„Zdzieś sowieckoja właść, otwieraj dwieri!”

Maria Grylak, nazywana w rodzinie Manią, urodziła się 12 stycznia 1933 roku w polskiej osadzie Krasnystaw, w parafii Dziewiątkowicze, powiat Słonim, województwo Nowogródek. Jej rodzicami byli Zofia z domu Gębska i Stanisław Grylak, oboje pochodzący spod Radomia. Gdy Polska odzyskała niepodległość, rodzice Zofii, Marianna i Andrzej Gębscy, jak i rodzice Stanisława, Tekla i Adam Grylakowie, zdecydowali się wyjechać na Kresy, właśnie do Krasnegostawu. Pod Radomiem był głód ziemi, a na terenach wschodnich, gdzie tworzyła się nowa Polska, miało być lepsze życie. Gębscy i Grylakowie nie bali się pracy. Jedni i drudzy posiadali mnogość talentów, które pozwalały żyć dostatnio, nawet przy licznych rodzinach. Gębscy byli rodzicami czterech synów i trzech córek, zaś Grylakowie mogli się pochwalić czterema synami. W rodzinie Gębskich wszyscy mężczyźni byli znanymi na okolicę stolarzami, kowalami, dekarzami, szewcami, ba! nawet muzykantami na weselach, czy zabawach. Kobiety słynęły z artystycznego tkactwa, malowania, ozdabiania domów, szycia, oraz robótek ręcznych: wyszywania, haftowania, robót na drutach. Zarówno pod Radomiem, jak i w Krasnymstawie były to zdolności bardzo pożądane. Grylakowie byli doskonałymi gospodarzami, a ich kobiety bardzo smacznie gotowały na weselach. Zaś na Kresach Tekla i Adam zajmowali się mieleniem ziarna na kaszę, produktu stanowiącego wówczas główną podstawę pożywienia. Krasnystaw był małą osadą zbudowaną na ziemiach należących do dziedzica Olgierda Śliźnia, adiutanta generała Andersa. Otoczenie wsi, w której Mania Grylak przyszła na świat i spędziła wczesne dzieciństwo, było piękne: spokojne lasy, łąki z mnóstwem pachnących kwiatów i ziół, stawy pełne żab kumkających letnimi wieczorami. Do kościoła chodziło się do Dziewiątkowicz, zaś na zakupy do Słonima. Jeżdżono zimą saniami, a latem wozem na drewnianych kołach. Tak się szczęśliwie złożyło, że najbliższymi sąsiadami rodzinnego domu małej Mani byli, wspomniani wcześniej dziadkowie, Marianna i Andrzej Gębscy oraz Tekla i Adam Grylakowie, oraz wujostwo, Franciszek i Rozalia Gębscy z dziećmi: Heńkiem, Jankiem i Andzią, Katarzyna i Józef Chołuj z Rysiem, Mietkiem i Danusią, Marianna i Jan Filipow z Krysią, Heniusiem i Halinką, Józef Gębski z żoną Jadwigą, Wacław i Janina Gębscy z Danusią i Heniem, Helena i Józef Zielińscy ze Stasią i Marysią. Często w odwiedziny przyjeżdżał z Radomia Jan Gębski, najmłodszy syn Marianny i Andrzeja. Ze strony rodziny Grylaków, oprócz dziadków, mała Mania przebywała co dzień w towarzystwie stryjka Jana i stryjenki Heleny oraz ich malutkiej córeczki Mani, a także stryjka Konstantego. W Krasnymstawie każda rodzina miała drewniany dom, zbudowany przez Andrzeja Gębskiego przy współudziale jego synów.

Czytaj więcej...

