Pochodzę z Wołynia. Kolonia, w której urodziłam się i mieszkałam nazywała się Popowina. Była to cicha, spokojna kolonia położona w pobliżu gminnego miasteczka Kołki, w pow. Łuckim. Mieszkali w niej sami Polacy, była tylko jedna rodzina ukraińska o nazwisku Bortnik. Kolona nasza to piękne sady i ogrody pełne warzyw i kwiatów. Domy schowane w zieleni, letnią porą mało były widoczne. Od wschodniej strony roztaczał się wspaniały las, ciągnący się wiele kilometrów. Nasza sześcioosobowa rodzina: rodzice, dwie siostry Barbara i Regina, brat Tadeusz i ja Anna mieszkaliśmy w ciepłej, rodzinnej atmosferze.

To nasze spokojne życie przerwał wybuch drugiej wojny światowej. Pamiętam przerażenie ludzi, gdy w drugiej połowie września 1939 r. przyszli Bolszewicy. Mieli długie, szare płaszcze postrzępione u dołu i czapki z jednym rogiem. Bardzo szybko zaczęli zaprowadzać własne porządki. Ukraińcy byli poruszeni, właściwie to cieszyli się, że Polska już nie jest wolna. (…) Pod koniec czerwca1941 r. wkroczyli Niemcy. Właściwie to wjechali z warkotem na motorach z przyczepkami, oraz samochodami pełnymi żołnierzy w hełmach i z bronią. Ukraińcy, omamieni wizją „Samostyjnej Ukrainy” zaczęli rozbrajać i mordować wycofujących się w popłochu żołnierzy sowieckich. Zabierali im broń i amunicję oraz wszystko co jeszcze mieli. Ukraińcy robili bramy triumfalne i ubierali je kwiatami. Niemców witali jak wyzwolicieli. Masowo wstępowali do policji niemieckiej, dostawali mundury, broń i panoszyli się wśród Polaków. Najpierw zabrali się do Żydów. Niedaleko od nas było małe miasteczko Zofiówka, zamieszkałe w większości przez Żydów. Niemcy zorganizowali tam getto i ze wszystkich pobliskich miejscowości spędzili tam Żydów. Po pewnym czasie w pobliżu Zofiówki pod lasem kopali długie, głębokie rowy. Ludzie zastanawiali się w jakim celu kopano tak głębokie rowy. Wszystko wyjaśniło się, gdy pewnego dnia policja ukraińska i Niemcy z psami wyprowadzili wszystkich Żydów, ustawili wzdłuż rowów, rozstrzelali i zakopali. Ludzie byli przerażeni. Podobno ziemia na rowach stanowiących długą mogiłę, była czerwona. (…) Jesienią 1942 r. dotarła do nas wiadomość, że policja ukraińska dokonała masowego mordu w kolonii Obórki, która znajdowała się blisko nas. W jednym dniu policjanci aresztowali wszystkich mężczyzn i wywieźli do Cumania. Kilka dni później przyszli ponownie, spędzili wszystkie kobiety i dzieci do jednego domu, a potem wyprowadzali po kilka osób do pobliskiej stodoły i tam mordowali. Mężczyzn w Cumaniu również zamordowali. Uratowała się tylko jedna kobieta Stanisława Trusiewicz, ponieważ nie było jej w tym dniu w  domu. Podobno udało się uciec jednemu czy dwóm mężczyznom. Kolonia została doszczętnie obrabowana. Policjanci załadowali na furmanki świnie, cielęta, kury, ziemniaki i zboże. Zabrali bydło i konie a zabudowania doszczętnie spalili. Wiosną 1943 r. na ścieżce leśnej Ukraińcy zastrzelili męża naszej kuzynki Fabiana Rosińskiego. Jego szwagier Dionizy Drzewiński zdołał uciec. W ukraińskiej wsi Omelno zamordowali całą, polską rodzinę 6-8 osób, dokładnie nie pamiętam. Siostra moja była na pogrzebie, ponieważ znała ich synów ze szkoły. Widziała zmasakrowane ciała. Dzieci miały zmiażdżone palce. W pobliskiej polskiej kolonii Glinne mieszkała tylko jedna rodzina ukraińska o nazwisku Kwacz. Za przeciwstawienie