Pisanki Wołyńskie

Pisanki są dzisiaj przeżytkiem. Ten dzisiejszy przeżytek był kiedyś, kiedy nie wiadomo, zjawiskiem czy wytworem racjonalnie i logicznie związanym z życiem ludzi, to znaczy, że ludzie ci rozumieli jego cel i związek z całokształtem swego życia. Jednakowoż życie, które wyłoniło dany zwyczaj, z biegiem czasu uległo przekształceniu; podłoże racjonalne znikło, a pozostał jedynie szczątek jego, mający pewną sankcję estetyczną bytu swego, ale nie wytrzymujący zetknięcia z logiką (1).
Zwyczaj malowania jaj wielkanocnych t. zw. pisanek, należy zaliczyć do pozostałości z czasów przedhistorycznych. Zwyczaj ten istniejący w całej niemal Europie jeszcze w XVII w., przechował się obecnie tylko w jej wschodniej części i to przeważnie na ziemiach słowiańskich. Jednakowoż i tutaj widzimy powolne, ale ciągłe zanikanie tego zwyczaju. Ogólny przewrót stosunków i wartości po wielkiej wojnie nie pozostał bez wpływu na zwyczaj sporządzania pisanek, jak też i na inne zwyczaje ludowe. Zubożenie ludności, stosunkowo wysoka cena jaj i stąd pokusa do ich spieniężania raczej, niż użycia na pisanki, drożyzna i trudność nabycia farb, a wreszcie zabijająca dawne zwyczaje i tradycje - cywilizacja miejska, która przez usta "bywalców" światowych wyśmiewa pisanki jako "chłopską" zabawkę, wszystko to sprawia, że nawet w okolicach, gdzie jeszcze przed wojną pisano jaja, zwyczaj ten zanikać zaczyna. Nauka nie doszła jeszcze do stwierdzenia, jakiem jest pochodzenie pisanek, skąd i dlaczego zwyczaj pisania jaj powstał, mimo że z innej strony wyświetliła nam stanowisko jaja (niepisanego) w wierzeniach, obrzędach ludowych i t. p. Pokrótce tylko wskażę na stanowisko jaja niepisanego w wierzeniach ludowych.
Jajko w wierzeniach ludowych.

W głębokiej starożytności wierzą, że wszechświat powstał z jajka i dlatego też różne ludy składają jaja swym bogom w ofierze. Jajkiem posługują się niektórzy jako lubczykiem, a w lecznictwie ma bardzo szerokie zastosowanie. Leczą nim: zimnicę, "zawianie", przeciwko wypadaniu włosów, pozbawienia krostów z twarzy - ba nawet upiększania, gdyż niektórzy (głównie niektóre) wierzą, że mycie twarzy wodą w której rozpuszczone jest białko lub żółtko sprawi, że twarz ta będzie piękniejszą i t. d. W magji ma też jajko szerokie zastosowanie Wierzą niektórzy, że skorupy jaj zawieszone na odrzwiach, oknach, nawet u pułapu, chronią dom od uderzenia piorunów. W szeregu obrzędów religijnych ma jajko szerokie zastosowanie n. p. u ludów ruskich w niedzielę Przewodnią idą na cmentarz i zostawiają umarłym jajka na pokarm. Wszystko to znane jest nauce z wielu miejscowości kuli ziemskiej (2).

Czytaj więcej...

