Etymologia słowa „kościół” wywodzi się z języka greckiego i oznacza „Dom Pana”, czyli Dom Boga. Przechowywany jest w nim Najświętszy Sakrament. Dla chrześcijanina kościół, jako świątynia, jest miejscem uświęconym, miejscem świętym. Profanacja świątyni, zarówno kościoła, cerkwi, synagogi czy meczetu, jest aktem barbarzyńskim. Ataku na świątynię dokonywały pogańskie, dzikie hordy tatarsko-mongolskie, „czerń” rusko-kozacka, bolszewickie żołdactwo i faszystowscy kryminaliści Dirlewangera z podczas Powstania Warszawskiego. W obecnych czasach zamachu na „Dom Pana” dokonują tylko sfanatyzowani terroryści islamscy.

Kościoły na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej obróciła w ruinę w latach 1943 - 1945 barbarzyńska fala ukraińskiego nacjonalizmu. Zagładzie uległy nie tylko budynki, ale także kościół jako społeczność katolicka. Ludność polska była mordowana w okrutny sposób nie tylko w swoich domach, zagrodach, podczas ucieczki i ukrywania się, ale także w Domu Boga, we wnętrzu kościoła, przed ołtarzem, w tym podczas Mszy Świętej. A zbrodni nie dokonały jakieś średniowieczne hordy pogańskie, nie bezbożne hordy bolszewickie, ale „bracia chrześcijanie”, często najbliżsi dotychczasowi dobrzy sąsiedzi, tyle że narodowości ukraińskiej (w tym w większości świeżo po „inicjacji narodowościowej” z „rusińskiej” lub „tutejszej”) oraz wyznania greckokatolickiego lub prawosławnego. W co najmniej kilkuset przypadkach mąż Ukrainiec zabijał swoją żonę Polkę i ich wspólne dzieci.

Kto i co doprowadziło do takiego upodlenia się tysięcy Ukraińców, w tym chłopstwa, które pomogło swoim „partyzantom” okrutnie wyrżnąć swoich sąsiadów Lachów „od niemowlęcia w kołysce po starca nad grobem”, zagrabić ich dobytek i domy spalić? Przecież polska ludność wiejska, obarczona przez okupanta niemieckiego większymi kontyngentami niż ukraińska, w niczym nie zagrażała „samostijności” Ukrainy i nie miała żadnego wpływu na jej granice.

Nie miała na to wpływu ani 27 Dywizja Wołyńska AK tocząca ciężkie walki z Niemcami, ani Armia Berlinga, ani Polska Armia na Zachodzie. Nie miał na to wpływu Rząd Polski w Londynie, a tym bardziej potem marionetkowy Rząd Lubelski.

Naród rosyjski zatruty został komunistyczną ideologią „walki klas”, naród niemiecki nazistowską „wyższością rasy germańskiej”, narody arabskie zatruwa fundamentalizm islamski. Część narodu ukraińskiego zatruta została faszystowsko-rasistowską ideą „integralnego nacjonalizmu ukraińskiego” Doncowa, Ukrainy „czystej jak szklanka wody”. A „samostijność” Ukrainie i tak dała polska „Solidarność”. Narasta tylko wątpliwość, czy Ukraina potrafi z niej skorzystać, bo nacjonal-faszyści ukraińscy znów zatruwają Ukrainę.

We wrześniu 1939 roku w agresji na Polskę, przy boku wojsk niemieckich, wziął udział Legion Ukraińskich Nacjonalistów, który mordował wziętych do niewoli żołnierzy polskich. Po 17 września 1939 roku nacjonaliści ukraińscy wsparli bolszewików atakując posterunki policji państwowej, mordując grupki żołnierzy polskich i ludność cywilną. Ich barbarzyńska nienawiść dosięgła także polskich świątyń katolickich.

Już w nocy z 18 na 19 września we wsi Szumlany pow. Podhajce doszło do profanacji kościoła katolickiego. Bojówkarze ukraińscy wymordowali tutaj około 20 rodzin polskich. Bandzie przewodził ukraiński ksiądz z Trościańca, powiat Brzeżany. W liście wysłanym 17 grudnia 1941 r. przez polskiego rządcę z dworu w Szumlanach Jana Serafina do Polskiego Komitetu Pomocy w Brzeżanach, pisał on: „Mord w Szumlanach rozpoczął się od sprofanowania rzymskokatolickiego kościoła. Banda rozbiła drzwi kościoła, z którego wyniesiono następnie obrazy, chorągwie, szaty liturgiczne i wszystko, co się w nim znajdowało. W akcji brała udział młodzież męska i żeńska. Następnie pocięto na części przedmioty, nadające się na przeróbkę spódnic, chustek itp., przy czym przy podziale dochodziło do bójek, a zwyciężał silniejszy. Z kolei uformował się pochód. Kilku z mołojców ubrało się w niezniszczone jeszcze szaty liturgiczne, wsiadło na konie i wśród szyderczych okrzyków, śmiechów i dzikiej wesołości ruszono na wieś. Zabrano oczywiście kielichy, komunikanty i inne świętości, które rozrzucano po drodze. Nie należy zapominać, że zarówno świętokradcy, jak cała zresztą wieś byli katolikami, a tylko obrządku greckiego. Ta profanacja trwała trzy dni, żadnej władzy wtedy nie było. W międzyczasie mordowano nocą rodziny polskie i rabowano ich dobytek”. (1)

 

  1. Prawdopodobnie w lipcu lub sierpniu 1941 roku we wsi lub majątku Karasin pow. Kowel Ukraińcy spalili kościół z dziećmi pierwszokomunijnymi i zamordowali księdza. „Ks. Andrzej Kwiczała, proboszcz parafii w Maniewiczach, opowiadał o parafianach, którzy oprowadzali go po okolicznych lasach i pokazywali miejsca, w których zamordowana została cała rodzina polska. „Kiedyś wzięli mnie na Załazie, to taka wioska blisko granicy z Białorusią, i pokazują: tu leży nasza rodzina, tu zamordowani chłopcy z sąsiedztwa, tam inni. Idą i po kolei stawiają znicze – wspomina ksiądz, Nie ma rady, do każdej z tych mogił trzeba podejść i się pomodlić. Jak tu ominąć miejsce w Karasinie, gdzie został spalony kościół z dziećmi pierwszokomunijnymi, a księdza wywleczono i zamordowano gdzie indziej. Nocą, po kryjomu postawiłem tam krzyż. Stoi do dziś, a miejscowi jeszcze kwiatki przy nim położą.” (2) Wieś i majątek Karasin pow. Kowel u W. i E. Siemaszko (3) ma adnotacje, że majątek w 1939 roku został rozgrabiony przez Ukraińców, natomiast we wsi, gdzie mieszkało kilka rodzin polskich, w czerwcu lub lipcu 1941 roku, po wycofaniu się Sowietów, banda uzbrojonych Ukraińców napadła na plebanię kościoła rzymskokatolickiego. Gospodyni udało się uciec, a plebanię spalono. Odnośnie wsi Załazie pow. Dubno podają na s. 70, że nie posiadają żadnej informacji o losie mieszkających tutaj Polaków. Takiej informacji nie ma z około połowy miejscowości na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej!

„Kilka dni spędziliśmy w bagnach pod Karasinem, a potem wjechali sowieci na ciężarówkach. Zaczynałem rozumieć, co to wojna. Trzeba było uciekać z Karasina i przed bandami ukraińskimi i przed sowietami. Zamordowali popa, powiesili księdza, wymordowali rodzinę dziedziców. Wąskotorówką ciągniętą przez konia jedziemy między workami z kartoflami do Maniewicz. Po kilku dniach oczekiwania na stacji dostajemy się pociągiem do Kowla.” (4) „Właśnie Karasin, w którym przed kilkoma miesiącami osiadł O. Serafin Kaszuba, w sierpniu 1941 roku padł ofiarą niewyobrażalnego okrucieństwa. Od Karasina rozpoczęły się krwawe "czerwone noce" nad Wołyniem. Z różnym natężeniem, aż do wiosny 1944 roku, płonęły na Wołyniu polskie wsie, przelewała się niewinna krew. Z powierzchni ziemi zniknęło wiele polskich wsi, wyginęły zupełnie niektóre rodziny. Nad żyjącymi zawisła groźba barbarzyństwa, rozpoczęła się bieda. Tę ciężką dolę społeczeństwa dzielił młody kapłan - zakonnik o. Serafin. Po spaleniu Karasina, wraz z ocalałą resztką parafian, schronił się we wsi Bystrzyca, gdzie urządził kaplicę. W parę miesięcy potem, gdy Bystrzyca została spalona, powędrował dalej. Osiadł w pozbawionej kapłana parafii Dermanka.” (5)  
„Po wojnie zmowa milczenia na te tematy: brak jakichkolwiek zapisków, brak światków unikanie rozmowy miejscowych ludzi. Jedyny człowiek uczestnik tamtych dni  – staruszek - wyraził z oporami zgodę na relację tamtego czasu. Lecz 2 tygodnie przed moim przyjazdem na spotkanie, odszedł wraz z tym co by nas interesowało. Najprawdziwszy obraz po wojenny miejscowości, opisuje ks. Marecki w odpisie do nas.
Chcę dodać, że przed kilku laty byłem w Karasinie. Na wzgórku pokrytym młodym lasem odnalazłem trochę porozrzucanego gruzu i fragmenty cegieł. Napotkana kobieta powiedziała nam, że to miejsce po kościele. Ludzie omijają ten wzgórek, gdyż – jak mówią – straszy. O wojnie i losach Polaków po 1939 roku nikt nie chciał rozmawiać. /.../ Od XII.40r kościół funkcjonował do V. 41r. Z relacji miejscowych: ,,7-dem dzieci Komunijnych spalono,,; katolicy Komunię mają w maju?, w tym czasie kościół był obsługiwany wiadomymi księżmi – 1-szy po wojnie leczył się w Wrocławiu, 2-gi na stałe osiadł w Końskich 100 km. od rodziny byłego księdza. Żaden z nich ??? nie miał wiadomości o poprzedniku? Nie pomyślał czy rodzina wie cośkolwiek? – 65 lat czekająca rodzina nie otrzymała żadnych wiadomości.”.
 

AKT EREKCYJNY z dnia 01 września 2005r. RYBNIK (fragment): „ROKU PAŃSKIEGO 1940 KSIĘDZU PROBOSZCZOWI PAR. KARASIN BRONISŁAWOWI REROŃ, BOŻE NARODZENIE I ODPRAWIENIE PASTERKI W ZBUDOWANYM KOŚCIELE NIE BYŁO DANE. OK. 15.XII. W SZATACH LITURGICZNYCH ZOSTAŁ Z KOŚCIOŁA WYWLECZONY POBITY PRZEWIEZIONY DO MIASTA RÓWNE, ZAMORDOWANY, W NIE OZNACZONYM MIEJSCU POGRZEBANY /MIAŁ 32- LATA/ KSIĄDZ ODSZEDŁ, OJCZYZNA TEŻ, POZOSTALI /DZIŚ BEZIMIENNI/ PARAFIANIE BEZ KSIĘDZA SIĘ MODLĄCY W ZBUDOWANYM PRZEZ SIEBIE KOŚCIELE W CZERWCU LUB LIPCU 1941r. 43-y OSOBY? RODZINY? ZAMKNIĘCI W KOŚCIELE, WRAZ Z KOŚCIOŁEM ŻYWCEM SPALENI ,,ICH DZIECI ? ŻYWE?, WRZUCONO DO MIEJSCOWEJ STUDNI. NIE POZOSTAŁ KAMIEŃ NA KAMIENIU. POSADZONY LAS 62-LATA DO 2003 ROKU UKRYWAŁ TAJEMNICE MORDU.” (6)

 

  1. Na początku 1943 roku we wsi Drohowyże k. Mikołajowa pow. Żydaczów banderowcy w nocy zabrali z sierocińca siostry zakonne, zamknęli je w kościele, który oblali benzyną i podpalili. „Mieszkańców wsi obudził pożar kościoła i rozlegający się w nim ludzki krzyk”. (7)

 

  1. W nocy z 4 na 5 maja 1943 roku we wsi Kuty pow. Krzemieniec UPA oraz chłopi ukraińscy przełamali obronę Polaków w kościele i dokonali ich rzezi. Relacjonuje brat zakonny Cyprian: „Przewielebny Ojcze, zdarza się sposobność przesłania paru słów przez osobę, która uchodzi przed nożami Ukraińców. Co się tutaj teraz dzieje, to brak słów na opis tych rzezi i mordów, popełnianych na polskich rodzinach. Opisy z „Ogniem i Mieczem” Sienkiewicza lub „Pożogi” Kossak-Szczuckiej bledną wobec wypadków obecnych. /.../ Zaraz po świętach w wioskach koło Szumska wymordowano do 600 Polaków, reszta schroniła się do Krzemieńca. Potem uderzono na Kuty, była to najliczniejsza parafia w powiecie krzemienieckim (4 tys. dusz). Gdy zaczęto mordować, ludność schroniła się do kościoła wraz z księdzem proboszczem. W kościele broniono się przez jedną noc, w ciągu dnia kobiety z dziećmi uszły do Krzemieńca, w kościele zostali mężczyźni, by go bronić – następnej nocy naszły liczniejsze hordy, kościół zburzono, a 200 Polaków w nim wyrżnięto. Z całej parafii nie została ani jedna dusza. Kościół licealny w Krzemieńcu obrócono na mieszkanie dla tych uchodźców, potem Niemcy zabrali młodych do robót do Niemiec, a starzy cierpią skrajną nędzę. Z początkiem maja schroniło się do nas dwóch księży proboszczów z Oleksińca i Kołodna. W oleksińskiej parafii już prawie wyrżnięto i zrabowano wszystkich Polaków, proboszcz, nie mając co robić, wyjechał wczoraj od nas do Generalnego Gubernatorstwa, kołodeński – również. Prawie codziennie widać łuny – palą osiedla Polaków, a tych, którzy nie uciekli, mordują w bestialski sposób. /.../ Uchodźcy wszyscy uciekają do Wiśniowca, gdzie w klasztorze żyją w opłakanych warunkach i cierpią straszną nędzę. Aż serce się kraje na widok tej nędzy i opowiadań o niej. Co rano przychodzą wieści – tam zabito, tam zrabowano, tam znów spalono dom wraz z ludźmi. I tak dzień po dniu upływa w męce i naprężeniu nerwów, bo nie ma wątpliwości, że gdy załoga niemiecka opuści Wiśniowiec (zamek), to pierwszej nocy wszyscy Polacy będą wymordowani. /.../ Jakie jest tutaj nasze życie, to z tego opisu Wielebny Ojciec sobie wystawi – jesteśmy gotowi na śmierć, bo trzeba by cudu Bożego i szczególnej opieki Matki Boskiej, byśmy z tej pożogi unieśli całe głowy. Bardzo więc prosimy o święte modlitwy, by Pan Jezus się zlitował i uspokojenie nastąpiło, bo naprawdę straszne przeżycia przechodzą tutejsi Polacy, których całą winą jest to, że się urodzili Polakami i są katolikami, bo nawet tych Ukraińców, którzy w czasach polskich przyjęli katolicyzm, mordują”. (8) Na terenie kościoła św. Izydora Oracza walkę ze zgrupowaniem upowców „Kruka” i melnykowców „Chrina” stoczyła grupa polskiej samoobrony. W. i E. Siemaszko na s. 449 – 451 podają, że podczas tego ataku nikt z obrońców nie zginął, natomiast we wsi Ukraińcy zamordowali 53 Polaków o ustalonych nazwiskach oraz nieustaloną liczbę innych. Nie wymieniają faktu, że po ewakuacji ludności w kościele pozostała grupa obrońców, która w kolejnym ataku została wymordowana.  

 

  1. W miasteczku Kołki pow. Łuck „Po opuszczeniu Kołek przez Niemców, wyłapano pozostałych Polaków, zamknięto Ich w kościele, a potem podpalono razem z kościołem. Działo się to 16 VI 1943 r. spalono ponad 40 osób, lub więcej. Co zrobiono ze zwęglonymi ciałami, nie udało mi się dowiedzieć, ale jeszcze będę pytał. Zatelefonowałem pisząc o Kołkach do P. Stefana Żołędziewskiego ur. 1929 r. w Koszyszczach. Pan Stefan powiedział jak było: Dziadek Stefana, Jan Twardowski z Milaszewa k. Kołek, miał cztery córki i syna. Marianna wyszła za Ukraińca NN ( P. Stefan zapomniał) z Kołek, o imieniu Roman, mieli troje dzieci IN. Kiedy Polacy uciekali z Kołek do Przebraża, Ona powiedziała że nie będą uciekać. Bohaterscy banderowcy, zamknęli Ich razem z innymi w kościele i spalili. Kiedy przyszli Sowieci, mama Stefana, Antonina pojechała do Kołek pytać się o rodzinę siostry, miejscowi opowiedzieli Jej, że Roman był nakłaniany do zabicia żony i córki, a sam z synami byłby wypuszczony. Ten szlachetny człowiek nie uczynił tego, wszystkich spalili w kościele”. (9) W. i E. Siemaszko na s. 571 podają datę zbrodni 14 lub 15 czerwca 1943 roku, gdy to „ukraińscy partyzanci” zgromadzili w drewnianym kościele p.w. Wniebowzięcia NMP około 40 Polaków oraz 1 Ukraińca, męża Polki, i spalili ich żywcem razem z kościołem.

 

  1. W Kolonii Woronczyn pow. Horochów w dniu 25 czerwca 1943 roku podczas napadu na Kolonię Ukraińcy zamordowali wewnątrz świątyni 40 Polaków, potem kościół spalili. (10)

 

  1. 11 lipca 1943 roku w osadzie Chrynów pow. Włodzimierz Wołyński upowcy wymordowali w kościele i wokół kościoła podczas ucieczki około 150 Polaków; w tym zastrzelili księdza Jana Kotwickiego. Wspomina Zygmunt Abramowski: „Dnia 11 lipca 1943 r. służyłem do mszy świętej o godz. 9.00. Ksiądz Jan Kotwicki zaniepokojony również wytworzoną sytuacją, bez kazania odprawił szybko mszę świętą i powrócił na plebanię. Ludność wyszła z kaplicy i niebawem zaczęła powracać strwożona, że posterunki banderowców nie pozwalają jej powrócić do domów, zawracając z powrotem do kaplicy. Dodatkowo zaczęła jeszcze przybywać następna ludność na sumę na godz. 11.00. /.../ Ksiądz rozpoczął sumę. Ja z moim kolegą Jankiem Żebrowskim, stanęliśmy za drzwiami kaplicy, które otwierały się do wewnątrz. W kaplicy, razem z ludnością zawróconą z poprzedniej mszy świętej, było około 200 osób, przeważnie kobiet i dzieci. Po podniesieniu zauważyłem, stojąc obok drzwi, podejrzany ruch. Zobaczyłem, że kilku banderowców ustawiło ręczny karabin maszynowy typu Diechtiarewa i poczęli strzelać do ludzi seriami i z pojedynczych karabinów; rzucono również dwa granaty, które jednak nie wybuchły. Schowałem się z kolegą za grube drzwi kapliczne. W świątyni zaś zaczął się popłoch i wrzask rannych. Ludzie zaczęli uciekać drzwiami bocznymi obok zakrystii i chóru. Kaplica jednak była otoczona szczelnie i bez przerwy rozlegały się strzały. W świątyni, bez przerwy ostrzeliwanej z rkm-u i broni pojedynczej, trwał krzyk, jęki i rozdzierający uszy wrzask dzieci. Ksiądz od ołtarza, w szatach liturgicznych, wraz z innymi kobietami uciekał przez zakrystię, ale na zewnątrz wszyscy zostali zabici. Ojciec mój, który był organistą, uciekał z ludźmi przez drzwi przy chórze. Banderowski bandyta podbiegł i czterokrotnie strzelał do ojca, na szczęście był to niewypał i ojciec zdołał uciec. Po jakimś czasie w kaplicy pozostali już tylko zabici i ranni. Banderowcy, widocznie czymś spłoszeni, wycofali się do lasu w pobliżu kaplicy.”. (11)

 

