Kupiczów to nazwa miejscowości którą pamiętam od zawsze, bo w mojej rodzinie wspominano go stosunkowo często. Czesi na Wołyniu uchodzili za dobrych gospodarzy i  dobrych sąsiadów. Kupiczów, jak wspominają Polacy, swoją zabudową przypominał bardziej miasteczko niż wieś, drogi były utwardzone a budynki murowane, co akurat nie był tak powszechne w innych miejscowościach Wołynia. Znajdował się tam kościół, dom ludowy, szkoła łaźnia, rzeźnia i młyn. Miejscowość ta, założona w 1577 r., znajdowała się zaledwie 12 km od polskiej wsi Zasmyki, z którą splotły się wojenne losy w 1943r. Czesi pojawili się na Wołyniu w latach 70-tych XIX wieku po powstaniu styczniowym. Car celowo zachęcał  ich do osadnictwa na tych terenach, udzielając im różnych przywilejów osadniczych. Głód ziemi w Czechach skusił wielu odważnych i przedsiębiorczych Czechów do pojawienia się na Wołyniu. W  czasach II Rzeczypospolitej Kupiczów był siedzibą gminy wiejskiej  w powiecie kowelskim województwa wołyńskiego. Część miejscowości, w której mieszkali Czesi, przed 1936 rokiem wyodrębniono jako osobną jednostkę administracyjną - Kupiczów Czeski.  Jak podają różne źródła w 1939 r. żyło tu 1264 Czechów, 10 rodzin polskich (urzędnicy, policjanci) i 80 rodzin żydowskich . Wybuch wojny 1939 r. i okupacja najpierw sowiecka, później niemiecka nie były łatwym okresem w życiu wszystkich mieszkańców, tym bardziej, że ujawnił się skrajny nacjonalizm ukraiński. Monika Śladewska świadek minionego czasu pisze : Czesi w Kupiczowie założyli konspiracyjną, obronną organizację o nazwie Aktyw, która stopniowo powiększała się, utrzymywała kontakty z polskim podziemiem i partyzantką radziecką. W kwietniu 1943 r. Czesi otrzymali od Ukraińców propozycję przyłączenia się do UPA, która została odrzucona; ukraińscy nacjonaliści dali do zrozumienia, że w tej sytuacji Kupiczów będzie traktowany jako nieprzyjaciel. Od przyjaznych Ukraińców, niepopierających OUN-UPA, Czesi dowiedzieli się, że po zlikwidowaniu Polaków przyjdzie kolej na Czechów. (…) Od 15 lipca 1943 r. po napadzie na kościół w Kisielinie Czesi udzielali pomocy uciekinierom z Adamówki, Aleksandrówki, Michałówki i miejscowości położonych bliżej Kupiczowa, przechowywali Polaków w swoich zabudowaniach, następnie organizowali większe grupy i nocą przeprowadzali do bazy w Zasmykach. Czesi pomagali też przeżyć Żydom mieszkającym w ziemiankach w lesie lityńskim i ukrywali partyzantów radzieckich. Do akcji przeprowadzania Polaków włączyli się Jarosław i Wacław Zapotoccy oraz Wacław Kaczerowski, który uratował ponad 350 osób narodowości polskiej, jest to potwierdzone w książce wydanej w Czechach. Wielu żyjących Polaków dotąd we wdzięcznej pamięci zachowało pastora Jelinka oraz mieszkańców Kupiczowa, którzy bezinteresownie pomagali przeżyć najtragiczniejszy okres i ratowali życie. Od połowy lipca 1943 r. płonęły polskie wsie położone na południe od Kupiczowa, od 11 do 14 lipca UPA jednocześnie zaatakowała bezbronnych Polaków w 167 miejscowościach w powiatach horochowskim, kowelskim i włodzimierskim. [1] W tym czasie Kupiczów był miejscem w miarę bezpiecznym albowiem znajdował się tam posterunek wojsk okupacyjnych. Niemcy obawiając się oddziałów partyzanckich, zarówno sowieckich jak i ukraińskich przeprowadzili szereg prac fortyfikacyjnych czyniąc miejscowość małą twierdzą. Ten system obronny to sieć okopów i stanowisk strzeleckich. Jednak po zbiorach płodów rolnych i zebraniu kontyngentu władze okupacyjne postanowiły wycofać wojsko z Kupiczowa.       Józef Turowski ps. „Ziuk” partyzant z oddziału „Jastrzębia” ( por. Władysława Czermińskiego) z Zasmyk  wspomina  : Pod koniec października 1943 r. jeden z oddziałów upowskich obrał sobie miejsce postoju w Dażwie zamieszkałej przez Czechów. Mimo, że banderowcy bezpośrednio nie zagrażali Czechom, to ich pogróżki, zbyt swobodne, a nawet wprost brutalne zachowanie się, stały się bardzo uciążliwe dla całej ludności. O całej sytuacji donieśli Czesi dowództwu polskiemu w Zasmykach, prosząc o pomoc. Por. „Jastrząb”, chcąc zyskać Czechów dla sprawy polskiej, postanowił zaatakować kwaterujący w Dażwie oddział UPA. Po nocnym marszu, o świcie 26 października 1943 r., cały oddział osiągnął przedpole Dażwy. Tu został on podzielony na dwie części. Dwa plutony z „Jastrzębiem” miały nacierać po lewej stronie drogi, pluton zaś sierż. „Kruka” –Pawlika po prawej. Zamierzonego zaskoczenia jednak nie uzyskano. Ledwie rozwinięta tyraliera zbliżyła się do wsi, przywitana została przygniatającym ogniem broni ręcznej i maszynowej. Lewe skrzydło natarcia dostało się w szczególnie groźny ogień cekaemu, ustawionego na pokaźnym wzniesieniu terenowym. Na obu odcinkach natarcia tyraliera polska zaległa. Prawe skrzydło znalazło się kilkadziesiąt metrów od stanowisk ukraińskich. Sytuacja wymagała bezwzględnego działania, gdyż upowcy mieli zdecydowaną przewagę ogniową i terenową. Dalsza zwłoka w działaniu mogła spowodować duże straty w ludziach. Por. „Jastrząb” pod ogniem broni nieprzyjaciela osobiście przedarł się na prawe skrzydło do sierż. „Kruka”, uzgadniając z nim natychmiastowe natarcie jego plutonu, a następnie miało ruszyć do ataku lewe skrzydło, bardziej odległe od budynków wsi. Sierż. „Kruk” poderwał swój pluton do ataku. Żołnierze za wybuchami własnych granatów z przeciągłym – „hura”, strzelając w biegu ze wszystkiej broni, jaką posiadali wdzierając się pomiędzy zabudowania gospodarskie. Podobnie zerwało się do natarcia lewe skrzydło, łamiąc opór przeciwnika. Jak z początkowego oporu można było sadzić, obsadzał Dażwę doborowy oddział UPA, który jednak załamał się pod bezpośrednim atakiem opuszczając w panice swoje stanowiska, wchłonięty w dym płonących zabudowań. Następnie wycofał się do pobliskiego lasu, ścigany przez oddział polski. Mimo dużej strzelaniny zginęło tylko dwóch upowców, a ze strony polskiej ranny był jeden żołnierz. [ 2] To jednak nie zniechęciło upowców, a może nawet jeszcze bardziej zmobilizowało do rozprawienia się z Czechami w Kupiczowie. Jak wspomina Monika Śladewska: 11 listopada do osady wjechał wóz z uzbrojonymi upowcami, aresztowano czterech członków Aktywu, w tym pastora Jelinka, zakładnikom grożono śmiercią, jeśli nie podporządkują się UPA i nie oddadzą broni. Przed plebanią zebrał się tłum mieszkańców, bojówkarze wycofali się. Nocą 12 listopada bojówki UPA rozłożyły się obozem z dwóch stron Kupiczowa. Z prośbą o pomoc przybył do Zasmyk łącznik Wacław Zapotocki. [1] Zasmyki były już stosunkowo silnym Ośrodkiem Samoobrony Polskiej dysponowały oddziałami partyzanckimi AK. Wspomina Józef Turowski: Utrzymując tradycje z okresu przedwojennego, świętowano w oddziale „Jastrzębia” dzień 11 listopada 1943 r. jako rocznicę uzyskania niepodległości Polski. Po mszy polowej odprawionej przez ks. Michała Żukowskiego, po jego porywającym kazaniu, przed frontem oddziału został odczytany okolicznościowy rozkaz, a następnie oddział defilował przed trybuną z oficerami oraz przedstawicielami społeczności cywilnej. Ledwie skończyła się defilada, dotarł do oddziału „Jastrzębia” w Stefanówce wysłannik ludności z Kupiczowa donosząc, że Niemcy opuścili Kupiczów, a na ich miejsce przybył zaraz oddział UPA, zagrażający ludności czeskiej sympatyzującej z Polakami.[2]