się mordowaniu Polaków, zostali zamordowani. Ukraińca z żoną związali drutem kolczastym i powiesili, córkę Paraskę zamordowali i obcięli piersi. Tylko syn Wasyl zdołał się wyrwać z rąk banderowców i uciec – w chwili gdy zdzierali mu skórę na plecach. Zamordowali w tym dniu 15-tu Polaków i trzech Ukraińców. W maju 1943 r. dotarła do nas wiadomość, że na Przebrażu – polskiej wsi mieszczącej się 12 kilometrów od Kiwerc, organizują samoobronę. Nie byliśmy pewni czy to prawda. Mordy były coraz częstrze. Polacy uciekali do miast albo na Przebraże. Ukraińcy wyłapywali uciekinierów i na miejscu mordowali. Pobliskie miasteczko Kołki zamieszkiwali głównie Ukraińcy i Żydzi. Polaków było tylko kilkanaście rodzin. Po likwidacji Żydów, wszystkie domy pożydowskie zajęli Ukraińcy. Jeszcze we wrześniu 1939 r. Ukraińcy z Kołek mordowali polskich żołnierzy i  policjantów. Najgorsze nadeszło dopiero wtedy, gdy wiosną 1943 r. część policji ukraińskiej zabrała broń Niemcom i odeszła mordować na własny rachunek – jako UPA. W Kołkach zaroiło się od banderowców, którzy mieli tam główny sztab. Mobilizowali i ćwiczyli młodzież ukraińską do walki, wydawali nawet świadectwa ukończenia „szkoły junackiej”. We wszystkich polskich miejscowościach ludzie nie czuli się bezpiecznie. Noce spędzali w lesie lub w różnych zakamarkach. Wszyscy nasi sąsiedzi również spali w lesie, tylko nasza mama nie chciała wychodzić z domu na noc. Mówiła, że ze wszystkimi ludźmi żyła w zgodzie, nic złego nikomu nie zrobiła, więc nas nie zamordują. Początkowo spaliśmy w domu, ale ojciec w obawie o dzieci wychodził z nami na noc do lasu. Mama zostawała w domu sama z psem Żukiem. W pierwszych dniach czerwca 1943 r. duży oddział samoobrony z Przebraża zorganizował transport dla ludności polskiej mieszkającej jeszcze w Kołkach i pobliskich koloniach. Wszystkich zabrano na Przebraże. Zostali tylko ci, którzy z jakiś powodów nie chcieli opuszczać swoich domów. Kilka dni później wszystkich Polaków, którzy zostali jeszcze w Kołkach, banderowcy spędzili do polskiego kościoła i spalili żywcem. Z naszej kolonii prawie wszyscy dołączyli do transportu na Przebraże. Zostały tylko trzy rodziny, w tym nasza. Na drugi dzień rano, nasza jedyna sąsiadka Ukrainka przybiegła przerażona i ostrzegła nas abyśmy natychmiast uciekali, ponieważ w ich domu 15 banderowców szykuje się nas zamordować. Narażała życie, bo gdyby odkryli, ze poszła nas ostrzec, zabiliby ją i całą jej rodzinę. W ciągu kilku minut byliśmy gotowi do drogi. Tylko z tobołkami w dłoni i psem Żukiem na smyczy, uciekliśmy przez pobliski lasek, bocznymi ścieżkami na Chmielówkę. Była to polska kolonia w pobliżu Przebraża. Trzeba było tylko przejść przez las. Tam zamieszkaliśmy u naszego kuzyna Stanisława Drzewińskiego. Mieszkaliśmy tam kilka tygodni, gdy pewnej soboty wieczorem banderowcy napadli na Chmielówkę. Ledwie uszliśmy z życiem. Wszyscy uciekaliśmy na Przebraże. Chmielówkę całą obrabowali i spalili. Zginęło kilka osób ale dokładnie ile nie wiem. Wiem, że zginął teść naszej kuzynki Adam Rosiński. Był to starszy człowiek i chodził z laską. Na drugi dzień, mężczyźni z Przebraża poszli zobaczyć co się stało na Chmielówce i znaleźli Rosińskiego zamordowanego na ścieżce. Miał rozbita głowę. Na Przebrażu, a właściwie we wsi Mosty, która należała do samoobrony Przebraża – zamieszkaliśmy