  1. 11 lipca 1943 roku w miasteczku Kisielin pow. Horochów „ukraińscy powstańcy” zaatakowali Polaków w kościele, po zakończeniu mszy świętej. Spędzili do nawy głównej część Polaków, rozebrali do naga i rozstrzelali z karabinu maszynowego, rannych dobijali różnymi narzędziami, najczęściej zakłuwali bagnetami. Zginęło co najmniej 109 Polaków w kościele i wokół niego. Jedna grupa przez kilka godzin skutecznie broniła się m. in. rzucając w napastników cegłami. Relacja Anieli Dębskiej: „Około godziny jedenastej zaczął padać deszcz. Ludzie szybko wchodzili do kościoła. Nabożeństwo odbyło się bez przeszkód, normalnie. Ja jak zwykle poszłam na chór, należałam bowiem do kościelnego chóru, który zawsze śpiewał podczas nabożeństw. Na koniec jak zwykle wykonaliśmy „Żegnaj Królowo”. Po mszy św. jako jedna z pierwszych wyszłam z kościoła, razem z mężczyznami, którzy jak zwykle spieszyli się na papierosa. Gdy stanęłam przed świątynią i spojrzałam w stronę ogrodu księdza, zobaczyłam idącą tyralierę. Obróciłam się w drugą stronę, gdzie znajdował się park hrabiowski i tam też zobaczyłam uzbrojonych Ukraińców. Jak zobaczyłam Ukraińców, idących w stronę kościoła, to nie miałam żadnych wątpliwości, że przyszli nas wymordować. Od razu, tak jak wszyscy, cofnęłam się do świątyni. Mój przyszły mąż, czyli Włodzimierz Sławosz Dębski, jako członek konspiracji też wiedział, co się święci i zaczął zamykać drzwi w kościele. Ludzie byli przerażeni. Niektórzy stali nieruchomo pod ścianami kościoła. Część pobiegła na chór, a nawet na strych. Po chwili rozległ się okrzyk: Otwórzcie drzwi, oni tylko kogoś szukają. Zabiorą go i pójdą sobie! Mnie wtedy zamroziło. Okazało się, że niektórzy Polacy, ratując swe życie, byli skłonni wydać na śmierć kogoś ze swoich sąsiadów. Jak zaobserwował to mój mąż, pierwszym człowiekiem, który wezwał do otwarcia drzwi był Tadeusz Różański, ochotnik w wojnie z bolszewikami z 1920 r. Miał on złudzenia, że Ukraińcy mają wobec Polaków dobre zamiary. Zaraz potem córka organisty, Bronisława Janaszkówna, zwróciła się do swojej stryjecznej siostry: Chodź Tereska! Otwórzmy! I poszły obie otwierać. Część ludzi, w tym ja, na komendę mojego przyszłego męża ruszyło przejściem z kościoła na piętro plebanii. Tam się zabarykadowaliśmy. Ukraińcy już wtedy zaczęli do nas strzelać. Celowali w okna w przejściu. Idący przede mną wysoki mężczyzna, którego zapamiętałam, bo bardzo ładnie śpiewał, dostał kulę i padł ranny. Nie wiem jak razem z siostrą zdołałyśmy go podnieść i zawlec na górę. Mój przyszły mąż wraz z innymi mężczyznami zabarykadował drzwi meblami, w rezultacie czego Ukraińcy nie mogli ich sforsować, mimo że kilkakrotnie ponawiali próby. Banderowcy w tym czasie wyprowadzali już z kościoła Polaków sądzących, że jak w nim zostaną, to ocalą życie. Wszyscy zostali później zamordowani. Ludzie zgromadzeni w kilku pokojach na piętrze plebani byli bardzo przerażeni. Dopiero zdecydowane komendy mojego męża postawiły ich na nogi. Obrona zaczęła samorzutnie ich porządkować. Przy każdym oknie stanęło po trzech, czterech mężczyzn. Napastnicy początkowo strzelali w okna bezładnie. Pociski trafiały w sufit. Ksiądz Kowalski, znajdujący się w jednym z pokoi, chciał zasłonić okno poduszką, wierząc, że kula nie przebije pierza, ale bandyta strzelił, gdy kładł poduszkę i dostał kulę. Pocisk przebił poduszkę i ranił księdza. Myślałam, że nie żyje, ale okazało się, że nie. Mój przyszły mąż kazał mi się nim zająć. To był nasz pierwszy ranny. Wcześniej, co trzeba podkreślić, ksiądz wszystkim udzielił ostatniego rozgrzeszenia i przygotował każdego z nas na śmierć! W którymś momencie zaczęły się ataki przez okna. Najpierw ostrzelali nas z broni palnej, aż tynk zaczął się sypać. Powstał wielki kurz, rozległo się dzikie Hurra! i jeden z napastników zaczął wchodzić po drabinie. Zaczęliśmy rzucać w niego cegłami, które wyjęliśmy z pieca. To poskutkowało, bandyta się cofnął. W kilki minut później ataki znowu się nasiliły. Nadal broniliśmy się, zrzucając na głowy napastników cegły i kafle z rozbieranych pieców. Powstało duże zagrożenie, gdy jeden z bandytów wlazł na dach obory, stojącej o kilka metrów od narożnika plebani. Usiadł okrakiem na kalenicy i zaczął nas ostrzeliwać. Widział nas bardzo dobrze. Gdyby jego ostrzał napastnicy skoordynowali z atakami z drabiny, to wdarliby się na górę. Na szczęście zaczęło lać i ten siedzący na dachu, porzucił swoje stanowisko. Kolejny bandzior pojawił się nagle na daszku letniego ołtarza, przylegającego do plebani. Strzelał z bliska wprost w nasze okna. Romuald Rodziewicz zaryzykował, wychylił się z okna i uderzył napastnika w tył głowy cegłówką. Ten runął w dół, machając rękami. Później upowcy wzmogli ataki od strony zabarykadowanych drzwi i zaczęli strzelać w drewniany sufit księżowskiej spiżarni kulami zapalającymi. Według mojego męża na pomysł ten wpadł pewnie Iwan Fediuk, który przed laty służył u księdza i dobrze znał ten budynek. Sufit się jednak nie zapalił. Przy obronie zabarykadowanych drzwi zginął Janek Krupiński. Dostał ukraińską kulę przez otwór wyrąbany w drzwiach. Umarł na rękach zrozpaczonej matki. Mój przyszły mąż został ranny w nogę odłamkiem granatu. Zajęłam się nim, wykonując tampon z grubo złożonych gazet i ciasno owinęłam, co zatamowało krwotok z przerwanej arterii. Ciężko ranny został też Władysław Kraszewski, który zmarł z upływu krwi. Upowcy, kontynuując atak, wrzucali do nas przez okna granaty, które staraliśmy się im odrzucać. Nie byli biegli w sztuce żołnierskiej i odbezpieczali granaty nieprawidłowo, dzięki czemu mieliśmy czas, by je odrzucać. Czyniąc to, wiele osób spośród nas otrzymało rany postrzałowe. Późnym wieczorem Ukraińcy rozsierdzeni naszą obroną podpalili stodołę, oborę księdza, a także parter plebani i wnętrze kościoła. Chcieli sobie oświetlić plac boju. Liczyli też, że ogień przeniesie się na dach plebani. Nie był jednak na tyle intensywny, żeby go ogarnąć. Byliśmy okropnie zmęczeni i wyczerpani, ale walczyliśmy dalej. Wśród obrońców pałeczkę po moim mężu przejęli mój przyszły szwagier Jerzy Dębski, który mimo ran zachowywał się bardzo dzielnie, a także bracia Chmielniccy, Romuald Rodziewicz i Józef Bagnecki. Mężczyzn odpierających ataki wspierały też dziewczęta. Jedną z nich była moja siostra Tumiła, a także Adela Ziółkowska, Teresa Świderska, Elzamina Romanowska i Teresa Masłowska. Wszyscy rzucali cegłami i czym popadnie w napastników, którzy ponownie zaczęli po drabinach wspinać się na zajmowane przez nas piętro. Pamiętam łapy bandziora, który chwycił za parapet okna, a także reakcję Bronka Kraszewskiego, który złapał z Janaszkiem maszynę do szycia i rzucili nią w napastnika. Zleciał w dół i został odniesiony przez swych kompanów na punkt zborny w pobliżu cerkwi. Tam, jak się później okazało, w jednym z domów na strychu siedział Stanisław Janaszek, bratanek organisty i przez szparę między deskami oglądał plac i rozpoznawał wszystkich Ukraińców, biorących udział w mordzie Polaków w kościele i w szturmie na piętro plebani. Gdy zapadła noc, napór Ukraińców na kościół słabł. Strzelanina ustawała. W końcu około północy ktoś zauważył, że bandyci ustawiają się na rynku w kolumnę i zbierają się do odejścia. Nie wiedzieliśmy, czy to nie jest podstęp. Czterech mężczyzn spuściło się po linie na dół, żeby udać się do Rudni, Zaturzec i Mańkowa w celu ściągnięcia pomocy. Żaden z nich jednak nie wrócił. Rozpłynęli się we mgle. Po nich na dół po linach zjechały dwie kobiety, które rozpoznały sytuację i kazały wszystkim zjeżdżać na dół. Ja z moim przyszłym mężem, jego bratem i jeszcze jednym chłopakiem zostaliśmy do rana na plebani. Przez całą noc co pewien czas musiałam luzować opaskę uciskową, żeby krew dopływała do nogi. Przyszły mąż miał uszkodzoną tętnicę pod kolanem, co powodowało, że przy każdym popuszczeniu opaski strasznie krwawił. Jakoś dotrwaliśmy do rana. Wtedy spuściliśmy Sławka na dół i ukryliśmy go w malinach. Następnie ogrodami zaczęłam przekradać się do naszego domu po konie. Szłam wolno, uważając, czy nie kręcą się w pobliżu jacyś upowcy. Gdy dotarłam do naszego domostwa, nie zastałam nikogo. Rodzice nie byli w kościele. Grupa upowców szła ich zamordować, ale ojciec w porę ich zobaczył i wraz z mamą zdążyli wyskoczyć przez okno i schronić się w zbożu, a później na cmentarzu żydowskim. Przesiedzieli w nim całe niedzielne popołudnie, noc i wyszli z ukrycia dopiero, gdy zaczęłam się kręcić po podwórku. Zwierzęta nie były nakarmione, krowy niewydojone. Ja zaprzęgłam konie do wozu i z tatusiem pojechaliśmy pod kościół. Tam już było kilku Ukraińców, przeciwników mordów. Pomogli nam przenieść mojego przyszłego męża na wóz. Przywieźliśmy go do nas do domu, a ja poszłam szukać Dębskich. Jak ich znalazłam, przyszli i zrobili synowi profesjonalny opatrunek. Na wieczór zawieźliśmy go do Ukraińca zaprzyjaźnionego z Dębskimi. Nazywał się Parfeniuk. Ukrył Sławka w swojej stodole. Tu był najbezpieczniejszy. Doglądali go tu razem ze mną ojciec i matka. Po dwóch dniach musiał zostać przewieziony do szpitala w Łokaczach. Mój ojciec dał konie, a Ukrainka Paraska Padlewska podjęła się zawiezienia go. Tu amputowano mu nogę. Później przetransportowano go do Włodzimierza i dzięki pomocy kolegów z konspiracji dostał się do szpitala. Moja rodzina ukrywała się u Ukraińca Sawy Kowtoniuka, który przechowywał nas w stodole i w zbożu. Nocami widać było łuny płonących, mordowanych przez upowców kolejnych polskich wsi. W dzień przez Kisielin bandyci pędzili stada krów zrabowane u polskich gospodarzy, które czując, że idą na rzeź, strasznie ryczały. Na trzeci dzień Sawa przyszedł rano do ojca i powiedział, że upowcy chcą z nim rozmawiać. On poszedł. Gdy wrócił, poinformował nas, że przekonywali go, że atak na kościół był nieporozumieniem, że to się już nie powtórzy. Sugerowali też ojcu, by z rodziną wracał do domu, bo nic jej nie grozi. Ojciec wahał się, ale Ukrainiec ostrzegł go, by nie wierzył w zapewnienia upowców. Jego zdaniem chcą oni wszystkich Polaków wymordować. 15 lipca 1944 r. przeprowadził nas do Zaturzec. Najpierw wziął kosę na plecy, poszedł przez swoje pole i łąkę do lasu i sprawdził, czy droga jest wolna. Po godzinie wrócił i powiedział, że można iść. Szybko ruszyliśmy do Zaturzec. Nie mieliśmy co zabierać z domu, bo wszystko zostało zrabowane. Tak jak my postąpiła większość mieszkańców Kisielina i okolicy. Dębscy zostali w Kisielinie. Ojciec mojego przyszłego męża, Leopold, nie chciał się nigdzie ruszać. Wierzył, że jako lekarz jest niezbędny dla Ukraińców i ci go nie ruszą. Upowcy zabrali go z domu w końcu lipca i powieźli drogą do Twerdyń. Więcej go nikt nie widział. Jego żona zginęła wraz z nim. Według Ukrainek, Anny Parfeniuk i Ahniji Sidłowskiej, gdy Ukraińcy zabierali Dębskiego, jego żonie powiedzieli: A ty idź, gdzie chcesz. Miała bowiem wpisaną w dowodzie narodowość ukraińską. Wpisał ją szef rejonu. Ona odpowiedziała, że miejsce żony jest przy mężu i razem z nim dobrowolnie poszła na śmierć. Ukraińcy zamordowali jeszcze Wincentego i Józefa Biesiagów, Rudolfa Nowickiego i Salomeę Ziółkowską. Jak po latach ustalił mój mąż, Ukraińcy zamordowali w kościele w Kisielinie 17 osób, pochodzących z Kisielina, dwie osoby z Kisielina Zielonej, dziewięć z Adamówki, jedną z Jachimówki, pięć z Janowca, trzy z Dunaju, dwie z Leonówki, jedną z Niedźwiedziej Jamy, osiem z Rudni, dwie z Trystaku, dwie z Twerdynia, dziesięć z Warszawki, pięć z Woronczyna, osiem z Zapustu, siedem z Żurawca. Łącznie zamordowali 82 osoby. Cztery osoby poległy w obronie świątyni. Dzięki obronie uratowało się zaś osiemdziesiąt osób. Mord w kościele był oczywiście dopiero początkiem czystki etnicznej, przeprowadzonej przez UPA w całej okolicy”. (12) „W niedzielę 11 lipca 1943 r. na sumę na godzinę 11.00 od Pałków wybrali się ojciec Bolesław i córka Maria, która zresztą trochę się ociągała. Podczas śpiewu na wyjście, gdy przy ołtarzu był jeszcze celebrans otworzyły się drzwi i oddano starzał, który ranił p. Marka. Padł także rozkaz, aby wychodzić na zewnątrz czwórkami. Powstało zamieszanie, do Bolesława podbiegła córka z zapytaniem „Tato co robimy?” Na chwilę postanowiła podejść jeszcze do znajomych, aby poznać ich zamiary. Niestety Maria do ojca już nie wróciła. W atmosferze zastraszenia i niepewności jedni szukali kryjówek w zakamarkach kościoła, inni zdecydowali się na opuszczenie budynku. Dużej części uczestników mszy udało się dostać na piętro plebani, która połączona była ze świątynią, gdzie zabarykadowali się i skutecznie bronili przez 11 godzin, aż do przerwania oblężenia i wycofania się Ukraińców. Wśród ocalonych był także Bolesław, który wrócił do Adamówki w poniedziałek rano i powiadomił rodzinę o śmierci Marii. Jej zabójstwo widział z ukrycia Władysław Czernienko. Maria otrzymała dwa ciosy nożem, jeden w mostek drugi w brzuch. Banderowcy przed wyprowadzeniem ofiar na miejsce kaźni przymuszali je do rozebrania się. Następnie ustawiali nad wykopem i zakłuwali lub podrzynali nożami. Wiele osób skonało po jakimś czasie, niektóre zadusiły się dopiero po zasypaniu dołu ziemią.”  (13). „Z mojej rodziny bliższej i dalszej w kościele zamordowano w sumie 15 osób. Gdzie i jak została zamordowana nasza 17-letnia Czesia, nigdy nie udało się nam ustalić. Bardzo prawdopodobne, że odstawili ją na bok, żeby zgwałcić. Była ładną i niedostępną dziewczyną i wielu młodych Ukraińców wodziło za nią oczami. Inne dziewczyny, które Ukraińcy zamordowali i złożyli w płytkim masowym grobie, miały zdarte majtki, gdy je krewni potem odkopali. Świadczyłoby to o tym, że przed śmiercią były przez zwyrodnialców gwałcone. /.../ W zbrodniach tych uczestniczyli przede wszystkim młodzi Ukraińcy. Zdarzało się, jak później słyszałem, że wybierali oni z ofiar ładne dziewczęta, ładowali na wozy i zawozili do Moczułek, gdzie kwaterował sztab UPA, miały one służyć „kamandirom” do zabawy.” (14)

 

  1. We wsi Krymno pow. Kowel upowcy zamordowali zgromadzonych w kaplicy na nabożeństwie około 40 Polaków. (15)

 

  1. W miasteczku Łokacze pow. Horochów: „W niedzielę 11 lipca, najpierw rzucili się na bezbronne kościoły w Łokaczach, Kisielinie, Porycku. Tam wymordowali w Kisielinie 500 osób, a w Porycku 180 osób, a w Łokaczach jakoś się bronili z pałacu i niedużo padło osób.” (16) „Strup Józef, żona Stanisława z d. Wójcik, dzieci: Ryszard, Zbigniew 1939. Trzeci syn wraz z dziadkiem (Red.; chyba wraz z... ojcem?) zginęli w płomieniach w kościele. Stanisława z ocalałymi 2 synami uciekła do Krasnegostawu.” (17)

 

