W  zagubionej na Wołyniu Ptyczy  w domostwie, odgrodzonym płotem od zaoranego pagórka, mieszka bardzo stara Ukrainka. Ona ostatnio często płacze i opowiada, że co noc śni jej się ten ksiądz, który zginął w kościele. Nie może się uspokoić. I nie tylko ona jedna. A minęło przecież tyle lat. Było tak: weszło do kościoła kilku naszych z lasu, z automatami. Ksiądz był w kościele. I oni go zastrzelili. Kiedy sobie poszli, to nasi ludzie zrobili trumnę, zanieśli księdza na cmentarz i pochowali. – I po co to było? – pyta młodsza Ukrainka. Stara milczy. Nie poszłam  w odwiedziny do płaczącej dziś sąsiadki księdza. O co ją mam pytać? Nie weszłam już nawet do wsi. Nic tu już nie zostało z mojej historii. Dwie straszliwe wojny zmiotły wszystko co moje, przysypały popiołem niepamięci. Pozostał ciężar ostatniego wspomnienia o kapłanie zamordowanym w świątyni moich pradziadów. I ciężar nienawiści, która kazała ostatecznie zniszczyć ten Dom Boży, opierający się wszelkim zawieruchom wojennym przez ponad 300 lat. Nie rozumiem tylko, po co postawiono w tym miejscu krzyż prawosławny, symbol wiary w tego samego Chrystusa i Jego Matkę? [….] Bohaterski kapłan nazywał się Wincenty Jach. A w dzisiejszej Ptyczy usłyszałam tylko część prawdy o zdarzeniu w kościele. Nie wiem, kiedy to się stało. Pewno już pod koniec wojny, kiedy Polacy, którzy przeżyli, zbierali się do wyjazdu do Polski. (…) I może to w taki czas przyszli „borci” do ks. Wincentego Jacha? Czy tylko do niego? Ktoś musiał donieść, że ksiądz jest w domu. Ktoś inny widział, że idą. Ktoś słyszał serię karabinową. Ktoś jeszcze wypatrzył, że już odeszli. Dlaczego starej Ukraince śni się co noc ks. Jach i ona płacze? Była pewno na plebani jakaś świadomość, że idą po księdza, bo gospodyni uciekła przez okno i zdążyła ukryć się za krzewami róż w ogrodzie. Ksiądz czekał w kościele. Co myślał i czuł ten sługa Chrystusowy, odważnie i spokojnie idący od ołtarza ku swoim zabójcom. Może też po ludzku liczył na to, że w obliczu Boga nie poważą się? A oni? Jak dobrze go znali? Może to byli chłopcy od sąsiadów, od małego ściągający jabłka w księżowskim sadzie? Może bywał u ich rodziców? Prawda, że działali tak, jakby tylko z obowiązku wykonywali czyjś rozkaz: jeden serią z karabinu przeszył ciało księdza. Kiedy ten upadł w kałuży krwi, wyszli. Nie dręczyli, nie znęcali się wymyślnie, jak nad tylu innymi kapłanami na Wołyniu. Wystarczyła im ta jedna seria kul. Nawet wtedy nie podpalili kościoła. I to nie Ukraińcy, a Polacy, parafianie ks. Wincentego o zmierzchu przyszli ostrożnie na miejsce zbrodni. Stwierdzili cud: ksiądz dawał oznaki życia. Był pewno zupełnie wykrwawiony, ale kule nie tknęły żadnego ważnego dla życia człowieka, organu. To oni zrobili trumnę i wynieśli w niej ks. Jacha tak, żeby sąsiedzi ukraińscy nie mieli wątpliwości, że nie żyje, że chowają go na cmentarzu. Tymczasem opatrzyli jego rany i czekali, aż cud się dokona ostatecznie. W tej trumnie, podobno, wywieźli ciężko chorego księdza do Polski. W Krakowie odzyskał siły na tyle, że już na wiosnę 1945  r. zwrócił się do swoich przełożonych z prośbą o skierowanie do pracy duszpasterskiej. …………………

Fragment wspomnień : Heleny Krzemionowskiej-Łowkis, Powroty na Wołyń, Janów Lubelski 2005, s. 229-234

Wstawił: Bogusław Szarwiło

….


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud14.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 1444 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
9776918