Kąkolniki powiat Rohatyn

Moje panieńskie nazwisko to Michalina Michalewicz a urodziłam się 22.09.1924 roku w miejscowości Kąkolniki powiat Rohatyn, w województwie stanisławowskim na Ukrainie. W Kąkolnikach na 130 gospodarstw zamieszkiwało 45 rodzin polskich i 85 ukraińskich. We wsi był kościół, cerkiew, poczta, urząd gminy i posterunek policji, był krawiec i krawcowa, szewc, stolarz, kowal i młynarz. Oczywiście była też karczma, zwana potocznie szynkiem i olejarnia. W Kąkolnikach był duży 800 hektarowy majątek będący własnością polskiej rodziny. Dziedzice lato spędzali na wsi w swoim dworku, a zimę we Lwowie. Moja Matka mówiła, że byli to bardzo dobrzy ludzie. Część mieszkańców naszej wsi pracowała w tym majątku. Uprawiano tam zboża i hodowano bydło. Wszystkie prace polowe wykonywane były tam ręcznie i przy pomocy koni roboczych których było co najmniej czterdzieści. Za dzień pracy ludzie z Kąkolnik otrzymywali jeden złoty wynagrodzenia, a w czasie żniw dwa złote. Za dwa złote można było kupić dobre buty a garnitur męski kosztował około 20 złotych. Pierwszy mąż mojej Matki zginął na wojnie w 1918 roku pozostawiając pięcioro dzieci. Ja pochodzę z drugiego Jej małżeństwa, gdzie było z kolei czworo dzieci. Mój przyszły Ojciec walczył w legionach Piłsudzkiego a po zakończeniu wojny ożenił się z moją Matką. Matka w tym czasie sama prowadziła sześciohektarowe gospodarstwo. Ziemia była bardzo urodzajna, ale ciężka do uprawy i Matka nie mogła sama sobie z tym poradzić. Oprócz towarzysza życia potrzebny był Jej również mężczyzna do pracy i w warunkach wiejskich było to konieczne i zupełnie zrozumiałe. Oprócz niewielkiego domu była obora, stajnia, chlew i budynek gospodarczy. (...) Ojciec miał zawsze parę pięknych koni które sam sobie wychowywał. W polu orał jednoskibowym żelaznym pługiem a mimo to konie miały co ciągnąć. Do uprawy ziemi stosował też czteropolową drewnianą bronę z żelaznymi zębami i kultywator na żelaznych płozach. Zboże koszono głównie kosami. Używaliśmy też sierpów wtedy, kiedy potrzebna była żytnia słoma na strzechy. Młócono zimą głównie cepami a młocarnia była tylko w majątku. Ziemia była tak urodzajna, że obornik należało stosować bardzo ostrożnie, raz na cztery lata, głównie pod buraki cukrowe i ziemniaki. Sianie zboża na wynawożonym obornikiem polu spowodowałoby jego całkowite wyłożenie i prawie zupełny brak plonu. Gospodarstwo dostarczało nam dosłownie wszystkiego co potrzebne było do życia. Ojciec na przykład brał 3 kwintale zboża i jechał do młyna. Tam robiona była kasza manna i trzy rodzaje mąki. Pierwsza i druga jej jakość służyła do gotowania, a mąka trzecia” jako dodatek do żytniej „razówki”, do chleba który Matka piekła co tydzień. Ojciec siał grykę i proso i mieliśmy kaszę gryczaną i jaglaną. Z konopi które dawały nasiona podobne do drobnego grochu uzyskiwano bardzo smaczny seledynowy olej. Był to najlepszy olej jaki znam. Mieliśmy także własny cukier, bo uprawiając buraki cukrowe dostawaliśmy deputat cukru który nam w zupełności wystarczał. Kupowaliśmy tylko ryż, sól i zapałki. Na paszę dla krów siana była czerwona fasola i kukurydza. Warto dodać, że nie mieliśmy w tym czasie energii elektrycznej. Matka rano przygotowywała śniadanie i gotowała coś na obiad. Porcja obiadowa przechowywana była w duchówce i kiedy przychodziliśmy w południe, wszystko było już gotowe. Na gotowanie nie było wtedy czasu.

Czytaj więcej...

To było 30 czerwca 1943 roku

Nazywam się Barbara Krupa z domu Załomska. Moja rodzina od strony mamy i taty wywodzi się znad nadsłuczańskiej Dermanki.
W tym roku zachęcona słowami Ryszarda Marcinkowskiego po raz pierwszy pojechałam do kraju rodzinnego mojej mamy.
Informacje płynące z mediów nie zachęcały do wyjazdu, jednak „coś” ciągnęło mnie do tej ziemi. Ziemi na której przecież się nie urodziłam, jednak tyle o niej słyszałam przy okazji Świąt w rodzinnym domu. 