Obrońcy Jazłowca

Co drugą noc, na zmianę z moim ojcem, brałem karabin na plecy i chodziłem na placówkę. Razem z innymi Polakami trzymaliśmy wartę, chroniąc się w ten sposób przed napadem band ukraińskich - wspomina Apolinary Kuliczkowski, Kresowiak z Jazłowca, dziś mieszkaniec Wrocławia. Zamilkły ostatnie strzały lipcowej ofensywy 1944, wyzwalającej Jazłowiec i całe tereny województwa tarnopolskiego spod niemieckiej okupacji. Około połowy sierpnia 1944 rozniosła się wieść o mobilizacji Polaków do wojska. W pewny letni, ciepły dzień sierpniowy zebrało się mnóstwo ludzi, przeważnie Polaków, przed gmachem Rady Narodowej Jazłowca. Przewodniczącym rady był wówczas mój stryj Kazimierz Kuliczkowski. Opodal stali młodzi mężczyźni, którzy mieli iść na wojnę. Piękna to była grupa młodych ludzi, w wieku od 18 do 35 lat. Śmiech i wesołe dowcipy krążyły bez przerwy wśród potencjalnych żołnierzy. Tylko w oczach matek, żon i narzeczonych można było zauważyć łzy. Przed gmach miejskiej Rady Narodowej wyszedł mój stryj. Zapadła cisza. W uroczystych słowach, po polsku, przemówił do zgromadzonych jazłowiczan. Mówił o Polsce, o wojsku polskim, o wrogu, który zniszczył nasz kraj, o tym, że musimy walczyć aż do ostatecznego zwycięstwa. Piękna to była chwila. Po przemówieniu ktoś zaczął śpiewać "Jeszcze Polska nie zginęła”... Po raz pierwszy po pięciu latach niewoli publicznie na jazłowieckim rynku wydarły się z setek polskich ust słowa "Mazurka Dąbrowskiego”. Nigdy nie zapomnę tych rozognionych twarzy, tych błyszczących oczu, pełnych łez wzruszenia i radości. Mężczyźni, kobiety, chłopcy, dziewczęta, dzieci - stali wszyscy nieruchomo, wyprężeni, z podniesionymi głowami i śpiewali polski hymn. Po latach strachu, rozgoryczenia, upokorzenia, po wszystkich tych przeżyciach ciemnej okupacyjnej nocy, znowu mu, Polacy możemy walczyć o naszą przyszłość, o naszą niepodległość. Słowa hymnu i wzrok tych przepięknych śpiewających postaci mówiły nam, młodym wszystko. Rozbłysła przed nami jutrzenka swobody. Wiedzieliśmy, że znów mamy Polskę. Nie przeczuwaliśmy nawet, jakie ciemne chmury nadciągają nad nasz polski naród, przebywający na Kresach dawnej Rzeczypospolitej.

Dni niepokoju i grozy

Ciemne chmury nadciągnęły nad Jazłowiec po przesunięciu się nawałnicy frontowej już we wrześniu 1944, tuż po mobilizacji młodych mężczyzn do polskiej armii, utworzonej na terenie Związku Radzieckiego. Ukraińskie ugrupowania, skrajnie szowinistyczne, nienawidzące Polaków, zaczęły grasować i niszczyli wszystko, co polskie. Polskie wsie, polskie miasta, polskie pamiątki narodowe, a przede wszystkim samych Polaków.

Czytaj więcej...

Krwawą niedzielę przeżyła Rudnia Lwa, w nocy z 22/23 maja 1943 r.

Józef Lech przyszedł na świat jako jedno z siedmiorga dzieci Jana Lecha i Teresy z domu Faber.  Matka była z pochodzenia Niemką nadwołżańską  i pochodziła ze służby w majątku ziemskim Anny Wald, właścicielki połaci ziem, łąk, lasów oraz tartaku, młyna i kopalni bazaltu oraz zakładu kamieniarskiego. Wielu Ukraińców latami dzierżawiło ten majątek, inni wraz z Polakami pracowali we wspomnianych zakładach, dzięki czemu poziom życiowy okolicznych mieszkańców był wyższy od przeciętnej średniej na ówczesnym Wołyniu. Anna Wald wyjechała z Rudni Lwy po wkroczeniu doń Sowietów po 17 września 1939 roku. Jak wspomina Jan Rudnicki, żołnierze znalazłszy we dworze radio, powiesili je na drzewie i urządzili sobie na dziedzińcu pałacyku pijacką zabawę. Widząc, że najbliższy bieg historii nie będzie prawdopodobnie dla niej najłaskawszy, powierzając obowiązki doglądania majątku zaufanej powierniczce, zdecydowała o wyjeździe do Czechosłowacji, najprawdopodobniej do Trutnova, gdzie zamierzała przeczekać wojnę. Była panią światłą oraz lubianą przez miejscową ludność, szerzyła oświatę, organizowała ochronkę i pomoc dla najbiedniejszych. Z jej otoczenia wywodziła się więc urocza Teresa, w której zakochał się dworski robotnik leśny, postawny i przystojny Jan Lech, który poślubił ukochaną na przełomie, a właściwie pod koniec XIX wieku . Sam pochodził z wielodzietnej rodziny Lechów, spokrewnionych przez lata z większością rodzin zamieszkujących tę, oraz okoliczne leśne osady, położone wśród rozległych równin, pokrytych lasem, trawą, przecinaną traktami oraz, wybudowaną w 1921 roku linią kolejową Rokitno – Lewacze – Moczulanka. Krainą obficie oblewaną ciemnymi wodami rzeki Lwy, które osadzały na dnie oraz okolicznej roślinności czerwonoceglasty nalot, dowód na inne bogactwo tej ziemi – rudę żelaza. Z tego powodu ziemia, choć mało żyzna, swoim bogactwem dzieląc się z ludźmi, dawała im zajęcie, znośny byt i w miarę beztroskie życie aż do wybuchu II wojny światowej. Kampania wrześniowa ominęła, z racji oddalenia, schowaną w lesie Rudnię Lwę, ale już nie uchroniła przed wkroczeniem Sowietów, którzy 17 września, po zajęciu dworu oraz ustanowieniu administracji, w miarę zgodnie bytowali przez okres popasu. Odległość Rudni od dawnej granicy ze Związkiem Sowieckim była niewielka, ok. 50 km, dlatego wkroczenie wojsk najeźdźcy nastąpiło już w pierwszym dniu zdradzieckiej agresji. Później nastąpiła instalacja sowieckiej administracji, realizowana przy wydatnej pomocy Ukraińców oraz ludności żydowskiej, która jak w większości, na Kresach Wschodnich, witała agresorów przyjaźnie, radośnie, często z kwiatami i czerwonymi flagami.

