Bohdan Huk: Ukraina. Polskie jądro ciemności. Stowarzyszenie Ukraińskie Dziedzictwo; Przemyśl 2013

 Rozdział trzeci: Mediacje                                                                                                                    Podrozdział: Kresy jako obszar aksjologii negatywnej. Huk pisze:Koncept kresów, w XIX w. zabójczy w stosunku do kultury ruskiej, w XX w. stał się podłożem polskich koncepcji i ograniczonych praktyk ludobójczych w stosunku do narodu ukraińskiego. Ewolucja polskiej myśli narodowo-chrześcijańskiej stanowi odpowiednik XIX-wiecznej myśli niemieckiej na temat Żydów, skutkującej Holokaustem. W bezpaństwowych latach 1795–1918 w obrębie kultury polskiej funkcjonowała chrześcijańsko-narodowa re-definicja stanu z czasu Korony. Polska administracja państwowa wprowadzała ją w życie w okresie 1918–1947. W imię wyeliminowania antyludzi z kresów, autochtoni nie tyle znaleźli się poza polem uwagi, ile zostali wyrzuceni z kultury. Zbrodnie dokonywane przez szlacheckich mieszkańców „białego dworku” na wieki zostawały tam, gdzie się wydarzyły.” (s. 143) 

„Koncept kresów w XIX w.” realizowany przez  zaborców: Rosję i Austrio-Węgrzy, stał się wg Huka „ w XX w. podłożem polskich koncepcji i ograniczonych praktyk ludobójczych w stosunku do narodu ukraińskiego”  i stanowił ”odpowiednik XIX-wiecznej myśli niemieckiej na temat Żydów, skutkującej Holokaustem”. Prof. Bobkowski o takiej logice rozumowania pisał we wspomnieniach z międzywojennych negocjacji handlowych z Rosją Sowiecką, że rozumiałby, gdyby oni twierdzili, że dwa plus dwa to się równa pięć, ale oni upierali się, że dwa plus dwa to się równa  rower. „Bezpaństwowe lata 1795 – 1918” to jest okres Rzeczpospolitej pod rozbiorami i faktycznie brak państwa ukraińskiego, bo czy mogło być państwowe coś, co wcześniej jako państwo nigdy nie istniało? Ale Huk zauważa, że funkcjonowała wtedy polska „kultura chrześcijańsko-narodowa”, a od 1918  do 1947 roku „wprowadzała ją w życie”. W niezrozumiałych intencjach neguje jednak działalność społeczną i kulturę rusińsko/ukraińską. „Nie ma potrzeby przekonywać, iż termin ,,Rusini” był powszechnie stosowany przez Polaków w odniesieniu do ludności greko-katolickiej co najmniej do końca I wojny światowej. Jak się jednak okazuje również ukraiński ruch narodowy zapoczątkowany został przez powstałą około 1832 r. tzw. ,, Ruską Troicę”. Z kolei w 1862 r. założona została

kulturalno-oświatowa ,,Ruska Besiada”. Co więcej, do 1913 r. Towarzystwo ,,Proswita” (Oświata) wydało m.in. 20 tomową serię Ruskie pisarstwo, w której zebrane zostały utwory takich pisarzy ukraińskich jak: G. Kwitko-Osonowienko, S. Rudniański, O. Storożenko, T. Szewczenko czy też I. Worobkiewicz. Jak się podaje zainteresowaniem

wśród społeczeństwa ukraińskiego cieszyła się też Historia Rusi oraz Geografia Rusi, także wydana przez ,,Oświatę”. Z kolei jeden z periodyków wydawanych przez założone w 1873 r. we Lwowie Towarzystwo Naukowe im. T. Szewczenki nosił tytuł ,,Ruska Biblioteka Historyczna”. Wśród innych tytułów cyklicznych wydawnictw tego Towarzystwa odnaleźć można: ,,Materiały do etnologii ukraińsko-rusińskiej” (20 tomów), ,,Źródła do historii Ukrainy-Rusi” (11 tomów), ,,Pamiątki języka i literatury ukraińsko-ruskiej” (7 tomów) czy też ,,Archiwum ukraińsko-ruskie” (13 tomów). Warto też nadmienić, iż prowadzenie tak szerokiej działalności wydawniczej możliwe było dzięki działającej przy nim ,,Ukraińsko-ruskiej spółki wydawniczej”. W uzupełnieniu należy dodać, iż inna, niezwykle zasłużona na polu krzewienia ukraińskiej oświaty i wychowania organizacja, ,,Ruskie Towarzystwo Pedagogiczne”, funkcjonowała pod tą nazwą od momentu założenia w 1881 r. do 1912 r. Dopiero po tym roku, zgodnie z późniejszymi wymogami języka literackiego, przemianowano ją na ,,Ukraińskie Towarzystwo Pedagogiczne”. Można więc odnieść wrażenie, że i sami Rusini stopniowo ,,stawali się” Ukraińcami. Powstanie wielu towarzystw kulturalno-oświatowych związanych było w dużej mierze z ukraińskim ruchem narodowym skoncentrowanym przede wszystkim na terenie zaboru austriackiego w tzw. Galicji, choć rząd carski również starał się wygrać kartę ukraińską. /.../ Pod polskimi rządami we Lwowie Ukraińcy bez przeszkód mogli prowadzić swoją działalność w szeregu organizacji. Wśród ważniejszych należy wymienić powstałe w 1910 r. Ukraińskie Towarzystwo Lekarskie wydające dwumiesięcznik ,,Likarskyj wistnyk”. Podaje się, że w 1935 roku należało do niego 299 lekarzy, a około 20% pozostawało poza organizacją. W 1925 roku reaktywowany został Okręgowy Lwowski Związek Lekarzy Państwa Polskiego. Z kolei lwowskie środowisko ukraińskich adwokatów skupiało się w Sojuzie Ukraińskich Adwokatów. Towarzystwo wydawało kwartalnik ,,Żyttia i Prawo”. W 1937 roku należało do niego 336 adwokatów oraz 136 aplikantów. Nauczyciele ukraińscy zrzeszali się w Uczytelskiej Hromadzie. Towarzystwo od 1925 roku wydawało kwartalnik ,,Ukraińska Szkoła”. Drugą organizacją było powstałe w 1905 roku Towarzystwo ,,Wzajemna Pomoc Ukraińskich Nauczycieli” zrzeszające w 1923 roku 2078 członków, a w 1929 już 2563 osoby. W 1935 roku działało przy nim 38 oddziałów. Funkcjonował fundusz stypendialny oraz emerytalno-zapomogowy i spółdzielnia kredytowa ,,Uczytelska Kasa”. Organizacja wydawała miesięcznik ,,Uczytelske słowo”. Działały też organizacje skupiające ukraińską inteligencję techniczną. Wśród nich wymienić należy Ukraińskie Towarzystwo Techniczne, zrzeszające w 1938 roku 493 członków, z których większość mieszkała i pracowała na terenie Galicji i województwa wołyńskiego. Organizacja wydawała kwartalnik ,,Techniczni Wisty”. W 1936 roku utworzono we Lwowie Towarzystwo Ukraińskich Agronomów wydające ,,Ukraińskuj Agronomicznyj Wistnyk”. Ukraińscy ludzie pióra zrzeszyli się m.in. w Towarzystwie Literatów i Dziennikarzy im. I. Franko. Od 1935 roku wydawany był we Lwowie dwutygodnik ,,Nazustricz”. Jaskrawym przykładem innego rodzaju ,,twórczości” był miesięcznik ,,Wisnyk”, którego redaktorem był Dmytro Doncow, uważany za twórcę ideologii ukraińskiego nacjonalizmu. ,,Wisnyk” był pismem prezentującym w szczególny sposób postawę nacjonalistyczną i antypolską. Doncow ,,wsławił” się też inną, wydaną w 1926 roku we Lwowie pracą pt. ,,Nacjonalizm”, stanowiącą ideologiczny ,,katechizm” ukraińskich nacjonalistów, co więcej, napisaną w dialekcie halickim, gdyż jego autor nie znał literackiego języka ukraińskiego. Malarze i rzeźbiarze ukraińscy zrzeszeni byli w Ukraińskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuki. Swą twórczość mogli prezentować w salach udostępnionych przez Towarzystwo Naukowe im. Szewczenki. Warto zaznaczyć, iż jeden z wybitniejszych ukraińskich malarzy, Oleksy Nowakiwśkyj był synem leśnika. Ukończył ASP w Krakowie, a następnie mógł rozwijać swój talent pod kierunkiem Polaka Juliana Fałata i Ormianina Teodora Axentowicza. Wydaje się jednak, że największe znaczenie dla etnosu ukraińskiego miał rozwój spółdzielczości, zapoczątkowany jeszcze w XIX wieku. Przede wszystkim znajdowała w nich zatrudnienie inteligencja ukraińska, której wobec częstych i uzasadnionych zarzutów nielojalności, trudniej było otrzymać urzędowe posady. Należy zaznaczyć, iż z uwagi na strukturę społeczną dominowały przede wszystkim spółdzielnie o charakterze rolniczym. Podaje się, że w 1934 roku w spółdzielniach ukraińskich znalazło zatrudnienie 12 109 osób, zaś dwa lata później już 14 037. Dość często spotykamy się z próbami niektórych historyków, zmierzającymi do przenoszenia odległych w czasie realiów feudalnych na dwudziestowieczny grunt. W ten sposób częstokroć próbuje się usprawiedliwiać zawiły przyczynowo-skutkowy przebieg historycznych procesów. Paradoksalnie stereotyp Polaka pana i ciemiężonego przez niego biednego Ukraińca, zainspirowany został przez sowietów i miał służyć zwaśnieniu stron. Można pokusić się o stwierdzenie, iż w tym wypadku pogrobowcy sojuszu sierpa i młota ze swastyką nadal mają się dobrze. Owszem byli bogaci Polacy, ale też całe wsie ukraińskie bywały zamożne.” (Krzysztof Bąkała: Przybyli na Wołyń nieproszeni… W: NIEPODLEGŁOŚĆ I PAMIĘĆ 2013, nr 3-4)

 

Mało kto zwraca uwagę na to, że pierwsze powstanie kozackie pod wodzą Krzysztofa Kosińskiego wybuchło w 1591 r., a więc 22 lata po aneksji Ukrainy do Korony. Analogicznie, antypolskie powstanie chłopskie na Wołyniu w 1943 r. wybuchło 24 lata po inkorporacji tego kraju przez Rzeczpospolitą Polską. Ciągu powstań w latach 1591–1943 r. nikt nie kwalifikował jako pragnienia skolonizowanych i wydziedziczonych autochtonów utrzymania się przy życiu w ramach rodzimej kultury.” (s. 144)

Powstanie Krzysztofa Kosińskiego (1591-1593), było pierwszym powstaniem kozackim przeciwko I Rzeczypospolitej, którym dowodził samozwańczy hetman kozacki Krzysztof Kosiński. Przyczyną wybuchu buntu był spór prywatny polskiego szlachcica Kosińskiego z Podlasia z ruskim magnatem kresowym Januszem Ostrogskim, który rościł sobie prawa do nadanych wcześniej Kosińskiemu dóbr Rokitno i Olszanice. Zatarg prywatny przeistoczył się w powstanie kozacko-chłopskie. Rozpoczęły się niczym niepohamowane łupiestwa polskich dworów, szczególnie dotkliwe na Wołyniu. Powstańcom udało się zdobyć Kijów, Trypol i Perejasław. Sam Kosiński powoli zaczął tracić kontrolę nad niekarnym wojskiem kozackim, które coraz bardziej bezlitośnie łupiło swoich wczorajszych panów. Do ostatecznej rozprawy z kozakami doszło 2 lutego 1593 podczas bitwy pod Piątkiem. Wojska Kosińskiego (5 tysięcy kozaków i 26 armat) zostały doszczętnie pobite przez pospolite ruszenie i wojska prywatne księcia Janusza Ostrogskiego i księcia Aleksandra Wiśniowieckiego, starosty czerkaskiego. 10 lutego Kosiński i inni przywódcy kozaccy podpisali kapitulację wobec zwycięskich magnatów.” (http://powstaniakozackie.blogspot.com/p/powstanie-krzysztofa-kosinskiego-1591.html).  O „ciągu powstań w latach 1591 – 1943” poza Hukiem nie pisze nikt, kończą się one bowiem  w 1768 roku tzw. koliszczyzną, rzezią Humania oraz ostateczną  likwidacją problemu „powstań kozackich” przez Rosję „jako pragnienia skolonizowanych i wydziedziczonych autochtonów utrzymania się przy życiu w ramach rodzimej kultury.” Z której „zostali wyrzuceni” - jako podaje Huk na s. 143 - „skolonizowani i wydziedziczeni autochtoni”do roku 1943. Wynika stąd, że od 1944 roku już „rodzima kultura” utrzymywała ich przy życiu. Tezy absurdalne, więc Huk nawet nie próbuje je uzasadniać.       

 

W 1387 r. Ruś przyłączono do państwa polskiego, ale po tym, jak ta sama Ruś spotkała się z Ukrainą w wyniku aktu z 1569 r., politykę Korony dyktowali panowie z Ukrainy, o których do dziś nie wiadomo, kim byli. Polska historiografia narodowa i nacjonalistyczna skonstruowała z nich winowajców wszystkich nieszczęść. Tymczasem ci zrobili z nią to, co uważali za najlepsze dla  niej i samych siebie: zlikwidowali. Reakcją na zagrożenie własności i bezpieczeństwa osobistego przez powstanie chłopskich autochtonów – Koliszczyznę – stał się demontaż Korony Królestwa Polskiego i całej Rzeczypospolitej dokonany przez właścicieli ziemskich podczas konfederacji targowickiej.” (s. 146 - 147)  

Być może tutaj Huk ma rację: wolność kozacka i wolność magnacka (ambicje i prywata) doprowadziły do klęski Rzeczpospolitą i pogrzebały dążenia Kozaków narodotwórcze, a nawet państwowotwórcze, aczkolwiek nie mające nic wspólnego z Ukrainą, poza nazwą terytorium. Ofiarą kozackich rzezi byli także Żydzi i unici (czyli Rusini/Ukraińcy). Zastanawia to „spotkanie się Rusi z Ukrainą w wyniku aktu z 1569 r.”, czyli w wyniku unii lubelskiej zawartej pomiędzy Koroną Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, bo w dokumentach nie ma o tym wzmianki. Ale czy można spotkać się z czymś, co jeszcze przez parę wieków nie istniało. Jaką to politykę Korony i w jaki sposób „dyktowali panowie z Ukrainy, o których do dziś nie wiadomo, kim byli”? Ukrainy wówczas nie było, więc i jej panowie do dziś nie są znani, chociaż podobno polska historiografia zrobiła z nich winowajców wszystkich nieszczęść. Szkoda, że nie są znani nawet Hukowi, chociaż o nich pisze. Pozostawia więc nam nadal „jądro ciemności”.  

 

„Prawosławna Koliszczyzna z 1768 r. powtórzyła się jako prawosławna rabacja w 1943 r. na Wołyniu i jej „schizmatycka” odmiana w Galicji w 1944 r., czerpiąc ze wspólnego prawosławnego rodowodu.” (s. 151 – 152) 

„Wśród polskich historyków – pominiemy ukraińskich, radzieckich oraz rosyjskich, bo zgodnie upatrywali i upatrują w koliszczyźnie sprawiedliwą i nieinspirowaną walkę z „przemocą polskich panów”, na jotę nie zająknąwszy się o zbrodniach jego uczestników – zdania są rozbieżne. Niektórzy, jak dawniejsi – Józef Szujski i Władysław Konopczyński oraz współcześni, m.in. Antoni Mironowicz – to zwolennicy tezy o rosyjskiej inspiracji, choć z różnych powodów. Intryga miała polegać na wykorzystaniu nienawiści pańszczyźnianego chłopstwa ukraińskiego do polskiej szlachty podsyconej przez Melchizedeka, fanatycznego i skonfliktowanego przede wszystkim z unitami ihumena prawosławnego klasztoru Motronińskiego, wspieranego przez czynniki wojskowe, zależne od [rosyjskiego] Kolegium Wojny i ideą obrony prawosławia zagrożonego przez konfederację barską. /.../ Wszelako należy zwrócić uwagę, że w perspektywie wybuchu wojny z Turcją jak najszybsza pacyfikacja konfederacji barskiej i uniemożliwienie rozlania się jej na Ukrainę stała się dla Rosjan nakazem chwili. Stąd nie tylko błyskawiczne działania przeciw twierdzy barskiej korpusu generała Michaiła Kreczetnikowa i wojsk koronnych hetmana Jana Klemensa Branickiego, ale też pacyfikacja koliszczyzny. Inna sprawa, że rosyjscy urzędnicy na Kijowszczyźnie niemal od początku wybuchu konfederacji doskonale orientowali się w rozwoju wydarzeń. /.../ W tym czasie Żeleźniak formował oddział hajdamaków w Chłodnym Jarze w pobliżu monasteru Motronińskiego koło Czehrynia. Interesujące, że siczowa starszyzna długo nie miała pojęcia, kim on jest. Dopiero 2 lipca na ich zapytanie ataman kurenia timoszejewskiego Wasyl Korż przekazał nieco informacji na jego temat: będąc w rejestrze przy kureniu timoszejewskim, urodzony w okręgu polskim [na terytorium Korony] we wsi Ikwiniec, Maksym Żeleźniak od czasu przybycia swojego [na Zaporoże], pięć lat pracował na zlecenie i jako sługa, a w 1762 roku, kiedy się odłączył, żył [tekst nieczytelny], skąd w różnych tutejszych miejscach różnym zajęciem się parał; po tym, jak był w tymże 1762 roku puszkarzem [artylerzystą], opuścił Sicz, przebywał na Niżu wśród Kozaków, potem w tureckim mieście Oczaków pracował w szynku. W kwietniu 1768 roku, kiedy do liczącego ok. 500 mołojców oddziału Żeleźniaka wciąż napływali nowi, nasilającemu się zbiegostwu z Siczy próbowała przeciwdziałać starszyzna kozacka. Zaapelowała ona do zamożnych Kozaków, aby oni od siebie swoich sług, którzy skłaniają się ku tym buntownikom w polskim okręgu, na to zło do Polski przyłączać się nie pozwalali. Jednak te wysiłki na nic się zdały. Na początku czerwca liczący już 3 tys. ludzi oddział Żeleźniaka podzielony na trzy grupy ruszył na Kijowszczyznę, zdobywając Żabotyń, Śmiłę, Czerkasy, Korsuń, Bohusław, Kaniów, Moszny i Lisiankę. Wspomagało go okoliczne chłopstwo i Kozacy z dóbr magnackich, którzy współdziałając z hajdamakami lub samodzielnie, łupili dwory i osady szlacheckie, mordując wszystkich nieprawosławnych – szlachtę, duchowieństwo katolickie i unickie oraz Żydów. Ruch szybko nabrał charakteru powstania, bo dzięki emisariuszom Żeleźniaka doszło do wystąpień chłopstwa i hajdamaków na Podolu, Wołyniu oraz w województwach bełskim i ruskim. Zaczęły się szerzyć pogłoski o rzekomej Złotej Gramocie, w której caryca Katarzyna jakoby przyzwalała na rozprawę ze wszystkimi wrogami prawosławia na Ukrainie. Tyle że dokumentu nikt nie widział, a jeśli była to dezinformacja, to trudno powiedzieć, jakie było jej źródło. W odezwie Żeleźniaka do ukraińskiego chłopstwa – mimo krwawych pogróżek pod adresem ich ciemiężycieli – nie ma nawet wzmianki o niej. Również dowódcom rosyjskich i polskich wojsk, pacyfikujących bunt nie udało się potwierdzić jej istnienia. Niewykluczone, że był to propagandowy wybieg ihumena Melchizedeka, podchwycony przez Żeleźniaka. Możliwe, że celem przywódcy buntu było pójście w ślady Chmielnickiego i utworzenie państwa kozackiego – hetmanatu. Bezwzględność buntowników wywołała exodus szlachty, która tysiącami uciekała na zachód, nierzadko też do Rosji. Punktem zwrotnym okazała się rzeź Humania 20–21 czerwca 1768 roku. Miasto i zamek, własność wojewody kijowskiego Franciszka Salezego Potockiego, silnie umocnione i bronione przez duży garnizon liczący 2,5 tys. ludzi pod dowództwem Rafała Mładanowicza, stały się azylem dla szlachty uciekającej przed rewoltą. 20 czerwca, kiedy zbliżał się 1000-osobowy oddział Żeleźniaka i tłumy chłopów, Mładanowicz wysłał do niego na pertraktacje setnika kozackiego i dowódcę dworskiej milicji wojewody kijowskiego Iwana Gontę. Ten jednak zdradził i znając słabe strony obrony, przyczynił się do zdobycia miasta przez hajdamacko-chłopską „armię”. W dwudniowej straszliwej rzezi zdobywcy nie oszczędzili nikogo: szczególnie zapamiętale mordowano Żydów oraz kler katolicki i unickich mnichów z miejscowego klasztoru bazyliańskiego. Szacuje się, że zginęło wtedy od 2,5 do 5 tys. cywilów i żołnierzy. Koliszczyzna, która po rzezi humańskiej rozlewała się coraz szerzej, zaniepokoiła rosyjskie władze. Bunt zaczął przybierać masowy charakter rabacji chłopskiej nie tylko o charakterze antyfeudalnym. Szeregi powstańców szybko rosły, szczególnie wobec bezradności polskiej administracji zmiecionej z rejonów pogrążonych w chaosie, ale także na fali popularności Żeleźniaka, który ogłosił się księciem smilskim i hetmanem kozackim, Gonty, „księcia humańskiego”, i najaktywniejszych hajdamackich pułkowników z Zaporoża – Mikity Szwaczka, Sarażyna i innych. Do koliszczyzny przyłączały się nawet oddziały polskiej piechoty, które zostały wysłane na Ukrainę do walki z buntownikami: roty rotmistrzów Rogowskiego, Dzierkałowskiego i Czopowskiego oraz 500-osobowy oddział Będzińskiego, wysłany na pomoc przez hetmana litewskiego Michała Kazimierza Radziwiłła. Zaniepokojeni rozwojem sytuacji Rosjanie przystąpili do działań. Pograniczni urzędnicy zaczęli udzielać schronienia szlachcie i Żydom, na co skarżyli się hajdamaccy dowódcy. Ataman hajdamaków Siergiej Nieżywyj i sotnik Wasyl, domagając się wydania zbiegów, bezczelnie brali pułkownika Horwata pod włos: Nie wiemy, z jakiej przyczyny Najwielmożniejszy Pan przyjmuje tych pogańsko-niewiernych wrogów i nieprzyjaciół Jej Cesarskiej Wysokości, chyba Najwielmożniejszemu Panu hojnie zapłacili, że ich przyjmuje? Za co? Prosimy odebrać im majątki i na tę stronę do nas wydać. Należało ukrócić także nasilające się zbiegostwo Kozaków i chłopów z lewobrzeżnej Ukrainy, którzy przyłączali się do koliszczyzny. Tym bardziej że część z nich na miejscu zaczęła dokonywać samosądów (rzeź mieszkańców Palejowego Jeziora przy granicy z imperium osmańskim, a nawet wtargnięcie hajdamaków na terytorium tureckie). W końcu czerwca na pomoc przygotowującym się do pacyfikacji koliszczyzny wojskom generała Kreczetnikowa oraz współdziałającym z nim oddziałom koronnym Franciszka Ksawerego Branickiego z Rosji pospieszyły pułki karabinierów pułkownika Protasiewa, huzarów pułkownika Czorbiego, jelecki pułk piechoty oraz kilkuset Kozaków dońskich z Lewobrzeża. Kreczetnikow chwycił się podstępu: do stacjonujących w Humaniu hajdamaków Żeleźniaka i Gonty pchnął pułk Kozaków dońskich pułkownika Guriewa, który zakomunikował im, że przybywa z pomocą przeniesienia powstania na Wołyń. W nocy z 6 na 7 lipca obaj przywódcy buntowników, zwabieni do namiotu Guriewa, zostali aresztowani, a 3 tys. hajdamaków i chłopów trafiło do niewoli. Żeleźniak niebawem został odesłany do Rosji, gdzie po wyrwaniu nozdrzy oraz wypaleniu na czole i policzkach znamion przestępcy politycznego, został zesłany do Nerczyńska. Gontę natomiast, po makabrycznych torturach (obdzieranie ze skóry), stracono podczas publicznej egzekucji w Serbach na Bracławszyźnie. Krwawa rozprawa z uczestnikami koliszczyzny trwała do jesieni.” (Tomasz Bohun Dariusz Milewski: Wojny polsko-kozackie; Warszawa 2019) Rabacja grekokatolickiej Galicji w 1944 roku była „schizmatycką” odmianą prawosławnej „rabacji” na Wołyniu w 1943 roku? A „rabacja” we wrześniu 1939 roku w grekokatolickiej Galicji czerpała „ze wspólnego prawosławnego rodowodu”? Z tez Huka wynika więc, że ludobójcza koncepcja integralnego nacjonalizmu ukraińskiego miała rodowód prawosławny, chociaż powstała na terenie grekokatolickiej Galicji i tutaj zaczęli ją realizować ukraińscy faszyści już we wrześniu 1939 roku oraz kontynuowali od 22 czerwca 1941 roku. Ale przecież „powstańcy” Gonty wyrzynali duchownych unickich, a w Humaniu np. wycięli w pień unickich mnichów z miejscowego klasztoru bazyliańskiego. Dopiero „mistrz” Doncow i jego „uczniowie” doprowadzili do swoistego „świętego przymierza” prawosławia i grekokatolicyzmu skierowanego przeciwko katolicyzmowi i judaizmowi, a więc głównie przeciwko Polakom oraz Żydom. W realizacji tego celu każdy środek był dobry, co Ukraińcom wpajał „dekalog 10 przykazań ukraińskiego nacjonalisty”, który zastąpił „Dekalog 10 Przykazań Bożych”.

 

W podrozdziale Polsko-rosyjska sztafeta kolonialna Huk pisze: „Kolonizując Ukrainę, elity cesarstwa rosyjskiego powtórzyły prawie wszystkie koncepty polskie, a prawosławna Cerkiew moskiewska– rzymskokatolickie.” (s. 153)

Rosja nie miała więc własnego konceptu kolonizacyjnego, musiała oprzeć się o koncept  polski, a prawosławna Cerkiew moskiewska o rzymskokatolicki. Nie miała żadnych doświadczeń kolonizacyjnych, musiała korzystać z dorobku polskiego? Do czasu kolonizacji Ukrainy (ówczesnej dzielnicy Rzeczpospolitej) istniała pokojowo wyłącznie w swoich „etnicznych” granicach. Bo o dobrowolnych uniach cesarstwa rosyjskiego „wolni z wolnymi, równi z równymi” historiograf „rozumiejący” nic nie pisze.

 

W podrozdziale Nowy język Huk stwierdza: „Większość wydarzeń historycznych między Rusinami/Ukraińcami a Polakami nie została postkolonialnie ujawniona i nazwana, ponieważ historycy polscy piszą z pozycji świadków na przykład tragedii wołyńskiej z 1943 r., a ukraińscy – tragedii Pawłokomy. W sposób nieunikniony odsuwa to moment zaistnienia historiografii rozumiejącej.” (s. 156)

„Tragedia wołyńska” to ludobójstwo okrutne dokonane przez UPA i chłopów ukraiński na około 70 - 80 tysiącach cywilnej ludności, głównie  rodzin polskich chłopów, w około 1100 polskich wsiach i koloniach oraz w nieznanej ilości wsi z ludnością mieszaną (głównie ukraińską, polską i czeską)  - „tragedia Pawłokomy”, to rozstrzelanie przez polską samoobronę około 150 mężczyzn Ukraińców jako odwet za wcześniejsze mordy dokonane na Polakach przez mieszkańców tej wsi. To tak jakby jakiś historiograf rosyjski porównał Wielki Głód z zamordowaniem kilku rodzin sowieckich przez banderowców w 1945 roku. „Historycy polscy z pozycji świadków” piszą o ludobójstwie, a nie o  „tragedii wołyńskiej z 1943 r.”, Huk chyba nie twierdzi, że np. Wołodymyr Wiatrowycz jest historykiem polskim? Chociaż, być może, domieszkę krwi „cużyńców” ma, jak większość nacjonalistów ukraińskich. Ale taka jest specyfika „genetyczna” nie tylko Europy i nie tylko na pograniczu narodowości.  

 

„Cesarstwo Rosyjskie zwracało się jeszcze przeciw przeszłości, którą była XVIII-wieczna Korona. Pragnęło osłabić katolicką wspólnotę Rusinów i Polaków: prześladowało pierwszych, aby wzmocnić siebie kosztem osłabienia tych drugich. Natomiast III Rzesza postawiła już na różnicę dotyczącą ukraińsko-polskiej rozgrywki nie o przeszłość, a przyszłość. Stąd wyróżnienie Ukraińców galicyjskich, jakkolwiek Adolf Hitler także był spadkobiercą monarchii habsburskiej i jej praktyki nazywania Rusinów odrębnym bytem. Bardzo ważne jest także to, że nazizm pod nazwą Reichskommissariat Ukraine ukrył Wołyń jako biologiczną bazę surowcową. III Rzesza kontynuowała praktyki z czasów Cesarstwa Rosyjskiego, II Rzeczypospolitej i ZSRR: upodrzędniła i sprowadziła autochtonów do roli maszyn produkujących żywność, chociaż propagowała ideę uczestnictwa „wyzwolonych” narodów w Europie i obronę kontynentu przed bolszewizmem.” (s. 160)

To w końcu Cesarstwo Rosyjskie powtórzyło „ prawie wszystkie koncepty polskie „(jak pisał Huk na s. 153), czy „ zwracało się  przeciw przeszłości, którą była XVIII-wieczna Korona”? Było „za”, a nawet „przeciw”? W geopolityce ukraińskiej ani Monarchia Habsburska, ani Związek Sowiecki w latach 1939 – 1941, ani III Rzesza w latach 1941 – 1944, nie były „okupantami ziemi ukraińskiej” -  jeśli już to „wyzwolicielami” - okupantem zawrze była tylko Rzeczpospolita. Takie tezy podał Huk. Cesarstwo Rosyjskie osłabiało „katolicką wspólnotę Rusinów i Polaków”? Przecież wcześniej stwierdził, że takowej nigdy nie było. Zmienił zdanie w trakcie opracowywania swojej historiografii o ”jądrze ciemności”? „Wyróżnienie Ukraińców galicyjskich” to m. in.: „Położenie ludności ukraińskiej w stosunku do ludności polskiej było w Generalnej Guberni uprzywilejowane. W miastach dystryktu lubelskiego i krakowskiego zorganizowano dla Ukraińców konsumy, w których mogli otrzymać żywność i różne towary po cenach urzędowych. Do konsumów tych dostęp Polaków był zabroniony. Podobnie kwitki żywnościowe dla ludności ukraińskiej były uprzywilejowane w stosunku do ludności polskiej. Ukraińcy otrzymywali na nie racje dzienne 930 kalorii, podczas gdy Polacy 654 kalorie. Ukraińcy posiadali inne niż Polacy dowody osobiste. W administracji okupacyjnej pracowało wielu Ukraińców zajmując stanowiska wójtów, sołtysów oraz urzędników w starostwach” (Z. Konieczny: Stosunki polsko-ukraińskie na ziemiach obecnej Polski w latach 1918 – 1947, Wrocław 2006, s. 44). 

Podrozdział „Nowy język” pomijam, jest to wyłącznie „nowy język” Huka, powtarzany od czasu tworzenia narodu ukraińskiego, czyli zmiany nazwy Rusina na Ukraińca. Ma on tradycję już ponad stuletnią.   

 

W podrozdziale „Dekonstruowanie Marszałka, czyli cóż po powstaniu z 1863 r.”, Huk pisze: „Interesująca jest forma komunikacji pomiędzy ukraińskim projektem niepodległościowym z lat 1918– 1944, a polskim szlacheckim ruchem na rzecz odbudowy Rzeczypospolitej w okresie powstania styczniowego. Najogólniej rzecz ujmując, nacjonaliści ukraińscy odegrali wtedy rolę podobną do polskiej szlachty w XIX w.: będąc nieliczną grupą starali się narzucić siebie, także przemocą, pozostałym grupom społecznym i stać się ich reprezentacją, opierając się na retoryce o wyzwoleniu narodu, który w rzeczywistości nie istniał. Świadczy to o wpływie myślenia XIX-wiecznych elit polskich na ukraiński nacjonalizm, a z drugiej strony o odwzorowywaniu przez OUN modelu polskiego i wprost o uzależnieniu się jej ideologów od agresywnych treści obecnych w neosarmackim nacjonalizmie narodowodemokratycznym. Oto jak, w najogólniejszym zarysie, endecja wymogła na zdominowanych Rusinach ukraińskość i własną tragedię na Wołyniu”. (s. 162)

Czyli „polski szlachecki ruch” w kresie powstania styczniowego głosił ideę Rzeczpospolitej „czystej jak szklanka wody” poprzez wymordowanie wszystkich „czużyńców”?  Endecja istniała już w okresie powstania styczniowego, co doprowadziło ją do „tragedii na Wołyniu? A Dmytro Doncow oraz inni ideolodzy OUN czerpali natchnienie z z idei Hugo Kołłątaja i Stanisława Staszica, a nie, jak podaje prof. B. Grott: „ Istotne miejsce zajmuje u Doncowa także i rasizm. Ukraiński ideolog swoje poglądy na ten temat kształtował pod wpływem takich, niemieckich teoretyków rasizmu jak Hans Günter i Ludwik Claus.” Ale także korzystał z „Mein Kampf” A. Hitlera, dokonał też jego  przetłumaczenia na język ukraiński. Byli oni endekami i na nich „odwzorowywał”się OUN? Tego nawet propaganda stalinowskich politruków nie potrafiła wykoncypować.  

 

„Ważne zagadnienia polsko-ruskie/ukraińskie XIX–XX w. można przemyśleć i rozumieć w kontekście powstania styczniowego. Historiografia ukraińska przeważnie nawet nie odnotowuje tego wydarzenia, a Polska interesuje się nim tylko po to, aby wykazać niezrozumiałą niechęć chłopstwa ruskiego do wyzwolenia się z objęć państwa rosyjskiego w imię dawnej wielonarodowej Rzeczypospolitej i skorzystania z dobrodziejstw kultury polskiej. Stanowi to typowo kolonialną figurę dostrzegania w czynniku ruskim i ukraińskim jedynie takiego, który może być z Polską lub z Rosją, ale zasadniczo nie może mieć w dziejach własnych celów.” (s. 162)

Pańszczyźniani chłopi, zarówno polscy jak i rusińscy, nie brali samorzutnie udziału w powstaniu styczniowym, dopiero w przypadku, gdy ich „pan” brał udział. I taka była tutaj „kolonialna figura”.  

