Pamiętam do dziś kolejarza o przepięknych niebieskich oczach

W Wielką Sobotę 1943 r. napadają na nasz dom banderowcy. Dom znajduje się naprzeciw słynnego Liceum Krzemienieckiego, gdzie mieścił się szpital niemiecki, obramowany dużym murem. Od szpitala dzieliła nas tylko ulica i niewielki ogród. Krzyki oraz wołania sąsiadki, która bardzo dobrze mówiła po niemiecku zmusiły wartowników niemieckich od interwencji i banda, która nas zaatakowała – wycofała się. 22 sierpnia do naszego domu przyszła matka, najprawdopodobnie jednego z banderowców i powiedziała: uciekajcie, bo syn tym razem was zabije. To ona – matka nas ostrzegła. Ale żeby móc uciec trzeba było mieć przepustkę, a my jej nie mieliśmy, więc mój tatuś powiedział, że rodzina nie oddała jeszcze zboża na kontygent i trzeba jej pomóc. Niemcy szybko wydali potrzebne dokumenty. Opuściliśmy dom i udaliśmy się całą rodziną do Dubna, skąd mieliśmy nielegalnie być przetransportowani przez tzw. zieloną granicę aż do miejscowści Brody. Miesliśmy już odjeżdżać i wtedy zaczepił nas pewien kolejarz. Powiedział: proszę nie jechać tym pociągiem dzisiejszej nocy. Parę razy podchodził do mamy i taty i usilnie prosił żeby nie wsiadać do pociągu.. Tatuś mój nie chciał go słuchać, szedł już wpłacić pieniądze, wtedy kolejarz zapytał ile mam lat. Odpowiedziałam, że 13 i słuszałam: jeżeli wam na życiu nie zależy, to co zawiniło to dziecko. Tatuś nie wpłacił pieniędzy. Pamiętam do dziś kolejarza o przepięknych niebieskich oczach.
W Dubnie oprócz naszej rodziny na przekroczenie granicy czekało jeszcze 36 osób. Wszyscy wsiedli do pociągu. Jak się później okazało nastąpiła rewizja i wszyscy zostali wywiezieni do Oświęcimia… Tatuś chciał podziękować kolejarzowi, ale na próżno go szukał. …
Następnej nocy razem ze świnkami pociągiem podróżowaliśmy do Brodów, tam mieli nas przejąć. W pewnym momencie drzwi się otworzyły, a ja usłyszałam: Was ist das? Błysk latarek na słomę i krótka odpowiedź kolejarza: polnisch Schwein. Drzwi się zamknęły, a my zostaliśmy uratowani. Jechaliśy jeszcze przez chwilę, a później wyrzucono nas w szczerym polu, mieliśmy czekać aż ktoś po nas wróci. Najpierw przyszedł mężczyzna i zabrał tatę. Dołączyli oni do pracowników fabryki, którzy właśnie kończyli zmianę. W ten sposób tato dotarł do Brodów. O 10.30 przejeżdżał pociąg. Od czasu do czasu słyszałyśmy strzały. Mamusia przytuliła mnie i czekałyśmy.

Czytaj więcej...

Łukówka pow. Kowel

Halina Zalewska przeżyła rzeź wołyńską jako małe dziecko. Trauma po tej masakrze towarzyszy jej do dzisiaj  Ukraińcy najpierw rozcinali brzuchy, obcinali języki, a na końcu wydłubywali oczy, żeby mordowani jak najdłużej wszystko widzieli. Jako pierwsze zabijane były dzieci, by rodzice to widzieli i słyszeli ich krzyk, a później to samo robili z nimi” – opowiada Halina Zalewska (z domu Niedziela), która jako ośmioletnie dziecko przeżyła rzeź wołyńską.

Pani Halino, proszę opowiedzieć nam o swojej rodzinie oraz o waszym życiu przed wybuchem wojny.
Byłam dzieckiem, miałam starszą siostrę Mieczysławę, która zmarła, i młodszego brata Tadeusza. Nasi dziadkowie, czyli rodzice mojego ojca, mieszkali na wsi Łukówka, niedaleko Kowla, a my w kolonii o tej samej nazwie. Dzieliły nas tylko tory kolejowe. Tak więc mieszkaliśmy bardzo blisko i często ich odwiedzałam. Wówczas nasze życie upływało spokojnie i wesoło. Po jakimś czasie rodzice zaczęli coraz częściej mówić o tym, że Ukraińcy napadają na różne wsie. Słuchałam tych opowieści, ale jako dziecko zbytnio się nimi nie przejmowałam. Byłam kiedyś z tatusiem w pewnej wiosce, której nazwy niestety nie pamiętam. Mieszkało tam około 300 rodzin. W pewnym momencie, gdzieś pomiędzy 3 i 4 po południu, pojawiła się kobieta, która krzyczała, że na wieś napadli Ukraińcy i mordują ludzi. Ojciec szybko zabrał mnie na wóz i zaczął uciekać. Gdy zauważył, że goni go część tej bandy, odciął postronki, chwycił mnie mocno i wskoczył na konia. W ten sposób udało nam się uciec. Tam wymordowano bardzo dużo ludzi, którzy nie mieli się gdzie schować ani uciec, ponieważ było jasno i wszystko było widać. Wówczas już poważnie zaczęliśmy się obawiać, a tatuś coraz częściej myślał o wyjeździe. Jednak trudno mu było się rozstać z całym dorobkiem, ponieważ miał duże gospodarstwo i zajmował się biciem (tłoczeniem) oleju. Gdy miałam już ok. 11-12 lat, zapytałam go, dlaczego wtedy nie zdecydował się na ucieczkę z Wołynia. Odpowiedział mi: „Dziecko, tak ci się wydaje, że można było zostawić to wszystko i wyjechać…”. No i tak zostawił… wszystko…

Skąd pochodziła pani rodzina?
Tatuś (Ludwik Niedziela) pochodził z Wielowsi koło Sandomierza, a mama (Zofia Herchel) z Brnia koło Mielca. Nie wiem dokładnie, jak to się stało, że rodzice mojego ojca zdecydowali się na osiedlenie w Łukówce, ale dziadek (Leon Niedziela) po powrocie z Ameryki chciał mieć dużo ziemi i kupił ją na Wołyniu.

Czytaj więcej...

Zbigniew Makowski przeżył Rzeź Wołyńską na Ziemi Horochowskiej

Moi rodzice Eugeniusz i Helena Makowska z d. Witkowska. mieszkali we wsi Podberezie, powiat Horochów na Wołyniu. Była to siedziba gminy, a tata był jej sekretarzem. Urodziłem się 1 maja 1937 roku. Mama mi opowiadała, że właściwie urodziłem się w pobliskiej kolonii Mirków, gdzie była izba porodowa. Wychodziłem na świat w prawosławną sobotę wielkanocną, późnym wieczorem, a towarzyszyły mi śpiewy cerkiewne przez całą noc, bo naprzeciwko izby była cerkiew, a prawosławni obchodzą to święto bardzo uroczyście.

Zostałem ochrzczony w kościele katolickim pw. Wniebowstąpienia Pańskiego w miasteczku Horochów. Moim ojcem chrzestnym był Polak Wincenty Baranowski, o którym dużo opowiadam w innej części wspomnień, tej o Powstaniu Warszawskim. To brat mojej drugiej babci Jadwigi. Moją matką chrzestną była z kolei Polka Maria Waniewicz, o której napiszę nieco dalej.

Kiedy sięgam pamięcią hen daleko do tego, co było pierwszym obrazkiem z mego życia, który zapamiętałem to widzę olbrzymie podwórko z wielką stodołą. Obok stary dom i ciemna, ponura izba, w której mieszkam wraz z kochanymi rodzicami, z dziadziem Michałem,  babcią Zosią Makowską z d. Witkowska, oboje urodzeni w 1875 roku. Była tam też z nami młodzież: Tadeusz i Zosia Zakrzewscy.