Decyzje zapadały szybko, po latach napiszł, Henryk Kata ps. „Prima” uczestnik opisywanych walk : Już na drugi dzień po spotkaniu z Czechami z Kupiczowa, wczesnym rankiem por. „Jastrząb” z oddziałem ruszył na podbój tak ważnej dla nas miejscowości. W szybkim tempie oddział osiągnął przedpola Kupiczowa, gdzie rozdzielił się na dwie części: uderzeniową z kierunku Lityń-Kupiczów bezpośrednio na osadę i drugą, wydzieloną mniejszą liczebnie, okrążającą od strony Czerniejowa z kierunku zachód – wschód. Byłem w grupie okrążającej od Czerniejowa. Jeszcześmy nie dobiegli polami na przełaj do drogi Czerniejów – Kupiczów, jak usłyszeliśmy strzały od Kupiczowa i zobaczyliśmy pędzące wozy konne pełne stryłciw UPA, uciekających na Czerniejów i Lasy Świniarzyńskie. Z odległości około trzysta metrów oddaliśmy kilkanaście strzałów do wypełnionych stryłciami wozów. Coś się tam zakotłowało, jeden wywinął kozła, spadł z wozu, konie jak oszalałe popędziły dalej. Byliśmy zmęczeni biegiem na przełaj polami. Żaden z wozów nie zatrzymał się, żeby zabrać tego który wypadł z wozu. Pozostawiono go własnemu losowi. Pomimo zmęczenia rozpoczął się pościg za uciekającym upowcem, który nie był zmęczony. I zapewne pod wpływem strachu, że druże go zostawili, szybko oddalał się w kierunku zarośli i krzewów. Już z odległości 200 metrów widać było, że jest uzbrojony w broń maszynową. Okazało się, że był to rkm typu „Dziechciarow”, z okrągłym talerzem komory naboi. Najszybszy w pościgu okazał się Janek Tutus vel Tutas „Sroka”. Dopadł rezuna w chaszczach, gdy właśnie w niego celował, ale Janek był szybszy o jeden strzał. „Sroka” przyniósł rkm. Okazało się, że okrągły talerz „Dziechciarowa” był przestrzelony przez nas w czasie ucieczki na wozach. Upowiec nie miał szans, rkm był zablokowany. Nasi rusznikarze szybko usunęli uszkodzenie, broń do obrony naszej ludności. Po zajęciu Kupiczowa „Jastrząb” z oddziałem odszedł do miejsca postoju; w Zasmykach i miejscowościach wokół Zasmyk zgromadzona była ludność polska, nieraz z różnych odległych stron, która uszła z życiem przed rezunami. W Kupiczowie pozostał do obrony pierwszy pluton dowodzony przez sierżanta „Grzmota”, Romana Gosa, lubianego dowódcę plutonu. Czesi, jak tylko mogli i potrafili, starali się nam dopomagać w wyżywieniu i zakwaterowaniu oraz informowaniu nas o ruchach UPA. Na wiadomość, że w miejscowości Dażwa gromadzą się stryłci banderowców, sierżant „Grzmot” uznał za wskazane nie czekać, aż oni uderzą na nas, ale zastosować manewr uprzedzający – uderzyć i pokrzyżować ich plany. Powiadomił o planowanej akcji „Jastrzębia” i z jego błogosławieństwem pluton nasz, około 20 listopada, ciemną nocą, prowadzony przez znającego teren Czecha, wyruszył na banderowców obchodząc Dażwę od strony przeciwnej, skąd mogli nas się spodziewać. Wczesnym zamglonym rankiem podeszliśmy pod pierwsze zabudowania wsi. Pomimo złej widoczności i słabego wglądu w przedpole, banderowcy zauważyli nas i otworzyli gesty, ale chaotyczny ogień. „Grzmot” wiedział, że w tym zbliżeniu do nieprzyjaciela i budynków tylko błyskawiczny, zdecydowany atak może przynieść powodzenie. Głośne „Naprzód, hurra”. Załamała się banderowska obrona, zwłaszcza kiedy odezwały się strzały od strony wschodniej, gdzie poszła jedna z naszych drużyn, aby zaatakować w razie potrzeby z drugiej strony. Upowcy zrejterowali. Wieś Dażwę opuścili, jednak pierwszymi strzałami ranili nam dowódcę plutonu, „Grzmota” i jednego żołnierza, strzelca „Tajfuna”. Dwaj banderowcy, schwytani z bronią w ręku, podczas przesłuchania powiedzieli, że Kupiczów będzie zaatakowany i odebrany Lachom większymi siłami UPA. Ranny „Grzmot” z „Tajfunem” zostali odwiezieni do szpitala. Dowództwo plutonu w Kupiczowie objął plutonowy „Kowiński” – Jan Bednarek. Pluton w ciągłym napięciu ( patrole, służby, służby wartownicze, obserwacje z wieży, umacnianie stanowisk obronnych) zachował dobrą kondycję i zwartość koleżeńską.[….] Wczesnym mglistym rankiem ( była to druga połowa listopada) usłyszeliśmy zbliżający się warkot silników z kierunku Tuliczków – Czerniejów. Mieliśmy w tym kierunku, na obrzeżu Kupiczowa przy kościele, służbę wartownicza. W trakcie zmiany warty, krótka refleksja i wymiana zdań; czyżby Niemcy czegoś zapomnieli z niedawnej wyprowadzki i jeszcze raz wracają? Któryś z kolegów pobiegł zameldować dowódcy plutonu o zaistniałej sytuacji, bo po zdobyciu Kupiczowa pozostał tu tylko jeden pluton. Dowódcą był Jan Bednarek „Kowiński” – utalentowany plutonowy, sympatyczny i lubiany podoficer. Natychmiast wyszedł na patrol rozpoznawczy. Mgła wokół rozlana jak mleko, na 50 metrów widoczność żadna. Półgłosem dyskutujemy, co