Poniżej przedstawiony został zaledwie krótki zarys tragedii polskich dzieci, które padły ofiarą  ukraińskiego ludobójstwa w latach 1939 – 1946. Pełnego opracowania w tym zakresie dokonała dr Lucyna Kulińska w 3 tomach książki „Dzieci Kresów” (Tom 1 Warszawa 2003; tom 2 Kraków 2006; tom 3, Kraków 2009). Bestialsko zamordowanych zostało prawdopodobnie około 40 tysięcy polskich dzieci – nikt już nie policzy ich dokładnie, nie opisze ich bólu i bólu ich rodziców będących często świadkami ich męczeńskiej śmierci – zanim sami zostali zamordowani. A według ukraińskich faszystów była to „wojna polsko-ukraińska”, dzieci te, w tym niemowlęta, były więc żołnierzami walczącymi po polskiej stronie. Ich oprawców czczą podczas różnych uroczystości wołając „chwała bohaterom”, „chwała herojom”! 

 W nocy z 17 na 18 września 1939 roku we wsi Sławentyn pow. Podhajce bojówka OUN ograbiła i spaliła zagrody polskie mordując 85 Polaków. Przejmujące wspomnienia Anny Kozieł ze wsi Sławentyn pt. „Rąbali nas jak kury na klocu…” spisała Magdalena Kolatowska (wnuczka świadka). Jej 20-letnia wtedy prababcia Anna Holchauzer z domu Buczek z mężem, rodzicami, rodzeństwem i dwójką małych dzieci, 3-letnią Janinką i 5-letnim Bolkiem, mieszkała w jednym z bogatszych gospodarstw w Sławentynie.  „Ja mamę wyciągałam przez okno, a córeczkę zostawiłam na chwilę samą. W czasie gdy ją wyciągałam, Ukrainiec przyleciał i wbił mi widły w tył głowy. Od razu upadłam i już byłam jak nieżywa. /…/ I ja leżałam tam do rana nieżywa. Nic nie czułam. Jak ta dachówka zaczęła strzelać, bo się paliła, to ja się zerwała. Ja się przebudziła. Włosy miałam poszarpane. Cała we krwi. Przedtem byłam ubrana, a obudziłam się w samej tylko koszuli. A miałam taką ładną spódnicę, haleczkę. Nie było tego... I ja próbuję się podnieść, ale nie mogę. Cała we krwi i błocie. I męczę się, ale coś mi mówiło cały czas: »Wstań!, Wstań!«. To dzieciątko, moja córeczka, wstała, ona już… oczy miała wybite. I w ogóle tak pokaleczone dzieciątko. Ono, biedactwo, za te rany się trzymało. /…/ W końcu, za czwartym razem, wstałam. Taka pobita... Cała głowa we krwi, w głowie szumiało. Pod żebro mi wbili widły, prawie do serca, gwizdało mi tam, taka dziura była. Do dzisiaj jest blizna. Idę i patrzę – moja mama leży. Podchodzę do niej, próbuję podnieść. Ciepła jeszcze była. Tak się męczyłam, żeby ją podnieść. W końcu padłam koło niej – opowiada dalej. – A tam w górze taki las kupił Muszyński i chłopak się przechował, i krzyczał do mnie: »Pani Holchauzerowa! Niech pani ucieka!

Mama już nie żyje!«. Mama już nie żyje... A gdzie ja miałam uciekać? Jak? Ale wstałam i tak się trzęsę, i nic nie wiem – gdzie ja jestem, co ja jestem? A to dzieciątko trzyma mnie za rękę, a takie ono pobite. Oczy wybite, tak jej oczy wypływały – prababci łamie się głos. – Moja córeczka... /…/ A to dzieciątko biedne położyło się, tak się męczyło, takie siniutkie i pobite, i tak stękało, biedne jeszcze żyło i męczyło się. Ja byłam jeszcze nieprzytomna. Cała we krwi, jak straszydło wyglądałam – płacze prababcia. /…/ W nocy wzięłam już nieżywą córeczkę i przytuliłam. Całą noc tak spałam... I później ta Ukrainka, Melanka, uprosiła mnie i wzięła małą. Nieboszczyk Władek zrobił trumnę i pochowaliśmy córeczkę obok kapliczki polskiej – płacze prababcia.”   (http://ioh.pl/artykuly/pokaz/rbali-nas-jak-kury-na-klocu,1127).

 25 marca 1943 roku we wsi Postójno pow. Kostopol: „Poszukuję świadka męczeńskiej śmierci Zdzisia Gawła lat 5. Ktoś go widział prowadzonego, uwiązanego za szyjkę za pomocą zaciskającej się pętli przez Ukraińców i podnoszonego w górę na tej pętli, gdy kaci prowadzący dziecko szli przez ukraińską wieś Postójne. Stały tam przy drodze gromady rozmawiających ze sobą ukraińskich ludzi. Wtedy prowadzący dziecko unosili koromysło do góry i dziecko zawisało w powietrzu machając rączkami i nóżkami, bo się dusiło. Ludzie ze zgrozą odwracali głowy nie chcąc na to patrzeć. A kaci byli ubawieni reakcją dziecka i przy następnej gromadzie ludzi powtarzali teatr. Kto widział finał tej nieludzkiej "zabawy"? (Janina Stefaniak, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.; w: www.stankiewicze,com/ludobojstwo.pl). 26 marca 1943 roku (święto Zwiastowania NMP) we wsi Radomianka pow. Kostopol:  „Jako jedne z pierwszych zostały zamordowane dwie kilkuletnie dziewczynki. Nazwisk nie znam. Były to siostry względem siebie. Moja siostra Kazimiera, która wtedy miała ok. 3 latek, była wraz z mamą i siostrą Lonią na tym pogrzebie. Obie leżały w jednej trumnie w białych sukieneczkach. Na szyjkach miały zaplątany drut kolczasty, a powyrywane języki leżały obok nich na poduszce. Kazia do dziś pamięta ten widok.” (Janina Stefaniak, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.; w: www.stankiewicze.com/ludobójstwo.pl.)

 

W nocy z 3 na 4 maja 1943 we wsi Kąty (Kuty) pow. Krzemieniec  na terenie kościoła św. Izydora Oracza  walkę ze zgrupowaniem upowców „Kruka” i melnykowców „Chrina” stoczyła grupa polskiej samoobrony.  „Kąty – po męczeniu zabili dziecko, rozcięli usta od ucha do ucha, a między oczami przybili gwoździem kartę z napisem: „Polska od morza do morza” (AAN, DR, sygn. 202/III/200, k. 32 – 35).  W nocy z 7 na 8 maja 1943 roku w kol. Katerynówka pow. Łuck upowcy oraz okoliczni chłopi ukraińscy ze wsi Rudnia, Swoz i Bodiaczów 3-letniemu Januszowi Mękalowi powyłamywali ręce i nogi, 5-letniego brata Lonię zakłuli bagnetami, 10-letniemu Władysławowi Morawskiemu rozpruli brzuch, 5-letniej Stanisławie Stafaniak rozpruli brzuch i powyłamywali ręce a jej 30-letnią matkę Marię będącą w ciąży zakłuli nożami (Siemaszko...., s. 607). „Pamiętam to wszystko jak by to było dziś. Gdy rozwidniło się obiegłem wszystkich pomordowanych, licząc, że komuś może być potrzebna pomoc. Niestety, jedynie małe dziecko, dwuletni synek Piotra Mękala żył jeszcze. Miał obydwie rączki i nóżki wyłamane, na wpół przytomny prosił pić i za chwilę zmarł.”. (Hieronim Wardach: Ostatnia noc; w: Świadkowie mówią, s. 60 - 65). W kol. Ugły pow. Kostopol 11 maja 1943 roku 13-letniego Piotra Kucnera rannego w nogę oraz jego 4-letnią siostrę Kazimierę żywcem wrzucili w ogień, 38-letnią Katarzynę Orzechowską zakłuli widłami a jej rocznego syna Jarosława oprawca wziął za nóżki i roztrzaskał głowę o pieniek. Oraz:„Naocznym świadkiem mordu była Stefania Orzechowska c. Stanisława z Folwarku, poszła do stryjka Władysława na Ugły. Władysław był tam ożeniony za córkę kolonisty, miał kilka dzieci. Kiedy rozpoczął się mord Władysław ze starszymi dziećmi zdołał uciec, natomiast jego żona z 9 miesięcznym dzieckiem ukryła się razem z kilkoma innymi, w kopcu na ziemniaki, u sąsiada Ukraińca. Kiedy przyszli na podwórko banderowcy, on natychmiast pokazał miejsce ukrycia. Dorosłych zamordowano, a dziecko nabito na sztachety. Ukraińcy twierdzili że mordu dokonali banderowcy z Kryczylska.” (Wokół Huty Stepańskiej z Januszem Horoszkiewiczem; w:  http://isakowicz.pl/szlakiem-wolynskich-krzyzy-ugly ). W kolonii Wielka Hłusza pow. Kamień Koszyrski: Około 12 V 1943 r. sotnia bulbowców otoczyła zamieszkaną przez Polaków kolonię Wielka Hłusza, leżącą około 25 km na północ od Kamienia Koszyrskiego. Mieszkańców, w liczbie 15 osób dorosłych i kilkoro dzieci, zgromadzono w zabudowaniach Pileckiego i Łukaszewicza, po czym w obecności sterroryzowanych mężczyzn zgwałcono wszystkie niewiasty, a następnie wszystkim nie wyłączając dzieci, wyłupano oczy, obcięto języki, kobietom piersi, a mężczyznom genitalia, po czym zabudowania wraz ze znajdującymi się w środku okaleczonymi spalono” (Janusz Niewolański: „W poszukiwaniu zagubionych „Żurawi Ibykusa”; w: Kresowy Serwis Informacyjny nr 7/2013). 13 maja 1943 roku w kol. Józefin pow. Łuck zamordowali 4 Polaków: 20-letnią Anastazję Zalewską oraz 3-osobową rodzinę z 5-letnią córką Henią Zalewską, którą oprawcy nadziali na sztachetę płotu. W maju 1943 roku we wsi Szpikołosy pow. Krzemieniec „powstańcy ukraińscy” po rzezi Polaków obnosili po wsi zwłoki 5 dzieci nabite na widły. Swoiste „trofea zwycięstwa’, na miarę banderowskiej „samostijnej Ukrainy”. „Szpikołozy – na skutek bestialskich metod mordowania Polaków, Niemcy spalili tę wieś. Dzieci polskie nosili tam Ukraińcy, rozwieszone na widłach”. (AAN, DR, sygn. 202/III/200, k. 32 – 35). W mieście Łuck w wodach rzeki Styr, u wylotu ulicy Kumowskiej, znajdowały się zwłoki chłopca, lat ok. 10, przybitego gwoździami do desek.

Wiosną 1943 roku w osadzie Klesów pow. Sarny bulbowcy na pastwisku wyłapali co najmniej 10 polskich dzieci pilnujących pasących się krów i je wymordowali rozbijając im głowy kolbami karabinów lub przebijając bagnetami i nożami a następnie depcząc. Uratował się nie dobity 10-letni chłopiec. W mieście Sarny woj. wołyńskie przebywająca na plebani 11-letnia dziewczynka z okolic Sarn, mająca kilkanaście ran kłutych, dostała ataku histerii na widok mięsa, ponieważ jej rodziców „partyzanci ukraińscy” najpierw zamordowali, a potem pokroili na kawałki, wbili w nie widelce i ułożyli na półmiski. 

 

11 lipca 1943 roku w kol. Wygranka pow. Włodzimierz Wołyński zamordowano co najmniej 157 Polaków. Na drugi dzień przyjechali Niemcy z Sokala na inspekcję. W pierwszych domach natknęli się m. in. na dwuletnie dziecko nasadzone na widły i wstawione w okno, drugie miało wsadzoną w brzuch łopatę, którą podparto drzwi. Zrezygnowali z oględzin reszty zagród, porobili zdjęcia i odjechali. Trzy dni po napadzie Ukraińcy spalili kolonię, zwłoki spłonęły w zabudowaniach. Ciała pomordowanych poza domami rozniosły po polach zgłodniałe psy. Jerzy Krasowski wspomina: "W pierwszym zabudowaniu znaleźliśmy wstrząsający widok, obraz wbitego na ostry słup przy furtce kilkuletniego chłopca. Na parkanie był napis "Litak Sikorskoho" /samolot Sikorskiego/”. (Jerzy Krasowski "Wspomnienia Wołyniaka", bdw., s.84).  We wsi Zahorów Nowy pow. Horochów dwoje dzieci: 11-letniego Edwarda Ślusarskiego oraz jego siostrę Manię w wieku przedszkolnym „ukraińscy partyzanci” żywcem zakopali w ziemi. We wsi Przewały pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zaatakowali ludność polską zgromadzoną w kościele i zamordowali 54 Polaków. „Jeden z Ukraińców nadział dziecko polskie na widły i podniósł w górę, krzycząc: dywyś, polski oroł”. W kol. Teresin pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz chłopi ukraińscy z Kohylna i Gnojna siekierami, bagnetami i innymi narzędziami oraz paląc żywcem wymordowali co najmniej 207 Polaków; troje dzieci w wieku: 1,5 roku oraz 5 i 8 lat Ukrainiec zakopał żywcem w ziemi. We wsi Ziemlica pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi siekierami, szpadlami, widłami i innymi narzędziami zamordowali około 90 Polaków. „Dzieci nabijano na zaostrzone kolki i wrzucano do studni.”. (Siemaszko..., s. 854).