u naszej kuzynki Barbary Paszkowskiej. Rodzina Paszkowskich to wspaniali ludzie. Przyjęli kilka rodzin uciekinierów i starali się pomóc. Nam pomagali bardzo długo, ponieważ z Chmielówki uciekliśmy na bosaka i bez żadnych zapasów żywności. Przebraże, to wieś licząca przed wojną około 2 tys. mieszkańców. A wraz z sąsiednimi wioskami, tworzy wysepkę na morzu ukraińskich osiedli. Przebraże miało ambicje przodowania. Własnymi środkami zbudowano we wsi siedmioklasową szkołę powszechną, był klub sportowy, działał zespół artystyczny, pod opieką kierownika szkoły. W okresie zimowym prowadzono kursy rolnicze. Było dużo aktywnej młodzieży. Gdy tylko zaczęły się pojawiać napady banderowców na polskie wsie – Przebrażanie powiedzieli: nie damy się wyrżnąć, będziemy się bronić. Początkowo Polacy nie mieli broni. Warty nocne pełnili mężczyźni uzbrojeni w siekiery, kosy, widły, noże. Z czasem zaczęli odgrzebywać schowane stare karabiny sowieckie pozbierane po froncie oraz broń schowaną po klęsce wrześniowej. Całą wieś ogrodzono drutem kolczastym, wykopano rowy i bunkry. Gdy tylko rozniosła się wieść, że na Przebrażu organizują samoobronę, ludność ze wszystkich pobliskich wsi, w razie potrzeby uciekała na Przebraże. W bardzo krótkim czasie okazało się, że teren jest za mały. Powiększono samoobronę o najbliższe kolonie tj.: Mosty, Chałopiny, Jaźwiny, Zagajnik, Wyderkę, Komorówkę i Rafałówkę. Wszystko ogrodzono jak w Przebrażu drutem kolczastym, rowami, okopami. Tylko od południowego zachodu Przebraże miało naturalną ochronę – słynne błota Warchany. W bardzo krótkim czasie, Przebraże stało się warownym obozem, miejscem schronienia dla około 25 tys. ludności polskiej. O organizacji samoobrony na Przebrażu, władze okupacyjne wiedziały, ale było im na rękę. Niemcy uważali, że dopóki Polacy i Ukraińcy walczą ze sobą, to im dadzą spokój. Polacy jednak bali się oficjalnie używać broni, gdyż Niemcy karali za posiadanie broni bez ich zgody. O tym by ukryć posiadanie broni, nie mogło być mowy. Przy pierwszym ataku banderowców, wszystko wyszło by na jaw. Trzeba było w jakiś sposób uzyskać zgodę od Niemców na użycie broni. Postanowiono wysłać delegację do władz niemieckich w Kiwercach. Wysłano kilkuosobową delegację na czele z Ludwikiem Malinowskim. Argumentu, że broń jest potrzebna ludności polskiej do obrony przed Ukraińcami, delegaci nie mogli brać pod uwagę. Malinowski argumentował swoją petycję tym, że na Przebrażu znajdują się spokojni ludzie, nakwięcej kobiet i dzieci, że nie zamierzają z nikim walczyć, lecz bronić swoich rodzin przed bandami leśnymi. Tak Niemcy nazywali partyzantów. Nie wiadomo jakie argumenty przekonały Niemca, czy może smaczna, pieczona gęś i butelka alkoholu, dość, że zgodził się na wydanie 15 karabinów do walki z bandami leśnymi. Kiedy pisemne zezwolenie znalazło się w ręku Malinowskiego, delegaci pożegnali się szybko, aby przypadkiem decyzja nie została cofnięta. W magazynie wydano 15 szt. Przeżartych rdzą starych karabinów. Były to muzealne okazy. Ważne jednak było to, że otrzymali 15 sztuk broni. Pozwolenie to stało się hasłem do wydobycia z zakamarków wszystkiego co mogło strzelać. Zorganizowano rusznikarnię, którą prowadził Kazimierz Olszewski oraz nasz kuzyn Zenon Paszkowski. Byli to wyjątkowo zdolni ludzie, którzy w prymitywnych warunkach potrafili doprowadzić do