Temat dalekiej Dermanki wielokrotnie wracał w opowieściach mamy Józefy Załomskiej z domu Bagińskiej: o wielkiej i pięknej wsi nad piękną Słuczą, o trudnym życiu codziennym, o sąsiadach różnych narodów, o pięknym drewnianym kościele w którym wzięła ślub. Było też wspomnienie tragedii jej rodziny, mamy i taty i jej wraz z siostrą cudownym ocaleniu.
Dotarłam do Dermanki wraz z Towarzystwem Miłośników Kultury Kresowej 25 lipca. Dziś Dermanka bardziej przypomina wielką polanę z rozrzuconymi na niej pojedynczymi domami, czy też jak je nazywając hutorami.
Długo nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Gdzie ta piękna, gwarna wieś? Jedynie Słucz się nie zmieniła..
Zmieniły się drogi, wyrosły nowe drzewa, jedynie gdzieniegdzie pozostały zdziczałe drzewa owocowe i ślady zabudowań. Po dłuższych poszukiwaniach trafiłam na ślad kościoła, po którym pozostały jedynie kamienne schody, przewrócony zgniły krzyż powoli rozpadający się w trawie.

Wydawało mi się że odnalezienie chociażby śladu po domu moich dziadków jest niemożliwe. A jednak..

Dalej chyba sam Bóg nas poprowadził.

Kiedy już wracaliśmy w kierunku Ludwipola, przypadkowo spotkani ludzie – Ukraińcy - pomogli nam znaleźć drogę na cmentarz. Chłopiec który dopiero co wrócił z Rosji, z pracy, wskazał nam drogę, jak on to sam mówił, na „polskije mohiłki”.

Ostatni raz był tam dawno, więc nic dziwnego, że trochę pobłądził i w efekcie trafiliśmy do chaty bartników ,kilkaset metrów oddalonej od cmentarza.
Mieszkająca tam sparaliżowana kobieta, mająca ponad 90 lat z niesamowitą radością nas powitała. Wspominała moich bliskich, czasy do wojny, pogrzeb marszałka Piłsudskiego. Jak mówiła: „jakby nie wojna to żyliśmy jak jedna ręka”.
Jej syn zaproponował, że zaprowadzi nas na cmentarz ,gdzie jego rodzice pochowali swoich sąsiadów Polaków w 1943 r. zamordowanych przez banderowców.

Na cmentarzu stoją dwa wielkie krzyże po przeciwstawnych stronach. Na tym znajdującym się najbliżej drogi jest napis „1943” i mieszanymi alfabetami polskim i ukraińskim wydłubane imiona i nazwiska tam pochowanych moich dziadków :„Bagins..Franc, Marjan”.

30 czerwca 1943 roku banderowcy idący od Marynina kolejno mordowali mieszkańców Dermanki - wśród nich moich dziadków.

Czytaj więcej...

U Babci w Zasmykach

 Urodziłam się w Kowlu dnia 20 stycznia 1927 roku. Lata dziecięce spędziłam z rodzicami i bratem Stanisławem. Mając osiem lat przenieśliśmy się z rodzina do Radomia. Tu ukończyłam szkołę powszechną i w 1939 roku zdałam do gimnazjum. W tym też roku wyjechałam na wakacje z Mamusią i bratem do Babci na Wołyń do Zasmyk k/Kowla. Tatuś pozostał w Radomiu - pracował na kolei. Cały okres wojny spędziłam na wsi u Babci w Zasmykach. Były to dla nas lata bardzo trudne i ciężkie. Tatuś - w czasie drugiej wyprawy z Radomia do nas na Wołyń - został przez Niemców aresztowany, a w 1942 roku zginął na Zamku w Lublinie. Był to dla nas okropny cios. W roku 1943 zaczęły do nas docierać wiadomości o mordowaniu pojedynczych rodzin Polaków przez bandy ukraińskich nacjonalistów (UPA), a następnie o paleniu i mordach całych wiosek i kolonii zamieszkałych przez Polaków. Zasmyki były kolonią zamieszkałą tylko przez Polaków - kilkadziesiąt rodzin - domy ciągnęły się na przestrzeni 5-ciu km. Była tam piękna duża szkoła, nowy duży kościół, gdzie kwitło życie kulturalne młodzieży z Zasmyk i okolicznych polskich wiosek. W 1943 roku delegacje Ukraińców kilkakrotnie przyjeżdżały do Zasmyk na tzw. „Razgawory” po to tylko aby wprowadzić Polaków w błąd i wybadać co dzieje się we wsi. W lipcu 1943 roku powołano w Zasmykach Samoobronę w celu zabezpieczenia mieszkańców oraz uciekinierów z sąsiednich wiosek. 31 sierpnia 1943 roku Oddział por. Jastrzębia” stoczył pierwszą walkę z bandami UPA pod Gruszów ką (wieś sąsiadująca z Zasmykami). Była to walka decydująca o naszym życiu i bezpieczeństwie. Ukraińcy byli już od dawna przygotowani do napadu na Zasmyki - ale nie zdążyli. Całe ich „gniazdo” z ogromną ilością broni zostało całkowicie rozgromione. Po tej pierwszej zwycięskiej bitwie zaczęły napływać do Zasmyk uzbrojone grupy Polaków. Komenda AK - Okręg Wołyń w Kowlu oddelegowała do Zasmyk wyszkolonych dowódców wojskowych. Zaczęto tworzyć pododdziały, oddziały i bataliony wojskowe.