  1. W miasteczku Poryck pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali około 220 Polaków. Pomimo, iż ksiądz odwołał sumę z godz. 11-tej, Polacy na nią przyszli. Zostali otoczeni w kościele i wymordowani, zginął też ksiądz proboszcz Bolesław Szawłowski. Ukraińcy chodzili po kościele i strzelali do zgromadzonych ludzi, głownie starców, kobiet i dzieci, dobijali rannych. Kościół obrabowali, wypili wino mszalne, śmieli się. W dole śmierci koło dzwonnicy zakopano ponad 100 ofiar. Po dokonaniu rzezi w kościele upowcy polowali na Polaków w całym miasteczku i w okolicach przez dwa dni. W mordach uczestniczyły kobiety i młodzież ukraińska. (18) „Palinko był stryjecznym wujem mojego ojca, miał już koło 70 lat, od kiedy pamiętam, to od zawsze był kościelnym. Tego ranka 11 lipca 1943 roku, spotykając mojego ojca powiedział: – ale mamy ładną pogodę (nie było żadnej chmurki na niebie), będzie dużo ludzi w kościele, bo i to chyba ostatnia niedziela przed żniwami. I poszedł do kościoła. My z tatą i Tośkiem Gąsiorowskim poszliśmy na sumę (to tak na godzinę 11:00) do kościoła. Mama Tośka była w innej wsi u znajomych, a siostra (nie pamiętam jej imienia) poszła do kościoła z koleżanką. Jak zwykle my z Tośkiem stanęliśmy przed ołtarzem po lewej stronie, stało tam jeszcze kilku chłopaków. Dziewczyny stawały po prawej stronie ołtarza. Tata zawsze stawał przy oknie na korytarzu (kościół w Porycku miał krużganek wokół kościoła), patrząc prosto na ołtarz. W kościele, jak spostrzegłem, było dość dużo ludzi. Były tam całe rodziny, z małymi dziećmi na rękach. Wuj Palinko (kościelny) zadzwonił sygnaturką, a po chwili wszedł ksiądz Szawłowski z ministrantami, rozpoczęła się suma (nabożeństwo). Już nie pamiętam, w jakim momencie ktoś wszedł do kościoła i krzyknął: – Ukraińcy – upowcy są przed kościołem. Zrobiło się ogromne poruszenie, ludzie zaczęli biegać (do drzwi i z powrotem do ołtarza), dzieci płakały. Ale msza trwała nadal. Dopiero gdy otworzyły się główne drzwi i z nich zaczęto strzelać z karabinu maszynowego, zrobił się popłoch, ogromny krzyk i lament. Ludzie biegali tam i z powrotem, padali, klękali, modlili się i krzyczeli, a najwięcej było słychać krzyki małych dzieci. Nie pamiętam już jak, ale zgubiłem gdzieś w tumulcie i ścisku Tośka. Zacząłem uciekać do drzwi wejściowych bocznych, przy drzwiach powstał ścisk i zamieszanie. Jak potem zrozumiałem, to ojciec mój odwrotnie, po usłyszeniu strzałów wchodził z korytarza (krużganku) do kościoła, i jakimś cudem spotkaliśmy się tuż pod chórem (tam gdzie organista Zegarski grał do mszy na klawikordzie). Ojciec złapał mnie za rękę i pociągnął do wieży i schodami na chór. Karabin maszynowy cały czas strzelał, słychać było także pojedyncze strzały karabinowe. Tam już był pan Zegarski i jeszcze parę osób (nie pamiętam już ich nazwisk). Byli to znajomi mego ojca. Oprócz mnie było tam jeszcze kilkoro małych dzieci. Ojciec z Zegarskim pamiętali, że drzwi z wieży na poddasze krużganków zostały zamurowane tylko na płaską cegłę i to na glinę, bo nie było wówczas cementu. Ponieważ nie było żadnych narzędzi, tata z Zegarskim scyzorykami zaczęli wydłubywać glinę i cegły zaczęły się ruszać, tak jedną po drugiej, dłubiąc, usuwano. Zrobiono niewielki otwór i wszyscy obecni weszli na poddasze. Ktoś ostatni założył otwór cegłami. Było nas, jak pamiętam, kilkanaście, może z 15 osób, w tym małe dzieci. Biegliśmy poddaszem aż do drugiej wieży, w której (jak wiedzieliśmy), nie było schodów. W szybkim biegu przeszkadzały nam grube belki, podtrzymujące zadaszenie. Ale dzięki tym belkom mieliśmy się potem, później, za czym schować. Biegnąc, słyszeliśmy cały czas, jak strzelał karabin maszynowy i wtórowały mu pojedyncze wystrzały oraz wybuchy granatów. Nie zdawałem sobie sprawy, co się tam dzieje, ojciec ani znajomi nie zabierali głosu, byli wystraszeni nie mniej niż ja. Schowaliśmy się za ostatnią belką rusztowania i siedzieliśmy jak myszy, cicho i z zapartym tchem. Wokół nas było ciemno, gdyż – jak już wspominałem – nie było schodów na tej wieży. Wejście do wieży było zamurowane. Po jakimś czasie zobaczyliśmy w poświacie okna nad zakrystią dwie postacie idące w naszą stronę. Byli to mężczyźni z karabinami, szli w naszym kierunku. Zrobiło się małe poruszenie, ale tata powiedział: „siedźcie cicho, to może nas nie zauważą”. Wszyscy myśleli to samo, że może nas już odkryli. Dreszcz przeszedł chyba wszystkim po plecach. Jeszcze bardziej przylepiliśmy się do belek i czekaliśmy, co będzie dalej. Oni uszli jeszcze z parę metrów, przechodząc przez belki poddasza i stanęli nadsłuchując, a my wstrzymaliśmy oddech. Po paru minutach tak silnego napięcia odetchnęliśmy, zauważyliśmy, że oni (a byli to najpewniej mordercy z kościoła) zawrócili i odchodzą, a my odetchnęliśmy z ulgą. Zostaliśmy na razie uratowani przez grube belki poddasza. Ale za jakiś czas, może po pół godzinie, powietrzem targnął potężny wybuch, aż strop pod nami się zatrząsł, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Za chwilę do wieży zaczął napływać czarny dym i swąd spalonej słomy. Tata domyślił się, że pewnie to upowcy wysadzili ołtarz lub katakumby hrabiów Czackich pod posadzką kościoła. Gdy byliśmy zajęci ostatnimi przeżyciami i podsłuchiwaniem, co dzieje się w kościele, niespodziewanie zaczęło grzmieć i błyskać. Spadł duży, ulewny deszcz, słyszeliśmy, jak dudnił o blachę dachu. Bardzo głośno grzmiało. Okazało się, że burza była gwałtowna i trwała krótko, ale to wystarczyło, żeby upowcy wynieśli się z kościoła. To już było około czwartej godziny po południu. Takie było nasze napięcie przez ten czas, że nie liczyliśmy, ile to wszystko trwało. Ktoś wszedł od zakrystii i powiedział nam, że Ukraińców już nie ma w kościele. Nie chcieliśmy uwierzyć. Pomalutku, z duszą na ramieniu, zaczęliśmy przechodzić przez belki w kierunku wyjścia, do naszej dziury w tamtej drugiej wieży. Schodząc na schody wieży zobaczyłem pierwszą ofiarę, była to zamordowana kobieta. Leżała na schodach, i jak pamiętam, głową w dół, nie żyła, a kałuża krwi ściekła aż na dół schodów do kościoła. Wychodząc z wieży do kościoła zobaczyliśmy, co się stało, ogarnęło nas przerażenie i strach. Na posadce kościoła leżała biała powłoka kurzu z wapiennego tynku i ludzie byli cali biali. Okazało się, że jak upowcy zapalili słomę, by zdetonować pocisk artyleryjski, który miał zniszczyć ołtarz, to posypał się tynk wapienny z sufitu i ścian kościoła. Wszystko było pokryte białym proszkiem i kawałkami tynku. Wybuch nie zdołał zniszczyć ołtarza. Tylko nadpalone zostały stopnie przed ołtarzem i dywany. Dużo ludzi leżało w kałużach krwi, inni klęczeli, jeszcze inni wołali o pomoc. Widziałem, jak jedni pomagali drugim, by się wydostać spod innych, martwych ciał. Jeszcze inni wynosili na rękach swoich zmarłych lub rannych. Ojciec, przerażony tym, co zobaczył, przypomniał sobie, że w kościele był także dziadek Józef Jezierski, zaczął go szukać, chodząc od jednych zwłok do innych, ale dziadka nie było, ani wśród żywych, ani zmarłych. Ojciec pociągnął mnie w kierunku zakrystii. Ale by tam dojść, musieliśmy przejść przez kałuże krwi, w której leżały trzy kobiety. Jak mi się zdawało, była to matka z córkami. Ojciec wziął mnie na ręce i przeniósł, by nie nadepnąć na leżące kobiety. Dziadka zobaczyliśmy, jak stał schowany za bocznymi drzwiami. Były to duże drzwi, którymi wchodziło się do kościoła i do zakrystii. Dziadek stał za tymi drzwiami, był jakby nieprzytomny, miał osmalone wąsy i nadpaloną marynarkę. Pamiętam, jak ojciec powiedział do dziadka: „niech tata idzie do domu i powie Gienkowi (to brat ojca, który mieszkał z dziadkami w Starym Porycku), by zabierał rodzinę i niech uciekają w kierunku Sokala”. (Sokal był poza granicą [dawna granica rosyjsko-austriacka], była to już Generalna Gubernia, tak to Niemcy nazywali). Dziadek zapytał ojca: „a gdzie wy idziecie”, ojciec odpowiedział, że w świat, i że do Sokala. Gdy rozmawialiśmy z dziadkiem, widziałem, jak ludzie wychodzili, uciekali z kościoła, nieśli ranne dzieci na rękach. Wszyscy byli bardzo wystraszeni, widziałem, że niektórzy byli zbroczeni krwią. Szli do domów z nadzieją, że tam znajdą schronienie, a tam (jak się potem okazało) już na nich czekali upowcy, by dalej mordować. Tych, co byli w domach, i tych wracających z kościoła. Tak wymordowano całą rodzinę Palinków. Po rozmowie z dziadkiem nie poszliśmy do Palinków (na szczęście), ani do naszego pokoju w baraku, chociaż był on po drodze. Poszliśmy w kierunku chutorów pod lasem, tam ojciec miał znajomego Ukraińca, dawnego sąsiada z Pawłówki, Mielniczuka Kiryka i na niego liczył, że nam pomoże. Biegliśmy opłotkami, unikając spotkania ludzi, tylko psy za nami szczekały. Po godzinie takiego biegu skryliśmy się w zagonie żyta (żyto było wysokie, bo to już krótko przed żniwami) i czekaliśmy, aż się ściemni, by pójść do Kiryka (to jest imię). Gdy tak cicho, trochę drzemiąc, siedzieliśmy, raptem usłyszeliśmy głosy Ukraińców, szli obok drogą. Opowiadali sobie, jak to „strilały do Lachów (strzelali do Polaków) w poryckim kościele”. Pochyliliśmy niżej głowy i czekaliśmy, aż przejdą. Aż tu nagle usłyszeliśmy ujadanie psa, zdrętwieliśmy ze strachu, ale prawdopodobnie był to jeszcze szczeniak. Gdyby to był stary pies, to już by było po nas. Zdaliśmy sobie z tego sprawę dopiero gdy Ukraińcy odeszli, a pies przestał ujadać. Prawdopodobnie pies biegał wokół idących, oszczekując swych panów. Kiryk nawet mocno się nie zdziwił, wysłuchał relacji ojca o tym, co się stało w kościele. Przyjął nas do swego domu, nakarmił i przenocował. Ja spałem z jego synem w łóżku, a tata w stogu z sianem, tak było bezpieczniej i dla Kiryka, i dla nas. Drugiego dnia (12 lipca) gospodarz na prośbę ojca pojechał do Palinków w Porycku i przywiózł nasze spakowane walizki. Jak mówił, nie jechał koło kościoła, bo się bał, że spotka upowców. Od sąsiadów Palinków dowiedział się, kogo z nich zamordowano w kościele (zamordowano dziadka Palinkę i jego wnuczkę, a księdza przy ołtarzu tylko raniono). Gdy ojciec szedł do kościoła, nie miał przy sobie dokumentów ani żadnych pieniędzy (ale wszystko było w walizce ojca). Jak Kiryk wrócił z Porycka, to powiedział nam, że upowcy po wyjściu z kościoła poszli mordować po domach. Żona Kiryka dała nam chleba na dalszą drogę. Poczekaliśmy, aż zrobiło się ciemno, bo mieliśmy przejść przez tory kolejowe, a to była droga Ukraińców, którędy jeździli do Porycka. Poczekaliśmy, aż zajdzie księżyc i przebiegliśmy tory. Po pewnym czasie spotkaliśmy znajomych i razem już śmielej szliśmy do granicy (była to granica pomiędzy Ukrainą a Reichem). Było już rano. Niemcy dopiero wychodzili na granicę, nie zatrzymali nas, tylko kazali iść prosto do Sokala. W Sokalu spotkaliśmy już kilkadziesiąt osób, takich jak i my, uciekinierów z okolic Porycka. Ale oni nic nie słyszeli o naszych dziadkach, stryju i stryjence z dziećmi ze Starego Porycka. Ale i w Sokalu nie było spokoju, pewnej nocy obudziły na pojedyncze strzały i kanonada karabinu maszynowego. Rano dowiedzieliśmy się, że to z komendy niemieckiej policji ukraińska policja uciekła w nocy do lasu z całą swoją bronią, stąd ta nocna strzelanina. Dalszy okres okupacji niemieckiej spędziliśmy w Karnkowie u dziadków Bańcerów. Mama już zmarła, a my z bratem i ojcem zamieszkaliśmy w Kwidzyniu. O zamordowaniu dziadków i całej rodziny Jezierskich dowiedzieliśmy się dopiero w latach 60-ych. Nasz znajomy Afanazy Hoszko, Ukrainiec, były pracownik warsztatu w Porycku, po wojnie zamieszkał na Śląsku. Pojechał w latach 60-ych do Porycka, aby odwiedzić rodzinę. Rozmawiał ze swoim bratem Siergiejem i on mu opowiedział, jak zamordowano naszych dziadków ze Starego Porycka. Otóż naszych dziadków: Józefa i Jadwigę Jezierskich, prababkę Ulanowską oraz stryja Gienka, jego żonę i dwoje nieletnich dzieci zamordowali sąsiedzi Ukraińcy. Przewodził im Ukrainiec Klim Matwiejczuk, sąsiad ze Starego Porycka. W domu dziadków była jeszcze rodzina żony stryja. Był tam dziadek i babka Zembrzyscy oraz ich starsza córka z dwojgiem dzieci w wieku 12-14 lat, i była tam jeszcze młodsza siostra stryjenki. Czyli razem w domu było 13 osób. Wszyscy zostali zamordowani na podwórku, a dzieci utopiono w studni. Stryj Gienek, ranny, z żoną próbował uciekać, upowcy dogonili ich na wale pomiędzy jeziorem a stawami i tam dobili. Dom został spalony, a ich cały dobytek zabrał główny morderca Matwiejczuk. Nazwisko Jezierskich, Eugeniusza i jego żony Marii, widnieje na płycie nagrobnej na cmentarzu w Pawliwce. Ten, kto opowiadał o tym okropnym mordzie, musiał tam być, lub dowiedział się od któregoś z morderców.” (19) „Byłem świadkiem mordu dokonanego w dniu 11.07 1943 r. przez bandę „rezunów” UPA w kościele parafialnym w Porycku powiat Włodzimierz Wołyński. W owym czasie zamieszkiwaliśmy w leżącej 4 km na południe od Porycka Kolonii Olin. W niedzielę 11. 07.1943 r. udaliśmy się furmanką do naszego kościoła parafialnego w Porycku. Jechało nas sześcioro: mój dziadek Józef Bławat lat 66, ojciec Kazimierz Bławat lat 41, moje siostry Waleria i Genowefa, 9 i 11 lat, oraz brat Józef Bławat lat 15. Ja miałem wtedy nieco ponad 7 lat. Gdy dojechaliśmy do kościoła konie z wozem zostały przywiązane do drzewa przy parkanie na dziedzińcu przykościelnym od strony północno-wschodniej. Sami weszliśmy do kościoła. Dziadek udał się do czwartej ławki w prawym rzędzie, siadając na skraju od środkowej nawy. Siostry stanęły pod amboną bliżej balustrady i ołtarza. Brat został z tyłu za ławkami, a ojciec ze mną zatrzymał się obok znajdującego się nieopodal konfesjonału. Kościół zapełniał się powoli, ksiądz proboszcz Bolesław Szawłowski rozpoczął celebrować mszę świętą. Wsłuchani w Introitus nie przeczuwaliśmy nawet, że kościół otoczyła już banda Ukraińców UPA. Nagle usłyszałem odgłos strzałów z ciężkiego karabinu maszynowego dolatujący od strony głównego wejścia do kościoła. Tata błyskawicznie posadził mnie w niszy po zrabowanej w 1939 roku przez Sowietów figurze Matki Bożej. Padły pierwsze ofiary spośród wiernych stojących w środkowej nawie. Wówczas, aby zapobiec dalszej masakrze, a przy tym okupując to w większości własną śmiercią, stojący pod chórem ludzie zamknęli drzwi główne. Ksiądz Bolesław Szawłowski, widząc tylu rannych i zabitych, przerwał mszę świętą, wszedł na ambonę i udzielił ostatniego rozgrzeszenia zabitym, rannym oraz żywym klęczącym przed Bogiem w obliczu śmierci. Wypowiadając jeszcze ostatnie błogosławieństwo dodał słowa: "Bracia Polacy, giniemy za wiarę". W tym momencie banderowcy rozbili granatem drzwi od zakrystii i wdarli się na stopnie ołtarza, skąd rozpoczęli strzelać do wiernych. Jeden z karabinów maszynowych wycelował w księdza znajdującego się jeszcze na ambonie. Ksiądz Bolesław Szawłowski, trafiony w rękę i nogi, stoczył się po stopniach ambony padając na ciała swych parafian zabitych u stup ołtarza. Mój tata klęczał obok konfesjonału, ale i jego wypatrzył jeden z Ukraińców kula trafiła w policzek przechodząc pod okiem, skonał na moich oczach nic nie mówiąc. Siedziałem skamieniały chwilą niezacieralną jak wieczność. Następnie banderowcy rzucili granaty między ławki. Rzucone wiązki granatów powodowały straszne spustoszenie wśród wiernych: ciała były rozrywane na połowę, wnętrzności wypływające z rozerwanych ciał powodowały przykry fetor, ciała bez nóg w ostatnich impulsach podskakiwały na rękach. Posadzka między ławkami była cała zalana krwią. Nie mogąc dotrzeć do chóru, ostrzeliwali ogniem karabinów. Polacy otworzyli drzwi główne i, kto żył, biegł do wyjścia. Lecz tam, przed kościołem, ustawiony był ciężki karabin maszynowy typu talerzowego. W ciągu minuty w przejściu pozostała tylko góra ciał zabitych i rannych. W międzyczasie czterech "rezunów" wniosło dwa wielkie pociski artyleryjskie, które ułożyli na ołtarzu głównym, obłożyli słomą z sienników, po czym podpalili i odeszli mając nadzieję, że pociski zburzą kościół. Jednakże granat mający dopomóc detonacji, ułożony między pociskami, zdmuchnął płomienie, wyrywając jedynie otwór do grobowca pod ołtarzem. W kościele było pełno dymu. Wyszedłem z wnęki i pobiegłem do dziadka leżącego między ławkami. Ale dziadek, ranny ciężko w kolano, rozkazał mi samemu uciekać do cioci Walerii Walczak, która mieszkała nieopodal kościoła. Więc przedzierałem się przez stos zabitych na stopniach wejścia głównego. Przy wejściu na dziedziniec ujrzałem dwóch Ukraińców przy karabinie maszynowym, zamarłem. Wtedy nieoczekiwanie powiedział jeden z nich do drugiego: "Puskaj, jewo i tak wilki zjedzą" (moje białe ubranko nasiąkło krwią zabitych i rannych, po ciałach których musiałem się przedrzeć chcąc wyjść z kościoła). Ile mi sił starczyło pobiegłem do domu cioci Walerki, ale nie mogłem wejść do mieszkania: zaraz za progiem leżała kobieta z roztrzaskaną głową, mózg i krew rozbryzgane były po całym przedsionku. Wycofałem się więc do drewutni, gdyż zaczął padać ulewny deszcz. Banderowcy tymczasem opuścili tereny przykościelne, ruszając bić i rabować mieszkańców Porycka. Schowany za drzwiami drewutni obserwowałem nasze konie i wóz, czekając, czy ktoś nadejdzie. Po jakimś czasie pojawił się mój brat Józek, który przeżył schowany w grobowcu, wraz z sąsiadem. Uradowany wybiegłem do nich i zdałem relację, gdzie kto leży. Idąc do kościoła znaleźliśmy Tośka (brata ciotecznego, syna Walerii Walczak). Zanieśliśmy go na nasz wóz, który Ukraińcy porzucili widząc dyszel złamany przez spłoszone konie. Sąsiad osądził, że mojego taty już nie zabierzemy, bo nie będzie na to czasu i w każdej chwili mogli wrócić Ukraińcy zabraliśmy więc tylko dziadka po czym kazał nam prędko ruszyć. Do wozu dobiegła jeszcze od Aniołczyków z naszej kolonii. Józek usiadł na złamanym dyszlu i stamtąd kierował wozem oraz końmi. My leżeliśmy na wozie plackiem, by wyglądało, ze konie się spłoszyły, i tak pędząc przez pola i łąki dotarliśmy do domu. Tymczasem domy w kolonii Olin stały opuszczone przez mieszkańców ktoś spóźniony na mszę cofnął się do osady i powiadomił o rzezi w Porycku. Nie zastaliśmy więc ani moich dziadków Szczęchów, ani mojej mamy z pozostałymi dziećmi: jednoroczną Kazią i trzynastoletnim Tadeuszem. Wraz z wieloma innymi uciekli w stronę Sokala, bo tam Niemcy trzymali posterunek na Bugu. Spotkaliśmy za to naszych wujków Jakuba Szczęcha i Konstantego Furmagę, którzy obserwowali wioskę i zaskoczeni teraz naszym widokiem wykrzykiwali: "To wy żyjecie, a mówili, że wszystkich rezuni wymordowali w kościele". "Ano żyjemy"- zdołaliśmy odpowiedzieć. Wujek Kostek rozkazał zaraz "Kuba, zmienić opatrunki rannym!". Józek miał pomóc przy zmianie dyszla, a mnie przypadło rozpalić ogień w piecu, aby podgrzać wodę do obmycia ran. Jednakże ran nie zdążyliśmy już przemyć i opatrzyć. Na widok unoszącego się z komina dymu hurma Ukraińców z sąsiedniej wioski ruszyła w naszą stronę. Wujek Kostek krzyknął: "Na wóz!" a wujek Kuba ruszył przynieść Tośka. Dziadek nie dał się zabrać. Powiedział, że jest już stary i ranny, to mu nic nie zrobią. Został w domu leżąc na łóżku. Józek kończył zmianę dyszla i poprawę uprzęży. Wujek Kostek wrzucił jeszcze na wóz worek grochu, przykrył nas sianem i przykazał jechać do Sokala; "Ale tylko leśnymi drogami". Obaj wujkowie zostali, ukrywszy się w sadzie, by obserwować losy zabudowań i mienia. Do lasu było niespełna 50 metrów, więc ukraińscy chłopi nie zdołali nas dogonić. Józek znając drogi leśne, którymi często chodził na zakupy do Sokala, szczęśliwie dowiózł nas do granicy na Bugu. Niemcy, widząc rannego brata ciotecznego i nas wystraszonych chłopców, przepuścili przez granicę i skierowali do punktu pomocy sanitarnej, który mieścił się na dziedzińcu przyklasztornym. Punkt ten obsługiwany był przez szwedzki i polski Czerwony Krzyż z Kamionki Strumiłowej. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że ciocia Waleria Walczak była już tam na miejscu, pokonując biegiem ok. 22 km dzielące Poryck od Sokala. Uradowana wzięła swego rannego syna na ręce i pobiegła do lekarzy. Ci widząc, że potrzebna jest operacja, gdyż odłamek granatu utkwił w głowie, skierowali go nazajutrz pierwszym transportem koleją do odległego o około 100 km Lwowa. Tam, po operacji, brat cioteczny żył jeszcze miesiąc. Zmarł w szpitalu lwowskim. Dwudniowa obecność odłamka wywołała zakażenie krwi. My z bratem Józkiem czekaliśmy w okolicy klasztoru, mając nadzieję, że któraś z sióstr jeszcze dotrze, gdyż żadnej z nich nie widzieliśmy ani żywej ani zabitej. Po dwóch dniach udaliśmy się do miejscowości Waręż gdzie mieszkał nasz stryj Adam Bławat. Zdaliśmy mu relację o „rezunach”. Kazał nam zatrzymać się i czekać w jego domu. Sam poszedł przekonać dwóch Niemców, by pojechali z nim do Kolonii OLIN. Umiał trochę mówić po niemiecku z austriacką melodią, bo jeszcze przed I wojną światową służył w CK Armii. Jakoś mu się udało dogadać „za odpowiednią opłatą” i pojechali z nim furmanką do naszej wioski. Tam zastał już tylko spalone domy i zabudowania, a na miejscu gdzie stało łóżko, zwęglone kości dziadka. Pochował więc je, a z domu zabrał ukryte za kominowym popielnikiem dokumenty rodzinne. Udał się do Porycka, aby pochować tatę, lecz tam dowiedział się, że ofiary mordu zostały pochowane z rozkazu Niemców na dziedzińcu przed Kościołem we wspólnej mogile – 180 ofiar mordu. Księdza proboszcza pochowano na prośbę popa oddzielnie w pobliżu figury św. Anny po prawej stronie dziedzińca, gdyż pop uzasadniał, że „księdza nie godzi się chować w ziemi deptanej”. Kiedy wrócił, nalegaliśmy, aby zezwolił nam pojechać szukać mamy. Stryj zgodził się, choć nie bez wahania. Załadował nam worek kaszy, ziemniaków, parę bochenków chleba, trochę owsa dla koni, a na wierzch siana. Ruszyliśmy, oczywiście zawracając do Sokala, by sprawdzić, czy przypadkiem nie pojawiły się nasze siostry. Na transport kolejowy nie chciano nas zabrać, gdyż ładowano jedynie ludzi, bez furmanek i koni. Jechaliśmy więc około tygodnia naszym wozem aż do Przeworska na Podkarpaciu, wyposażeni w dokument wystawiony w języku niemieckim i polskim, zaświadczający, że jesteśmy uciekinierami zza Buga. Mieliśmy szczęście. Nasi zatrzymali się dokładnie w Przeworsku u gospodarza o nazwisku Kapusta, który użyczył uchodźcom swych czworaków. Radości było co niemiara. Matula nasza myślała, że wszyscy zginęliśmy. Opowiadać trzeba było po kilka razy, bo sąsiedzi się schodzili, ciekawi na wieści, „jak to rezuni po sąsiedzku dorabiali się na polskim dobytku żywym i martwym.” (20)  Krzysztof Filipowicz: „Miałem wtedy 15 lat.  W niedzielę 11 lipca 1943 r. poszedłem z rodziną do kościoła. Mszę święta o godz. 11 prowadził ks. Bolesław Szawłowski.  Kościół był pełen ludzi zarówno z Porycka jak i okolicy. Nie służyłem do mszy, choć byłem ministrantem. Podczas nabożeństwa kościół został otoczony przez uzbrojone bandy ukraińskie. Rozpoczęła się strzelanina. Zgromadzonych w świątyni Polaków ogarnęło przerażenie. Niektórzy w panice próbowali uciec ze świątyni. Kule dosięgły ich na zewnątrz. Po jakimś czasie bandyci weszli do kościoła. Widziałem jak upadł ksiądz Szawłowski. Widziałem jak oprawcy stanęli przy ołtarzu i zaczęli strzelać do ludzi. Ci, których nie dosięgły kule bandytów, zaczęli się chronić, gdzie tylko kto mógł: we wnękach, za filarami.  Ja z matką schroniłem się pod ścianą za filarem. W pewnym momencie bandyci zaczęli wnosić do kościoła słomę. Umieszczono w niej materiały wybuchowe. Byłem przekonany, że zginę tak jak inni. W gorącej modlitwie prosiłem Boga, bym zginął podczas ucieczki, trafiony w plecy. Gdy zapalono słomę, zaczęły wybuchać pociski. Ci, którzy jeszcze żyli zaczęli się dusić od dymu. Zacząłem błagać matkę, żeby uciekać z tego miejsca, by żywcem nie spłonąć. Wydaje mi się, że matka już wtedy była ranna, lecz nic mi nie mówiła. Usłuchała mej prośby i zaczęliśmy przesuwać się pomiędzy trupami w kierunku wyjścia. Gdy znaleźliśmy się na korytarzu, który otaczał główną nawę kościoła, poczułem silny przeciąg i gwizd kul. W tym czasie matka upadła zastrzelona. Biegłem dalej do wyjścia. W pewnym momencie zobaczyłem starszą siostrę, 18-letnią Józefę. Była ranna, leżała we krwi, błagała o pomoc. Usiłowałem ją podnieść, lecz nie dałem rady. Powiedziałem, że sprowadzę pomoc. Wtedy na wprost głównego wyjścia zobaczyłem bandytów. Strzelano do mnie. Upadłem i zacząłem z powrotem czołgać się do kościoła. Wbiegł na schody prowadzące na wieżę świątyni. Szybko przypomniał sobie, że parę lat wcześniej ksiądz Szawłowski kazał zamurować drzwi prowadzące na strych nad korytarzem otaczającym główną nawę świątyni. Z kilkoma mężczyznami wybili otwór, przez który z trudem przedostali się na strych. Tam przeleżałem kilka godzin. Zaczął padać deszcz. Woda bębniła w dach tuż nad moją głową. Płakałem i dzwoniłem ze strachu zębami”. Kryjówkę opuścił, gdy bandyci oddalili się z miejsca rzezi. W kałużach krwi leżały trupy. Gdzieniegdzie dochodził cichy jęk umierających. Siostra Józefa jeszcze żyła. Stanisław pobiegł do domu i opowiedział ojcu, co się stało w kościele. Najpierw przywieziona została starsza siostra. Na swoim łóżku skończyła życie. „– Później ojciec przywiózł matkę, młodszą siostrę, czyli trzynastoletnią Genowefę, i pięcioletnią siostrzenicę. Wszystkie zginęły od kul ukraińskich bandytów.  Rano ojciec wraz ze znajomymi wykopali na cmentarzu mogiłę. Tam położono moją matkę, siostry i siostrzenicę. Umarłych zakryto deskami i zasypano ziemią. Odmówiliśmy modlitwę i wróciliśmy do domu.” (21) Nikołaj Ohorodniczuk vel Kwiatkowski (dawny mieszkaniec Radowicz): 11 lipca 1943 r. rano, razem z grupą UPA liczącą około 20 ludzi, wszedłem w czasie mszy św. do kościoła w m. Pawłówka (Poryck) iwanickiego rejonu, gdzie w ciągu trzydziestu minut, wraz z innymi, zabiliśmy obywateli narodowości polskiej. W czasie akcji zabito 300 ludzi, wśród których były dzieci, kobiety i starcy. Po zabiciu ludzi w Pawłówce - udałem się z grupą do położonej w pobliżu wsi Radowicze oraz polskich kolonii Sadowa i Jeżyn, gdzie wziąłem udział w masowej likwidacji ludności polskiej. W wymienionych koloniach zabito 180 kobiet, dzieci i starców. Wszystkie domy spalono, a mienie i bydło rozgrabiono” – zeznawał w 1981 r. przed sądem Ohorodniczuk. Wg. Aleksandry Hryciuk z Radowicz i Haliny Jucharemiwnej, które obserwowały pokazowy proces Ohorodniczuka w świetlicy cukrowni w Iwaniczach, sąd uznał, że to on kierował akcją w Porycku. W zbrodni uczestniczyli także oskarżeni wówczas Szpaczuk i Stasin. (22) W Porycku (tej miejscowości już nie ma, więc używa się nazwy Pawliwka, czyli wsi sąsiedniej) w lipcu 2003 roku nastąpiło „pojednanie” prezydenta Polski A. Kwaśniewskiego z prezydentem Ukrainy L. Kuczmą z okazji 60-tej rocznicy ludobójstwa UPA na Wołyniu.

 

  1. We wsi Zabłoćce pow. Włodzimierz Wołyński zgrupowanie UPA Martyniuka pod dowództwem Iwana Kici oraz miejscowi chłopi ukraińscy wtargnęli do kościoła podczas mszy. Mordując 74-letniego księdza proboszcza Józefa Aleksandrowicza, byłego więźnia bolszewików, drwili: „Niech ciebie polski Bóg ratuje”. Na oczach wiernych skręcili mu kark oraz zamordowali co najmniej 78 Polaków. Chłopcu (Henryk Serwetowski) rozerwali usta, bo przed śmiercią krzyczał: ”Niech żyje Polska”. Barokowy kościół pw. Św. Trójcy z lat 1760- 1773 zniszczyli, plebanię spalili. Po rzezi do cerkwi i stodół duchownego prawosławnego Ukraińcy zwozili zrabowane polskie mienie. (23)

Rzezie dokonane 11 lipca 1943 roku w kościołach w Chrynowie, Kisielinie, Porycku i w Zabłoćcach opisała (razem z relacjami świadków) Ewa Siemaszko w artykule „Zbrodnie przed ołtarzem”, opublikowanym 10 lipca 2008 roku na łamach „Rzeczpospolitej”.