 

„Później dla XX-wiecznego rządu emigracyjnego o autonomii dla powojennej Galicji Wschodniej czy Wołynia także nie mogło być mowy. Przeciwnie – w odezwie z 30 lipca 1943 r. Krajowa Rada Polityczna Narodu Polskiego oświadczała: „nie zrezygnujemy ze wschodnich ziem Rzeczypospolitej”. (s. 166)

 „Byłem bliskim współpracownikiem inż. Romana Żurawskiego, właściciela majątku ziemskiego w Leszczkowie powiat Sokal. Na początku lat 30-tych przy majątku zbudował on fabrykę włókienniczą wytwarzającą wełniane, samodziałowe materiały ubraniowe i nieprzemakalne materiały okryciowe. /.../ Zakłady leszczkowskie przeznaczyły znaczne kwoty na pomoc społeczną za pośrednictwem Rady Głównej Opiekuńczej w Krakowie. Ludziom, których wojna pozbawiła środków do życia, inż. Żurawski nie odmawiał także pomocy indywidualnej. Jego społeczne zaangażowanie wykorzystał grekokatolicki ksiądz – Ukrainiec Józef Kładoczny, były sekretarz arcybiskupa grekokatolickiego we Lwowie – Andrzeja Szeptyckiego. Kiedy poprosił Żurowskiego o wsparcie, uzyskał nie tylko pomoc materialną, ale także opiekę, przyjaźń i zaufanie. I jak się później okazało, Józef Kładoczny ten ksiądz ukraiński, jak wąż jadowity wśliznął się do rodziny Żurowskich, a za okazaną pomoc i przyjaźń odpłacił się wydaniem rodziny Żurowskich w ręce gestapo. Inż. Żurowski został zamordowany w katowni gestapo na Alei Szucha. Jego żona Karolina oraz córki Maria i Klementyna przeżyły tragiczne lata w obozie w Ravensbrück, a córka Anna zginęła w obozie na Majdanku. /.../  Rok 1942, późna jesień. R. Żurowski powrócił ze Lwowa. W zacisznym gabinecie na Brackiej 13 przy czarnej kawie opowiadał mi w zaufaniu: „Zrobiliśmy wielką rzecz. Zawarliśmy unię polsko-ukraińską – oczywiście na czasy powojenne. Stanu przedwojennego w Małopolsce Wschodniej utrzymać się nie da. Sprawa ruska musi być uregulowana”. – „Kto, z kim, gdzie?” – zapytałem. Zebranie odbyło się we Lwowie u św. Jura, u metropolity Szeptyckiego. Ze strony ukraińskiej byli obecni: sędziwy metropolita grekokatolicki, jego były sekretarz – ksiądz Kłodoczny organizator zebrania, były wicemarszałek senatu R.P. – Wasyl Mudryj i poseł Wasyl Boluch. Ze strony polskiej – zastępca Delegata Rządu (londyńskiego) na Kraj, ja i inni (o ile nie mylę się – były wojewoda lwowski Dunin – Borkowski). Zebranie zagaił metropolita. W przemówieniu wyraził ubolewanie, że stosunki polsko-ukraińskie tak się zaogniły i że on sam tu nieco zawinił. Żałował jedynie, że już krótki czas, jaki pozostał Mu w życiu nie pozwoli na pogodzenie zwaśnionych bratnich narodów, itp. Zebranie powzięło ważkie decyzje o przyszłym zgodnym współżyciu polsko-ukraińskim na zasadach równouprawnionych – w ramach państwowości polskiej” (Karol Borysowicz; w: Siekierka Szczepan, Komański Henryk, Bulzacki Krzysztof: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939 – 1947; Wrocław 2006, s. 1036 – 1038). Zagrożony inż. Żurowski miał uciekać przez granicę do Rumuni. Ale poprosił autora cytowanych wspomnień, kpt. AK Karola Borysowicza także o lewą „Kennkartę” dla ks. Kładocznego. Inż. Żurowski dostał kenkartę na nazwisko Kossakowski Roman, a ks. Kładoczny na nazwisko Maciejewski. „W pierwszej dekadzie marca 1943 roku otrzymałem gryps treści następującej (cytuję dosłownie): „Kochany Panie Karolu. Przed godziną przywieziono tu zastępcę Delegata Rządu, adw., który był na spotkaniu u Szeptyckiego (proszę czytać podkreślone litery), którego w tramwaju wskazał gestapowcom ks. Kładoczny. Miał Pan rację – nie ufając mu. Jest to prowokator i konfident gestapo”. Ostrzeżenie przed nim, które ukazało się w „Biuletynie Informacyjnym” spowodowało ucieczkę ks. Kładocznego z Warszawy” (jw., s. 1041).  Odnalazł się potem, w SS „Galizien” - „Hałyczyna”, gdy Metropolita Szeptycki powołał  go na kapelana w 30. pułku  piechoty. 

 

„Dziś trudno jest zrozumieć, że Polacy przez kilka stuleci nie zrobili nic, aby w oczach Ukraińców zaistnieć jako ludzie, a nie jako rzymskokatolicki nadczłowiek-morderca. Podsumowaniem 600-letniej obecności kultury polskiej na Ukrainie było w 1943 r. to, że ludzie znowu rzucili się na ludzi. Jądrem tego skrajnego aktu rozpaczy było to, że jedni utracili jakąkolwiek nadzieję na to, że drudzy kiedykolwiek uznają ich człowieczeństwo.” (s. 168)

W 1943 roku na Wołyniu ludność polska spostrzegana była przez chłopa ukraińskiego  „jako rzymskokatolicki nadczłowiek-morderca”? I z kimś takim tak licznie wiązały się węzłami małżeńskimi Rusinki/Ukrainy? To jakaś paranoja. „Podsumowaniem 600-letniej obecności kultury polskiej na Ukrainie było w 1943 r.” /.../  ludobójstwo nie mające związku z 600-letnią obecnością kultury polskiej, a ślady kultury polskiej są obecne do dzisiaj na Ukrainie, aczkolwiek ocalały z pożogi lat 1943 – 1945 głównie w miastach. Są także dzisiaj systematycznie niszczone bądź fałszowane. Nie z tego powodu, i nie „ludzie na ludzi” rzucili się, ale Ukraińcy na Polaków, w tym wykorzystując swoją kolaborację z okupantami. I to było „jądro rozpaczy” rodzin polskich, w ok. 80 procentach dzieci i kobiet. Czy Ukraina „uzna ich za człowieczeństwo”? Bo, że Huk uzna, można „utracić jakąkolwiek nadzieję na to”.   

 

„Powstanie styczniowe pozwala także na zrozumienie antypolskiego powstania na Ukrainie Zachodniej w latach 1943–1947. Podczas antyrosyjskiego powstania styczniowego zaistniało wszystko to, co potem nastąpiło w antypolskim powstaniu wołyńsko-galicyjskim. Strategie przeciwpowstańczych działań rosyjskiego aparatu policyjno-wojskowego i administracji cywilnej niezbyt różniły się od polskiego odpowiednika z lat 1944–1947. Od strony sposobów prowadzenia walki UPA nie wniosła niczego istotnie nowego ponad to, co wcześniej zaprezentowali Polacy.” (s. 168)

Powstanie styczniowe pozwoliło Hukowi zrozumieć antypolskie powstanie na Ukrainie Zachodniej w latach 1943 – 1947. Czyli nie zauważył istnienia w latach 1941 – 1944 podczas okupacji niemieckiej  Reichskommissariatu Ukraine oraz  Distriktu Galizien wcielonego do Generalnego Gubernatorstwa. Twierdzi też, że podczas antyrosyjskiego  powstania styczniowego Polacy siekierami i nożami wyrżnęli ponad 200 tysięcy ludności (chyba rosyjskiej, bo powstanie było antyrosyjskie) i spalili ich zagrody. A potem UPA powtórzyła te „sposoby prowadzenia walki”! 

 

„Chłopi na Ukrainie w powstaniu styczniowym nie byli zabijani przez oddziały szlacheckie – stanowili zbyt cenną siłę roboczą w majątkach, a majątki były częścią przyszłości ważniejszą niż polityczne cele walki. Jednak w latach 1942–1947 chłopi, na przykład na Chełmszczyźnie i Wołyniu, byli zabijani przez AK jako Ukraińcy, którzy odczuwali strach przed perspektywą życia po wojnie w państwie polskim i stawiali opór. Nie mniej ważne jest to, że jak Ukraińcy, tak i Żydzi byli bogaci.” (s. 169)

Chłopi na Ukrainie w powstaniu styczniowym nie byli stroną walczącą i manipulacją jest twierdzenie o jakichś „politycznych celach walki”. Tak samo kłamstwem jest twierdzenie, że w latach 1942 – 1947 na Chełmszczyźnie i Wołyniu byli zabijani jako Ukraińcy, którzy odczuwali strach przed państwem polskim i dlatego stawiali opór.

Igor Hałagida, Ukrainiec, członek Związku Ukraińców w Polsce, profesor historii, pracownik IPN Gdańsk oraz Uniwersytetu Gdańskiego, podaje: „W planach przywódców III Rzeszy „zdobyte” na wschodzie tereny miały zostać w przyszłości całkowicie zgermanizowane. Koncepcję tę zaczęto na większą skalę realizować właśnie w drugiej połowie 1942 r. na terenie dystryktu lubelskiego, głownie na Zamojszczyźnie, gdzie zamierzano stworzyć „wzorcową” kolonię (tzw. pierwszy obszar osiedleńczy) przeznaczoną dla osadników niemieckich. Ofiarą wysiedleń, trwających z przerwami od końca listopada 1942 r. do sierpnia 1943 r. padło ok. 110 tys. Polaków z prawie 300 miejscowości (w tym ok. 30 tys. dzieci). Ponad 11,6 tys. osób zostało zabitych w czasie akcji pacyfikacyjnych spowodowanych rzekomym lub faktycznym wspieraniem partyzantki, a ok. 58 tys. zdołało zbiec i uległo rozproszeniu (częściowo zasilając powstające oddziały podziemia).” /.../ „W 1942 roku w dystrykcie lubelskim zginęło łącznie 382 Ukraińców, spośród których „ aż 316 (82,7 proc.) - zginęła z rąk Niemców lub formacji im podporządkowanych (co najmniej 2 osoby zostały zastrzelone przez polskich policjantów na służbie niemieckiej). /.../ ... tylko 2 osoby zginęły z rąk polskiego podziemia (jedna z rąk AK, druga – BCh). /.../ Ogółem, sumując liczbę osób narodowości ukraińskiej zabitych przez nie-Niemców na terenie dystryktu lubelskiego w pierwszych pięciu miesiącach 1943 r. (222 nazwiska) z ofiarami okresu czerwiec−grudzień (394 osoby), otrzymamy liczbę 616 ofiar. Nie są to jednak dane ostateczne. W elektronicznej bazie danych figuruje bowiem jeszcze 129 nazwisk osób, o których wiadomo, że straciły życie w tym roku, lecz bez sprecyzowanej daty dziennej, a nawet określonego miesiąca. Łącznie z wcześniejszą liczbą ogólną daje to 745 osób. Niestety, w znacznej części przypadków nie udało się ustalić sprawców w sposób niebudzący wątpliwości (choć z pewnością zdecydowana większość z nich to ofiary polskiego podziemia). Fakt taki potwierdzono przy 312 nazwiskach (41,9 proc. „nie-Niemców”), nie licząc 5 osób, które zostały zabite przez partyzantkę komunistyczną.” W całym okresie październik 1939 – lipiec 1944 wg Hałagidy 2221 Ukraińców „z pewnością zostało zabitych przez polskie podziemie”. Nie wymienia, ile osób wśród nich należało do ludności cywilnej, ile tych osób zginęło w akcjach odwetowych lub prewencyjnych, a ile podczas toczonych walk. Hałagida nie pisze o udziale w wysiedleniach i mordach ludności polskiej policji ukraińskiej oraz innych formacji ukraińskich. (Igor Hałagida: Ukraińskie straty osobowe w dystrykcie lubelskim (październik 1939−lipiec 1944) – wstępna analiza materiału statystycznego ; w: Pamięć i Sprawiedliwość, nr 1 z 2017 r.)  Ukraiński Komitet Centralny (UDK) w Lublinie 22 stycznia 1944 roku sporządził w maszynopisie, w języku ukraińskim wykaz Ukraińców zabitych i zamordowanych w okresie od 1 listopada 1941 r. do 12 stycznia 1944 r. we wschodnich powiatach Generalnego Gubernatorstwa, który zawierał 500 osób, w tym m. in. 40 policjantów, 37 działaczy CK, 20 wójtów, 26 sołtysów, 16 działaczy spółdzielczych, 11 księży i diaków, 9 nauczycieli. i 290 chłopów

Materiał ten został przesłany 7 lutego 1944 r. przez działacza UDK Wołodymyra Łewyckiego do Wydawnictwa Ukraińskiego w Krakowie z prośbą o upublicznienie na łamach „Krakiwśkych wistej”. Nie ma w nim informacji o sprawcach zabójstw. Nie wnikając w to, kogo doliczył i na jakiej podstawie w swojej elektronicznej bazie I. Hałagida (przecież tej weryfikacji nie dokona żaden polski historyk), można stwierdzić, że w latach 1942 – 1943 z rąk polskich śmierć poniosło około 500 Ukraińców, przede wszystkim nacjonalistów, kolaborantów i chłopów – donosicieli na Polaków. Stratami polskimi nie zajął się ani IPN ani żaden historyk polskich uniwersytetów. Zrobił to jedynie Stanisław Jastrzębski w opracowaniu „Ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Lubelszczyźnie w latach 1939 – 1947” (Wrocław 2007), który oszacował straty ludności polskiej na 14 – 15 tysięcy ofiar. „Stosunki polsko-ukraińskie na tym terenie zaogniło również zachowanie ukraińskich policjantów w służbie niemieckiej. Policjanci ci służyli jako ochotnicy. „Biuletyn Informacyjny” AK pisał o tej formacji jako „znienawidzonej policji ukraińskiej, dopuszczającej się gwałtów i grabieży”. Policjanci i ukraińscy ochotnicy z obozu szkoleniowego w Trawnikach koło Lublina byli angażowani przez okupanta do akcji pacyfikacyjnych. Udział w pacyfikacji wsi Lubelszczyzny oddziałów niemieckich złożonych z ukraińskich ochotników potwierdzają również inne źródła, które podają, iż w tych akcjach brał udział 1. batalion 5. ochotniczego pułku policyjnego SS „Galizien”. Banderowskie kłamstwo o ludobójstwie Polaków na Wołyniu i jego początkach na ziemi chełmskiej w latach 1941–1942, stworzone już podczas wojny, zostało przyjęte przez ukraińską  historiografię emigracyjna jako wygodne uzasadnienie. Kłamstwo to zostało współcześnie przyjęte przez historyków ukraińskich i innych z nimi związanych. Zbrodnie ukraińskich nacjonalistów nie maja nic wspólnego z sytuacja w Lubelskiem w latach 1941–1943, były one sednem integralnego nacjonalizmu ukraińskiego, zmierzającego do budowy państwa monopartyjnego i jednolitego narodowo.” (Czesław Partacz, Krzysztof Łada: Kto zaczął? Polacy i Ukraińcy na Lubelszczyźnie w latach 1941–1943. ANTYPOLSKA AKCJA OUN-UPA 1943–1944; w: FAKTY I INTERPRETACJE,  Warszawa 2002)

„Niemcy przekazali Ukraińcom cały powiat hrubieszowskim, za wyjątkiem gminy Miączyn położonej najbliżej Zamościa przeznaczonej dla osadników niemieckich. Ukraińcy wysiedlali tenże powiat hrubieszowski, co z trudem jest potwierdzone w akademickich podręcznikach historii Polski, jak też w środkach dydaktycznych adresowanych do młodzieży na lekcje historii. Udział Ukraińców w tragedii Zamojszczyzny znajduje udokumentowanie jedynie w relacjach świadków i opracowaniach Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej oraz publikacjach szczegółowych. Akcję wysiedleńczą koordynował specjalny ukraiński komitet do spraw wysiedleń, któremu przewodniczył Jewgen Łukaszczuk. W samej gminie Uchanie - Niemcy wraz z Ukraińcami przeprowadzili 19 akcji wysiedleńczo – pacyfikacyjnych. /.../  Łącznie na terenie powiatu hrubieszowskiego okupant hitlerowski wraz z Ukraińcami dokonał wysiedlenia 64 wsi, wysiedlono 12 224 Polaków, a w ich miejsce osadzono 7072 Ukraińców.  /.../ Trudno uwierzyć, że informacje o udziale Ukraińców w tych jakże doniosłych wydarzeniu historycznym, jakim było wysiedlenie i eksterminacja Zamojszczyzny, z trudem można odnaleźć w podręcznikach historii. /.../ Polaków z powiatu biłgorajskiego wysiedlano, zaś na opuszczone przez nich miejsce kierowano Ukraińców, także na południu powiatu biłgorajskiego w Puszczy Solskiej, skąd jednak szybko uciekli w obawie przed polską partyzantką. Była to tzw. „Ukraineraktion”. Utworzenie niemieckiego pasa osadniczego miało być poprzedzone ukraińskim pasem ochronnym. Jego gorliwym orędownikiem był, jak z czytamy niemieckich dokumentów, prof. Wołodymyr Kubijowycz, przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Centralnego w Krakowie.” (Dr Szymon Solak: Rola Ukraińców w niemieckich planach przesiedleńczych na terenie powiatów hrubieszowskiego, biłgorajskiego i zamojskiego, w latach 1941 – 1943, w świetle dokumentów SS i polskiego zbrojnego podziemia; w:  kresykedzierzynkozle.pl/wp-content/uploads/2017/05/dr-Szymon-Solak-referat.pdf ).

W 1942 roku Ukraińcy wspólnie z Niemcami lub samodzielnie brali udział w mordach na ludności polskiej w kilkudziesięciu wsiach. Poniżej przykłady. 

20 marca we wsi Kryniczki pow. Krasnystaw policjanci ukraińscy zamordowali 24 Polaków i spalili ich gospodarstwa.

30 marca we wsi Wywłoczka pow. Zamość Niemcy z Ukraińcami rozstrzelali 6 Polaków: małżeństwo, ojca z córką oraz 2 kobiety. 16 kwietnia we wsi Zaporowszczyzna pow. Hrubieszów esesmani ukraińscy z podoficerskiej szkoły w Trawnikach rozstrzelali w lesie 15 Polaków pochodzących z powiatu hrubieszowskiego. 10 maja w kol. Wisieńki pow. Zamość esesmani ukraińscy rozstrzelali na skraju lasu 11 Polaków. Wieś ta w maju 1942 przeżyła jeszcze trzy kolejne pacyfikacje, w których zginęło w sumie 23 osoby. 18 maja we wsi Leszczanka pow. Chełm esesmani ukraińscy (prawdopodobnie ze szkoły w Trawnikach) zastrzelili 8 Polaków, w tym 4 kobiety: „ Z opowieści mojego taty wynikało, że zginęło tam 9 mężczyzn. A było to tak: (wg jego opowiadania) wybrano 9 młodych kobiet, ale po dłuższym namyśle zrezygnowano z rozstrzelania ich, lecz na to miejsce wybrano 9 mężczyzn. Znam to miejsce, w którym była egzekucja, obecnie stoi tam krzyż. Ciało mojego dziadka zostało pochowane nieopodal tego miejsca w lesie. Dopiero po zakończeniu wojny tata mój odkopał zwłoki i przewiózł na cmentarz w Kaniem. Obok mogiły mojego dziadka pochowanych jest jeszcze dwóch mężczyzn z tej egzekucji. Dziwne jest to, że na każdym z nich jest inna data śmierci (kilka dni). Na pewno są to ofiary tej egzekucji”. (Halina Kamieniecka, 13.11.2009; w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl). S. Jastrzębski w książce „Ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Lubelszczyźnie w latach 1939 – 1947” na s. 81 wymienia imiennie 3 rozstrzelane kobiety oraz 5 mężczyzn, wśród których jest Jan Ścibor. Pisze natomiast o 4 kobietach i 4 mężczyznach.  We wsi Liszna pow. Chełm w pacyfikacji ukraińsko-niemieckiej zamordowanych zostało około 60 osób (z czego 31 Żydów). Inni: Podczas pacyfikacji wsi, funkcjonariusze SS i gestapo oraz Ukraińcy pozostający w służbie hitlerowskiej rozstrzelali na placu szkolnym 20 osób. Zginęli: Jan Błaszczuk, l. 32, Michał Błaszczuk, l. 38, Jan Garbula, l. 37, Józef Głogosz, l. 22, Stanisław Iwaniuk, l. 17, Stefan Jaroć, l. 40, Jan Kasjan, l. 36, Mieczysław Klin, l. 31, Edward Kosmowski, l. 17, Adam Kopaciński, l. 26, Adam Łusiak, l. 33, Aleksander Łusiak, l. 21, Władysław Mazurek, Władysław Parada, l. 43, Józef Sadlak, l. 30, Edward Serej, l. 26, Leon Serej, l. 29, Wacław Skibiński, l. 45, Jan Szachadyń, l. 30 oraz nieznany z nazwiska przyjezdny z Warszawy. 19 maja w kol. Horyszów Polski pow. Zamość żandarmi niemieccy i policjanci ukraińscy  zamordowali 17 Polaków, zrabowali ich mienie i spalili gospodarstwa – rzekomo za pomoc partyzantom sowieckim. We wsi Toruń pow. Chełm esesmani ukraińscy zastrzelili 2 Polaków, mężczyznę i kobietę. Zginęli: Leon Głażewski, 1.45, Julia Zawadzka, 1.40. 20 maja we wsi Korytyna pow. Hrubieszów Niemcy wraz nacjonalistami ukraińskimi z posterunku policji w Bereściu dokonali pacyfikacji wsi. Zamordowano wówczas 8 osób, zabudowania wsi podpalono. Była to kara za pomoc partyzantom radzieckim. Zeznaje Jan Ważny „Orkan”: „Opowiadali mieszkańcy Korytyny, że Niemcy wpadali do mieszkań, a te domy skąd zabrali podpalali. Do mieszkań przewodnikami byli dla nich Ukraińcy z pobliskiego Bereścia, których tu znano. Ci faszyści ukraińscy mieli coś w rodzaju bączków, pociągali za sznurek i kierowali na zabudowania. Ponieważ pokrycia chat były słomiane stawały one w ogniu. Kobiety coś niecoś ratowały z budynków, wyprowadzając krowy czy konie, ale reszta mienia ginęła w ogniu. Rozchodził się po wsi i lesie straszliwy ryk bydła, pisk dzieci i szloch kobiet.”. (J. Ważny „Orkan”, Pacyfikacja wsi Korytyna w dniu 20 maja 1942 roku. W: W. Jaroszyński, B. Kłembukowski, E. Tokarczuk:  Łuny nad Huczwą i Bugiem, Walki oddziałów AK i BCh w obwodzie Hrubieszowskim w latach 1939 - 1944, Zamość 1992, s. 188-189). We wsi Kryniczki pow. Krasnystaw żandarmi niemiecki z oddziałem ukraińskim rozstrzelali 15 Polaków, w tym 5 kobiet. W kol. Wiszeńki pow. Zamość esesmani ukraińscy rozstrzelali 15 Polaków, w tym 9-letnią dziewczynkę Marię Hawrylak. 25 maja w kol. Wiszeńki pow. Zamość esesmani ukraińscy rozstrzelali 7 Polaków, w tym 5 kobiet. 26 maja we wsi Krobonosz  pow. Chełm esesmani ukraińscy (zapewne ze szkoły podoficerskiej w Trawnikach) zastrzelili 15 Polaków. We wsi Staw pow. Chełm żandarmi niemieccy i Ukraińcy, pozostający w służbie hitlerowskiej, spędzili ok. 200 mieszkańców w wyznaczonym miejscu. Oficer zażądał wydania osób współpracujących z partyzantami, udzielających pomocy i ukrywających Żydów. Nie wskazano nikogo, wówczas spośród zatrzymanych wybrano zakładników i rozstrzelano ich. Po rozstrzelaniu zakładników hitlerowcy zabili jeszcze 2 Żydów, młodzieńca i powiesili 2 osoby. Zginęli: Jan Bień, l. 30, Adam Dużyc, l. 35, Marian Kaszczuk, l. 39, Władysław Kaszczuk, l. 30, Feliks Nafalski, l. 39, Tadeusz Nafalski, l. 32, Marian Smolina, l.17, Wasyl Szady, l.18, Szymon Tywaniuk, l.22, Józef Wasyńczuk, l.28. Ciała pomordowanych pochowano we wspólnej mogile na polu. „We wsi Staw Niemcy dokonali pacyfikacji „przy pomocy nacjonalistów ukraińskich”.(Polska i Ukraina w latach trzydziestych–czterdziestych XX wieku. Tom 4. Część druga. Warszawa – Kijów 2005) 30 maja we wsi Radków pow. Tomaszów Lubelski: „30.05.1942 r. z donosu policji ukraińskiej zostali zamordowani za ukrywanie jeńca sowieckiego zbiegłego z niewoli: Buczek Jan l. 56, jego żona Zofia l. 54 i córka Janina l.14. Jeniec sowiecki NN zbiegły z niewoli.” (Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie listy strat ludności polskiej /…/. W: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Seria – tom 8, Kędzierzyn-Koźle 2016. Za: Ludobójstwo OUN-UPA tom 8 - Stowarzyszenie Kresowian … ) 13 czerwca we wsi Majdan Sopocki pow. Biłgoraj Niemcy z Ukraińcami rozstrzelali 8 Polaków. 25 czerwca w miejscowości Łabuńki pow. Zamość gestapowcy z policjantami ukraińskimi rozstrzelali 9 Polaków; egzekucji dokonali Ukraińcy. 7 sierpnia w miejscowości Aleksandrów pow. Biłgoraj Niemcy z policją ukraińską zamordowali 11 Polaków i 36 Żydów. 19 sierpnia we wsi Ostrówki pow. Radzyń Podlaski Niemcy z Ukraińcami zastrzelili 7 Polaków. „Wieś OSTRÓWEK, gmina Ciechanki. Dnia 19 sierpnia 1942 roku nacjonaliści ukraińscy, pozostający na usługach niemieckich, wspólnie z SS zastrzelili następujące osoby: Jana Kota (lat 38), Antoniego Kraskę (lat 55), Jana Krausę (lat 33), Klemensa Jaroszkę (lat 49), Stanisława Myśliwca (lat 55), Józefa Onyszkę (lat 28), Władysława Stadnika (lat 42)”. (Stanisław Jastrzębski: „Ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Lubelszczyźnie w latach 1939 – 1947”, Wrocław 2007, s. 48)  W nocy z 1 na 2 września w majątku Dobużek pow. Zamość Ukraińcy zastrzelili jego właściciela, Polaka (prawdopodobnie był to Władysław Kołakowski). 3 października we wsi Pikule pow. Janów Lubelski w pacyfikacji ukraińsko-niemieckiej zamordowanych zostało 51 Polaków, w tym 19 dzieci. 13 października we wsi Potok Górny pow. Biłgoraj żandarmi niemieccy i policjanci ukraińscy zastrzelili 10 Polaków. 18 października we wsi Olszewnica pow. Radzyń Podlaski gestapowcy z udziałem oddziału ukraińskiego zamordowali 8 Polaków. 28 października we wsi Obrocz pow. Zamość żandarmi niemieccy z policjantami ukraińskimi rozstrzelali 22 Polaków. W październiku 1942 roku we wsi Hopkie pow. Tomaszów Lubelski żandarmi niemieccy wspólnie z policjantami ukraińskimi zamordowali 12 Polaków. We wsi Wola Różaniecka pow. Biłgoraj policjanci niemieccy i ukraińscy zastrzelili 6 Polaków.

13 -  14 listopada we wsi Cumań pow. Łuck policjanci ukraińscy zamordowali we wsi Obórki 51 Polaków, 1 Ukrainkę i 1 Żydówkę.

18 listopada w miasteczku Kazimierz Dolny żandarmi niemieccy oraz esesmani i policjanci ukraińscy zamordowali na terenie gminy Kazimierz Dolny 17 Polaków oraz kilkudziesięciu aresztowali, którzy zginęli potem w obozach koncentracyjnych. W miejscowości Parchatka pow. Puławy policjanci i esesmani ukraińscy zamordowali 28 Polaków oraz aresztowali i wysłali do Auschwitz 25 Polaków, z których tylko 5 wróciło po wojnie. 22 listopada we wsi Zbędowice pow. Puławy żandarmi niemieccy oraz esesmani ukraińscy rozstrzelali w wąwozie 88 Polaków, w tym kobiety i dzieci. Rannych dobijali Ukraińcy pojedynczymi strzałami z broni krótkiej. Następnie spalili całą wieś. 14 grudnia we wsiach Komarów Dolny i Górny pow. Tomaszów Lubelski w pacyfikacji ukraińsko-niemieckiej zamordowanych zostało kilkudziesięciu Polaków. 5 i 15 grudnia we wsi Wielącza pow. Zamość w pacyfikacji ukraińsko-niemieckiej w czasie wysiedleń zamordowanych zostało 172 Polaków, w tym 27 dzieci, większość ciał spalono razem z zabudowaniami. 15 grudnia we wsi Puszno Skokowskie pow. Opole Lubelskie żandarmi niemieccy i policja ukraińska zamordowali 5-osobową rodzinę oraz spalili ich dom i budynki gospodarcze. Zginęli: Lucyna Bielan lat 22, Stefan Bielan lat 26, Antonina Zawadzka lat 56, Wojciech Zawadzki lat 68, Alojzy Zawadzki lat 26. 19 grudnia we wsi Dąbrówka pow. Biłgoraj: „Dnia 19 grudnia 1942 roku żołnierze niemieccy z udziałem Ukraińców na niemieckiej służbie dokonała pacyfikacji wsi w odwecie za domniemaną pomoc partyzantom. Hitlerowcy zamordowali 5 osób oraz spalili kilkanaście zabudowań mieszkalnych i gospodarczych rabując mienie właścicieli.” (Józef Fajkowski, Jan Religa: Zbrodnie hitlerowskie na wsi polskiej 1939-1945. Warszawa: Wydawnictwo Książka i Wiedza, 1981 ; za: https://pl.wikipedia.org/wiki/D%C4%85br%C3%B3wka_powiat_bi%C5%82gorajski) 20 grudnia we wsi Długi Kąt pow. Biłgoraj Ukraińcy z Niemcami zamordowali 4-osobową rodzinę polską: Andrzeja Bila lat 57, Karolinę Bil lat 57, Stefanię Bil lat 22, Jana Bila lat 27. We wsi Radochoszcze pow. Zamość Niemcy z Ukraińcami zabili 5 Polaków: matkę Łukasik z 4-letnim dzieckiem, Janinę Kawałko oraz 2 mężczyzn. 25 grudnia (Boże Narodzenie) we wsi Łaszczów pow. Tomaszów Lubelski gestapowcy i esesmani ukraińscy rozstrzelali w pobliskim lesie 76 Polaków zabranych z kościoła podczas nabożeństwa, na które przybyło sporo ludzi ze wsi okolicznych. Ustalono 51 nazwisk ofiar. 29 grudnia we wsi Radochoszcze pow. Zamość Ukraińcy razem z Niemcami zamordowali 23 Polaków i spalili 22 gospodarstwa. Niektórzy podają liczbę 41 ofiar dodając 18 Polaków zamordowanych podczas trzeciej pacyfikacji tej wsi 22 marca 1943 roku. Pozostałą przy życiu ludność wsi, w liczbie 500 osób, uprowadzono w lecie tegoż roku. W grudniu 1942 roku we wsi Jarosławiec pow. Zamość w czasie wysiedlania gestapowcy z esesmanami ukraińskimi rozstrzelali 12 Polaków: 3 mężczyzn, 2 kobiety i 7 dzieci.

  1. Huk „zapomniał, że zbrodnie Ukraińców na Polakach na Lubelszczyźnie miały miejsce już we wrześniu 1939 roku.

24 września 1939 roku w majątku Husynne koło miejscowości Rogalin pow. Hrubieszów Sowieci i miejscowi Ukraińcy zamordowali 28 żołnierzy WP (w tym 3 oficerów), rozbierając ich do naga i kłując bagnetami; Ukraińcy zrabowali potem ich rzeczy i umundurowanie oraz zniszczyli dokumenty. 25 września 1939 roku we wsi Tyszowce pow. Tomaszów Lubelski: „Po nocnym boju pod Tyszowcami z 24 na 25 września 1939 roku zostali wzięci do niewoli i zamordowani żołnierze polscy. Kilkudziesięciu jeńców pchnięto bagnetami. Sowieci i miejscowi Ukraińcy w szczególny sposób znęcali się nad majorem Jerzym Borowiczem, którego po wymyślnych torturach zastrzelili dwaj oficerowie sowieccy”.  (Ryszard Szawłowski/Karol Liszewski: Wojna polsko-sowiecka 1939; tom 1, s. 377) 26 września 1939 roku we wsi Dub pow. Tomaszów Lubelski Ukraińcy zamordowali 5 Polaków: „Grupa ukraińskich komunistów z Duba (Stolarczyk), Moniatycz (Stanisław Kucharczyk) i Śniatycz (syn popa) 25 września 1939 r. pod dowództwem  Kazimierza Prokopa z Kotlic, najpierw ograbiła doszczętnie dom parafialny z dóbr materialnych, a następnie w lesie, zwanym Burki (26 września 1939 r.) w bestialski sposób zamordowała uprowadzonych domowników: ks. Wiktora Możejko (proboszcza parafii Dub), kleryków: Stefana Fabiańskiego i Mikołaja Kapuścińskiego, organistę Władysława Wentlanda oraz sołtysa Dub – Bolesława Piotrowskiego”. Ciała pomordowanych odkryto i pochowano na cmentarzu parafialnym w Dubie w zbiorowej mogile w połowie października, po wycofaniu się wojsk sowieckich i wkroczeniu wojsk niemieckich. Ofiary były torturowane, miały wydłubane oczy, poobcinane uszy, wyrwane języki….” (Waldemar W. Bednarski: „Z dziejów okupacji Ziemi Tomaszowskiej przez Armię Czerwoną oraz terroru UB – NKWD”, w: http://www.rasil.home.pl/rrh_5_2007/10_waldemar_bednarski.pdf). We wsi Niemirówek pow. Tomaszów Lubelski Sowieci i miejscowi Ukraińcy zamordowali 17 żołnierzy WP, w tym 14 podchorążych i 3 oficerów. 28 września we wsi Kodeniec (na wschód od Parczewa) miejscowi  Ukraińcy wybili granatami patrol saperski WP, zginęło 5 saperów i por. rez. Erwin Poznański, natomiast w nocy z 28 na 29 września zamordowali także kpt. Bazylego Sobolewa (Szawłowski..., s. 381 – 382). We wsi Kosyń pow. Włodawa: „Tereny parafii Kosyń były miejscem walk Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” gen. Franciszka Kleeberga we wrześniu 1939 r. Z czasami tamtymi wiążą się wydarzenia tragiczne i tajemnicze. Wydarzeniami w Kosyniu i Macoszynie Dużym zajął się Instytut Pamięci Narodowej. Prowadzone przez lubelski oddział IPN śledztwo przyniosło następujące informacje: Z materiału dowodowego zgromadzonego przez IPN wynika, iż w końcu września 1939 roku, rejon wsi Kosyń był miejscem działań zbrojnych prowadzonych przez Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. W okolicach Kosynia przemieszczały się w tym czasie grupy żołnierzy różnych formacji wojskowych. Żołnierze ci, wycofując się, szukali schronienia w napotykanych domostwach. W tamtym okresie, zamieszkały w Kosyniu gospodarz narodowości ukraińskiej Iwan B., był widziany przez swoich sąsiadów, jak przyjmował w gościnę polskich żołnierzy, po których następnie ginął wszelki ślad. Iwana B. widywano później w ubraniu złożonym z elementów polskiego umundurowania wojskowego. Iwan B. został pozbawiony życia przez Niemców w 1944 roku, w nieustalonych okolicznościach.” (G. Welik: Kosyń, parafia św. Stanisława Kostki; Podlaskie Echo Katolickie nr 16/2006) We wsi Perespa pow. Tomaszów Lubelski: „W miejscowości Perespa, gdzie połowę ludności stanowili Ukraińcy, prawosławny paroch Ołeksander Bober, członek komuny wiejskiej, zamordował we wrześniu kilku żołnierzy polskich. Na co dzień aktywnie współpracował też najpierw z okupantem sowieckim, a zaraz potem niemieckim.” (http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Radzynski_Rocznik_Humanistyczny/Radzynski_Rocznik_Humanistyczny-r2007-t5/Radzynski_Rocznik_Humanistyczny-r2007-t5-s145-155/.pdf ). We wsi Połoski pow. Biała Podlaska: „We wrześniu 1939 Ukraińcy dokonali pogromu ludności polskiej w Żukach i Połoskach. Wymordowano tam 30 osób, a ich ciała topiono w bagnach, grzebano w obejściach, zakopywano na polach. Popi i zakonnicy z monastyru św. Onufrego w Jabłecznej odprawili w październiku 1939 nabożeństwo w trakcie którego urządzono „pogrzeb Polski”. Ubraną w biało – czerwone szmaty słomiana kukłę podpalono i ciśnięto do Bugu „na wiecznu zahubu” (...) Już w połowie września 1939 roku w pow. włodawskim rozpoczęły dywersyjno - terrorystyczną działalność bojówki OUN - terroryści ostrzeliwali tabory, mordowali pojedynczych żołnierzy, dobijali rannych. Sygnał do rozpoczęcia akcji dywersyjnej dało przybycie grupy agentów Abwehry, którzy 10 września wylądowali na spadochronach w lasach zachodniego Podlasia. OUN-owcy współpracowali aktywnie z dywizją von Schweppebburga i już 16 września, gdy tylko Niemcy zajęli Włodawę, zaczęli przeprowadzać aresztowania i rozstrzeliwać Polaków oraz Żydów w mieście”. (Lewandowska Stanisława: Nadbużańskiego Podlasia okupacyjny dzień powszedni 1939-44, Warszawa 2003). „Czasy ostatniej wojny były dla mieszkańców wsi Połoski tragiczne. We wrześniu 1939 r. doszło tu bowiem do przygotowanego przez Ukraińców pogromu ludności polskiej. Ofiarami morderstw byli wojskowi i cywile, a wśród tych ostatnich - kobiety. Według jednych przekazów zginęło 30, według innych 40 osób. Trudno to ustalić, bowiem ciała pomordowanych były ukrywane, zakopywane na polach i topione w bagnach. Część ofiar tamtejszych bratobójczych mordów spoczęła na cmentarzu w Połoskach” (http://www.echo.siedlce.net/index.php?p= 21&arch_iid=2586). „Wracających do domu żołnierzy mordowali również mieszkańcy takich ukraińskich wiosek w okolicach Włodawy, jak Stulno, Żłobek, Dominiczyn czy Wołoskowola. ( Sowa Andrzej L.: Stosunki polsko-ukraińskie 1939 – 1947; Kraków 1998, s. 95). „Do zanotowania jest bolesny w życiu narodu fakt mordowania żołnierzy polskich i uciekinierów cywilnych przez miejscowych obywateli polskich – nacjonalistycznych szowinistów ruchu ukraińskiego. Wypadki te miały miejsce na terenie gmin Krzywowierzba, Wola Wereszczyńska i Sobibór. (…) Wiele ofiar w życiu ludzkim, i szkód materialnych społeczeństwo polskie poniosło z winy Ukraińców, a takie nazwiska jak Jerzy Wanio – burmistrz m. Włodawy i Kaszczuk – wójt gminy Hańsk, krwawymi zgłoskami zapisali się w historii męczeństwa Włodawszczyzny.” (APLOCh, Akta Starostwa Powiatowego we Włodawie, sygn. 117, k – 96–100. Dokument sporządzony został przez starostę powiatowego we Włodawie.)  We wrześniu we wsi Piszczac (na północny wschód od Białej Podlaski) Ukraińcy zamordowali kilkunastu żołnierzy polskich  (Sowa..., s. 95). Na wschodnich krańcach Lubelszczyzny napady i zabójstwa polskich żołnierzy miały miejsce we wsiach: Cześniki, Dębina,  Jawornik Ruski, Łykoszyn, Macoszyn, Osowa, Rzesna Ruska, Telatyn, oraz w wielu innych. We wsi Sahryń pow. Hrubieszów: „Wrzesień 1939. Ukraińcy z tzw. „Komitetu rewolucyjnego” utworzonego przez Sowietów zatrzymali powracającego z wojny oficera WP, którego obrabowano i zamordowano.” (Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie...; w: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Seria – tom 8, pod redakcją Witolda Listowskiego, Kędzierzyn-Koźle 2016). We wsi Steniatyn, gm. Łaszczów pow. Tomaszów Lubelski: „We wrześniu 1939 r. miejscowi Ukraińcy zamordowali dwóch mieszkańców wsi: Dudzińskiego Wacława i Gajewskiego Michała.” (Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw.;  Seria – tom 8). We wsi Wronowice pow. Hrubieszów został zamordowany i utopiony w torfiance przez nacjonalistów ukraińskich podporucznik Warszawskiej Brygady Motorowej- Zygmunt Stokowski, wychowanek Zakładu w Turkowicach, architekt, twórca kolejki liniowej na Kasprowy Wierch, jego symboliczny grób znajduje się na cmentarzu w Turkowicach (www.hrubieszow.info/info/hrubieszow_i_okolice_e1/p17.htm). We wsi Zimno gm. Łaszczów pow. Tomaszów Lubelski: „We wrześniu 1939 r. zostało zamordowanych przez miejscowych Ukraińców 2 Polaków: Piwko Piotr i Zubiak Lucjan.” (Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw.;  Seria – tom 8). Na początku października 1939 roku we wsi Kodeniec, na wschód od Parczewa, oraz w okolicach tej wsi, miejscowi Ukraińcy zamordowali ponad 20 żołnierzy „kleberczyków”, którzy po bitwie pod Kockiem nie chcieli pójść do niewoli niemieckiej i przedzierali się do swoich domów rodzinnych. Ich ciała zakopane w stodole przypadkowo odkryte zostały w latach siedemdziesiątych i potajemnie przeniesiono je na cmentarz w Parczewie (Ryszard Szawłowski/Karol Liszewski...., s. 381 – 382).  

W latach 1942 – 1944 na Wołyniu to Ukraińcy dokonali ludobójstwa na bezbronnej cywilnej ludności polskiej (ocalało tylko kilka ośrodków samoobrony) zgodnie z ideologią i rozkazami OUN i UPA. Decyzja o rozpoczęciu eksterminacji ludności polskiej zapadła prawdopodobnie na III Konferencji OUN 17–23 lutego 1943 r. we wsi Terebieże w pobliżu Oleska pow. lwowski. (Władysław Filar „Ukraińsko-polski konflikt narodowościowy na południowo-wschodnich kresach II RP: przebieg, skutki, przyczyny, wnioski na przyszłość”, „Polska-Ukraina: Trudne Pytania”, t. 9, s. 290). Od jesieni 1942 r. na Wołyń przybywali działacze OUN, głównie ze Lwowa, prowadząc intensywną propagandę antypolską wśród ludności ukraińskiej. Także policja ukraińska naszpikowana była nacjonalistami z frakcji banderowskiej. „Rozsiane posterunki milicji ukraińskiej po wszystkich wsiach zużyły ten okres na szkolenie wojskowe młodzieży i odpowiednią propagandę. Zbiórki, sypanie mogił, święcenie narzędzi zbrodni w cerkwiach i na mogiłach (popi zawsze brali czynny udział), procesje, zaklęcia, przysięgi itp. był to wstęp do zbrodniczej akcji. Niesamowicie wyglądało święcenie noży przed rzezią, podobne do tańca wojennego Indian. W nocy przy blasku pochodni, obchodzili w koło mogiłę i wkłuwali w nią noże, ślubując w podobny sposób kłuć Polaków” („Sprawozdanie z powiatu horochowskiego”; w: Lucyna Kulińska: „Dzieje Komitetu Ziem Wschodnich…”, t. 2, s. 700). Wyciąg z protokołu przesłuchania Jurija Stelmaszczuka z 28 lutego 1945 r. „W czerwcu 1943 roku przedstawiciel Centralnego Prowidu OUN „KŁYM SAWUR” przekazał mi ustnie tajną dyrektywę Centralnego Prowidu OUN o powszechnej fizycznej likwidacji całej ludności polskiej, zamieszkałej na terytorium zachodnich obwodów Ukrainy. Wykonując tę dyrektywę Centralnego Prowidu OUN, w sierpniu 1943 roku wraz z formacją grupy band[yckiej] UPA wyrżnąłem ponad 15 tysięcy Polaków w rejonach kowelskim, siedliszczańskim, maciejowskim i lubomelskim obwodu wołyńskiego, o czym dokładnie i odrębnie poinformowałem w swoich zeznaniach z 23 lutego 1945 roku. 29 i 30 sierpnia 1943 roku z oddziałem liczącym 700 uzbrojonych bandytów, zgodnie z poleceniem dowodzącego okręgiem „OŁEHA”, wyrżnąłem całą polską ludność na terytorium rejonów hołobskiego, kowelskiego, siedliszczańskiego, maciejowskiego i lubomelskiego, zrabowawszy cały ich majątek ruchomy i spaliwszy cały ich majątek nieruchomy. Łącznie w tych rejonach w ciągu 29 i 30 sierpnia 1943 roku wyrżnąłem i rozstrzelałem ponad 15 tys. cywilów, wśród nich starców, kobiety i dzieci. Robiliśmy to w następujący sposób: po spędzeniu całej ludności polskiej w jedno miejsce, okrążaliśmy ją i rozpoczynaliśmy rzeź. Kiedy już nie pozostał ani jeden żywy człowiek, kopaliśmy wielkie doły, zrzucaliśmy tam wszystkie trupy, zasypywaliśmy ziemią oraz, żeby ukryć ślady tego strasznego grobu, paliliśmy na nim wielkie ogniska i szliśmy dalej. Tak przechodziliśmy od wsi do wsi, dopóki nie zgładziliśmy całej ludności – ponad 15 tys. osób. Całe bydło, wartościowe rzeczy, mienie i żywność zabieraliśmy, a budynki i inne mienie paliliśmy./.../ Znam jeszcze jedną tajną dyrektywę Centralnego Prowidu OUN po linii SB, w której zalecano fizyczną likwidację wszystkich członków rodzin osób podejrzanych o nastroje antyounowskie, nie wyłączając ani niemowląt, ani kobiet, ani starców.” (PA SBU, F. 65, spr. S-9079, t. 1. k. 168–169.)  

Huk pisze, że w Rzeczpospolitej Ukraińcy byli bogaci. I to „tak jak i Żydzi”! Przecież wcześniej twierdził, że byli biedni, głodowali – i dlatego wyrzynali ludność polską, aby zdobyć kromkę chleba. Często stosuje on taką „praktykę badawczą”.

Do tej pory żaden polski historyk z IPN nie opracował na wzór I. Hałagidy elektronicznej bazy strat ludności polskiej poniesionych w latach 1939 – 1947,  i dotyczy to nie tylko Lubelszczyzny, ale także pozostałych województw II Rzeczpospolitej. 

 

„W „10 zapowiedziach ukraińskiego nacjonalisty” autorzy zwracali się do każdego z młodego pokolenia Ukraińców w imieniu „odwiecznego żywiołu, który uratował Cię przed potopem tatarskim” i „postawił Cię na granicy dwóch światów, abyś tworzył nowe życie”. Konstrukcja „sytuacji na przełomie” i „nowego życia” powstała jako naśladownictwo odczytu Stosunek wzajemny wojska i społeczeństwa w 1863 r., wygłoszonego przez Piłsudskiego w 1926 r. w Warszawie. Znalazło się w nim stwierdzenie: „Rok 1863 stoi na przełomie, gdy jedno umiera, a drugie już się rodzi” (s. 170 - 171) 

Syn księdza greckokatolickiego, Stepan Łenkawśkyj w 1929 roku ułożył dla nacjonalistów ukraińskich “Dekalog”, który z inwokacją Dmytra Doncowa brzmi następująco:

Ja – Duch odwiecznego żywiołu, który uratował ciebie przed tatarskim potopem i postawił na granicy dwóch światów, aby tworzyć nowe życie:
1. Zdobędziesz Państwo Ukraińskie, albo zginiesz w walce o nie.
2. Nie pozwolisz nikomu plamić chwały ani czci Twojego Narodu.
3. Pamiętaj o wielkich dniach naszych Walk Wyzwoleńczych.
4. Bądź dumny z tego, że jesteś spadkobiercą walk o chwałę Włodzimierzowego Tryzuba.
5. Pomścisz śmierć Wielkich Rycerzy.
6. O sprawie nie mów z tym, z kim można, a z tym, z kim trzeba.
7. Nie zawahasz się wykonać największej zbrodni, jeśli tego wymagać będzie dobro Sprawy.
8. Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmować wroga Twojej Nacji.
9. Ani prośby, ani groźby, ani tortury, ani śmierć nie przymuszą ciebie do wyjawienia tajemnicy.
10. Będziesz dążyć do poszerzenia siły, chwały, bogactwa i przestrzeni Państwa Ukraińskiego drogą ujarzmiania cudzoziemców.

Czyżby B. Huk nie doczytał, do kogo nawiązuje autor „Dekalogu” ukraińskich nacjonalistów?

 

„Co więcej, wydaje się, że streszczenie całej nacjonalistycznej koncepcji ukraińskiej rewolucji narodowej mieści się w zdaniu Piłsudskiego: „Siły bowiem państw polegały nie tylko już na wojsku samym, ale na chęci samego narodu, obywateli danego państwa, być żołnierzami”. Nawiązań do myśli i postaci Marszałka u niepodległościowców ukraińskich było o wiele więcej. To Józefa Piłsudskiego, a nie Dmytra Doncowa wybrali sobie za ukrywanego przed własnym społeczeństwem ojca chrzestnego przedstawiciele myśli i czynu niepodległościowego najdynamiczniejszej części społeczeństwa ukraińskiego. Dla grupy młodooficerskiej tworzącej zręby UWO, a następnie OUN, Piłsudski nie tylko był głównym budowniczym państwowości polskiej, ale także tym, który dwukrotnie – w 1918 i 1926 r. – potrafił stanąć na granicy między niewolą a niepodległością państwową, demokracją i autorytaryzmem. I za każdym razem odnieść sukces.” (s. 171)

Nacjonaliści ukraińscy z OUN  „nawiązywali do myśli i postaci” Piłsudskiego, studiowali jego dzieła, poznawali życiorys itp., a nie jakieś głupoty, które wypisywał w „Nacjonalizmie” Doncow? A maszerując już w okresie międzywojennym ze śpiewem „My hajdamaki, my wsi odnaki”  i np. „zagłuszając tym modlitwę pielgrzymów” w Kalwarii Pacławskiej (Włodzimierz Marczak: Ukrainiec w Polsce, Sanok 2000, s. 68; książka recenzowana przed wydaniem przez Bogdana Huka, za co autor mu dziękuje na s. 387!), oraz  latach 1942 – 1946  „idąc do boju” z pieśnią „Smert' Lacham!” „ukrywali przed własnym społeczeństwem”, że myślą o pieśni „O mój rozmarynie”?  Takie naukowe science fiction propaguje B. Huk.

 

W podrozdziale „Księstwo Halicko-Włodzimierskie: cierń polskich dziejów” Huk pisze: „Odebranie zdolności cywilizacyjnych i możliwości rozwoju to jeszcze jeden wariant strategii odczłowieczania Rusinów. Hrabia Stanisław Tarnowski jak mantrę powtarzał i odmieniał przez różne przypadki jedno i to samo: Rusini czerpią swą zdolność do życia z nienawiści do Polaków. Kulturowy, etyczny status nienawiści był bardzo niski i świadczył o popędowej, a nie racjonalnej naturze ludzi owładniętych tym poczuciem. Stąd wniosek, że kult nienawiści w społeczności ruskiej wynikał z niskiej kondycji organizmów, które się nią żywiły. Rusini okazywali się gorszym gatunkiem ludzkim. Polski myśliciel, hrabia Tarnowski, subtelnie stosował kategorie biologiczne, nieco później tak bliskie Romanowi Dmowskiemu. Minęło ponad 120 lat od opublikowania O Rusi i Rusinach, a polska historiografia nadal opowiada o produkcie końcowym ewolucji biologicznie zdegenerowanych Rusinów – Ukraińcach, którzy w 1943 r. pod wpływem dziedzicznej nienawiści mordowali nadczłowieka-Polaka”. (s. 175)

A może mgr B. Huk poczytałby ze zrozumieniem prof. Feliksa Konecznego? I nie mylił cywilizacji bizantyjskiej z  cywilizacją turańską.   

 

W podrozdziale „Veto hrabiego Franciszka Stadiona” Huk pisze: „Polski projekt transformowania greckokatolickiej Rusi Galicyjskiej w rzymskokatolicką Polskę zakończył się wraz z akcją „Wisła” w 1947 r. Stanowił jeden z wielu opracowywanych w XIX i XX w. w różnych krajach projektów przebudowy Europy. Należy go dostrzegać, starać się opisać i zrozumieć, porównując z nazistowskim projektem Niemiec wolnych od Żydów, ale także pojąć dążenia prawosławnych podporządkowanych Wołynia, aby ich kraj i życie uwolnić od Polaków, o czym piszę w następnym podrozdziale”. (s. 183)

Akcja „Wisła” zakończyła „polski projekt transformowania greckokatolickiej Rusi Galicyjskiej w rzymskokatolicką Polskę” i już na „Rusi Galicyjskiej(we Lwowie, czy w Krakowie?) grekokatolików nie ma, jest tylko „rzymskokatolicka Polska? Gdzie można znaleźć ten dokument „Polski projekt transformowania”? Polska zrealizowałanazistowski projekt Niemiec wolnych od Żydów”! To Niemcy też tylko przesiedlali Żydów? Huk kwestionuje istnienie obozów zagłady? Czyj projekt zrealizowało banderowskie OUN -UPA  „samostijnej Ukrainy” wolnej od Polaków? Zapewne „wolnych z wolnymi, równych z równymi” Doncowa, Łenkawśkiego i innych  ukraińskich „demokratów”. Natomiast ukraińska wersja akcji „Wisła” nosi nazwę „genocidum atrox”, co „należy dostrzegać, starać się opisać i zrozumieć”.    

 

W podrozdziale „Rewanż Bizancjum: Wołyń 1943” Huk pisze:  „Po I wojnie światowej powstała II Rzeczpospolita Polska, po Koronie Królestwa Polskiego drugie kolonialne państwo polskie. Powstanie II RP oznaczało wyrok na Innych. Polskie elity polityczne odwoływały się bowiem do skonstruowanego przez XIX-wieczną historiografię polską obrazu państwa sprzed 1795 r. Przemoc nazewnicza tak odpowiadała politykom, że nie tylko Koronę, ale całą tak zwaną I Rzeczpospolitą uznano za rzymskokatolicką i polską. Wynikiem była homogenizacja obrazu przeszłości i praktyka eliminacji z teraźniejszości elementu heterogenicznego.” (s. 184)

II Rzeczpospolita, czyli drugie państwo kolonialne (czyżby po zaborze rosyjskim kolonizowała odzyskane swoje historyczne terytorium?) homogenizowała heterogeniczność, czyli ujednolicała Innych , a więc  Rusinów, Żydów, Czechów, Niemców, Ormian, itp. „Przemoc nazewnicza” (ale zapewne Hukowi nie chodzi o przymusowe zmienianie Rusinów na Ukraińców) nakazała II Rzeczpospolitej uznać „całą tak zwaną I Rzeczpospolitą  za rzymskokatolicką i polską”. I dlatego w traktacie ryskim strona polska dobrowolnie zrezygnowała z z dużej części rzymskokatolickiej i polskiej „tak zwanej I Rzeczpospolitej”, oddając ją Rosji Sowieckiej? A rzeczywiście zostały tam skupiska z przewagą ludności polskiej, co skończyło się potem jej wymordowaniem i zesłaniem resztek na Sybir (tzw. Marchlewszczyzna i Dzierżyńszczyzna). Kilkaset tysięcy ludności polskiej padło także ofiarą Wielkiego Głodu, aczkolwiek pomijają ten fakt zarówno historycy ukraińscy jak i polscy. ”Homogenizację” „heterogenicznych” Żydów dokonali Ukraińcy na służbie niemieckich nazistów, „heterogenicznych” Polaków „homogenizowali” Sowieci (najwięcej na Sybirze), a dokończyli już sami Ukraińcy dokonując ludobójstwa okrutnego, dzikiego.      

 

„Państwo ogłaszające się następczynią wymyślonej przez siebie I Rzeczpospolitej wyzwoliło z carskich ograniczeń katolicko-szlachecki monopol na użycie siły. Pozwoliło to na oficjalny powrót do przemocy kolonialnej i polityki upodrzędnienia prawosławnych autochtonów. Wołyńskie masy chłopskie zmuszone zostały do uznania prawosławia za jedyną przestrzeń chroniącą ich obraz samych siebie jako ludzi i oferującą zapewnienie o istnieniu przyszłości także dla nich. Pragnienie zamieszkiwania strefy wyobrażonej, którą nazywam przestrzenią rewanżu Bizancjum za stulecia negacji, wynikało z niemożliwości życia w przestrzeni realnej. Agresywna rzymskokatolicka polskość rewitalizowała niezadowolenie społeczne i najgorsze pokłady wyobraźni antropologicznej w pamięci wołyńskiego chłopstwa”. (s. 185)

„Pragnienie zamieszkiwania sfery wyobrażonej”, czyli „przestrzeń rewanżu”, które B. Huk nazwał  „Bizancjum” i które rewitalizuje jego „najgorsze pokłady wyobraźni” schizofrenicznej o pamięci wołyńskiego chłopstwa, w dużej mierze analfabetów, szukających schronienie w prawosławiu? Huk nie wyjaśnia, czy chodzi mu o „przestrzeń rewanżu” Cesarstwa Bizantyjskiego (Cesarstwa Rzymskiego), czy miasta Bizancjum (obecnie Stambuł) i co to miało wspólnego z rewanżem na Wołyniu w 1943 roku. Być może sam nie rozumie tego, co pisze, bo chyba na Wołyniu „rewanżu” dokonali Ukraińcy w imię samostijnej Ukrainy, a nie cesarstwa bizantyjskiego sprzed wielu wieków.  “W rezultacie starań UCK i UDK w Lublinie, 22 maja 1940 r  niemieckie władze dystryktu lubelskiego oraz Generalny Gubernator Hans Frank w obecności przewodniczącego UCK W. Kubijowycza przekazali katedrę rzymskokatolicką społeczności ukraińskiej, którą zamienili na sobór prawosławny. Na bramie wejściowej umieszczono napis "PSOM, ŻYDOM I POLAKOM - WSTĘP WZBRONIONY". (Dr Zdzisław Konieczny: „Polacy i Ukraińcy na ziemiach obecnej Polski 1918-1947” – Przemyśl 201) „W marcu 1943 roku we wsi Gończy Bród pow. Kowel w cerkwi odbyła się uroczystość przyjęcia wici chlebowych. Na ołtarzu umieszczone zostały trzy wieńce, trzy chleby i trzy świeczki przyniesione z innej wsi ukraińskiej, a duchowny prawosławny odczytał pismo nawołujące do wymordowania Polaków. W piśmie zapowiadano, że popłyną czerwone rzeki i będą jeziora polskiej krwi. Następnie było dzielenie się chlebem, którego zjedzenie zapewnić miało zbawienie. Pozostałe okruszki zostały zmiecione i dodane do ciasta, z którego wypieczono dziewięć nowych chlebów, potem uwito dziewięć nowych wieńców i dodano dziewięć nowych świeczek. Całość po poświęceniu przez duchownego prawosławnego na kolejnym nabożeństwie została przez delegacje zawieziona do następnych wsi cerkiewnych. Do chlebów dołączone były pisma o tej samej treści( Siemaszko Władysław, Siemaszko Ewa: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945; Warszawa 2000, s. 332). Jakiś Belzebub ten satanistyczny obrzęd opracował, podobno w Łarze Poczajowskiej. A popi okazali się wiernymi sługami szatana. „Wołyńskie masy chłopskie” zamieszkały więc „wyobraźnię antropologiczną” w przestrzeni rewanżu Bizancjum Huka, aby posiąść prawosławny monopol na użycie siły. Co „chroni ich obraz samych siebie jako ludzi i oferuje zapewnienie o istnieniu przyszłości także dla nich”. Wołyńskie masy chłopskie” całkowicie zignorowały grekokatolicyzm, gdyż prawosławie stanowiło „jedyną przestrzeń chroniącą ich obraz samych siebie jako ludzi”? Dlaczego Huk dyskwalifikuje w tym zakresie Metropolitę Szeptyckiego?

 

„II Rzeczpospolitej udało się nawiązać do Korony stanem permanentnego antypolskiego wrzenia. Rodowodem sięgało ono czasów powstań kozackich, niezmiennie przechowywanych w pieśniach ludu, który musiał marzyć w sferze społecznej o nowej Koliszczyźnie, a w sferze kulturowej o wskrzeszeniu Bizancjum, czyli możliwości nieskrępowanego istnienia prawosławia”. (s. 185)

„Możliwość nieskrępowanego istnienia prawosławia” zapewniał terroryzm i „marzenie o nowej Koliszczyźnie”, czyli o rzezi katolików Polaków i grekokatolików Rusinów/Ukraińców. Te marzenia niezmiennie przechowywane „w pieśniach ludu” pamiętają Polacy, którym cudem udało się ocaleć z ludobójczej rzezi. „Nagle na leśnym dukcie usłyszeliśmy tętent koni i ukraiński śpiew,..smert ! smert ! Lacham ! smert ! smert maskowsko - żydowskoj komuni ! w bij krowawyj OUN nas wede, my bijem komunu i Lachiw.” To była najbardziej popularna „pieśń ludu”ukraińskiego. Ale także były inne. „Nie kryli się przy tym ze swymi zamiarami w stosunku do Polaków, śpiewając piosenkę, której treść pamiętam do dziś: ‘Wyrezali my Żydów, Wyreżemy i Lachiw, od małego do starogo. Nie ostaniś ni odnogo’.”  Toteż owo „nieskrępowane istnienie prawosławia” nastąpiło kosztem 70 – 80 tysięcy okrutnie zamordowanych Polaków na Wołyniu i co najmniej tyle samo w Małopolsce Wschodniej, na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu, prawie wyłącznie bezbronnej ludności cywilnej, głównie kobiet, dzieci i starców. Ale poza Wołyniem nie chodziło już o prawosławie, ale o „nieskrępowane istnienie” grekokatolicyzmu, co z jakichś powodów Huk pomija w swojej historiografii.   

 

„Tysiące 18–25-letnich ludzi było zbędnych już, a tysiące 15–18-latków dorastało ze świadomością, że gdy staną się dorośli jako Ukraińcy – też okażą się zbędni. Bieda i zacofanie II Rzeczypospolitej stanowiły dla nich skuteczne podłoże szukania ratunku w ukraińskiej idei państwowej na gruzach państwa skazującego tych inteligentów czy półinteligentów na wegetację. (Nacjonalizm Dmytra Doncowa działał odwrotnie i mógł zostać odczytany w polskim duchu propaństowym: przekonywał, że mogą być potrzebni)”. (s. 186)

„Nacjonalizm Dmytra Doncowa (…) odczytany w polskim duchu propaństwowym przekonywał, że mogą być potrzebni”. Tak, byli potrzebni, w faszystowsko-nazistowskim duchu samostijnej (niepodległej) i sobornej (zjednoczonej) Ukrainy, po zlikwidowaniu „cużyńców”, przede wszystkim Żydów, Polaków i Ormian.  

 

„Rytm działań katolickiej rzeszy szlacheckiej i nazistowskiej rzeszy aryjskiej wobec wykluczonych był podobny. Kulminacja przyszła w 1938 r. W Rzeczypospolitej zaczęła się państwowa akcja rewindykacyjna na Wołyniu i niszczenie cerkwi na Chełmszczyźnie, a w Rzeszy Niemieckiej miała miejsce Noc Kryształowa. Polska demokracja II Rzeczypospolitej w stosunku do Ukraińców, Żydów i innych narodowości „wprowadzała przerażające ekscesy do normalnej codzienności”, transformujące państwo w „gigantyczną, wewnętrznie niewolniczą, poddańczą i brutalną bestialskość” (Analogia z „demokracją germańską” okresu III Rzeszy, por. G. Lukacs, Odmiana losu…, op. cit., s. 109.)”  (s. 187)

„Katolicka rzesza szlachecka” w 1938 nie spowodowała śmierci ani jednego Rusina/Ukraińca. Czyżby tak samo było w Rzeszy Niemieckiej podczas Nocy Kryształowej? - co Huk wyczytał u G. Lukacsa? Natomiast „demokracja II Rzeczpospolitej” zastosowała „niewolniczą, poddańczą i brutalną bestialskość” wobec Ukraińców i Żydów podpalając ich domy oraz dokonując zabójstw w licznych zamachach terrorystycznych? Lucyna Kulińska : „W wyniku prowadzonego przez nacjonalistyczne organizacje ukraińskie terroru indywidualnego i zbiorowego w latach 1922 – 1939 straciło życie lub zostało okaleczonych zostało co najmniej kilkaset osób. Dalsze badania (na razie prowadzone nie są) przyczynią się niewątpliwie do jej wzrostu. Byli to Polacy, Ukraińcy, Żydzi, a nawet i Rosjanie. Ofiarami zamachów padali zarówno przedstawiciele władz politycznych i administracyjnych: poseł Tadeusz Hołówko, minister Bronisław Pieracki, kurator szkolny Stanisław Sobiński, jak i wpływowi Ukraińcy: Sydor Twerdochlib, Sofron Matwijas czy Iwan Babij. O krok od śmierci w zamachach znaleźli się: marszałek Józef Piłsudski oraz prezydent Stanisław Wojciechowski. Przygotowywane były zamachy na ministra Augusta Zaleskiego, ministra Sławoja Składkowskiego, wojewodów: Henryka Józewskiego i Bronisława Nakoniecznikow- Klukowskiego, komendanta policji Czesława Grabowskiego i wielu innych. Obiektem ataków i zabójstw zostawali policjanci, żołnierze (szczególnie żołnierze KOP), nauczyciele, wójtowie i sołtysi, leśnicy, członkowie „Strzelca”, listonosze, koloniści i zwykli chłopi. Bardzo dużą grupę ofiar stanowili Ukraińcy lojalni wobec państwa. Pogróżki, „wyroki śmierci”, niszczenie mienia, podpalenia, a nawet mordy miały zniechęcić Ukraińców do jakiejkolwiek współpracy z państwem. Terroryści wydali wyroki śmierci na posłów Petra Pewnego i Michała Baczyńskiego, dokonali nieudanego zamachu na dyrektora gimnazjum ukraińskiego Michała Hrycaka, zastraszali niechętnych ich ideologii księży greckokatolickich czy nauczycieli ukraińskich. Atakowani byli też Żydzi osiadli na roli lub zajmujący się handlem. Celem, poza rabunkiem, było wyeliminowanie ich jako konkurencji, aby ułatwić prowadzenie interesów ukraińskim kooperatywom.”  (https://www.pch24.pl/zanim-nad-wolyniem-polozyl-sie-cien,16034,i.html) W styczniu 1931 r. posłowie ukraińscy skierowali skargę do Ligi Narodów. Została ona rozpatrzona, stwierdzono, że akcja polska była sprowokowana przez OUN. Symptomatyczne, że nacjonaliści ukraińscy w tym przypadku pomijają milczeniem cały kontekst wydarzeń,  a więc fakt, że administracja carska zabrała te świątynie (w tym przemocą z ofiarami śmiertelnymi) Kościołowi greckokatolickiemu i dała Kościołowi prawosławnemu w celu rusyfikacji ludności. Były to działania skierowane przeciwko Rusinom, jak i przeciwko Polakom. Dla nacjonalistów ukraińskich każdy pretekst jest dobry, jeśli można wykorzystać go przeciwko Polsce i Polakom. Nie potrafią zauważyć, że w ten sposób stają się obrońcami polityki carskiej mającej na celu rusyfikację tych terenów. Norman Davies pisał („Boże igrzysko”, s. 234): "Kampania rozpoczęła się  w 1773 r., gdy Katarzyna II proklamowała dekret o wolności religijnej. W ciągu następnych dziesięcioleci dawne polskie prowincje, Wołyń, Podole i Ukrainę odwiedzała prawosławna  „misja”  niosąc za sobą ogień i miecz. W stawiających opór wsiach kwaterowano oddziały Kozaków, którym dawano pełną swobodę urządzania grabieży, hulanek i rzezi, dopóki nie  wymogli na chłopach posłuszeństwa. Unickim duchownych stawiano do wyboru między uległością i gwałtem. Rodzicom grożono uprowadzeniem lub okaleczeniem dzieci. Tych,  którzy stawiali opór, torturowano i zabijano. Apostatom udzielano hojnych nagród. Posuwając się szlakiem znaczonym krwią i upokorzeniem, szlakiem masowych zabójstw i nigdzie nie odnotowanego męczeństwa. „Misjonarze” carycy przeprowadzili konfiskatę większości kościołów unickich oraz dokonali nominalnego nawrócenia mniej więcej czterech piątych ogółu ludności unickiej". Prof. Andrzej Chojnowski w "Rzeczpospolitej" ("Niewspółmierny rachunek win", 23 lipca 2008) stwierdza:  "Cerkiew była beneficjentem rozbiorów Rzeczypospolitej. W XIX wieku kosztem Kościoła rzymskokatolickiego przejęła olbrzymie majątki na najbardziej rusyfikowanych terenach Polski. Kościół uważał się więc za pokrzywdzonego i w dwudziestoleciu międzywojennym dążył do rewindykacji tego mienia - zarówno ruchomego, jak i nieruchomości”. W ramach działań polonizacyjno-rewindykacyjnych akcja rozbierania cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu trwała około dwa miesiące i została zakończona 16 lipca 1938 r. W czasie jej trwania zniszczono 91 cerkwi, 10 kaplic, 26 domów modlitwy, czyli łącznie 127 świątyń. Ponadto 3 cerkwie przekazano Kościołowi katolickiemu (jedna cerkiew miała być przekazana później), a 4 świątynie pozostawiono w charakterze kostnic. W użytkowaniu Cerkwi prawosławnych w województwie lubelskim pozostało 49 cerkwi parafialnych, 5 filialnych i 1 klasztor. Podstawowym celem działań administracji  polskiej była repolonizacja tych terenów rusyfikowanych przez ponad sto lat zaborów przez administrację carską posługującą się popami prawosławnymi oraz przeciwdziałanie antypolskiej agitacji prowadzonej w tych cerkwiach, tym razem przez popów związanych z nacjonalistami ukraińskimi,  w sytuacji zagrożenia Polski konfliktem zbrojnym z III Rzeszą i ZSRR. Na tę decyzje wpływ miały zarówno częste ataki terrorystyczne bojówek OUN jak i dobre rozeznanie przez polski wywiad zakresu współpracy OUN z Abwehrą.      

12 listopada 2007 r. Sobór Biskupów Kościoła prawosławnego w Polsce postanowił upamiętnić 70. rocznicę burzenia świątyń prawosławnych w 1938 r. Animatorem obchodów został dr Grzegorz Kuprianowicz z UMCS w Lublinie. 30 marca 2008 roku w Lublinie odprawiona zastała panachyda (nabożeństwo żałobne) „za prawosławne ofiary prześladowań 1938 r.”, a dr Kuprianowicz miał wykład: „Akcja polonizacyjno-rewindykacyjna (1939 – 1939) i burzenie świątyń prawosławnych (1938) na Chełmszczyźnie i Podlasiu Południowym”. Od maja do października 2008 roku z wykładem tym objechał kilkanaście  miejscowości w Polsce. 15 lipca w Turkowicach otwarta została wystawa „1938. Akcja burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu”, która prezentowana była w kilkudziesięciu miejscowościach w Polsce (w tym w wersji ukraińskiej) oraz uruchomiony został serwis internetowy www.cerkiew1938.pl, poświęcony akcji burzenia cerkwi prawosławnych w 1938 r. 18-19 sierpnia 2008 r., podczas uroczystości na Świętej Górze Grabarce metropolita warszawski i całej Polski Sawa (TW „Jurek”) mówił o 70. rocznicy akcji burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu w 1938 r., do rocznicy odniósł się także w swym kazaniu arcybiskup lubelski i chełmski Abel (TW „Krzysztof”). 5 października 2008 r. w trakcie niedzielnych Liturgii w cerkwiach Prawosławnej Diecezji Lubelsko-Chełmskiej odczytany został „List pasterski” abp Abla „z okazji 70. rocznicy tragicznej akcji burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu w 1938 r.”. Abp Abel pisał: „W 1938 r. ludzka ręka podniesiona została na świętość. Pamiętajmy, że wtedy niszczono nie tylko budynki, dobra materialne, ale świątynie, miejsca, gdzie sprawowana była Bezkrwawa Ofiara - świątynie Pańskie. Jak pisał św. apostoł Paweł: "Jeżeli ktoś niszczy świątynię Boga, tego i Bóg zniweczy, ponieważ jest ona święta" (l Kor 3, 17). /.../ Niech pamięć o tej wielkiej tragedii naszej Cerkwi, która miała miejsce w 1938 r., stanie się dla nas impulsem do wzmożonego świadectwa Świętego Prawosławia.”  Warto zwrócić uwagę na fakt, że Kościół katolicki w Polsce nigdy nie zorganizował  obchodów z okazji jakiejkolwiek rocznicy nie tylko zburzenia kościołów katolickich przez nacjonalistów ukraińskich w latach 1942 – 1945, ale także „zapomniał” o tym, że wówczas w kościołach, podczas nabożeństw w sposób okrutny mordowani byli księża katoliccy razem z wiernymi. 12 października 2008 r. ukazała się książka „1938. Akcja burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu” (Chełm 2008) w języku polskim i ukraińskim, a jej redaktorem był dr Grzegorz Kuprianowicz. Słowo wstępne napisał prawosławny abp Abel a przedmowę Metropolita Sawa. Jest także wstęp prezydenta Lecha Kaczyńskiego, list premiera Donalda Tuska oraz ówczesnego marszałka sejmu Bronisława Komorowskiego. Wśród autorów polskich są m.in.: Mirosława Papierzyńska-Turek, Jerzy Tomaszewski, Paweł Borecki, Mirosław Szumiło, ks. Krzysztof Grzesiak, Roman Wysocki, Włodzimierz Mich,  Łukasz Jasina, Andrzej Wawryniuk, Stefan Dmitruk,  ks. ]an Łukaszuk,  Jarosław Nieścioruk,  ks. Sławomir Kochan. 12 października 2008 r. w Chełmie poświęcono monument w 70. rocznicę akcji burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu oraz w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej odbył się koncert-requiem. Uroczystości odbyły się dzięki wsparciu finansowemu Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Rzeczypospolitej Polskiej oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy, a także Urzędu Miasta Chełm. Tutaj też miały miejsce centralne obchody 70. rocznicy, w ramach których 13 października 2008 r. odbyło się międzynarodowe sympozjum naukowe "Akcja burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu w 1938 r. - uwarunkowania, przebieg, konsekwencje”. 16 listopada 2008 r. został poświęcony przez  abp Abla kamień węgielny pod budowę cerkwi prawosławnej pw. św. Jerzego w Biłgoraju, „która będzie pomnikiem wzniesionym ku pamięci akcji burzenia cerkwi prawosławnych”, oraz odbył się koncert muzyki cerkiewnej. Ekspozycja wystawy pt. "1938. Akcja burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu" znalazła lokum w Biłgorajskim Centrum Kultury. 17 grudnia 2008 r. na Wydziale Politologii UMCS otwarta została wystawa oraz odbyła się  dyskusja panelowa pt. "70. rocznica akcji burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu w 1938 r. - spojrzenie na przeszłość i współczesność". Uczestniczyli w niej: Zbigniew Hołda - moderator, Jerzy Tomaszewski, Tadeusz Radzik, Grzegorz Janusz, Paweł Smoleński i Grzegorz Kuprianowicz.  W „Przeglądzie Prawosławnym” z 26 października 2010  Dorota Wysocka prezentując sylwetkę dr Kuprianowicza pisze m.in.: „Z zawodu jest historykiem, adiunktem w Zakładzie Historii Najnowszej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Rozprawę doktorską, obronioną w 1998 roku, poświęcił Ukraińcom na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu w okresie międzywojennym. „Uważam się za Ukraińca – wyjaśnił – ale ukraińska świadomość narodowa nie została mi nadana. Sam musiałem ją w sobie odnaleźć, określić, kim jestem. Choć rodzina nie miała ukraińskiej świadomości narodowej, w końcu sam sobie odpowiedziałem: Tak, jestem Ukraińcem.” Z połączenia prawosławia z ukraińską świadomością narodową wynikła aktywność Grzegorza Kuprianowicza w nowej lubelskiej parafii, św. Piotra Mohyły, której świątynią parafialną jest cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego,. Służy się w niej w języku cerkiewnosłowiańskim z wymową ukraińską, po ukraińsku czyta Ewangelie i Apostoła oraz głosi kazania. Kolejnym polem jego aktywności jest Towarzystwo Ukraińskie, organizacja społeczno-kulturalna, działająca od 1999 roku. Prezesem Towarzystwa jest Grzegorz Kuprianowicz”.

Z forum internetowego: „Jestem Polakiem, chociaż noszę ukraińskie nazwisko. W Polsce każdy Ukrainiec - Ukrainka po przedstawieniu się pyta albo na boku "to nasz?" albo wprost, czy jestem Ukraińcem. Za czystość swojej krwi zaręczyć nie mogę, obywatelstwo polskie, poczucie przynależności narodowej - polskie. /.../ Ten argument o burzonych cerkwiach jest bez sensu. To argument propagandowy. W Oszczowie - nasz teren, blisko - zarówno ksiądz katolicki jak i parafianie swoimi ciałami zasłonili cerkiew w swojej wsi. Nie pozwolili jej zburzyć. Czy ta jakże szlachetna postawa uratowała ich od banderowskiej rzezi ? Niestety nie. Sotnia Sycz - Sajenki "Jahody" usiłowała wymordować tych ludzi! Zginęło kilkadziesiąt osób”. 

Dr Kuprianowicz swoją książkę prezentował także na Ukrainie. Wychodzący we Lwowie „Kurier Galicyjski” z dnia 26 czerwca – 16 lipca 2009 r. podawał (Konstanty Czawaga: Pamiętać i wybaczyć czy pikietować polską ambasadę”): „Prezentacja książki o tych wydarzeniach zgromadziła przede wszystkim lwowian, pochodzących z ziemi chełmskiej i podlaskiej oraz z okolic Przemyśla, Lubaczowa, Sanoka. Przyszło też wielu przedstawicieli inteligencji ukraińskiej, naukowców, nieobojętnych i zafascynowanych stanem tego, co ukraińskie na terenach za linią Curzona. /.../ Wasyl Słobodian, kierownik działu Instytutu „Ukrprojektrestawracja” i autor oryginalnej książki o cerkwiach na owych ziemiach zauważył, że w czasach poprzedzających rozbiór I Rzeczpospolitej cerkwie na tych terenach były świątyniami greckokatolickimi. Pierwszej masakry katolików obrządku wschodniego na Podlasiu, w Pratulinie i Drelowie dokonało wojsko rosyjskie w styczniu 1874 r. Car Aleksander II podpisał program likwidacji Kościoła unickiego, ażeby w praktyce doprowadzić do zerwania jedności ze Stolicą Apostolską i ułatwić rusyfikację. Księży i wiernych, sprzeciwiających się carskim reformom zsyłano na Sybir bądź więziono. W 1996 r. Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował zamordowanych 13 męczenników z Pratulina. Opisany plan caratu zastraszył tamtejszą ludność. Na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu powstały cerkwie w stylu synodalnego prawosławia rosyjskiego. W ich wnętrzu brzmiał język zaborcy. Z czasem, miejscowy lud jakoś się do tego przyzwyczaił. Natomiast część Polaków patrzyła na „cebulki” cerkiewne, jak na symbole i twierdze duchowe Imperium Rosyjskiego, w głąb którego w 1915 r. ewakuowała się większość miejscowych prawosławnych i powróciła dopiero po 1918 r. Zamieszkała na tych ziemiach ludność obrządku wschodniego na długo pozostała obiektem zakusów i manipulacji politycznych. Jako przykład można tutaj wspomnieć o nocie protestu w obronie prawosławnych na Chełmszczyźnie, którą wystosował do polskiego rządu minister spraw zagranicznych bolszewickiej Rosji Cziczerin. A było to akurat w tym czasie, gdy został uwięziony przez bolszewików prawosławny rosyjski patriarcha Tichon. W czasach okupacji niemieckiej na tych terenach miała miejsce ukrainizacja, a po II wojnie oświatowej rząd komunistyczny popierał tam „białorutenizację”. /.../ Ażeby wyjaśnić niektóre szczegóły poruszonego tematu „Kurier” zwrócił się do dra Grzegorza Kuprianowicza. Na pytanie, w jakim języku odprawiane są nabożeństwa w cerkwiach prawosławnych na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu, padła odpowiedź: „Na Chełmszczyźnie i Podlasiu, które wchodzą obecnie w skład diecezji lubelsko-chełmskiej, większość wiernych stanowią osoby pochodzenia ukraińskiego. Nabożeństwa w większości świątyń prawosławnych w Polsce są odprawiane w języku cerkiewnosłowiańskim – tradycyjnym języku liturgicznym Kościoła Prawosławnego.” /.../ Na pytanie, dlaczego na Chełmszczyźnie i Podlasiu obecnie wznoszone są nowe cerkwie prawosławne w stylu rosyjskim, prawie jak gdzieś pod Moskwą, a nie w stylu ukraińskim, dr Kuprianowicz powiedział: „Świątynie są budowane w różnych stylach. Zależy to od wiernych, którzy są na danym terenie. Tutaj można dyskutować, gdzie jest jaki styl. To jest kwestia dyskusyjna, zależy także od architekta. Na przykład, cerkiew w Biłgoraju jest budowana w stylu bardzo współczesnym i byłoby niezwykle trudno zaszeregować ją do którejś z kategorii narodowych”. Zdaniem znanego poety ukraińskiego Romana Łubkiwskiego, każde niszczenie świątyni jest barbarzyństwem. Mające obecnie miejsce podpalanie drewnianych cerkwi na Ziemi Lwowskiej też jest rodzajem takiego przestępstwa. W czasach niepodległej Ukrainy na tym terenie spłonęło nie mniej, niż 20 zabytkowych świątyń i nikt za to nie poniósł odpowiedzialności, jak również żadna z tych świątyń nie została odbudowana w charakterystycznym dla niej stylu. Poeta apelował do wicewojewody i społeczności, ażeby położyć kres podpaleniom ukraińskich zabytków sakralnych.  Za tydzień, 14 kwietnia, w Skolem wybuchł pożar greckokatolickiej cerkwi drewnianej z XVI w. Tym razem straż pożarna z wielkim trudem uratowała świątynię przed całkowitym zniszczeniem. Zabrakło jednak 28 ikon, które spłonęły czy zniknęły wcześniej, jak to często bywa podczas podobnych pożarów”.

Artykuł w „Kurierze Galicyjskim” warto uzupełnić... warszawską „Rzeczpospolitą”:  „Z ogromnym niepokojem wierni Kościoła rzymskokatolickiego we Lwowie ponownie zwracają się do J. E. abp Mieczysława Mokrzyckiego z prośbą o zaniechanie manipulacji językowych w liturgii Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie (w tym w katedrze łacińskiej we Lwowie). Od kilku tygodni w lwowskiej katedrze do nabożeństw z udziałem dzieci i młodzieży wprowadzany jest język ukraiński. /.../ Zmiany wprowadzone w katedrze łacińskiej we Lwowie są tym bardziej niepokojące, iż w taki właśnie sposób zaczynała się ukrainizacja Polaków za Zbruczem, która postępuje w sposób nieodwracalny” – napisali katolicy ze Lwowa do metropolity. Pod listem podpisało się 600 osób. Arcybiskup Mieczysław Mokrzycki odmówił „Rz” skomentowania listu (Cezary Gmyz: Język polski znika z kościoła; w” „Rzeczpospolita” z 11 maja 2009). W katedrze droga krzyżowa została odprawiona po ukraińsku. „Nawet obrazki, które są rozdawane dzieciom w kościele, mają teksty modlitwy wyłącznie po ukraińsku” – skarżą się Polacy mieszkający we Lwowie. Od stycznia abp Mokrzycki nie tylko nie ustosunkował się do ich apeli, ale 2 maja z okazji Dnia Polonii i Polaków za Granicą, w kazaniu apelował, aby wyjęli kamienie z kieszeni. „Przez cały okres komunizmu modlono się tutaj po polsku. Tu Polacy przechowali wiarę rzymskokatolicką we Lwowie. W mieście nie ma zapotrzebowania na msze rzymskokatolickie po ukraińsku. W kościele św. Antoniego ksiądz wprowadził mszę w tym języku, ale z niej zrezygnowano, bo przychodziło coraz mniej ludzi – argumentuje lwowianka Barbara Pacan. – W całej sprawie głównie chodzi o to, że już za chwilę z powodu działalności Kościoła katolickiego Polacy przestaną istnieć na terenie Ukrainy. Brzmi to trochę dramatycznie, ale na wielu terenach jedynym łącznikiem z ojczyzną pozostaje Kościół. Przez cały okres powojenny Polacy pozbawieni byli szkolnictwa polskiego i dostępu do polskiej kultury – mówi lwowianka Beata Kost.”  W Kościele greckokatolickim w Polsce msze odprawiane są w języku ukraińskim i nikomu nawet na myśl nie przyjdzie wprowadzanie liturgii w języku polskim.

 

„W 1944 r. państwo brunatnego katolicyzmu polskiego człowieka szlacheckiego okazało się najzupełniej bliskie polskim komunistom. Z takim państwem walczyli powstańcy chłopscy w latach 1943–1947 na Ukrainie Zachodniej. To nie był konflikt XX-wieczny, lecz ostatnia odsłona XVIII–XIX-wiecznego starcia niedokończonego wtedy w następstwie mediacji trzech cesarstw. Walczyły siły zorganizowane na modłę XIX-wieczną, tylko w sferze odwołań ideologicznych sięgając do tradycji walk z kozakami i hajdamakami/szlachcicami i księżmi.” (s. 187)

Komuniści polscy tworzyli więc „w 1944 r. państwo brunatnego katolicyzmu polskiego człowieka szlacheckiego”. Ale katolickie społeczeństwo polskie nie znało wówczas „historiografii wg Huka” i toczyło walkę z owym „brunatnym” państwem, czyli faktycznie z narzuconą mu przez Sowietów władzą terroru bolszewickiego, antykatolickiego i antyszlacheckiego, aczkolwiek szlachta praktycznie już nie istniała, majątki im PKWN odebrał a większość z nich była w więzieniu. Z tym nieistniejącym państwem od 1943 do 22 lipca 1944 roku walczyli „powstańcy chłopscy w latach 1943–1947 na Ukrainie Zachodniej”? Co prawda w większości analfabeci, ale posiadali ugruntowaną wiedzę, że „to nie był konflikt XX-wieczny, lecz ostatnia odsłona XVIII–XIX-wiecznego starcia”. Czy to właśnie od nich tę wiedzę posiadł B. Huk? 

 

„Na przednówku 1943 r. chłopom wołyńskim zaczął zaglądać w oczy głód, ale także widmo powrotu Polski, pamiętanej i utożsamianej z pańszczyźnianym katolickim odczłowieczaniem i rugami z międzywojnia. Rzecz jasna, że o nawiązanie kontaktu z tym chłopstwem starała się także galicyjska OUN, ale przypisanie jej odpowiedzialności nie za rewolucję narodową, a za powstanie chłopskie na Wołyniu jest zabiegiem identycznym z obwinianiem administracji austriackiej o Rabację z 1846 r. W rzeczywistości w Galicji Zachodniej w 1846 r. i sto lat później na Wołyniu sytuację destabilizowały przygotowania szlachty polskiej do powstania, doprowadzające chłopstwo do krańców wytrzymałości. W 1846 r. Polacy, wbrew Mazurom, mieli zerwać się przeciw Cesarstwu Austriackiemu, a w 1943 r. przeciw ZSRR – za każdym razem chłopstwu mogło się to obrócić powrotem nieograniczonej władzy dworu. W 1943 r. OUN powiodło się to, co w 1846 r. nie udało się Edwardowi Dembowskiemu, gdy starał się dać galicyjskiemu ludowi polskiemu ideę narodową i porwać do powstania narodowego.” (s. 188)

Na przednówku 1943 roku na Wołyniu głodowali chłopi polscy. Chłopi ukraińscy zdążyli już wymordować chłopów polskich w kilkuset wsiach i zagrabić ich dobytek żywy i martwy. Wcześniej administracja ukraińska kolaborująca z niemieckim okupantem na potrzeby III Rzeszy Niemieckiej ścigała kontyngenty głównie z polskich gospodarstw. A to, że rzeż ludności polskiej na Wołyniu zaplanowała i zorganizowała „galicyjska” OUN potwierdzają liczne dokumenty tejże OUN oraz zeznania samych chłopów ukraińskich zwerbowanych do uczestnictwa w rzeziach, w tym dla wahających się pod przymusem. Ciekawe też, jak to „szlachta polska przygotowywała się do powstania” w 1943 roku na Wołyniu deportowana w 1941 roku na Sybir? Na jakiej to ludności w 1846 roku zamierzał Edward Dąbrowski dokonać ludobójczej rzezi, ale mu się to nie udało, a w 1943 roku „OUN powiodło się”?  

Prok. Piotr Zając z IPN Lublin prowadzący śledztwo  w sprawie zbrodni ludobójstwa na Wołyniu stwierdza: „Ideologicznie Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów czerpała z faszyzmu włoskiego i niemieckiego nazizmu. Podkreślała jednak, że jest ruchem nowym, specyficznym, niepodobnym do żadnego innego. Imperialistyczne dążenia UON przejawiały się w koncepcji utworzenia Ukrainy obejmującej wszystkie ziemie etnograficznie ukraińskie. Analizując Uchwały II Wielkiego Zboru Oddział II Informacyjno-Wywiadowczy AK zauważa, że Ukraińcy, projektując utworzenie swojego państwa, które miałoby obejmować nie tylko Małopolskę Wschodnią, Wołyń i Polesie, ale również Chełmszczyznę, Podlasie i Łemkowszczyznę, zapewniają równość, ale tylko dla Ukraińców. „Ziemia ukraińska dla ukraińskich chłopów, fabryki i warsztaty dla ukraińskich robotników, ukraiński chleb dla Ukraińskiego Narodu”. Los, jaki czekałby ludność polską w tym „państwie” byłby tragiczny, czego praktyczny przedsmak mieli Polacy w Małopolsce Wschodniej w ciągu kilkutygodniowej organizacji państwa ukraińskiego na tym terytorium w lipcu 1941 r. W akcie ogłoszenia niepodległości Ukrainy z dnia 30 czerwca 1941 r. znalazła się deklaracja współpracy z narodowosocjalistycznymi Niemcami i słowa entuzjazmu dla „nowego ładu” w Europie. We Lwowie rozbrzmiewało hasło nowego rządu – „Ukraina dla Ukraińców”. Zmierzano więc do budowy mononarodowego, totalitarnego państwa poprzez usunięcie mniejszości narodowych, które miało powstać w wyniku rewolucji narodowej. Główną zasadą i siłą ukraińskiego nacjonalizmu miała być ekspansja terytorialna i przemoc stosowana w stosunkach z innymi nacjami w toku walki o przestrzeń życiową. Polityka w łonie organizacji opierała się na utrzymywaniu ściśle nacjonalistycznej linii i zwalczaniu wszelkich odchyleń.

Analiza znanych dokumentów ukraińskich nacjonalistów nie pozostawia wątpliwości, że na Wołyniu, z początkiem 1943 r. postanowiono wymordować wszystkich zamieszkujących tam Polaków. Fakt podjęcia przez przywódców OUN-UPA decyzji o usunięciu ze wschodnich terenów II RP, a w przypadku Wołynia o wymordowaniu wszystkich Polaków zamieszkujących sporne ziemie w celu uzyskania przed ewentualnymi rozmowami pokojowymi, po zakończeniu wojny, terenów czystych etnicznie, znajduje oparcie w świetle ujawnionych dokumentów, zeznań setek świadków, opinii biegłych historyków, relacji znawców przedmiotu i posiadanych przez nich dokumentów archiwalnych. Antypolskie akcje, mające na celu fizyczne zniszczenie (eksterminację) ludności polskiej z terenu Wołynia, zostały zaplanowane i przygotowane przez polityczne i wojskowe gremia przywódcze OUN-UPA, a wykonane przez podległe im oddziały zbrojne i podporządkowane im grupy samoobrony ukraińskiej oraz zaagitowanych do tego celu chłopów. Morderstwa i wytępianie ludności cywilnej na Wołyniu podjęte zostały w celu zniszczenia Polaków jako grupy narodowej, traktowanej jako przeszkoda w utworzeniu „Wielkiej Ukrainy”. Do chwili obecnej nie zdołano odnaleźć żadnego dokumentu ani uzyskać innego dowodu jednoznacznie wskazującego, kiedy podjęto decyzję o wymordowaniu Polaków. Trudności w odnalezieniu dokumentów zawierających treść decyzji o wymordowaniu Polaków mogą być konsekwencją zrozumiałego faktu nadania im tajnego charakteru. Jurij Stelmaszczuk, przesłuchany w dniu 28 lutego 1945 r. przez oficera NKWD wyjaśniał, że w czerwcu 1943 r. przedstawiciel Centralnego Prowidu OUN, „Kłym Sawur” przekazał mu ustnie tajną dyrektywę Centralnego Prowidu OUN o powszechnej fizycznej likwidacji całej ludności polskiej zamieszkującej na terytorium zachodnich obwodów Ukrainy. Także Taras Bulba Boroweć wspominał, w kontekście osoby Łebedia, że banderowcy w marcu 1943 r. wydali zbiorowy wyrok śmierci na Polaków z „zachodniej Ukrainy”.

Członek OUN, Zbigniew Kaminśkyj, w odręcznej notatce sporządzonej w dniu 26 lutego 1958 r. dla organów bezpieczeństwa PRL, a dotyczącej Służby Bezpieczeństwa OUN stwierdził, że najbardziej haniebnym rozkazem w SB był rozkaz nr 1 wydany przez pełniącego obowiązki prowidnika OUN-B (od III do IV Wielkiego Zboru OUN) oraz referenta SB, Mykołę Łebedia. Rozkaz ten dotyczył przeprowadzenia masowych likwidacji ludności polskiej zamieszkującej na terenie Zachodniej Ukrainy. W późniejszym nieco okresie, to jest pod koniec 1943 r. rozkaz został rozszerzony na pozostałe oddziały UPA. Zbigniew Kaminśkyj stwierdził ponadto, że nie może obszerniej rozpisywać się o skutkach tej decyzji z powodu braku danych, ale jej ofiarami padło „wiele osób narodowości polskiej”. Podnieść należy, że wspomnianego rozkazu nie zdołano odnaleźć ani w archiwach IPN, ani w archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy niemniej Zbigniew Kaminśkyj przez funkcjonariuszy Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego był uważany za bardzo wiarygodnego, a podawane przez niego dane za zgodne z prawdą. Zresztą, przypominają się w tym miejscu konferencje w Wannsee, kiedy zdecydowano o rozwiązaniu „kwestii żydowskiej” czyli wymordowaniu milionów Żydów. Po zakończeniu obrad wszystkie odręczne notatki zostały spalone. Opracowaniem stenogramów zajął się Eichmann, każdy z uczestników dostał kopię, gdzie usunięto wszelkie wzmianki o planowanych morderstwach, zostawiając ogólniki i informacje o tzw. „ewakuacji”. Później i tak zresztą naziści przystąpili do zacierania śladów tej zbrodni, niszczyli archiwa. 

Szacunkowo zamordowanych na Wołyniu zostało około 60, a nawet 80 tysięcy osób narodowości polskiej. Dziesiątki tysięcy, którym udało się przeżyć genocyd, zostało zmuszonych do ucieczki pozostawiając cały dorobek życia, a nawet pokoleń. Duża część tych osób trafiła następnie na roboty do Niemiec. Akcja nacjonalistów ukraińskich objęła setki miejscowości, wsi, kolonii na terenie województwa wołyńskiego, nie licząc miejsc i obszarów nie zamieszkanych, gdzie również dokonano licznych mordów. Pacyfikowano i napadano, zdarzało się, że wielokrotnie, nie tylko większe skupiska Polaków, ale także pojedyncze rodziny, zagrody czy też grupy Polaków przemieszczających się po ziemi wołyńskiej, między innymi uciekających przed terrorem. Majątek Polaków był grabiony lub niszczony, zabudowania palono (chyba, że niosłoby to zagrożenie dla znajdujących się w pobliżu gospodarstw ukraińskich), plony i inwentarz trafiał w ręce miejscowych chłopów. Ucieczka z terenów Wołynia była dla Polaków częstokroć jedyną szansą uniknięcia biologicznego wyniszczenia. Pozbawieni przywódców – wskutek wcześniejszych wywózek na Syberię oraz działań ukraińskich nacjonalistów – pomocy państwa polskiego, uzbrojenia, byli dla nacjonalistów ukraińskich stosunkowo łatwym celem. Rzezie organizowano pod hasłami wolnej Ukrainy, czystej etnicznie, Ukrainy dla Ukraińców. Niszczono i palono wszystko, co łączyło się z polskością, aby uniemożliwić powrót Polaków w przyszłości. Mordy były doskonale zaplanowane i w sposób zorganizowany przeprowadzone. Bez poparcia mas ukraińskich ludobójstwo nie byłoby możliwe w takiej skali, do jakiej doszło na Wołyniu. Jako czynnik determinujący wydarzenia wołyńskie należy również wskazać ukraiński nacjonalizm. Jak słusznie zauważył Timothy Snyder, podobny tradycyjny porządek społeczny, dawne podziały, upadek państwa polskiego, sowieckie deportacje miały miejsce na ziemiach białoruskich. Tam jednak, w odróżnieniu do Wołynia, nie doszło do czystek na Polakach. Różnicę stanowił nacjonalizm – lub jego brak. Nacjonalizm białoruski, w odróżnieniu od ukraińskiego, miał niewielkie znaczenie polityczne w przedwojennej Polsce. Nie przybrał też charakteru konspiracyjnego ruchu. Jeśli dodać do tego wcześniejszy przykład rozwiązania na Wołyniu „kwestii żydowskiej” przy aktywnym współudziale policji ukraińskiej, ogólną atmosferę okrucieństwa wojny i braku litości – łańcuch czynników umożliwiających realizację zbrodniczego planu wymordowania ludności polskiej na Wołyniu został zamknięty.

Prawdopodobnym jest, że decyzję o likwidacji Polaków osobiście podjął przywódca OUN-B na Wołyniu Dmytro Kljaczkiwskyj „Kłym Sawur”, ewentualnie razem ze swoimi najbliższymi współpracownikami, Wasylem Iwachowem ps. „Som”, „Sonar”, Iwanem Łytwynczukiem ps. „Dubowyj”, Petro Olijnykiem ps. „Enej”. To „Kłym Sawur” w 1943r. był faktycznym dowódcą UPA. Z całą pewnością wszystkie te osoby oraz Jurij Stelmaszczuk „Rudyj” odpowiadają za kierowanie akcjami przeciwko polskiej ludności. Wskazują na to nie tylko podział strukturalny OUN-UPA z lipca 1943 r. na Wołyniu, ale również wyjaśnienia schwytanych przez sowieckie organy bezpieczeństwa uczestników zbrodni;

-  Materiał dowodowy zgromadzony w śledztwie wskazuje na istnienie meldunków i sprawozdań dowódców oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii, kierowanych do dowództwa wyższego szczebla, w których wskazywano, jakie polskie wsie zlikwidowano i ilu Polaków zostało zabitych. Nasuwa się w związku z tym prosty i logiczny wniosek, że podjęte przez UPA akcje zbrojne przeciwko polskiej ludności były konsekwencją realizacji wydanych rozkazów, w przeciwnym wypadku spotkałyby się z ostrą reakcją przełożonych. Plany ukraińskich nacjonalistów uzyskania na Wołyniu terenów czystych etnicznie (w głównej mierze chodziło o ludność narodowości polskiej) zasadniczo zostały zrealizowane. Sukces tej polityki rozwiał wątpliwości części przywódców OUN-UPA, do tej pory sceptycznych eksterminacjom. Centralny Prowid zadecydował, że należy ją kontynuować na terenach Małopolski Wschodniej.” (Prok. Piotr Zając: Śledztwo Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie w sprawie zbrodni ludobójstwa na Wołyniu, sygn. S.1/00/Zi.)

 

„Niszczenie dworów i jego pochodna – mordy dokonane na Polakach, zaistniały w sytuacji, kiedy na horyzoncie wydarzeń zaczynała pojawiać się wizja klęski Niemców, oznaczająca powrót do sytuacji sprzed powstania. Wraz z satysfakcją i egzaltacją w ramach przynajmniej tymczasowego odreagowania i dominacji zbliżająca się klęska to jeden z motywów rozpaczy skutkującej chłopskimi mordami popełnionymi na Polakach na Wołyniu (natomiast AK mordowała chłopów wołyńskich ufając, że odpowiedzialność spocznie na nazistach lub bolszewikach)”. (s. 189)

Na Wołyniu w 1943 roku i w Małopolsce Wschodniej w 1944 roku dworów już nie było, a ich właściciele przebywali „w sowieckich uzdrowiskach” na Syberii. Większość tych dworków spaliła UPA, na Wołyniu wiosną 1943 roku, najczęściej razem z rodzinami „kolonizacyjnej” służby folwarcznej. Polskie wiejskie samoobrony, najczęściej  zorganizowane samorzutnie, nie przez AK, i nie „przeistaczały się” ani w nazistów, ani w bolszewików. We wspomnieniach wymieniają imiennie swój udział w toczonych ciężkich walkach w obronie życia swoich rodzin podczas napadów band UPA i sąsiadów, ukraińskich chłopów (np. Przebraże, Rybcza. Pańska Dolina. Stara Wieś, Zasmyki).

 

„W 1943 r. polskie meldunki są pewne jednego: chłopstwo stało się bulbowcami, banderowcami, a więc dżumą. Sprawujące władzę bogate grupy troszczyły się o to, by odróżnić dobrych biedaków od złych. Meldunki AK informują zatem o Ukraińcach-mordercach i Ukraińcach-obrońcach: „od marca do maja [1943 r.] ofiarą rzezi padło trzy tysiące osób” – „W zachodnich powiatach względny spokój między innymi dzięki pomocy propolskich Ukraińców”. Ubodzy odczuwali strach przed ponownym narzuceniem takiej czy innej postaci szaleństwa pańszczyzny, a Polacy przekwalifikowali swój strach przed wsią na szaleństwo ukraińskiego nacjonalizmu. Źródła strachu przed chłopstwem nazwanym ukraińskim nacjonalizmem należało zwalczać wszelkimi środkami – polska warstwa dominująca na Wołyniu za nic na świecie nie podjęłaby się próby zrozumienia, że to nie ukraiński nacjonalizm, a wielowiekowe obrazy i emocje wyobraźni pańszczyźnianej, które nie mogły zniknąć, powołały chłopa do powstania – że to chłopska pańszczyzna zwróciła się przeciw swemu katolicko-szlacheckiemu źródłu – każdemu i wszystkiemu, co według podporządkowanych miało związek z dworem/parafią.” (s. 190)

Genocidum atrox było gorsze niż dżuma. Dżuma nie nadziewała polskie dzieci na sztachety, nie gwałciła dziewcząt i kobiet, nie wykłuwała im oczu, nie obcinała piersi, nie rąbała siekierami i motykami, nie przeżynała piłami na pół, itp. „Sprawujące władzę bogate grupy”, czyli niemiecka władza okupacyjna oraz kolaborujący z nimi Ukraińcy (policjanci, urzędnicy, wójtowie, itp.) nie troszczyły się o odróżnianie dobrych biedaków od złych, każdy Polak skazany był na śmierć, najczęściej bardzo okrutną. Faktem jest, że za mało nagłośniona pozostaje wciąż grupa Sprawiedliwych Ukraińców, a większość z nich za pomoc sąsiadom Polakom poniosła także okrutną śmierć (najczęściej z całą rodziną)  z rąk swoich rodaków z SB OUN i UPA, co rzeczywiście było nazistowskim „szaleństwem ukraińskiego nacjonalizmu”. A objawem tego jest także teza, że spowodowały to „wielowiekowe obrazy i emocje wyobraźni pańszczyźnianej”. Szokuje też fakt, że rodziny Sprawiedliwych Ukraińców często proszą, aby nie podawać ich nazwisk, bo się boją zemsty swoich sąsiadów, „dzieci i wnucząt” banderowskich zbrodniarzy, obecnych bohaterów Ukrainy.  

 

„Gdy II Rzeczpospolita upadła, okazało się, że w spadku po sobie pozostawiła wyrok śmierci na członków aparatu kolonialnego. W 1943 r. jego wykonawcami stali się autochtoni, zmuszeni przez polski „dwór” w Londynie do wzięcia na siebie roli powstańców, w odpowiedzi na co kolonialna wersja prawdy nazwała ich ukraińskimi nacjonalistami, a nawet ukraińskim odpowiednikiem faszyzmu.” (s. 191)

Jaki  wyrok „w spadku po sobie” pozostawi Ukraina na zbrodniarzy banderowskich? Strach się bać? Nie, przecież do zbrodni zmusił ich polski „dwór” w Londynie! Bandera, Szuchewycz, Klaczkiwski, Olijnyk, Łytwyńczuk, Stelmaszczuk, Onyszkewycz, Stebelski zdaniem Huka wykonywali rozkazy polskiego „dworu w Londynie”! Co prawda pod przymusem, mając przyłożone pistolety do głów? Wyciąg z protokołu przesłuchania Jurija Stelmaszczuka z 28 lutego 1945 r. „W czerwcu 1943 roku przedstawiciel Centralnego Prowidu OUN „KŁYM SAWUR” przekazał mi ustnie tajną dyrektywę Centralnego Prowidu OUN o powszechnej fizycznej likwidacji całej ludności polskiej, zamieszkałej na terytorium zachodnich obwodów Ukrainy. Wykonując tę dyrektywę Centralnego Prowidu OUN, w sierpniu 1943 roku wraz z formacją grupy band[yckiej] UPA wyrżnąłem ponad 15 tysięcy Polaków w rejonach kowelskim, siedliszczańskim, maciejowskim i lubomelskim obwodu wołyńskiego, o czym dokładnie i odrębnie poinformowałem w swoich zeznaniach z 23 lutego 1945 roku. 29 i 30 sierpnia 1943 roku z oddziałem liczącym 700 uzbrojonych bandytów, zgodnie z poleceniem dowodzącego okręgiem „OŁEHA”, wyrżnąłem całą polską ludność na terytorium rejonów hołobskiego, kowelskiego, siedliszczańskiego, maciejowskiego i lubomelskiego, zrabowawszy cały ich majątek ruchomy i spaliwszy cały ich majątek nieruchomy. Łącznie w tych rejonach w ciągu 29 i 30 sierpnia 1943 roku wyrżnąłem i rozstrzelałem ponad 15 tys. cywilów, wśród nich starców, kobiety i dzieci. Robiliśmy to w następujący sposób: po spędzeniu całej ludności polskiej w jedno miejsce, okrążaliśmy ją i rozpoczynaliśmy rzeź. Kiedy już nie pozostał ani jeden żywy człowiek, kopaliśmy wielkie doły, zrzucaliśmy tam wszystkie trupy, zasypywaliśmy ziemią oraz, żeby ukryć ślady tego strasznego grobu, paliliśmy na nim wielkie ogniska i szliśmy dalej. Tak przechodziliśmy od wsi do wsi, dopóki nie zgładziliśmy całej ludności – ponad 15 tys. osób. Całe bydło, wartościowe rzeczy, mienie i żywność zabieraliśmy, a budynki i inne mienie paliliśmy./.../ Znam jeszcze jedną tajną dyrektywę Centralnego Prowidu OUN po linii SB, w której zalecano fizyczną likwidację wszystkich członków rodzin osób podejrzanych o nastroje antyounowskie, nie wyłączając ani niemowląt, ani kobiet, ani starców.” (PA SBU, F. 65, spr. S-9079, t. 1. k. 168–169) „Kłym Sawur” ukrył przed Sowietami fakt, że został zmuszony do dokonania ludobójstwa na ludności polskiej „przez polski dwór w Londynie”, a „rolę powstańców” odegrali dobroduszni i życzliwi Ukraińcy,  których „kolonialna wersja prawdy nazwała ukraińskimi nacjonalistami, a nawet ukraińskim odpowiednikiem faszyzmu?

 

„W wykładni ogólnej mordy na Ukraińcach na Chełmszczyźnie zaczęły się w 1942 r., czyli od razu po tym, jak Wehrmacht został powstrzymany pod Stalingradem, co oznaczało jedno: państwo polskie wróci na mapę Europy, zatem rozprawa z Ukraińcami to znowu będzie wewnętrzna sprawa państwa. Natomiast mordy na Polakach na Wołyniu zaczęły się na początku 1943 r., gdy klęski Niemców uświadomiły Ukraińcom jedno: znowu staną się wewnętrznym zagadnieniem Rzeczypospolitej Polskiej, co oznaczałoby zaciśnięcie się kleszczy genocydu, z których niedawno wyrwał ich wybuch wojny”. (s. 191)

Dane o  mordach na Ukraińcach na Chełmszczyźnie w 1942 roku podaje Igor Hałagida: Potwierdza to analiza ogólnego zestawienia strat ukraińskich z 1942 r. z całego dystryktu lubelskiego, dokonana pod względem sprawców. Wynika z niej, że spośród 382 zabitych osób zdecydowana większość − aż 316 (82,7 proc.) − zginęła z rąk Niemców lub formacji im podporządkowanych (co najmniej 2 osoby zostały zastrzelone przez polskich policjantów na służbie niemieckiej). /.../ W wyniku zastosowania tych rygorystycznych norm można przyjąć obecnie bez żadnych wątpliwości, że tylko 2 osoby zginęły z rąk polskiego podziemia (jedna z rąk AK, druga – BCh)” (Igor Hałagida: Ukraińskie straty osobowe w dystrykcie lubelskim (październik 1939−lipiec 1944) – wstępna analiza materiału statystycznego. W: Pamięć i sprawiedliwość. Nr1/ 2017). Absurdalna jest teza, że na Wołyń wróci Polska i „zaciśnie kleszcze genocydu” na Ukraińcach, z którego „niedawno wyrwał ich wybuch wojny”. Wojna nie wyrwała ludności ukraińskiej z „kleszczy ludobójstwa”, czyli genocydu, to wizja chora, obłąkańcza. Ona pozwoliła nacjonalistom ukraińskim zacisnąć te kleszcze, głównie na Polakach. Ludobójstwo okrutne, czyli genocidum atrox dokonane przez Ukraińców na ludności polskiej zaczęło się 9 lutego 1943 roku od wsi Parośla pow. Sarny. „Zamordowano 173 osoby, tylko 11 osób, przeważnie dzieci, ciężko okaleczone, zostały potem uratowane. Jak zwykle czyniły to bandy, po dokonanym morderstwie gospodarstwa ograbiono, zabierając cały dobytek i żywy inwentarz. Późniejsze oględziny pomordowanych wykazały szczególne okrucieństwo oprawców. Niemowlęta były przybijane do stołów nożami kuchennymi, kilku mężczyzn było obdartych ze skóry pasami, niektórzy mieli wyrywane żyły od pachwiny do stóp, kobiety były nie tylko gwałcone, lecz wiele z nich miało poobcinane piersi. Wielu pomordowanych miało poobcinane uszy, nosy, wargi, oczy powyjmowane, głowy często poobcinane. Po dokonaniu rzezi mordercy urządzili libację w domu sołtysa. Po odejściu oprawców, wśród resztek jedzenia i butelek po samogonie znaleziono martwe dziecko około 12-miesięczne, przybite bagnetem do stołu, a w ustach dziecka włożony był niedojedzony kawałek kiszonego ogórka.” (Czesław Piotrowski: "Zlikwidowanie osiedla i miejscowości na Wołyniu"; za:  http://wolyn.ovh.org/opisy/parosla-09.html). Zbrodni w Parośli dokonał Oddział Wojskowy banderowskiej OUN Hryhorija Perehijniaka „Dowbeszki-Korobki”, uznawany za pierwszą sotnię Ukraińskiej Armii Powstańczej.

 

„Istnieje wszakże węższy kontekst wydarzeń wołyńskich. Wynikiem spotkania trzech imperializmów – katolicko-sarmackiego, bolszewickiego i nazistowskiego – było powstanie w latach 1941–1944 na tyle skomplikowanego układu wzajemnych odniesień (dziś funkcjonujących jako odrębne reżimy prawdy), jakiego społeczno-kulturowe stosunki polsko-ukraińskie nigdy dotąd nie doświadczyły.” (s. 191)

Wymieniając imperializm nazistowski („dziś funkcjonujący jako odrębny reżim prawdy”) w odniesieniu do OUN – UPA i obecnie trwającej gloryfikacji banderowskich zbrodniarzy Huk ma rację i sam nie powinien w tym „reżimie prawdy” uczestniczyć. A imperializmu katolicko-sarmackiego niech szuka w Katyniu, Gułagach i „dołach śmierci” na obecnej Ukrainie, bo tutaj Polakom zabroniła tego „greckokatolicka samostijna Ukraina” i nie można Ich godnie pochować oraz postawić krzyża „polskiego Boga”. Czego doświadczają obecne „społeczno-kulturowe stosunki polsko-ukraińskie”. I nie tylko nie pozwalają postawić, ale usuwają te nieliczne, już postawione. „Środowiska kresowe zwróciły się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych z prośbą o interwencję w sprawie usuwania przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy krzyży wzniesionych przez Polaków i Ukraińców w miejscach ukraińskich, banderowskich zbrodni na Polakach. Polskie ofiary ukraińskiego ludobójstwa zasługują przynajmniej na krzyż i modlitwę. A polski obywatel ma prawo pochylić głowę nad dołami śmierci. Przyjacielska Ukraina jednak na to nie pozwala. Karze polskiego obywatela za stawienie krzyży. I odbiera mu prawo do modlitwy nad dołami śmierci - piszą autorzy petycji, odnosząc się do objęcia zakazem wjazdu na Ukrainę Janusza Horoszkiewicza, który postawił w miejscach banderowskich zbrodni 40 krzyży. W petycji kreślą tło historyczne całej sprawy: Historia była taka: Po ukraińskim napadzie w lipcu 1943 r. na Hutę Stepańską, w której z rąk Ukraińców padło ok. 600 Polaków, przybyło do Suni i w jej okolice wielu uciekinierów. Bandyci napadli także i na Sunię. Po dziesięcioleciach Horoszkiewicz chciał zachować pamięć ofiar. Pojechał na tę ziemię, by postawić krzyże. Pomagali mu dobrzy ludzie. Pod krzyżami można się było pomodlić. Także pod krzyżem w dawnej Suni. Ale niedługo. Bowiem krzyż ktoś ściął. I nie ma już krzyża. Krzyż ścięli, jak twierdzi Horoszkiewicz, funkcjonariusze SBU z Równego. Pozostała po Krzyżu tylko dziura w ziemi. Horoszkiewicz jednak tego symbolicznego mordu dokonanego na polskiej pamięci narodowej długo nie rozgłaszał. Nikomu w Polsce o nim nie mówił. Uważał, że Ukraińcy krzyż zwrócą, postawią na swoim miejscu. Bo to dobrzy ludzie. Tylko musi o to poprosić. I zaczął prosić. Napisał list do przewodniczącego tzw. Selrady, czyli tamtejszego urzędy gminnego. List brzmiał następująco: „W ubiegłym roku zwracałem się do Pana w sprawie ściętego krzyża w Suni, do dziś dnia nie otrzymałem odpowiedzi (…). O ścięciu krzyża w Polsce nikt się nie dowiedział (…). Moim celem jest głoszenie pojednania między naszymi narodami, a nie sianie złości. Krzyż dla nikogo wrogiem nie jest. Z Bogiem”.

Krzyż jednak – jak wskazują autorzy petycji, nie wrócił na swoje miejsce. Tymczasem – jak dodają - Horoszkiewicz otrzymał zakaz wjazdu na Ukrainę. Przy okazji dowiedział się, z kim nie wolno mu się spotykać.” (https://wpolityce.pl/swiat/517034-bedzie-reakcja-msz-na-usuwanie-polskich-krzyzy-na-ukrainie ; 10 września 2020)

 

„Chłopstwo dostrzegało pozytywne cechy uwolnienia go przez komunistów z ZSRR spod władzy Polaków, a następnie usunięcia od władzy pierwszych i drugich przez III Rzeszę. Jednak trzeci okupant wkrótce zmusił wieś wołyńską do zawarcia sojuszu z UPA i partyzantką radziecką. Natomiast przywódcy UPA skłonni byli zawrzeć sojusz z każdym, kto pomógłby im zostać partnerem politycznym w bezpośrednich rozmowach z Zachodem. /.../ Armia Krajowa i Delegatura Rządu na Kraj stały się taktycznym sojusznikiem nazistów, ponieważ ci chronili Polaków przeznaczonych do obsadzenia kolonialnej administracji przyszłego państwa polskiego przed chłopstwem, UPA i partyzantką radziecką. AK zawarła następnie porozumienie taktyczne z ZSRR i wspomagała partyzantów radzieckich w walkach z III Rzeszą (ale raczej administracją niemiecką niż garnizonami na Wołyniu) i UPA. Partyzanci radzieccy byli z kolei taktycznymi sojusznikami AK i UPA przeciw III Rzeszy, AK przeciw UPA oraz UPA przeciw AK. Wyjście z wołyńskiego galimatiasu zaproponowali galicyjscy Ukraińcy w postaci dywizji SS „Galizien”. Traktowali ją jako zalążek siły, która może wyłonić cywilną ukraińską reprezentację polityczną do rozmów z Anglią i USA, ale także z Polską.” (s. 191 – 192)

Istny galimatias historiografii wg Huka: Niemcy zmusili chłopów ukraińskich „do zawarcia sojuszu z UPA” , czyli oni powołali najbardziej krwawą formację jaką była SB OUN? Oleksy Kyryluk („Hamalija”. „Rubacz”), komendant bojówki SB, zeznaje: „Do maja 1943 roku jeździłem razem z „MAKAREM” po wsiach rejonu rówieńskiego. Do moich obowiązków należało wykonywanie zleceń „MAKARA” oraz jego ochrona. Zatrzymując się we wsi „MAKAR” zazwyczaj wzywał do siebie za moim pośrednictwem miejscowy aktyw ounowski i zwiadowców SB, szczegółowo dowiadywał się o nastroje miejscowej ludności, przebieg dostaw dla UPA oraz liczbę i nazwiska sowieckich jeńców wojennych, którzy uciekli z niemieckich obozów i mieszkali w danej wsi. Wraz ze mną „MAKAROWI” towarzyszyli dwaj członkowie SB „OŁYKO” i „CZEPCZYK”. Po odjeździe „MAKARA” wkraczała do wsi „bojówka” i na jego zlecenie likwidowała tych mieszkańców, którzy wypowiadali się przeciw UPA oraz sowieckich jeńców wojennych, zbiegłych z obozów niemieckich. W maju 1943 roku „MAKAR” wezwał mnie do siebie i oznajmił, że jest ze mnie bardzo zadowolony i uważa, iż w zupełności podołam obowiązkom komendanta „bojówki” SB rejonu rówieńskiego, przy czym oficjalnie będę miał tytuł „naczelnika policyjnego wydziału wykonawczego”. Na pytanie, co konkretnie będzie należeć do moich zadań, „MAKAR” oznajmił mi, co następuje: „Aby OUN mogła prowadzić walkę o utworzenie «niepodległej» Ukrainy, trzeba zlikwidować wszystkich jej wrogów. W związku z tym należy wszędzie mieć swoje oczy i uszy. I właśnie dlatego utworzono Służbę Bezpieczeństwa, składającą się z referentury wywiadu, która ma w każdej wsi swoich zwiadowców i «bojówki» liczące [po] 10–12 ludzi rozprawiających się bezpośrednio z naszymi wrogami.

Generalnie kierownictwo OUN nałożyło na Służbę Bezpieczeństwa następujące obowiązki:

  1. Likwidowanie wszystkich «wrogów» UPA i OUN – Polaków, Czechów, Żydów, komsomolców, komunistów, oficerów i żołnierzy Armii Czerwonej, pracowników milicji oraz ludzi miejscowych sympatyzujących z władzą sowiecką.
  2. Zatrzymywanie i rozstrzeliwanie wszystkich jeńców wojennych – oficerów i żołnierzy Armii Sowieckiej zbiegłych z obozów niemieckich.
  3. Likwidowanie wszystkich uchylających się od służby w UPA wraz z rodzinami, palenie ich domów i zabieranie mienia.
  4. Pilnowanie mieszkańców naszego rejonu, by na czas dostarczali produkty rolne dla UPA i stosowanie fizycznych represji wobec sabotujących dostawy. Pod [pojęciem] «represje fizyczne» rozumie się rozstrzeliwanie oraz egzekucje.
  5. Wykrywanie i rozprawianie się z osobami oczekującymi nadejścia jednostek Armii Czerwonej.
  6. Likwidowanie wszystkich osób, bez wnikania w stopień ich winy, na zlecenie kierownictwa OUN.
  7. Przekazywanie «MAKAROWI» najbardziej «niebezpiecznych wrogów» – komunistów i funkcjonariuszy NKWD, nie przesłuchując ich osobiście.

Podstawą naszej pracy jest poświęcenie się sprawie OUN. Niech wam nawet nie drgnie ręka, gdy widzicie męki waszej ofiary. Pamiętajcie, że im więcej zniszczycie wrogów, tym bliższy jest czas naszego zwycięstwa”. (Fragmenty protokołu przesłuchania Ołeksy Kyryluka z 27 czerwca 1944 r. PA SBU, F. 13, spr. 372, t. 20, k. 56–63. W: Polska i Ukraina w latach trzydziestych–czterdziestych XX wieku. Nieznane dokumenty z archiwów służb specjalnych. Tom 4. Warszawa – Kijów 2005) 

Huk twierdzi, że „galimatias wołyński” zakończyli „galicyjscy Ukraińcy w postaci dywizji SS „Galizien”. Miała ona „wyłonić cywilną ukraińską reprezentację polityczną do rozmów z Anglią i USA, ale także z Polską”.

Przypomnijmy, jak wyglądało to „wiekopomne” zadanie w wykonaniu SS „Galizien”.

Dywizja SS „Galizien” - „Hałyczyna” (14 Dywizja Waffen SS-Galizien)  utworzona została jako jednostka wojskowa wiosną 1943 przez III Rzeszę z ukraińskich ochotników z Galicji. Organizacji dywizji ze strony niemieckiej patronował gubernator Dystryktu Galicja Generalnego GubernatorstwaOtto von Wächter, zaś ze strony ukraińskiej polityczne zaplecze stanowił Ukraiński Komitet Centralny w Krakowie pod przewodnictwem prof. Wołodymyra Kubijowycza i działacze OUN-M. „Do punktów werbunkowych zgłosiło się około 80 tys. osób, z czego prawie 50 tys. zakwalifikowano jako zdolnych do służby wojskowej.” (G. Motyka: „SS-Galizien” - „Hałyczyna”;  w: Pamięć i Sprawiedliwość, nr 1/2002, Warszawa 2002, s.111) Z pierwszego rzutu ochotników utworzono 5 pułków policji SS (numeracja 4 do 8) oraz rezerwowy batalion policji. 4 i 5 pułk policji SS wzięły udział w niemieckich akcjach przeciwpartyzanckich i pacyfikacjach, w czasie których dopuszczały się zbrodni na ludności cywilnej. Małoletnich ochotników skierowano do tzw. Junaków SS, a następnie do jednostek obrony przeciwlotniczej w głębi Niemiec. 28 kwietnia 1943 r. w katedrze św. Jura zostało odprawione nabożeństwo, celebrowane przez biskupa Josyfa Slipego w asyście członków kapituły katedry: Hawryła Kostelnyka, Romana Łobodycza oraz ks. Wasyla Łaby, kazanie wygłosił ks. Wasyl Łaba. Ks. Kostelnyk po wejściu Sowietów likwidował Cerkiew greckokatolicką w tejże katedrze.

Ukraińska historyk podaje: „Liczba kapelanów polowych w czasie istnienia dywizji wahała się od 5 do 9 osób, ale zawsze byli oni zatwierdzani przez metropolitę, a niektórzy otrzymywali jego osobiste błogosławieństwo. Pierwszym głównym kapelanem dywizji i szefem sekcji ds. duszpasterstwa przy Zarządzie Wojskowym, był ks. Wasyl Łaba. Przed wyjazdem na front 26 czerwca 1944 skład i rozmieszczenie kapelanów dywizji były następujące: ks. dr Wołodymyr Steciuk – kapelan dywizji; ks. Mychajło Łewenec - 29. pułk piechoty; ks. Josyp Kładoczny - 30. pułk piechoty; ks. Bohdan Łewycki - 31. pułk piechoty; ks. Wasyl Łeszczyszyn - 14. pułk artylerii; ks. Wsewołod Durbak - oddział sanitarny; ks. Osyp Karpinski -  rezerwowy kureń; ks. Isydor Nahajewski - nie wyjechał na front i został przy rezerwowym pułku w „Bandern-Lager Gross Kirschbaum.”  (Inna Pojizdnyk, Ukraiński Kościół Greckokatolicki wobec konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939–1946, w: Pamięć i Sprawiedliwość nr 1 (11)/2007, Warszawa 2007, Wyd. IPN, s. 165.) Inne źródło podaje: „W szeregach dywizji posługę duszpasterską prowadziło następnie łącznie 12 kapelanów obrządku greckokatolickiego, zatwierdzonych przez metropolitę Andrzeja Szeptyckiego.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/14_Dywizja_Grenadier%C3%B3w_SS_(1_ukrai%C5%84ska) )

Już w 1943 roku niektóre pododdziały SS-Galizien, które znajdowały się pod Lwowem, Jasłem, Krosnem i Gorlicami na rozkaz Himmlera przerwały szkolenie i zostały włączone do akcji eksterminacyjnej operacji pod kryptonimem "Wehrwolf" na Zamojszczyźnie. Natomiast na początku 1944 roku z żołnierzy SS-Galizien została sformowana grupa pod dowództwem majora Beyersdorfa jako SS Kampfgruppe "Beyersdorf", w sile około 2000 ludzi, do zadań specjalnych. Grupa ta wzięła między innymi udział w operacji eksterminacyjnej na Chełmszczyźnie. W sumie w latach 1943-1945 pododdziały SS-Galizien brały udział w bardzo wielu akcjach eksterminacyjnych na zapleczu frontu. Wymienić tu można miedzy innymi pacyfikacje wsi polskich na terenie województw: tarnobrzeskiego, kieleckiego rzeszowskiego, tarnowskiego, zamojskiego jak też liczne podobne akcje jakie miały miejsce na Kresach Wschodnich II RP. Były one niejednokrotnie przeprowadzane przy aktywnym współudziale OUN-UPA. Dopiero w krytycznej sytuacji militarnej, zdecydowano o użyciu dywizji SS-Galizien na froncie niemiecko-sowieckim.

Posługując się wzorem definicji „historiografii wg Huka” można stwierdzić, że ukraińska „greckokatolicka rzesza faszystów” z SS „Galizien”- „Hałyczyna” od początku powołania prowadziła akcję ludobójstwa na cywilnej ludności polskiej. Poniżej przykłady.

8 czerwca 1943r.: „Gestapo przy udziale ukraińskiego oddziału SS-Galizien otoczyło wczesnym rankiem wieś Zwierzyniec. W czasie łapanki zastrzelili 10 osób, po śledztwie jeszcze 9, strzałami w tył głowy.” (http://w.kki.com.pl/pioinf/przemysl/dzieje/ss/ss.html ). We wsi Majdan Stary pow. Biłgoraj: Dnia 2 lipca 1943 roku SS-mani przy udziale żołnierzy ukraińskiej dywizji SS „Galizien” przeprowadzili akcję pacyfikacyjno-wysiedleńczą mieszkańców wsi. Kolejno palili polskie zagrody, domy mieszkalne i zabudowania gospodarcze. Gdy zaczęła płonąć wieś, ludzie schronieni w swych domostwach zaczęli je opuszczać. Napastnicy wyłapywali ich wtedy, wiązali sznurem i rozstrzeliwali. Ustalono dotychczas, że tego dnia zamordowano 68 osób, w tym 25 mężczyzn, 28 kobiet i 15 dzieci, a 76 gospodarstw spalili. /.../ Agnieszka Sarzyńska tak opisuje tamten dzień: „W lipcu 1943 roku w godzinach rannych przyjechali do wsi Majdan Stary Niemcy oraz SS-owcy ukraińscy i zaczęli palić po kolei domy, zaczynając od końca wsi. W godzinach popołudniowych zabrali mężczyzn i kobiety wraz z dziećmi w liczbie około 50 osób, przy czym mężczyzn powiązali powrozem za szyję, odprowadzili ich kilkadziesiąt metrów od nas i rozstrzelali z karabinów maszynowych. Egzekucji dokonywali żołnierze z SS-grupy ukraińskiej. Kobiety i dzieci spędzili na łąkę, tam kazali nam uklęknąć i żołnierze ukraińscy i niemieccy, którzy nas eskortowali, oddali kilka salw z karabinów maszynowych do klęczących. Z kobiet uratowały się zaledwie 4, między innymi i ja. Byłam ranna w obie ręce i krzyż, druga kobieta w rękę, dziewczyna w obie ręce. Nam czterem udało się ujść cało, ponieważ nie ruszałyśmy się i napastnicy sądzili, że jesteśmy zabite. Zginęło wtedy około 50 osób i spłonęła połowa wsi (76 gospodarstw)”. Po zakończonej akcji żołnierze ukraińscy zdemolowali miejscowy kościół, dokonując profanacji oraz niszcząc naczynia liturgiczne i obrusy.” (Jastrzębski Stanisław: Ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Lubelszczyźnie w latach 1939 – 1947; Wrocław 2007, s. 61 – 62.). „W zależności od źródła podawano, że liczba ofiar wyniosła od 56 do 83 osób. Autorzy Rejestru miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na ziemiach polskich w latach 1939–1945 podają, że zamordowanych zostało 75 mieszkańców Majdanu Starego. W tej samej publikacji zamieszczono nazwiska 72 zidentyfikowanych ofiar masakry. Znajdowało się wśród nich 26 kobiet oraz 16 dzieci poniżej 15. roku życia. Najmłodsza ofiara liczyła 2 miesiące, najstarsza 81 lat.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Pacyfikacja_wsi_Majdan_Stary). 19 grudnia 1943 r. we wsi Potok Górny pow. Biłgoraj Ukraińcy z SS „Galizien” - „Hałyczyna’ oraz policjanci ukraińscy z Tarnogrodu, Biszczy i Księżopola spalili 60 gospodarstw polskich oraz zastrzelili co najmniej 58 Polaków. „Mordowali księdza, bijąc go karabinem po głowie, zdzierano mu paznokcie, wyciągano obcęgami żyły, zdarto mu cześć skóry z pleców. Całe ciało miał pokłute ostrym narzędziem, a na końcu z bardzo bliska strzelono mu w tył głowy, roztrzaskując ją. Ksiądz piszczał i krzyczał, gdyż bardzo cierpiał” (relacja Józefa Grelaka, Potok Górny i Wandy Mroczka, Wożuczyn; Muca, s. 67; za: bp Mariusz Leszczyński; w: http://www.niedziela.pl/artykul/20866/nd/Ks-Blazej-Nowosad-1903-1943 ).

2 lutego 1944r. oddziały żandarmerii, SS i SS-Galizien  (z 5. galicyjskiego pułku ochotniczego SS) w sile około 3 tysięcy żołnierzy wkroczyły w godzinach nocnych do wsi Borów pow. Kraśnik, i przy użyciu broni pancernej całkowicie zniszczyły wieś liczącą 280 gospodarstw, a ludność wymordowały. Liczne grupy osób, nie wyłączając kobiet, starców i dzieci, hitlerowcy spędzili do jednego budynku, który następnie podpalili. Tego dnia jednocześnie z Borowem spacyfikowane i spalone zostały wsie: Karasiówka, Łążek Chwałowski, Łążek Zaklikowski, Szczecyn i Wólka Szczecka. Liczba jej ofiar nie została dotąd precyzyjnie ustalona. Z obliczeń Józefa Fajkowskiego wynika, że zamordowanych zostało ponad 900 osób, z czego 802 ofiary były mieszkańcami sześciu spacyfikowanych wsi, natomiast pozostałe 100 pochodziło z sąsiednich miejscowości (Gościeradowa, Kosina, Mniszka, Starych Baraków, Nowych Baraków, Zaklikowa). Zdaniem Konrada Schullera liczba ofiar pacyfikacji mogła przekroczyć 1000. Najwyższe szacunki mówią o 1300 zamordowanych.

Tragedia wsi Huta Pieniacka powiat Brody rozegrała się 28 lutego 1944 roku w ciągu zaledwie siedmiu godzin. Masakry dokonali Ukraińcy z 4. Galicyjskiego Ochotniczego Pułku Policyjnego należącego do 14. Dywizji SS Galizien. Tego dnia około godziny 6.00 rano otoczyli oni pierścieniem wioskę i po ukazaniu się sygnałów świetlnych rozpoczęli natarcie. Za SS-manami sunęły bojówki OUN-UPA. Zaczęto przeszukiwać zabudowania i wywlekać stamtąd ludzi dokonując przy okazji rabunku mienia ofiar. Po stłoczeniu kilku setek Polaków w kościele i jego sprofanowaniu, zaczęto niektórych z nich pojedynczo wyprowadzać na plac przykościelny, gdzie byli oni przesłuchiwani, torturowani, a czasem i zabijani. Około godziny 14.00 ukraińscy SS-mani zaczęli wyprowadzać ludzi zgromadzonych w kościele w grupach po 35-50 osób do różnych stodół i domów na spalenie. Najpierw wyprowadzano kobiety i dzieci, podstępnie informując, że powrócą do swych domów, potem zaś młodzież i mężczyzn mówiąc z kolei, że zostaną oni wywiezieni na roboty do Niemiec. Jak się okazało rzeczywistość okazała się być inna. Po stłoczeniu ludności w budynkach i stodołach, zaczęto je podpalać. Uciekających z płomieni ognia uśmiercano ogniem z broni maszynowej. Tylko nielicznym mieszkańcom udało się uratować życie uchodząc do lasu lub kryjąc się w uprzednio przygotowanych podziemnych i piwnicznych schronach. W ciągu jednego dnia polska wieś Huta Pieniacka przestała istnieć, a ocaleni mieszkańcy zbierali spalone zwłoki, których nie można było rozpoznać. Ofiary pochowano w dwóch wspólnych mogiłach. Z biegiem czasu rozebrano kościół rzymsko-katolicki i budynki szkolne, które ocalały z pożogi. Zniwelowano grunt, a miejsce gdzie położona była wieś zaczęło służyć wypasowi bydła. Zginęło 1100 – 1300 Polaków, w tym sporo uciekinierów z Wołynia. “Członek bandy UPA Dowhań Justyn s. Wasyla zeznał: „Nie pamiętam dokładnie daty, lecz  dobrze wiem, że pod koniec lutego 1944 roku, wczesnym rankiem, do mojego mieszkania  wpadł Melnyk Iwan s. Zachara i kazał mi szybko stawić się przed chałupą Jakimowa Jakiwa, gdzie otrzymam broń. Przy tym powiadomił mnie on, że zaraz cała banda UPA wspólnie z [bandą z] Wołynia i niemieckimi wojskami «SS-Galizien» ruszy na wieś Huta Pieniacka. Stawiłem się w wymienionym wyżej miejscu, gdzie Jakimow Jakiw wydał mi karabin rosyjskiego typu i do niego 15 sztuk ostrych naboi. Melnyk Iwan, Jakimow Jakiw i dowódca wołyńskiej bandy UPA oznajmili wszystkim uczestnikom, że zaraz ruszymy na wieś Huta  Pieniacka, żeby rozprawić się z mieszkańcami, ponieważ pomagają oni czerwonej partyzantce. Po otrzymaniu tych krótkich informacji i zakończeniu przygotowań, ruszyły na podwodach niemieckie wojska «SS-Galizien» w l[iczbie] 200 ludzi. Na ich czele pojechali saniami starosta Sieluprawy Kawecz Josyp s. Maksyma z dowódcą – Niemcem w stopniu kapitana. Drugimi sańmi, również na przedzie, pojechali Żarkowśkyj Wasyl s. Iwana i Żarkowśkyj Stepan. Za Niemcami, mniej więcej 15–20 minut później, ruszyła na Hutę Pieniacką również  nasza banda wspólnie z wołyńską bandą UPA. Jak tylko zaczęliśmy podchodzić do  wymienionej wyżej wsi, Niemcy otworzyli ogień z dwóch armat i karabinów maszynowych,  otaczając jednocześnie wieś ze wszystkich stron. Członkowie bandy UPA, którzy wówczas nadeszli, na rozkaz Melnyka Iwana s. Zachara i Żarkowśkiego Petra oraz dowódcy wołyńskiej bandy, również okrążyli wieś i robili to samo, co Niemcy, tzn. podpalali domy i inne zabudowania, a mieszkańców eskortowali do kościoła. Tych, którzy próbowali ukryć się, rozstrzeliwali na miejscu oraz otwierali silny ogień karabinowy do uciekających. Po tym, jak pierścień okrążenia, w którym była wieś, zacisnął się i akcja zbliżała się do końca, ludzie z kościoła zostali przeprowadzeni do szop i domów. Następnie zamykano je i podpalano. Mieszkańców wsi Huta Pieniacka zapędzono do 4 lub 5 szop, w których znalazło się, ogólnie biorąc, około 700–750 l[udzi]. Wszyscy zostali spaleni. Pogrom wymienionej wsi trwał od 8 godziny rano do 2–3 po południu. Następnie niemieckie wojska zabrały przede wszystkim całe bydło – krowy, konie, owce,  świnie oraz zboże, a członkowie bandy UPA wzięli odzież, drób oraz inne rzeczy, po czym razem z niemieckimi wojskami wrócili do wsi Żarków, gdzie Niemcy sprzedali mieszkańcom za wódkę część bydła, głównie krowy.” (Wyciąg ze sprawy agenturalnej NKGB USRS  nr 40 „Zwiery”, jedn.  Arch. 2387, s. 26, 50, 55, 56, 112 .PA SBU, F. 26, op. 2, spr. 2, k. 208–211.; w: http://koris.com.ua/other/14728/index.html?page=101 ).  

W kol. Hucisko Pieniackie należącej do wsi Pieniaki pow. Brody jak podaje Władysław Kubów (Terroryzm na Podolu): 28.02.44 r. w Hucisku Pieniackim SS “Hałyczyna” wymordowała 62 mieszkańców.” 

6 marca 1944 r. we wsi Zawonie pow. Sokal w pacyfikacji zginęło 27 Polaków, pozostałych  zabrano do więzienia, a potem do obozu w Gross-Rosen. “W dniu 6 marca 1944 roku, wczesnym rankiem, Zawonie otoczone zostało przez żołnierzy niemieckich i ukraińskich z 14 Dywizji SS "Galizien". Żołnierze wrzucali granaty do zabudowań, podpalali je i strzelali do mieszkańców. (Andrzej Kisielewicz: „Zawonie”; w: http://www.math.uni.wroc.pl/~kisiel/Zawonie.htm )  „Kordon esesmanów zacieśnia się. Do mnie zbliża się jeden z nich jadący konno. Przyglądam się mu dokładniej i poznaję. Tak, jest to mój znajomy Ukrainiec Piotr Jandreszko z Wolicy Komarowej. W tym momencie zorientowałem się, że pacyfikację Zawonia przeprowadzał oddział Hałyczyna z 44 Dywizji SS Galizien. Jandreszko zwrócił się do mnie: „ty nam ne wticzesz, ja tebe pilnuju". Wreszcie dochodzimy do Jastrzębickiej szkoły i zostajemy wtłoczeni do jednej z klas (około 300 osób). Do ojca podchodzi drugi znajomy esesowiec Józef Denysiuk, też z Wolicy Komarowej, tak jak i poprzedni, były uczeń mojego ojca, kierownika tamtejszej szkoły. Odebrał mu zegarek, który i tak nie będzie więcej ojcu potrzebny. W szkole tej przebywaliśmy prawie dwie doby bez żadnych posiłków i wody. /.../ Po południu poprowadzono nas w kierunku pobliskiego lasu. Szykowaliśmy się na śmierć. Gdy nasza kolumna zbliżyła się do drogi Sokal - Kamionka Strumiłowa, zatrzymał się przy nas przejeżdżający niemiecki samochód. Byli w nim gestapowcy z Sokala. Po dłuższych pertraktacjach z dowódcą naszej eskorty, spowodowali oni, że zawrócono nas z powrotem do szkoły. Tam zezwolono na podanie posiłku. Odetchnęliśmy. Następnego dnia, po związaniu nam rąk drutem kolczastym, konwojowano nas do szosy Sokal - Lwów, gdzie oczekiwały już na nas dwa ciężarowe samochody. Powiązanych piątkami, wpędzono nas na samochody, w których musieliśmy uklęknąć.” („HISTORIA JEDNEJ WSI czyli DLACZEGO ZOSTAŁEM WIĘŹNIEM OBOZU GROSS-ROSEN”  Kazimierza Kisilewicza więzienia obozu Gross-Rosen Nr 23 214; w: http://wulkanyisushi.bloog.pl/id,3974895,title,Historia-jednej-wsi,index.htm

W kol. Prehoryłe pow. Hrubieszów: „08 marca 1944 o świcie oddziały policji ukraińskiej, SS-Galizien i ortschutzu, wspierane pododdziałami USN z Szychowic, Kryłowa i Gołębia, napadły na kolonię Prehoryłe pow. hrubieszowski; w napadzie brał udział oddział UPA, który w nocy przeprowadził się przez Bug. Pomordowano całe rodziny (np. Martyniuków, Bolechów, Przyczynów.) łącznie zamordowano 38 osób w tym kobiety i dzieci.” (Czesław Buczkowski: SAHRYŃ w latach 1942-1944; w:  http://kresy.info.pl/component/content/a....atach-1942-1944; 25 września 2011).

W kol. Łasków pow. Hrubieszów: „10.03.1944 w kol. Łasków pow. Hrubieszów esesmani ukraińscy z SS „Galizien – "Hałyczyna” oraz Ukraińcy z UPA – USN zamordowali nie ustaloną liczbę Polaków.” (Czesław Buczkowski: SAHRYŃ w latach 1942-1944; w:  http://kresy.info.pl/component/content/a....atach-1942-1944; 25 września 2011). We wsi Małków pow. Hrubieszów upowcy oraz esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” wymordowali wszystkich schwytanych Polaków, liczby ofiar nie ustalono.

12 marca 10944 r. we wsi Palikrowy pow. Brody upowcy, esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” oraz chłopi ukraińscy, w tym miejscowi, wymordowali co najmniej 367 Polaków (tyle ofiar pogrzebano na cmentarzu) dobytek ich zrabowali, wieś spalili. Mordowano wszystkich, począwszy od 2 miesięcznych niemowląt (Kazimiera Jurczenko, Michał Strąg) po Marię Sikorę lat 96. Ofiar było znacznie więcej, wiele zwłok spłonęło wraz z budynkami bądź zostało w piwnicach spalonych domów i w okolicy wsi. „12.03.1944 r. odbyła się selekcja mieszkańców wsi. Polacy oddzieleni od Ukraińców, stali gromada na łące. Z jednej strony mieli za sobą rzekę, za którą siedział na koniu dowódca banderowców wydający rozkazy, z trzech stron grupy Polaków stanęło po jednym banderowcu. Po chwili padł rozkaz ognia. Jeden z nich, stojący przy karabinie maszynowym, wykonał znak krzyża i po przeżegnaniu się otworzył ogień na stłoczonych Polaków. Prawie jednocześnie odezwały się dwa pozostałe stojące po bokach karabiny. Po chwili w miejscu, gdzie stał zwarty tłum ludzi, leżała sterta drgających ciał ludzkich. Po dokonanej egzekucji stos ten otoczyła grupa około 10 banderowców, obserwując bacznie, czy ktoś daje jeszcze oznaki życia. Po stwierdzeniu, że tak, dobijano rannych” (Emil Bielecki; w: Komański Henryk, Siekierka Szczepan: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939 – 1946; Wrocław 2004, s. 558). „Ustawiono dwa karabiny maszynowe, oprawcy przeżegnali się i wymordowali wszystkich Polaków. Potem poszukiwali wśród pomordowanych, żywych i rannych dobijając ich strzałami. Oprawcy zdzierali z zabitych lepszą odzież i obuwie. Następnie przed spaleniem polskich domów rabowali, ładowali na wozy i wywieźli dla swoich rodzin. Łup godny oprawców z UPA. Na pomniku, który stoi w miejscu gdzie wymordowano Polaków z mojej wsi, napisane jest że zginęło ich 367 osób z zaznaczeniem, że zginęli w czasie wojny. Zamordowano wiele więcej ale dziś już trudno ustalić ich nazwiska.” (Jan Lis: Moje smutne wspomnienia z Palikrów;  Gorzów Wlkp., 12 lipiec 2009; w: http://www.podkamien.pl/articles.php?article_id=201 ). Wierne „owieczki greckokatolickiego Boga” przeżegnali się!  

We wsi Pankowce pow. Brody upowcy, esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” oraz chłopi ukraińscy zamordowali 30 Polaków, w tym 14-miesięcznego chłopca. W miasteczku Podkamień pow. Brody kureń UPA dowodzony przez Maksa Skorupskiego „Maks” oraz 4 pułk policji SS złożony z ukraińskich ochotników do SS „Galizien – Hałyczyna” wdarł się do klasztoru i dokonał masakry zgromadzonej tam ludności polskiej. Szacowana ilość ofiar waha się 400 do 600 Polaków. Inni podają, że ludobójcą w Podkamieniu nie był "Maks" Skorupśkyj, lecz Iwan Pytlowanyj "Gonta". W Czernyci, gdzie przebywał dowódca kurenia, który zawarł porozumienie z Niemcami, była siedziba kurenia Iwana Pytlowanego "Gonty". „Mord i rabunek trwał w ciągu całego 13 i 14 marca. Niemcy sprowadzili do Podkamienia aż 200 furmanek i szereg aut ciężarowych, aby wywieźć zrabowane mienie. Klasztor i kościół zostały ograbione doszczętnie. Dopiero 15-go marca wieczorem bandy UPA opuściły miasto, a 16-go marca wróciła normalna komenda niemiecka, która udawała zdziwienie, że takie wypadki zaszły i wyrażała przypuszczenie, że musiała to być banda bolszewicka.” (Dokument Nr 6 1944 kwiecień; Sprawozdanie sytuacyjne z Ziem Wschodnich [w:] Ziemie Wschodnie Raporty Biura Wschodniego Delegatury Rządu na Kraj 1943-1944, Warszawa-Pułtusk 2005, s. 167-168). “Najprawdopodobniej zginęło około 600 osób. Ciała ofiar zniesiono do wnętrza kościoła, część z nich wrzucono do klasztornej studni. /.../ W kościelnych piwnicach, które miejscowi duchowni nazywają kryptami, jeszcze na jesieni 2005 roku znajdowały się kości. Stosy czaszek, żeber i piszczeli. Przypadkowy spacer po zdewastowanym wnętrzu świątyni mógł zakończyć się odkryciem kolejnych, nieznanych wcześniej miejsc, w których najprawdopodobniej zginęli lub umarli żywcem zamurowani ludzie. Wiele wskazywało na to, że szczątki należały do ofiar bestialsko zamkniętych w kościelnych piwnicach w XX wieku. Oficjalnie na terenie świątyni odnaleziono krypty, w których od kilku stuleci chowano szczątki zakonników. Zdewastowane w trakcie bolszewickiej nawały 1920 roku, aż do późnej jesieni 2005 roku, leżały zapomniane w zawalonych gruzami piwnicach. Na wiosnę 2006 roku autorowi tego tekstu nie udało się ich ponownie odnaleźć. Miejscowi duchowni, niechętni do rozmowy na temat polskiej historii Podkamienia, uznali iż najpewniej pochowano je w zbiorowym grobie na dziedzińcu kościelnym. Krypty oczyszczone ze szczątków w najbliższym czasie zakryją nowe płyty i szalunki betonu.” (Mikołaj Falkowski: Podkamień. Perła Kresów. Miejsce pamięci ofiar UPA). 

20 marca 1944 r. we wsi Huta Werchobuska pow. Złoczów upowcy oraz esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna”  zaatakowali świtem w sile około 600 napastników. “Mniej więcej 2 tygodnie po zniszczeniu wsi Huta Pieniacka nasza banda  wspólnie z  wołyńską bandą UPA oraz bandami UPA z okolicznych wsi dokonała napadu i pogromu wsi Huta Wierchobuska rejonu oleskiego, położonej w odległości 5 km od wsi Huta Pieniacka. Przyczyną pogromu tej wsi, jak zeznałem wyżej, było to, że jej mieszkańcy również  utrzymywali kontakty z czerwoną partyzantką. W wyniku pogromu wsi Huta Wierchobuska zostało spalonych około 60–70 domów z zabudowaniami gospodarskimi. Zabito także podczas próby ucieczki ze wsi około 100 mieszkańców. Banda UPA zrabowała mienie i bydło ofiar pogromu”.  (Wyciąg ze sprawy agenturalnej NKGB USRS  nr 40 „Zwiery”, jedn.  Arch. 2387, s. 26, 50, 55, 56, 112 .PA SBU, F. 26, op. 2, spr. 2, k. 208–211.; w: http://koris.com.ua/other/14728/index.html?page=101 ).

27 marca 1944 r. we wsi Smoligów pow. Hrubieszów esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” oraz policjanci ukraińscy i chłopi ukraińscy z okolicznych wsi (ponad 2 tysiące napastników) wymordowali ponad 200 Polaków. W obronie wystąpiły oddziały AK i BCH, w walce poległo 32 partyzantów -  łącznie zginęło ponad 232 Polaków. Mordowano w okrutny sposób, nie oszczędzając dzieci, kobiet i starców, Palono żywcem, gwałcono kobiety, rabowano mienie, wieś została doszczętnie spalona.

1 kwietnia 1944 r. we wsi  Poturzyn pow. Tomaszów Lubelski esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” oraz sotnia UPA Iwana Sycza – Sajenko „Jahody” obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 162 Polaków. „We wczesnych godzinach rannych dnia 1 kwietnia 1944 roku jednostka SS-Galizien, wspierana pododdziałem UPA, wtargnęła do Poturzyna, gdzie oprócz miejscowej ludności, znajdowała się duża grupa uciekinierów z terenu gmin dołhobyczowskiej, kryłowskiej i wymordowała 162 osoby. Ludność została zastrzelona w czasie snu. W okrutny, wyrafinowany sposób zabijano bezbronne dzieci, kobiety i starców.” (http://www.poturzyn.pl/index.php?q=okupacja ) „Silni i młodzi ludzie ratowali się ucieczką. Najbezpieczniej było uciekać w stronę Jarczowa. Ci, którzy skierowali się do lasu, w stronę kolonii Chodywańce, wpadli w ręce Ukraińców. Między schwytanymi był ksiądz z naszej parafii Jakub Jachuła. Padło wówczas 36 osób schwytanych przez Ukraińców. Ustawiono ich nad wcześniej wykopanym przez miejscowych Ukraińców dołem i zastrzelono. Straszną śmierć zgotowali Ukraińcy naszemu księdzu. Najpierw wlekli go do lasu, po drodze znęcając się nad nim. Później wesoło się bawiąc, przystąpili do wymierzania męczeńskiej śmierci księdzu. Po kawałku obcinali mu uszy i ręce. Na koniec, zemdlonego przerżnęli piłą, obserwując, jak wychodzą z księdza jelita. W tych ciężkich cierpieniach konał. Później jego zwłoki odkopała rodzina i zabrała. Gdzie był zagrzebany, wskazała pewna ruska kobieta, którą Ukraińcy zabrali do swego obozu jako kucharkę. Z jej też opowiadania dowiedziałam się, jak Ukraińcy żałowali, że nie mogli sobie zrobić podobnego widowiska z nauczycielki. Ta im umknęła. Po wojnie ja i kilka osób z Chodywaniec byliśmy wzywani do parafii w Tomaszowie Lubelskim. Tam opowiadaliśmy o męczeńskiej śmierci księdza. Długo czekaliśmy, że może ksiądz będzie kanonizowany. Do końca został wśród swoich owieczek i to on spośród nich poniósł najbardziej okrutną i męczeńską śmierć”. (Marian Adam Stawecki: „.Rajd śmierci pod Tomaszowem Lubelskim”; w: "Tygodnik Tomaszowski" nr 12 z 20 marca 2012 r.). 

7 kwietnia 1944 r. we wsi Chatki pow. Podhajce esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” zamordowali 22 Polaków (Motyka Grzegorz: Ukraińska partyzantka 1942 – 1960; Warszawa 2006, s. 386). We wsi Dobrowody pow. Podhajce spalili około 200 gospodarstw polskich oraz zamordowali 21 Polaków i Ukraińca, męża Polki.

W Wielkim Tygodniu : „Od 2 do 9 kwietnia 1944 r. oddziały UPA, wspierane przez jednostki SS-Galizien, uderzyły na wschodni odcinek polskiej linii obrony, którego dowódcą był por. Zenon Jachymek, „Wiktor”. Celem działań oddziałów ukraińskich było opanowanie gmin Jarczów, Tarnoszyn, Telatyn oraz częściowo Łaszczów i Tyszowce, a tym samym zepchnięcie oddziałów AK za Huczwę. Do najcięższych walk doszło 5 i 9 kwietnia 1944 r., czyli w Wielką Środę i Wielką Niedzielę. 5 kwietnia Ukraińcy zaatakowali m.in. Rokitno, Żerniki, Jarczów, Łubcze i Szlatyn. Po polskiej stronie było wielu zabitych i rannych.. 9 kwietnia walki toczyły się pod Telatynem, Steniatynem, Rokitnem i Żulicami, a Kol. Posadów przechodziła z rąk do rąk. /.../ Odgłosy walk zaalarmowały Niemców ze stacjonującej w Łaszczowie kompanii Wehrmachtu, którzy obsadzili drogi, zatrzymując m.in. transport 17 rannych polskich partyzantów wraz z sanitariuszkami, lekarzem i woźnicami. Rannych wieziono do szpitali polowych w Pukarzowie i Wólce Pukarzowskiej. Jeńcy zostali przekazani gestapo, a kilka dni później rozstrzelani na zamojskiej Rotundzie. W walce zginęło wielu polskich partyzantów, ale po drugiej stronie również nie brakowało zabitych. Oddziały nieprzyjaciela spaliły wsie Rzeplin, Łachowce, Radków i Marysin (polscy mieszkańcy tych wiosek zostali wcześniej ewakuowani). Bitwa nie przyniosła jednak Ukraińcom spodziewanego sukcesu. Polscy partyzanci nie pozwolili zepchnąć się za Huczwę”.(http://kultura.laszczow.pl/index.php?art=241 ).

12 kwietnia 1944 r. we wsi Chodaczków Wielki pow. Tarnopol esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” dokonali rzezi ludności polskiej. W mogile złożono 862 ciała Polaków „od niemowląt po starców”, ale wiele osób zostało spalonych, przywalonych zgliszczami domów, stąd prawdziwa liczba przekracza 1 000 ofiar. Polska samoobrona skutecznie broniła się przeciwko upowcom, stąd sztab OUN-UPA „poprosił o pomoc” swoich esesmanów z 14 ochotniczej Strzeleckiej Dywizji Waffen SS „Galizien – Hałyczyna”. „Wykopano mogiłę obok Kościoła i tam wszystkich pochowano, tak jak byli ubrani w ten ostatni ich dzień. Mieszkańcy co przeżyli ten wielki dramat chowali się gdzie tylko można było. I tak trwali trzy dni głodni ranni z małymi dziećmi. Ludzie myśleli tylko o małych dzieciach, głodne zziębnięte trzy dni nic nie jadły, czuły i wiedziały co to strach.” (Ryszard Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.; w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl).

12 kwietnia 1944 r. we wsi Sielczyk pow. Biała Podlaska esesmani ukraińscy z 5 pułku SS „Galizien” wtargnęli na wesele polskie, objedli się i opili i chcieli gwałcić kobiety i dziewczęta, w obronie których stanęła młodzież polska – za co spalili 12 gospodarstw polskich i zamordowali 15 Polaków. 17 kwietnia 1944 r. („ruska” Wielkanoc) we wsi Horodyszcze pow. Tarnopol esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” zamordowali ponad 50 Polaków i ograbili polskie zagrody (“Na Rubieży” nr 26 / 1998).  25  kwietnia 1944 r. we wsi Wicyń pow. Złoczów obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 26 Polaków. 12 i 13 czerwca 1944 r. we wsi Momoty Górne pow. Janów Lubelski esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” razem z Niemcami spalili 29 gospodarstw polskich i zamordowali 19 Polaków. We wsi Pardysówka pow. Biłgoraj: „Trzecia pacyfikacja została dokonana w dniach 22-26 czerwca 1944 roku. 22 czerwca do wsi wkroczyły oddziały Wehrmachtu i SS „Galizien”, zatrzymując wszystkich mieszkańców. Po przesłuchaniu część osób wywieziono do obozu w Zwierzyńcu, a stamtąd do Majdanka, część zaś do powiatu puławskiego. W czasie tej akcji zginęli: Józef Dziuba (lat 49), Tomasz Malec (lat 49), Jan Pardus (lat 17), Jakub Rogowski (lat 57), Franciszek Żmuda (lat 30), Wojciech Żmuda (lat 60).” (Jastrzębski... jw., s. 62).

2 lipca 1944 r. we wsi Majdan Stary pow. Biłgoraj esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” razem z Niemcami zamordowali 65 Polaków. 4 lipca we wsi w mieście Siedlce woj. lubelskie ukraińscy esesmani z SS „Galizien – Hałyczyna” zastrzelili 37 Polaków i wielu poranili. (Konieczny Zdzisław: Stosunki polsko-ukraińskie na ziemiach obecnej Polski w latach 1918 – 1947; Wrocław 2006, s. 221). 24 lipca 1944 r. koło miejscowości Moderówka i Iwonicz woj. rzeszowskie w lesie Grabińskim ukraińscy esesmani z SS „Galizien – Hałyczyna” zamordowali 72 Polaków z więzienia w Jaśle (IPN Rzeszów, S 92/12/Zn). „W poniedziałek, 24 lipca, 1944 roku o czwartej nad ranem, w Lesie Grabińskim, blisko Iwonicza, bandyci z ukraińskiej dywizji SS Galizien, czyli 14. Waffen-Grenadier Division der SS – dowodzeni przez Niemca Engelsteina i Ukraińca Władimira Najdę – zamordowali strzałami w tył głowy 72 Polaków, głównie żołnierzy AK i BCh, przywiezionych do lasu z więzienia w Jaśle: 38 mieszkańców Lubatowej, pochowanych po wojnie we wspólnej mogile przy kościele parafialnym, 3 z Iwonicza, 2 z Krościenka Niżnego, 2 z Brzostka, 2 z Korczyny, 1 z Krosna, 1 z Sanoka, 1 ze Strzeszyna, 2 z Biecza, 20 nierozpoznanych, pochowanych w Iwoniczu.” (Piotr Szubarczyk: Zbrodnia w Lesie Grabińskim; Nasz Dziennik z 24 lipca 2013).

26 lipca 1944 r. we wsi Siemianówka pow. Lwów esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 29 Polaków, natomiast w walce z bojówką UPA poległo 4 Polaków. „Przypuszcza się, że były to (jedna lub dwie) kompanie SS Galizien, ocalałe z rozgromienia na froncie niemiecko-sowieckim pod Brodami. Wraz z żołnierzami SS w akcji brali udział Ukraińcy z sąsiednich wiosek (Ostrów, Piaski, Łany), którzy operowali nazwiskami znanych im Polaków.(Akcja SS Galizien w Siemianówce dnia 26. lipca 1944; zebrał i opracował Edward Zawada; w: http://www.znaczacy.com/akcja-ss-galizien-t831083 ).

28 lipca 1944 r. we wsi Kamionka pow. Miechów żandarmeria niemiecka oraz oddział Ukraińców z Dywizji SS „Galizien” – „Hałyczyna” dokonały pacyfikacji mordując 7 Polaków i paląc 15 zabudowań gospodarczych.  Tego dnia we wsi Przysieka pow. Miechów ci sami oprawcy zamordowali 7 Polaków i spalili 22 zabudowania gospodarcze.

Latem 1944 r. we wsi Myczków pow. Lesko ukraińscy esesmani z SS „Galizien” razem z UPA zamordowali 14 Polaków. Edward Prus w książce Operacja „Wisła” (Wrocław 2006) twierdzi, że „drogę w Bieszczady otwierała UPA kompania dywizji SS „Galizien”, która właśnie skończyła służbę u hitlerowców i stała się sotnią hajdamacką.”

25 września 1944 r. we wsi Jamna pow. Tarnów tuż przed świtem, oddziały 14 dywizji SS-Galizien otoczyły obozowisko partyzantów batalionu AK „Barbara”. Po zaciętej i morderczej walce, partyzantom udało się znaleźć lukę w nieprzyjacielskim pierścieniu. Rano hitlerowski kocioł okazał się pusty, a na pobojowisku było według różnych szacunków od 20 do 60 zabitych oraz od 20 nawet do 100 rannych esesmanów. Bolesne i dotkliwe były również straty partyzantów, ale niewspółmiernie mniejsze (4 zabitych i kilku rannych). Esesmani za pomoc partyzantom spacyfikowali wieś, która płonęła przez noc z 25 na 26 września. Zginęło w tym czasie 57 osób. (http://www.klubpodroznikow.com/relacje/polska-ciekawe-miejsca/1042-jamna ). 23 listopada 1944 r. we wsi Rajbrot pow. Tarnów oddział SS-Galizien zamordował 6 Polaków, 5 partyzantów i 70-letniego starca. 

Po odtworzeniu dywizji SS-Galizien z żołnierzy pułku zapasowego, ukraińskich policjantów i ochotników, niektóre z jej pododdziałów brały udział w tłumieniu powstania słowackiego w okresie od 29 sierpnia do 3 listopada 1944 roku.  

Na przełomie stycznia i lutego 1945 oddziały SS-Galizien zostały przerzucone do północnej Jugosławii (Słowenia) , gdzie użyto je do tłumienia ruchu niepodległościowego. W wyniku poniesionych strat skierowano ją później teren Austrii, celem dalszych uzupełnień. W dniu 27 kwietnia 1945 ukraińscy żołnierze zostali na nowo zaprzysiężeni a dywizja SS-Galizien przeformowana jako 1 SS Dywizja "Hałyczyna" weszła w skład nowo tworzonej Ukraińskiej Narodowej Armii , na czele której stanął SS-Grupenfuhrer Pawło Szandruk. Przed bezwarunkową kapitulacją III Rzeszy, ukraińscy SS-mani znaleźli się w rejonie Klagenfurtu, gdzie generał Pawło Szandruk 7 maja 1945 r. poddał się Amerykanom. Obowiązywało wówczas takie prawo, że - na mocy porozumień ze Związkiem Radzieckim - wszyscy jeńcy, którzy przed wojną mieszkali na terenach polskich, do których po wojnie rościł sobie prawa ZSRR, mieli zostać deportowani i oddani władzom radzieckim. W ZSRR groziła im śmierć albo łagier. Dotyczyło to, oczywiście, także Ukraińców z Galicji, do wojny – obywateli II RP. Generał Władysław Anders postanowił jednak uratować ich przed zemstą Stalina. Nie wiadomo, czym się wtedy kierował. Niemożliwe, by nie dotarły do niego wiadomości o zbrodniach popełnianych na Polakach przez ukraińskich SS-manów. Zgodził się mianowicie spotkać z generałem Szandrukiem, dowódcą Ukraińskiej Armii Narodowej, w szeregach której kryli się mordercy. Owo spotkanie zaowocowało tym, że generał Anders udzielił ochrony prawnej tym Ukraińcom, którzy byli wcześniej obywatelami polskimi. Po prostu – uznał 8 tysięcy żołnierzy tej jednostki za pełnoprawnych Polaków. Tych 8 tysięcy Ukraińców nie zostało dzięki temu deportowanych do ZSRR. Część z nich wyjechała potem do Kanady, część do Wielkiej Brytanii. W czerwcu 1945 r. na rozkaz Andersa zaczęto werbować uratowanych Ukraińców do polskiego wojska we Włoszech. Tym sposobem w szeregi 2. Korpusu Wojska Polskiego wstąpiło 176 byłych żołnierzy Ukraińskiej Armii Narodowej. Być może SS-manów.”  (https://ksi.btx.pl/index.php/publikacje/673-trzecia-lista-andersa-jak-polski-general-ukrainskich-ss-manow-ratowal )

Formacje SS (z wyjątkiem SS-Reiterei) zostały uznane przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za organizację zbrodniczą. W 2001 r. powstał dokumentalny film „SS in Britain”, z którego zdumieni Anglicy dowiedzieli się, że ich sąsiedzi, „spokojni” i „porządni” ludzie, w czasie II wojny światowej zabijali Polaków wraz z Niemcami.

23 stycznia 2001 Rzeszowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej odnalazł w Archiwum Państwowym w Przemyślu cztery teczki, w których znajdowała się lista starosty sanockiego z lat 1943-1944 z 258 nazwiskami żołnierzy ukraińskich z powiatu sanockiego służących w dywizji SS-Galizien.  

Na Wielkim Zjeździe UHWR (Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej), który odbył się w dniach 11 – 15 lipca 1944 roku w leśniczówce koło wsi Sprynia pow. Sambor, na prezydenta Ukrainy wybrany został Kiryło Ośmak, a na jednego z wiceprezydentów o. Iwan Hrynioch. Premierem i Generalnym Sekretarzem ds. Wojskowych został Roman Suchewycz. Prezydent Ośmak został aresztowany już 13 września przez Sowietów i zmarł w więzieniu w 1960 r. Podczas zjazdu UHWR kierownictwo ruchu banderowskiego uznało, iż „jest możliwe zarówno dokończenie czystki jak i wygranie całej sprawy propagandowo. Dlatego z jednej strony bezwzględnie dalej realizowano politykę faktów dokonanych, a z drugiej zawczasu przygotowywano strategie propagandowe, mające nie tylko usprawiedliwić ukraińskie poczynania, ale wręcz odpowiedzialność za nie przerzucić na stronę polską. /.../ Negując możliwość popełnienia przez Ukraińców jakichkolwiek zbrodni wojennych, jednocześnie skrzętnie notowano wszelkie ukraińskie tragedie z zamiarem ich propagandowego wykorzystania. Starano się zbrodniami na Polakach obciążyć Niemców i Sowietów”. (Grzegorz Motyka: Ukraińska partyzantka 1942 – 1960, Warszawa 2006, s. 380). Czy temu zadaniu służyć ma także publikacja B. Huka?  

„Na Wołyniu i w ogóle na Ukrainie zachodniej nie doszło do działań ujmowanych jako „akcja antypolska”, „mordy na Polakach”, ani jeden Polak nie został zabity dlatego, że był Polakiem. Konstrukcja „mordy na Polakach” stanowi kalkę z ujęcia „mordy na Żydach”, ponieważ podczas II wojny światowej Żydzi mieli być unicestwiani ex definitione, a słowo „Żyd” miało wywoływać bezwarunkową reakcję zabijania. Esencjalizacja Polaków, utworzenie z nich odrębnej absolutnej kategorii etycznej, pozbawionej kontekstu innego jak narodowy, co widoczne jest w formule „mordy na Polakach”, niesie za sobą ważkie następstwa, bowiem jeśli Polacy są afirmowani przez historiografię jako jedyni ludzie zamieszkujący Wołyń, to ich zabójcy Ukraińcy stają się negacją człowieczeństwa. Rzecz jasna odsyła to do nadużyć antropologicznych tkwiących w opozycji Żyd człowiek jako taki – Niemiec antyczłowiek jako taki oraz stanowi nieuprawnioną próbę użycia dla własnych celów niezbyt klarownego fragmentu dyskursu żydowsko-niemieckiego.” (s. 195 – 196)

Czy Żydzi „są afirmowani przez historiografię jako jedyni ludzie zamieszkujący Wołyń”? Jeżeli byli nimi Polacy, to skąd się wzięli „ich zabójcy Ukraińcy”, którzy „stają się negacją człowieczeństwa.”? Na czym polega to nadużycie  antropologiczne tkwiące „w opozycji Żyd człowiek jako taki – Niemiec antyczłowiek„ z „niezbyt klarownego fragmentu dyskursu żydowsko-niemieckiego.” Jak można ludobójstwo i Holokaust sprowadzać do tak groteskowych tez?!  

 

„W przypadku walki Ukraińców i Polaków należy wziąć pod uwagę czynnik ciała i przypisywane mu znaczenia, a zatem zastanowić się nie tylko nad tym, kogo, ale i co likwidowano poprzez śmierć zadawaną ciału człowieka. Eliminacja ciała była środkiem do osiągnięcia celu i fundamentalnym spełnieniem się wyobraźni kulturowej zabójcy, dlatego że ciało było częścią polityki i w ogóle szerokiego porządku społecznego.” (s. 196)

  1. Huk w swojej sofistyce historiograficznej zdołał przekroczyć nawet tezy bolszewików Związku Sowieckiego i nazistów III Rzeszy. Zarówno pierwsi jak i drudzy dążyli do zlikwidowania Państwa Polskiego przez eksterminację jej elit; bolszewicy w 1920 roku szli na podbój Europy z hasłem „po trupie białej Polski” likwidując „burżujów i wyzyskiwaczy” a w 1939 roku „nieśli wolność uciskanemu narodowi ukraińskiemu” także poprzez eksterminację jej elit (gdzie symbolem jest Katyń) oraz „kułaków” (gdzie symbolem jest Sybir); III Rzesza w tym celu prowadziła Intelligenzaktion i akcję „AB”. Ukraińcy likwidowali „tylko” ciało, gdyż jego „eliminacja” „była środkiem do osiągnięcia celu i fundamentalnym spełnieniem się wyobraźni kulturowej zabójcy, dlatego że ciało było częścią polityki i w ogóle szerokiego porządku społecznego.”  Bo „poprzez śmierć zadawaną ciału”, które należało głównie do polskiej kobiety i dziecka, zabijano Państwo Polskie! Huk Pisze dalej: „ A zatem Polacy byli zabijani nie ze względu na swą polskość, ale ze względu na państwo, które w taki czy inny sposób towarzyszyło ich fizycznej obecności na Ukrainie. Zadawanie śmierci stanowiło wyraz kategorycznej niezgody Ukraińców nie na ich fizyczną polskość jako Polaków, a na państwo polskie, ponieważ urzeczywistniane poprzez osoby Polaków-państwowców niosło ono Ukraińcom śmiertelne zagrożenie w przyszłości.” Zaiste, jest to szatańska sofistyka: Państwo Polskie nie istnieje, jego terytorium okupuje III Rzesza Niemiecka i nie ma żadnej perspektywy, by wróciło na Wołyń i Podole, ale sterroryzowane , głodujące i stanowiące mniejszość etniczną chłopstwo polskie „niosło Ukraińcom śmiertelne zagrożenie w przyszłości.” Tymczasem rozkazy OUN mówią jednoznacznie: „Dowódca I Okręgu Wojskowego „Turiw” - Jurij Stelmaszczuk ps. „Rudyj” do „Rubana”: „(...) Druże Ruban, przekazuję do Waszej wiadomości, że w czerwcu przedstawiciel centralnego Prowodu OUN dowódca UPA - „Piwnicz” Kłym Sawur przekazał mi tajną dyrektywę w sprawie całkowitej fizycznej likwidacji ludności polskiej. Dla wykonania tej dyrektywy proszę rzetelnie przygotować się do tych akcji przeciw Polakom, i wyznaczam odpowiedzialnych: w rejonach nadbużańskich – kurinnego „Łysoho”; na rejon turzyski, owadnowski, oździutycki - „Sosenka”; na okręg kowelski - „Hołobenka”. Sława Ukraini. 24 czerwca 1943 r. Dowódca grupy UPA „Turiw” - „Rudyj”.  (Archiwum SBU Obwodu Wołyńskiego. fond. Nr 11315. t.1. cz.2. sprawa H, s. 28).  6 kwietnia 1944 roku Myrosław Onyszkewycz „Orest”: „Rozkazuję Wam niezwłoczne przeprowadzenie czystki swojego rejonu z elementu polskiego oraz agentów ukraińsko-bolszewickich. Czystkę należy przeprowadzić w stanicach słabo zaludnionych przez Polaków. W tym celu stworzyć przy rejonie bojówkę, złożoną z naszych członków, której zadaniem byłaby likwidacja wyżej wymienionych. Większe nasze stanice będą oczyszczone z tego elementu przez nasze oddziały wojackie nawet w biały dzień. /.../ Oczyszczenie terenu musi być zakończone jeszcze przed naszą Wielkanocą, żebyśmy świętowali ją już bez Polaków. /.../ Wydobyć broń. Śmierć Polakom. Postój, 6 kwietnia 1944 roku. Sława herojom! Orest, Karat (-)” Rozkaz ten znajduje się w aktach śledztwa przeciwko Myrosławowi Onyszkewyczowi. 10 lipca 1944 r. dowódca UPA w Galicji Wschodniej Wasyl Sydor „Szelest”, wydał rozkaz: „ciągle uderzać w Polaków aż do wyniszczenia ich do ostatniego z tych ziem”.   

Prof. Ryszard Szawłowski znany jest w środowisku naukowym jako twórca tzw. kwalifikowanej koncepcji ludobójstwa. Zaproponował na jego określenie łaciński termin GENOCIDUM ATROX - genocyd okrutny, okropny, dziki, straszny. Prof. Szawłowski stwierdził, że początki ludobójstwa ukraińskiego na Polakach objawiły się już w momencie sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939r. na terenie województw: lwowskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego i wołyńskiego. Podaje on krótkie porównanie ludobójstwa ukraińskiego na Polakach z ludobójstwem niemieckim i sowieckim.
Po pierwsze: ludobójstwo ukraińskie realizowało się wyłącznie w postaci niezwłocznej eksterminacji fizycznej (wymordowania) – „tam i wtedy” – wszystkich Polaków, od niemowląt i starców. Pod tym względem porównywalne jest ono tylko z niemieckim ludobójstwem na Żydach, lecz nie na Polakach. Żadnych obozów koncentracyjnych u Ukraińców siłą rzeczy nie było. Tymczasem ta forma ludobójstwa – szeroko stosowana przez Sowietów i Niemców – umożliwiała jednak, jak się okazało, dość licznym więźniom uratowanie życia.

Po drugie: ludobójstwo ukraińskie połączone było z reguły ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur. Chodzi tu o sięgające XVII i XVIII wieku tradycje hajdamackie (powstanie Chmielnickiego i koliszczyznę), stosowane już wtedy rąbanie ofiar siekierami, wrzucanie rannych do studzien, wleczenie koniem, wydłubywanie oczu, wyrywanie języków itp. Takich barbarzyńskich czynów Niemcy, a nawet Sowieci (z reguły) nie dokonywali. Oczywiście było bicie i często bestialskie znęcanie się w czasie śledztw oraz w obozach koncentracyjnych, ale nie miało miejsca mordowanie połączone z obcinaniem czy wyrywaniem części ciała, przepiłowywaniem, rozpruwaniem brzuchów i wywlekaniem wnętrzności itp.  

Po trzecie, o ile ludobójstwa niemieckie i sowieckie były dokonywane wyłącznie przez "wyspecjalizowane" zbrodnicze formacje mundurowe, inaczej było, jeśli chodzi o ludobójstwo ukraińskie. W tym przypadku obok dominującej banderowskiej Ukraińskiej Powstańczej Armii, zwłaszcza w większych ludobójczych akcjach, uczestniczyły również w dziesiątki tysięcy lokalnych ukraińskich chłopów, w tym tzw. SKW (formalnie wiejskie oddziały "samoobrony", które jednak w praktyce stanowiły siły pomocnicze UPA w ludobójstwie na Polakach), sąsiedzi, bandy uzbrojone w siekiery, widły itp. W dodatku towarzyszyły im czasem kobiety, wyrostki, a nawet dzieci ukraińskie, zajmujące się masowym rabunkiem mienia, podpaleniami i dobijaniem rannych Polaków. 

Po czwarte, osobnej wzmianki wymaga zjawisko szczególnie zbrodniczego podejścia do małżeństw mieszanych polsko-ukraińskich. W takich mianowicie przypadkach ukraińscy ludobójcy nierzadko mordowali całe rodziny, łącznie z dziećmi (!), lub dochodziło do mordu na polskim współmałżonku. Mało tego, niekiedy pod groźbą kary śmierci zmuszali ukraińskiego męża czy nawet ukraińską żonę do własnoręcznego zamordowania polskiego współmałżonka (!). Takie barbarzyństwo nie miało, w podobnych sytuacjach małżeństw mieszanych (np. polsko-rosyjskich), nigdy miejsca u Sowietów lub w przypadku małżeństw niemiecko-żydowskich u Niemców. U tych ostatnich w przypadku małżeństw mieszanych niemiecko-żydowskich (mimo quasi-totalnej Ausrottung niemieckich Żydów) większość owych par, choć mocno szykanowanych i doprowadzanych do stanu głodowego, jednak przetrwała do końca wojny.

Aleksander Korman opracował zestawienie 362 metod tortur stosowanych przez UPA na Polakach. Stanowią one tylko przykłady i nie obejmują pełnego zbioru, stosowanych przez terrorystów OUN-UPA metod pozbawiania życia – polskich dzieci, kobiet i mężczyzn. Pomysłowość tortur była nagradzana. Sprawcy tortur i okrucieństw – tj. terroryści OUN-UPA – urządzali niekiedy makabryczne sceny, aby drwić i szydzić z ofiar. Na przykład: tułów z obciętymi rękami i nogami oraz obciętą głową ofiary, układali na „siedząco” pod ścianą zewnętrzną domu mieszkalnego, wystawiając je na publiczne „pośmiewisko”. Czasami, rozwieszali jelita ofiary na ścianie wewnątrz izby z ukraińskim napisem – „Polska od morza do morza”. Częstokroć, po dokonanej rzezi Polaków jeździli banderowcy powozem po wsi śpiewając i wiwatując przy akompaniamencie harmonii. Znany jest również przypadek zamordowania furtiana w kościele i obcięcia mu głowy oraz naigrywania się w ten sposób, że tułów banderowcy podparli z przodu i z tyłu ławką, a do rąk złożonych jak do modlitwy włożyli jego własną głowę. W innym przypadku, odrąbaną głowę ofiary dawali ukraińscy terroryści dzieciom do zabawy – kopania jej jak piłkę. Tortury psychiczne zadawane były na przykład rodzicom zmuszonym do oglądania szczególnie wymyślnych tortur zadawanych ich dzieciom lub dziecku. (Aleksander Korman „Stosunek UPA do Polaków na ziemiach południowo-wschodnich II Rzeczypospolitej”, Wrocław 2010. Jan Młotkowski „W XX wieku w Europie torturowano za wyznanie rzymskokatolickie”, Poznań 2007)

 

„Konstrukcje „akcja antypolska”, „mordy na Polakach”, jak również ich prosta negacja stanowią świadome lub nieświadome uproszczenie historyków polskich i ukraińskich, które sprowadza wszelkie analizy do wykazywania, która narodowość posiada wyższy status kulturowy, ale to prowadzi donikąd.” (s. 196 – 197)

Dość ciekawa konkluzja Huka: „która narodowość posiada wyższy status kulturowy” - ta, która pada ofiarą ludobójstwa, czy ta, która jest sprawcą tego ludobójstwa? Klarownie na ten temat wypowiedział się dr Wiktor Poliszczuk, trzeba go czytać i nie pisać bzdur. Oczywiście, konstrukcje „akcja antypolska”, „mordy na Polakach” stanowią nie tyle „uproszczenie historyków polskich i ukraińskich”, ale są kłamstwem, albowiem było ludobójstwo okrutne, dzikie, straszne. Wiosną 2017 roku władze ukraińskie wprowadziły zakaz ekshumacji i upamiętnień polskich ofiar na Ukrainie  Wiceprezes IPN prof. Krzysztof Szwagrzyk podkreślił, że "to strona ukraińska, bezpodstawnie zupełnie samodzielnie", bez uzgodnienia ze stroną polską zabroniła prac poszukiwawczych na terenie państwa ukraińskiego. "Ukraina jest jedynym państwem na świecie, które nam tego zabrania wprost, nawet nie utrudnia, tylko zabrania" - powiedział Szwagrzyk. Do dziś, z kilkuset miejsc, gdzie wymordowano Polaków, przebadano jedynie 5 procent. To pokazuje skalę działań, które musimy wykonać tylko na Wołyniu. A gdzie ofiary wojno polsko-bolszewickiej, gdzie ofiary działań wojennych lat 1939-45? Skala wyzwań jest ogromna" – mówił. (https://dzieje.pl/aktualnosci/wiceszef-ipn-ze-strony-ukrainy-ws-zakazu-ekshumacji-padlo-wiele-slow-ale-wazne-sa-fakty

 

„Olbrzymie znaczenie logiki państwowości wyobrażonej wpisanej w działania obydwu stron obecna jest dziś także w historiografii polskiej, która krytykuje zabójstwa Polaków dokonywane przez UPA nie ze względu na wymiar etyczny tychże aktów, a ze względu na to, że pragnie zanegować stojące za UPA państwo ukraińskie. Gdyby nie projekt państwowy kojarzony bezbłędnie z UPA, polskie ofiary byłaby dziś traktowane podobnie, jak ofiary powstań kozackich, które postrzegano jako rewoltę wprawdzie krwawą, ale niezdolną do powołania państwa kosztem Korony Polskiej. To dlatego dzisiejsza polska krytyka wpisuje UPA w kontekst współczesnego państwa Ukraina, zamiast stanowić akt refleksji nad przeszłością.”  (s. 198)

Huk nie zna, czy nie potrafi zrozumieć historiografii polskiej? Krytykuje ona ludobójstwo okrutne dokonane na ludności polskiej przez nacjonalistów ukraińskich właśnie ze względu na wymiar etyczny „tychże aktów”. I nie jest w stanie zrozumieć tego bezmiaru okrucieństwa zadanego w większości bezbronnym kobietom i dzieciom, które stanowią około 80 procent ofiar, zadanego przez obecnych „bohaterów narodowych Ukrainy”. Jest to, niestety, „kontekst współczesnego państwa Ukraina, zamiast stanowić akt refleksji nad przeszłością.”

 

„W kontekście dzisiejszej polskiej pamięci o Wołyniu zastanawiające jest to, że zapomnieniu uległy takie tragedie, jak Koliszczyzna, Rabacja, pogromy 1917–1918 r. na Prawobrzeżu, „hajdamackie okrucieństwa” 1918–1919 w Galicji. Wszystkim towarzyszyło niewypowiedziane okrucieństwo, a mimo to „ofiary” wracały, aby żyć na miejscu zbrodni dokonanej rok czy dwa wcześniej na ich bliskich. Przyczyną zapomnienia było wtedy to, że prawo własności na terenie kolonii nadal znajdowało się w rękach Polaków. Chłopi nie mogli go znieść – musieliby uderzyć na Warszawę.” (s. 198)

Fakt, ludobójstwo wołyńsko-halicko-lubelsko-podkarpackie w dużej mierze „zasłoniło” poprzednie zbrodnie, w tym „hajdamackie okrucieństwa” 1918-1919 w Galicji. A także te z 1939 roku. Ukraińcy „uderzyli na Warszawę”.  W pamięci warszawiaków na zawsze zostanie zbrodnicza ukraińska kompania policyjna stacjonująca w gmachu gestapo przy alei Szucha. W pierwszych dniach powstania owych 150 żołdaków z kompanii grupy bojowej Schutzpolizei próbowało ukryć się w prywatnych mieszkaniach, których mieszkańców dosłownie wyżynano. Trudno się więc dziwić, że powstańcy niechętnie brali do niewoli złapanych ukraińskich morderców w mundurach SS. Podobnie postępowano z ukraińskimi wartownikami z Pawiaka.

W dniach 4 – 23 września w Warszawie w walkach z powstańcami oraz w mordach dokonywanych na ludności cywilnej udział wziął Ukraiński Legion Samoobrony. W ostatnich dniach sierpnia 1944 roku 2 sotnie ULS (nazywany także Legionem Wołyńskim, w nomenklaturze niemieckiej występujący jako 31 batalion SD – Sicherheitsdienst) , liczące od 219 osób (wg źródeł niemieckich) do 400 osób (wg źródeł polskich i niektórych ukraińskich), przegrupowane zostały z Bukowej Góry koło Miechowa do Warszawy. Do walki weszły co najmniej 4 września ponosząc w tym dniu największe straty (ogólnie większość poległych pochodzi z okresu 4 – 9 września). Wynika to z pisma SS Oberscharführera Gustava Raulinga z 12 października 1944 r. informującego o stratach ULS w Warszawie (Marcin Majewski: Przyczynek do wojennych dziejów Ukraińskiego Legionu Samoobrony (1943-1945), w: „Pamięć i sprawiedliwość”, nr 2//8/ 2005, s. 318). Działając na Powiślu i Czerniakowie przeciwko Zgrupowaniu „Radosław” i Zgrupowaniu „Kryska” oraz desantowanym oddziałom 9 Pułku Piechoty 3 Dywizji Piechoty z 1 Armii WP stracił od 25 do 30 poległych. Dowódcą był płk Petro Diaczenko, a razem z nim w walkach brał udział jego syn chor. Jurko. Od 24 września legion stacjonował na skaju Puszczy Kampinoskiej działając przeciwko polskim partyzantom i pacyfikując pobliskie wsie, np. 24 września wieś Zaborówek (2 osoby zabite i aresztowanych 49, których rozstrzelaniu zapobiegli… gestapowcy). Pomiędzy 27 września a 1 października ULS wziął udział w operacji „Sternschnuppe” skierowanej przeciwko zgrupowania AK „Kampinos”. Na początku października grupa Diaczenki powróciła do Miechowa.

Jeśli Ukraińców było tylko 7,5% wśród żołnierzy garnizonu niemieckiego w Warszawie, to wówczas ci żołdacy mają na swoim sumieniu 1350 zabitych i 375 ciężko rannych powstańców, 15 000 – zamordowanych cywilów i zniszczonych całkowicie 780 budynków” (Marian Kałuski: „Udział Ukraińców w zdławieniu Powstania Warszawskiego”; w: http://kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/udzial-ukraincow-w-zdlawieniu-powstania-warszawskiego ). Do tej pory nacjonaliści ukraińscy i ich poplecznicy zaprzeczają udziałowi Ukraińców w rzezi Warszawy podczas powstania.  Twierdzą też, że świadkowie mylili Rosjan (a nawet Kałmuków ! – jak określano Azerów i Turkmenów) z Ukraińcami. Tymczasem dorośli Warszawiacy (co najmniej od 40 roku wzwyż) dobrze znali język rosyjski, gdyż znajdując się pod zaborem rosyjskim uczyli się w szkole w tym języku oraz posługiwali w urzędach, nie mogli więc mylić go z językiem ukraińskim. To po pierwsze. Drugi fakt jest taki, że w Warszawie znajdowało się bardzo dużo uciekinierów z Kresów Wschodnich, z Wołynia i Podola, którzy nie tylko znali, ale umieli posługiwać się językiem ukraińskim, w tym specyficznymi odmianami, po których można było odróżnić Ukraińca z Wołynia od Ukraińca z Małopolski Wschodniej. Ukraińcy wzięci do niewoli byli przed rozstrzelaniem (poza nimi rozstrzeliwano jeszcze esesmanów) przesłuchiwani, stąd było wiadome, skąd pochodzą, czy z Ukrainy sowieckiej (zza Zbrucza), czy są obywatelami polskimi narodowości ukraińskiej z kresów polskich (znajdujących się oficjalnie od 1939 roku do 1945 roku pod okupacją sowiecką). W wydawanej podczas Powstania Warszawskiego gazecie „Walka Śródmieścia”, z dnia 17 sierpnia 1944, w artykule „Hajdamaczyzna w Warszawie” pisano: „Codzienne komunikaty z walk na ulicach Warszawy, zawierają pewną stalą informację, notowaną przez prasę jakby mimochodem, bez komentarza, – choć krzyczy ona wprost o to, by się nią bliżej zająć. Chodzi o „owocną” kolaborację ukraińców z niemcami (tak jest napisane w oryginale! – przyp. S. Ż.) w walce Polaków o prawo do własnego narodowego życia, chodzi o codziennie dokonywane przez „braci słowian” ohydne mordy na bezbronnej ludności polskiej, grabieże i podpalenia, – chodzi wreszcie o specyficzne rozbestwienie ponurego hajdamaki z karabinem w ręku, a nożem za cholewą. Mimo woli nasuwa się pytanie niezorientowanemu: Skąd ta nienawiść? Czego chce „rezun’ spod Stanisławowa w Warszawie?”. Jest faktem, że jako samodzielna jednostka ukraińska, w tłumieniu Powstania Warszawskiego brał udział Legion Ukraińskich Nacjonalistów. Natomiast kilka tysięcy Ukraińców (prawdopodobnie około 2 – 2,5 tysiąca) znalazło się w pułku Brygady RONA, pułku Oskara Dirlewangera oraz w jednostkach policyjnych i kozackich. Np. w składzie 34. policyjnego pułku strzeleckiego znajdował się jeden batalion niemiecki oraz dwa bataliony niemiecko-ukraińskie. Angielski historyk Martin Windrow w swej pracy „The Waffen-SS” (London 1984) pisze: „w skład Brygady Kamińskiego wchodziło 6500 renegatów i morderców, głównie Ukraińców”. Łączny udział Ukraińców w tłumieniu powstania mógł wynosić nawet około 10% sił niemieckich. Obydwa pułki zapisały się najbardziej złowrogo w pamięci ludności Warszawy, RONA na Ochocie a Dirlewangera na Woli i Starym Mieście. Potworne gwałty dokonywane na dziewczętach i kobietach, masowe egzekucje wszystkich cywilnych mieszkańców, grabieże, palenie i burzenie domów i kamienic na zdobywanym terenie – to był ich „szlak bojowy”.

W 1965 r. Marek Hłasko, urodzony 14 stycznia 1934 r., wspominał: „I nie uwierzyłaby chyba również i w to, że widziałem w czterdziestym czwartym roku w Warszawie, jak sześciu Ukraińców zgwałciło jedną dziewczynę z naszego domu, a potem wyjęli jej oczy łyżką do herbaty; i śmiali się przy tym, dowcipkowali...".

Pozostała w Miechowie sotnia „Makucha” ULS we wrześniu przeczesywała rejon Nowy Sącz–Krynica–Czorsztyn. Wielkość strat polskich nie jest znana, ponieważ historycy polscy do tej pory nie zainteresowali się tym tematem. Następnie przegrupowała się do Targowiska koło Kłaja. Tu z Miechowa dołączyła reszta legionu. Jednocześnie kontynuowano działania przeciwko polskiej partyzantce. Jeszcze 12 stycznia 1945 r. doszło do starć w okolicach Zakopanego. Wiesław Tokarczuk podaje, że prof. John Paul Himka, historyk amerykański pochodzenia ukraińskiego, w opracowaniu “The Organization of Ukrainian Nationalists, the Ukrainian Police, and the Holocaust” zamieścił informację: „Wołodymyr Panasiuk z Rafałówki w obwodzie Równe, walczył w Warszawie, („powstaniec” ukraiński z powstańcami polskimi), miał wtedy 23 lata. Przedtem – w 1941 roku był milicjantem w OUN-owskiej milicji, złożył przysięgę rządowi Bandery, w latach 1942-1943 brał czynny udział w Holokauście jako policjant ukraiński w służbie niemieckiej, w 1944 roku został przeniesiony do Sonderkommando pod rozkazami SS i SD. W Sonderkommando SS walczył z polskimi partyzantami w powstaniu warszawskim. Nosił ukraińskie godło narodowe, trójząb (tryzub), na swoim mundurze” ( USHMM RG 31.018M, reel 20; Upravlinnia Sluzhby Bezpeky Ukrainy v Rivens’kii oblasti, no. 19090, t. 1, ffl. 9, 16, 16v, 17 and , t. 3, ff. 3, 3v, 100, 101.; za: Wiesław Tokarczuk [mailto:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.], Tuesday, May 01, 2012 9:24 PM). Historyków polskich musi więc wyręczać historyk pochodzenia ukraińskiego.

Ukraińcy „uderzyli” także na warszawskie getto (335 strażników), oraz np. na Bełżec (130 strażników), Treblinkę (120 strażników), Sobibór (120 strażników), Majdanek (dwa bataliony, które zasłynęły ze skrajnego okrucieństwa wobec więźniów).

 

„Przydatna okazała się tu także figura Chrystusa jako metafizycznego odkupiciela ofiar realnych kresów. W rękach hierarchii i duchowieństwa Kościoła polskiego stała się ona środkiem przeniesienia i transformacji zbrodni dokonywanych na ziemi w przestrzeń odkupienia. Ofiara z Chrystusa sprawowana w kościołach pozwalała nie dostrzegać ofiary z ludzi lub pozostać na nią obojętnym”. (s. 200 – 201)

W opracowaniu „Prawne i liturgiczne przesłanki przerwanej oraz niedokończonej Mszy Świętej” (Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne. Rok XI 2012 nr 1) poruszony został problem przerwanych Mszy Świętych 11 lipca 1943 roku w wyniku napaści podczas ich sprawowania na zgromadzoną ludność polską oraz celebrujących ją kapłanów. „Nas, potomnych, wciąż nurtują pytania: dlaczego mordercy wybrali miejsce i czas przeznaczony na spotkanie człowieka z Bogiem w Eucharystii? Dlaczego ci, którzy dopuszczali się tych odrażających czynów nie czekali, aż spełni się do końca eucharystyczna ofiara, przecież oprawcami byli również chrześcijanie, grekokatolicy i prawosławni, którzy rozumieli, czym jest intencja oraz liturgia Mszy św.? Dlaczego podsycali nienawiść i zachęcali do zbrodni także kapłani obrządków wschodnich, ci, którzy sprawowali czynności liturgiczne i sakralne? Dlaczego w obszarze świątynnego sacrum dopuszczano się czynów profanum, bezczeszczących konsekrowane Postacie, a przede wszystkim mordów na katolikach, często znajomych i sąsiadów swoich katów? Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć dzisiaj na tak sformułowane pytania, albowiem jest to niezwykle złożony problem, który wymaga poruszenia licznych kwestii i wątków dotykających studium zła oraz ludzkiej nienawiści uwarunkowanej sytuacją polityczną i ekonomiczną czasów wojny wymierzonej przeciwko wszystkiemu, co kojarzyło się z Polską.  /…/ Przypatrując się zasadom, jakimi kierowano się przy celebrowaniu Eucharystii, zwłaszcza w aspekcie niedokończonych Mszy św., możemy dzisiaj próbować  zrozumieć, dlaczego w chwili zagrożenia życia kapłan wraz z wiernymi zgromadzonymi wokół ołtarza Pańskiego pozostawali razem w swoich świątyniach, trwając na modlitwie. Należy również wziąć pod uwagę okoliczność, że ludność łudziła się, że może czuć się bezpiecznie wewnątrz kościołów, gdyż banderowcy wyznania greckokatolickiego, będący w łączności ze Stolicą Apostolską, nie posuną się do tego, aby dokonać profanacji kościołów i kaplic, tym bardziej dokonując w nich rzezi. Dotychczas istniało przeświadczenie, że kościoły były miejscem azylu. Niestety, okrucieństwa wojny udowodniły, że zło i bestialstwo ludzkie dosięgło również domów Bożych, w których dokonywał się dramat męczeńskiej śmierci licznych wiernych.”  (www.perspectiva.pl ). 
Gdy ordynariuszem diecezji łuckiej w 1998 r. został biskup Marcjan Trofimiak, rozpoczął coroczne odprawianie w drugą niedzielę lipca w katedrze, a następnie we wszystkich kościołach diecezji, specjalnej mszy żałobnej za ofiary zbrodni wołyńskiej, umieszczając jednocześnie w katedrze liczbę drewnianych krzyży równą rocznicy tej tragedii i dodając co roku kolejny krzyż. W 2010 roku w katedrze łuckiej urządzono symboliczny cmentarz, ponieważ na żadnej z mogił ofiar tej tragedii do dziś nie ustawiono krzyży. W obchodach 67. rocznicy zbrodni wołyńskiej nie wzięli udziału przedstawiciele Kościoła greckokatolickiego ani władz ukraińskich. „Nie wiemy dotąd, gdzie spoczywa 14 kapłanów diecezji łuckiej ani w jakich okolicznościach zginęli” - mówi dr Popek. „Na ich mogiłach w dalszym ciągu nie ma krzyży. Najczęściej są to mogiły zbiorowe, w których księży grzebano razem z wiernymi. Często porastają je lasy albo wypasa się bydło, jeśli są to tereny, na których rozpościerają się kołchozowe łąki. W Hrynowie, gdzie zginęło ok. 200 osób, w tym także ksiądz, gdy byłem tam 2 lata temu, rosły buraki.” (Adam Kruczek, „Niedokończone Msze wołyńskie’, „Nasz Dziennik” z 10-11 lipca 2010). Na KUL-u w listopadzie 2011 roku. ks. bp Marcjan Trofimiak powiedział: „Dlaczego w niedzielny poranek 11 lipca 1943 roku brat podniósł rękę na brata?! Dlaczego znów przelała się krew niewinnych ofiar?! Dlaczego?! Odpowiedzi nie ma, bo to jest mysterium iniquitatis - tajemnica zła, zła, które nie poddaje się żadnemu racjonalnemu wytłumaczeniu, zła, które wykracza poza wszelkie ludzkie pojęcia. Z tą tajemnicą zmierzyć się może jedynie tajemnica przeogromnej Bożej miłości, która zaprowadziła Jego jedynego Syna na szczyt Golgoty. Niech, więc w tym dniu unoszą się ku niebu modlitwy za wszystkie ofiary tej straszliwej tragedii, za wszystkich, którzy opłakują swoich bliskich. Modlimy się także za tych, którzy w swoim zaślepieniu, podeptawszy przykazania Boże i Chrystusową naukę o miłości, podnieśli rękę na brata. Boże, przebacz im” – pisze ks. bp Marcjan Trofimiak w liście pasterskim z okazji 65. rocznicy tragicznych wydarzeń na Wołyniu” („Gazeta parlamentarna”: Niedokończone msze wołyńskie”, 12 listopad 2011).  Kolejna międzynarodowa konferencja naukowa „Niedokończone msze wołyńskie”, odbyła się w Krakowie w dniu 24 lutego 2012 roku. Podczas konferencji podkreślano, że w czasie II wojny światowej duchowieństwo poniosło największe straty. Szacuje się, że w tym czasie 1/3 osób duchownych zginęła. Dr Leon Popek podkreślił, iż Kościół w ciągu 600 lat nie poniósł takich strat, jak w 1943 r. z rąk pobratymców. Jedną z ofiar był ks. Ludwik Wrodarczyk, którego proces beatyfikacyjny rozpoczął się niedawno. Na konferencji postać ks. Wrodarczyka przybliżył jego siostrzeniec ks. Ludwik Kieres. „Jako młody ksiądz został wysłany do parafii Okopy. Miłość do Chrystusa dała mu wewnętrzną siłę, by bronić tamtejszego Kościoła. Ks. Ludwik wiele godzin spędzał na modlitwie, leżąc krzyżem przed Najświętszym Sakramentem. Pomagał Żydom, za co Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem uhonorował go medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Służył wszystkim, także grekokatolikom i prawosławnym, Żydom i Niemcom. Zginął śmiercią męczeńską – wyrwano mu serce”.  Dr Leon Popek wyraził żal, że polskie instytucje zobowiązane do opracowywania tych tematów – są spóźnione, a tak wielu naocznych świadków tamtych wydarzeń odchodzi i zabiera do grobu swoje dramatyczne przeżycia. Apelował też o bardziej intensywne działania w celu upamiętnienia możliwie najwięcej mogił. Tylko na Wołyniu znajduje się około dwa tysiące miejsc, gdzie w nieoznaczonych zbiorowych mogiłach leżą szczątki zamordowanych Polaków – ofiar czystki etnicznej. „A teraz – jak słusznie mówi ks. Isakowicz-Zaleski – dokonuje się jakby druga zbrodnia, że tych tysięcy zabitych, którzy leżą w nieoznaczonych  mogiłach, w lasach, na łąkach, nie można ekshumować i po katolicku pochować. Na Wołyniu było 2 tysiące miejscowości, gdzie Polacy żyli i zginęli – a tylko 130 miejsc zostało dotychczas upamiętnionych jakimś znakiem: krzyż, kamień, a czasem po prostu ktoś pojechał, uciął gałąź i postawił krzyż z patyka. Dlaczego ci nasi rodacy do tej pory nie mają krzyża na mogile? Od dwóch lat namawiam Karmelitów, żeby postawili krzyż w Wiśniowcu Nowym, gdzie w krzakach na cmentarzu leży w nieoznaczonej zbiorowej mogile 200 osób razem z dwoma zakonnikami. Potrzebne jest wsparcie ze strony społeczeństwa, państwa i Kościoła. – powiedział dr Leon Popek (Jacek Borzęcki: ”Dokonuje się jakby druga zbrodnia”; w:  www.kresy.pl, 7 marca 2012).  „Znów zaskakująca decyzja Watykanu. Papież Benedykt XVI przyjął rezygnację 65-letniego bp Marcjana Trofimiaka z Łucka na Wołyniu, rodem z Kozłowej na Tarnopolszczyźnie., bardzo zasłużonego dla upamiętnię księży i wiernych, którzy zginęli na Kresach II RP. Jednocześnie mianował administratorem apostolskim tej diecezji bp. Stanisława Szyrokoradiuka, sufragana diecezji kijowsko-żytomierskiej. Jako powód dymisji został podany paragraf 2. kanonu 401 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który stanowi: „Usilnie prosi się biskupa diecezjalnego, który z powodu choroby lub innej poważnej przyczyny nie może w sposób właściwy wypełniać swojego urzędu, by przedłożył rezygnację z urzędu”. Niezależnie od tego jakie [były] przyczyny zastosowania tego paragrafu bp. Trofimiakowi należą się słowa uznania za jego działalność” (Redakcja Fronda.pl Kategoria: Kościół 26 lipca 2012). 24 lipca 2012 r. Benedykt XVI przyjął rezygnację, złożoną przez 65-letniego bp. Marcjana Trofimiaka z urzędu ordynariusza diecezji łuckiej. W Zamłyniu pow. Luboml ksiądz Jan Buras jako wikariusz generalny diecezji łuckiej na Wołyniu postanowił zorganizować Centrum Integracji  „pomiędzy ludźmi różnych narodów, kultur, tradycji religijnych”. W wywiadzie udzielonym ks. Janowi Zimnemu powiedział m.in.: „Właśnie w miejscu, gdzie w przeszłości wydarzało się wiele zła (czas II wojny światowej a szczególnie rok 1943), postanowiłem zorganizować dzieło, które będzie promieniować dobrem. Miejsce to stwarza doskonałe warunki do realizacji zamierzonego celu. Położone jest bowiem na pograniczu Polski i niedaleko granicy z Białorusią. Oprócz tego na Wołyniu chrześcijaństwo ma wymiar wieloaspektowy, jest kościół prawosławny jako dominujący, kościół greckokatolicki oraz kościół rzymsko-katolicki oraz kościoły protestanckie. A więc cel integrowania narodów bardzo dobrze wpisuje się w to środowisko. Ponadto nie ukrywam, że w dalszym etapie realizacji projektu, będzie stworzenie Domu Pogodnej Starości, aby poszerzyć działalność tej inicjatywy. Są też w planie dalsze projekty mające wymiar międzypokoleniowy i międzynarodowy. /.../ W trakcie pobytu w ramach programu była m.in. codzienna Msza święta odprawiana w obu obrządkach, czyli prawosławnym i łacińskim. Chcieliśmy w ten sposób także duchowo integrować wspólnoty, które mają odmienny obrządek, ale przecież mają tego samego Boga, i w miłości mamy żyć razem. Jestem przekonany, że z czasem będzie tu realizowanych wiele programów, różnymi metodami, wypełniając różne zadania, realizując pożyteczne cele zarówno religijne, społeczne, kulturalne, charytatywne.  /…/ Ufam głęboko, że to dzieło spełni moje marzenia i nadzieje, podzielane także przez wielu mieszkańców tej ziemi, by budować jedność narodów, jak to czynili choćby św. Cyryl i Metody”  (Ks. Jan Zimny Do kraju tego… w:  www.pedkat.pl/index.php/286-do-kraju-tego, 12 marzec 2012).  „W sierpniu, w rzymskokatolickim Centrum Integracji w wołyńskiej miejscowości Zamłynie po raz drugi odbył się plener, tym razem nt.: „Wędrujący Święci” – opowiada inicjator warsztatów prof. Roman Wasyłyk, kierownik katedry sztuki sakralnej Lwowskiej Akademii Sztuk Pięknych. – We wrześniu, w Nowicy koło Gorlic po raz czwarty zgromadzili się malarze z Polski, Ukrainy, Słowacji i Białorusi aby tworzyć nt: „Święci Apostołowie i Święci Równi Apostołom”. Na Ukrainie opiekunem duchowym uczestników pleneru był ks. kanonik Jan Buras, wikariusz generalny diecezji łuckiej, a w Nowicy – ks. mitrat Jan Pipka, greckokatolicki proboszcz z Krynicy”. Zaznaczył, że co roku w tych plenerach uczestniczą ludzie różnej narodowości oraz różnych wyznań – grekokatolicy, prawosławni, katolicy rzymscy./…/  Najważniejsze jest to, że łączymy się pod jednym niebem i możemy poznawać tam jeden drugiego” – podkreślił prof. Roman Wasyłyk. Podziękował też Konsulatom Generalnym RP w Łucku i Lwowie za wsparcie finansowe oraz innym sponsorom z Polski.” ( „O Nowicy i Zamłyniu raz jeszcze”; w: www.kuriergalicyjski.com, 18 listopad 2012). Jak wynika z powyższych wydarzeń „niedokończone msze wołyńskie” dokończone nie zostaną. Z chwilą „zaskakującego” wysłania biskupa Trochimiaka na emeryturę (aktywnego, pełnego sił fizycznych i duchowych), na co niewątpliwy wpływ mieli najwyżsi hierarchowie Kościoła Katolickiego w Polsce wspólnie z hierarchami Cerkwi Greckokatolickiej, teraz zastąpi je „ekumenizm”. „O trudnościach w wypracowaniu wspólnego listu pasterskiego Kościoła katolickiego obrządku łacińskiego i greckokatolickiego na Ukrainie poinformował biskupów polskich, abp Mieczysław Mokrzycki. 6 marca metropolita lwowski zabrał głos podczas 361. zebrania plenarnego KEP w Warszawie. Wyjaśnił, dlaczego nie było możliwe wypracowania wspólnego stanowiska obydwu episkopatów. Strona greckokatolicka proponowała dwa projekty listu pasterskiego, w których pomijano sedno sprawy. Mówiono o „bratobójstwie” sugerując porównywalną odpowiedzialność „każdej ze stron”. Twierdzono, że „wołyńska tragedia” wynikła z jakichś „wzajemnych krzywd Ukraińców i Polaków”, które ją „uwarunkowały”. W projekcie greckokatolickim mowa była o „pozbawieniu Ukraińców praw do samostanowienia na własnej ziemi” oraz o „etnicznej czystce, czyli przymusowym wysiedleniu ludności polskiej z Wołynia”. Utrzymywano, że sprawa jest bardzo zawiła i, że przed historykami jest jeszcze dużo pracy, by ją wyjaśnić. /.../ Kościół obrządku łacińskiego za absurdalny uznaje postawiony przez Kościół grecko-katolicki znak równości pomiędzy eksterminacją polskiego społeczeństwa a rzekomą winą polskich czynników państwowych za uniemożliwienie Ukraińcom powołania do życia własnego państwa. - Nie wolno ludobójstwa usprawiedliwiać czymkolwiek, a zwłaszcza odwetem za brak realizacji narodowych ambicji ukraińskiego społeczeństwa -  stwierdził metropolita lwowski. Przypomniał, że współpracujący z hitlerowcami Ukraińcy mordowali masowo także Żydów, którzy nie utrudniali przecież realizacji państwowotwórczych planów ukraińskich. Jego zdaniem nonsensem wydaje się proponowana przez Kościół grecko-katolicki formuła „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. - Czy którakolwiek ze stron  - sygnatariuszy listu -  ma moralne prawo do takiej deklaracji? Musi tu znaleźć się wyraźne słowo: przepraszamy i prosimy o wybaczenie”  - uważa przewodniczący Konferencji Episkopatu Ukrainy. Ubolewa jednocześnie, że apel o wprowadzenie modlitewnego wspomnienia we wszystkich świątyniach katolickich ofiar ludobójstwa w drugą niedzielę lipca i uporządkowanie miejsc spoczynku szczątków ofiar nie znalazł poparcia ze strony greckokatolickiej.  W wypowiedzi dla KAI abp Mokrzycki zaznaczył, że planowane na drugą niedzielę lipca na terenie diecezji łuckiej uroczystości upamiętniające 70 rocznicę zbrodni wołyńskiej mają przede wszystkim uwrażliwić sumienia. Nic nie może bowiem usprawiedliwiać mordowania bezbronnej ludności cywilnej. Konieczne jest też upamiętnienie ofiar w ponad dwóch tysiącach miejscowości, gdzie dotąd nie ma żadnego znaku o pogrzebaniu pomordowanych cywilów. Co więcej w wielu miejscach kości ofiar nie są pochowane, są narażone na bezczeszczenie. Trzeba więc dokonać godnego pochówku tych osób. W siedemdziesiąt lat pod tej zbrodni, kiedy Ukraina cieszy się obecnie niepodległym bytem państwowym, konieczna jest też modlitwa zarówno za ofiary, jak sprawców tego mordu, oraz pokoju na tych ziemiach i na terenie całej Ukrainy - podkreśla metropolita lwowski”.  („Nie będzie wspólnego listu Kościołów ws zbrodni na Wołyniu”; w: http://info.wiara.pl/doc/1477498.Nie-bedzie-wspolnego-listu-Kosciolow-ws-zbrodni-na-Wolyniu; 2013-03-06; st KAI / Warszawa). Tomasz Gołąb w artykule “Kończymy tamte Msze św.” pisze: “Gromadząc się przy pomniku upamiętniającym 70. rocznicę rzezi wołyńskiej, chcemy opowiedzieć Jezusowi o tamtej tragedii: jak bardzo nas boli zaplanowana i przeprowadzona na szeroką skalę eksterminacja Polaków na kresach” - powiedział bp Józef Guzdek, biskup polowy Wojska Polskiego, przypominając, że ukraińscy nacjonaliści zamordowali w bestialski sposób dziesiątki tysięcy mężczyzn i kobiet, dzieci i starców tylko dlatego, że byli Polakami.  “Tego dnia, w niedzielę 11 lipca 1943 r. w wielu kościołach nie zostały dokończone Msze św. Krew Chrystusa z eucharystycznej ofiary zmieszana została z krwią i cierpieniem tych, którzy w świątyniach umacniali się w wierze i miłości. Świadomość wielu „niedokończonych” Mszy św. niejako przynagla nas, aby je dokończyć. Pragniemy to dziś uczynić w sposób duchowy. Nasza obecność i modlitwa, skupienie i medytacja są głośnym wołaniem, skierowanym do aniołów, aby pozbierali z tamtej wołyńskiej ziemi okruchy konsekrowanego chleba, gdzieś świętokradzko porozrzucanego oraz krople Krwi Pańskiej, rozlane na ołtarzach i posadzce kościołów – i aby zanieśli je przed boży tron. Niech je zaniosą razem z tą drugą ofiarą: z męczeńską krwią, łzami i cierpieniem tych, którzy stali się uczestnikami „Kalwarii Wschodu”.Biskup polowy dodał, że Chrystus każe nam przebaczać, jak świętemu Piotrowi, nie siedem, a 77 razy. Warunkiem przebaczenia i pojednania jest jednak prawda. (Tomasz Gołąb /GN: Kończymy tamte Msze św. W: http://warszawa.gosc.pl/doc/1626726.Konczymy-tamte-Msze-sw ; 11.07.2013 ). Msze niedokończone zostały więc po wysłaniu bp. Trofimaka na emeryturę zakończone pod pomnikiem w Warszawie, nie w łuckiej katedrze katolickiej.