stanu używalności najgorsze graty. Broń ściągano z zewnątrz, kupowano od Węgrów, którzy pilnowali magazynów niemieckich, od Niemców a nawet od Ukraińców. Komendantem Przebraża do spraw obrony był wspaniały człowiek, leśnik z zawodu, znany sportowiec Henryk Cybulski, który z Syberii z zza koła podbiegunowego wrócił w ciągu 8 tygodni sam pieszo. Natomiast kierownikiem administracyjnym był emerytowany wojskowy, znający język niemiecki Ludwik Malinowski. To dzięki mądrości i odwadze tych ludzi, Przebraże przetrwało. Ta przygotowana broń już niedługo się przydała. W pierwszych dniach lipca 1943 r. banderowcy napadli na Przebraże. W nocy wybiegliśmy ze stodoły. To co ujrzałam było straszne. Dookoła jak okiem sięgnąć płonęły wszystkie wsie. Gigantyczny pierścień płomieni zdawał się przybliżać do nas. Walki toczyły się w okolicy wsi Zagajnik, która była na uboczu systemu obronnego. Powstała panika, ludzie uciekali w głąb Przebraża. Zdawało się, że tam za drugimi zasiekami będzie bezpieczniej. Większość domów w Zagajniku spłonęła, zginęli ludzie. Spłonęły wtedy pobliskie wsie: Czołnica, Tworymer, Wincentówka, Majdan Jezierski, Dermanka, Budy, Marianówka, Dobra. Zginęło bardzo dużo ludzi. Tylko nielicznym udało się wymknąć z okrążenia. Mienie z tych wiosek banderowcy zagrabili, domy spalili. Kto nie żył w tamtych czasach, nigdy nie zrozumie co to strach, rozpacz, bezsilność, brak nadziei przeżycia. Ten atak na Przebraże udało się odeprzeć, ale nie był to ostatni napad. Uciekinierzy, którzy przybyli na Przebraże opowiadali makabryczne rzeczy. Banderowcy strzelali tylko do tych osób, które uciekały i nie mogli je schwytać, natomiast te osoby, które złapali mordowali okrutnie. Odrąbywali ręce, nogi, wykłuwali oczy, obcinali nosy, uszy, kobietom ucinali piersi, a ciężarnym rozcinali brzuchy, dzieci roztrzaskiwali o mur domów lub wrzucali do studni, do płonących domów. Trudno to opisać. Ludzie, którzy przybyli na Przebraże, często byli tylko w bieliźnie i boso. Nie mieli żadnej żywności. Dopóki gospodarze mieli żywność, nie było problemu, ale szybko wszystkiego zabrakło. Wokół Przebraża były pola zasiane zbożem przez ludzi, którzy tam mieszkali. Organizowano wyjazdy po żniwo. Jechało kilka furmanek, na których były dziewczęta i starsi mężczyźni z kosami, sierpami i na prędce zbierali zboże, wiązali w snopy i ładowali na furmanki. Jak wszystkie wozy były pełne wracali w pospiechu na Przebraże. Każdą furmankę ubezpieczało kilku mężczyzn z bronią. Potem była młocka cepami, mielenie  na żarnach aby uzyskać mąkę. Tak samo odbywały się trochę później wykopki ziemniaków. Jednak nie zawsze te wyjazdy były spokojne. Banderowcy często atakowali żniwiarzy i mimo obrony nie wszyscy wracali żywi. Nadchodziła zima, trzeba było jakoś zabezpieczyć się przed zimnem. Przy każdej wiejskiej chacie, powstało kilka nowych „domków”. Budowano je w pospiechu z byle czego. Niektórzy rozbierali pobliskie spalone szopy, stodoły, inni wycinali drzewa w lesie. Mój ojciec zbudował ziemiankę (około 3 x4,5 m) z surowych bali drzewa. Szpary zatkano mchem i gliną, a dach pokryto darniną. Piec również był z gliny, a jedyne okienko ze szkła wyjętego ze świętego obrazu. Podłoga za to była naturalna: wspaniały wołyński czarnoziem. O deskach można było tylko pomarzyć. Polacy nigdy nie prowadzili walk zaczepnych. Nigdy nie