 

  1. 12 lipca 1943 roku we wsi Rudnia pow. Horochów: „W poniedziałek Ukraińcy wymordowali całą Rudnię, bogatą wieś polską. Większość mieszkańców spalili żywcem w drewnianej kapliczce, innych zabijali w ich domach. Uratowały się tylko dwie dziewczynki. Rodzina autorki wyjechała we wtorek, szukać schronienia u Niemców. Ojciec znał dobrze język niemiecki, co było w tej sytuacji bardzo pomocne.” (24)

 

  1. W lipcu 1943 roku w miasteczku Sokól pow. Łuck Ukraińcy napadli na kościół i zamordowali 12 Polaków, kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wspomożenia Wiernych z 1909 roku obrabowali i spalili. (25)

 

  1. W lipcu 1943 roku w miasteczku Wyszogródek pow Krzemieniec upowcy zamordowali 150 Polaków zgromadzonych w kościele, głównie uchodźców z okolicy, oraz miejscowego proboszcza księdza Konstantego Turzańskiego, lat 44. Barokowy kościół pw. Świętego Ducha sprzed 1726 roku wysadzili materiałami wybuchowymi. (26)

 

  1. W sierpniu 1943 roku (prawdopodobnie 8 sierpnia) w miasteczku Włodzimierzec pow. Sarny podczas ataku kurenia „Borystena” Polacy broniący się w kościele św. Józefa m.in. polewali napastników kwasem solnym. Upowcy zdetonowali minę, od której zginęły 2 Polki: Anna hr. Krasicka (w starszym wieku) oraz jej córka hr. Prądzyńska. Od rzezi uratował Polaków oddział niemiecki, który przybył na odsiecz garnizonowi niemieckiemu, liczącemu 8 żołnierzy. (27)

 

  1. 22 sierpnia 1943 roku w nieustalonej wsi koło wsi Hołownia i wsi Kowno pow. Lubomel Ukraińcy podczas mszy zamknęli kościół, oblali benzyną i podpalili; żywcem spłonęli wszyscy zgromadzeni na mszy. Świadek Zofia Kieruj: „Zofia Kieruj właśnie kończy 85 lat. Czternaście lat swojego długiego życia mieszkała na Wołyniu. Patrząc z naszej, zachodniej strony, powiedzielibyśmy, że tuż za Bugiem. Ona mówi, że do rzeki było blisko, około ośmiu kilometrów. Przed II wojna światową i w czasie wojny, do 1943 roku, wraz z rodzina mieszkała w Ostrówkach w powiecie lubomelskim. /.../ To co działo się przed 30 sierpnia tamtego roku, zaciera się trochę, miesza, ale od tego jednego dnia kilkunastoletnia Zofia zaczyna widzieć tak okropne rzeczy, które tak wryły się w pamięć, że dziś mówi o nich z detalami. Bardzo wstrząsającymi zresztą. To była ostatnia niedziela sierpnia. - Ksiądz na ambonie powiedział, że koło Hołowna, koło Kowna ubiegłej niedzieli Ukraińce podczas mszy napadli, zamknęli kościół i podpalili. Benzyną oblali i spalili, bo to były drewniane kościoły. Spalili razem wszystkich, którzy się tam znajdowali. Ksiądz Stanisław Dobrzański powiedział nam, że nie mamy się bać i że nas nie opuści. W razie czego, gdyby nas napadli, to mieliśmy się bronić. Wierni rozeszli się do domów. Pani Zofia również.” (28)

 

  1. 29 sierpnia 1943 roku we wsi Przewały pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 54 Polaków zgromadzonych w kościele pw. Wniebowzięcia NMP z 1734 roku, spalili także kościół. Na terenie wsi ofiar było znacznie więcej. „Jeden z Ukraińców nadział dziecko polskie na widły i podniósł w górę, krzycząc: dywyś, polski oroł” („podziwiajcie polskiego orła”). Dziecko przeraźliwie piszczało z bólu i rozpaczliwie machało rączkami i nóżkami. (29)

 

  1. W mieście Włodzimierz Wołyński:„We Włodzimierzu Wołyńskim wymordowano w kościele w czasie nabożeństwa wszystkich znajdujących się tam Polaków. Mordowano nożami, siekierami, pałkami. Część okrutnie pokaleczonych, lecz uszłych z życiem dzieci przewieziono do Lwowa.” (30) Ze sprawozdania Delegatury Rządu wynika, że mord musiał być dokonany w lipcu lub sierpniu 1943 roku. „Latem 1943 r. Ukraińcy zaatakowali przedmieścia Włodzimierza, podchodzili do miasta od strony wioski „Zimno”. W pewnym momencie, można było nawet przypuszczać, po nasileniu walk i naporze atakujących, że usiłowali nawet wedrzeć się do środka i zdobyć Włodzimierz. To im się jednak nie udało, gdyż Samoobrona do spółki z Niemcami stawiła mocny opór. Wywiązała się gwałtowna walka, straty rosły szybko po obu stronach, w końcu daliśmy rezunom porządnego łupnia.” (31)

 

  1. We wsi Aleksandria pow. Równe: W 1940 roku władze sowieckie przesiedliły ludność polska z Krasiczyna oraz ze wsi Śliwnica and Krasiczyn pow. Przemyśl do Aleksandrii pow. Równe. Razem z nimi przesiedlony został unicki ksiądz o nazwisku Baka, z żoną i córką. Ponieważ nie było tam księdza rzymskokatolickiego, na prośbę Polaków zgodził się dla nich odprawiać oddzielne Msze św. w miejscowym kościele rzymskokatolickim. W sierpniu 1943 roku, podczas napadu bandy UPA, został zamordowany przy ołtarzu, podczas odprawiania Mszy Świętej. Razem z nim zginęło wielu obecnych w kościele Polaków. Tego dnia została zamordowana również żona i córka ukraińskiego księdza. (32)

 

  1. Po rzeziach sierpniowych 1943 roku w miasteczku Białozórka pow. Krzemieniec upowcy spalili i zburzyli kaplicę służącą jako kościół. Aleksander Korman stwierdził, że zamordowano wówczas w jego wnętrzu wiernych. „We wsi Białozurka w roku 1943 miał miejsce napad nacjonalistów ukraińskich na kościół katolicki, w którym zginęło kilkudziesięciu Polaków.” (33) Siemaszko..., na s. 414 pisząc o spaleniu i zburzeniu kościoła nie wymieniają mordu w nim Polaków.

 

  1. We wsi Dyweń pow. Równe: „W lecie 1943 r. oddział UPA zaatakował nocą ludność polską, która w obawie przed napadami ściągnęła tu z mniejszych miejscowości. Po krótkiej walce „upowcy” zdobyli także kościół, w którym nocowała część uchodźców. Liczba ofiar napadu nie jest znana.” (34) 

 

  1. Latem 1943 roku w miasteczku Międzyrzec Korecki pow. Równe podczas nocnego napadu upowcy i chłopi ukraińscy zamordowali w kościele i suszarni chmielu ukrywających się ponad 50 Polaków, uciekinierów z okolicznych miejscowości. Zostali oni w tak bestialski sposób zmasakrowani, że ciał nie można było rozpoznać, zwłoki miały m.in.,. powykłuwane oczy, kobiety poobcinane piersi, kobiecie w ciąży rozpruli brzuch. Pogrzebano ich na ulicy pod kostką brukową, gdyż wokół krążyły bandy zwane Ukraińską Powstańczą Armią. (35)

 

  1. Jesienią 1943 w kolonii Smołowa pow. Włodzimierz Wołyński: „Do samoobrony we Włodzimierzu Wołyńskim wstąpiłem i ja, jesienią 1943 roku pojechałem z innymi żołnierzami polskimi i niemieckimi na akcję jako furman. Naszym celem była wieś Smołowa, gdy dotarliśmy na miejsce zatrzymaliśmy przy kościele katolickim i weszliśmy do środka, ponieważ był otwarty. Naszym oczom ukazał się makabryczny obraz, na drewnianej podłodze Kościoła znajdowało się dużo zaschniętej krwi, już wtedy byliśmy prawie pewni, że tu nikt świni nie szlachtował. Poza tym świątynia znajdowała się w bardzo dobrym stanie. W późniejszym czasie nasze przewidywania się sprawdziły, kiedy dowiedzieliśmy, że w Smołowej, w Kościele ukraińscy nacjonaliści pomordowali bardzo dużo Polaków. Świątynia stała nieco na uboczu te wsi. /.../ Wiele lat po wojnie, gdy po raz kolejny uczestniczyłem w Zjeździe 27 WDPAK, spotkałem jednego z żołnierzy naszej dywizji, mieszkańca byłej polskiej kolonii Smołowa. Niestety jego imienia i nazwiska już dziś nie pamiętam, rozmawialiśmy jednak wtedy o tej krwi na podłodze Kościoła, a on powiedział tak: „W naszym kościele w Smołowej Ukraińcy wymordowali wielu Polaków podczas trwania mszy świętej!” Pamiętam, że nawet wymieniał niektóre nazwiska ofiar, które znał ale niestety i tych osób już dziś nie mogę sobie przypomnieć”. (36)

 

  1. W 1943 roku we wsi Klewny na Wołyniu: „Klewny (300 ofiar – siekierami podczas nabożeństwa, w tym dwóch księży)” (37). Jednakże W. i E. Siemaszko w ogóle nie wymieniają takiej miejscowości na Wołyniu. Być może chodzi tutaj o miasteczko Klewań pow. Równe, gdzie w sierpniu 1943 roku podczas napadu bojówek UPA Polacy bronili się w kościele. Zginęła nie ustalona liczba Polaków, ale do rzezi nie doszło m.in. dzięki przybyciu oddziału węgierskiego. Kościół był punktem oporu Polaków aż do wkroczenia wojsk sowieckich.

 

  1. 5 grudnia 1943 r., we wsi Nieświcz pow. Łuck upowcy zaatakowali Polaków, którzy schronili się w kościele i bronili przez kilka dni odcięci od żywności i wody. Gdy kończyła się im amunicja spuścili na sznurze jednego mężczyznę, który przyprowadził w ostatniej chwili pomoc samoobrony z Antonówki Szepelskiej. 45 Polaków wyjechało, część została. Nie ma informacji o ilości ofiar w kościele. We wsi upowcy zamordowali 30 Polaków, natomiast w styczniu 1944 roku spalili kościół z lat 1612 – 1618. (38)

 

  1. 19 grudnia 1943 r., we wsi Potok Górny pow. Biłgoraj Ukraińcy z SS „Galizien’ oraz policjanci ukraińscy z Tarnogrodu, Biszczy i Księżopola spalili 60 gospodarstw polskich i zastrzelili co najmniej 58 Polaków. „Przed kościołem wyprowadzono z szeregu księdza Błażeja Nowosada i zabito go na strychu kościoła. Widziałem zwłoki księdza. Górną część czaszki miał odstrzeloną oraz całe ciało i ręce pokłute bagnetami”. (39) „Jeden z mieszkańców Potoku Górnego, który w czasie napadu ukraińskiego ukrywał się wraz z innymi osobami w kościele, tak opisuje dalsze losy ks. Nowosada: „Siedząc w organach, usłyszałem, jak drzwi kościoła się otworzyły i przez szpary w organach zobaczyłem jak czterech Ukraińców z bronią gnało ks. Nowosada na strych kościoła. Szli szybko. Po jakimś czasie usłyszałem strzały na strychu kościoła. Na strychu zastrzelili tych, którzy tam weszli. Strzelili też do Franciszka Rorata, ale tylko go ranili, nie wiedząc o tym. Rorat potem mi opowiadał, jak męczyli ks. Nowosada. Wkładali mu szpilki pod paznokcie, bili, on piszczał i wreszcie go zastrzelili na strychu. Później widać było skłute ręce ks. Nowosada” (relacja Józefa Knapa, Potok Górny, 6 kwietnia 2001 r.). (40) „Mordowali księdza, bijąc go karabinem po głowie, zdzierano mu paznokcie, wyciągano obcęgami żyły, zdarto mu cześć skóry z pleców. Całe ciało miał pokłute ostrym narzędziem, a na końcu z bardzo bliska strzelono mu w tył głowy, roztrzaskując ją. Ksiądz piszczał i krzyczał, gdyż bardzo cierpiał” (relacja Józefa Grelaka, Potok Górny i Wandy Mroczka, Wożuczyn). (41) 20 grudnia tegoż roku ciało zamordowanego ks. Nowosada przeniesiono na plebanię. Józef Grelak tak ten moment wspomina: „Cały tył głowy wydarty od strzału. Miał sińce ponabijane na twarzy i koło uszu. Były to olbrzymie guzy. Na rękach były ślady kłucia ostrym narzędziem, chyba bagnetem, wyrywane żyły” (relacja J. Grelaka, Potok Górny). (42)

 

  1. Nocą, w wigilię Bożego Narodzenia 1943r. bandy UPA zaatakowały wioskę Gnidawę, leżącą nieopodal Łucka. Wymordowali ludność, część została spalona w kościele, część w swoich domach. Pradziadek Felicjan przyszedł tam rano, domy jeszcze się paliły, pomagał ratować ludzi. Ze zgrozą wspominał obraz zniszczenia i bestialstwa dokonany przez Ukraińców”.(43). Wioska Gnidawa w książce W. i E. Siemaszków występuje jako przedmieście Łucka o nazwie Hnidawa. W Wigilię 1943 roku upowcy zamordowali tutaj 57 Polaków, autorzy nie wymieniają jednak faktu spalenia grupy Polaków w drewnianym kościółku w Hnidawie (Gnidawie).

 

  1. We wsi Tarczyn pow. Łuck w Wigilię 1943 roku, w czasie pasterki (odprawianej bez księdza, który już wyjechał) nacjonaliści ukraińscy zaryglowali z zewnątrz drzwi kościoła, polali go benzyną i podpalili – wszyscy zgromadzeni zginęli (relacja nie publikowana). (44)

 

  1. 16 stycznia 1944 r., w miasteczku Poryck pow. Włodzimierz Wołyński do kościoła poszedł ks. Stanisław Grzesiak, aby pomodlić się za zamordowanego tutaj 11 lipca 1943 roku ks. Szawłowskiego i został zastrzelony przez Ukraińców. (45)

 

  1. 4 lutego 1944 r., w miasteczku Łanowce pow. Krzemieniec upowcy wrzucili granaty i wdarli się do kościoła p.w. Wniebowzięcia NMP, gdzie schowały się 3 rodziny polskie, liczące 12 osób. Zamordowali 11 osób: Leontynę Wadas i jej dzieci: Tadeusza, Helenę, Stanisławę, Danutę, Anielę oraz Ryszarda Andrzeja, który był chrześniakiem marszałka Edwarda Rydza Śmigłego (jej mąż służył w legionach razem ze Śmigłym). Ponadto zamordowali dwa starsze małżeństwa. Ciała ofiar wrzucili do pobliskiej głębokiej studni. Kościół ograbili z rzeczy kościelnych, zrabowali mienie pomordowanych, po czym kościół podpalili. Z empirowego kościoła z 1857 roku, zbudowanego przez marszałka Teodora Jełowickiego, uczestnika powstania styczniowego, pozostały tylko mury zewnętrzne, które miejscowi Ukraińcy rozebrali w 1954 roku. Po zbrodni w kościele miejscowe Ukrainki chodziły w sukienkach zamordowanej Wadasowej. (46) „Do Łanowiec wkroczyli bulbowcy. Ujęli w kościele trzy polskie rodziny i wszystkich w okrutny sposób wymordowali. Najstarszy z Wadasów, Stanisław, był też wówczas w kościele, ale jakoś udało mu się ukryć za jakimiś drzwiami. Słyszał krzyki mordowanych. Pomocy nie mógł udzielić, bo by i sam zginął. Zamordowanych wrzucono do głębokiej studni. Bandyci ukraińscy wzięli kosztowniejsze rzeczy z kościoła i poszli. Ocalał Stanisław Wadas i najstarszy syn Jerzy. Jerzego po prostu nie było w domu. Był zatrudniony w jakimś przedsiębiorstwie niemieckim. To go zwolniło z wywózki na roboty do Niemiec. W przedsiębiorstwie tym był skoszarowany. Nie mógł opuszczać miejsca koszar. W czasie betonowania jakiegoś bunkra, czy coś w tym rodzaju, ktoś z podziemia, też robotnik, w beton włożył coś, co przy eksploatacji musiałoby spowodować awarię bunkra. Niemcy wykryli ten sabotaż. Wiadomo, wyrok mógł być tylko jeden. Wszystkich rozstrzelać. Ustawili pod ścianą skazańców, ustawili też karabiny maszynowe. Jedna czy dwie serie i wszyscy leżeli zakrwawieni. Jurek Wadas również. Następnie załadowali wszystkie trupy na samochód i wywieźli je do lasu, by tam zakopać ofiary. Od razu nie zakopali. Nocą Jurek oprzytomniał. Nie był nawet ranny. Wyszedł spod trupów, poszedł do jakiejś Ukrainki, obmył się i skierował się do domu. Tam dopiero dowiedział się o wszystkim, co się stało z jego rodziną. Nerwy Jurka nie wytrzymały wiadomości. Coś pękło w systemie nerwowym i stało się. Stracił mowę. Zaczął się jąkać do tego stopnia, że nie można było usłyszeć ani jednego normalnie wypowiedzianego słowa. Mimo choroby chciał wydobyć ze studni ciała swoich najbliższych. Pomagali mu w tym Sowieci (było to już po drugim wejściu Sowietów na tereny dawnej Polski). Niestety, bezskutecznie. Głęboka studnia, niebezpiecznie. Widząc poszukiwaczy ciał ktoś z Ukraińców zasypał studnię, równając ją z ziemią. Dzisiaj nie ma nawet śladu, gdzie była studnia. Jest to grób kilkunastu osób zamordowanych przez bandy UPA. Grób bez krzyża, bez najmniejszej nawet tabliczki. Ot, po prostu nie ma śladu po ludziach. /.../ A co było z ojcem zamordowanych i żyjącego Jerzego? Nie mógł dłużej przebywać w Łanowcach. Znali go przecież wszyscy. Poszedł więc do Krzemieńca tam szukać schronienia. Nie doszedł. Chwycili go po drodze banderowcy i tam zamordowali. Ciało zostawili na miejscu zbrodni. Po kilku dniach ktoś z dobrych Ukraińców znalazł go i pogrzebał na pobliskim cmentarzu. Dzisiaj nie ma nawet śladu po tym miejscu.” (47)

 

  1. 26 lutego 1944 r., w miasteczku Wiśniowiec Nowy pow. Krzemieniec upowcy wdarli się do klasztoru i dokonali rzezi zgromadzonych tutaj 300 – 400 Polaków, głównie uciekinierów z sąsiednich wsi; zakonników powiesili na sznurach i ręcznikach oraz wbili im w bok metalowe pręty; wymordowali ponad 308 Polaków. (48) Maria Dębowska i Leon Popek w książce: Duchowieństwo diecezji łuckiej. Ofiary wojny i represji okupantów 1939 – 1945, podają: „7 lutego w południe ostatnie oddziały węgierskie opuściły Wiśniowiec, a już wieczorem UPA zaatakowała klasztor. Zostali zastrzeleni obydwaj zakonnicy. Życie straciło także wielu Polaków przebywających w klasztorze”. Zamordowani zostali: o. Józef Kamil od św. Sylwestra Gleczman OCD oraz o. Jan Cyprian od św. Michała Lasoń OCD. (49)   

 

  1. 26 lutego 1944 roku we wsi Wiśniowiec Stary pow. Krzemieniec upowcy wymordowali w kościele i organistówce co najmniej 182 Polaków; około 100 osób spalili w kościele św. Stanisława Biskupa Męczennika z 1756 roku. (50) „W chwilę później banderowcy wdarli się na chór i wymordowali wszystkich, których tam zastali. Kilka osób zrzucili na posadzkę w kaplicy. Do mnie dochodziły krzyki, płacz, jęki mordowanych, swąd palących się ubrań i ciał. Widziałam jak banderowiec bił kobietę w ciąży. Kobieta była z małą dziewczynką, cztero może pięcioletnią. Dziecko strasznie płakało ze strachu. Na jego oczach bandyta przebił matkę nożem. /.../ Na korytarzu leżał zamordowany Franek Kobylański z Pankowic. Miał poobcinane uszy i nos, na czole wycięty krzyż i ściągniętą skórę z palców u rąk” (51). „Mieszkając w Wiszniowcu, mieliśmy okazję zobaczyć ruiny spalonego polskiego kościoła. Oprowadzał nas polski nauczyciel z Palikrów, Tadeusz Pludra. Uczył on przed wojną mego brata Władzia i siostrę Józię. Wtedy byli obecni moja siostra Józia, Tadeusz Pludra, jego siostrzenica Wisia i ja. Stanęliśmy przed głównym wejściem do kościoła. Drzwi wejściowe były spalone, tylko przy zawiasach wisiały resztki zwęglonego drewna. Z wnętrza wydobywał się fetor. Pan Tadeusz Pludra powiedział, że to resztki rozkładających się niedopalonych ciał. Widok przygnębiający również był gdy spojrzeliśmy na Nowy Wiszniowiec za rzeką Horyń. Widać było drugi polski kościół, też spalony. Jego białe tynki nad oknami pokryły czarne smugi. Tam już nie byłem.” (52)

 

  1. 28 lutego 1944 r.,we wsi Huta Pieniacka pow. Brody esesmani ukraińscy z SS „Galizien”, upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi w sile kilku tysięcy napastników dokonali rzezi 1100 – 1300 Polaków, duża polska wieś przestała istnieć. W kościele ukraiński esesman wyrwał noworodka rodzącej kobiecie i go rozdeptał, a na oburzenie pomagającej jej akuszerce odpowiedział rozstrzelaniem również matki dziecka. Urszula Kierepka była położną. Wieczorem, tuż przed pacyfikacją, została wezwana do porodu. Jej wnuk, dziś 84-letni Sulimir Stanisław Żuk, z trudem wraca wspomnieniami do tego dnia. Miał wtedy niespełna 14 lat. „– Wraz z rodzącą kobietą wywleczono babcię z domu, biciem i wrzaskami popędzono do kościoła. Dziadek schował się w piwnicy, zamknął drzwi od wewnątrz, przykrył się kocem i przysypał kartoflami. Ukraińscy faszyści splądrowali dom, wyłamali drzwi do piwnicy, rozejrzeli się po ciemnym wnętrzu, ale dziadka nie zauważyli” – opowiada. Dziecko przyszło na świat w kościele. Franciszek Bąkowski przechowuje list od wnuczki kobiety, która widziała, jaki los spotkał rodzącą matkę, jej dziecko i akuszerkę. Z relacji wynika, że pilnujący mieszkańców wsi ukraiński esesman rozdeptał noworodka. Dzielna akuszerka chciała uratować dziecko i jego matkę, ale ten zbrodniarz zabił je” – czyta fragment listu pan Franciszek i pokazuje kolejne zdania: Babcia była wtedy odrętwiała, nic nie czuła, nie miała żadnych myśli. (...) esesman kazał jej wziąć to roztrzaskane maleństwo i wynieść z kościoła.” – mówi Franciszek Bąkowski. (53)

 

  1. 12 marca 1944 r., w miasteczku Podkamień pow. Brody upowcy oraz esesmani ukraińscy z SS „Galizien’ wdarli się do klasztoru i wymordowali ponad 600 Polaków, w tym 3 braci zakonnych i 1 księdza. Większość ofiar stanowili uciekinierzy z Wołynia; Ukraińcy obrabowali i spalili polskie domy, klasztor i kościół. Rzeź trwała 5 dni, a 19 marca do miasteczka wkroczyły wojska sowieckie. (54) „Popołudniu 11 marca o 17-ej godzinie zauważono, że od Czernicy i Pańskowiec zbliżają się uzbrojeni w automatyczną broń chłopi mniej więcej w liczbie 200 osób, którzy po uszeregowaniu się w Podkamieniu ruszyli na klasztor. Wówczas z klasztoru wyszli O. Józef i inż. Sołtysik z Brodów w celu porozumienia się z nadchodzącą grupą uzbrojonych ludzi. W rozmowie zostali poinformowani, że jest to oddział rzekomo pozostający pod komendą niemiecką i z nią współdziałający, który posiada rozkaz zakwaterowania się w klasztorze i obsadzenia wieży kościelnej. Kiedy ta grupa wraz z O. Józefem i inż. Sołtysikiem zbliżyła się doi bramy klasztornej i chciała wejść do wnętrza, wówczas bramę od wewnątrz zabarykadowano i zbliżający się do wnętrza klasztoru nie puszczono. Po pewnych wzajemnych pertraktacjach uzbrojeni napastnicy zażądali jedzenia, a gdy z okien zrzucono im chleb, słoninę i wódkę, udali się na organistówkę i tam zajęli kwatery. W międzyczasie O. Józef i inż. Sołtysik powrócili do klasztoru. Kościół i klasztor otoczono strażami, które nikogo nie wpuszczały ani nie wypuszczały. Po spokojnej nocy w niedzielę tj. 12 marca rozpoczęła się strzelanina z karabinów do okien klasztornych, rzucano także granaty. Kiedy napastnicy poczęli wyłamywać bramę klasztorną wówczas z górnych okien rzucono kilka granatów, które poraniły kilka osób. Zabito także jednego człowieka w klasztorze i zraniono jednego z komendantów partyzanckich. Bitwa trwała do godz. 13. Po godzinie 13-ej wezwano ludzi przebywających w klasztorze do wyjścia poza jego mury pod grozą bombardowania i rzeczywiście pod klasztor podjechała artyleria i tanki. Wówczas otworzono bramy klasztoru i kościoła, a ludzie poczęli wychodzić. Tymczasem ukryci za chatami i stodołami partyzanci poczęli strzelać do wychodzących, a przez otwarte drzwi klasztoru inni wkroczyli do wnętrza i poczęli mordować tych, którzy klasztoru opuścić już nie mogli. Równocześnie po mieście chodziły grupy partyzantów w towarzystwie niemieckich żołnierzy i mordowały rodziny polskie. W ten sposób zamordowano w Podkamieniu 80 osób, w samym klasztorze zginęło mniej więcej 100 osób, w tym 3 braci zakonnych i Ks. Fiałkowski, proboszcz z Poczajowa. W poniedziałek i we wtorek 13 i 14 marca wywożono klasztoru zrabowane rzeczy. Wywieziono mniej więcej 12 fur i kilkanaście aut rzeczy. Wywozili partyzanci i Niemcy. We wtorek rano tj. 14 marca wójt gminy kazał zbierać trupy i pochować je na cmentarzu we wspólnym grobie. We wtorek popołudniu partyzanci obchodzili domy, legitymowali mieszkających i strzelali do znalezionych Polaków. W ten sposób zginęło 20 osób. W środę 15 powtórzyło się to samo i znowu zginęły 3 osoby. Tego samego dnia wieczorem partyzanci wyjechali do Boratyna [Brody]. 16-go we czwartek niektórzy Ukraińcy weszli do opuszczonego przez partyzantów klasztoru i stwierdzili, że w ołtarzu wielkim pozostał cudowny obraz Matki Boskiej. W zakrystii zrabowano bieliznę kościelną i rozrzucono ornaty. W celach klasztornych i piwnicach leżały liczne trupy mniej więcej 100 osób. Byli to przeważnie starcy, kobiety z małymi dziećmi, chorzy, którzy nie mogli uciec z klasztoru. 16 i 17 marca przyjechali do Podkamienia Niemcy i zakwaterowali się w mieście. O. Wysocki starając się w piątek tj. 17 marca o pozwolenie na wyjazd z Brodów w komendzie niemieckiej przekonał się o wrogim nastawieniu Niemców wobec księdza z klasztoru z powodu stwierdzenia posiadania broni w klasztorze. O. Marek Kras, przeor klasztoru wyjechał do Brodów jeszcze przed powyżej opisanymi wypadkami. Przebywający w klasztorze O. Leon Podgórny z bratem Marcinem wyjechali do Tarnobrzeg, O. Wysocki do Brodów. O. Józef pozostał w Podkamieniu i ukrywa się w domu ukraińskiego mieszczanina.” (55).W klasztorze przebywało około 2400 osób, przeżyło około 700, czyli 1700 osób zostało zamordowanych, niektórzy w bestialski sposób. Ksiądz Stanisław Fijałkowski, który był tęgi, został zakłuty stołowymi widelcami i potem powieszony na stule w ogrodzie klasztoru. Ksiądz ojciec Józef został zakłuty bagnetami. Tych księży znałam osobiście, a ilu jeszcze księży i zakonników pomordowano, tego dokładnie nie wiem. Nie wszyscy Polacy z miasteczka przebywali tej nocy w klasztorze. Ci, którzy zostali w domu, prawie wszyscy zostali wymordowani, np. rodzina Kraftów - troje dzieci, Swietojańscy - cała rodzina. Więcej nazwisk nie mogę podać, gdy z stosunkowo krótko mieszkałam w Podkamieniu, a z relacji babci niewiele zapamiętałam. Podaję tylko to, co wiem i pamiętam. Do domu z klasztoru uciekała Zuzanna Łoźna lat 15. Wpadł tam za nią bandyta. Również kazał się modlić, bo ją zabije. Ona prosiła, żeby jej pozwolił napisać list do matki i braciszka. Pozwolił, a ona napisała mniej więcej tak: "Braciszku ucz się, żebyś nie był taki analfabeta, jak mój kat, który nawet nie umie przeczytać, co piszę". Ten list czytałam osobiście. Pani Łoźna po śmierci Zuzi postradała zmysły. Chodziła po miasteczku i szukała Zuzi. Babcia opowiadała, że jakąś nastolatkę banderowcy zbiorowo zgwałcili, potem obcięli jej piersi, a w krocze wbili litrową butelkę po wódce. /.../ Pogrzeb pomordowanych w Podkamieniu odbył się 15 lub 16 marca. Trudno to nazwać pogrzebem, wszystkie ciała zostały wrzucone do wspólnego dołu. Robili to mieszkańcy Podkamienia, Ukraińcy. Musieli to zrobić, gdyż nastąpiła odwilż, a ciała leżały na ulicach, w klasztorze, w domach. Klasztor znajdował się na górze. Prowadziła do niego stroma uliczka, na której w śniegu leżało wielu zabitych. Jeżdżące sanie sprawiły, że uliczka wyglądała jak czerwona wstęga. Ta wspólna mogiła była na cmentarzu. W dniu pochowku banderowcy zaczaili się na cmentarzu i kto z Polaków udał się na pogrzeb, został zabity. Przed pochowkiem sąsiad babci, Ślusarczuk, zobaczył mnie na podwórku, zawołał i powiedział: "Powiedz ojcu, żeby zrobił jakieś trumny dla swoich, bo jutro będą grzebać wszystkich razem i niech z was nikt nie idzie na pogrzeb, może iść tylko babcia". Powiedziałam mu, że nie wiem, gdzie jest ojciec, a on na to: "Ja ci powiedziałem". Faktycznie ojciec w stajni zbił z desek trzy paki, babcia wynajęła człowieka, który wykopał grób i tylko babcia była na pogrzebie. 24 marca 1944 r wkroczyli Rosjanie, a gdzieś pod koniec marca odbyła się ekshumacja pomordowanych”. (56). „Banda ukraińska grasowała bezkarnie w Podkamieniu w ciąg całych 5 dni. Zjawiła się ona 10 marca w mieście, w którym kwaterował jeszcze wówczas oddział SS-Dywizji-Galizien i dowództwo niemieckie. Niemcy na zjawienie się bandy w mieście nie zareagowali zupełnie a zaraz następnego dnia oficerowie niemieccy i stacjonowany tam oddział SS-Dywizji-Galizien opuścili miasteczko. Banda UPA, której wyraźnie pozostawiono wolną rękę, ściągnęła nowe posiłki, a następnie otoczyła klasztor OO Dominikanów, w którym skupiona była ludność polska, składająca się przeważnie z uchodźców z okolicznych popalonych wsi polskich. Bandyci zażądali wpuszczenia ich do klasztoru, czemu odmówiono. Przez cały dzień 11-go i do południa 12-go marca bandy ostrzeliwały klasztor, lecz Polacy, posiadając kilka karabinów, byliby do ich wdarcia się do środka nie dopuścili. Sytuacja zmieniła się dopiero około godziny 13-ej, kiedy pod Podkamieniem zjawił się oddział niemiecki, wracający z ekspedycji karnej. Dowódca tego oddziału wysłał posłańca do ludności polskiej, zgrupowanej w klasztorze, nakazując jej natychmiast klasztor opuścić pod groźbą bombardowania. Przerażona ludność zaczęła wychodzić za mury i od tej chwili rozpoczęła się rzeź. Bandy ukraińskie pozabijały uciekających, wdarły się do klasztoru i wymordowały bestialsko ludność tam się jeszcze znajdującą. Następnie już wspólnie z Niemcami z przybyłego oddziału, rzucili się na ludność polską w samym miasteczku. Sprawdzano dowody osobiste i każdego Polaka natychmiast zabijano. Mord i rabunek trwał w ciągu całego 13 i 14 marca. Niemcy sprowadzili do Podkamienia aż 200 furmanek i szereg aut ciężarowych, aby wywieźć zrabowane mienie. Klasztor i kościół zostały ograbione doszczętnie. Dopiero 15-go marca wieczorem bandy UPA opuściły miasto, a 16-go marca wróciła normalna komenda niemiecka, która udawała zdziwienie, że takie wypadki zaszły i wyrażała przypuszczenie, że musiała to być banda bolszewicka.” (57). „W Podkamieniu na dziedzińcu klasztoru oo. Dominikanów jest głęboka studnia. Jak podają różne źródła, jej głębokość to w granicach 110 metrów. Kuto ją w litej skale około dwudziestu lat. Dziś ta studnia jest zasypana i zamurowano do niej dojście. Jest grobem niezliczonej ilości ludzi, których tam wrzucili oprawcy Bandery. Dziś nikt nic nie mówi na temat tej studni. W klasztorze było bardzo dużo rodzin polskich, które znalazły tam schronienie. Zawartość tej studni trzeba zbadać i wyjaśnić.” (58) „Zeznaje co następuje: znam b. dobrze Czerniawskiego Władysława jak również i jego rodzinę. Ojciec w/w miał sklep rzeźniczy w Podkamieniu, pow. Brody. Czerniawski Władysław jest pochodzenia ukraińskiego. W Brodach kończył gimnazjum, a następnie we Lwowie kończył uniwersytet. Po wkroczeniu Niemców w roku 1942 był organizatorem morderczej bandy ukraińskiej. Bandę tę organizował u swojego teścia nazwiskiem Rajke, który mieszkał na przysiółku Czernic, folwark Antonówka, gm. Podkamień, pow. Brody. Wiadome jest mi, że Czerniawski Władysław był dowódcą, a zarazem sędzią tej bandy. On sam wydawał wyroki śmierci na Polaków wraz ze swoim teściem Rajke, który był prokuratorem w tej bandzie. /.../ Dnia 12 marca 1944 roku w Podkamieniu, pow. Brody był klasztor dominikański im. Gota-Różańcowa, w którym ukryło się około 3 tys. Polaków z gminy Podkamień przed banderowcami. W dniu wspomnianym, tj. 12 marca 1944 r. Czerniawski Władysław wraz ze swoim teściem na czele bandy, oraz z oficerami SS, zrobili akcję w trakcie której wymordowano około 500 osób, fakt ten ja sam widziałem na własne oczy. Następnie w tym samym dniu w wsi Palikrowy pow. Brody wymordowano 385 Polaków. W dniach od 12-15 marca w bojach ulicznych w Podkamieniu wymordowano 78 osób. W dniu 15 marca o godzinie 13.00 zaprzestał morderstw Czerniawski Władysław i wraz z Niemcami ze swoją bandą wycofał się na zachód. Po ucieczce Czerniawskiego Władysława w miejscowości Czernica, pow. Brody więcej już o nim nie słyszałem. Na tym kończę swoje zeznanie. Protokół był mi w całości przeczytany i zgodność z powyższym stwierdzam własnoręcznym podpisem.” (59) W rzeczywistości na imię miał Włodzimierz, po wojnie został rozpoznany w Polsce i jako Włodzimierz Czerniawski w 1947 roku stanął przed sądem w Katowicach. Został skazany na karę śmierci.  

 

  1. We wsi Wierzbowiec pow. Trembowla: „Warto również wspomnieć, że 4 km na zachód od Budzanowa we wsi Wierzbowiec w kościele św. Stanisława w dniu 18/19 marca 1944 roku w wyniku napadu UPA zamordowano 56 Polaków.” (60)

 

  1. 25 marca 1944 r., we wsi Szeszory pow. Kosów Huculski podczas nocnego napadu banderowcy spalili większość gospodarstw polskich i kościół oraz zamordowali 102 Polaków, w tym 36 Polaków spalili żywcem w kościele. „Cmentarza i mogił, gdzie pochowano pomordowanych Polaków już nie ma, został całkowicie zdewastowany, a w tym miejscu jest pastwisko dla bydła”. (61)

 

  1. 26 marca 1944 roku we wsi Rakowiec pow. Lwów 38 banderowców na koniach napadło na Polaków podczas mszy w kościele, zastrzelili kilku Polaków na chórze a resztę wiernych wypędzili na zewnątrz. Ustawili ich w trójki i skierowali w stronę lasu. Podczas próby ucieczki zastrzeli 5 Polaków, w tym matkę z dzieckiem. Na leśnej polanie drogę zastąpił im ksiądz greckokatolicki Bereziuk z Polany, sołtys, Ukrainiec, oraz miejscowi Ukraińcy, wstawiając się za Polakami. Banderowcy zwolnili Polaków biorąc okup w pieniądzach, koniach, saniach i żywności; ocalonych zostało około 90 Polaków. (62) „Ojciec Zygmunta Jana Borcza (urodzonego w 1931 roku) był kierownikiem szkoły w Rakowcu, położonym 20 km od Lwowa. „W Niedzielę Palmową w 1944 roku [pomyłka świadka; zajścia, o których opowiada, miały miejsce 26 marca 1944 roku, czyli tydzień przed Niedzielą Palmową] poszedłem na sumę do kościoła. /…/ Ojciec został z bratem w szkole, obudziły ich strzały. Pod oknem stał człowiek z automatem i strzelał do uciekających z kościoła ludzi. Uciekli od razu do lasu. Ja byłem w kościele, w zakrystii. Ksiądz [Błażej Jurasz] mówił kazanie i nagle zrobiło się cicho. Widzę, jak ksiądz biegnie z ambony do zakrystii. Odryglował drzwi na zewnątrz, a ja za księdzem. I tam stał na śniegu Ukrainiec i strzelił do księdza. Ksiądz się wywrócił. Potem dowiedziałem się, że ksiądz został ranny. Kościelny złapał mnie za kołnierz i wrzucił z powrotem do zakrystii. Pytam się kościelnego: »Co się z nami stanie?«. A on mówi: »Nic. Zarżną nas«. Zobaczyłem, że za ołtarzem jest dziura, w której schowali się ludzie, ja już się nie zmieściłem. Ukraińcy stali przed głównym wejściem za oszklonymi drzwiami z karabinami wymierzonymi w ludzi, którzy leżeli na podłodze. Kobiety nosiły wtedy takie duże chusty i wszystko leżało na ziemi. W tym momencie zobaczyłem, że z chóru ludzie wchodzą jeszcze wyżej. Rozpędziłem się, wbiegłem do przedsionku, gdzie stali Ukraińcy, i otworzyłem drzwi na chór. Poleciałem do góry. A tam już wciągali drabinę i krzyczeli: »Wciągać drabinę, bo banderowcy lecą za nim!«. Ktoś jednak opuścił mi drabinę. Podskoczyłem, złapałem się, wciągnęli mnie wyżej. W taki sposób znalazłem się na strychu. Ludzie chowali się na belkach. Byłem za mały, aby się wspiąć. Zauważyłem szczelinę między połacią dachową, wszedłem w nią i podszedłem aż pod sam ołtarz. Był tam jeszcze chłopak, który umiał po ukraińsku. Ukraińcy weszli na górę i strzelali do ludzi. Słychać było strzał i pac! – uderzenie ciała o ziemię. Świecili latarkami i chcieli wejść, a trzeba było tam wejść na brzuchu. I ten chłopak mówi po ukraińsku: »Mamy noże, to gardła wam poderżniemy«”. I nie weszli. W kościele, po tych krzykach i wrzaskach, zrobiła się cisza. Po jakimś czasie, nie wiem jak długim, usłyszeliśmy wołanie jakieś pani: »Już nie ma Ukraińców, poszli do lasu z ludźmi«”. (63)

 

  1. W marcu 1944 roku we wsi Bruckenthal pow. Rawa Ruska policjanci ukraińscy przebrani w mundury niemieckie, upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi wymordowali 230 osób: około 45 rodzin polskich, tj. około 180 Polaków, oraz 10 rodzin niemieckich, tj. około 50 Niemców. Około 100 osób spalili w kościele i około 100 osób w budynkach. W tej wsi Polacy i Niemcy żyli w sąsiedzkiej przyjaźni. (64) „W sukurs umundurowanym bandytom przyszły liczne zastępy mołojców z Domaszkowa, Sałaszy i Chlewczan. Ci byli uzbrojeni w widły, siekiery i noże. Zaczęły płonąć pierwsze domy. Wśród zabudowań uwijali się podpalacze i gromady chłopów ukraińskich, grabiąc co się tylko dało. Ulicami, w stronę kościoła, szły tłumy ludzi, otoczone i popędzane przez gromadę żądnych krwi bandytów. Inni buszowali po piwnicach i strychach wywlekając stamtąd ukrytych mieszkańców, pastwiąc się nad nimi i gwałcąc kobiety i dziewczęta. /.../ Zabijano więc w płonących domach, na podwórzach i ulicach, zarzynano dzieci i kobiety, żywcem wrzucano w rozszalały ogień gorejących stodół i szop. W kościele już nie mieścili się skazańcy. Zabijano więc na miejscu. /.../ Największą męczarnię przeżyli ci, których wrzucono do najgłębszej studni Bromerga. Konali tam przez kilka dni. Szczelnie wypełniony ludźmi kościół zamknięto. Na jego drewniane ściany i gontowy dach rzucono butelki z benzyną. Cała budowla stanęła w płomieniach. Jęki i lament żywcem palonych ludzi budził grozę”. (65)

 

  1. W marcu 1944 r., we wsi Lutowiska pow. Lesko banderowcy wrzucili granaty do kościoła podczas mszy zabijając 15 Polaków. (66)

 

  1. We wsi Rybno pow. Kosów Huculski banderwcy wymordowali 36 Polaków, osoby starsze zakłute zostały nożami, dzieciom roztrzaskiwano głowy; „część ofiar została zamordowana i spalona w miejscowym kościele parafialnym”. (67)

 

  1. We wsi Stefanówka pow. Kałusz banderowcy wdarli się do kościoła, w którym schroniła się ludność polska i wymordowali 250 – 300 Polaków. (68)

 

  1. Nocą z 31 marca na 1 kwietnia 1944 roku (inni podają datę z 1 na 2 kwietnia) we wsi Dołha Wojniłowska –Ziemianka pow. Kałusz: „ Z wypowiedzi mojej nieżyjącej już matki wynika, że na początku kwietnia (1 - 4?) 1944r w wieczornych godzinach, widząc z oddali palący się kościół w Ziemiance, którego proboszczem był ks. Błażej Czuba, ojciec mój udał się tam chcąc zobaczyć co tam się dzieje. Do domu już nie powrócił. Z wypowiedzi świadków tego wydarzenia wynikało, że kościół ten wraz ze zgromadzonymi tam Polakami i proboszczem został podpalony przez bandę UPA i tam też najprawdopodobniej został pochwycony i zamordowany mój ojciec” (69). „W nocy z 1 na 2 kwietnia 1944 r., a była to palmowa niedziela 1944 r., liczna banda UPA otoczyła kościół i plebanie oraz większość polskich zagród. Podpalili je, oblewając naftą lub benzyną, a kto próbował uciekać do tego strzelano z karabinów. /.../ Po napadzie nie było komu pochować pomordowanych. Ci, którzy ocaleli bali się zbliżać do swoich domostw. Zwłoki pomordowanych pozostały w miejscach śmierci, rozciągnięte przez dzikie ptactwo i psy. Wszystkie polskie domy zostały spalone, a ślady po nich zrównane z ziemią. Dziś, po 50 latach od tych tragicznych wydarzeń, w tych miejscach stoją nowe domy pobudowane przez Ukraińców. Po pomordowanych nie ma żadnego śladu, żadnego grobu czy krzyża w miejscu pogrzebania. Nawet stary cmentarz został starty z powierzchni ziemi. Coś wewnątrz nas krzyczy i podpowiada: Przecież świat nie wie o tym co się stało w nocy z 1 na 2 kwietnia 1944 r. we wsi Dołha Wojniłowska? Boże! Czy sprawiedliwość Twoja dosięgnie tych morderców?” (70). Gdy miał 13 lat, matka z rodzeństwem uciekła z Ziemianki na Łukowiec do swojej siostry ok. 18 km. Siostra mamy była żoną Andrzeja Kosiora. Ojciec pozostał aby pilnować gospodarki. Gdy Ukraińcy zaatakowali Ziemiankę stracił życie razem z wieloma mieszkańcami wsi, którzy schronili się w kościele i na plebanii. Banderowcy spalili kościół i plebanię z ludźmi w środku. /.../ Po spaleniu kościoła i plebani jedyną uratowaną osobą był Kata Franciszek. Mój ojciec Stanisław w czasie pożaru plebanii i kościoła próbował ratować ludzi, Kacie Frankowi, Magiereckiemu Bolkowi i jeszcze trzeciemu chłopakowi pomógł wydostać się na dach płonącego kościoła. Dwóch chłopców Ukraińcy na tym dachu zabili strzelając do nich, a Katę postrzelili licząc że śmiertelnie. Kościół się palił i wydawało się że nikt nie wyjdzie z tego pogromu żywy. Kata pod osłoną nocy po rynnie, poraniony zsunął się i jakimś cudem dotarł na Łukowiec. On jeden uratował się z pogromu”. (71) W tym dniu UPA zamordowała 99 osób, w tym 61 dzieci. Ksiądz Błażej Czuba został wrzucony w płomienie i spalony. Zabytkowy kościół z modrzewiowego drzewa upowcy zniszczyli. Obrabowali wnętrze kościoła, kielichy ukradli, Najświętszy Sakrament i komunikanty rozsypali po podłodze, zgarnęli szaty liturgiczne, z których później rodziny terrorystów OUN-UPA szyły sobie bieliznę. Kościół doszczętnie splądrowano i spalono. 

