Na łące stało ponad 350 osób. Niełatwo jest zgładzić taki tłum ludzi. Rozstrzeliwania trwały więc bardzo długo. Musieliśmy patrzeć na śmierć naszych sąsiadów, znajomych... Serie z broni maszynowej, krzyk mordowanych, przekleństwa katów. Sceny iście dantejskie. Kiedy nadeszła nasza kolej, rodzice milczeli. Ja cały czas siedziałam w chuście, kurczowo wpijając się w plecy mamy... Ludzie stojący bezpośrednio przed nami zaczęli padać na ziemię, huk wystrzałów stał się ogłuszający... Kule zaczęły świstać obok nas... Nagle niebo zawirowało mi nad głową i poczułam potężne uderzenie. Zorientowałam się, że leżę na ziemi, przygnieciona ciałem mamy. Mama miała ręce szeroko rozrzucone na boki. Nie ruszała się. Obok usłyszałam straszne jęczenie. To jęczał mój tata. Wyjrzałam spod futra mamy i zaczęłam błagać go szeptem:

– Tato, tatusiu cicho... cicho...  Prosiłam go, zaklinałam, ale on coraz bardziej jęczał. Był ciężko ranny. Wtedy usłyszeli go Ukraińcy. Jeden z nich stanął nad ojcem. Wycelował z karabinu i dobił go na moich oczach. Kula trafiła w głowę. Uchem i ustami buchnęła gęsta krew, zalewając mu całą twarz. Schowałam się głębiej pod futro mamusi". Ta dramatyczna scena rozegrała się 12 marca 1944 roku pod miejscowością Podkamień na terenie przedwojennego województwa tarnopolskiego. W Podkamieniu znajdował się klasztor Dominikanów, w którym schroniły się tłumy uchodźców z polskich wiosek z Wołynia i Galicji Wschodniej. Uciekali przed mordującymi ludność cywilną oddziałami banderowców. Feralnego dnia Podkamień został zaatakowany przez oddział UPA pod dowództwem Maksa Skorupśkiego wspomagany przez ukraińskich policjantów w służbie Niemców. Część oprawców przystąpiła do szturmowania klasztornych murów, reszta skierowała się w stronę pobliskich, zamieszkałych przez Polaków osad. Przerażonych cywilów upowcy spędzili na łąkę pod Palikrowami. Tam dokonali selekcji. Ukraińcom pozwolili odejść wolno, Polaków i nieliczną grupkę Żydów postanowili rozstrzelać. W tłumie przerażonych ludzi znalazła się Józefa Bryg, wówczas zaledwie sześcioletnia dziewczynka. Po zakończeniu masakry – historycy szacują, że zginęło w niej około 400 osób – Józefa leżała przygnieciona zwłokami matki. Jak długo? Tego nie wie. Pamięta tylko, że cały czas odmawiała w duchu „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko" i „Aniele Boży, stróżu mój...". Dopiero po dłuższym czasie odważyła się wstać. Zobaczyła wówczas nad sobą łunę pożaru. To paliła się jej rodzinna wieś.

„Zaczęłam szarpać mamę za rękę – opowiada.

– Mamusiu, wstawaj! Musimy iść, uciekać! Wstawaj.

Do mojej świadomości nie dochodziło, że mama nie żyje. Potem dowiedziałam się, że dostała postrzał prosto w głowę, w potylicę. Ręce miała rozłożone jak na krzyżu. Pewnie w ostatniej chwili życia chciała mnie uchronić przed nadlatującą kulą.

Nagle spostrzegłam, że w kierunku pastwiska idzie dwóch mężczyzn. Szybciutko z powrotem wczołgałam się pod mamę – starałam się odtworzyć pozycję, w której wcześniej leżałam. I zamarłam. Dwaj banderowcy zaczęli strzelać do rannych. Widocznie nie tylko ja przeżyłam masakrę.

W końcu stanęli nade mną. Jeden z nich powiedział, patrząc na mnie:

– Szkoda naboju. Ona już i tak nie żyje.

I na potwierdzenie tego, kopnął mnie mocno w wystającą nogę. Ja się nie poruszyłam, a nogę spuściłam bezwładnie. To utwierdziło upowców w przekonaniu, że jestem martwa. Poszli dalej. Do dziś nie wiem, skąd w małym dziecku znalazło się tyle rozumu.

Długo tak leżałam bez ruchu. Bałam się, że mordercy znowu wrócą".

Egzekucję przeżył również starszy braciszek pani Józefy. Gdy banderowcy odeszli, razem wrócili do opuszczonego domu. Tam koczowali, żywiąc się odpadkami. Kiedy po dwóch tygodniach na Kresy wkroczyła Armia Czerwona, bolszewicy zapakowali obie sieroty na wóz i wywieźli do jakiejś odległej miejscowości. Tam rodzeństwo zostało rozdzielone.

Pani Józefa po wojnie trafiła na teren nowej, komunistycznej Polski. Zamieszkała w żeńskim klasztorze w Moszczanach. Potem przez wiele lat pracowała jako nauczycielka w Przemyślu. Przeżyła męża i syna. Tragedia, która wydarzyła się na Wołyniu 75 lat temu, odcisnęła na niej trwałe piętno.

Fragment  relacji Józefy Bryg opublikowany  w książce Anny Herbich „Dziewczyny z Wołynia"

Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło