studnie czy sklepienia ziemianek. Przy głębokiej studni, do której według informacji świadków wrzucone zostały ciała naszych bliskich, znaleźliśmy porzucone widły do siana, z jednym zębem całym, a pozostałymi wyłamanymi. Udało nam się złapać parę gęsi i kur. Tak samo nazbieraliśmy sporo owoców oraz warzyw i z tym wracaliśmy do Horochowa. Żegnaliśmy tym samym naszą ziemię, naszych śp. bliskich, bo już zadawaliśmy sobie sprawę z tego, że tu nie wrócimy, że już wracać nie ma do czego. W Horochowie długo nie byliśmy. Korzystając z jakiejś okazji, wyjechaliśmy, zatrzymując się na dłuższy czas w Tarnowie." Inny świadek z Lulówki : Tak je wspomina: Była godzina 14. W pewnej chwili w lesie padł strzał. Wszyscy: mama, ciocia Maria i dzieci – ja z siostrą Aliną i bratem Romanem uciekliśmy w zboże. Ojciec w tym czasie był przy wozie, który z żywnością stał blisko traktu i był przygotowany na wyjazd do Horochowa. Gdy usłyszał strzał, pobiegł nam na pomoc, a gdy dotarł do domu, banderowcy byli już na podwórku, na koniach z bronią. Już nas tam nie zobaczył. Wleciał do mieszkania, ale tam też już nas nie było. Okno wychodziło na pola, a banderowcy czekali aż wyjdzie z domu, więc on przez to okno uciekł w zboże. Bandyci dostrzegli to i wysłali jednego za nim, na koniu. Ojciec zdążył dosyć daleko uciec, ale zmęczył się, położył i odpoczywał. Bandyta jednak go dogonił, a jak tylko ojciec go zobaczył, zerwał się. Ukrainiec zatrzymał się i czekał na innych, tak jakby zamierzał poddać ojca mękom. Ale ojciec złapał konia za uzdę krzycząc „Strzelaj”. Ten niespodziewanie odwrócił się, wystrzelił w górę i ... odjechał. Do dziś nie mogę sobie tego wytłumaczyć..., może w tym człowieku odezwało się sumienie? Następnie ojciec uciekał w kierunku traktu, który prowadził na Horochów. W pewnym momencie usłyszał, że ktoś jęczy. Poszedł w tym kierunku, a była to 15-letnia Lusia Sawicka, która cały bok miała pokłuty bagnetem. Ojciec wziął ją na plecy i wyniósł na trakt. Akurat jechał niemiecki samochód i Niemcy zabrali ją do szpitala w Horochowie. Lusia została tam wyleczona. Przeżyła, a po wojnie zamieszkała w Olszewie. Jest dzisiaj w wieku 82 lat. (…) Blisko lasu, na uboczu wsi, mieszkał z rodziną gajowy Antoni Zwierzański (65 l ). Ponieważ jego gajówka była oddalona od wsi po napadzie zgromadzili się tam uciekinierzy (ok. 20 osób), sądząc, że bandyci ich tam nie znajdą. Antoniego Zwierzńskiego i jego żony Franciszki w domu nie było, bo akurat udali się do Horochowa. Była tylko ich 18-letnia córka Hania. Banderowcy jednak do gajówki dotarli. Okrążyli dom, a przebywających tam Polaków wyprowadzili i kazali im kopać dół. Potem po kolei wszystkich zakłuwali bagnetami i wrzucali do tego dołu. Niektórzy z nich jeszcze żyli i byli dobijani, słychać było potworny jęk. W ten sposób mordowana była też kuzynka mojej mamy. Ona była ostatnią, więc leżała na wierzchu przysypana ziemią. Nie dobili jej. Wieczorem wydrapała się z tego dołu i na kolanach przyczołgała do Radziechowa. Tam spotkała się z mamą i ciocią Marią. Zdążyła opowiedzieć o tragedii ludzi, którzy tam zginęli, po czym zmarła. Bezpośrednio po napadzie moim najbliższym udało się uniknąć śmierci. Razem z mamą i innymi osobami siedzieliśmy w zbożu. Los jednak okazał się dla nas łaskawy. W pewnej bowiem chwili usłyszeliśmy, że ktoś się zbliża. Rozmawiano po ukraińsku. Na nieszczęście dziecko cioci Antoniny zaczęło płakać. Ukazali się nam dwaj Ukraińcy — jeden prowadził krowę, a drugi szedł z karabinem obok. Ten z karabinem zaczął go repetować. Nagle jednak zdarzyło się coś niezwykłego — mama nas przytuliła do siebie, żeby zabili nas razem, ciocia Antonina przytuliła do siebie maleństwo, a ciocia Maria uklękła i modliła się na głos. Wtedy ten z krową powiedział do tego z karabinem — „nie zabijaj, szkoda dzieci!” i ...odeszli. Dwie doby włóczyliśmy się w zbożu, noce były chłodne, a my dzieci byłyśmy tylko w cienkich sukienkach. Mama na noc robiła legowisko ze zboża, kładła blisko siebie i przykrywała psem. Mimo że chronił nas przed zimnem, to był z nim kłopot, bo szczekał. W końcu mama zostawiła go u znajomego Ukraińca, a my sami uciekliśmy do lasu. Tam zebrało się nas około 25 osób. W tym lesie był wąwóz, który jednocześnie wyznaczał granicę między polską Lulówką, a ukraińską wsią Jeziorki, obok drogi do Radziechowa. Był on patrolowany przez dwóch Ukraińców, którzy chodzili wzdłuż niego, wymijając się pośrodku. Obserwowaliśmy to i w momencie, kiedy na jakimś zakręcie zatrzymali się, zdążyliśmy przebiec na drugą stronę. Po tej stronie był posterunek niemiecki. Zanim jednak tam dotarliśmy, natknęliśmy się na jakieś Ukrainki. Ciocia Maria, która znała dobrze ukraiński, zakazała nam mówić po polsku i udawała Ukrainkę, nawet modliła się po ukraińsku pod figurą. Ukrainki widziały dzieci. Nawet mówiły, że przyniosą nam jedzenie i picie. Ciocia jednak nie miała do nich zaufania, podziękowała i przedzieraliśmy się dalej. Tak doszliśmy do niemieckiego posterunku. Niemcy poinformowani zostali o ukraińskich mordach i naszych przeżyciach. Zaraz też zorganizowali transport, dali nakaz ukraińskim gospodarzom, aby odwieźli nas do Radziechowa i przydzielili do każdego wozu po dwóch uzbrojonych w karabiny Niemców. Potem, to już był Lwów, Kraków i szukanie nowego miejsca na polskiej ziemi, którym stała się Wielkopolska. Pamiętam tę podróż - jechaliśmy wagonami „bydlęcymi”, w których toaletą dla wszystkich była dziura w podłodze. Obecnie mieszkam z rodziną syna na wsi. Jestem od trzech lat wdową. Miałam męża ze Stanisławowa, z którym przeżyliśmy 52 lata. Lulówka, to miejscowość zrównana przez bandytów z ziemią. Poniesione zostały ogromne straty ludzkie. Przez całe moje życie, także pisząc te słowa, uważałam i uważam, że to życie zawdzięczam Opatrzności Bożej; która czuwała nad nami. Gdyby nie padł ten strzał w lesie, bylibyśmy wszyscy wymordowani. Ten strzał był znakiem, że musimy uciekać". - Regina Wilczyńska (1)