Dziadkowie w Horochowie mieszkali od 1920 r. Dziadek Michał Makowski przed wojną pracował w Izbie Skarbowej, co godne zauważenia był lubiany i szanowany przez Ukraińców. Jeszcze wcześniej dziadek był głównym buchalterem i plenipotentem pałacu w Kozienicach. O przodkach dziadka Michała wiem tylko tyle, że posiadali majątki w kieleckim. Zostały one im odebrane przez carat po Powstaniu Styczniowym. Dziadek był klasycznym typem szlachcica pieczętujący się jednym z odmian herbu "Jastrzębiec".

Tu postaram się dokładnie opisać koligacje rodzinne, ku pamięci i z myślą o potomnych. Otóż tak los sprawił, iż mama Zosi Witkowskiej zmarła, gdy dziewczynka miała tylko 8 lat, tak została pół sierotą. Jej ojciec Jan Witkowski (mój pradziadek) ożenił się powtórnie z Wiktorią Jankowską. Z tego związku urodziło się dwóch chłopców: Bronisław Witkowski i Franciszek Witkowski. Bronisław miał dwie córki: Helenę (ur.w 1906) i Wisię (1907).

Czytaj więcej...

Kapelan Oddziałów Partyzanckich AK w Zasmykach

Ks. Michał Żukowski, bo o nim będę pisał, urodził się 15 lutego 1899 roku we wsi Dębinka, położonej około 15 kilometrów na północ od Kamieńca Podolskiego. Rodzicami byli Tomasz Żukowski i Maria z domu Próchnicka, którzy oprócz Michała mieli jeszcze siódemkę starszych dzieci i jedno młodsze.  Mimo, że ojciec był ciężko pracującym pracownikiem fizycznym, a matka bogobojną ale zapobiegliwą gospodynią domową, dzieci wychowywali w duchu patriotyzmu i umiłowania ojczyzny. Trudne warunki finansowe nie przeszkodziły rodzicom w edukacji Michała, po ukończeniu  szkoły podstawowej , którą rozpoczął w Jańczyczach, a ukończył ją w Dumanowie, wysłali go do gimnazjum w Kamieńcu Podolskim. To tam młody człowiek zetknął się z powstającym harcerstwem, któremu pozostał wierny do końca życia. Był pod przemożnym wpływem wspaniałego prefekta ks. Jana Borysiuka. Ten opiekun harcerstwa żeńskiego i męskiego organizował nie tylko zbiórki i ogniska harcerskie, ale zbieranie żywności dla sierocińców po okolicznych polskich wioskach i dworach. Wpajał młodzieży 10 punkt prawa harcerskiego: „Harcerz jest czysty w myśli, mowie i uczynkach - nie pali tytoniu i nie pije napojów alkoholowych”. Ks. Michał przejął się tym zaleceniem na całe życie. Został po latach propagatorem abstynencji od alkoholu i nikotyny. W 1918 roku ukończył gimnazjum i wstąpił do seminarium duchownego w Żytomierzu. Jednak toczące się działania wojenne zmusiły go do przeniesienia się do seminarium w Tarnowie, które ukończył 8 lipca 1923 roku. Święcenia kapłańskie  otrzymał w Buczaczu z rąk biskupa Piotra Mańkowskiego - ordynariusza diecezji kamienieckiej, czasowo mającego siedzibę w tym mieście. Niestety ks. Żukowski nie mógł pojechać na jedną z placówek duszpasterskich na rodzinne, ukochane wschodnie Podole. Na Zbruczu przebiegała Granica państwowa. Pełnił obowiązki wikariusza parafii rzymskokatolickiej w Buczaczu od roku 1925 należącego do archidiecezji lwowskiej. Jesienią 1926 roku rozpoczął studia na Wydziale Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Studiował jednocześnie w Instytucie Pedagogicznym KUL. Studia ukończył w 1930 r., uzyskując tytuł magistra. W okresie studiów był do sierpnia 1930 r., kapelanem sióstr urszulanek w Lublinie, gdzie wygłaszał kazania i konferencje również dla mieszkanek tamtejszego internatu.

Czytaj więcej...

GTranslate

enfrdeitptrues

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 581 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
12693256