Banderowcy przelali czarę zła, nienawiści i krwi w kolonii Aleksandrówka

Nazywam się Teresa Radziszewska z d. Adamowicz. Urodziłam się w roku 1934 i mieszkałam na kolonii Aleksandrówka, gm. Kupiczów, powiat Kowel na Wołyniu. Mój tatuś miał na imię Teofil Adamowicz, jego rodzice to Michał Adamowicz i Tekla z d. Bondyra. Moja mamusia miała na imię Bronisława i była z d. Kupiec. Moi oboje rodzice wywodzili się z Ziemi Zamojskiej ze wsi Białowola, tylko ok 6 km od Zamościa. Tam mieszkał mój dziadek Michał Adamowicz i tam też przyszedł na świat Teofil. Po I wojnie światowej dziadek Michał sprzedał gospodarstwo rolne i wyjechał na Wołyń, kupując tam tańszą ziemię, by polepszyć byt swoim czworga dzieciom. Na tamten czas było to dość opłacalne, gdyż kupił jej cztery razy więcej za sprzedaną tutaj w Białowoli. Ziemia była żyzna, czarnoziem, piękne okolice, lecz zamiast gospodarstw pięknie widniejących na planie, zastali tam okopy, bunkry i leje po bombach. Zatem początki były i takie, że przyszło im mieszkać w szałasach, a przy tym równali teren, budowali domy, urządzając wszystko od podstaw.

Kolonia Aleksandrówka składała się z 24 rodzin osadników polskich oraz z trzech rodzin ukraińskich. A byli to Kyc Paweł z żoną i dwojgiem dzieci: Michał i Olga, Korzeń Mikołaj z żoną, dwoma córkami i synem oraz Lewczuk z żoną i córką, oni wszyscy również byli osadnikami, przywędrowali zaś tutaj, gdzieś z Biłgorajskiego. Kolonia nasza położona była jakieś 500 m od rzeki Stochód, płynącej wąskim korytem wśród olchowych lasów, zielonych łąk i żyznych pól. Na początku naszej kolonii, była figura Matki Bożej, przy której w maju odprawiały się nabożeństwa majowe, a którą z moimi koleżankami Leokadią (Lodzią) Nowakowicz oraz Ireną Dygodą, ubierałyśmy kwiatami i wieńcami. Figurę tę w pierwszym dniu napadu banda UPA rozbiła w kawałki. Do dzisiaj pozostały tylko fundamenty, a w nich wmurowany akt fundatora. Zabudowania obsadzone były drzewami owocowymi różnych gatunków, które bogato owocowały. Przed naszym domem na środku trawnika stał duży jasion, na który lubiłam wchodzić, gdyż z niego daleko dookoła widoczna była okolica cała z pięknym krajobrazem.

Czytaj więcej...