Młode dziewczęta zgłaszały się na ochotnika do służby sanitarnej. Dr Grzegorz Fedorowski „ G ry f’ zorganizował w Kupiczowie kurs sanitarny - uczęszczało tam kilkanaście młodych dziewcząt i kilku chłopców - ja także go ukończyłam. Po złożonej przysiędze wybrałam pseudonim „Szarotka” . Wiedza jak ą zdobyłam na kursie okazała się bardzo przydatna w czasie napadu Ukraińców i band UPA na Radomie, Janówkę i Zasmyki w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia (25 grudnia 1943 r.) Udzielałam pierwszej pomocy rannym mieszkańcom w/w wiosek, których zwoziliśmy do szkoły i tam układaliśmy na podłodze, gdzie oczekiwali na pomoc lekarza lub księdza z Panem Bogiem. Na szczęście nasze oddziały partyzanckie dotarły na czas, dzięki czemu Zasmyki ocalały. Tuż po Nowym Roku 1944 wyjechałam z Mamusią bratem i dalszą rodziną do Kupiczowa (8 km od Zasmyk). Tam przyjęli nas do swych domów Czesi - znajomi Babci.

Czytaj więcej...

3 maja1943 r. był dniem ostatnim dla mieszkańców wsi Kąty

Urodziłem się w 1939 r. we wsi Kąty, pow. Krzemieniec. Na początku 1943 r. do mieszkańców wsi zaczęły dochodzić wieści o masowych mordach gwałtach, grabieżach i pożarach w okolicznych miejscowościach dokonywanych przez banderowców i bandy UPA. Miejscowy ksiądz i kilku mężczyzn – mieszkańców Kątów – postanowili zorganizować samoobronę wykorzystując do tego celu budynek kościoła i szkoły dla ochrony kobiet i dzieci całej parafii przed ukraińską rzezią. W wielkiej tajemnicy z trudem zdobyto kilka sztuk broni i amunicji. W w/w budynkach zamurowano okna, zabezpieczono drzwi, wyklejono gliną łatwopalne części budynków. Ponieważ napady na polskie wsie odbywały się głównie nocą, dlatego już na początku kwietnia 1943 r. postanowiono, że każdą noc kobiety z dziećmi będą spędzać w chronionych budynkach. W dzień wszyscy wracali do swoich gospodarstw. Dzień 3 maja1943 r. był dniem ostatnim dla mieszkańców wsi Kąty. W nocy nastąpił atak band ukraińskich. Rozpoczęto najpierw grabić, potem palić wszystkie budynki polskich rodzin, a w końcu napadli na budynki, w których schronili się mieszkańcy kilku wsi. Dzięki wielkiemu męstwu obrońców, Ukraińcom nie udało się do rana przełamać oporu Polaków. Tak uratowało się około dwóch tysięcy mieszkańców, w tym wiele dzieci. Nie było jednak już do czego wracać, zamiast budynków, dobytku i inwentarza zostały tylko dymiące pogorzeliska. Zniszczenia budynków, w których chronili się mieszkańcy i brak amunicji nie dawały szansy na dalszą skuteczną obronę. Żeby ratować życie mieszkańców i nie dać szansy Ukraińcom dokończyć rzezi następnej nocy (bo tak zawsze robili wracając), wszyscy wyrazili zgodę na pieszą wędrówkę zorganizowaną kolumną do Krzemieńca. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, byłem czteroletnim dzieckiem, że Niemcy dali nam swoją ochronę i wyposażyli polskich mężczyzn w broń dla obrony maszerujących przed ewentualnymi atakami band ukraińskich. Po dwóch dniach z przerwą nocną w Szumsku dotarliśmy do Krzemieńca. Rozmieszczono nas w różnych budynkach, dużo było wolnych po wcześniej wymordowanych Żydach. Uratowaliśmy życie, nie mieliśmy jednak środków do życia: jedzenia, pieniędzy, odzieży, rodzice pracy, żadnych dokumentów tożsamości ani dokumentów posiadania gospodarstwa itp. (...) Konsekwencją życia w głodzie w brudzie była epidemia tyfusu, na który jedna z moich sióstr zmarła. Ponieważ Mordy na Wołyniu szerzyły się coraz bardziej i coraz więcej ludzi przybywało do Krzemieńca potrzebujących pomocy, postanowiono znowu przy pomocy Niemców zorganizować transport dzieci do Krakowa. Do pierwszego transportu samochodowego zabrano dzieci wymagające szybkiej pomocy. W ten sposób już w pierwszym transporcie dotarłem z mamą i rodzeństwem do Krakowa. Mimo okupacji w Krakowie działała Rada Główna Opiekuńcza, która zleciła pani Klimaszewskiej nauczycielce Uniwersytetu jagiellońskiego zorganizowanie Domu Dziecka w Piaskowej Skale. Tam przebywaliśmy aż do wyzwolenia.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud3.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 715 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
10075908