Czytaj więcej...

Zbrodnia UPA w Łanowcach 1944 na Podolu

Potworne zbrodnie. Był rok 1944–styczeń przed Świętami Bożego Narodzenia w kościele greko- katolickim. Przyszedł do mnie chłopak sąsiadów z prośbą o pożyczenie łańcucha na choinkę. Wyjąłem pudło ze strojami. W normalnym czasie stroje te byłyby jeszcze na choince (w naszym domu choinka zawsze była do drugiego lutego). Kiedy wyciągałem łańcuch, Jurko zażądał abym mu oddał wszystkie stroje. Całe pudło. Zapytałem, dlaczego mam mu je dać? A ten niespeszony odrzekł:–Tobie już nie będą potrzebne, bo ciebie już nie będzie.Tej rozmowie przysłuchiwała się moja mama i zapytała:– Jurko o czym ty mówisz? Co to znaczy, że jemu już nie będą potrzebne i jego już nie będzie?–Bo tak się u nas mówi, odpowiedział chłopiec. Was już nie będzie. Was już nie będzie, powtórzył kilka razy i pobiegł z łańcuchem do domu.Powszechnie było wiadome, że mordują Polaków na Wołyniu. Słyszeliśmy o potwornościach tych mordów. Słyszeliśmy również o mordowaniu rodzin polskich na Podolu, lecz to wszystko działo się gdzieś dalej i było poza naszą wioską. Przed świętami Bożego Narodzenia słyszeliśmy o zamordowaniu znanego nam człowieka na drodze do Bilcza Złotego, któremu jak opowiadali świadkowie rozpruto brzuch i włożono chorągiew biało czerwoną oraz kartkę z napisem zawiniłem, bom Polak albo podobnie. Nazwiska tego człowieka dokładnie nie pamiętam, myślę, że nazywał się Dąbrowski lub podobnie i był urzędnikiem urzędu skarbowego oraz akwizytorem plantacji tytoniu.Ten człowiek czasem bywał u nas. Tata plantował tytoń nawet w okresie wojny.Ukraińcy coraz głośniej mówili, że Lachów trzeba przepędzić. Słyszeliśmy od naszych sąsiadów, jakie mieli do nas Polaków pretensje. Jak, myśmy ich gnębili! To znaczy, jak gnębiła ich Polszcza. Oni w tej Polszczy byli tylko chamami i podludźmi, ale nadszedł czas rozrachunku –krzyczeli nam w twarz.Jako sześciolatek( w 1938 roku) widziałem maszerujących Siczowców z ukraińską flagą i tryzubem. Prowadził ich siczowy - dowódca ubrany w strój zielony(?). Miał pas i pasek przez ramię –koalicyjkę i czapkę okrągłą z tryzubem na przedzie. Podnosili ręce jak Niemcy, co widziałem w gazetach i krzyczeli: sława Ukraini. Zapytałem tatę, kto pozwala na to żeby w Polsce byli tacy jak oni? Tata odpowiadał, że na tym polega wolność, lub coś w tym stylu. Byłem oburzony, chociaż nie rozumiałem powagi sprawy.-Ten rozrachunek z wami będzie krwawy- mówiły nawet dzieci ukraińskie, w czasie zabawy z dziećmi polskimi. Wy Polacy musicie opuścić naszą ziemię rodzicielkę.Coraz częściej słyszeliśmy:sława Szuchewyczu, naszemu prowidnykowi, który toporom i ogniem was wypali z tej ziemi. Z naszej ziemi.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 1069 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
9843932