 

  1. 7 kwietnia 1944 roku we wsi Buszcze pow. Brzeżany, Stanisław Stadnicki pisze:„W Buszczu pozostało jeszcze kilku polskich mieszkańców. Nie mieszkali oni jednak już w swoich domach, ale w kościele, do którego wchodzili przez zakrystię. Główna brama została zaryglowana i dobrze zabezpieczona. Za nią ułożono ławki utrudniając dostanie się do wnętrza świątyni. /.../ Banderowcy zaatakowali kościół w marcu 1944 roku, dwa miesiące po tym, jak dokonali w Buszczu pierwszych mordów. Polacy dysponowali jednym karabinem Mauzer, butelkami z łatwopalnym płynem, granatami i kamieniami. Pierwszy atak został bardzo szybko odparty. Drugi nastąpił kilka dni później około północy i skupił się na ostrzale wieży kościelnej. Uniemożliwiło to obronę placu przykościelnego. Dzięki temu Ukraińcom udało się wysadzić bramę i wyrwać ją z zawiasów. Według jednego ze świadków tamtych wydarzeń ten wybuch był tak silny, że deski z wyrwanej bramy doleciały aż do ołtarza kościelnego (30 metrów). Oprawcy chcieli natychmiast wedrzeć się do środka świątyni. Jeden z braci Zamojskich, który przebywał na wieży szybko zbiegł na dół. Kryjąc się przed gradem kul zdołał w biegających banderowców rzucić granatem. Ukraińcy padli martwi. Ostrzał kościoła trwał jednak jeszcze do godziny trzeciej w nocy. Polacy obronili się. Świątynia ocalała, ale spaliły się wszystkie zabudowania w jej pobliżu. /.../ Po drugim, marcowym ataku na Polaków ukrywających się w buszczeckim kościele przyszedł kolejny atak. Tym razem w Wielki Piątek, 7 kwietnia 1944 roku. Tego dnia podpalono wszystkie polskie zabudowania Buszcza. Podpalano także wszystkie żywe zwierzęta. Ich przerażający krzyk słychać było w najdalszych zakątkach miejscowości. Wtedy w Buszczu musiało pozostać już niewielu Polaków. W sobotę 8 kwietnia kolejny raz podpalono kościół oraz plebanię. Spalił się drewniany dach kościoła, dwie wieże, a ogień stopił dwa dzwony. Przetrwały tylko potężne mury mające około 2 metry grubości. Później okazało się, że cudem ocalał znajdujący się nadal w środku obraz Matki Boskiej. Świadkowie, którzy widzieli kościół po tym, jak ten został podpalony wspominają, że ogień dotarł w miejsce, w którym wisiał cudowny obraz. Nadpalona została jego rama, ale wizerunek Matki Boskiej dziwnym trafem pozostał nienaruszony. /.../ Dziś w okolicy Buszcza po większości grobów pomordowanych Polaków nie ma już śladów. Groby polskich kapłanów zostały zbezczeszczone. /.../ Pewne wydarzenie jakie rozegrało się na wschodzie w 1975 roku może dowodzić, że w 1944 roku nie wszystko zostało uratowane z Buszczeckiego kościoła. Wtedy grupa elegancko ubranych Polaków prawdopodobnie z okolic Krakowa udała się do spalonego kościoła w Buszczu. Świadek tamtych wydarzeń - Ukrainiec, który podglądał, co dzieje się wewnątrz świątyni zeznał, że Polacy rozbili ocalały ołtarz. Znaleźli wewnątrz złote naczynia liturgiczne. Wiadomo, jednak czego tak naprawdę szukali. W buszczeckim kościele znajdowała się tajna skrytka, której miejsce znane było tylko proboszczowi. W jej wnętrzu przechowywano złote, bezcenne figurki 12 apostołów. Figurki te były wystawiane tylko jeden, jedyny raz w roku. Umierając ks. Zając zabrał ze sobą do grobu tajemnicę ukrycia tych skarbów.” (72) Bartłomiej Taran podaje: „Piszę do państwa zwracając się równocześnie o pomoc w ustaleniu faktów dotyczących rzezi w wiosce mojego dziadka Mieczysława Dudzińskiego. Pochodził on z miejscowości Buszcze w dawnym województwie Tarnopolskim. W tej chwili dziadziu nie żyje 16 lat. Opieram się na przekazie babci i mojej mamy, którym on opowiadał co się tam działo. Z tego przekazu wynika, że pradziadkowie Michał Dudziński i Anna Dudzińska z domu Bartek, posiadali duże gospodarstwo rolne. Dziadek miał dwóch braci: starszy brat Józef (miał żonę - która zginęła w pogromach) oraz nieznanego z imienia najmłodszego brata (zamordowany przez UPA w trakcie czystki, przebito go bagnetami gdy się ukrywał). Wraz z bratem Józefem w trakcie ucieczki rozdzielili się i nigdy więcej się nie spotkali, a próby odszukania przez różne instytucje spełzły na niczym. Pradziadkowie wraz z większością Polaków zamieszkujących wioskę zostali zaprowadzeni do miejscowego kościoła, gdzie spłonęli po podpaleniu tegoż kościoła. Z posiadanych wiadomości dokładam fakt, że dziadziu był artylerzystą w trakcie obrony Lwowa (1939 rok)”. (73) Z relacji świadków wynika, że były trzy napady na Buszcze: 23 stycznia, w marcu oraz 7 i 8 kwietnia 1944 roku. Prawdopodobnie 8 kwietnia została spędzona do kościoła ocalała z poprzednich napadów niewielka grupa Polaków i spalona razem z kościołem. 

 

  1. We wsi Komarów pow. Sokal: „Trzeci, największy napad miał miejsce w Poniedziałek Wielkanocny przypadający według łacińskiego (gregoriańskiego) kalendarza na 11 kwietnia 1944 r. Tym razem celem ataku byli wierni zgromadzeni na nabożeństwie w kościele, wzorem wołyńskiej krwawej niedzieli. Budynek podpalono, po czym partyzanci UPA zostali przepędzeni ze wsi przez żołnierzy polskiej samoobrony. Mimo podjętej natychmiast akcji ratunkowej, zginęło 31 osób, głównie w wyniku zaczadzenia, a kościół uległ całkowitemu zniszczeniu.” (74)

 

  1. Około Wielkanocy 1944 roku, w miejscowości Olesk pow. Złoczów: „Klasztor w Olesku spalony, zakonnicy wymordowani, z Żydów, których tam umieściliśmy ubiegłej jesieni, uratował się zaledwie jeden. (…) zobaczyłem na wpół zwęglonych ojców, wuja Micheasza, ciotecznego brata Aarona, którego powiesili w kruchcie na krzyżu, gwoździami przybili ręce i nogi, a bok przedziurawili, klęczącego furtiana, podpartego z przodu i z tyłu ławkami i trzymającego w złożonych jak do modlitwy pacierza rękach własną głowę, Dawida bez rąk i nóg. (...) to hiwisi wspólnie z wyrostkami z Zatorzec, wśród których był syn popa, spalili klasztor. Podobno pop wyklął syna i przypłacił to życiem. Hiwisi powiesili go w ogrodzie”. (75)

 

  1. 16 kwietnia 1944 roku we wsi Petlikowce Stare pow. Buczacz dwóch esesmanów ukraińskich z SS „Galizien” oraz trzech upowców zastrzeliło wewnątrz kościoła 5 Polaków, w tym siostrę zakonną Beatę Kogut oraz chłopców lat 13 i 15. Ciężko poranili siostrę zakonną Kryspinę Walerię Cnotę, którą uratowali przejeżdżający żołnierze niemieccy zabierając ja do wojskowego szpitala polowego. (76)

 

  1. W kwietniu 1944 roku we wsi Dmytrów pow. Radziechów „partyzanci ukraińscy” nie mogąc dostać się do kościoła, gdzie schroniła się ludność, oblali go naftą i podpalili, w płomieniach żywcem spaliło się 120 Polaków. (77)

 

  1. W kwietniu 1944 roku we wsi Witków Nowy pow. Radziechów banderowcy spalili kościół oraz w środku kilku Polaków, w tym Stanisława Sobieckiego. (78)

 

  1. W kwietniu 1944 roku we wsi Żurów pow. Rohatyn banderowcy zamordowali 51 Polaków, w tym nieznaną liczbę spalili żywcem w kościele. 18 sierpnia 2009 roku Rada Obwodu Tarnopolskiego przyjęła uchwałę, w której domaga się od Polski „oficjalnych przeprosin za czystki etniczne dokonywane przez Armię Krajową w latach II wojny światowej na etnicznych ziemiach ukraińskich”. Gazeta.pl. w tej sprawie napisała, że Rada skrytykowała uchwałę polskiego Sejmu, gdyż „narodowowyzwoleńczą walkę OUN-UPA zakwalifikowano, jako czystki etniczne, a odwieczne ukraińskie ziemie Wołynia, jako kresy wschodnie. Dlatego wymieniona uchwała polskiego Sejmu nie odpowiada prawdzie historycznej i może być traktowana, jako zamach na integralność terytorialną Ukrainy”. (79). Pod tekstem wypowiedział się internauta o nicku „grba”: „Pojechałem kiedyś do Opola, zaparkowałem przed Uniwersytetem i pieszo poszedłem na spotkanie, a że miałem trochę czasu zajrzałem po drodze na Rynek, a tam Ukraińcy ze Stanisławowa czyli obecnego Iwano-Frankowska. Zatrzymałem się przed jednym ze stoisk z turystycznymi przewodnikami, mapami i zobaczyłem cztery piękne, zgrabne i długonogie dziewczyny w ukraińskich strojach ludowych, którymi dyrygowała ruda dama odziana w fantazyjny żakiet prezentująca dorodne ciało z bujnym biustem. Na stoisku leżała mapa. Spojrzałem i zauważyłem, że jest bardzo dokładna, bo znalazłem wieś Żurów w powiecie rohatyńskim w dawnym województwie stanisławowskim, w którym mieszkała moja prababka, moja ciotka… Popukałem palcem i mówię do rudej damy - Tutaj mieszkała moja rodzina. A ta mapę zaczęła zwijać w rulon i mówi – Proszę, to dla pana. - Nie dziękuję, jeszcze ktoś ją zobaczy i zacznie się męka „utraconej ojczyzny”. Mam ochotę zapytać tych z Tarnopola, bo może wiedzą, kto dowodził oddziałami UPA napadającymi na ów Żurów w 1943 i 1944 roku i dlaczego musieli podpalić kościół wraz z ludźmi...” (80). Sz. Siekierka. H. Komański i E. Różański dokumentując morderstwa dokonane na Polakach we wsi Żurów pow. Rohatyn (woj.. stanisławowskie) nie wymieniają faktu spalenia kościoła z ludźmi. Podają, że w styczniu 1944 roku banderowcy zamordowali 8 Polaków NN, mieszkańców osiedla Wierzbica oraz w kwietniu 1944 roku zamordowali 51 Polaków NN, mieszkańców wsi Żurów. (81)

 

  1. Nocą z 9 na 10 maja 1944 r., we wsi Derżów pow. Żydaczów banderowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali ponad 100 Polaków; w tym w kościele 3 siostry zakonne szarytki oraz 20 innych Polaków, spalili wnętrze kościoła i dach. (82) Grzegorz Motyka dokonuje konfrontacji dokumentu polskiego z ukraińskim. „W polskim czytamy: „banda wymordowała 65 osób, przeważnie starców, kobiety i dzieci. Mężczyźni bronili się zabijając 2 napastników. /.../ Około 20 osób i 3 siostry zakonne zamordowano w kościele, przy czym spalono całe urządzenie wewnętrzne kościoła”, w ukraińskim zaś: „Grupa Jawora z miejscowej powiatowej bojówki okrążyła wieś Derżów, w której żyło wielu Polaków, żeby rozpocząć czystkę polskiego elementu. Polacy zaczęli uciekać do kościoła i tam się zamknęli. Inni siedzieli po domach, ciężko było dostać się do środka. Z tego powodu zaczęto palić chaty, jak również spalono kościół, gdzie zamknęli się Polacy i nie można było ich wziąć żywcem. Do uciekających Polaków strzelano./.../, padło też kilku Ukraińców, którzy uciekali z Polakami. Podczas akcji zastrzelono 60 Polaków”. Kolejnych szesnastu Polaków z Derżowa banderowcy zabili w pobliskim lesie, gdzie próbowali się schronić”. (83)

 

  1. 22 maja 1944 roku we wsi Bryńce Zagórne pow. Bóbrka banderowcy oraz miejscowi Ukraińcy i z wiosek okolicznych spalili wieś i kościół parafialny oraz wymordowali 145 Polaków, 25 zostało rannych i poparzonych. Wieś ta opisywana też jest jako Brzezina. (84) Aleksander Korman podaje: „w jednej z polskich wsi koło Bóbrki, w lecie roku 1944, wnętrze kościoła znajdowało się całe we krwi ludzkiej. Ludność polska, która się tam schroniła, została okrutnie wymordowana”. (85) Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz podaje, że we wsi Brzezina koło Chodorowa miasta pow. Bóbrka: Spalono ludzi w kościele a resztę wystrzelano, szczegółów brak.” (86) IPN Wrocław informuje o śledztwie dotyczącym wsi Brzezina pow. Bóbrka, gdzie w 1944 roku „nacjonaliści Ukraińcy wymordowali ludność polską, którą zapędzili do miejscowego kościoła, a następnie żywcem spalili”. (87)

 

  1. We wsi Stara Sól pow. Sambor: „W maju 1944 r. spalono w kościele 14 rodzin NN (prawdopodobnie 14 x 4 = 56 osób, co najmniej).” (88)

 

  1. W czerwcu 1944 roku we wsi Hoczew pow. Lesko upowcy wrzucili podczas mszy do kościoła granaty zabijając 10 Polaków (inni: 8 Polaków). (89)

 

  1. 23 października 1944 roku we wsi Trójca pow. Śniatyn upowcy z sotni „Rizuna” spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 116 Polaków (głównie kobiety i dzieci, ponieważ mężczyźni byli powołani do WP), 1 Żydówkę, którą ukrywali Polacy oraz 9 Ukraińców. „Widziałem leżącego w przydrożnym rowie mojego kolegę, którego imienia i nazwiska nie pamiętam. Leżał na plecach. W twarz miał wbitą siekierę. Był w moim wieku, miał 10 lat. Widziałem także na drodze klęczącą nago 18-letnią dziewczynę, mieszkankę Trójcy. Nazwiska jej nie pamiętam. Nie żyła, ale trwała w pozycji klęczącej. Miała wyłupione oczy oraz zerwaną skórę z piersi i obu rąk od łokci do dłoni. /.../ Przed kościołem widziałem zwłoki kilkudziesięciu osób. Zostały zamordowane siekierami, nożami, łomami i innymi twardymi narzędziami. Nie byli zastrzeleni. Widziałem w wózku dziecięcym zamordowana 2-letnią dziewczynkę, córkę Grubińskich, która miała wbity w brzuch nóż. Po wejściu do kościoła zobaczyliśmy również wiele ciał zamordowanych ludzi. Dorośli mówili, że ci w kościele zginęli od granatów wrzucanych do środka przez bandytów. Zamknęli się przed atakującymi. Uciekłem z tego kościoła, gdyż widok porozrywanych ciał był straszny. Te widoki były tak straszne, że przez wiele lat śniły mi się ciała pomordowanych i pościg bandytów za nami i noc w noc budziłem się zlany potem”. (90)

 

  1. W grudniu 1944 roku, we wsi Tudorów pow. Kopyczyńce banderowcy wymordowali w kościele 40 Polaków, mieszkańców wsi, a potem spalili ich ciała. (91)

 

  1. W 1944 roku we wsi Stańkowa pow. Kałusz banderowcy zamordowali ponad 206 Polaków: w kościele ponad 200 Polaków, w tym uciekinierów z innych okolicznych wiosek, a ciała ich spalili razem z kościołem; oraz we wsi 6-osobową rodzinę. (92)

 

  1. 26 stycznia 1945 r., we wsi Majdan pow. Kopyczyńce upowcy podczas drugiego napadu (w marcu 1944 roku zamordowali tutaj 35 Polaków), obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 118 Polaków, głownie kobiety, dzieci i starców. Świadek Józef Ciemny: „Drugi napad, o wiele groźniejszy w skutkach, miał miejsce nocą 26 stycznia 1945 r. Wzięło w nim udział znacznie więcej banderowców i został on dokładnie zorganizowany. Napastnicy nie ominęli tym razem kościoła, gdzie zgromadziło się wielu mieszkańców. Dokonali tam masakry kilkudziesięciu osób. Część ludzi znajdowała się na strychu i chórze. Masywne drzwi były zaryglowane. Napastnicy po ich wyłamaniu zaczęli wrzucać do wnętrza granaty oraz strzelać. /.../ Na chórze wraz z księdzem Wojciechem Rogowskim, ukrytych było kilkanaście osób. Banderowcy nie mogli się tam dostać. Zaczęli więc wołać, aby wszyscy zeszli, że nie uczynią nikomu krzywdy. Zagrozili też podpaleniem kościoła. Ludzie początkowo się wahali, ale za przykładem księdza skakali z góry na rozłożone poduszki i pierzyny. Niektórzy spuścili się na sznurach zwiniętych z prześcieradeł. Kiedy wszyscy opuścili chór, banderowcy pozwolili wyjść na zewnątrz. Jedni przepuszczali, ale drudzy po chwili mordowali. Księdzu Rogowskiemu pozwolono wyjść i kiedy dochodził do plebani, któryś z morderców trzema strzałami ciężko go ranił. Żył jeszcze kilka godzin, umarł z upływu krwi. Wewnątrz kościoła zginęli: Paweł Ciemny z żoną Jadwigą, którą zarąbała siekierą Ukrainka Katarzyna Tytor. Ona też zarąbała siekierą Stanisławę Żywinę, żonę Mikołaja oraz Michalinę Żywinę, żonę Jana i jego synka z pierwszego małżeństwa. W kościele zostali także zamordowani: Michał Towarnicki z żoną Anną i córeczką, Anna Nowacka z córką, Franciszek Dżumyk i Leon Żywina. Obok kościoła ukraińscy rezuni zatrzymali ojca Grzegorza Ciemnego, ściągnęli z niego odzież, buty i zarąbali siekierą. Obok mego ojca leżał Jan Czarnecki, który zginął w podobny sposób. Na plebani banderowcy zastrzelili moich stryjów: Mikołaja Ciemnego, Filipa Ciemnego i Jana Ciemnego, razem z żoną i córką.” (93) Świadek Jan Kinal: „W tę pamiętną noc na własne oczy widziałem zwierzęcą rozprawę banderowców z mieszkańcami wsi. Krzyczeli ludzie, ryczało bydło. W powietrzu unosił się zapach ludzkiej krwi i pogorzelisk. Ludzie schronili się w kościele, ale to nie powstrzymało bandytów. Wrzucili do środka kilka granatów, weszli od strony ołtarza, wyciągali ludzi i na miejscu zarąbywali siekierami. Widziałem jak bandyci wrzucali do ognia żywych mieszkańców: Dombę i Katarzynę Żabielską. W kościele zabili H. Towarnicką z 4-letnim dzieckiem oraz 65-letnią Bocian z trzema wnukami.” (94) Dionizy Polański: „Z relacji świadków wynika, że w mordowaniu brała udział także grupa ukraińskich dziewcząt i kobiet przebrana w męskie ubrania. W tym dniu zginęło w kościele 118 osób, a 58 osób zostało zamordowanych na terenie wsi, w spalonych budynkach i została zastrzelona na polach podczas ucieczki. Ogółem zginęło 178 osób”. (95)

 

  1. Nocą z 2 na 3 lutego 1945 roku na miasteczko Czerwonogród pow. Zaleszczyki napadło kilka sotni UPA; Polacy podjęli obronę. Zginęło, bądź zostało zamordowanych 65 Polaków, 20 zostało rannych, z których część potem zmarła. Świadek siostra zakonna Władysława: „Po chwili poszukiwań napastnicy przystąpili do rąbania drzwi od zakrystii. Tam znajdowała się siostra przełożona z drugą siostrą. Gdy weszli do środka, zaczęli się odgrażać, że, jako Lachy, będą spalone. Zmuszono siostrę przełożoną, by powiedziała, gdzie są dzieci. Bito ją. Naniesiono słomy do kaplicy i podpalono ją, ale na szczęście słoma była mokra i tylko tliła się unosząc po kaplicy smugi dymu. Po tym wyprowadzono obie siostry na parter. Słyszałam cztery strzały, które, jak później zobaczyłam, zmasakrowały głowę i twarz siostry Klary Linowskiej, a siostrze B. Bronikowskiej wbito w plecy nóż. Gdy opuszczałyśmy klasztor, aby zejść do Czerwonogrodu, zauważono naszą gromadkę z Nagórzan. Gdy zeszłyśmy, powitali nas ludzie, donosząc o śmierci księdza kanonika Jurasza”. (96)

 

  1. We wsi Okopy Świętej Trójcy pow. Borszczów: „W mocno już zrujnowanej fortecy bronił się jeszcze Kazimierz Pułaski w marcu 1769 roku z 320 konfederatami przed rosyjską dywizją generała Ismaiłowa liczącą około 4 tysiące ludzi. Po kilku godzinach ciężkich walk konfederaci stracili ponad dwustu ludzi i forteca padła. Ci z polskiej załogi, którzy przeżyli, uratowali się, uciekając do rzeki i przedostając na turecki brzeg. Część obrońców nie zdążyła uciec i schroniła się w murach kościoła Świętej Trójcy. Wszyscy oni zostali wymordowani przez Rosjan. Po 1920 roku Okopy znów znalazły się w granicach państwa polskiego jako miejscowość graniczna z ZSRR i była tam okazała strażnica Korpusu Ochrony Pogranicza. Pod koniec II wojny światowej tę zamieszkaną w większości przez Polaków miejscowość zaatakował oddział UPA, dokonując rzezi jej mieszkańców. Także wtedy część ludzi uratowała się, uciekając do rzeki, a pewna ich ilość schroniła się w kościele. Powtórzyła się wówczas tragedia z 1769 roku, gdyż znów w kościelnych murach wymordowano wszystkich, którzy się tam znajdowali. /.../ Dziś Okopy, bo taką nazwę nosi teraz to miejsce, są małą i bardzo biedną wsią, w której z dawnej twierdzy pozostały tylko dwie kamienne bramy, ruina bastionu nad Zbruczem i ruina będącego świadkiem wspomnianych tragedii kościoła pod wezwaniem Świętej Trójcy”.(97). Było to prawdopodobnie w marcu 1945 roku, gdy UPA wymordowała ostatnich przebywających tam Polaków.

 

Wymienionych wyżej 58 kościołów, w których mordowana była ludność polska, na pewno nie dokumentuje wszystkich takich przypadków.

28 marca 1943 roku, w niedzielę, „powstańcy ukraińscy” dokonują napadu na kilkanaście polskich wsi. W każdej z tych miejscowości mordowani byli Polacy, często liczba ofiar nie jest znana. Jest bardzo prawdopodobne, że Polacy ginęli podczas nabożeństw, albo po ukryciu się w świątyni. W wielu przypadkach nie ocalał żaden świadek. Z tych, gdzie nieliczni zdołali uciec, nikt do zniszczonej  wsi już nie wrócił i wiadomo tylko, że kościół także został spalony. Tak było m.in. w kol. Annowola pow. Kostopol.

Nocą z 22 na 23 kwietnia (z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek) w osadzie Janowa Dolina pow. Kostopol upowcy oraz okoliczni Ukraińcy (w tym dzieci i kobiety) dokonali rzezi ponad tysiąc Polaków, spalili około 100 domów i kaplicę pw. Chrystusa Zbawiciela. Mordów dokonywali siekierami, widłami, przywiązywali do drzew i podpalali, palili żywcem w domach itp. Prawdopodobnie kilka osób zginęło w kaplicy.

Jak podaje Grzegorz Naumowicz, we wsi Chołoniewicze pow. Łuck: „1943 rok, parafia Chłonowiec koło Deraźnego (pow. Kostopol – przypis S. Ż.). Ludność polską spędzono do kościoła, zamknięto i podpalono. Wszyscy zginęli przez bulbowców. 1943 r. kwiecień”. (98). Siemaszko..., s. 618 – 619 stwierdzają, że 28 marca 1943 roku, w niedzielę, napad planowała bojówka UPA Stacha”, ale dzięki ostrzeżeniu Ukraińca Hrycia do kościoła poszło tylko kilka starszych osób i upowcy z napadu zrezygnowali, zamordowali 3 osoby z rodziny Płacherskiego i odeszli. W kwietniu zamordowali 5 przebywających tutaj polskich rodzin liczących 18 osób. Nie podają, czy mord ten miał miejsce w kościele. 

W czerwcu 1943 roku we wsi Ostrożec pow. Dubno „na terenie kaplicy miało miejsce starcie polsko-ukraińskie”. Była to murowana kaplica z 1934 roku należąca do parafii w Jałowiczach.

W wielu opracowaniach pojawia się informacja, że 11 lipca 1943 roku nacjonaliści ukraińscy mordowali ludność polską zgromadzoną na nabożeństwach w kościołach. We wsi Swojczów pow. Włodzimierz Wołyński upowcy o świcie 31 sierpnia dokonali napadu mordując co najmniej 96 Polaków. Ukraińcy zniszczyli też przy pomocy dynamitu kościół parafialny pw. Narodzenia NMP z 1797 roku. Pierwsze dwie próby były nieudane, dopiero, gdy na uwagę jednego Ukraińca z ołtarza usunięty został cudami słynący obraz Matki Boskiej Swojczowskiej, trzecia próba spowodowała zniszczenie kościoła. Edward Prus w książce: „UPA Armia powstańcza czy kurenie rizunów” podaje: „11 lipca 1943 r. OKTAWIN, kolonia, gm. Mikulicze, pow. włodzimierski... grupa oprawców (UPA) dokonała mordu w oktawińskim kościele. Po rzezi wewnątrz kościoła podpalono go granatami.” (99) Zapewne dotyczy to jednak kościoła w Chrynowie, do którego uczęszczali Polacy z Oktawina.

12 lipca 1943 roku we wsi Zagaje pow. Horochów „została zaatakowana w czasie nabożeństwa” kaplica z 1900 roku należąca do parafii Drużkopol. Nie dotarłem jednak do relacji świadków tych zbrodni. 

We wsi Wyrka pow. Kostopol: „Ten fotoreportaż poświęcam poległemu w obronie Wyrki Bronisławowi Piotrowskiemu zw. Pietrołaj, którego nikt nie pochował. Kościół wybudowano staraniem ludności w 1934 r. W 1939 r. sowieci wypędzili Księdza Jana Szarka i urządzili sielradę, za Niemców urzędowali tam jeszcze szucmani. Kościół został podpalony 17 VII 1943 r. Kiedy następnego dnia o świcie, cześć ludności uciekała z Huty Stepańskiej, zobaczyła dach blaszany po kościele, który wyglądał jak koszmarny, dymiący namiot. Poszukujący swoich bliskich wchodzili pod tą blachę, w pogorzelisko, sprawdzając czy czasem Ich tam nie ma.” (100)  

Latem 1943 roku w miasteczku Mizocz pow. Zdołbunów na terenie kościoła św. Jana Nepomucena z XVIII w. miały miejsce walki polskiej samoobrony z atakującymi bandami nacjonalistów ukraińskich. i zapewne po stronie polskiej jakieś ofiary były. 

We wsi Ostrówki pow. Luboml: „Wyjaśnienie. Ja, Hajko Mychajło Juchymowycz wyjaśniam, że w końcu sierpnia 1943 r. we wsi Nowy Jagodzin, Kąty, Jankowce i we wsi Ostrówki pododdziały UPA zlikwidowały ludność - mieszkańców polskiej narodowości. Domy zabitych razem z dobytkiem zostały spalone. We wsi Ostrówki Polaków zamknęli w kościele, który razem z ludźmi spalili. Potem, gdy pododdziały UPA odeszły ze spalonych miejscowości, miejscowa ludność pochowała pozostałych zabitych i spalonych ze wsi Nowy Jagodzin i Jankowce na polskim cmentarzu we wsi Jagodzin. Zabitych ze wsi Kąty pochowano w mieście Lubomlu na polskim cmentarzu. Nazwisk i imion zabitych i spalonych nie pamiętam. Nazw pododdziałów UPA nie znam, konkretnych wykonawców także. Moje słowa zapisano prawidłowo.” (101). Z „wyjaśnienia” upowca wynika, że ludność polska została spalona w kościele, czemu zaprzeczają zeznania świadków. Zgromadzone w nim kobiety i dzieci zostały wyprowadzone pod las w pobliżu wsi Sokół i tam wystrzelane. Być może chodziło o wieś Kąty?

W sierpniu 1943 roku w kol. Wiszenki pow. Łuck upowcy ostrzelali przez drzwi kościoła zgromadzonych tam Polaków. Brak jest informacji o ofiarach.

Adolf Głowacki pisze: „Nie rzadkie były wypadki mordowania ludzi zgromadzonych w kościołach. Taki los spotkał Kołodno, Netrebę i Nowiki” (102). W okresie luty – kwiecień 1944 roku w Małopolsce Wschodniej Ukraińcy podczas napadów i rzezi zniszczyli te kościoły i prawdopodobnie zamordowali osoby, które schroniły się wewnątrz. Zapewne dotyczy to także świątyń we wsiach Kołodno i Netreba. Polacy w kościele w Nowikach obronili się i doczekali pomocy, stąd nie wiadomo, czy chodzi o zabitych w trakcie obrony, czy też o tych, którzy pozostali we wsi i podczas kolejnego napadu zostali zamordowani w kościele. W marcu 1944 r., we wsi Kłodno Wielkie pow. Żółkiew banderowcy spalili 80 budynków i kościół parafialny oraz zamordowali co najmniej 40 Polaków. 

Relacja świadka: „Tato wojny nie przeżył. W pierwszych latach wojny zamordowali go Ukraińcy. W jednej z polskich wiosek na wschodzie zgonili wszystkich mieszkańców do kościoła i kazali właśnie jemu podpalić świątynię z ludźmi. Nie podpalił. Został bestialsko zamordowany, a mężczyźni, kobiety i dzieci zostali przez bandytów spaleni żywcem w drewnianym wiejskim kościółku”. (103) Nie wiadomo, czy ten kościółek jest wśród wymienionych wyżej. Świadek Zofia Konieczna mieszkała we wsi Huta – Poręby pow. Brzozów, "wioska na wschodzie" zapewne znajdowała się na niedalekim Wołyniu – wówczas może chodzić o Aleksandrię, Białozorkę, Kuty lub Szumbar?  

Odnośnie wsi Szumbar pow. Krzemieniec, W.i E. Siemaszko na s. 424 podają, że kościół został spalony 30 lipca 1943 roku, a następnie rozebrany – nie ma informacji o ofiarach.  

W nocy z 6 na 7 grudnia 1943 r. we wsi Okopy pow. Sarny upowcy i chłopi ukraińscy wymordowali około 60 Polaków.  „Wieczorem 6 grudnia 1943 roku o. Wrodarczyk pisał nuty dla chóru kościelnego na Uroczystość Niepokalanego Poczęcia, a później razem z br. Karolem Dziembą OMI i stuletnią staruszką, która pomagała w pracy na plebani, odmawiał Litanię Loretańską. Jakby przeczuwając - co niebawem miało nadejść - pożegnał się z bratem zakonnym, a wychodząc do kościoła powiedział: „Zostań z Bogiem Bracie i kochaj Matkę Najświętszą. Zdajmy się na wolę Bożą. Ja pójdę do kościoła, nie mogę zostawić Najświętszego Sakramentu”. Wiele razy różne osoby, a także br. Karol, namawiały go do ucieczki do lasu. On był przekonany, że jego miejsce jest w kościele i przy wiernych i nie może go spotkać nic złego, skoro sam wszystkim okazywał dobro. Klęczał w kościele i leżał krzyżem przed ołtarzem, modlił się i czekał, aż przyjdą po niego. Godzina jego nadeszła i przyjął ją świadomie wraz z tym wszystkim, co miało nastąpić. O godzinie 22.00 płonęły już pierwsze domy podpalane przez bandy ukraińskie. Ludzie szukając schronienia uciekali do lasu. Jeśli kogoś napotkano żywego musiał zginąć. Ginęli mężczyźni, kobiety i dzieci. Owej nocy, tylko w Okopach zostało zamordowanych około kilkadziesiąt, może nawet 50 osób. Rabowany dobytek był ładowany na wozy. Żołnierze UPA wtargnęli do kościoła w Okopach. Proboszcza spotkali na stopniach ołtarza i od pierwszych chwil zaczęli się na nim znęcać. Przed drzwiami kościoła leżały wiązki słomy, którą chciano podpalić kościół. Błagalne prośby o. Wrodarczyka odprowadziły od złych zamiarów banderowców i kościół ocalał. Na czekającą przed kościołem furmankę załadowali szaty i przedmioty liturgiczne, takie jak: monstrancję, kielichy i powieźli w kierunku Karpiłówki. Do odległej o 7 kilometrów Karpiłówki, gdzie znajdował się sztab bandy UPA, wleczono także związanego i przywiązanego do sań o. Wrodarczyka. Na śniegu pozostały ślady bicia i maltretowania - krople krwi. Był to jedyny przypadek uprowadzenia żywego Polaka z miejsca pogromu. Prawdopodobnie dla niego, jako dla duchownego, obmyślano inny, bardziej wyrafinowany i okrutniejszy sposób śmierci. O samym męczeństwie o. Ludwika jest kilka rozbieżnych przekazów. Bronisław Janik, jako parafianin Okopów twierdzi, że o. Ludwik został rozebrany do naga i poddany nieludzkim torturom. Był kłuty bagnetami i igłami, przypiekany rozpalonym żelazem, przywiązany do kłody drzewa, przerzynany piłą do drewna i na końcu przeszyty kulami z karabinu. Nie wiadomo, gdzie pochowano ciało o. Ludwika.” (104). „Owej pamiętnej nocy zginęło kilkadziesiąt osób. /.../ dziewięćdziesięcioletnią Łucję Skurzyńską bandyta zarąbał siekierą, gdy klęczała przed ołtarzem w okopowskim kościele.” (105)  Jednak W. i E. Siemaszko na s. 767 podają:  „Łucja Skurzyńska zarąbana siekierą na stopniach kościoła”.

30 grudnia 1943 roku w mieście Beresteczko pow. Horochów na terenie kościoła, klasztoru, plebani i organistówki schroniła się ludność polska atakowana przez znaczne siły UPA. Polscy szucmani (16 polskich policjantów) oraz naprędce zorganizowana samoobrona w liczbie około 30 osób podjęli obronę, która trwała przez dwie doby. Po tygodniu z Horochowa przybyły posiłki żandarmerii. Prawdopodobnie były ofiary wśród obrońców w kościele i klasztorze. (106).

We wsi Dederkały Wielkie pow. Krzemieniec za murami kościoła Podwyższenia Krzyża Św. i klasztoru reformatów chroniło się i broniło 370 Polaków. Od roku 1943 działał oddział polskiej samoobrony, którym dowodził miejscowy proboszcz ks. Józef Kuczyński. Polacy przetrwali tu do nadejścia Armii Czerwonej w lutym 1944 roku, a ks. Józef Kuczyński został aresztowany przez NKWD i skazany na wiele lat łagru. Cudowny obraz Jezusa Dederkalskiego został przez repatriantów polskich wywieziony i umieszczony w kościele w Krzywiźnie koło Kluczborka, skąd został w roku 1986 skradziony. Losy oryginalnego obrazu są do dziś nieznane, a na jego miejscu znajduje się obecnie wykonana  kopia. 

W miasteczku Szumsk pow. Krzemieniec ludność polska na noc zamykała się w silnie umocnionym kościele. Obronę zapewniał oddział polskiej policji pomocniczej uzbrojony przez Niemców. Pozwoliło to doczekać tak zorganizowanym Polakom do czasu nadejścia Armii Czerwonej. W lutym 1944 r., we wsi Kukutkowce pow. Tarnopol banderowcy zamordowali 12 Polaków, reszta schroniła się w kościele i podjęła skuteczną obronę.

 

Wielu mordów popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej wewnątrz kościołów katolickich już nie da się udokumentować, chociaż są pewne.

We wsi Hłuboczek pow. Równe wszystkie domy polskie zostały obrabowane i spalone, a także kościół. Łuna pożarów była tak silna, że nocą było jasno jak w dzień, co umożliwiało upowcom jeżdżącym na koniach wykrycie i wymordowanie ukrywających się w łanach zbóż wielu Polaków. 

W lutym 1944 r., we wsi Bednarów pow. Stanisławów upowcy dokonali rzezi 150 – 200 Polaków, w tym wiele rodzin spalili żywcem. Spalili także plebanię i kościół parafialny. We wsi Parchacz pow. Sokal banderowcy oraz Ukraińcy z SKW obrabowali i spalili polskie gospodarstwa oraz zamordowali 60 Polaków; zniszczyli też kościół.

15 i 16 lutego 1944 roku w miasteczku Firlejów pow. Rohatyn banderowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi zamordowali ponad 80 Polaków, w tym 50 osób po wyciągnięciu ich z kościoła, głównie kobiety i dzieci. „We wtorek 15 lutego 1944 r. i we środę 16 lutego 1944, w pierwszy dzień wieczorem, w drugi po południu napadli terroryści ukraińscy na wieś Firlejów i mordowali całe rodziny. Na drugi dzień po południu terroryści rozbili wejście do kościoła, powywlekali stamtąd ludzi i pomordowali ich przed kościołem. Ogólnie zamordowali terroryści 75 osób, w czym 15 mężczyzn, resztę stanowiły kobiety i dzieci. Napastnicy podpalili również plebanię i zrabowali księdzu Szatce konia, krowę, urządzenie domowe, bieliznę i odzież, to samo zresztą spotkało i innych gospodarzy polskich w Firlejowie”. (107) „16.II. Firlejów, pow. Rohatyn. Dwukrotny napad na wieś. Polaków chroniących się w kościele po wyłamaniu drzwi bandyci wymordowali. Zginęło 80 osób, w tym 15 mężczyzn – reszta kobiety i dzieci. Ofiary wyprowadzono do stodoły gdzie strzałem w kark hajdamacy pozbawiali życia. W sprawcach rozpoznano wielu miejscowych chłopów”. (108)   

4 marca 1944 r. we wsi Huta Stara pow. Buczacz Ukraińcy zamordowali 12 Polaków i spalili kościół filialny. 8 marca we wsi Sokołówka pow. Bóbrka banderowcy zarąbali siekierami 12 mężczyzn, zdemolowali kościół, a ołtarz spalili. 12 marca we wsiach Siemiginów i Zulin pow. Stryj zamordowali około 50 rodzin polskich oraz „miejscowego księdza, po odrąbaniu rąk i nóg, spalono.” (109) Nocą z 13 na 14 marca we wsi Bobulińce pow. Buczacz zamordowali 32 Polaków, w większości kobiety i dzieci. Wiele osób ostrzegł ks. Józef Suszyński krzykiem ze strychy plebani, zanim zginął od serii z automatu. 15 marca we wsi Machnówek pow. Sokal zamordowali 45 Polaków, spalili kościół, plebanię i większość gospodarstw. 17 marca we wsi Waręż pow. Sokal zamordowali 11 Polaków oraz spustoszyli kościół i plebanię. 23 marca we wsi Landestreu (Mazurów) pow. Kałusz zamordowali około 100 Polaków i 5 Niemców, spalili gospodarstwa i kościół. Nocą z 24 na 25 marca we wsi Bełz pow. Sokal upowcy z Wołynia obrabowali i spalili gospodarstwa polskie, plebanię i kościół oraz zamordowali 104 Polaków. W marcu 1944 r., we wsi Maziarnia Wawrzkowa pow. Kamionka Strumiłowa banderowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie i kościół oraz zamordowali 30 Polaków We wsi Staje pow. Tomaszów Lubelski Ukraińcy (w tym sąsiedzi) spalili część zabudowań i kościół oraz zamordowali ponad 40 Polaków. We wsi Wasylów pow. Tomaszów Lubelski „partyzanci ukraińscy” z sotni „Jahody” razem z policjantami ukraińskimi obrabowali i spalili gospodarstwa polskie, plebanię i kościół oraz w barbarzyński sposób wymordowali 141 Polaków. We wsi Kłodno Wielkie pow. Żółkiew banderowcy spalili 80 budynków i kościół parafialny oraz zamordowali co najmniej 40 Polaków. We wsi Perehińsko pow. Dolina obrabowali i spalili gospodarstwa polskie i kościół oraz zamordowali 10 Polaków, w tym matkę z 3-letnią córką. Uprowadzili do bunkra 25-letnią Eugenię Czanerlę i jej przyrodnią siostrę 19-letnią Józefę Raczyńską. Tam je trzymali przez kilka dni i gwałcili, a następnie zamordowali. (110) We wsi Żniatyn pow. Sokal w nocy spalili polskie gospodarstwa, kościół i plebanie oraz zamordowali 72 Polaków. Nocą z 4 na 5 kwietnia we wsi Turki pow. Kamionka Strumiłowa upowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie, szkołę i kościół oraz zamordowali 15 Polaków. Nocą z 9 na 10 kwietnia (z Wielkanocy na Poniedziałek Wielkanocny) we wsi Tomaszowce pow. Kałusz sotnia UPA “Hajdamaki” oraz chłopi ukraińscy z tej wsi oraz okolicznych w sile 2 – 3 tysięcy napastników spalili 470 gospodarstw polskich, szkołę i kościół oraz zamordowali 107 Polaków, w większości kobiety i dzieci. „Napastnicy byli w mundurach wojskowych niemieckich, policji ukraińskiej, ale większość to cywile. Młodzieży około 14 lat było bardzo dużo. Równocześnie wybuchły pożary ze wszystkich stron. Płonęło około 470 gospodarstw, prócz tego podpalono w tym samym czasie sąsiednią parafię polską Pniaki. Na przestrzeni 7 x 6 km widoczne było jedno morze ognia. Napadniętych mordowano w okrutny sposób, palono w ogniu, kto nie uciekł, zginął. /.../ Kościół w Tomaszowcach został obrabowany i częściowo spalony, jak również spalone zostały trzy polskie szkoły powszechne.” (111)   

W kwietniu 1944 r., we wsi Dobrotwór pow. Kamionka Strumiłowa banderowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie i kościół oraz zamordowali 50 Polaków. We wsi Horpin pow. Kamionka Strumiłowa spalili gospodarstwa polskie, kościół i ochronkę prowadzoną przez siostry zakonne oraz zamordowali 31 Polaków. We wsi Milatyn Nowy pow. Kamionka Strumiłowa obrabowali i spalili gospodarstwa polskie i kościół oraz zamordowali 27 Polaków. Nocą z 16 na 17 maja we wsi Biała pow. Przemyślany obrabowali i spalili gospodarstwa polskie i kościół oraz zamordowali 30 Polaków. W maju 1944 roku we wsi Ostrów, pow. Stanisławów zamordowali przed kościołem ponad 50 osób, a zwłoki ich spalili wewnątrz kościoła.

To tylko kilkanaście przykładów z okresu luty – maj 1944 roku. W latach 1943 – 1945 bandy OUN-UPA spaliły kilkaset świątyń katolickich, w większości podczas napadów i rzezi. Głęboko religijna wiejska ludność polska zwykle uciekała pod opiekę Matki Boskiej i chroniła się w kościołach. I wewnątrz świątyni Boga była mordowana. Należy także pamiętać, że z około połowy miejscowości na Wołyniu i w Małopolski Wschodniej nie udało się zebrać żadnej informacji o losie mieszkającej tam ludności polskiej. Nie wiadomo więc ile tam było kościołów i kaplic, po których nie ma śladu. Dotyczy to także majątków i folwarków, w których pracowali Polacy. Ale także w miejscowościach, z których ocaleli nieliczni świadkowie, przecież ich relacje są szczątkowe, nie mieli oni możliwości obserwować całości wydarzeń, a potem zdać relację. Takiej możliwości nie mieli najczęściej do końca swojego życia, przez prawie 50 lat. A ci, którzy dożyli III RP,  też napotykali różnego rodzaju przeszkody. I istnieją one nadal.  

 

Nacjonaliści ukraińscy ze szczególną zaciekłością „polowali” na polskich księży katolickich. W latach 1939-1947 z rąk nacjonalistów ukraińskich zginęło około 160 księży, 17 zakonników i 22 zakonnic, ponad 20 zostało rannych, a ponad 100 ratowało się ucieczką przed niechybną śmiercią. Również z rąk SB-OUN i UPA zginęło 10 ukraińskich duchownych. (112)  Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz podaje, że bezpośrednio nacjonaliści ukraińscy zamordowali 144 polskich księży katolickich, zakonników, kleryków i sióstr zakonnych, natomiast z udziałem Niemców oraz Sowietów (poprzez donosy lub aresztowania) 148 księży, 15 zakonników, 4 kleryków i 29 sióstr zakonnych, czyli łącznie 196 rzymskokatolickich Sług Bożych na Kresach. (113) 

Obecnie Cerkiew, zarówno greckokatolicka jak i prawosławna, aktywnie uczestniczy w gloryfikacji zbrodniarzy, organizuje uroczyste rocznie i wyświęca im pomniki. Z wielką pompą obchodzi cerkiew prawosławna kolejne „rocznice burzenia cerkwi na Lubelszczyźnie”, gdy rozebrano kilkadziesiąt starych cerkwi postawionych przez administrację carską w celu rusyfikacji ludności i gdzie nie zginęła ani jedna osoba.

Kościół katolicki w Polsce nigdy nie obchodził rocznicy zburzenia (spalenia) świątyń katolickich na ziemiach wschodnich II Rzeczpospolitej w latach 1943 – 1945, połączonego z okrutnym wymordowaniem około 250 tysięcy bezbronnej ludności polskiej, w tym dokonanym we wnętrzu świątyni, przed ołtarzem, w obecności Najświętszego Sakramentu, przed obliczem Boga. Nie chce pamiętać o swoich kapłanach, którzy ponieśli męczeńską śmierć za to tylko, że byli polskimi kapłanami katolickimi. Cerkiew czyni starania, aby świętym został arcykapłan, który biernie przyglądał się, jak jego greckokatolickie „owieczki” wyrzynają polskich katolików. Który nie powstrzymał swoich kapłanów przed podżeganiem do zbrodni ludobójstwa, ani przed czynnym w tej zbrodni ich udziałem.

 

                                                                                     Stanisław Żurek

 

PRZYPISY 

(1)„Antypolska akcja nacjonalistów ukraińskich w Małopolsce Wschodniej w świetle dokumentów Rady Głównej Opiekuńczej 1943 – 1944”, wstęp i opracowanie L. Kulińska i A. Roliński, Kraków 2003, s. 12 – 14).

(2)„Żal kresowych stanic”, w: „Nasz Dziennik”  z 23 – 24 października 2010 r.

(3)  Siemaszko Władysław, Siemaszko Ewa: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945; Warszawa 2000.

(4) Longin Glijer: Stepy Kazachstanu. Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo, 2005; w:  http://www.mojewojennedziecinstwo.pl/pdf/15_glijer_stepy.pdf ).

(5) O. Serafin Kaszuba: "Czerwone noce" na Wołyniu. W: http://ostrog.blox.pl/2005/11/O-Serafin-Kaszuba-2.html  ) 

(6)  PŁOMIENIE KARASINA / KOŚCIOŁA/ ROZPOCZEŁY POŻOGĘ WOŁYNIA. KARASIN, powiat kowelski - opracowanie: Andrzej Reroń, 2007 r. w: http://wolyn.freehost.pl/fotopo45/karasin/karasin_reron/reron.html  

(7) Na Rubieży nr 42/2000 oraz Jastrzębski Stanisław: Ludobójstwo ludności polskiej przez OUN-UPA w woj. stanisławowskim w latach 1939 – 1945; Warszawa 2004, s. 442.

(8) List zakonnika brata Cypriana. Za:  http://www.tygodnikprzeglad.pl/luny-nad-wolyniem/ .

(9) Janusz Horoszkiewicz; w: http://isakowicz.pl/szlakiem-wolynskich-krzyzy-kolki-nad-styrem/ .

(10) www.kresowe.fm.interia.pl/parafie.html

(11) Siemaszko... s. 826. Leon Karłowicz, Leon Popek: Śladami ludobójstwa na Wołyniu, Lublin 1998, str. 314-315. Oraz: http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/447-masakra-wiernych-w-kaplicy-w-chrynowie.html .

(12) Marek A. Koprowski: Dramat w Kisielinie; w:  http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=462&fr=1 .

(13) Henryk Pałka: Z Wołynia do Ziemi Iłżeckiej, w: http://www.ilza.com.pl/aktualnosci,83,artykuly,5,1300,z_woynia_do_ziemi_ieckiej,20 .

(14) Roman Witwicki: By nasz ból nie umarł razem z nami, w: Marek A. Koprowski: „Wołyń. Epopeja polskich losów 1939 – 2013. Akt III.”. Warszawa 2013, s. 373 – 374. 

(15) Siemaszko… s. 337 

(16) Wspomnienia Józefy Wolf z domu Zawilskiej; w: http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/aleksandrowka-jozefa_wolf.html)  

(17) http://www.wolyn.ovh.org/opisy/lokacze-02.html

(18) Siemaszko… s. 896 – 899.

(19) Ryszard Jezierski: HISTORIA RODZINY JEZIERSKICH Z PORYCKA , w: „Nad Odrą” , nr 6 – 8/ 2012.

(20) Jan Bławat: Masakra w kościele parafialnym w Porycku 11.VII. 1943; w:  KSI nr 7 z 2013 r.