czas przyniesie. „Maj” – Franek Moniuszko przez lornetkę próbuje coś dojrzeć. Po jakimś czasie nadchodzący huk silnika urywa się, zapada cisza. Powracający patrol donosi, że 300 – 400 metrów od rzeźni stoi coś, co wygląda na czołg. Ludzi przy czołgu rozpoznać nie można było. Miejscowość Kupiczów dość duża jak na małe miasteczko, nas jeden pluton – trzydziestu chłopców i plutonowy „Kowiński”. Przyczajeni obstawiliśmy stanowiska strzeleckie i czekamy, z czasem mgła opadnie , sytuacja bardziej się rozjaśni. I rzeczywiście. Koło godziny dziewiątej mgła powoli zaczęła opadać. Można już było dojrzeć zarysy tajemniczego monstrum i kręcących się przy nim ludzi. Franek Moniuszko „Maj” („Ciotka” – jak zwykliśmy go nazywać) stojąc w rozkroku obserwuje przez lornetkę i stara się rozszyfrować, co widzi. Półgłosem przekazuje nam swoje spostrzeżenia. Nagle huk, detonacja. „Maj” pada i podrywa się z ziemi wykrzykując swoim szelmowskim głosem dowcipnisia: „ Widziała pani jak skurwiel strzela?”. Pocisk z działa mniejszego kalibru przeleciał torem płaskim między nogami „Maja” obserwującego przez lornetkę i rozerwał się około 15 metrów za jego plecami. Wybuch przewrócił Franka, a odłamek rozciął na plecach jego kurtkę. Wszystkich obsypało ziemią nikomu nie robiąc krzywdy. Po oddaniu jeszcze kilku wystrzałów, które nie poczyniły żadnej szkody, działo umilkło, a my byliśmy pewni, że to nie Niemcy, lecz jesteśmy okrążeni przez rezunów UPA. W miarę ustępowania mgły rozpoczęła wymiana ognia z broni ręcznej,  działo z czołgu umilkło. Czołg próbowano uruchomić, w czym skutecznie przeszkodziliśmy, trzymając go pod ostrzałem z 200 – 250 metrów. Walka obronna rozgorzała na dobre, gdy poprawiła się widoczność. Otoczeni ze wszystkich stron skutecznie powstrzymywaliśmy celnym ogniem chęci i zakusy atakujących rezunów UPA. Z „Emilem”, Mieczysławem Isańskim broniliśmy południowo- zachodniego odcinka obrony z dobrą widocznością i wglądem w teren. Jedynie duży młyn przesłaniał nam nieco przeciwległe, lekko opadające wzgórze. Tak więc z „Emilem” w tej części obrony trzymaliśmy Ukraińców na przyzwoitą odległość, zwłaszcza że uchodziłem za dobrego strzelca, w dowód czego porucznik „Jastrząb” dał mi swój długi kbk mauzer. W pewnym momencie zauważyłem, jak ze wzgórza zjechał jeździec na koniu, skrył się za osłoną młyna i zza rogu z odległości około 200 metrów zaczął nawoływać: chody siuda! Coś jeszcze krzyknął po ukraińsku, czego już nie zrozumiałem, bo skręcił w miejscu koniem i skrył się za młyn. Zapamiętałem sylwetkę jeźdźca, kozacką czapkę i długą ciemną pelerynę, która w takt końskiego galopu falowała jak skrzydła nietoperza. Wypłynął na koniu daleko na wzgórzu. Celownik ustawiłem na 600 metrów. Strzał i jeździec osunął się z konia. Na linii okopów ukraińskich podniósł się daleki krzyk. Przez cały dzień dziewczęta, Czeszki donosiły swoim obrońcom smaczne jedzenie i wspaniałe czeskie buchty, zachęcając: A jeste, pijte, a bijte. Zbliżał się wieczór, do wschodniej części Kupiczowa wdarli się Ukraińcy i podpalili kilka budynków krytych słomą. W blasku pożaru nasi koledzy uwijali się jak w piekle. Od strony Litynia „Jastrząb” z oddziałem w sam czas zdążył z odsieczą, ku ogromnej radości okrążonych Czechów i ich obrońców. Upowcy nie mieli już żadnych szans. Wycofali się w popłochu, pozostawiając na placu boju swój czołg, którego nasi chłopcy nie dali uruchomić. Rankiem następnego dnia został zaciągnięty przez Czechów do Kupiczowa, ku ogromnej radości mieszkańców. Działo tego czołu stało się zaczątkiem sekcji artyleryjskiej naszych rozrastających się oddziałów, do której to sekcji został przydzielony nasz kolega z plutonu, erkaemista Jan Sobczyk „Buzdygan”. Za oszczędne i dobre strzelanie rkm. przydzielono mnie „Primie”, prima rkm-belgijski browning. Był w idealnym stanie, ale z nietypową amunicją, której było tylko 200 naboi, czyli 8 magazynków po 25 naboi, z których co piaty był zapalający. Z uwagi na mały zapas amunicji pożądane było strzelać celnie, skutecznie, krótkimi seriami, oszczędzając naboje. Tak też zawsze realizowałem te założenia. Ostatni magazynek skończył mi się w Lasach Mosurskich  w dniu śmierci dowódcy 27 Dywizji Wołyńskiej – pułkownika „Oliwy” Jana Wojciecha Kiwerskiego, o czym później. Po odparciu ukraińskiego oblężenia Kupiczów nie był już więcej atakowany prze ukraińskie sotnie. Musieli uświadomić sobie, że skoro Lachi nie bali się czołgu, to cóż dopiero kiedy to monstrum jest w ich władaniu i stoi na straży Kupiczowa. Po spokojnej nocy następnego dnia dotychczasowa załoga Kupiczowa odeszła z oddziałem do miejsca postoju. W Kupiczowie pozostał drugi pluton. [3]