Między Styrem a Konopielką

Urodziłam się na Kresach w Małopolsce Wschodniej, ale świadome dzieciństwo i lata wojny spędziłam na Wołyniu w Armatniowie. Była to mała miejscowość zamieszkała przez osadników wojskowych, położona na skrzyżowaniu szosy Łuck – Równe i linii kolejowej Kiwerce – Równe, otoczona zewsząd rdzennie ukraińskimi wsiami. Mieszkaliśmy w szkole, gdzie moja mama pracowała jako nauczycielka, a jednocześnie kierowniczka tej placówki. Ojciec mój był zawodowym oficerem, przeniesionym w stan spoczynku w 1936 ze względu na zły stan zdrowia. Szkoła była nieduża – 4-klasowa. Mieściła się w pewnym oddaleniu od wsi, przy drodze do lasów hr. Jezierskiego. Niedaleko szkoły na rozstajnych drogach stał wysoki krzyż, gdzie odbywały się majowe nabożeństwa, bo do kościoła było aż 7 kilometrów. Na krzyżu wisiał ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej. Uciekając z Armatniowa w 1943, zabraliśmy go ze sobą. Jest teraz na grobie rodziców na Powązkach. Tuż za wsią, a właściwie osadą, złożoną z 10-11 domów płynęła mała rzeczka Konopielka, a zaraz za nią rozciągały się ogromne lasy, sięgające podobno aż po Briańsk. To położenie: las i Ukraińcy, odcisnęło na moich wojennych przeżyciach szczególnie bolesne piętno. Szkoła była wielonarodowościowa. Uczęszczały do niej dzieci polskich osadników, niemieckich kolonistów i ukraińskich chłopów z pobliskich wsi. O ile z niemieckimi kolonistami mama miała różne zatargi, to do rodziców swoich ukraińskich uczniów odnosiła się życzliwie. Nie polonizowała ich na siłę, szanując obyczajową i religijną odrębność, współczuła biedzie i nie stosowała kar pieniężnych za nieprzysyłanie dzieci do szkoły zimą. Słyszałam raz, jak tłumaczyła inspektorowi, który robił jej wymówki za zbyt łagodne podejście: „Gdyby ojciec Hrycia miał 7 złotych na grzywnę, to kupiłby dziecku buty i chodziłoby do szkoły, bo wiosną i latem chodzi. To nie jest żaden bojkot polskiej szkoły, tylko brak butów i ciepłej odzieży”. Nic więc dziwnego, że wśród miejscowej ludności cieszyła się sympatią i szacunkiem. Uczucia te wytrzymały najcięższą próbę i uratowały nas z krwawej pożogi, jaka ogarnęła Wołyń w 1943 roku. (...)Wojnę wyobrażałam sobie bardzo prosto. Polskie wojsko od razu na granicy da Niemcom takiego łupnia, że raz na zawsze odechce się im napadać na inne kraje. Propagandę wojenną łykałam jak gęś kluski, toteż byłam ufna, czułam się bezpieczna i pewna naszego zwycięstwa. Pierwsze bomby spadły na Armatniów już 2 września.

Czytaj więcej...

Ostania noc

W pierwszych dniach lipca 1941 r. Niemcy zajęli Rożyszcze i okolice. Władzę ustanowiła społeczność narodowości ukraińskiej – podobnie jak we wrześniu 1939 r., tylko tym razem bez udziału narodowości żydowskiej.

Utworzona z ludności narodowości ukraińskiej policja dała o sobie znać wychwytywaniem jeńców radzieckich, przeprowadzaniem rewizji i rożnymi działaniami przeciwko ludności polskiej. Już w lipcu osiągnęła niemałe wy­niki. Policja składała się z ludzi najbardziej nieprzejednanych, a jednocześ­nie doskonale znających teren. W mojej okolicy: Rożyszcza. Rudnia, Wełnianka, Sitarówka, Olganówka Stara i Nowa, Katerynówka, Retowo itd. – działali ci sami, którzy w okresie władzy radzieckiej 1939-1941 r. występo­wali jako jej rzecznicy. Wymienić tu należy takich jak: Ławrientij Parfeniuk – urzędnik finansowy Sielsowietu Katerynówka, za Niemców zaś pełnomocnik Urzędu w Rożyszczach, Marko Bojarczuk – przewodniczący Sielsowietu, a i później również, Wołodia Parfeniuk syn Ławrientija, policjant posterunku w Rożyszczach i pełnomocnik na wsie Katerynówka, Olganówka Stara i Nowa oraz Retowo. Jego brat Wiktor i siostra Maria pracownicy Urzędu w Rożyszczach byli donosicielami i pierwszymi rabusiami Żydów. Mekrta z Olganówki – odpowiedzialny za kontyngenty siły roboczej do Niemiec. Z jego to inicjatywy zostało wywiezionych wielu Polaków i Polek, stanowią­cych trzon inteligencji polskiej. Chodziło o to, żeby pozbyć się tych wszyst­kich, którzy mogli w przyszłości zaszkodzić nacjonalistom ukraińskim. Wy­mienić tu należy także Tura z Nowej Olganówki – członka Rady w Rożysz­czach oraz Sławatycza, Iwana Szuma z Katerynówki – członka Rady Ko­mendy Policji w Rożyszczach jak też wielu innych z Rudni, Wełnianki i sa­mych Rożyszcz. Właściwa ich rola ujawniła się w okresie zakładania gett i rzezi ludności polskiej. Liczyli się w szczególności tacy „zasłużeni” jak Tur, Sławatycz, Bojarczuk, córka Bojarczuka Nastia Bojarczuk. Oni to właśnie po wyzwoleniu w 1944 r. weszli po raz drugi w skład władzy radzieckiej, aby oddać jak największe usługi donosicielskie na Polaków jako członków „band polskich”.