napadali na ukraińskie wsie i nie strzelali do ludności cywilnej. Prowadzili walki tylko wtedy, gdy byli zmuszeni. Byli zmuszeni zdobyć trochę żywności i odzieży dla uciekinierów, którzy nie mieli nic. Zabrano im wszystko: inwentarz, odzież pościel, zywność a domy spalono. Późną jesienią, Polacy zmuszeni byli zorganizować kilka wypadów na pobliskie wsie ukraińskie po żywność, którą oni wcześniej Polakom zrabowali. Mieli rozkaz od dowództwa Przebraża aby nie strzelać do kobiet i dzieci. Walczyć tylko z bandami. Zabierali bydło (często własne), świnie, nawet pościel i odzież aby zaopatrzyć tych, którzy nie mieli nic. W niedzielę 11 lipca 1943 r. banderowcy zorganizowali największą czystkę etniczną na Wołyniu. Tylko w tym jednym dniu napadli na ponad 100 miejscowości, w tym cztery kościoły. Wymordowali około 20 tys. ludzi. W kościołach wymordowali wszystkich ludzi biorących udział w mszy niedzielnej. Były to kościoły: w Porycku, Krymnie, Świecowie i Kisielinie. Tylko w Kisielinie kilkunastu osobom udało się przeżyć po zamknięciu się w kościele i wielogodzinnej walce o przeżycie. Następnego dnia spłonęły wsie: Rudnia, Worączyn, Warszawka, Adamówka i Aleksandrówka. Teraz już każdy dzień i każda noc przynosiły nowe zbrodnie. Byliśmy ciekawi czy świat o tym wie. Czy ktoś nas ocali. Nie! Naszych skarg nawet Bóg nie słuchał!  Wszystko przeminęło …z dymem. Największy atak na Przebraże nastąpił 30 sierpnia 1943 r. Obudziły nas wystrzały armatnie. Napad rozpoczął się od północnego zachodu na Wydrankę. Chcieli zmylić obronę, ponieważ największe siły zgromadzili od strony przeciwnej, w lesie od wsi Zagajnik. Polacy spodziewali się napadu. Wywiad doniósł, że duże siły banderowców zdążają w kierunku Przebraża. Walki toczyły się z obu stron. Zanosiło się na dłuższe oblężenie. Przez cały dzień Polacy bronili się, ale dowództwo Przebraża zdawało sobie sprawę, że tak wielkiej siły banderowców sami nie zdołają odeprzeć. Wewnątrz Przebraża był absolutny spokój. Wszyscy modlili się. Dowódca Przebraża wpadł na pomysł aby poszukać pomocy u partyzantów, z którymi od dawna w wielkiej tajemnicy współpracowali. Wyjść z okrążenia można było tylko przez błoata. Znalazł się ochotnik. Był nim kilkunastoletni chłopak Witaliusz Olszewski. Przedarł się przez błota i zaniósł krótką prośbę o pomoc do przywódcy partyzantki radzieckiej pułkownika Prokopiuka . Partyzanci zdążyli na czas. Niespodziewanie zaszli banderowców od tyłu, okrążyli razem z obrońcami Przebraża i rozprawili się z nimi. Potem sprowadzili kilku chłopów ukraińskich ze wsi Jezioro, aby pokazać, że to nie Polacy, lecz banderowcy przychodzą nas mordować. Część banderowców uciekła w popłochu. Na pobojowisku sprawdzono dokumenty. Była to młodzież z różnych miast m.in. ze Lwowa i innych oddalonych od Przebraża miast i wsi. Banderowcy ponieśli całkowitą klęskę. Tylko tabor, przygotowany do rabunku mienia zdołał się uratować ponieważ czekał w dość dużej odległości od Przebraża. Uciekli również popi prawosławni, którzy zamierzali odprawić modły dziękczynne na zgliszczach Przebraża. Tam w lesie od strony Zagajnika, zginęła ich znaczna ilość. Nie wszystkim udało się wyjść z okrążenia. Z pewnością są zapisani w archiwach jako bohaterowie zamordowani przez Polaków, tylko czy zanotowali, że pod zasiekami broniącej się wsi polskiej? Był to ostatni atak na