Z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek

 ŁUCJA ARCZYŃSKA, BYŁA MIESZKANKA OSADY JANOWA DOLINA, POWIAT KOSTOPOLSKI W WOJ. WOŁYŃSKIM. Mieszkałam od 1927 r. w Janowej Dolinie, pow. Kostopol, gdzie była kopalnia bazaltu. Cała Janowa Dolina usytuowana była w lesie. Przed wojną Janowa Dolina bardzo się rozbudowała i powstało piękne osiedle domków urzędniczych, drewnianych w stylu góralskim, otoczone lasami, a ulice i chodniki brukowane. Mieszkałam wraz z mężem i dwojgiem dzieci przy ulicy Zet nr 4, w tym samym budynku mieszkali moi rodzice z bratem. Ojciec Bronisław Bogdanowicz pracował w biurze kopalni jako księgowy, natomiast mój mąż Witosław Arczyński, jako inżynier. Dyrektorem kopalni był inż. Szutkowski. Zbliżały się święta wielkanocne 1943 r. W domach naszych było wszystko przygotowane do świąt. Z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek w nocy obudziły mnie krzyki i olbrzymi blask pożaru domów oraz nawoływania Ukraińców. Zbudziłam męża i dzieci. Zaczynał palić się nasz dom, a Ukrainiec krzyczał „Żeńka, pidpałaj dwery”, więc oknem uciekł mąż z córką – lat 8  i synem – lat 6, a ja zostałam, chcąc schwycić coś z odzieży dziecięcej, ale w tym popłochu i strachu nic nie wzięłam i również wyskoczyłam oknem. Strzelając za mną Ukrainiec ranił mnie w nogę i ranę tę mam do dziś – jest nie do zagojenia. Ojciec mój, gdy spostrzegł, co się dzieje, podbiegł naprzeciwko budzić sąsiadów, a mama z bratem – lat 10 – dobiegła do nas do lasu. Gdy ojciec wyszedł z domu, Ukrainiec był tuż przy drzwiach, napadł go, postrzelił i spalił żywcem w ogródku obok wejścia do domu. Sąsiedzi, których ojciec [miał] budzić, byli ukryci w piwnicy i tam spłonęli – [nazywali się] Zakaszewscy. Kryjąc się w lesie, widzieliśmy jak Ukraińcy, których przyjechało wozami bardzo dużo, okradali podpalane mieszkania, ładując zdobycz na wozy, oraz jak w okrutny sposób znęcali się nad naszymi wieloletnimi sąsiadami, przywiązując do drzew, odcinając kończyny, strzelając lub podpalając. Ponieważ ten pożar i okrutny mord niewinnych ludzi, a także spalenie ojca, którego zwłoki musieliśmy zostawić, nie pozwalał pozostawać bezczynnie – w jakimś momencie, gdy oprawcy byli zajęci, zaczęliśmy uciekać, a raczej kluczyć ostrożnie po lesie, gdyż cała Janowa Dolina była okrążona przez Ukraińców, aż dotarliśmy do rzeki Horyń. Potem powędrowaliśmy do babci do Żytynia [gm. Aleksandria, pow. Równe]. Obok Janowej Doliny były wsie zamieszkane przez Polaków, ale również zostały spalone, zrabowane, a ludność wymordowana. Do dziś nie wiem, kto wówczas się uratował i co się stało z pomordowanymi.

Czytaj więcej...

„Bo byli Polakami.” Tylko dlatego ...

Kolonia Kadobyszcze  pow. Kostopol woj. Wołyń,  liczyła około 90 zagród, z przewagą Polaków - katolików, w dużej części przybyłych ze wschodu (Berezdów, Połonne...). Mieszkała tu znaczna ilość rodzin niemieckich i około 10 rodzin prawosławnych. Budowano szkołę na wykupionym 1 ha ziemi (była "pod dachem" kiedy wybuchła wojna), W Kadobyszczach była też kaplica katolicka, którą biskup przed wybuchem wojny sprzedał Ukraińcom. Działała organizacja KRAKUSI, komendantem był Franciszek Chodakowski. Jej członkowie nosili specjalne, krakowskie stroje i w każdą niedzielę ćwiczyli konno na terenach wokół budującej się szkoły. Kadobyszcze niektórzy nazywali Kadowbyszcze, wcześniej zwano także Nową Natalią. W pobliskim Hołubne był sklep, cerkiew prawosławna i szkoła.

  27 marca: W kol. Kadobyszcze Ukraińcy zamordowali 18 Polaków, w tym siekierami zarąbali 8-osobową rodzinę Gliwińskich (rodziców i ich 6 dzieci). „Antoni Kossowski po postawieniu gospodarki w Nowej Natalii (potem Kadobyszcze), co miało miejsce według moich przypuszczeń w 1906 roku, został powołany na stanowisko wójta w gminie Bereźne powiatu rówieńskiego. (…) Gdy więc sprowadził się do Natalii Nowej około roku 1903, miał już 42 - 43 lata. W tym czasie był już dobrze obeznany z gospodarowaniem na roli. Gospodarował więc już na swoim i to dobrze. Nawet ci, co go potem zabijali, stwierdzili zgodnie w języku polskim „To był bardzo dobry gospodarz.” „Dlaczego więc zabiliście go, tak już starego i jego chorą żonę” – zapytałem. Odpowiedź: „Bo byli Polakami.” Tylko dlatego. Samo to stwierdzenie jest przyznaniem się do ludobójstwa. Mówili to przecież sami wykonawcy zbrodni – Łyszczyszyn i Morykoń. Oni mówią to otwarcie. Tylko rząd nie chce tego uznać, bo zbrodnie ludobójstwa nie ulegają przedawnieniu. Wolą kłamać, fałszować fakty. Powołują się na jakieś przedpotopowe wydarzenia. (…) Będąc osobiście w 1998 r. na miejscu zbrodni w Kadobyszczach, rozmawiałem z jednym z morderców – Iwanem Łyszczyszynern, On swego czasu był parobkiem u Kossowskiego. Powiedział, że zamordowali Kossowskiego i jego żonę „bo Polak.” Bez żadnego innego komentarza. Zapytałem, gdy staliśmy na miejscu naszego podwórka vis a vis chałupy „A gdzie ich zabijaliście? W chacie?” Odpowiedział podniesionym głosem „Nie, tam”, pokazując ręką w stronę narożnika byłego płotu. Chciałem, aby podszedł na to miejsce, ale nie chciał. Więc ruszyłem sam – on nagle krzyknął „Aaa” i przywołał mnie do siebie. Powiedział „Wona szła tudy i trusła sia taka horbata.” Zapytałem zatem „A on?” Nic nie odpowiedział, spuścił głowę i odwrócił się w stronę, gdzie bratowa zbierała kwiatki polne. Zapytałem jeszcze „A co z Marysią Szymańską?”.