(21) Leszek Wójtowicz: Zmarł Krzysztof Filipowicz, w: http://www.kresy.pl/wydarzenia-?zobacz/zmarl-krzysztof-filipowicz .

(22) Tygodnik Zamojski z 9 lipca 2003 r. str.17, art. „Mord w Kościele”.

(23) Siemaszko… s. 638

(24) Hoppe Elżbieta: „Rok 1943 lipiec. Wołyń.” Wysłane przez akalata w ndz., 11/08/2015; w: http://baza.archiwumkobiet.pl/publikacja/rok-1943-lipiec-wolyn ).

(25) Siemaszko… s. 614

(26) Siemaszko… s. 477

(27) Grzegorz Motyka: „Ukraińska partyzantka 1942 – 1960”, Warszawa 2006, s. 344 – 345 oraz Siemaszko… s. 806

(28) Remigiusz Konieczka: Wołyń - rana niezabliźniona. W: Pałuki nr 24/2014; 26 czerwca 2014; za: http://palukitv.pl/teksty/karty-historii/23082-wolyn-rana-niezablizniona.html

(29) Siemaszko… s. 879 – 880 

(30) AAN, DR, sygn. 202/III/200, k. 32 – 35 

(31) Sławomir T. Roch: Wspomnienia Kazimierza i Antoniny Sidorowicz z d. Turowska ze wsi Dominopol w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1930 – 1944.

(32) Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Bulzacki Krzysztof: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939 – 1947, Wrocław 2006, s. 726.

(33) Aleksander Korman: „Piąte przykazanie boskie: Nie zabijaj! Nieukarane ludobójstwo dokonane przez ukraińskich szowinistów w latach 1939-1945”, Londyn 1989. Oraz: http://www.publixo.com/text/0/t/7982/title/Szumsk_i_Lanowce .

(34) Grzegorz Rąkowski: Wołyń, cz. I, Pruszków 2005. s. 342. 

(35) Siemaszko… s. 700

(36) Eugeniusz Świstowski, w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl ; wspomnienia spisał Sławomir Roch.

(37) Siemaszko…, s. 686 – 687 oraz  Archiwum Państwowe w Lublinie, Związek Walki Zbrojnej – Armia Krajowa Okręg Lublin, zesp. 1072; w:http://www.archives.gov.ua/Sections/Wolyn/Wolyn-02.pdf .

(38) Siemaszko...., s. 546 

(39) Jan Zabłotni, w: Jastrzębski Stanisław: „Ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Lubelszczyźnie w latach 1939 – 1947”,  Wrocław 2007, s. 74.

(40) W. Muca, Opinia męczeństwa księdza Błażeja Nowosada (1903-1943), Lublin 2001 s. 65 mps, Biblioteka Diecezjalna w Zamościu; za: bp Mariusz Leszczyński; w: http://www.niedziela.pl/artykul/20866/nd/Ks-Blazej-Nowosad-1903-1943

(41) W. Muca, Opinia męczeństwa księdza Błażeja Nowosada..., jw.  

(42)W. Muca, Opinia męczeństwa księdza Błażeja Nowosada..., jw.  

(43) „Ocalić od zapomnienia”. Praca na konkurs pt: „Korzenie wielu głubczyczan są na Kresach” . Rafał Litwinowicz , uczeń Publicznego Gimnazjum im. Jana Pawła II w Baborowie. W: Kresowy Serwis Informacyjny nr 6 z 2013 r.

(44) Lucyna Kulińska: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich, nr 4.  Seria pod redakcją Witolda Listowskiego. Kędzierzyn-Koźle 2012.

(45) Siemaszko..., s. 899  

(46) Siemaszko..., s. 440 – 441, 484.

(47) Antoni Mariański, „Gazeta Warszawska” z 11 – 17 maja 2012

(48) Siemaszko…, s. 473 – 474.

(49) Maria Dębowska i Leon Popek: Duchowieństwo diecezji łuckiej. Ofiary wojny i represji okupantów 1939 – 1945;  Lublin 2010, s. 75 i 111.

(50) Siemaszko…, s. 475 – 476.

(51) Maria Adaszyńska, Eugeniusz Zawadzki; w: Komański Henryk, Siekierka Szczepan: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939 – 1946; Wrocław 2004, s. 962.

(52) Jan Lis: Moje smutne wspomnienia z Palikrów. Część II; w:  http://pierwszyzbrzegu.pl/historia/historia-powszechna/473-zbrodnia-w-palikrowach-cz-ii.html

(53) Mariusz Nowik: “Została mi dachówka z domu rodziców"; w: http://wiadomosci.dziennik.pl/historia/wydarzenia/artykuly/452213,huta-pieniacka-28-lutego-1944-ukraincy-z-ss-galizien-wymordowali-polakow-z-huty-pieniackiej-relacje-ocalalych.html; 02.03.2014.

(54 ) Komański…, s. 87.

(55) 1944, 20 marzec – Odpis protokołu spisanego w RGO we Lwowie z Dominikaninem Ojcem Mikołajem Wysockim dotyczący mordu w Podkamieniu dokonanego przez Ukraińców. W: B. Ossol. 16722/1, s. 89-93.

(56) Wspomnienia Marii Saluk ; w: www.podkamien.pl .

(57) Dokument Nr 6 1944 kwiecień; Sprawozdanie sytuacyjne z Ziem Wschodnich [w:] Ziemie Wschodnie Raporty Biura Wschodniego Delegatury Rządu na Kraj 1943-1944, Warszawa-Pułtusk 2005, s. 167-168.

(58) Jan Lis: Moje smutne wspomnienia z Palikrów. Część II; w:  http://pierwszyzbrzegu.pl/historia/historia-powszechna/473-zbrodnia-w-palikrowach-cz-ii.html.

(59) Zeznania o wydarzeniach z 12-15 marca 1944r. w Podkamieniu; w: http://www.podkamien.pl/articles.php?article_id=17 .

(60) Rafał Walków: Mieszkać na Kresach; w: Kresowy Serwis Informacyjny, nr 4/2019)

(61)  Paulina Solińska; w: Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Różański Eugeniusz: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie stanisławowskim 1939 – 1946; Wrocław, bez daty wydania, 2007, s. 317 – 318.

(62) Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Bulzacki Krzysztof:: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939 – 1947; Wrocław 2006, s. 628.

(63) „Bery kosu, bery niż i na Lacha…”– relacje ocalałych z rzezi wołyńskiej”; oprac. Rafał B. Pękała; w: http://www.zbrodniawolynska.pl/swiadkowie-mowia/beru?SQ_DESIGN_NAME=print ).

(64) Siekierka..., jw., s. 757 – 758; lwowskie

(65) Ks. Michał Danowski; w: Siekierka..., jw., s. 780 – 790; lwowskie

(66) Żurek Stanisław: UPA w Bieszczadach; wyd. II, Wrocław 2010, s. 18.

(67) Siekierka…, jw., s. 289, stanisławowskie

(68) Siekierka...,  jw., s. 161; stanisławowskie.

(69) Adam Urbaniak, w:www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl .

(70) Bolesław Kulbiola, Józef Kulbiola i Maria Magierecka; w: Siekierka..., jw., s. 203 – 204; stanisławowskie.

(71) Franciszek Burdzy: Rozmowa z panem Antonim Lebiodą; w:  Zeszyty łukowieckie, nr 11 – 12 , Październik 2005 – Grudzień 2006.

(72) Stanisław Stadnicki: Mordy dokonane na ludności polskiej zamieszkującej Kresy Wschodnie w okolicy miejscowości Buszcze, powiat Brzeżany; w: http://raclawice.net/raclawice_slaskie-artykuly_historyczne9-.ordy_dokonane_na_ludnosci_polskiej_zamieszkujacej_kresy_wschodnie_w_okolicy_miejscowosci_buszcze_powiat_brzezany.html.

(73) Bartłomiej Taran, 21.01.2012, na stronie internetowej www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl .

(74) https://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnie_w_Komarowie  

(75 ) Sikorski Franciszek: Iwa zielona, Wrocław 1984, s. 237, 239, 243

(76) Komański…, jw., s. 165 – 166

(77) Komański..., jw., s. 314 

(78) Komański…, jw., s. 326 – 327

(79) „Ukraina: Rada obwodu tarnopolskiego żąda przeprosin od Polski”; w: Gazeta.pl. Forum; 18 sierpnia 2009).

(80) Internauta o nicku „grba”: „Mam pytanie”, w: Gazeta.pl. Forum; 18.08.09.

(81) Siekierka…, jw., s. 417, stanisławowskie.

(82) Siekierka..., jw., s. 755; stanisławowskie

(83) Motyka Grzegorz: Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”, Kraków 2011, s. 249 – 250.

(84) Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Bulzacki Krzysztof:: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939 – 1947; Wrocław 2006, s. 15 – 16.

(85) Korman Aleksander: Piąte przykazanie boskie: Nie zabijaj! Nieukarane ludobójstwo dokonane przez ukraińskich szowinistów w latach 1939-1945”, Londyn 1989.   

(86) Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie listy strat ludności polskiej /.../. W: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Seria – tom 8, Kędzierzyn-Koźle 2016, Za: Ludobójstwo OUN-UPA tom 8 - Stowarzyszenie Kresowian .

(87) IPN Wrocław: Śledztwo w sprawie zbrodni ludobójstwa nacjonalistów ukraińskich w celu całkowitego wyniszczenia ludności polskiej w latach 1939 - 1945 na terenie powiatów Lwów i Bóbrka, woj. lwowskie; sygn. akt S 39/02/Zi; lipiec 2012.

(88) Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie listy strat ludności polskiej /.../. W: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Seria – tom 8, Kędzierzyn-Koźle 2016. Za: Ludobójstwo OUN-UPA tom 8 - Stowarzyszenie Kresowian  .  

(89) Żurek…, jw., s. 21 oraz  „Na Rubieży” nr 23

(90) Zdzisław Krzywiński; w: Siekierka..., jw., s. 660 – 661 stanisławowskie

(91) Komański..., jw., s. 247

(92) Siekierka..., jw., s. 161; stanisławowskie

(93) Józef Ciemny; w: Komański..., jw., s. 745 – 747.

(94) Jan Kinal; w: Komański..., s. 751.

(95) Dionizy Polański; w: Komański..., jw., s. 755. 

(96) Władysława – siostra zakonna; w: Komański..., jw., s. 911.  

(97) Zbigniew Szczepanek: ZAMKI NA KRESACH, Okopy Św. Trójcy; w: „Nad Odrą”, NR 1-2/2012

(98) Grzegorz Naumowicz: „Zarys historii rejonu samoobrony Huta Stepańska - Wyrka - Hały”; w: „Kresowy Serwis Informacyjny”, nr 7/2013

(99) Edward Prus: „UPA Armia powstańcza czy kurenie rizunów”; Wrocław 1997. s. 47

(100) „Wyrka miejsce kościoła pw. Podwyższenia krzyża Świętego”; w: http://isakowicz.pl/wyrka-na-wolyniu-miejsce-po-kosciele/

(101) Załącznik 2 Do Naczelnika Komendy SBU wołyńskiego obwodu pułkownika Demienkowa A. O. od Hajko Mychajła Juchymowycza ur. 1922 r., mieszkańca wsi Jagodzin lubomelskiego rejonu. W: „Pamięć i Nadzieja”. Chełm 2010.

(102) Adolf Głowacki : Lata bezprawia, mordu i pożogi. Szczecin 2009 

(103) Władysław Burzawa: Kobieta e Wschodu”, relacja Zofii Koniecznej, w: http://www.niedziela.pl/artykul/58908/nd/Kobieta-ze-Wschodu   

(104) Kajetan Rajski: Nie mogę zostawić Najświętszego Sakramentu; w: https://www.pch24.pl/nie-moge-zostawic-najswietszego-sakramentu,16414,i.html

(105)  Edward Prus: Zapomniany Ataman”, Wrocław 2005, s. 191

(106) Siemaszko...., jw., s. 122, 1277

(107) 1944, 23 luty – Protokoły spisane w PolKO w Brzeżanach dotyczące napadów ukraińskich na ludność polską w powiecie rohatyńskim.  Protokół spisany z Kochmanem Wojciechem, lat 24, technikiem budowlanym z Ludwikówki, gm. wiejska Bursztyn, pow. Rohatyn. W Brzeżanach dnia 23.II.1944.; w: B. Ossol. 16722/2, s. 77-78

(108) 1944, marzec – Sprawozdanie z fali mordów ukraińskich, która od połowy lutego 1944 roku ogarnęła Dystrykt Galicja. W: B. Ossol., 16722/2, s. 121-123

(109) „Biuletyn Informacyjny” nr 17 z 27.IV. 1944 r.

(110) Siekierka..., jw., s. 23, stanisławowskie 

(111) 1944, kwiecień – Informacja PolKO Kałusz dotycząca napadów na ludność polską powiatu kałuskiego przez bandy ukraińskie. W:  B. Ossol. 16722/1, s. 199 

(112) Henryk Komański, Szczepan Siekierka: „Ludobójstwo dokonane na duchownych obrządku łacińskiego przez OUN-UPA oraz zniszczenia obiektów sakralnych rzymskokatolickich na Kresach Południowo-Wschodnich 1939 – 1947”, Wrocław 2008

(113) Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: „Lista duchownych katolickich i prawosławnych zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich lub przy ich współudziale”; w: „Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Dawne Kresy Południowo Wschodnie w Optyce Historycznej i Współczesnej” (seria pod redakcją Witolda Listowskiego, Kędzierzyn-Koźle 2012.

 

      SUPLENENT: „Mord na zakonnicach”. 

Przytaczając opis męczeństwa sióstr, chcemy pokazać do czego zdolny jest człowiek, który odrzuca Boga i Jego przykazania i jak destrukcyjną siłą jest nienawiść. Ale równocześnie pragniemy budzić odwagę dobra, która pomoże nam stawać się znakiem sprzeciwu wobec wielorakich przejawów zła spotykanych we współczesnym świecie.
W "Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty" w punkcie 7 czytamy: "Nie zawahasz się popełnić największego przestępstwa", dalej w punkcie 8: "Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów swojej Nacji". Ukraiński nacjonalizm jasno precyzował, kto jest wrogiem. /…/ Najnowsze badania wykazują, że w społeczeństwie ukraińskim wciąż ukrywana jest prawda o tym dramacie. Szczególnie wyraźnie widać to w zachodnich obwodach Ukrainy, gdzie członków zbrodniczej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) zwłaszcza Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) kreuje się na bohaterów. Imiona nacjonalistycznych zbrodniarzy nadaje się ulicom, na ich cześć stawia się pomniki i wiesza pamiątkowe tablice. Nasza cywilizacja choruje w sposób mniej lub bardziej ukryty więc potrzebna jest nam odwaga, ale jeszcze bardziej potrzebna jest nam mądrość. /.../ 
Siostra Maria Zofia od Serca Jezusowego - Stefania Matylda Ustianowicz urodziła się 12 marca 1875 roku w Szczakowej koło Chrzanowa. Jej ojciec - Szczepan - pochodził ze spolonizowanej rodziny rusińskiej i był grekokatolikiem. Stefania była jedną z pierwszych wychowanek Niżniowa.  /.../ Rysem charakterystycznym sylwetki duchowej s. Zofii była "posługa jednania". Jej siostry Halina i Olena opowiadały, że: "Siostra Zofia bardzo ubolewała nad bratobójczą niezgodą między Polakami a Ukraińcami; tak bardzo chodziło jej o to, by nastąpiła zgoda i poczucie braterstwa między tymi dwoma narodami zmuszonymi przez geografię i historię do życia na jednym terenie i przeżywania wspólnych dziejów. /…/
W nocy z 15 na 16 kwietnia 44 roku siostry przeżywają okrutny napad bandy w Niżniowie. Po tych dramatycznych wydarzeniach m. Zenona poleciła siostrom opuścić dom. Pozostała w nim tylko s. Franciszka Kosiorowska i trzy siostry Józefitki, które przeniosły się do naszego klasztoru. Matka Zenona obawiając się o los Niżniowa, zwróciła się do sióstr listem kolejnym, szukając ochotniczek do pracy w tej fundacji. Zgłosiło się kilka, Matka wybrała s. Zofię, s. Teresę i jedną siostrę szafirową. /…/ Siostra Zofia dotarła do Niżniowa 8 czerwca 1944 roku razem z s. Marcelą. Zatroskana o los klasztoru i miejscowej ludności, przystępuje do pracy. Odwiedza ludzi ewakuowanych tu z Jazłowca. Przygląda się ogromowi zniszczeń. Pociesza tych, którzy stracili domy i na pogorzeliskach próbują klecić jakieś tymczasowe schronienia. Miejscowi cieszą się obecnością siostry, a Ona witając się z nimi powtarza "przyjechałam, by z wami pozostać". Wśród tych nieprawdopodobnych zniszczeń snuje plany na najbliższą przyszłość. Zastanawia się nad otwarciem szkoły powszechnej, "bo trzeba chwytać lud, póki się garnie i póki obce wpływy go nie odwrócą."
Na dwa miesiące przed śmiercią, dzięki pomocy dowódcy wojsk węgierskich stacjonujących w niżniowskim domu, udaje się Jej dostać do Jazłowca. /…/ Ostatnia wiadomość od s. Zofii z Niżniowa pochodzi z 12 lipca 1944 roku, w tydzień później kontakt między Jazłowcem a Niżniowem urywa się całkowicie. W kronice jazłowieckiej znajdujemy zapis, iż jakaś nieznana siostrom kobieta, przejeżdżająca przez Niżniów, powiadomiła siostry w Jazłowcu, że s. Zofia wzywa ekonomkę - s. Laetitię, bo jest bardzo chora.
S. LAETITIA od MIŁOŚCI BOŻEJ - MARIA WANDA SZEMBEK urodziła się 4 czerwca 1909 r. w Wysocku Wielkim koło Ostrowa Wielkopolskiego. Pochodziła ze starego rodu Szembeków, który dał Polsce biskupów i senatorów. /…/
Po długich wahaniach s. Gabriela zgadza się na wyjazd s. Laetiti do Niżniowa. A ponieważ siostra nie zna języka ukraińskiego, a na dodatek jest młoda, w podróży towarzyszy jej Kasia Szczerbata - dawna pracownica klasztoru. Wiezie je Antoni Blicharski, gospodarz z pobliskiej Nowosiółki. Wyjazd nastąpił 21 sierpnia [1944 r.], powrót z s. Zofią przewidziany był na najbliższą środę - 23 - sierpnia, a najpóźniej w sobotę. Wiadomo, że obie siostry wyjechały z Niżniowa zgodnie z zapowiedzią we środę 23 sierpnia. W archiwum znajduje się świadectwo Józefy Felsztyńskiej, wychowanki jazłowieckiej, która pracowała w Koropcu w Rejonowej Kasie Oszczędności, w budynku usytuowanym przy samej szosie. "Jestem ostatnią z wychowanek, która widziała i rozmawiała w 1944 roku z siostrami Laetitią i Zofią przed ich męczeńską śmiercią. Przez okno zobaczyłam furmankę i dwie siostry w białych welonach. Jechały z Niżniowa do Jazłowca. Wyskoczyłam i biegłam za nimi aż do starej, drewnianej cerkwi. Tam się zatrzymały. Powiedziałam, że jestem wychowanką Jazłowca i prosiłam, żeby nie jechały przez Rusiłów, ale bezpieczniejszą choć dłuższą szosą przez Zubrzew, Buczacz. Przez Rusiłów jeździłam z Jazłowca do domu. Jest to wieś ukraińska, pełna band w okolicznych lasach. O napadach i mordach słyszeliśmy już wtedy. Siostra Laetitia powiedziała: "Co Bóg da, niech będzie. Niech się stanie Jego Wola". Pożegnały mnie i pojechały. Siostry siedziały na tylnym siedzeniu, obok furmana jechała jakaś kobieta. Nie wiem, kto to był. Dzień był słoneczny. O męczeńskiej śmierci dowiedziałam się dopiero po wojnie."
Drugim naocznym świadkiem była p. Józefa z Sandeckich Pastuszak. Kobieta ta widziała siostry na drodze leśnej koło Rusiłowa. Droga prowadziła do Jazłowca przez las i rzekę Strypę. Kasia zachęcała p. Józefę do wspólnej podróży, ale p. Józefa odpowiedziała, że jest aresztowana i nie może z siostrami jechać. Tego samego dnia została jednak zwolniona i wróciła do Jazłowca z wiadomościami, że widziała siostry wracające z Niżniowa. Z kolei nocny stróż doniósł, że we środę słychać było strzały, a przez las przechodziły wozy i konie.
29 sierpnia - kilka kilometrów od Rusiłowa - odnaleziono w Strypie w bestialski sposób zmasakrowane ciało woźnicy Blicharskiego. Przez dwa miesiące siostry podejmowały różne działania, by odnaleźć s. Zofię i s. Laetitię. Poszukiwania nie przynosiły żadnych rezultatów. Nadzieja topniała z każdym dniem.

Wreszcie 3 listopada przybiegła do klasztoru wnuczka Tymka Michaleckiego (gospodarza jazłowieckiego domu jeszcze za czasów M. Marceliny) Bronia Hałabura z wiadomością, że zbierając grzyby w lesie, w Rusiłowie napotkała leżące w zaroślach zwłoki, a obok nich porzucone białe sandały. Dlatego natarczywie pytała, w jakich bucikach siostra ekonomka pojechała do Nizniowa. S. Gabriela natychmiast sprawdziła w celi i już nie było wątpliwości.
4 listopada odnalezione ciało przywieziono do klasztoru, zmasakrowane szczątki owinięte w prześcieradło złożono tymczasowo w pace. W niedzielę, gdy trumna była otwarta, odkryłyśmy prześcieradło. "Dopiero wtedy - relacjonuje s. Gabriela - zobaczyłyśmy, co zostało z tej drogiej Siostry, która wyjechała z domu zdrowa, silna, pełna żywotności, a wróciła niepodobna do siebie''. Siostra miała złamaną nogę, prawą rękę wyrwaną ze stawu czy złamaną, na plecach widniały ślady uderzeń, na głowie trzy rany zadane prawdopodobnie nożem. Pogrzeb s. Laetiti odbył się 6 listopada 1944 roku.
W kilka dni potem - relacjonuje kronika jazlowiecka - gospodarz jadący przez Rusiłów wycinał w lesie pręt na bat, który mu się popsuł i spostrzegł w zaroślach część habitu i część zwłok. Zwłoki s. Zofii były jeszcze w straszniejszym stanie, bo przez pół przecięte. Obok leżały resztki stroju zakonnego: rękawy, niebieski fartuszek, welon, poszarpany habit... trochę dalej głowa i kołnierz. Prawdopodobnie górna część tułowia została spalona.
Pogrzeb s. Zofii odbył się w sobotę 11 listopada tak samo prowadzony przez ks. Proboszcza. /…/ Po zamordowaniu s. Zofii w Niżniowie pozostała - wraz z trzema siostrami Józefitkami, które się tu schroniły - tylko s. Franciszka Kosiorowska. (zafurtowa). Początkowo zwane siostrami tercjarkami, później zafurtowymi, a od koloru noszonego habitu popularnie siostrami czarnymi. Klauzura w początkach istnienia Zgromadzenia przez obie Założycielki pojmowana była dość surowo. Dlatego zadaniem sióstr zafurtowych była praca charytatywna i apostolska na zewnątrz. One to odwiedzały chorych, leczyły, przygotowywały do sakramentów świętych, uczyły dzieci wiejskie, zwłaszcza chłopców, którzy nie mogli uczęszczać do klasztornych szkółek. /…/ 
7 marca 1945 r. siostra Franciszka Kosiorowska została w okrutny sposób zamordowana przez bandę ukraińską w Niżniowie. Razem z s. Leokadią - Józefitką zostały oblane przez banderowców benzyną , a potem podpalone. W ten sposób stały się żywym płomieniem
”. (m. M .Nina od Zmartwychwstania: „Mord na zakonnicach”;Szymanów 23.09.2007r.; www.niepokalanki.pl)


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 927 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
10234882