Przebraże. Tam, w tej malutkiej ziemiance doczekaliśmy wyzwolenia. Mieszkając w tak prymitywnych warunkach, można sobie wyobrazić higienę i jej skutki. Pamiętam epidemię świerzbu. Przez dłuższy czas miałam całe ciało w krostach, które potwornie swędziały. Nie można było dostać maści na świerzb. Na Przebrażu był punkt sanitarny – nazywano go szpitalem, ale leków w nim nie było. Był tam felczer Piotr Błażejczyk i bardzo lubiana pielęgniarka Walentyna Jacewicz, natomiast w poważniejszych sprawach trzeba było jechać do Kiwerc. Dyrektorem szpitala w Kiwercach był wspaniały człowiek, świetny lekarz Henryk Kałużyński. Wszyscy bardzo go cenili i szanowali. W razie potrzeby przyjeżdżał na Przebraże. Wielu ludziom uratował życie. Oprócz wspomnianej rusznikarni, na Przebrażu była olejarnia, garbarnia skóry, wyrabiano mydło, robiono drewniaki. Pamiętam, że bardzo długo nosiłam takie drewniaki, do których jesienią ojciec przybijał filcowy wierzch, a wiosną do tych samych spodów mama robiła szydełkiem paski i były buty na lato. Ludzie którzy uciekali, nieraz już z płonącego domu, nie mieli dużo odzieży. Niektórzy przychodzili boso i w bielixnie. Trzeba było w coś się ubrać. Kobiety robiły swetry na drutach. Jeżeli ktoś miał wełnę, to robił z wełny, ale nie wszyscy mogli sobie pozwolić  na taki luksus. Robiono więc swetry z nici lnianych. Aby były cieplejsze i ładniejsze wplatano do lnu nitki z podartych tkanin. Ze wszystkiego co się zniszczyło i nie można było załatać, wyciągano nitki i wplatano do lnu w czasie przędzenia. Wychodził bardzo ładny melanż. Wspominając życie na Przebrażu nie można pominąć spraw bardzo istotnych, chociaż niezmiernie przykrych. W tak wielkim zgrupowaniu ludzi można było spotkać różne typy ludzi. Byli szpiedzy, bandyci, złodzieje, a przede wszystkim alkoholicy. Mimo wielkiej biedy i ciągłych niedostatków, powstawały bimbrownie. Coraz częściej spotykało się nietrzeźwych mężczyzn. Niektórzy rodacy na własną rękę próbowali rabować po wsiach ukraińskich bydło i inne mienie na konto Przebraża. Podjęto rygorystyczne środki aby temu zapobiec. Był sąd wiejski, który rozstrzygał spory, była nawet „piwniczka” do której zamykano nieposłusznych. Mimo ogromnych kłopotów, które spotykały społeczność tego zgrupowania , można śmiało powiedzieć, ze panował tam prawdziwy komunizm. Ludzie dzielili się z innymi wszystkim co mieli. Zdobyte zboże czy ziemniaki dzielono według ilości osób w każdej rodzinie. Nasze życie na Przebrażu było niewyobrażalnie trudne. Przede wszystkim brakowało żywności. Głównym pożywieniem były ziemniaki i chleb z mąki, najczęściej mielonej w żarnach. Tłuszczu żadnego nie było, można było tylko zdobyć olej rzepakowy lub lniany. Z jarzyn pamiętam cebulę. Jedynym gorącym posiłkiem był krupnik do którego mama wlewała szklankę mleka (jeżeli było), a czasami ziemniaki w „mundurkach” i zsiadłe mleko. Chleb pieczono od czasu do czasu, a najczęściej placki tzw. „podpłomyki”. Które zjadaliśmy natychmiast jeszcze ciepłe. Wielkim problemem był brak odzieży i obuwia. U naszych kuzynów Drzewińskich, w dużej rodzinie tylko dziadek Paweł miał kożuch i skórzane buty „oficerki”, które pożyczał wszystkim członkom rodziny, którzy musieli wyjść z domu w jakiejś ważnej sprawie w czasie mroźnej i bardzo śnieżnej zimy. Odzież nasza to były stare, podarte łachmany, ale niestety nie można było zdobyć lepszej. Warunki mieszkaniowe wszystkich uciekinierów były podobne jak nasze. Mieszkaliśmy w malutkiej ziemiance, w której były dwie prycze wypełnione sianem i ławka koło pieca, którą rano usuwali bo nie można było przejść. Zima, którą spędziliśmy na Przebrażu t.j.1943/44 była bardzo mroźna i śnieżna. Pamiętam, że pewnego dnia po obudzeniu się nie wiedzieliśmy dlaczego jest  tak ciemno. Tata chciał otworzyć drzwi, ale coś blokowało. Drzwi otwierały się na zewnątrz. Zapalił zapałkę i dopiero wtedy zrozumiał co się stało. Cała nasza ziemianka była zasypana śniegiem. Dopiero sąsiedzi zobaczyli, że nasz „dom” zniknął i zaczęli odkopywać. Bardzo długo żartowali, że gdyby nas nie odkopali, to musielibyśmy czekać do wiosny wewnątrz naszego „domu”. Przebraże przetrwało, ponieważ było bardzo dobrze zorganizowane i strzeżone. Początkowo uzbrojeni mężczyźni należący do partyzantki stanowiącej samoobronę noce spędzali w swoich domach i dopiero alarm wzywał ich na miejsce zbiórki, ale bardzo szybko zmieniono ten zwyczaj, gdyż zajmowało to zbyt dużo czasu. Drobne napady były bardzo częste. Ciągle jakieś małe grupy banderowców podchodziły pod zasieki Przebraża i wszczynały strzelaninę, aby zorientować się jak zorganizowana jest obrona. Początkowo nie potrafiliśmy rozróżniać drobnej strzelaniny od poważnego napadu. Na noc zdejmowaliśmy tylko obuwie, aby szybciej można było być gotowym do ucieczki. Po pewnym czasie ludzie przyzwyczaili się do strzelaniny i nie zawsze reagowali na odgłosy wystrzałów. Dowództwo Przebraża podzieliło wszystkich obrońców na cztery kompanie. Każda kompania miała wyznaczony odcinek obrony. Wybudowano nawet drewniane budynki dla poszczególnych kompanii, w których przebywali stale i spali w spokojne noce, pełniący służbę partyzanci i dopiero po służbie wracali do domów, a ich miejsce zajmowała następna grupa. W razie napadu, na miejscu była odpowiedzialna grupa ludzi, gotowa natychmiast do obrony. Warty pełnili Polacy przez całą dobę. W równych odstępach czuwali wartownicy i nie wpuszczali na swój teren żadnego intruza. Tylko Niemcy od czasu do czasu przyjeżdżali samochodami na inspekcję. Najczęściej zabierali masło, jajka, kury i wracali. Gdy pojawiali się Niemcy mężczyźni schodzili im z drogi, chowali broń i czekali aż odjadą. Wychodziły do nich kobiety i starsi mężczyźni. Pamiętam, że pewnego dnia niemiecki samolot krążył nad Przebrażem a na drugi dzień pojawił się ponownie i zbombardował stojące w lesie baraki w których mieszkali ludzie. Ostrzelał również grupę ludzi stojących koło młyna. Wśród ludzi powstała panika. Obawiano się następnych nalotów, ale więcej nie było. Samoobrona Przebraża nie była jedyną placówką tego rodzaju. Na Wołyniu w małych miejscowościach Polacy nie mieli szans na przeżycie. Tylko dobrze zorganizowane i uzbrojone samoobrony przetrwały, słabsze zostały rozbite. Cofając się myślą wstecz do tych masowych zbrodni, trudno zrozumieć jak mogą obecni historycy i politycy polscy, to bestialskie ludobójstwo nazywać „konfliktem polsko-ukraińskim”, walkami polsko-ukraińskimi i ze wszystkich sił tuszować i zakłamywać prawdę. Wielu morderców jeszcze żyje, wielu z nich- tych najokrutniejszych doczekało się pomników w miastach Ukrainy jako bohaterowie, a to oni właśnie zhańbili naród ukraiński.

Wstawił: Bogusław Szarwiło.