Mieczysław Romankiewicz ps. „Sarna” ( mój brat wujeczny) biorący udział w obronie Kupiczowa , po latach często wspominał, tamte wydarzenia: „Jastrząb” rozkazał abym prowadząc ostrzał moim rkm-em, ganiał po linii obrony, często zmieniając miejsce, tak aby „Bulbowcy” myśleli, że u nas broni maszynowej jest więcej niż w rzeczywistości. Udało się daliśmy im łupnia, nie zdobyli Kupiczowa.[4]

Wiesław Bednarek (potomek) odwiedzał po wojnie Wołyń, napisał : Kupiczów jest mi drogi, bo wiąże się z tą miejscowością wiele zdarzeń okresu ostatniej wojny, w których brali udział moi bliscy: Ojciec Stanisław Bednarek "Król", Stryj Jan Bednarek "Kowiński", Teść Aleksander Wojtak "Blondyn "; wszyscy "Jastrzębiacy". Moja Mama i Teściowa także spędziły wiele miesięcy w miarę bezpiecznym, bo mającym polską załogę wojskową, Kupiczowie. Wspominam opowiadania mego Ojca jak to odbywał służbę w Kupiczowie na wieży jako obserwator. Była to drewniana wieża triangulacyjna, podwyższona jeszcze w czasie wojny do celów obserwacji terenu wokół Kupiczowa, nasyconego bandami UPA. Szukałem śladów tej wieży, gdzie ona stała? Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć dzisiaj na to pytanie.[5]