12 lipca 1943 roku, w ciągu kilku zaledwie godzin, banderowcy, w niezwykle okrutny sposób, wymordowali ok. 260 mieszkańców wsi Zagaje. „ Ziemiański rozpoznał w studni sąsiadów dwie swoje córeczki po... sukienkach. Ciała swojego synka Miecia Jadwiga Bracław nie znalazła. Z jednej strony fakt ten nieco ją uspokoił, z drugiej jednak niepokoił i przeraźliwie dręczył, no bo skoro nie zabili go bandyci spod znaku UPA, to gdzie się właściwie ukochany synek podział?! Wtedy Jadwiga Bracław jeszcze nie wiedziała, że myśl ta będzie prześladować ją do końca życia..” (Zbyszek Beling: Rzeź wołyńska. Zagaje – historia prawdziwa; w: http://www.piastowskakorona.pl/news.php?readmore=602 , 16 grudzień  2013).

„Marian Wierzbicki, (który był naocznym świadkiem konania w męczarniach swego ojca Piotra, Matki Franciszki i mojej Matki Rozalii Wierzbickiej) uciekł z Chiniówki, zabierając żonę, dwoje dzieci i najmłodszego brata, 13-letniego Janka. Wyjechał z nimi do Mizocza. Tu Janek Wierzbicki i jeszcze czworo innych dzieci, pognali za miasto krowy na pastwisko. Złapali ich banderowcy, przebili dzieciom nożami brzuchy, nanizali na kolczasty drut i owinęli wokół telegraficznego słupa. A na koniec podziobali jeszcze te biedne dzieci nożami. Konały w strasznej męce.” (Anastazja Paszkowska; w: http://wolyn.ovh.org/opisy/chiniowka-11.html ). „Tego samego tygodnia w środę banderowcy napadli na Mizocz. Naszego sąsiada córeczka Wandzia Procner  opowiadała , gdy jej ojciec usłyszał strzały i zobaczył, że domy się palą uciekł z czwórką dzieci do ogrodu do dołu, gdzie na zimę zakopywano kartofle. Wandzia schowała się w krzaku porzeczek. Gdy banderowcy podpalili ich dom, przyszli i znaleźli ojca i tych czterech braci, widziała jak ojciec ukląkł na kolana i zaczął prosić o darowanie życia. Ale dwóch banderowców podeszło i widłami jeden z jednej strony a drugi z drugiej wbili widły w jego boki i zaciągnęli ojca i wrzucili do ognia. Następnie wrócili po resztę dzieci i również wzięli za ręce lub za nogi i żywcem wrzucili do ognia. Ona ocalała.” (Bogdan Melcer; w: http://prawy.pl/3456-bogdan-melcer-swiadek-zbrodni-upa-zywcem-wrzucili-dzieci-za-nogi-do-ognia/ ).

 

12 lipca 1943 roku w kol. Maria Wola pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz okoliczni chłopi ukraińscy dokonali rzezi 229 Polaków. Wyłapane w zbożu 18-cioro dzieci w wieku 3 – 12 lat, w tym synów Reginy Futyma: 5-letniego Zbigniewa i 3-letniego Ryszarda, „ukraińscy partyzanci” załadowali na wóz drabiniasty i wywieźli do ukraińskiej wsi Czestny Krest, gdzie pomordowali ich przebijając widłami i rąbiąc siekierami. We wsi Werchnów pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali 3-osobową rodzinę polską: Michałkiewicza i jego 2 córki do lat 8, które nadziali na bagnet i śmiali się, że to „polski samolot”. We wsi Pustomyty pow. Horochów: „Jeden z Ukraińców złapał Wandę (Piliszczewską, lat 8 – przy. S.Ż), ta jednak po krótkiej szamotaninie zdołała się wyrwać. Wyskoczyła na dwór, nie pobiegła jednak, jak mama i siostra prosto, lecz skręciła w bok. Przy studni stojącej przed jedną z chałup zobaczyła Ukraińca  rozdzierającego dziecko. -  Małą dziewczynkę, leżała na ziemi. Przydepnął jej jedną nogę i z całej siły szarpał za drugą, właśnie po to, by dziecko rozedrzeć. Potem wrzucił ją do studni. /.../ Kowalczykowa miała troje dzieci, dziewiętnastoletnią Stasię, siedemnastoletniego Tadzia oraz dwuletnią Basię. Gdy przyszli do ich domu, kazali im klękać. /.../ Klęczała w środku, syn i córka po jej bokach, mała Basia stała w łóżeczku. Jeden z bandytów strzelił. Syn i córka Kowalczykowej upadli od razu, jej kula przestrzeliła dłonie. Też upadła, udała, że nie żyje. Basia zapłakała. Ukrainiec podszedł do niej, dziecko wyciągnęło ręce do srebrnego ostrza, tamten pchnął, zatopił je w jej piersi. /.../ Kowalczykowa odzyskała przytomność. Zeszła na dół do piwniczki. Owinęła przedziurawione ręce szmatami, usiadła na taborecie. A z góry, przez szczeliny w podłodze, kapała na nią krew. Krew jej martwych dzieci, oblepiała ją od głowy do stóp. W końcu nie była w stanie tego znieść, wyszła po dwóch godzinach. Zawinęła ciała w prześcieradła, wykopała pod oknem dół i powkładała tam swoje martwe dzieci.” (Damian Szymczak: „Czy żołnierze chodzą z tasakami”; w: „Gazeta Polska” z 23 lipca 2008). We wsi Wólka Sadowska pow. Horochów Ukraińcy z sąsiednich wsi zamordowali 80 Polaków. M. in. „partyzanci ukraińscy’ zamordowali 5-osobową rodzinę Lachiewiczów z 3 dzieci: 10-letnim Waldemarem, 9-letnią Danutą i 5-letnią Zofią - „dziewczynki miały połamane ręce, powykręcane nogi i inne ślady znęcania się”. 5-osobową rodzinę Ludwika Tuńskiego z dziećmi lat 13, 9 i 3 spalili żywcem. (Siemaszko..., s. 173).

 

14 lipca 1943 roku  we wsi Kołodno (Kołodno Lisowszczyzna i Kołodno Siedlisko) pow. Krzemieniec około godz. 14 do wsi wjechało 300 ukraińskich “powstańców” na 50 furmankach i dokonało rzezi co najmniej 516 Polaków.  Kowalowi ścięli głowę kosą, jego żonie (lat 31) ucięli język i piersi, ich córkę 5-letnią rozdarli na pół.

15 lipca 1943 roku we wsi Zaborol pow. Łuck  upowcy zaatakowali konwój uciekających Polaków z Antonówki Szepelskiej do Łucka. Zamordowali 54 osoby,  M.in. małego chłopca Bolesława Czerniaka przybili do ziemi drewnianym kołkiem przez brzuch. W kol. Aleksandrówka pow. Kowel ukraińscy “partyzanci”, w tym miejscowi, dokonali rzezi kilkunastu rodzin polskich. „Szczególnie pastwiono się nad dziećmi – najmniejsze utopiono w studniach, pozostałe wrzucono do lochu po ziemniakach i zasypano ziemią, część zabito kolbami karabinów.” (Siemaszko..., s. 338 – 339). We wsi Pułhany pow. Horochów upowcy oraz miejscowi i okoliczni Ukraińcy zamordowali co najmniej 97 Polaków za pomocą różnych narzędzi, po torturach. „Ukraiński partyzant” zabił Stanisława Kolana i sześcioro jego wnucząt, dzieci Aleksandra, które najpierw zabijał nożem, a potem rozbijał główki siekierą. Z kolei Władysława Kolmana z żoną Heleną i pięciorgiem ich dzieci zamordowali sąsiedzi – Ukraińcy. „Zamordowanych i żyjących jeszcze ciężko rannych, którzy nie mogli uciec, grzebali na miejscu zbrodni miejscowi młodzi Ukraińcy” (Siemaszko..., s. 133).

We wsi Wyrka pow. Kostopol grupa Polaków, którzy poprzedniego dnia (tj. 16 lipca) uciekli do Huty Stepańskiej, przyszła do swoich gospodarstw po żywność i została zaatakowana przez Ukraińców. Zanim grupę tę zaatakowali upowcy:  „/.../ zobaczono rozmiary bestialstwa. We wsi leżeli ludzie z odrąbanymi rękami, wyłupionymi oczami, które penetrowały mrówki, przybici do ziemi (także dzieci) kołkami przez brzuch.” (Siemaszko..., s. 305).

W kol. Szeroka pow. Horochów 18 lipca Ukrainiec Stachu Sołynynka zabił łopatą uratowane z napadu 16 lipca dwoje dzieci Jana Cwinarowicza: 15-letnią Marię i 10-letniego Czesława, którego waląc łopatą 5 razy w głowę rzekł „twerdy lach”. 

W lipcu 1943 roku w kol. Kołmaczówka pow. Horochów zamordowali bestialsko 35 Polaków. Niemowlę z rozdeptaną główką, rączkami i nóżkami wyrwanymi i rozczapierzonymi, miało przypięty napis: „polski orzeł”. W kol. Michałówka pow. Kowel upowcy oraz chłopi ukraińscy za pomocą siekier, wideł, łopat, motyk i innych narzędzi zamordowali 58 Polaków. „Januszewska Eugenia i jej dwoje małych dzieci 5 lat a 2-gie jeszcze pierś ssało w bestialski sposób zabici, szpadlem im głowy odrąbali, maleństwo zostawili żywe, jeszcze dwa dni leżało przy niej i ssało pierś. Za dwa dni jak zakopywali zwłoki, rzucili żywe do dołu razem z martwą matką i zakopali  -  3 osoby.”  (Janina Skałuba:  „Wspomnienia z wydarzeń w 1943 roku w kolonii Michałowka pow. Kowel”,  „Niedrzwica Duża, dn. 02.03.2003 r.” –  w zbiorach autora). We wsi Medwedówka pow. Kostopol upowcy z sąsiednich wsi zamordowali co najmniej 57 Polaków.  Znęcali się zwłaszcza nad dziećmi, z których kilkoro pokłutych zdołało dowlec się do sąsiedniej Janówki. 3-letniego Adasia Bagińskiego nasadzili na kołek.

 "W jednej z wiosek w pobliżu Dereżnego po pogromie znaleziono w chacie małe dziecko z wyprutymi wnętrznościami. Jelita były rozpięte na ścianie w jakiś nieregularny sposób, a na jednym z gwoździ wisiała kartka z napisem "Polska od morza do morza". (Wincenty Romanowski, "Kainowe dni", Warszawa 1990, s. 7). We wsi Swinarzyń pow. Kowel pod koniec lipca upowcy zamordowali kilka rodzin polskich – ponad 30 Polaków: Kobietę, o nazwisku Lipska, przybili gwoździami do drzwi kuchennych, obcięli piersi i wypruli z łona wnętrzności, jej paroletniego synka przybili do stołu za język, a pozostałe rodzeństwo wrzucili do studni. 

We wsi Izów pow. Włodzimierz Wołyński latem 1943 roku podczas żniw upowiec Łupinka z Izowa przechwalał się, ilu Polaków zamordował i jak polskie dzieci nasadzał na kołki. Po wojnie Łupinka rozpoznany został w Polsce jako działacz wysokiego szczebla w PZPR, nosił inne nazwisko. We wsi Kohylno pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 4-osobową rodzinę polską kowala Władysława Janczewskiego: kowalowi odcięli ręce i nogi; 12-letniemu synowi ścięli głowę kosą, przy czym 2 Ukraińców zakładało się, czy można to zrobić jednym ruchem; 4-letniego syna przybili gwoździami do ściany mieszkania i tak pozostawili, aż skonał; żonie, będącej w ostatnim miesiącu ciąży rozpruli brzuch i po wyciągnięciu dziecka rzucili na gnojowisko wołając po ukraińsku: ”Popatrzcie jak lata polski orzeł”. Żona żyła jeszcze 4 lata, gdyż po odejściu „powstańców ukraińskich” sąsiad owinął ją w matę i zawiózł do szpitala.

 

W mieście Dubno woj. wołyńskie: „12 sierpnia 1943 r. będąc w mieście Dubnie w towarzystwie st. sierżanta 43 pp. P. Bronowskiego widziałem pomordowanych. Matkę i dwoje dzieci w wieku 9 i 5, ojciec żywcem spalony we własnym domu, dzieci miały oczy, uszy i języki poodcinane, matka odcięte piersi z rozbitą głową, na ciele wiele śladów od uderzeń tępym i ostrym narzędziem..” (1943, wrzesień – Odpis notatki M. Straganowskiego dla RGO we Lwowie dotycząca przyczyn i przebiegu ludobójczej akcji antypolskiej na Wołyniu. W: B. Ossol. 16722/2, k. 295).

15 sierpnia (święto Wniebowzięcia NMP) w kol. Berezowicze pow. Włodzimierz Wołyński upowcy 8-letniej Irenie Chaber siekierą odrąbali głowę na pniaku do rąbania drzewa. We wsi Chorostów pow. Włodzimierz Wołyński przywiązali do łóżka, oblali benzyną i spalili babkę Karolinę Ryś i jej dwoje wnucząt o nazwisku Opałko.

W kol. Czmykos pow. Luboml upowcy razem z chłopami ukraińskimi z okolicznych wsi Czmykos, Sztuń, Radziechów, Olesk i Wydźgów wymordowali około 200 Polaków.. Eugeniusz Król, lat 12, został przybity za ręce, nogi i szyję do drzwi w kuchni. Zofia Wąs z d. Król, jako świadek pisze o sobie w osobie trzeciej: „Zofia Król, lat 7 i Janina Kotas, lat 12 bawiły się w sadzie lalkami. Nagle zaczęły dochodzić dziwne odgłosy. Starsza dziewczynka, Janina Kotas, zidentyfikowała, że są to banderowcy. Nagle jeden z nich pojawił się w sadzie, gdzie bawiły się dziewczynki (znany dziewczynkom, gdyż pochodził ze wsi Czmykos, gdzie mieszkali w większości Ukraińcy). Ten człowiek był tego samego dnia rano u państwa Królów – chciał pożyczyć chleb. Pani Julia Król, lat 29, matka Zofii dała mu cały bochenek, podziękował i wyszedł. W sadzie ów Ukrainiec zapytał, czy rodzice są w domu. Zofia odpowiedziała, że tak. Dalej już nic nie pamięta. Jak się okazało później, dostała w tył głowy łopatą, co spowodowało utratę świadomości i wstrząs mózgu. Gdy Zofia odzyskała przytomność, było jeszcze widno, okazało się, że wraz z koleżanką zostały przysypane ziemią w niewielkim rowie. /.../ Janina Kotas leżała na Zofii z odciętymi w połowie łydek nogami. Dostała przez chwilę drgawek i przestała się odzywać, prawdopodobnie już nie żyła. Zofia wydostała się z prowizorycznego grobu i poszła do domu. Zorientowała się, że w domu są jeszcze banderowcy, więc wystraszona schowała się w konopie. Jak już wszystko ucichło, ponownie Zofia wybrała się do domu. I co zastała? Mama Julia Król, lat 29, z domu Greczkowska, leżała na podłodze cała zakrwawiona z nożem w piersi, już nie oddychała. Brat, Eugeniusz Król, lat 12 został przybity za szyję i ręce do drzwi w kuchni, również już nie żył. Tata Stanisław Król, lat 38 leżał koło pasieki, najprawdopodobniej przerżnięty piłą, jeszcze żył. Jak zobaczył Zofię, zaczął krzyczeć, żeby uciekała do babci. Zofia pobiegła najpierw do Marii Danielak, swojej matki chrzestnej. W domu nikogo nie było, na podłodze leżało tylko jakieś dziecko, całe porozrywane (głowa, nogi, ręce – osobno). Następnie Zofia pobiegła do swojej babki Katarzyny Król i dziadka Antoniego króla, tam też nikogo nie było, tylko pełno krwi wszędzie. Następnie Zofia pobiegła do drugiej swojej babki Zofii Greczkowskiej i dziadka Feliksa Greczkowskiego. Po drodze spotkała swoją koleżankę Amelkę, lat 5 i jej siostrę Annę. Lat 3, Góral. Za chwilę wyszedł, wyłonił się nagle, jakiś Ukrainiec i zaczął strzelać. Anna Góral, lat 3 zginęła na miejscu. Amelka Góral została postrzelona w ręce. Przed kulami uchroniła się jedynie Zofia. Zofia z ranną Amelką poszły do domu Greczkowskich, w którym też nikogo nie było. Po drodze napotkały leżącą, już nie żyjącą, kobietę z małym dzieckiem przy piersi. Dziecko jeszcze żyło. Następnie poszły do domu Amelki Góral i tam się schowały w kryjówce pod podłogą. Przesiedziały tam całą noc. Na drugi dzień poszły do Lubomla, do ciotki Zofii”. Było to 12 kilometrów, dotarły tam w bardzo złym stanie, do cioci Zofii o nazwisku Wichruk z d. Król (Siemaszko..., s. 1180).

W kol. Głęboczyca pow. Włodzimierz Wołyński „powstańcy ukraińscy” razem z chłopami ukraińskimi z sąsiednich wsi wymordowali około 250 Polaków. Ranną 11-letnią Anię Krakowiak zakopali żywcem. Małemu dziecku Jana i Anieli Sławskich roztrzaskali główkę o słup. W kol. Ludmiłpol pow. Włodzimierz Wołyński upowcy i chłopi ukraińscy z Gnojna za pomocą siekier, bagnetów i innych narzędzi wymordowali 104 Polaków. "Franciszek Walczak mieszkał w Ludmiłpolu, on i jego rodzina byli Polakami. Trzech Ukraińców wjechało na jego podwórko, właśnie w tym czasie z domu na podwórko wyszła jego żona Gustafa lat ok. 22 z malutkim dzieckiem na ręku. Wyraźnie nie wiedziała jeszcze co jej grozi. /.../ Ukrainiec uderzył najpierw siekierą dziecko, które Gustka trzymała w rękach. Niemowlę wypadło jej z rąk i upadło ogłuszone na ziemię, jednak ożyło i zaczęło raczkować. Jeden z oprawców powiedział zaraz: "Dobij dziecko, bo ożyło!". Ukrainiec uderzył jeszcze raz siekierą i tym razem skutecznie. Zaraz potem zarąbali Gustafę, żonę Franciszka, który to wszystko widział i słyszał ze schronu.” (Antonina i Kazimierz Sidorowicz, w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl; relację spisał Sławomir Tomasz Roch.).

W nocy z 24 na 25 sierpnia 1943 roku w miasteczku Mizocz pow. Zdołbunów Ukraińcy podpalili domy polskie i sierpami, siekierami, nożami wyrżnęli ponad 100 Polaków; „na sztachetach płotów wisiały niemowlęta w becikach” (Siemaszko..., s. 979). „To było piekło. Wchodzili do poszczególnych domów i zarzynali ludzi, masakrowali, rąbali na kawałki. Do uciekających strzelali, natomiast wszystkich, których złapali mordowali w okrutny, sadystyczny sposób - nożami, kosami, siekierami. Małe dzieci zabijali o mury domów i wieszali na płotach.” (Relacja świadka Romana Szpita; w: Lucyna Kulińska, Dzieci Kresów II, Kraków 2006, s. 78-79).

29 sierpnia 1943 roku w kol. Augustów pow. Horochów zamordowali 7-osobową rodzinę polską. Świadek Kajetan Cis, ukryty w kopie zboża złożonej z dziesięciu snopków widział nieudaną próbę ucieczki rodziny Malinowskich. Rodzina ta liczyła 7 osób: rodziców, teściową i dzieci lat: 2. 3, 4 i 5. „Rozjuszona banda, jeszcze okrwawiona i rozgrzana we Władysławówce - widłami, siekierami, sierpami i kosami - zabijała, maltretowała tę rodzinę; kobiety, żonę Malinowskiego i teściową, rozebrali do naga i gwałcili - chyba gwałcili już nieżywe kobiety, bo leżały bez ruchu i co raz jakiś ryzun kładł się na nie, były całe we krwi. Żywe dzieci podnosili na widłach do góry - straszny krzyk (...). Kilku ryzunów poznałem - mieszkali w przyległych wioskach, sąsiedzi”. (Siemaszko..., , s. 1237).

30 sierpnia 1943 we wsi Budy Ossowskie pow. Kowel  upowcy oraz chłopi ukraińscy ze wsi Rewuszki i Wołczak dokonali rzezi 270 Polaków. „ Nie pamiętam, jaka to była wieś, chyba Moczułki, wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak „Jastrząb” płacze. A to był twardy żołnierz, który rzadko pokazywał emocje. Widok, jaki tam zastaliśmy, przechodził ludzkie pojęcie. Maleńkie dzieci powbijane na kołki w płocie. Kobiety leżały na podwórku z rozprutymi brzuchami. Jedna z nich była w ciąży. Wyrwany z jej brzucha płód leżał obok niej. Wszyscy mężczyźni mieli odrąbane siekierami głowy. Wszyscy zastanawiali się, jak można się posunąć do takiego zwyrodnialstwa. ” (Marek A. Koprowski: Oprawca jeszcze żyje. W: http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz%2Fwaclaw-gasiorowski   03 lipca 2013 )

We wsi Kąty (Kuty) pow. Luboml upowcy i chłopi ukraińscy z okolicznych wsi siekierami, widłami, drągami i innymi narzędziami wymordowali około 250 Polaków. Jaszczukową z 5 córkami wrzucili do studni żywcem. Janinie Prończuk i jej dwom synom w wieku lat kilku odcięli głowy. Niemowlę o nazwisku Sacharuk zabili uderzając główką o ścianę domu – w tym dniu odbywały się jego chrzciny. O. Kazimierz Prończuk z Kątów k/ Lubomla, 4 km od jagiłłowego kościoła z 1412 r. gdzie był ochrzczony. Urodzony 17.04.1932 r. W domu było ich dziesięcioro. 31.08.1943 r. UPA wraz Ukraińcami z sąsiednich chutorów - wymordowali i spalili Kąty. Wymordowano ponad 300 osób w tym rodzinę Prończuków. Ocalał ojciec, dwóch braci i dwie siostry. Kazimierz jedenastoletni chłopiec wraz z ojcem i bratem, zbijali w Lubomlu trumny - swoim najbliższym, a po dwóch dniach od mordu - pojechali po umęczone zwłoki matki i rodzeństwa. Zapamiętany widok był okropny - pobitych siekierami matkę z małymi dziećmi - posadzono opartą o gruszę na ławce i pokładziono na jej kolana zwłoki pobitych dzieci. Ukraińcy szydzili - że to pomnik Matki Polki! Wszystko to i sceny mordu widział ukryty w pobliżu domu. Pochowali w skrzyniach, na lubomelskim cmentarzu od drogi. Ojciec tak przeżył, tą gehennę, ze w kilka tygodni dostał paraliżu nóg a potem, jesienią 1943 r. zmarł w Lubomlu z tęsknoty za utraconą rodziną.” (Krzysztof Kołtun: Wspomnienie o Ojcu Redemptoryście Kazimierzu Prończuku; w:  http://www.rymacze.pl/a29.html

W sierpniu 1943 roku we wsi Kamienna Góra pow. Równe za namową sąsiadów Ukraińców, którzy gwarantowali im bezpieczeństwo, do swoich gospodarstw powróciły 4 rodziny polskie. Dokonali żniw i gdy zboże stało już w snopkach, ci sami sąsiedzi Ukraińcy pewnego ranka wszystkich Polaków przebywających we wsi powiązali drutem kolczastym i zawieźli na trzęsawisko pod kolonię Lubomirka Stara. Tam zadźgali nożami i bagnetami 11 osób, a następnie wdeptali ciała w bagno. „Kiedy zapędzono wszystkich na to trzęsawisko, zaczęto nożami i bagnetami dźgać poszczególne osoby. Kiedy, widząc to, Drzewiecki Antoni poprosił słowami „Chłopcy zastrzelcie mnie”, otrzymał odpowiedź taką: „Zabut to poczotnaja smert, my tobi pokarzem, jaka ukrajinśka smert” (Zapomnij o tej zaszczytnej śmierci, my tobie pokażemy, jaka jest ukraińska śmierć”). I w tym momencie nadział na bagnet jego wnuczka, a syna 2-letniego Sawickiej Zofii, podniósł do góry i kręcąc w kółko, powiedział: „Dywysia Lasze jak ukraina plasze” (powinno być: „Dywyś lasze, jak Ukrajina plasze”, czyli: „Zobacz Polaku, jak Ukraina płaci (mści się)”. (Tadeusz Loba, w: Siemaszko...., s. 1201 – 1202).

 

1 września 1943 we wsi Terebejki pow. Luboml została  zamordowana przez upowców 4-osobowa rodzina Mordaczów: Stefan Mordacz lat ok. 48 (zarąbany siekierą), jego żona Stefania (zakłuta bagnetem), ich dwoje dzieci: Marię lat 8 i Jana lat 6 powiesili w kuchni na hakach. Sprawcą mordu był Iwan Paciuk, sotnik UPA z rejonu wsi Sokół, były gajowy, razem z synem Wasylem. We wsi Woskodawy pow. Równe zarąbali siekierami Bolesława Słowińskiego i jego żonę, a ich 6 dzieci w wieku od 1 roku życia do 12 lat nabijali na widły i kładli na furę, którą zostały wywiezione do wsi Korościatyn, gdzie spalili je żywcem w szopie.

19 września 1943 w kol. Piaseczno pow. Kowel upowcy i chłopi ukraińscy zarąbali siekierami, zakłuli nożami i innymi narzędziami co najmniej 93 Polaków; 4-letniego Kazimierza Frantczaka przybili kołkiem do ziemi przez brzuch. Relacja Henryka Frantczaka, ugodzonego nożem 38 razy: „Była niedziela. Wieczorem przyszedł do nas sąsiad Maminski – Polak i rozmawiał z moim ojcem Franciszkiem, siedząc na kłodach drzewa na naszym podwórku. Ja też tam siedziałem. Miałem wtedy 13 lat. Wtem znienacka otoczyli nas uzbrojeni Ukraińcy mający maski na twarzach. Widziałem, jak Mamińskiego związali, a mnie z moim ojcem zapędzili do mieszkania. W mieszkaniu zaczęli tatusia bić, dźgać lufami w głowę. Na ten widok ja schowałem się za drzwi. Wkrótce jeden z bandytów znalazł mnie za drzwiami, chwycił za gardło i wyprowadził na dwór. Następnie przycisnął mnie do ściany domu i zaczął zadawać ciosy nożem w piersi. Czułem ból, jak gdyby silne ukąszenie muchy. Potem straciłem przytomność. Zacząłem ją odzyskiwać bardzo powoli. Jak we śnie widziałem, jak mordują moją mamę Stanisławę. Słyszałem jęki ojca. Kiedy stałem się bardziej przytomny, poczułem silne pragnienie i powoli wstałem na nogi. Bandytów już nie było. Wszedłem do mieszkania i napiłem się wody. Wyszedłem na podwórze i tu ujrzałem leżącą matkę z ukośnie rozrąbaną głową. Dalej leżał i jęczał mój trzyletni braciszek Kazio. Miał wbity kołek w brzuch i tak konał przygwożdżony do ziemi. Kiedy odezwałem się do niego, prosił pić. Powoli i z trudem poszedłem do studni i zaczerpnąłem nieco wody. Podałem ją Kaziowi. Ten, po wypiciu, wkrótce skonał. /.../ Tak przeleżałem do rana. Kiedy nastał dzień, wstałem, rozejrzałem się i nikogo nie zauważywszy, wszedłem do mieszkania. Z rozprutego brzucha wychodziły mi kiszki, więc wziąłem ręcznik i przepasałem się nim. Postanowiłem następnie pójść nad rzekę w nadziei, że może kogoś spotkam” (Siemaszko..., s. 1141 – 1143). Henryk Frantczak przeżył, dotarł do szpitala, długo leżał nieprzytomny. Pozostał kawalerem, od tragicznych wydarzeń w 1943 roku wzrost mu się zatrzymał, cierpiał na głuchotę, odczuwał ból blizn. Przeżył, więc nie jest zaliczony do ofiar ludobójstwa.

W kol. Świętocin pow. Włodzimierz Wołyński w kilka dni po rzezi 31 sierpnia upowcy zamordowali w leśniczówce grupę 25 – 30 Polaków. „W tejże leśniczówce znajdowało się wówczas kilkoro małych dzieci przybitych do ścian za ręce i nogi, już martwych” (Siemaszko..., s. 940). We wsi Wólka Lubieszowska koło miasteczka Lubieszów pow. Kamień Koszyrski: „Pamiętam, szłam z pola przez polską kolonię i zaszłam do Grabarzów. Gdy otworzyłam drzwi wszystka zamarłam: cała rodzina leżała zarąbana! Taki sam obraz był u Kozieradzkich, tyle tylko, że oprócz tego tam niemowlę stało nabite na pal” - pisze do Muzeum w Łobnej mieszkanka Wólki Lubieszowskiej W. M. Dawydiuk” („Lubeszywszczyna”, ukraińska książka wydana w 1996 roku, s. 93 - 94; za: Zbigniew Małyszycki: „Potknięcia prof. Pawła Wieczorkiewicza”; w: „Myśl Polska” z 26 października 2008). Zbrodni dokonał oddział UPA około 9 listopada 1943 roku.

W Wigilię 1943 we wsi Kotłów pow. Złoczów upowcy zamordowali 7 rodzin polskich podczas wieczerzy wigilijnej, 35 Polaków. „Tam były pomordowane młode dziewczęta i jakże okrutnie... jedną powieszono za włosy na drzwiach i rozpruto jej brzuch, a drugiej z kolei ręce przybito gwoździami do stołu, a stopy – do podłogi. Albo ten maleńki chłopczyk... powieszony za genitalia  na klamce...”. (Franciszek Sikorski: Iwa zielona, Wrocław 1984, s. 189 – 190 i 202). W miasteczku Ołyka pow. Łuck: „Kazimiera Marciniak jako 13-letnia dziewczynka była świadkiem ludobójstwa dokonanego przez UPA na Polakach. Rodzina pani Kazimiery uciekła do Kadyszcz, a następnie do Ołyki, gdzie zjeżdżali się uciekinierzy. Wkrótce jednak i samo miasteczko zostało napadnięte. Zginęły 42 osoby.  Następnego dnia widziała sceny, których nie zapomni do końca życia. ”Razem z koleżanką zajrzałyśmy do domów, gdzie byli pomordowani. W jednym z nich na kanapie leżało dwóch chłopców, w wieku ok. 8 - 10 lat. Mieli odrąbane głowy. W innym domu widziałyśmy zasztyletowaną ciężarną kobietę. W pobliżu stała kołyska, a w niej może półtoraroczne dziecko. Miało wydłubane oczka i powykręcane palce, ucięty i wyciągnięty język. Leżało tak na beciku, wkoło wszystko było zakrwawione”. (Michał Okrzeszowski: Dramat Wołynia. "Widziałam dzieci z odrąbanymi głowami"; 16 lipca 2016; w: http://www.nowiny24.pl/wiadomosci/podkarpacie/a/dramat-wolynia-widzialam-dzieci-z-odrabanymi-glowami,10413716 ). 

 

Zbliżały się kolejne, wojenne Święta Bożego Narodzenia 1943 roku. Wigilijny stół był skromniutki. Nie było ryby, pierogi bez sera, z samych kartofli i tylko barszcz z uszkami z armatniowskich prawdziwków smakował jak dawniej. W nocy zbudziła nas strzelanina. Strzelano gdzieś koło rogatek miasta, na Barbarówce. Byłyśmy przekonane, że to Niemcy wiwatują na cześć świąt; w tamtej stronie były też ich koszary. Uspokojeni wróciliśmy do łóżek, a rano poraziła nas straszna wiadomość. Banderowcy napadli na przedmieścia Łucka, gdzie schroniła się większość uchodźców z polskich wsi. W okrutny sposób zamordowali kilkadziesiąt osób, w tym naszą znajomą Witkę z niemowlęciem. Byłyśmy tam na modlitwie różańcowej, ale tego, co wdziałam, nie chcę i nie mogę, nawet po tylu latach, opisywać. /.../ Zaraz po Nowym Roku odbył się pogrzeb ofiar napadu. Szły nieprzebrane tłumy ludzi, niosąc trumny zbite z prostych, nieheblowanych desek, często podwójne na znak, że leżą matka z niemowlęciem. Taką właśnie trumnę podwójną miała Wikcia i jej maleńkie dziecko. Nad otwartą zbiorową mogiłą kazanie wygłosił ksiądz Bukowiński, żegnając zarówno tych, których za chwilę miał pochować, jak i tych, którym nie dane było spocząć w poświęconej ziemi: potopionych w bagnach, spalonych bądź po prostu porzuconych w lesie. Upłynęło wiele lat, a ja ciągle nie mogę tego pogrzebu zapomnieć”. (Barbara Krawczyk: Gorzki kraj lat dziecinnych... ; Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo, 1999 ).

 

W grudniu 1943 roku we wsi Potoczyska pow. Horodenka banderowcy zamordowali 3-osobową rodzinę kościelnego: ojca, 10-letniego syna Józefa Krasowskiego, któremu wydłubali oczy i powiesili go na drzewie obok kościoła oraz córkę Zofię, którą przybili gwoździami na drzwiach mieszkania, gdzie skonała w męczarniach. W kol. Strzelecka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz chłopi ukraińscy , używając kul, siekier, noży itp., torturując i okaleczając, zamordowali 47 Polaków, „W rodzinie Prucnala wymordowano 8 osób, w tym 6 dzieci. Dzieci porąbano siekierą, odcięte głowy nabijano na kołki w płocie, 9 miesięczne dziecko nabito na płot żywcem”. Właściciela wiatraka oraz 5 dzieci rannych wrzucono do studni. Wśród oprawców był Aleksy Kalińczuk. Na przełomie 1943/1944 zgwałcił on i zastrzelił Polkę. Po wojnie zamieszkał w Kaliszu pod przybranym nazwiskiem Jan Wiśniewski. Sądzony w 1969 roku w Lublinie za zbrodnie na ludności żydowskiej i polskiej otrzymał karę 15 lat więzienia. Prawdopodobnie został agentem SB i wcześnie opuścił więzienie.

 

W 1943 roku we wsi Krościatyn pow. Równe spalili żywcem w szopie 6 dzieci Bolesława Słowińskiego w wieku od 1 roku życia do 12 lat, które przywieźli ze wsi Woskodawy, gdzie pokłuli je widłami i ranne nabijali na widły i kładli na furmankę; tam też zarąbali siekierami ich rodziców. W pobliżu miasta Krzemieniec woj. wołyńskie zamordowali Polaka, każąc patrzeć na to córeczce, a następnie nabili dziecko na widły i podnieśli w górę, mówiąc: „Macie polskiego orła”. W kol. Kołodeskie Budki pow. Łuck zamordowali 7 Polaków, w tym 4-osobową rodzinę; 13-letniego Mieczysława Szuryńskiego przybili za język do stodoły i wbili mu kołek w klatkę piersiową.  Na terenie gminy Korytnica pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zarąbali szpadlem 12-letniego Kazimierza Surmacza, pasącego konie na łące; jego matkę i 2 siostry ukrył sąsiad Ukrainiec, a następnie wywiózł furmanką pod słomą do Lubomla. W kol. Smyga pow. Dubno zwiad AK natknął się na ciała polskich dzieci powbijanych na sztachety.

 

17 stycznia 1944 we wsi Krosienko pow. Przemyślany w czasie trzeciego napadu w styczniu banderowcy zamordowali 15 Polaków. „Tego dnia zamordowano też pięcioosobową rodzinę. Rodziców powieszono nogami do sufitu, wbijając kołki do ust. Czternastoletniego syna zamęczono łamiąc żywcem nogi i ręce, a dwie małe wnuczki, Jolę i Stasię, powieszono za wnętrzności na płocie. /.../ Na pogrzeb przyjechał ksiądz Florek, kleryk, który kończąc ceremonię powiedział: „Bóg o wszystkim pamięta. Na pewno nadejdzie dzień zapłaty”. Słowa te sprawiły, że gdy wracał z pogrzebu został napadnięty przez kilku banderowców, którzy wyrwali go z tłumu. Wlekli go około 100 metrów, a później rzucili na sanie i odjechali w kierunku Zaciemnego. Na drugi dzień podrzucono do wsi jego pocięte piłą zwłoki”. (Wiktor Błaszków; w: Komański..., s. 779). W styczniu 1944 roku we wsi Bołtury pow. Brody: „Rano wyjechaliśmy do Bołtur. Pamiętam, że gdy wszedłem do jednego z częściowo spalonych domów, ujrzałem tam leżące na komodzie około roczne dziecko. Miało rozkrzyżowane, przybite gwoździami ręce i nóżki. Było martwe. Tam, gdzie przechodziłem było pełno zwłok. Naliczyłem ich około 40-tu. Widziałem trupy kobiet i dzieci zabitych z bliskiej odległości ostrymi narzędziami lub kołkami. Leżeli przeważnie w domach, na podwórzach i w sadach.” (Czesław Keller; w: Komański..., s. 581).

 

W nocy z 5 na 6 lutego 1944 roku we wsi Jamelna pow. Gródek Jagielloński, głownie na przysiółku Mazurówka, upowcy zamordowali ponad 100 Polaków. „W rodzinie Ciepko zginęło 5 dzieci i rodzice. Jeden chłopczyk, który uciekał został zastrzelony, a pozostałych poćwiartowali nożami” (Józefa Ardelli; w: Siekierka..., s. 225 – 226; lwowskie). 11 lutego 1944 roku we wsi Boków pow. Podhajce: „Ukraińcy wymordowali 23 Polaków. Dzieciom obcinano ręce i nogi” (AAN, AK, sygn. 203/XV/15, k. 122). W nocy z 12 na 13 lutego 1844 roku we wsi Łanowce pow. Borszczów, w części zwanej Szlachta, banderowcy spalili polskie gospodarstwa oraz wymordowali około 100 Polaków. „Okazało się, że pod spalonym spichlerzem, w piwnicy, są jej dzieci. Wejście do piwnicy zawalone było palącymi się belkami. Silniejsi mężczyźni szybko odwalili te belki, powstała mała szczelina i ktoś poprosił mnie, abym jako najmniejszy, tam wszedł. W półmroku siedziała pod ścianą dziewczynka, która jakby się uśmiechała, obok niej jej brat Staszek i Staniszewski. On siedział najbliżej, więc powiedziałem do niego, aby wyszedł, a on nie ruszał się. Podszedłem do tej dziewczynki, po takich jakby ugotowanych ziemniakach, wołam ją i chwyciłem za bosą nóżkę, a nóżka została mi w ręku. Wyskoczyłem stamtąd i zawołałem – „one są ugotowane”. To było straszne.” (Ludwik Fijał; w: Komański..., s. 522 – 523) „Widziałem chłopca, może dziewięcioletniego z rozprutym brzuchem, jak jedną zastygłą już ręką, podtrzymywał wypadające jelita, a drugą wyciągniętą do przodu, próbował się wyczołgać z płonącego domu i tak zmarł. W innym miejscu leżała młoda dziewczyna o pięknych jak len długich włosach, splecionych w warkocz. Otrzymała cios siekierą w tył szyi, musiała widocznie jeszcze biec kilkanaście kroków, znacząc obficie krwią drogę. Na zawsze utkwił mi w pamięci widok ciała kilkumiesięcznego dziecka z roztrzaskaną główką.” (Bernard Juzwenko; w: Komański..., s. 526 – 527). "Dwojgu dzieciom - było to rodzeństwo, chłopaczek miał sześć lat, siostrzyczka miała pięć lat - odcięto języki - nazwisko ich to Skórski. ... Druga rodzina nazwiskiem Żołyński; męża nie było w domu. Przyszli banderowcy, wyłamali drzwi; wyprowadzili żonę na dwór i siekierą zabili. Widziałem ją jak leżała na podwórku..Obok niej leżało małe dzieciątko, może miało sześć miesięcy.  Leżało obok swojej mamy, brzuszkiem do góry, na piersiach i brzuszku było widać kłucia bagnetem. Buzię miało bielszą od śniegu, nadzwyczaj białą. /.../  Dziś na miejscu tej ohydnej zbrodni, jednej z wielu tysięcy, stoi krzyż poświęcony... trzem banderowskim barbarzyńcom, których Rosjanie otoczyli tam przy końcu 1945r!!!” (http://forum.gazeta.pl/forum/w,48782,79378212,,A_na_zgliszczach_psy_wyly_na_chwale_Samostijnej.html?v=2). „Od strony Szlachty nadbiegła głośno płacząca kobieta (Skórska), a zobaczywszy tatę i wujka, krzyknęła – O Boże, jak to dobrze, że wy jeszcze żyjecie! Moje dzieci zostały zamordowane! Nawet języki im obcięli! Oczy im wydłubali! Boże mój, Boże, za co pokarałeś takie małe istoty?!”. (Mieczysław Walków: Zbrodnia UPA w Łanowcach; w:  http://www.kresy.info.pl/menu-serwisu/historia/1185-zbrodnia-upa-w-anowcach ).

We wsi Słobódka Wasylkowiecka pow. Kopyczyńce: „W nocy na 16 lutego br. zbrodniarze ukraińscy zamordowali 5 osób z 3 rodzin Międzybrodzkich i 3 mężczyzn z innych rodzin. Między ofiarami jest niemowlę, któremu zbrodniarze połamali rączki i przybili do kołyski". (1944, 5-11 marca, Meldunek tygodniowy Wydziału Informacji i Prasy Okręgowej Delegatury Rządu we Lwowie dotyczący terroru ukraińskiego, opracowany przez dr Kazimierza Świrskiego ps. "Brat"). W nocy z 17 na 18 lutego 1944 roku we wsi Ludwikówka pow. Rohatyn upowcy zamordowali ponad 200 Polaków.  „Mordowali ludzi w straszliwy sposób. Małe dzieci nadziewali na widły i żywcem wrzucali do ognia, a ludzi dorosłych palili w ich własnych domach albo wpędzali do stodoły i tam podpalali” (Helena Alicja Dul; w: Siekierka..., s. 426; stanisławowskie). „Ciała zabitych pochowano w trzech dużych dołach w rogu cmentarza. Z biegiem lat ziemia nad zwłokami zapadła się. Wklęśnięcia ziemi są teraz śladem po mogiłach tych ludzi. Dziś nie ma tam już na mogiłach krzyża, znaku ich wiary. Na miejscu wioski jest tylko zaorane pole” (Emilia Krupska; w: Siekierka..., s. 438; stanisławowskie).  W nocy z 22 na 23 lutego 1944 roku we wsi Berezowica Mała pow. Zbaraż upowcy dokonali rzezi ludności polskiej za pomocą rożnych narzędzi stosując bestialskie tortury, zamordowali co najmniej 131 Polaków. „Katarzynę Tomków, wdowę wraz z siedmiorgiem dzieci, zakłuto bagnetami. Podobnie wymordowano całą rodzinę Korylczuków: Prokopa, jego żonę Anastazję, i córki – Agnieszkę, Marię, Stefanię i małego wnuka Krzysia. Uratował się jedynie Władek Korylczuk, który po krótkiej walce wręcz, wyrwał się rezunom i zaalarmował całą wieś. Uciekł tylko w bieliźnie, a na dworze panował siarczysty mróz i śnieg był prawie po pas. Władek biegł przez całą wieś krzycząc „rżną”. Zatrzymał się aż na końcu wsi w leśniczówce. To właśnie dzięki niemu wielu ludzi zdołało się uratować” (Władysław Kubów; w: Komański..., s. 923 – 824). „Jego trzyletniego synka nadziano na bagnet i mimo krzyku dziecka, bandyci śmiali się i wymachując bagnetem mówili, że to jest polski orzeł” (Antonina Kubów, Stanisława Kubów; w: Komański..., s. 925). We wsi Huta Pieniacka pow. Brody 28 lutego 1944 roku esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna”, upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi w sile kilku tysięcy napastników dokonali rzezi ludności polskiej 1100 – 1300 Polaków, duża polska wieś przestała istnieć. „Po odejściu ukraińskich esesmanów z Huty Pieniackiej byłem jednym z pierwszych, którzy dotarli do spalonej wsi. /.../ Dopalały się jeszcze zabudowania, na drogach i polach leżeli martwi ludzie. Dużo widziałem dzieci na sztachetach płotów lub leżących z rozbitymi główkami. Wokoło śnieg był czerwony od ludzkiej krwi. W stodołach leżały dziesiątki zwęglonych ciał ludzkich” (Bronisław Zagrobny; w: Komański..., s. 611).

 

W nocy z 9 na 10 marca 1944 roku we wsi Szerokie Pole (Pochersdorf) pow. Dolina: „Dalej leżała w ogródku Paszkowego Leona żona, a dziecko rozdarte na płocie” (Ludwik Puzio; w: Siekierka..., s. 84, stanisławowskie). „Dzieci w oczach rodziców rozrywano na kawałki i wrzucano do ognia, również postrzelonych, na spalenie, rzucano do ognia.” (1943, 20 marca – List Wł. Bobrowskiego (PolKO Stryj) do Dyrektora RGO w Krakowie dotyczące opisów okrucieństwa dokonywanego przez bandy ukraińskie przy wyniszczaniu ludności polskiej. W: B. Ossol. 16721/2, s. 25-26). W nocy z 28 na 29 marca 1944 roku we wsi Wołczków pow. Stanisławów upowcy spalili gospodarstwa polskie i zamordowali 140 Polaków. „Moja sąsiadka Anna Śrutwa, która mieszkała nad Potokiem, uciekała z 4-letnim synem. Matkę zamordowano, a dziecku nożem rozpruto brzuszek i wycięto język”  (Jadwiga Gwizdak; w: Siekierka..., s. 514; stanisławowskie)  W marcu 1944 we wsi Kurdwanówka pow. Buczacz miejscowi Ukraińcy napadli na dwa domy polskie i zamordowali 6 Polaków. Zarąbali siekierą 16-letnią Jadwigę Skotnicką, 9-letniemu Bronisławowi Skotnickiemu odrąbali ręce i nogi żądając podania miejsca ukrycia się matki i sióstr. Zarąbali siekierami 70-letnią Petronelę Wójdę, około 50-letnie małżeństwo Anielę i Michała Wójdów oraz spalili żywcem ich 6-letnią córkę.

 

W nocy z 6 na 7 kwietnia (z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek) 1944 roku we wsi Moosberg pow. Jaworów wymordowali ponad 30 rodzin polskich.  “6 kwietnia 1944 roku, w Wielki Czwartek, poszedłem spać do swojej kryjówki na strychu, a żona z dziećmi i młodszymi siostrami pozostała w mieszkaniu. Od dłuższego czasu do mojego domu przychodził dość często policjant ukraiński z miejscowego posterunku. Wizyty miały charakter towarzyski, a nawet przyjacielski. Polubiłem go, uwierzyłem w jego przyjacielski stosunek do mnie. Łączyły nas wspólne zainteresowania. Gdy zapadła owa tragiczna noc czwartkowa, ktoś nagle energicznie zapukał do drzwi wejściowych. Moja żona podeszła do drzwi i zapytała: „kto puka?”. Usłyszała znajomy głos tego policjanta. Otworzyła mu bez wahania i zapytała co się stało, że tak późno przychodzi. W odpowiedzi otrzymała uderzenie kolbą karabinu i upadła zemdlona. Potem policjant dobił ją strzałem z karabinu. Mój 5-letni syn przestraszony tym widokiem schował się niepostrzeżenie za tapczan i on był świadkiem tej krwawej sceny. Policjant, za którym weszło do mieszkania dwóch lub trzech morderców, rozkazał pozostałym osobom, to jest Marii, Krystynie i dwójce dzieci ustawić się w rzędzie. Mój trzyletni syn zwrócił się do policjanta: „Jeśli pan chce pieniędzy, to ja panu je dam” i wyjął z kieszeni złotówkę. Wówczas jeden z oprawców porwał dziecko za nogi i roztrzaskał mu główkę o ścianę. Następnie inni zastrzelili obie młodsze siostry mojej żony i moją 6-letnią córeczkę. Po zabójstwie mordercy dokonali w mieszkaniu rabunku. Po jakimś czasie moja córeczka oprzytomniała po otrzymanym postrzale i zaczęła płakać prosząc o picie. Wtedy wpadł do pokoju ów policjant i widząc, że dziecko żyje, dobił je bagnetem”. (Józef Korostyński; w: Siekierka..., s. 358 – 359; lwowskie). „Druga część tragedii rozegrała się z Marią Badecką i jej synkiem. Przyszli banderowcy i oboje zabrali. Zgwałcili ją, obcięli piersi i zastrzelili, a dziecko przywiązali do dwóch ugiętych drzew, które prostując się, rozerwały je. Scenę tę oglądał z ukrycia parobek” (Jadwiga Badecka; w: Siekierka..., s. 188. lwowskie). Mord miał miejsce 29 kwietnia we wsi Łąka pow. Sambor, dokąd uciekła z synem z przysiółka Zady po rzezi 10/11 kwietnia.

 

12 kwietnia 1944 roku we wsi Hucisko pow. Bóbrka upowcy oraz chłopi ukraińscy ze wsi okolicznych dokonali rzezi 118 Polaków. „12-letni Jan Węglowski, syn Andrzeja, schwytany przez banderowców, został doprowadzony do miejsca kaźni na „tarninie” i tam żywcem spalony.. Kilkanaście małych dzieci, które były schwytane podczas ucieczki, a których nazwisk nie zapamiętałam, oprawcy ukraińscy nadziewali na sztachety płotów lub żywcem wrzucali do studni”  (Julia Iwanicka; w: Siekierka..., s. 47 – 48; lwowskie). We wsi Ćwitowa pow. Kałusz: „Tatę torturowano i spalono nocą z 27 na 28 marca 1944 r. /.../ Rusini nie skąpili mamie i nam goryczy. Oto po kilku dniach przynieśli wiadomość, że w nocy została wymordowana rodzina leśniczego. Opowiedziana była z okropnymi detalami. Zaczęło się od torturowania niemowlaka, a potem starszych dzieci na oczach rodziców. Potem okrutny los spotkał żonę, a na samym końcu leśniczego. Na długo pozostał stos torturowanych ciał z wbitymi w nie widłami. Uratowała się jedynie jedna dziewczynka, która tej nocy była w gościnie u rodziny.” (Włodzimierz Jan Baszczyński; w: Siekierka..., s. 173 – 182; stanisławowskie).

W nocy z 2 na 3 czerwca 1944 r. we wsi Rumno pow. Rudki Ukraińcy z OUN-UPA z sąsiednich wsi obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz za pomocą siekier, noży i bagnetów zamordowali 40 Polaków i 1 Żyda. „Drapała Zofia, lat 25, torturowana, obcięto jej język i piersi. Tak samo Wandycz Anna, lat 23. Wandycz Zofia, lat 25, miała zmasakrowane piersi. Maria Wandycz, lat 9, wycięli serce i położyli obok ciała. Pater Józefa, 21 lat, postrzelona, oblana benzyną i żywcem spalona. Puńczyszyn Maria, 6 lat, rozpruto brzuszek nożem, skonała w męczarniach.  Kasprzyczak Katarzyna, 30 lat, zarąbana siekierą. Kasprzyczak Antoni, 2 lata, syn Katarzyny, obuchem siekiery roztrzaskano mu głowę.” (Siekierka..., s. 831, 844; lwowskie). 7 czerwca 1944 we wsi Krościenko pow. Dobromil w przysiółku Połanki miejscowi policjanci ukraińscy oraz chłopi ukraińscy z SKW  zamordowali 2 rodziny polskie Krawców i Łaszkiewiczów liczące 10 osób. „Szczątki pomordowanych i spalonych zebrano do jednej trumny i pochowano w nieznanym mi miejscu. Tak więc członkowie „bohaterskiej UPA” w bestialski sposób wymordowali „wrogów narodu ukraińskiego”. Tymi wrogami była moja rodzina – moja babcia sparaliżowana staruszka, leżąca od dwóch lat w łóżku, pięcioro dzieci w wieku od 2 do 14 lat, trzy kobiety i wiejski cieśla”. (Tadeusz Łaszkiewicz; w: Siekierka..., s. 160 – 161; lwowskie) 

 

23 lipca 1944 we wsi Żupanie pow. Stryj obrabowali gospodarstwa polskie i zamordowali głównie za pomocą siekier 49 Polaków. „Antoni Piotrowski, żona Katarzyna, syn Kazimierz, synowa Michalina, z d. Komornicka w ostatnim miesiącu ciąży, żona Kazimierza, znaleziono ją spaloną, a obok niej leżało nienarodzone dziecko. Karolina Turzańska i jej córka też Karolina, obie zostały wrzucone żywcem do studni. Dom ograbiono i spalono. Albert Wiśniewski, żona Sabina, syn Zbigniew, córki Władysława, Adela i Albina. Z czwórki dzieci, synowi i dwom córkom oprawcy odrąbali głowy, trzecia córka ukryła się pod piecem, gdzie spaliła się żywcem wraz z domem." (https://www.facebook.com/PolishHolokaust/?__tn__=%2Cd%2CP-R&eid=ARD-k4fCWqznkrIsGZCU0Hs_-7wlpkK6iKgiOXyb4H8LqLU18Y73O7jx2i-sCJOV4DaupNaSAAXrISI6 ).

 

W sierpniu 1944 we wsi Polanka pow. Lwów „partyzanci ukraińscy” zamordowali 3-osobową rodzinę polską: chorego ojca zamordowali w domu, do lasu uprowadzili 1-rocznego syna i 17-letnią córkę. „Gdy mama otworzyła do mieszkania weszła Kowalowa, nasza sąsiadka z czasów, gdy mieszkaliśmy na Polanie. Wyglądała jak upiór lub oszalała. Z początku nie mogła wymówić słowa, po chwili weszła w kąt mieszkania i powtarzała „ukryjcie mnie”. Dopiero po pewnym czasie opowiedziała, że dwa dni temu banda UPA weszła do jej domu i zamordowała jej chorego męża, zaś 17-letnią córkę i rocznego syna uprowadziła do lasu. Kowalowa w tym czasie była na podwórzu i gdy ujrzała idących banderowców, ukryła się w stogu siana i była świadkiem tragedii swojej rodziny. Działo się to kilka dni po ucieczce Niemców ze Lwowa i zajęciu Polanki i Lwowa przez wojska sowieckie. Polanka była odległa od Lwowa około 17 km. Dwa dni po napadzie banderowców, NKWD odnalazło w lesie ciało Natalki i jej braciszka. Natalka miała rozcięty brzuch, do którego był włożony martwy chłopczyk. Po tym mordzie Kowalowa uciekła pieszo do Lwowa i przyszła do naszego domu”. (Tadeusz Caliński – Cały; w: Siekierka..., s. 637 – 638; lwowskie).

 

We wsi Maniów pow. Sanok: „W dniu 18 września 1944r. pomiędzy godziną 11 a 13 z rejonu Krąglicy udałem się do domu Babci w Maniowie by przynieść bieliznę dla zmiany, papierosy i coś do jedzenia. Wszedłem do domu, była cisza, nie było słychać żadnych głosów. Zaglądnąłem do kuchni, w której zobaczyłem siostrę Stefę strugającą kartofle i kołyszącą leżącą w kołysce 9-miesięczną kuzynkę Gienię. Miałem jakieś przeczucie, czułem się jakby powiązany. Pomyślałem, że może dlatego, że od dłuższego czasu przebywałem na łonie natury, w szałasach. Na zapytanie o coś do zjedzenia siostra oświadczyła, że wszystko jest pochowane, bo w nocy nieznani osobnicy zabierają jedzenie, odzież, bieliznę. Kazała mi poczekać aż przyjdzie Mama z reszta rodziny od kopania kartofli. Mieli przyjść na obiad, ponieważ kartoflisko było tylko 500m od leśniczówki. Ja dalej czułem się nieswojo i z nerwów dostałem bólów żołądka. Udałem się za budynek gospodarczy, gdzie był ustęp. Gdy wyszedłem z ustępu wzrok mój padł na leszczyny rosnące nad brzegiem skarpy opadającej do Balniczki, która wpada do Osławy. Na leszczynie było sporo orzechów laskowych, więc postanowiłem trochę narwać. Po paru minutach posłyszałem głosy, rozchyliłem gałęzie, by zobaczyć kto idzie. Zamarłem, bo po drugiej stronie rzeki szli upowcy z bronią, w różnym umundurowaniu z podwiniętymi rękawami. Szybko wycofałem się na podwórze koło studni i udawałem, że piję wodę z wiadra. Równocześnie drugi rząd upowców szedł drogą z Balnicy, a trzeci zatoczył ukosem z pod Kuczery pole, na którym Babcia z Mamą i dziećmi kopali ziemniaki. Podjąłem decyzję o ucieczce z powrotem do Kunickiego. Wybiegłem od studni w kierunku budki kolejowej, która stała w odległości 70 m nad torem. Dalej nie mogłem biec, bo teren był obstawiony upowcami. Zajęli nawet stanowiska z rkmami, tak jakby likwidowali duże zgrupowanie wojskowe. Stojąc za budką obserwowałem co się dzieje. Widziałem jak prowadzą z pola Babcię, Mamę i ciotkę z dziećmi. Wprowadzili ich do domu i wówczas rozległy się przeraźliwe krzyki. Byli mordowani nożami i maczugami, które nierzadko były poświęcone przez nacjonalistycznych duchownych greckokatolickich. Krzyk był tak duży, że omal nie zemdlałem. Chyba zrobiło to też wrażenie na upowcach, bo zaczęli strzelać w powietrze by zagłuszyć krzyki. Zaraz też zaczęli wynosić z domu trupy w skrwawionych płachtach i wrzucali do dołu po gnojówce. Mamę zmasakrowaną porozrzucano po ogrodzie. Do dołu wrzucono 9-miesięczną Gienię uderzoną tyko w głowę i zasypano ziemią. Warstwa ziemi była cienka tak, że w nocy rączkę wysunęła na wierzch i przeżyła do rana dnia następnego. Ja dalej obserwowałem poczynania bandytów z UPA, rabowali wszystko z domu. Mnie całe życie stanęło w oczach. I tak jak niektórzy mówią, że w obliczu śmierci przed oczyma, w jakimś tunelu, bardzo jasnym i kolorowym, przesuwa się całe życie w zupełnym odrętwieniu. /.../ Lista zamordowanych 18.09.1944 r., Maniów, gm. Wola Michowa, powiat leski, woj. lwowskie: Stachura Magdalena lat 63; Wesołkin Agnieszka lat 39; Wesołkin Stefania lat 14:  Olszańska Anna lat 29; Olszańska Maria lat 8; Olszański Zbigniew lat 6; Olszański Zygmunt lat 4; Olszańska Genowefa 9 miesięcy.”  (Marian Wesołkin: Wspomnienia; w: Stanisław Żurek: UPA w Bieszczadach,wyd II. Wrocław 2010, s. 187 – 191).

 

29 września 1944 r. we wsi Jamelna pow. Gródek Jagielloński podczas trzeciego napadu upowcy spalili polskie gospodarstwa i wymordowali 74 Polaków; palili żywcem, zakłuwali bagnetami, rąbali siekierami itp.; niemowlę z rodziny Ciepków nabili żywcem na sztachetę płotu,  niemowlę z rodziny Koszalów zakłuli nożem; 1-rocznej Annie Marcinów oraz 3-letniej Katarzynie Podsiadło odcięli głowy; niemowlęciu (Zofia Podsiadło) roztrzaskali główkę o mur; uprowadzili 20-letnią dziewczynę, która zaginęła bez wieści. „Nie widząc nikogo wszedłem do mieszkania. Tam w pokoju zobaczyłem żonę z głową rozciętą siekierą, aż wylazło jej oko. Moje dzieci były posiekane tasakiem od mięsa, który leżał zakrwawiony obok. Każde z nich miało ranę postrzałową w głowę. Wybiegłem na podwórze. Wokół panowała cisza. Morderców już nie było. Pobiegłem szybko do domu swych rodziców. Miałem nadzieję, że tam spotkam kogoś żywego. Niestety wszyscy zostali zamordowani. Cztery osoby dorosłe i siedmioro dzieci. Wszyscy byli porąbani siekierami i pokłuci bagnetami lub nożami, każdy miał postrzał w głowę. Całe mieszkanie było we krwi. /.../ Przy okazji zaglądnąłem do mieszkania sąsiadów o nazwisku Ciepko. Tam widziałem małe dzieci, które miały porozcinane nożami brzuszki. Jedną z małych dziewczynek nabito na sztachetę płotu i skłuto nożami i na końcu strzelili jej w główkę” (Józef Karczmarczyk; w: Siekierka..., s. 234; lwowskie). „W rodzinie Marcinowa (Dominika) zostały zamordowane jego dzieci: Józef (6 lat), Mieczysław (4 lata) i Ryszard (1,5 roku), natomiast matka Maria Marcinów zdążyła się skryć na dachu domu i ocalała, a jej siostra została zamordowana. U rodziny Polichtów – Józefa (70 lat) i jego żony Wiktorii (60 lat), tej nocy nocował znajomy kolejarz z córka ze Lwowa. Wszyscy zginęli z rąk banderowców. Córkę kolejarza, młodą i ładną dziewczynę zabrali ze sobą banderowcy. Można się tylko domyśleć jej tragicznego losu. W rodzinie Więcławów – matka Maria (44 lata) została zakłuta bagnetami, otrzymała aż sześćdziesiąt ran kłutych, jej syn Teofil (13 lat) miał 18 ran kłutych, córka Antonina (11 lat) osiem ran kłutych, syn Marian (9 lat) 12 ran kłutych, Katarzyna Adamów (24 lata) razem z synem (2 lata) zastali zarąbani toporem do rąbania drzewa. W rodzinie Podsiadłów zginęli: matka (40 lat), córki: Tola (11 lat) i Kasia (3 lata)”. (Eugeniusz Koszała; w: Siekierka..., s. 236 – 237; lwowskie).

 

9 października 1944 r. we wsi Skorodyńce pow. Czortków:. „Franciszka Bandura, c. Marcina Szatkowskiego, została zatrzymana na drodze do Czortkowa z trójką małych dzieci. Była w ciąży. Banderowcy związali ją razem z dziećmi drutem kolczastym i wrzucili do Seretu. Jej mąż w tym czasie był w wojsku na froncie” (Bronisława Bandura; w: Komański..., s. 692). 23 października 1944 r. we wsi Trójca pow. Śniatyn upowcy z sotni „Rizuna” spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 86 Polaków (głównie kobiety i dzieci ponieważ mężczyźni byli powołani do WP), 1 Żydówkę, którą ukrywali Polacy oraz 9 Ukraińców. „Następnego dnia ja z bratem Józefem poszliśmy z Zabłutowa do Trójcy dowiedzieć się, co się stało z mamą. Idąc przez wieś widzieliśmy trupy pomordowanych Polaków. Widziałem leżącego w przydrożnym rowie mojego kolegę, którego imienia i nazwiska nie pamiętam. Leżał na plecach. W twarz miał wbitą siekierę. Był w moim wieku, miał 10 lat. Widziałem także na drodze klęczącą nago 18-letnią dziewczynę, mieszkankę Trójcy. Nazwiska jej nie pamiętam. Nie żyła, ale trwała w pozycji klęczącej. Miała wyłupione oczy oraz zerwaną skórę z piersi i obu rąk od łokci do dłoni. /.../ Widziałem w wózku dziecięcym zamordowana 2-letnią dziewczynkę, córkę Grubińskich, która miała wbity w brzuch nóż.” (Zdzisław Krzywiński; w: Siekierka..., s. 660 – 661; stanisławowskie). „Szczególnym okrucieństwem wyróżniał się jeden banderowiec; kiedy któryś z nich chciał zastrzelić niemowlę, ten powiedział: „Szkoda kul” i zabił dziecko pilnikiem. Widział to chłopiec ukryty pod łóżkiem” („Na Rubieży” nr 5/1993). „Od naocznych świadków dowiedziałem się również o tragicznej śmierci Ładowskiej Katarzyny, której banderowcy podcięli gardło, a jej małoletniemu synowi kazali trzymać miskę, aby ściekała do niej krew” (Kazimierz Moździerz; w: Siekierka..., s. 665; stanisławowskie).

 

W powiatowym mieście Zaleszczyki:  „W październiku 1944 r. byłam w Zaleszczykach, widziałam jak nurt rzeki niósł drzwi, na których leżało 5 trupów: matka z czwórką małych dzieci przywiązana kolczastym drutem. Drzwi te zaczepiły o wystający pień drzewa i zatrzymały się przy brzegu. Wielu ludzi poszło oglądać to makabryczne widowisko. Podobnych scen codziennie było w okolicy więcej.” (Karolina Szuszkiewicz; w: Komański..., s. 907). We wsi Ostrów pow. Sokal zamordowali 2 dzieci polskich: „Być Romana, 3 tygodnie; Być Władysława, lat 10. Jeden z oprawców wziął niemowlę za nóżki i bijąc o betonową studnię, zmiażdżył jego główkę. Ciała obu dziewczynek oprawcy wrzucili do studni. (Adolf Kondracki; w: Siekierka..., s. 1064; lwowskie).  

 

26 listopada 1944 we wsi Hnidawa pow. Zborów upowcy zamordowali 48 Polaków z 10 rodzin. „Mordu dokonali banderowcy pod komendą Włodzimierza Jakubowskiego "Bondarenki" sotnika z UPA. Podczas rzezi pięcioletnią dziewczynkę - Zosię zmuszono do wypicia kubeczka krwi jej ojca, zabitego na oczach dziecka. Innej dziewczynce Hani, w zbliżonym wieku, kazano zjeść kawałek ciała jej ojca. Dziewczynce tej banderowcy w przystępie "wspaniałomyślności" darowali życie mówiąc "żyj na chwałę Stepana Bandery". (http://www.olejow.pl/readarticle.php?article_id=250  oraz Komański..., s. 477).

We wsi Lipniki pow. Tłumacz: „Do krwawej zbrodni doszło niedaleko Otynii w 1944 roku we wsi Lipniki między Hołoskowem a Uhornikami. Ofiarą ukraińskich nacjonalistów padła rodzina Czachów – moja bliska rodzina od strony mamy. Tamtego dnia w domu byli: Bronisław Czach, jego żona w ciąży oraz żona Józefa Czacha i ich dzieci – Łucja i Stasio – moje kuzynostwo oraz dziadek – Antoni Świderski. Ukraińcy zapukali do drzwi w nocy, krzycząc: „– Czach, Bronek! Otwórz drzwi, przecież się znamy.” To był ich częsty sposób – mordercy posługiwali się językiem polskim, czasami w ten sposób nie wzbudzali podejrzeń. „– Otwórz, chcemy sprawdzić, czy nie ma u was obcych.” Kiedy banderowcy zaczęli wyważać drzwi, mieszkańcy chcieli ukryć się na strychu. Nie zdążyli. Po wtargnięciu do domu matka dwójki dzieci została obezwładniona, a Ukrainiec krzyknął – patrz jak teraz się reże Polaków (reże – rżnie). W pierwszej kolejności zabili trzyletnią Julcię, a potem rok starszego Stasia. Oboje leżeli na łóżku, a obok leżała ich matka – żona Józefa Czacha, którego akurat wtedy był w wojsku. Dzieci zostały zamordowane na oczach matki. Wujek opowiadał, że Łucja została zabita szybko, a Stasio jeszcze długo krzyczał, płakał, Pewnie dobili go nożem. W korytarzu stał Antoni Świderski, żona Bronisława Czacha oraz Bronisław, w którego celował banderowiec. Kiedy Ukrainiec oddał strzał do jego żony, Bronek rzucił się w jej kierunku, Ukrainiec oddał drugi strzał. Pocisk odbił się od ściany, przeciął mu czoło, ale nie przebił kości. Wujek zalał się krwią, napastnicy myśleli, że już nie żyje. Ocknął się, kiedy już nikogo nie było, a żona dawała jeszcze znaki życia. Być może dziecko w łonie matki jeszcze żyło. Bronek czuł silny ból głowy, gdyż poza odłamkiem, rozbił głowę, upadając na podłogę. Antoni Świderski próbował uciec przez ganek, ale Ukraińcy go dopadli i tak dotkliwie pobili, że miał połamane kończyny, roztrzaskaną głowę i kości wystawały mu z ubrań. Bronek w szoku, w samej bieliźnie przybiegł do Otynii, żeby o wszystkim opowiedzieć. Był przemarznięty, leżał pierwszy śnieg. Zmarł 1998 roku i widok zamordowanej ciężarnej żony nie opuścił go do końca. Byłem wtedy jeszcze za mały, żeby to rozumieć, natomiast po wojnie wujek Bronisław przekazywał rodzinie przebieg tej zbrodni. Wyprawiono pogrzeb. Mój ojciec załatwił trumny, jakiś samochód. Samych zwłok nie widziałem. Chciano dziecku oszczędzić tego widoku. Ale byłem tam na miejscu – widziałem ślady zbrodni. Ślady krwi w pokojach, na podłodze wszędzie. Byłem tam z tatą. Była duża plama na ścianie, tato na nią wskazał i powiedział – pamiętaj – to jest dziadzia mózg. Tego nigdy nie zapomnę.” („Gdy zakopywano ich żywcem, ziemia jeszcze się ruszała”. Świadectwo p. Edwarda Bienia, rodem z Otynii k. Stanisławowa, honorowego przewod. Stowarzyszenia Kresowian w Dzierżoniowie. Rozmawiał Kamil Rogólski; w: http://www.bibula.com/?p=104950 ; 2018-10-23).

 

We wsi Ihrowica pow. Tarnopol banderowcy oraz chłopi ukraińscy z SKW z okolicznych wsi podczas wieczerzy wigilijnej dokonali rzezi ludności polskiej, podawane jest liczba od 79 do 92 zamordowanych Polaków oraz 1 Ukrainiec. „Zapytałem, kogo jeszcze zabili. - Chodź to zobaczysz – odpowiedział. Poszliśmy w stronę kościoła. Za studnią, naprzeciwko plebanii, w przydrożnym rowie leżała najmłodsza córka Białowąsów „Głąbów” - Stefcia. Owinięta była w naszą pierzynę, którą musieli zgubić rabusie. Już nie żyła. Chociaż ciało jej było mocno popękane i częściowo spalone, ocalał od ognia długi warkocz splecionych włosów. Oczy miała otwarte. Przez uchylone usta widać było śnieżnobiałe zęby. Wszyscy, którzy się jej wtedy przyglądali, płakali. Stefcia była piękną, 13 letnią dziewczyną, wyrośniętą, zgrabną i zawsze uśmiechniętą. Tak ją zapamiętałem. Stała się dla nas symbolem cierpienia pomordowanych Ihrowiczań. Był to widok szczególnie tragiczny i przygnębiający. Kto ją wtedy widział martwą, leżącą w rowie na tle dymiących jeszcze zabudowań, z całą pewnością zapamiętał na całe życie.”  (Jan Białowąs: „Wspomnienia wigilijne 1944 r.”; w: http://www.cracovia-leopolis.pl/index.php?pokaz=art&id=2254 ; Jan Białowąs: Wspomnienie z Ihrowicy na Podolu, 1997; Komański:... , s. 827). 

W nocy z 28 na 29 grudnia we wsi Łozowa pow. Tarnopol banderowcy z sotni „Burłaki” pod dowództwem Iwana Semczyszyna "Czarnego” oraz chłopi ukraińscy z SKW z sąsiednich wsi w liczbie około 500 napastników obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali głownie za pomocą siekier, noży, bagnetów i innych narzędzi 92 Polaków, od niemowlęcia po 100-letnią staruszkę; oraz 13 Ukraińców i 1 Rosjanina; łącznie co najmniej 106 osób; głównie kobiety i dzieci, gdyż mężczyźni zostali powołani do 1 Armii. „Większość kobiet, starców i dzieci była zarąbana siekierami lub zakłuta bagnetami czy nożami. Ściany i podłogi domów, łóżka, całe zbryzgane krwią. Spotykało się dzieci z rozciętymi do połowy lub całkowicie odciętymi głowami, niemowlęta zabijano uderzając główkami o narożniki łóżek. Kilka osób walczyło ze śmiercią i skonało po kilku godzinach. /.../ Wtedy wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że sowieckie władze tolerują szalejący terror rozpętany przez ukraińskich szowinistów. Było to im zresztą na rękę, bo rozwiązywało problem etniczny tych ziem” (Paweł Stocki; w: Komański..., s. 854 – 855). Wśród atakujących rozpoznano Ukraińców z sąsiednich wiosek: Kurnik Szlachcinieckich, Stechnikowiec, Czernichowiec i Szlachciniec. /.../ Karolina Łagisz, która boso i w koszuli, stała ukryta za stertą 4 – 5 godzin i słyszała jak mordują jej rodzinę: babcię, matkę i siostrę z dziećmi – stwierdza: „Ja tam na polityce się nie znam, nie sięgam daleko, do Kijowa czy Lwowa. Ja wybaczam swoim bliskim sąsiadom, tym w promieniu 10 km za doznane krzywdy, za wymordowanie moich bliskich i nienawiści do nich nie żywię. Chciałabym ich również przeprosić, ale doprawdy nie wiem za co. Zwracam się zatem do dobrych sąsiadów, tych bliższych i ze Szlachciniec i Kurnik oraz dalszych z Bajkowiec, Rusinków, Białej, Czystyłowy, Stechnikowiec, Czernichowiec, Dubrowiec: powiedzcie, ile osób u Was Łozowianie zamordowali, może kogoś obrabowano lub wyrządzono inną krzywdę, może podebrano jabłka w sadzie lub jaja w kurniku? Może to stało się za czasów zaboru austriackiego, może za Polski sanacyjnej, a może od Armii Krajowej doznaliście jakich krzywd? Na razie przepraszam za to, że żyję, że Wasz jeden syn niecelnie strzelał, a drugi nie rozpoznał mnie i wziął za swoją. Wybaczcie mi również to, że nie mogę zapomnieć tragicznego głosu mordowanej mamy oraz widoku Sabinki z córeczkami siedzącymi tak, jakby ktoś usadził je do fotografii. To przekracza moje siły” (Karolina Łagisz; w: Komański..., s. 840).

We wsi Biała pow. Przemyślany: „Jak już byliśmy w Dunajowie, to dowiedziałam się o losie kobiet z rodziny Bednarzów, które - ufając zapewnieniom Ukraińców, że Polki mogą żyć spokojnie - nie opuściły Białego na wiosnę 1944 r. Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia banderowcy przyjechali wozami z obornikiem i zabrali ze sobą dwie kobiety - Antoninę Bednarz i Annę Bednarz (żonę Władysława) oraz dwie dziewczynki, Eugenię Bednarz (lat 15) i Zofię Bednarz (lat 9). Zawieźli je pod las, gdzie rzucili obornik pod cztery drzewa, a kobiety posadzili na oborniku i przydrutowali je do drzew. I tak je pozostawili. Kobiety krzyczały o pomoc, jednak nikt nie ośmielił się iść do nich, ani powiadomić milicję w mieście. Mróz i padający śnieg skrócił ich męki. Przez wiele dni zlatywały się tam wrony na żer oraz bezpańskie psy, gryząc i szarpiąc zwłoki. W Białym Ukraińcy zamordowali 270 osób.” (Genowefa Czajkowska; w: Józef Wyspiański: Barbarzyństwa OUN-UPA, Lubin 2009, s. 161).

 

W nocy z 4 na 5 stycznia 1945 r. we wsi Głęboczek pow. Borszczów banderowcy zamordowali 97 Polaków a rannych i poparzonych zostało 21 osób. Ofiarami były kobiety, dzieci i starcy, gdyż 20 marca 1944 roku w wyniku powszechnej mobilizacji do wojska powołani zostali mężczyźni w wieku od 18 do 55 lat oraz dziewczęta od 18 do 23 lat. „Dopiero jak zaczęło świtać, moja Mama poszła zobaczyć, co się stało z naszymi ludźmi. W strumieniach krwi leżały trupy ludzi w różnym wieku. Niektórzy jeszcze żyli, ale stan ich był okropny. Wielu pomordowanych było wiązanych drutem kolczastym, torturowanych, a następnie wrzucanych do ognia lub do głębokich studzien gospodarskich. Ze studni na podwórzu szkolnym później wyciągnięto 14 ciał ludzkich. W innych studniach szkielety przetrwały kilka lat. 15-letni Janek Łozinski miał wyprute jelita, umierał przez kilka godzin. 15-letni Janek Zawiślak po różnych torturach został ukrzyżowany na płocie. Od kul ginęli tylko ci, którzy próbowali uciekać. Starych i niedołężnych mordowali siekierami. Nad nikim nie było litości. (Janina Benc z d. Twardochleb; w: https://www.kresowianie.info/artykuly,n535,glebokie_korzenie_polskosci_cz_3.html )  Działający w konspiracji Obwodowy Delegat Rządu RP w Czortkowie, Józef Opacki ps. „Mohort”, tak charakteryzował ówczesną sytuację: „Banderowcy opanowali cały szereg wsi, w których powołali do życia swoje władze administracyjne. Poniszczono wszelkiego rodzaju akta urzędowe bieżące z zakresu różnych dziedzin, nie wyłączając spraw kontyngentowych” (materiały „Mohorta” przechowywane są w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich we Wrocławiu). Opis zbrodni w Głęboczku znalazł się w materiałach „Mohorta”: „Niektóre dzieci przybijano do parkanów (przyczepiane były uszy, dłonie, stopy)”.

18 stycznia 1945 w miasteczku Dunajów pow. Przemyślany banderowcy zamordowali 15 Polaków. Michał Kauza wówczas miał 13 lat, opowiada: „To było potworne przeżycie, gdy zobaczyłem spalone ciało mojej wujenki Józefy Kochowskiej ze zwęglonymi zwłokami jej 4-letniego syna Tadeusza Kochowskiego, które trzymała na rękach. Oboje znajdowali się na progu drzwi ich spalonego domu, a przy bramce było pełno łusek karabinowych. Nacjonaliści ukraińscy strzelali do płonącej żywcem kobiety, która próbowała ratować z płomieni własne dziecko. Widziałem też na własne oczy zamordowanych moich krewnych ze strony kuzyna – Musztyfagę Katarzynę i jej 14-letnią córkę. Wolę już nawet nie wspominać, w jak bestialski sposób je zamordowano!” („Warszawska Gazeta” z 14 – 20 grudnia 2012).   

26 stycznia we wsi Majdan pow. Kopyczyńce upowcy podczas drugiego napadu obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 118 Polaków, głownie kobiety, dzieci i starców.  „ Jednym z pierwszych, którzy zginęli pod ciosem siekiery był Czesław lat 12, bratanek księdza. Matka widząc śmierć swego syna, dostała histerii i zaczęła wyzywać banderowców od bandytów, za co otrzymała od banderowca cios siekierą. Wychodząca z kościoła grupa mieszkańców gdy zobaczyła co się dzieje, zaczęła uciekać w kierunku stawów za stodołą plebanii. W grupie tej był ksiądz W. Rogowski z drugim bratankiem Stefanem lat 8, i Stanisława Gumienna. Grupie tej udało się zbiec za stodołę, ale drogę im zastąpił inny banderowiec, który pociągnął serię z automatu, zabijając chłopca, ciężko raniąc kobietę i księdza, który w wyniku odniesionych ran zmarł po kilku godzinach. Z tej grupy udało się zbiec tylko kilka osobom. Z relacji świadków wynika, że w mordowaniu brała udział grupa ukraińskich dziewcząt i kobiet przebrana w męskie stroje.” (Byłem świadkiem – Dionizy Polański. („Na Rubieży” nr 21/1997). . 

 

4 lutego w miejscowości Barysz pow. Buczacz „ukraińscy partyzanci” używając głównie siekier, noży i bagnetów wymordowali co najmniej 135 Polaków i 30 poranili. Maria Banda i jej 10-letni syn Stanisław zostali zarąbani siekierami na podwórzu ich gospodarstwa. 12-letnia Helena Boczar została zakłuta nożami. 12-letni Michał Herbut został wrzucony do sadzawki, gdzie utonął. „Napastnicy byli ubrani w białe nakrycia i podchodzili do domów prawie niezauważalnie. Podpalali budynki, strzelali do uciekających, a pozostałych w mieszkaniach lub na podwórkach rąbali siekierami. Dzieci nabijali na widły i wrzucali w ogień. Niemowlęta łapali za nóżki, rozbijali główki o ściany lub krawędzie ram drzwiowych i również wrzucali do ognia”. (Piotr Warchoł; w: Komański..., s. 687 – 788). „W Baryszu byliśmy 3 dni po spaleniu i wymordowaniu jej mieszkańców z dzielnicy Mazury. (…) Z popiołów i resztek ścian sterczały kominy. Przed niektórymi zgliszczami domów leżały pokaleczone, jedynie w bieliźnie, ludzkie ciała, dzieci i dorosłych. Wzdłuż drogi, po jej prawej stronie, płynęła rzeczka lub kanał. (…) Gdzieś w połowie drogi na kanale była śluza pozwalająca spiętrzać wodę. Na wystającym ostrzu śluzy wbite było brzuszkiem nagie ciało niemowlęcia. (…) Wiele wydarzeń tamtych lat czas wymazał z pamięci, ale obrazu tego niemowlęcia na śluzie do końca moich dni nie zapomnę”. (Maciej Dancewicz: Zagłada Puźnik; w: http://archiwum.rp.pl/artykul/792151-Zaglada-Puznik.html; 10-07-2008 ). „NOTATKA. Sporządzona przez Kom[itet] Wyk[onawczy] Baryskiej Rady Wiejskiej rejonu buczackiego obwodu tarnopolskiego o tym, że nocą z 5 na 6 lutego 1945 roku we wsi Barysz rejonu buczackiego przy ulicy Mazury zostali rozstrzelani przez nieznaną bandę OUN w bestialski sposób następujący obywatele sowieccy narodowości polskiej:

  1. KRET Maria
  2. TORONCZAK Antoni s. Łukasza
  3. RAJCZAKOWSKA Aniela, jej dwie nieletnie córki i dwójka wnuków
  4. RAJCZAKOWSKA Maria c. Szymona i jej dwie dorosłe córki
  5. BOCZAR Antoni s. Macieja i jego dwie nieletnie córki
  6. WOLSKA Maria c. Józefa i jej mały synek w wieku trzech lat
  7. WOLSKA Maria c. Michała i małe dziecko
  8. WOLSKA Marcela c. Stanisława i małe dziecko
  9. HERBUT Józef s. Marcelego
  10. OŚMIŃSKI Ignacy, jego syn, żona syna i dwoje dzieci
  11. BOCZAR Józef s. Piotra i jego syn
  12. WISZNIOWSKA Marcela c. Ignacego
  13. BOCZAR Anna i jej córka
  14. KUPISZEWSKA Maria c. Stanisława i jej dziecko
  15. HERBUT Andrzej s. Marcelego
  16. KOZDROWSKA Anna
  17. BRYŁKOWSKI Józef
  18. WOLSKA Maria c. Stefana i jej córka
  19. WOLSKA Anna
  20. JAMNIUK Anastazja c. Teodora oraz jej nieletni syn i córka
  21. KOWCZ Anna i jej syn
  22. RYBKA Anna c. Michała oraz jej syn
  23. JASIŃSKI Bazyli
  24. LULKA Paweł s. Piotra
  25. REWUCKA Rozalia
  26. WOJTUN Piotr
  27. BILECKI Jan s. Macieja
  28. TERLECKI Jan
  29. KORCZYŃSKA Helena
  30. ALBERT Jan, jego żona, córka i syn
  31. GRABSKA Rozalia c. Michała i jej syn
  32. JAWNIUK Maria
  33. DEMBICKA Adela c. Michała i jej syn
  34. KOWIA Piotr

Łącznie bandyci rozstrzelali 110 osób. Nazwiska wszystkich rozstrzelanych nie są znane Baryskiej Radzie Wiejs[kiej]. Zostali oni pochowani we wspólnej mogile na cmentarzu baryskim. Poza tym w czasie rozstrzeliwania bandyci spalili prawie 180 domów mieszkalnych i innych budynków należących do rozstrzelanych obywateli sowieckich.

Przewodniczący Rady Wiejs[kiej](—) KONDRATIUK

Sekretarz (—) HNAP” (Notatka Komitetu Wykonawczego Rady Wiejskiej w Baryszu z marca 1951 r. dotycząca aktu terrorystycznego OUN i UPA; w: PA SBU, F. 2, op. 2, spr. 2, k. 13–14. Oryginał notatki znajduje się w aktach sprawy śledczej nr 9721, tom 2, str. 212, z oskarżenia PRYSZLAKA T. L., przechowywanych w UKGB obwodu tarnopolskiego.) 

 

W nocy z 12 na 13 lutego 1944 r. we wsi Puźniki pow. Buczacz zamordowanych zostało przez banderowców 96 Polaków. „W pewnej chwili do mieszkania wpadł nasz ojciec, który był wtedy na warcie i krzyknął : „mordują”. We wsi paliło się już wiele domów. Nasz dom i gospodarstwo znajdowało się w centrum wsi tuż nad głęboki rowem ściekowym szerokości około 4 metrów i głębokości od 2-3 metrów, nazywam później „rowem śmierci”, ponieważ tu zginęło najwięcej ludzi. Wszyscy wybiegliśmy z domu i ukryliśmy się w tym rowie. W jego brzegach były wykopane liczne wnęki. Do jednej z nich schowaliśmy się razem z mama Eleonorą. Mama zasłoniła nas biała płachtą. Z pod zasłony widziałam jak nadeszli banderowcy. Jeden z nich krzyknął „strelaj” drugi odpowiedział po ukraińsku „koły ne maju pul”. Ten pierwszy wrzasnął to „ rubaj sekerą”. I zaczęło się. Widziałam jak postacie ubrane w białe okrycia, zeszły do rowu. Nastąpił straszliwy krzyk, prośby o darowanie życia. Napastnicy nie znali litości, rąbali siekierami i kłuli bagnetami. Jeden z nich stał na brzegu rowu i gdy ktoś próbował uciekać to strzelał do niego. Wokół paliły się budynki, jedynie dom Józefa Borkowskiego stał nie naruszony, był murowany i kryty dachówką. Po pewnym czasie trudnym mi do określenia w godzinach, strzelanina ucichła, słyszałam tylko różne gwizdy i hasła „Kałyna wertoj”. Po czym nastąpiła cisza, słychać było tylko trzask palących się budynków, jęki rannych i umierających ludzi. Banderowcy odstąpili. Po nich zostały dopalające się budynki, ludzkie trupy i ranni. Nasz ojciec został zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną głowę, siostrze Władysławie odrąbano jedną nogę, przebito nożem obie ręce i klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła wody, nad ranem zmarła z upływu krwi. Pod jej plecami leżał cioci syn Dominik, ocalał i żyje do dziś. Ciocia Anna Jasińska z córeczką Marią, lat 5 i synkiem Bronisławem lat 3 zostali zakłuci bagnetami. Z dziewięciu osób z naszego domu pozostało nas tylko troje, sześć zostało zamordowanych. Pamiętam ten straszliwy widok, palące się budynki, swąd i ryk palącego się bydła, krzyki, płacz, szukanie swoich rodzin i strach przed nowym napadem. Rano widziałem Magdalenę Koliszczak, była ciężko ranna w głowę, konała, ale pytała z nadzieją czy moje dziecko żyje? Niestety! Jej syn Jaś już nie żył”. (Józefa Pacholik; „Na Rubieży” – nr 21/1997).  „Na każdym kroku spotykamy ludzi z krwawiącymi ranami głowy zadanymi siekierami. Prosi nas o pomoc kilkuletni chłopiec Rudolf Łucki z wgniecioną czaszką. Wyrwę w głowie ma zaklejoną chlebem. Jego matka i dwie siostry zostały zabite. Idąc dalej, natykamy się na zwłoki mężczyzny. Miejscowi ludzie rozpoznają w nim Józefa Jasińskiego. Zadano mu ciosy sztyletami – jeden przy drugim. Trafiamy na zwłoki małego dziecka. Ludzie twierdzą, że to półtoraroczny Stasio Wiśniewski. Na widok noża wepchniętego w jego usta robi mi się słabo”. (Maciej Dancewicz: Zagłada Puźnik; w: http://archiwum.rp.pl/artykul/792151-Zaglada-Puznik.html; 10-07-2008 ). 

 

21 marca 1944 r. w przysiółku Szpickiery koło Smreka pow. Lesko (Bieszczady) upowcy z sotni „Wesełego” zamordowali 7 Polaków: dziadków oraz 5 wnucząt,  które nadziali na kołki  w płocie. Milicjant Mieczysław Halik przypomniał sobie, że gdzieś tu na jednym ze wzgórz mieszkają jeszcze dwie polskie rodziny. „Gdy wypadliśmy na skraj polanki, ujrzeliśmy jak jeden z bandytów dosłownie nabijał na jeden z kołków, na  których normalnie na wsi wiesza się gliniane garnki, maleńką dziewczynkę. Czworo innych dzieci konało już w podobny sposób, a dwoje starców opiekujących się dziećmi leżało z roztrzaskanymi głowami. Dwoje dzieci nie miało jeszcze ukończonych dwóch lat. Dziewczynka, ostatnia wbita na kołek, była jeszcze przytomna i otwierała wykrzywioną bólem buźkę, jakby chciała o coś prosić, lecz tylko wielkie łzy strumykiem toczyły się po policzkach. W chwilę potem i ona straciła przytomność, główka opadła, a włoski zasłoniły umęczoną twarzyczkę.” (Żurek..., s. 59). W Szpickierach stały dwa budynki mieszkalne, w tym leśniczówka nad potokiem Bystrym, zamieszkała przez leśniczego Ludwika Masłyka. 

 

We wsi Czuczmany pow. Kamionka Strumiłowa: „Na początku 1945 roku bojówka Kupiaka wspólnie z bojówką Diżaka „Czarnoty” dokonali napadu na wieś Czuczmany, gdzie zamordowano: Włodzimierza Kokora, żonę Jarosławę i ich dzieci, Bogdana 6 lat, Zenona 4 lata i jednoroczną Marię, siostrę Jarosławy Kokor, Marię Czuczman i jej dziecko. Majątek ich ograbiono a chałupę spalono. Zeznania świadka Włodzimierza Pałygi: „Rodzina Włodzimierza Kokora mieszkała w sąsiedztwie. Wieczorem tego dnia odwiedziłem ją. W domu obecni byli Kokor, jego żona Jarosława, troje dzieci, Bogdan, Zenon i Maria a także siostra Jarosławy z maleńką córeczką Hanusią. Nagle do chałupy wtargnęło trzech bandytów. Gdy się dowiedzieli, że jestem sąsiadem, kazali mi opuścić mieszkanie. Poszedłem do swego domu i ukryty obserwowałem. Słyszałem kilka strzałów, a potem bandyci wynosili rzeczy i ładowali je na sanie, którymi przyjechali. Wyprowadzili krowę, jałówkę, a potem zapalili wszystkie budynki”. (Bronisław Szeremeta: "Watażka jego zbrodnie i zakłamane wspomnienia". W: http://www.republika.pl/szeremeta/watazka.htm ).  We wsi Nowosielica pow. Śniatyń banderowcy zamordowali koło 70 Polaków. „Nadszedł rok 1945. [...] Banderowcy natomiast szaleli w Nowosielicy. Złapali m. in. starą babcię Dajhamer. Wywlekli ją na podwórko i powiesili na płocie. Dzieci rozdzierali za nóżki lub zabijali, tłukąc główką w futrynę”. (Wanda Jaskółowska, fragmenty relacji znajdującej się w Ośrodku KARTA, sygn. AW II/157/ł) 

W sierpniu 1945 roku we wsi Chlebowice Świrskie pow. Przemyślany: „Kiedy Adaś poszedł rano do sadu po jabłka, wyszli z ukrycia czekający na niego banderowcy, zabrali go i zamordowali na pastwisku, podrzynając mu w bestialski sposób gardło. Okaleczonego stawiali na nogi i kazali śpiewać: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Widział tę scenę pastuch, który opowiedział o tym siostrze Adasia. Ciało chłopca zawlekli do lasu i zakopali. Siostra nie znalazła grobu swego, 14-letniego brata”. (Zofia Bakota; w: Komański..., s. 774). We wsi Wołodź pow. Brzozów na drodze między wsią Siedliska a wsią Poręba znaleziono zwłoki uprowadzonego 16-letniego Polaka: ręce miał przybite gwoździami do dwóch rosnących obok siebie drzew a w bok ciała miał wbity zardzewiały bagnet, skonał w męczarniach.

 

11 stycznia 1946 roku w miejscowości Cisna pow. Lesko (Bieszczady)  upowcy zamordowali 13 Polaków: 4-osobową rodzinę Macieszków spalili żywcem (matkę oraz jej dzieci: 19-letnią Anię, 16-letnią Jadzię oraz 10-letniego Zbyszka), 4-osobową rodzinę Jędrzejczaków (matkę i troje dzieci, z których najstarsze liczyło 10 lat). W nocy z 4 na 5 kwietnia 1946 roku we wsi Bukowsko pow. Sanok podczas kolejnego napadu upowcy obrabowali i spalili 570 gospodarstw oraz zamordowali 9 Polaków, w tym 4-osobową rodzinę Matuszkiewiczów z 2 dzieci spalili żywcem wraz z domem.

W czerwcu 1946 roku we wsi Polchowa pow. Przemyśl banderowcy przywiązali do drzewa 5-osobową rodziną Tereszczaków, rodziców i trójkę dzieci, a potem torturowali, w tym przypalając ogniem. Na koniec makabrycznie okaleczone ciała związali drutem kolczastym i wrzucili do Sanu. Szczątki te na własne oczy widzieli w wodzie koło Nienadowej 11-letni wówczas Tomasz Blecharczyk, 15-letni Teodor Grzegorzek i 14-letni Edward Szymański. (http://suozun.org/dowody-zbrodni-oun-i-upa/n_upa-nie-byla-armia-to-byla-banda-mordujaca-bezbronne-i-niewinne-ofiary-w-tym-takze-ukraincow/ ).   W październiku 1946 roku we wsi Prełuki pow. Sanok (Bieszczady) uprowadzili Romana Sokoła, który zaginął bez wieści, a za kilka dni miejscowi Ukraińcy zamordowali jego żonę i 2 dzieci. Była to jedyna mieszkająca tutaj rodzina polska.

29 września 1948 roku we wsi Skopów pow. Przemyśl grupa banderowców  w skład której wchodzili „Sum”, „Ostryj” i „Ryzun” zamordowała Antoniego Goleniowskiego i jego córeczkę. Była to zemsta za udział syna Goleniowskiego w polskiej partyzantce w 1945 r. (AIPN-04/231. Raport sprawozdawczy PUBP za 25.09.1948 – 25.10.1948 r., k. 269. Za: Andrzej Zapałowski: DZIAŁANIA OUN I UPA NA TERENIE POGÓRZA PRZEMYSKIEGO OD ZAKOŃCZENIA OPERACJI „WISŁA” DO KOŃCA 1948 ROKU; w: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Seria – tom 10. Kędzierzyn-Koźle 2018).

 

 

                                                                                  Stanisław Żurek

 

Podstawowe źródła opracowania, które nie są wymieniane przy podawanych przypadkach zbrodni: 

Komański Henryk, Siekierka Szczepan: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939 – 1946; Wrocław 2004.

Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Bulzacki Krzysztof:: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939 – 1947; Wrocław 2006.

Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Różański Eugeniusz: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie stanisławowskim 1939 – 1946; Wrocław, bez daty wydania, 2007.

Siemaszko Władysław, Siemaszko Ewa: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945; Warszawa 2000.


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud4.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 556 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
10077167