Czytaj więcej...

Wspomnienia z Zasmyk

Nazywam się Zofia Stoś - Wierzbowska z domu Żołnik. Urodziłam się we wsi Zasmyki pow. Kowel woj. wołyńskie. (...) Jeszcze mój dziadek Jan Żołnik około 1882 r. przywędrował na Kresy ze wsi Grabówki Wielkie gm. Stoczek woj. siedleckie. Od właściciela majątków Worona i Rokrtnica pana Mikołowskiego zakupił, wraz z grupą chłopów z woj. siedleckiego, około 35 morgów lasu. Chłopi polscy byli pracowici i cierpliwi. Mieszkali w ziemiankach i las karczowali, Do Zasmyk przybyło wówczas około 70 rodzin. Gdy swoją wieś opuszczali w 1944 roku w Zasmykach było około 100 gospodarstw. Początkowo podstawą wyżywienia były zwierzyna łowna i ryby. Później stopniowo na wykarczowanych kawałkach ziemi siali zboże, hodowali bydło, trzodę chlewną i ludziom było trochę lepiej. Z wyciętych drzew pobudowano mieszkania i zabudowania gospodarskie. Powstała wieś Zasmyki. Ponieważ na tamtych terenach, według zarządzenia carskiego, Polakom nie wolno było ziemi sprzedawać, więc mieszkali, nie będąc prawnie właścicielami zakupionych terenów i dopiero po 1905 roku ustawa ta została zniesiona i były właściciel pan Mikołowski chłopów o tym powiadomił. Wraz z delegacją wsi pojechał aż do Wilna i sprawę załatwił. Dokumenty dostał każdy mieszkaniec wsi Zasmyki. Nazywano je „kupczami" ( chodzi o dokumenty). Do dziś pamiętam tą nazwę i ten dziadka dokument. Dziadka nie pamiętam zbyt dobrze. Umarł, kiedy miałam 5 lat. Ostatnie lata swego życia spędził leżąc w łóżku. Zapamiętałam, że gdy go wnuczki odwiedzały, to zawsze miał cukierki i nas nimi częstował. Dziadek miał trzynaścioro dzieci (dwie żony). Troje w latach dwudziestych wywędrowało do Stanów Zjednoczonych, dwoje umarto jako niemowlęta, jeden syn umarł mając 24 lata na zapalenie płuc. Dziadek i jego dorosły syn oraz niemowlęta pochowani zostali na cmentarzu w Kowlu, gdyż Zasmyki należały do kowelskiej parafii. Trzeba przyznać, ze Polacy już przed I Wojną Światową byli na Wołyniu dosyć dobrze zorganizowani. W Zasmykach wtedy szkoły nie było, ale na okres zimowy przyjeżdżali do wsi tajni nauczyciele i uczyli dzieci. Wszyscy starsi ludzie umieli czytać i pisać po polsku, znali historię Polski i trochę podstaw matematyki. Moj ojciec, jeszcze gdy byłam w kl. V-tej, potrafił mnie przepytać z historii i matematyki. Dobrze też czytał i pisał po polsku. W naszym domu często wieczorami zbierali się sąsiedzi i ojciec czytał  im głośno powieści historyczne. Już jako małe dziecko znałam „Krzyżaków", „Trylogię” i powieści Dumasa. Siedziałam cichutko w kąciku i słuchałam jak te powieści czytano. Dopiero około 1933 r. zaczęto w Zasmykach  budować szkołę i kościół. Wcześniej uczyliśmy się w izbach wypożyczanych przez gospodarzy. Do wojny 1939 r. obie budowle zostały zakończone. Moja siostra, urodzona w 1928 r. już kończyła szkołę powszechną w rodzinnej wsi.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 391 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11520513