P.S.

Monika Śladewska napisała: W 1947 r. Czesi z Kupiczowa zostali ekspatriowani do Czechosłowacji, miejscowi Ukraińcy mówili: "Czechi na sobakach pryichały i na sobakach poidut". Zburzony podczas działań frontowych Kupiczów został odbudowany, ale w niczym nie przypomina zasobnej, dobrze zagospodarowanej czeskiej osady. Na miejscu spalonej cerkwi na postumencie stoi popiersie Szuchewycza - "Czuprynki", zbrodniarza, współodpowiedzialnego za ludobójstwo minimum 200 tys. Polaków, wielu tysięcy Ukraińców i osób innych narodowości: Rosjan, Czechów i Ormian. […..] Czesi organizują wycieczki na Wołyń, historię przekazują młodym, na cmentarzu w Zasmykach składają wiązanki kwiatów, zapalają znicze na zbiorowych grobach pomordowanych Polaków i mogiłach poległych żołnierzy obrońców. [1]

Źródła:

1] Wołyńskie losy Czechów - Monika Śladewska w  wydaniu 28/2010 Tygodnika Przegląd

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/wolynskie-losy-czechow

2] POŻOGA Walki 27 Wołyńskiej Dywizji AK – Józef Turowski

3] WOJENNE WICHRY  - Henryk Kata Wydawca: Urząd Miasta Otwocka 2001 r.     Nakład 200 egz.

4] Przekaz rodzinny

5] Wiesław Bednarek- Wspomnienie o Kupiczowie- http://wolyn.org/index.php/wspomnienie-woynia/49-wspomnienie-o-kupiczowie.html

 


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud16.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 520 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
12204146