Duże obszary leśne oraz pomoc ludności polskiej, łatwość zdobywania broni i amunicji pozwoliły obronić się części jeńców radzieckich przed licz­nymi obławami i łapankami. Już w lipcu 1941 r. w lasach retowskich schroniła się pewna grupa żołnierzy radzieckich, która przetrwała dzięki gajowym Suchowieckiemu i Ferencowi.

Czytaj więcej...

Mordowanie Polaków w rejonie Żdżar Wielkich

Pani Anna Kozioł, z domu Rauch miała 18 lat w 1943 roku, jak Ukraińcy rozpoczęli mordowanie Polaków. Pani Anna Kozioł urodziła się w 1925 roku w Żdżarach Wielkich, które dziś znajdują się na terytorium Ukrainy. W 1943 roku cudem uszła życiem z pogromu, który Polakom zgotowali ich ukraińscy sąsiedzi. -Miałam cudowne dzieciństwo i mieszkałam w pięknej spokojnej wsi. Urodziłam się tam i mieszkałam do osiemnastego roku życia. Moi rodzice mieli spore gospodarstwo i zajmowali się uprawą ziemi. Miałam siostrę Marysie i brata Juliana, który zmarł gdy miał pięć lat Tato miał szczególne zamiłowanie do koni, które słuchały go jak tresowane psy. Hodowaliśmy też świnie, kury. W mojej wsi żyli obok siebie Ukraińcy, Polacy i dwie rodziny żydowskie. Razem chodziliśmy do szkoły i przez długie lata byliśmy dobrymi sąsiadami – wspomina pani Anna Kozioł, emerytowana dębicka nauczycielka. Żdżary Wielkie były wsią gdzie od wieków mieszkali obok siebie Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Żydów było niewielu, ale zajmowali się handlem, stąd ich znaczenie we wsi było duże.

-Handlowali towarami, które nie dało się wyprodukować w gospodarstwie i trzeba było je kupić takie jak cukier, sól, nafta, narzędzia rolnicze czy słodycze. Dziś pamiętam imię jednego z nich – nazywał się Icek a jego żoną była Adelajda .  To nie była rodzina  ortodoksyjna, chodzili ubrani podobnie jak my, ale byli wierzącymi Żydami – wspomina pani Anna.

W naszej wsi była cerkiew do której chodzili Ukraińcy, których w Żdżarach była większość. My chodziliśmy do kościoła do Zabłoćców, gdzie przychodzili również Polacy z innych okolicznych wiosek. Święta obchodziliśmy w różnych terminach i zapraszaliśmy się nawzajem do siebie. My do siebie swoich ukraińskich sąsiadów a oni nas do swoich domów gdy obchodzili Wielkanoc czy Boże Narodzenie – opowiada pani Anna. Dzieci niezależnie od narodowości chodziły do polskiej szkoły. Uczyły się w niej języka polskiego i ukraińskiego. Pani Anna do dziś biegle włada tym językiem.

-W szkole była też nauka religii. Do polskich dzieci przyjeżdżał ksiądz z Zabłoćów z kościoła a do ukraińskich pop z tutejszej cerkwi. Można było chodzić na ich lekcje religii jeśli ktoś chciał, podobnie oni mogli chodzić na nasze lekcje – przywołuje dawne czasy pani Anna. W 1939 roku tereny te zostały zajęte przez Związek Radziecki a granica z Niemcami została ustanowiona na przepływającej w pobliży Żdżar rzece Bug.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud7.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 567 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11852837