Jak czytający zauważyli świadkowie nie podali daty p/w napadu. Miał miejsce 16 lipca 1943 r., podczas którego Ukraińcy zamordowali ponad 80 osób.  Warto jednak wspomnieć, że Ukrainiec Hryćko Babij przez 2 tygodnie ukrywał w zbożu rodzinę Łagoszów. Z rodziny Markowskich uratowała się ciężko ranna 7-letnia Aleksandra, którą przygarnęła ukraińska rodzina Wojtowiczów. „Po obmyciu i zajodynowaniu ran położyli mnie w komórce. Przeważnie pielęgnował mnie mężczyzna. Zmieniał opatrunki, karmił, uczył po ukraińsku pacierza i żegnania się. Ponieważ byłam osłuchana z językiem ukraińskim (Ukraińcy przychodzili do ojca), szybko zapominałam polskiej mowy, a mówiłam po ukraińsku. Na moich opiekunów: »mamo« i »tato«. [...] Kiedy wyzdrowiałam i zaczęłam wychodzić, moi opiekunowie mówili znajomym, że jestem ich siostrzenicą. Po pewnym czasie »tato« przyprowadził znalezioną w lesie 17–18-letnią dziewczynkę, która nie mogła chodzić. [...] Zanosząc jej jedzenie lub picie zwracałam się do niej po ukraińsku, lecz ona bardzo się denerwowała i krzyczała. Miała na imię Wacka. Znała moich rodziców [...] Ukraińska "mama" zabierała mnie przeważnie do cerkwi. [...] Z ich córką Nastunią pasłam krowy”. Pod presją ziomków (Wojtowiczom zaczęto grozić) Wojtowiczowa odwiozła dziewczynkę do zaprzyjaźnionej z Markowskimi polskiej rodziny Strutyńskich w sąsiednich Bużanach. „Sama, płacząc, szybko wsiadła na wóz i zacięła konie batem. [...] Zaczęłam strasznie płakać i krzyczeć: "Mamo ne kydaj mene". Kobiety nie mogły mnie w żaden sposób uspokoić”. Po powrocie okazało się, że mąż Wojtowiczowej został zabity. W 1977 r. Aleksandra odnalazła Wojtowiczową i spotkała się z nią w Lulówce. 14-letnia Jolanta Sawicka, zraniona podczas ucieczki, przez kilka dni leżała nieprzytomna w zbożu, po czym zdołała dotrzeć do znajomej ukraińskiej rodziny Jurija Pawluka, podobnie jak jej dwie młodsze siostry, Alina i Krystyna – po dwóch dniach ukrywania się w polu. „W tym momencie – wspomina Jolanta Dudkowska z d. Sawicka – wyszła żona Pawluka i zaczęła lamentować i prosić, aby nie zostawać u nich. Mówiła, że oni również zginą, jeśli będą pomagać Polakom. Dała mi kawałek chleba i kwaśne mleko, opatrzyła rany [...] Chowaliśmy się w zbożu, spaliśmy w krzakach malin. Wiedzieliśmy, że gdyby nas tu znaleziono, wtedy wszyscy zginęliby łącznie z Pawlukiem”. Pawlukowie udzielili pomocy 21 Polakom. Dzięki nim grupa ta ukrywała w Lulówce przez 3 tygodnie. Wiadomość o Polakach przechowujących się u Pawluków dotarła, za pośrednictwem Ukraińców, do rodziny Sawickich w Horochowie, którzy zorganizowali przetransportowanie ocalałych do miasta. Jesienią 1943 r. została wymordowana wielodzietna rodzina Józefa Skawińskiego. Przeżyła tylko ranna córka Wacława, lat 12, którą ocaliła Ukrainka i odwiozła – ukrywając pod słomą – do Horochowa. (źródło: W. Siemaszko, E. Siemaszko, Ludobójstwo..., t. 1, s. 131–132; AW, II/2506, Relacja Jolanty Dudkowskiej z d. Sawickiej, k. 5–6; AW, II/2789, Relacja Aleksandry Głowińskiej z d. Markowskiej, k. 3–6.) (2)

 1) Centrum Kultury w Śmiglu : Warto pamiętać. Cykl o "Rzezi Wołyńskiej" Cz. 1 i 2          https://ck-smigiel.pl/hjuk.html

2) https://wolynskie.pl/miejsca-l/lulowka-wegierszczyzna-02.html


GTranslate

enfrdeitptrues

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 574 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
12981776