 

Rozdział czwarty: „Ukraińska (re)wolta Rusinów”. Podrozdział „Rusini, czyli pół-Polacy”; Huk pisze: „Przez kilka wieków elity polskie nie rozważały usunięcia Rusinów zarówno z przestrzeni kultury, jak i realnego terytorium ich zamieszkiwania. Nic dziwnego, ponieważ „przed Wiosną Ludów uważano Ukraińców za szczep polski, różniący się od Polaków wyłącznie obrządkiem, gdyż język ukraiński uważano za narzecze języka polskiego, a kulturę i literaturę ukraińską traktowano jako część składową kultury i literatury polskiej”. (s. 203 – 204)

Czyli chłop pańszczyźniany Rusin/Ukrainiec był „szczepem polskim”, ale nie kimś Obcym.  A na s. 143 Huk twierdził: „W imię wyeliminowania antyludzi z kresów, autochtoni nie tyle znaleźli się poza polem uwagi, ile zostali wyrzuceni z kultury.” Czyli „byli za, a nawet przeciw” - klasyczny przykład tez historiografii wg Huka.   

 

„Wybiegając nieco naprzód stwierdzę, że istnieje fundamentalna zbieżność między koncepcjami Romana Dmowskiego, dotyczącymi kresów, Rusinów i Żydów, a myślą nazistowskiego szefa Generalnego Gubernatorstwa Hansa Franka w okresie okupacji. „Niemcy powrócili na ziemie, które od początku do nich należały. Nie my więc  jesteśmy tam obcym narodem, lecz Polacy” – twierdził Frank, jednoznacznie określając pozbawienie ich praw do przyszłości. Dmowski przeszedł tę drogę 40 lat wcześniej.” (s. 206 – 207)

Kotlina Hrubieszowska, Podkarpacie i Galicja była więc niemiecka, a nie polska, gdyż w III i IV wieku mieszkali tu Goci, jako plemię germańskie, (przybyłe ze Skandynawii, nie z Niemiec). Frank twierdził, że obcymi są tutaj więc Polacy, o Ukraińcach nie wspomina. Nie znał uchwał OUN o „ukraińskiej etniczności” tych terenów? Dmowski uprzedził więc OUN i Hansa Franka?       

 

W podrozdziale: Komuniści z endeckim rodowodem, Huk dokonuje kolejnego odkrycia swojej historiografii: „Komuniści polscy nie byli dziwną konstrukcją kulturową. Określając się jako „Polacy”, stanowili odłam tradycji szlacheckiej, który, pozostając wierny sarmackiemu pismu, kierował się przeciw swemu źródłu i przybierał postać „szlachty negatywnej”, ale tylko w dziedzinie programu społecznego oraz towarzyszącej mu ideologii. Natomiast syndrom wyłącznego sprawowania władzy i rabunku własności ludzi uznanych za wroga pozwala określić komunistów jako Sarmatów. Ukraińcy i Żydzi znowu płacili za władzę uzurpowaną przez jedną z grup w imieniu narodu hegemona, za legitymizację likwidowania przez komunistów przemocy szlachty. Jednak komuniści nie zdołali dokonać drugiego kroku: odmienić oblicza polskiego Kościoła.” (s. 214)

Komuniści polscy byli więc odłamem tradycji szlacheckiej! Berman, Minc, Zambrowski, Fejgin, Romkowski, Różański, Światło, Brystygier, Chajn, Wolińska, Mietkowski, Andrzejewski, Morel, Komar, Grosz, Humer, Kiryluk, Steca...    Dlatego też: ”Ukraińcy i Żydzi znowu płacili za władzę uzurpowaną przez jedną z grup w imieniu narodu hegemona”. Jednak nie zdołali „odmienić oblicza polskiego Kościoła” na...  Cerkiew? Ale przecież próbowali, m.in. izolując kardynała Stefana Wyszyńskiego w Komańczy. 

 

„Od manifestu z 22 lipca 1944 r. do układu o wymianie ludności z 9 września 1944 r. nie minęły nawet 2 miesiące. Nie odbyły się najmniejsze konsultacje społeczne czy próby zbadania opinii obywateli polskich. Polityka jak najszybszego tworzenia faktów dokonanych została zastosowana racjonalnie i z całą mocą. Komunistyczna stawka na przemoc wobec Obcych jako strategia postępowania z własnym narodem okazała się nader skuteczna w odniesieniu do kreowania postaw Polaków wobec Ukraińców czy Żydów. Tę formę przemocy nazwali oni „obroną przed UPA”, jednak konflikt z UPA (czytaj: z Ukraińcami) został przez komunistów narzucony nie tylko Ukraińcom, ale i Polakom – i nie wywołał zdziwienia czy zgorszenia tych ostatnich.” (s. 217)

Jak to nie było konsultacji społecznych? Delegatura „rządu londyńskiego” raportowała, że Polacy nie chcą opuszczać swoich domów na Kresach, a OUN stwierdził, że Ukraińcy nie chcą opuszczać swoich domów na tzw. Zakerzoni. Przecież Huk nie jest aż takim ignorantem historycznym, aby domagać się „konsultacji społecznych” od Osóbki- Morawskiego i Chruszczowa? Komuniści ukraińscy nie musieli ”kreować postaw” Ukraińców wobec Polaków i Żydów, gdyż skuteczniej od nich robiła to OUN i UPA. A ludność polska na Chełmszczyźnie i Podkarpaciu została zmuszona do szukania u komunistów obrony przed mordami i paleniem jej domów przez UPA.

9 września 1944 r. w Lublinie przewodniczący Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, Edward Osóbka–Morawski, oraz przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych USRR, Nikita Chruszczow, podpisali układ w sprawie wzajemnego przesiedlenia ludności (oficjalnie nazwanego „ewakuacją”). W art. 1 tego dokumentu czytamy: „…przystąpić do ewakuacji wszystkich obywateli narodowości ukraińskiej, białoruskiej, rosyjskiej i rusińskiej…” z 11 powiatów Polski oraz „…wszystkich Polaków i Żydów będących obywatelami polskimi do 17 września 1939 roku mieszkających w zachodnich okręgach USRR…” do Polski. Dokument mówi o dobrowolnym przesiedleniu, w rzeczywistości jednak, jak możemy wywnioskować z przebiegu wydarzeń, przesiedlenie przedstawicieli obu narodów można nazwać deportacją (czyli wypędzeniem, przymusowym przesiedleniem). Oficjalnie przesiedlenie Ukraińców z Polski na Ukrainę trwało od 15 października 1944 r. do 15 czerwca 1946 r., a Polaków z Ukrainy – od 15 listopada 1944 r. do 1 września 1946 r. W maju 1946 r. pojawiły się liczne problemy na przejściu granicznym Rawa Ruska. Władze ukraińskie przeprowadzały tam „szczegółową rewizję rzeczy i osobistą, do badań ginekologicznych kobiet włącznie”, odbierając jednocześnie wszystkie złote przedmioty.

 

„Olbrzymie zaangażowanie się Kościoła rzymskokatolickiego w podbój oraz integrację zarówno nowego polskiego zachodu, jak i nowego, bo bez Ukraińców, wschodu, świadczy o tym, że Kościół traktował „tradycyjne” terytoria jako miejsce przeznaczone wyłącznie dla polskich rzymskich katolików.” (s. 222)

Huk ujrzał „olbrzymie” armie Kościoła rzymskokatolickiego zaangażowane „w podbój i integrację nowego polskiego zachodu”.  Zarówno marszałek Żukow jak i marszałek Koniew stali na na czele tej „krucjaty”? 

 

„Hierarchia i duchowieństwo polskie poparły wyeliminowanie Ukraińców z Polski. W ramach kościelnej strategii czystka etniczna na nierzymskich katolikach była korzystna dla ich rzymskokatolickiej Polski. Cementowała ogół wiernych, nie pozwalała władzom na wykorzystanie mniejszości wyznaniowych jako czynnika osłabiania Kościoła. W kwestii ukraińskiej oraz niemieckiej PPR/PZPR nie miała sojusznika większego od aparatu kościelnego kardynałów Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego.” (s. 222)

Gdzie Huk czytał te głosy poparcia hierarchii i duchowieństwa polskiego? Nie powołał się nawet na jeden taki dokument. „Czystka etniczna na nierzymskich katolikach” w Polsce nie miała miejsca. Natomiast na „niekatolikach”  dokonana została przez Niemców, nosi ona nazwę Holokaustu, o czym Huk powinien wiedzieć. Tym bardziej, że dokonali jej rękami ukraińskich kolaborantów, głównie faszystowko-nazistowskiej Ukraińskiej Policji Pomocniczej, ale także przy udziale ukraińskich strażników w gettach i obozach koncentracyjnych. Natomiast była czystka etniczna na rzymskich katolikach, na Polakach, dokonana na okupowanych terenach Polski zarówno przez Niemców, Sowietów jak i Ukraińców. Interesująca jest natomiast teza Huka, że władza zamierzała wykorzystać mniejszości wyznaniowe do osłabiania Kościoła. Ma na myśli prawosławnych i grekokatolików? Na szczęście scementowany ogół wiernych nie pozwolił na to. Kardynał August Hlond i kardynał Stefan Wyszyński jako „sojuszniczy” PPR/PZPR to objaw jakieś patologii rozumowania. Kardynał Hlond: „Stosunek do władzy ludowej niech odda odmowa „uwierzytelnienia” prezydenta Bolesława Bieruta wspólną przejażdżką ulicami Warszawy. W 1947 r., po wyborach do Sejmu, który miał z kolei wybrać Bieruta na prezydenta, zaproponował to prymasowi wiceminister spraw wewnętrznych, a Hlond na to: „Wybory do tego Sejmu są największym oszustwem w dziejach Polski. Kościół tego akceptować nie może”. (https://dziadul.blog.polityka.pl/2016/07/04/august-hlond-prymas-po-przejsciach/ ) „Jedyną szansą uniknięcia represji dla księży greckokatolickich było objęcie parafii rzymskokatolickich. Stało się to możliwe, gdy 10 grudnia 1946 Pius XII nadał kardynałowi Hlondowi uprawnienia Delegata Ojca Świętego dla katolików obrządków wschodnich. Kapłani greckokatoliccy nie przechodzili formalnie na obrządek łaciński, lecz stawali się tzw. birytualistami. Pracowali w kościołach rzymskokatolickich do czasu, gdy nie pojawiła się możliwość objęcia parafii greckokatolickiej. 31 marca 1947 prymas mianował ponadto dwóch wikariuszy generalnych dla Kościoła greckokatolickiego w Polsce. Zostali nimi ks. Bazyli Hrynyk dla diecezji przemyskiej i ks. Mikołaj Deńko dla Łemkowszczyzny.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_greckokatolicki_w_Polsce_w_latach_1945%E2%80%931989

A Kardynał Stefan Wyszyński jako „sojusznik” PPR/PZPR? Tak zrozumiał Huk „non possumus”, czego skutkiem było aresztowanie Wyszyńskiego? Tych kłamstw wynikających z nienawiści do Kościoła nie warto nawet komentować. 

 

„Podpisując we wrześniu 1944 r. umowę z rządem radzieckiej Ukrainy o deportacji, rząd polski kierował do polskich chłopów czytelny sygnał, że do przejęcia za darmo zostanie kilkaset tysięcy gospodarstw rolnych wraz z ziemią. Inicjatywa spotkała się z przychylnym przyjęciem – stwarzała możliwość szybkiego i łatwego wzbogacenia się Polaków na majątku poukraińskim.” (s. 222)

Motyka cytuje ściśle tajną instrukcję „ukraińskiego podziemia” w Polsce z dnia 18 października 1944 roku: „Wśród Polaków rozpuszczać słuchy, że jeśli ktoś zajmie ukraińskie gospodarstwo, będzie fizycznie zlikwidowany. Tych, którzy nie posłuchają, fizycznie likwidować, nie wyłączając kobiet i dzieci”. (Grzegorz Motyka: Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943 – 1947. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 361)  Motyka pisze dalej: „W odpowiedzi na bezwzględność akcji wysiedleńczej sotnie UPA prowadziły również napady na polskie miejscowości. Spaliły miedzy innymi: Nowosielce (30.12.1945), Deszno i Wołtuszową (6.01.1946), Lipowiec, Królik Wołoski i część królika Polskiego (11.01.1946), Bukowsko (7/6.04.1946), Wirtyłów, Łodzinę, Temeszów (10.09.1946) oraz Prusiek (21/22.10.1946)”.(Motyka..., jw., s. 408) Wysiedleń dokonywało Wojsko Polskie realizując „Układ pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a Rządem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad dotyczący ewakuacji obywateli polskich z terytorium U.S.R.R. i ludności ukraińskiej z terytorium Polski” z dnia 9 września 1945 r. Ukraińscy faszyści z OUN UPA „karali” za to cywilną ludność polską, która nie miała z tą decyzją nic wspólnego paląc ich domy i gospodarstwa oraz ograbiając z dobytku. Przesiedlenia zakończyły się 15 czerwca 1946 roku, jaki więc związek z nimi miało spalenie przez UPA np. wsi Wirtyłów, Łodzina, Temeszów (10.09.1946) oraz Prusiek (21/22.10.1946), tego już Motyka nie podaje. Pod koniec czerwca 1947 r. dowódca pododdziału UPA pisał w liście do „Berkuta”: „Zaczęliśmy natychmiast palić wysiedlone wsie, rozbrajać ORMO, wypędzać kolonistów, a miejscowych Polaków zostawialiśmy w spokoju. Ale od razu następnego dnia Wojsko Polskie wysiedliło wszystkich tych zostawionych przez nas Polaków” (Akcja „Wisła” 1947, s. 505). Z zachowanych dokumentów jednak wynika jednoznacznie, że UPA  nie zostawiała w spokoju „miejscowych Polaków”, byli oni mordowani jako „koloniści” na „etnicznych terenach ukraińskich” zarówno na Chełmszczyźnie jak i na Podkarpaciu, w tym w Bieszczadach. 

Przejmujący obraz Bieszczadów z 1953 roku przedstawił Zygmunt Rygiel w książce Opowieści bieszczadzkiego leśnika (Krosno 1996). Jest to opis wyprawy leśników z Ustrzyk Dolnych w celu „dokonania lustracji terenów leśnych po lewej stronie Sanu – od Ustrzyk Górnych do Hulskiego”. Mosty na Sanie były poniszczone, drogi  porastały młodą olchą i krzewami, wsie popalone. Ostatnie domy zamieszkałe przez przesiedleńców znajdowały się w Lutowiskach, placówka WOP dopiero się organizowała. Dalej była pustka, cisza, przy drodze sterczały resztki ruin wsi. W Ustrzykach Górnych, w rozpadających się barakach, znajdowała się placówka WOP. Jesienią tego roku została zlikwidowana, ale jeszcze w sierpniu  (4 - 6) spędził tutaj trzy noce z grupą przyjaciół ksiądz Karol Wojtyła. Natomiast w kwietniu dowódca strażnicy WOP mówił do leśników: „Widzicie, panowie, po naszej stronie 40 km w kierunku Cisnej i 20 km na północ nie ma żywej duszy. Dookoła granica radziecka, dokładnie nadzorowana.  Ciągle coś żołnierze znajdują, porzucone lub schowane w wypróchniałych drzewach karabiny, jakieś skrzynki z papierzyskami, narzędzia.”   

I dziesięć lat później w Bieszczadach: „Wypalone, zburzone wioski zaczął porastać las. Sady zdziczały, poginęły zwierzęta domowe. Najlepiej dawały sobie radę koty, krzyżując się za żbikami. Ziemi przez przeszło dziesięć lat w ogóle nie uprawiano. Teraz, kiedy zalesienie wynosi 70 proc., trudno sobie wyobrazić, że przed wojną wynosiło tylko 30 proc.”  (http://zb.eco.pl/GH/1/histo_p.htm )

W 1951 roku okazało się, że „etnograficzna granica” pomiędzy „plemionami ukraińskimi a polskimi” nie jest zgodna z granicą państwową pomiędzy Ukraińską Socjalistyczną Republiką Radziecką a Polską Rzeczpospolitą Ludową. Rządy, na Ukrainie posłuszne woli „rad”, a w Polsce woli „ludu” (jak to zapisano w nazwach państw) zadecydowały o naprawieniu tego błędu, popełnionego podczas wytyczania granicy według linii Curzona. Co prawda niektórzy Ukraińcy nadal szeptali o tym, że należy im się „etnograficznie” cała „Zacurzonia”, a Polacy, że należy im się cała Małopolska Wschodnia (jak sama nazwa wskazuje) i „zawsze wierny” Lwów, ale okazało się, że rządy nie zamierzają zamienić Bieszczadów na Lwów – co miałoby uzasadnienie „demograficzne”, gdyż w Bieszczadach do „ludobójczych” przesiedleń przeważała ludność... niech będzie, że ukraińska, a w województwie lwowskim i mieście Lwowie do czasu „repatriacji” ludność polska, i to pomimo pracowitego jej wyrzynania przez UPA. Okazało się, że „etnicznie polska” jest jeszcze większa część Bieszczadów, a „etnicznie ukraińskie” są okolice Sokala, Waręża, Uhnowa, Bełza, Ostrowa, Tartakowa, Żólkwi, Krystynopola. Tym razem argumentem nie była „etniczność”. 15 lutego 1951 roku umowę zmieniającą przebieg granicy podpisał w Moskwie ze strony polskiej wicepremier Aleksander Zawadzki, a ze strony sowieckiej minister spraw zagranicznych Andriej Wyszyński, wcześniej stalinowski oprawca sądowy w roli prokuratora. Według oficjalnego komunikatu ogłoszonego trzy miesiące później, to rząd PRL zwrócił się do rządu ZSRR z prośbą o zamianę niewielkiego pogranicznego odcinka Polski na równorzędny mu odcinek pograniczny ZSRR „z powodów ekonomicznego ciążenia tych odcinków do przyległych regionów ZSRR i Polski”. Dobroduszny i hojny rząd ZSRR zgodził się  z prośbą rządu PRL w ramach „braterskiej pomocy”.  Po latach wyszło na jaw,  że przy okazji zagarniania bogatych pokładów węglowych leżących na terenach polskich „wymienianych” z ZSRR  co było prawdziwym powodem „transakcji”, Sowieci chcieli jeszcze znacznej dopłaty (”w złocie”) za „bieszczadzką naftę”.  Ponieważ na „dopłatę” polscy negocjatorzy nie zgodzili się, planowane do wymiany terytorium ZSRR zostało „okrojone” o miejscowości Niżankowice, Dobromil i Chyrów, przez co linia kolejowa Przemyśl – Ustrzyki Dolne nie mogła być przez Polskę wykorzystywana, a właśnie Krościenko i Ustrzyki Dolne „otrzymywała” Polska. Podobno tereny polskie i „ukraińskie” były równoważne powierzchniowo i liczyły po około 480 km². Wymianę tę nazwano „Akcją HT”. Polacy zaczęli  wyjeżdżać z  Sokalszczyzny  w  październiku. Większość trafiła w Bieszczady, do Ustrzyk Dolnych, Krościenka, Czarnej, Żłobka, Lutowisk  (które w latach  1944 – 1955  nazywały  się  Szewczenkowo), Michniowca, Rabego, Lipia, Jasienia. Na Sokalszczyźnie rozpoczęto niszczenie wszystkiego, co świadczyło o polskości tych ziem, w tym cenne zabytki. Ocalały te kościoły rzymskokatolickie, które zamieniono na cerkwie prawosławne (np. w Bełzie i Krystynopolu noszącym obecnie nazwę Czerwonograd). W Bieszczadach rozebrana została jedna cerkiew, w Lutowiskach w 1980 roku, a materiał użyto na budowę kościoła w Dwerniku. Większość pozostałych cerkwi zamieniono na kościoły rzymskokatolickie. Sowieci wysiedlili miasto Ustrzyki Dolne, oraz Lutowiska  i kilkanaście wsi. Interesujący jest fakt, że podczas spisu narodowego w 1921 roku np. wszyscy mieszkańcy Żurawina i Krywki podali narodowość polską, w Lutowiskach narodowość polską podało 947 osób, żydowską 579 a ruską 559. W Smolniku na 520 mieszkańców aż 516 podało narodowość polską. Oczywiście w maju 1951 roku sowieci wszystkie osoby wywieźli w głąb ZSRR, także narodowości polskiej. Nie wiadomo, ilu Polaków uciekło przed terrorem UPA z tych terenów przed 1945 rokiem, ilu zostało przesiedlonych do Polski oraz ilu zginęło z rąk nacjonalistów ukraińskich oraz w wyniku represji sowieckich w czasie „przynależności”, a faktycznie okupacji tych terenów przez ZSRR, w latach 1944 – 1951. Dzisiaj można żałować, że polscy negocjatorzy nie „odkupili” w 1951 roku Niżankowic, Dobromila i Chyrowa. Wówczas i tak nie miałoby to większego wpływu na stan budżetu państwa, całkowicie kontrolowanego przez sowieckich namiestników w Polsce. Eksploatowali nasz kraj według własnego uznania i prawdopodobnie bardziej już by nie mogli, natomiast udałoby się uratować kilka cennych zabytków kultury polskiej. W ten sposób etnicznie polskie Niżankowice, Dobromil i Chyrów zostały na terenie socjalistycznej Ukrainy.

Zdzisław Konieczny, przesiedlenie ludności ukraińsko-ruskiej, a zwłaszcza znalezienie się jej w nowym miejscu zamieszkania, nazwał „szokiem cywilizacyjnym”. Zamiana kurnych chatynek na murowane, wysokie i wielopokojowe „pałace” musiała być dla niejednego Ukraińca i Łemka szokiem. Spodziewali się kary, surowych represji – zwłaszcza ci, co mieli wiele na sumieniu i krewniaków w UPA, a tymczasem spotkała ich nieoczekiwana nagroda. Całą ogromną propagandę banderowską, o polskiej odpłacie diabli wzięli. „Przesiedlenie ludności ukraińskiej – pisze Konieczny – było dla niej szokiem cywilizacyjnym z uwagi na oderwanie ich od wiosek, które zamieszkiwali dotychczas, uzyskanie znacznie lepszych zabudowań mieszkalnych i gospodarczych, nawet gdy były one częściowo zniszczone oraz większych nadziałów ziemi od posiadanych dotychczas”.

Motyka pisze, że już w kwietniu 1952 roku: „Biuro Polityczne PZPR przyjęło tajną uchwałę, w której zdecydowano o podjęciu działań mających na celu poprawę położenia materialnego ludności ukraińskiej, a także zaspokojenie jej potrzeb kulturalno-oświatowych..” (Grzegorz Motyka: Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943 – 1947. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 443). W mrocznym okresie „kultu stalinowskiego” ci sami komuniści polscy, którzy realizowali politykę Stalina, w kwietniu 1952 roku w sposób tajny (przed kim?, przed Stalinem?) postanowili naprawić jego błąd krzywdzący Ukraińców w Polsce (w tym czasie w sowieckiej Ukrainie trwał nadal brutalny terror stalinowski!). O ”poprawie położenia materialnego” ludności polskiej deportowanej z Kresów Biuro Polityczne PZPR nie myślało ani tajnie ani jawnie. Kto personalnie i w imię jakich racji politycznych o tym zadecydował? Wiadomo, że w służbach specjalnych PRL-u  (zwłaszcza w UB) oraz w PZPR funkcjonowała duża grupa zbrodniarzy ukraińskich z UPA, najczęściej pod fałszywymi nazwiskami, którymi posługiwali się na podstawie dokumentów zrabowanych ich polskim ofiarom.

„Przesiedlona na Ziemie Zachodnie i Północne w ramach operacji >Wisła< ludność ukraińska, rodziny mieszane i Polacy uzyskali lepsze od dotychczasowych gospodarstwa rolne. W latach 1957-1959, państwo udzieliło przesiedleńcom kredytów na łączną sumę 170 min złotych, co jak na ówczesne czasy było kwotą ogromną. Znaczna część tych kredytów była bezzwrotna lub częściowo umorzona w latach następnych". (Na Rubieży, nr 81,2005). 
Po październikowym przełomie w 1956 roku Ukraińcy zorganizowali się w Ukraińskim Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym, które rozpoczęło agitację na rzecz powrotu Rusinów i Łemków na „ziemie przodków"; akcja jednak nie powiodła się. Tylko nieliczne rodziny chłopskie decydowały się na powrót do stron rodzinnych. Reimigracja objęła także Łemków pochodzących z bardziej rozwiniętych wsi górskich, z dużych gospodarstw, najczęściej ludzi starszych wiekiem, którym trudniej, niż młodym, było się dostosować do nowych warunków bytowania. Wtedy między innymi powróciło do Komańczy 226 osób, do Szczawnego – 305 osób. Niektórzy wracali jeszcze później, choć nie mieli do czego, bo jak wiadomo, ich obejścia zaraz po opuszczeniu zostały przez UPA spalone. Nie przejmowali się tym, na nowych miejscach zdołali się wzbogacić, a sprzedane gospodarstwa poniemieckie pozwoliły im na wybudowanie w rodzinnych wsiach domów tak okazałych, że budziły ogólną zazdrość, a dziś wiele z nich służy jako prywatne pensjonaty turystyczne.

W 2000 r. Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że Ukraińcom i Łemkom wysiedlanym w 1947 r. podczas operacji „Wisła’ odbierano nieruchomości z naruszeniem prawa. Zadecydował on, że Stefanowi Hładykowi zostanie zwrócone 7 hektarów lasów. W sądach było wówczas 230 podobnych spraw, a ich łączną liczbę szacowano na 10 tysięcy. Czy Hładyk i inni oddadzą dane im w zamian gospodarstwa na Ziemiach Odzyskanych? Oczywiście, że nie.

Rzeszowska prasa codzienna podała latem 2004 roku: „Pięć osób z gminy Baligród przez prawie 60 lat nie wiedziało, że należy im się odszkodowanie za uwięzienie w Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie. Po artykule w „Nowinach” ich wnioski o przyznanie rent trafiły do premiera. Pieniądze mogą otrzymać jeszcze w tym roku. W Jaworznie

więziono w latach 1947-1949 obywateli polskich narodowości ukraińskiej podejrzanych o współpracę z UPA i działalność przeciwko Polsce. Większość ich skazano bez wyroków sądowych – nigdy nie udowodniono im winy. Związek Ukraińców w Polsce od dawna walczył o odszkodowania, udało się dopiero teraz. – Sądziliśmy, że mamy pełną listę żyjących „jaworzniaków”, ale w ostatnich tygodniach zgłosiło się do nas jeszcze kilku z Bieszczadów – informuje Piotr Tyma, sekretarz ZUwP w Warszawie. /.../ Będzie im przysługiwać ponad 560 zł miesięcznie.”   

W taki to sposób Polacy „wzbogacili się na majątku poukraińskim”. A Ukraińcy „zbiednieli” na majątku popolskim, ponieważ zagarnęli polskie województwa: wołyńskie, tarnopolskie, stanisławowskie i większość woj, lwowskiego z miastem Semper Fidelis. Lucyna Kulińska w artykule „Zapomnij o Kresach” pisze: „Bardzo bolesny jest dla Polaków problem zbiorów lwowskich. Pozostały tam bowiem polonica, nie ucrainica. Obrazy Malczewskiego ze zbiorów Lanckorońskich, prawie 7 tysięcy kodeksów rękopiśmiennych, kilkutysięczna kolekcja autografów wybitnych polskich osobistości, jedyny, dziś niszczejący komplet prasy polskiej od XVIII wieku, 9 tysięcy archiwaliów muzycznych, licząca 11,5 tysiąca sztuk kolekcja map, 55 tysięcy rycin, zbiory grafik polskich od XVI wieku ze wspomnianej już kolekcji Pawlikowskich, zbrojownia książąt Lubomirskich, porcelana, przedmioty rzemiosła artystycznego, galeria obrazów, biblioteka i zbiory muzeum Baworowskich, różne zbiory archiwalne – rodowe, prywatne i klasztorne, i oczywiście lwia część do dziś nieodzyskanych zbiorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. W 1946 roku drobna część zbiorów została Polsce zwrócona przy akompaniamencie wielkiej akcji propagandowej jako „dary narodu radzieckiego dla narodu polskiego”, ale była to tylko garstka zrabowanych skarbów. Po licznych reorganizacjach muzeów lwowskich polskie zbiory zostały wplecione w ekspozycje ukraińskie i swoiście  „przepracowane”, aby udowadniać nie polskość, ale odwieczną kulturową „ukraińskość” Lwowa i Kresów. Dla Polaków szczególnie bolesna jest nieobecność w kraju dzieł czołowych przedstawicieli malarstwa polskiego od poł. XVI do połowy XX wieku i zbiory europejskiej sztuki, dziś prezentowane w lwowskiej galerii. W ten sposób został nam odebrany dorobek naszych antenatów. Należy pamiętać, że nasze roszczenia nie ulegają w świetle konwencji międzynarodowych przedawnieniu. Istnieją dokumenty wskazujące jednoznacznie, że wiele kolekcji przekazanych przez darczyńców do muzeów lwowskich było opatrzonych zastrzeżeniami, że należeć mają do narodu polskiego. Ich wola została więc pogwałcona. /.../ Nie zwrócono nam zagrabionej Biblioteki Krzemienieckiej, wywiezionej po powstaniu listopadowym, ani biblioteki i galerii Stanisława Augusta (która do dziś znajduje się w Kijowie). Przykładem współdziałania nacjonalistów z formacjami niemieckimi może być napad i zniszczenie wspaniałego i bogatego sanktuarium w Podkamieniu. Był to klasztor zasobny i porównywalny jedynie z częstochowską Jasną Górą. Po wymordowaniu we wnętrzach klasztoru kilkuset Polaków, którzy schronili się w tym świętym miejscu, lokalni banderowcy współpracujący z SS Galizien przez kilka dni ograbiali zniszczony klasztor – jeden z najzasobniejszych w precjoza i skarby sztuki na całych Kresach. Według ocalałych z pogromu kapłanów wartość zrabowanych skarbów klasztornych sięgała kilku milionów dolarów.”

 

„W 1944 r. w kwestii ukraińskiej nastąpiła arcyważna wymiana symboliczna: „zgodę” Polaków na oddanie Sowietom Lwowa i kresów komuniści opłacili ogłoszeniem ogólnonarodowej wojny z Ukraińcami, o której wiadomo było, że odbyłaby się także bez komunistów, ponieważ Polacy nie mieli jakoby prawa oddać Ukraińcom Lwowa bez walki. A że stoczona została w innym miejscu, niż powinna? Najważniejsze było to, że została ogłoszona i trwała.” (s. 223)

Polacy nie mogli walczyć o Lwów we Lwowie? Przecież walczyli tutaj w lipcu 1944 roku z okupantem niemieckim. Nie walczyli z oddziałami ukraińskimi, bo ich tu nie było. Były oddziały AK, bo Lwów był polski. O Lwów wówczas mogliby walczyć z Sowietami, ale to było nierealne. AK tylko mogła zaakcentować polskość Lwowa, i to zrobiła. „Zgoda” Polaków na oddanie Lwowa nie nastąpiła, wymuszona została na marionetkowym rządzie polskim przez Stalina, za zgodą „sojuszniczych aliantów”. Taką decyzję podjęła tzw. Wielka Trójka w dniach 4 – 11 lutego 1945 roku  w Jałcie na konferencji, w której wzięli udział Józef Stalin, Franklin D. Roosevelt i Winston Churchill. Do dziś pozostaje ona symbolem zdrady zachodnich sojuszników wobec Polski i ich zgody na podporządkowanie Europy Wschodniej totalitarnemu imperium sowieckiemu. Było to już „pokłosie” konferencji teherańskiej (listopad-grudzień 1943). Nie było także „walki o Lwów” w innym miejscu. „W innym miejscu” Polacy walczyli z agresją band UPA  o te „inne miejsca” na terytorium tzw. Polski Lubelskiej. Te „inne miejsca” także zostały ustalone w Jałcie. Czyżby Huk kwestionował ustalenia jałtańskie? Chyba nie proponuje zamiany Lwowa (wówczas zdecydowaną przewagę miała ludność polska,. według spisu powszechnego z 1931 roku 63,5% ludności miasta posługiwało się językiem polskim, 24,1% jidysz i hebrajskim, a 11,3% ukraińskim lub ruskim)  na Bieszczady (wówczas przeważała tutaj na wsiach ludność ukraińska)?  Jednakże Przemyśl przed II wojną światową w 1939 r. miał 62 272 mieszkańców, 63,3 proc. narodowości polskiej, 29,5 proc. narodowości żydowskiej, 7 proc. ukraińskiej oraz 0,2 proc. innych. Był więc zdecydowanie miastem polskim.  

 

„Wojna została Ukraińcom wypowiedziana tam, gdzie na szczęście dla komunistów ten konflikt w ogóle mógł jeszcze zaistnieć: na pozostałościach wschodniej kolonii. W tym sensie kapitalne znaczenie miał podarunek Józefa Stalina dla komunistów i ich Rzeczypospolitej Polskiej: zamieszkane przez Ukraińców tereny na zachód od Bugu i Sanu. Bez tego daru kilka dywizji Wojska Polskiego straciłoby sens istnienia, tymczasem ich walka była nieodzowna dla jak najbardziej narodowego ukonstytuowania się komunizmu w Polsce. (s. 223 – 224)

  1. Huk powiela tezy zawarte w uchwałach nacjonalistów ukraińskich już od 1929 roku. Podczas I Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów w Wiedniu (28 styczeń – 3 luty 1929 r) powołano Organizację Ukraińskich Nacjonalistów. Miała ona zmierzać do „odzyskania, budowy, obrony i powiększania niezależnego, zjednoczonego ukraińskiego państwa narodowego” (Ukrajinśka Samostijna Soborna Derżawa), które miało objąć wszystkie „ukraińskie ziemie etnograficzne”, czyli te, które we wczesnym średniowieczu (!) były, zdaniem nacjonalistów, zasiedlone przez Ukraińców. Zastrzeżono, iż granice przyszłego państwa muszą być jak najlepsze do obrony, co, jak się wydaje, oznaczało przyznanie sobie prawa do włączenia w jego skład także ziem nawet przez nacjonalistów nie uznawanych za ukraińskie” (Motyka: Ukraińska partyzantka.., s. 48). Uchwała I założycielskiego Kongresu OUN z 1929 r. zakładała całkowite usunięcie wszystkich okupantów, tj. wszystkich nie-Ukrainców, z ziem, które OUN uznała za ukraińskie. Po drugiej wojnie światowej ukraińscy faszyści włączyli do tych ziem tereny południowo-wschodnie Polski, które określili jako „Zakerzonia”, biorąc nazwę od tzw. „linii Curzona”, chociaż jej przebieg sfałszował doradca Curzona, Żyd pochodzący z Galicji, Bernstein – Znamierowski. Powinni więc używać poprawnej historycznie nazwy „Zabernsteinia”. Curzon łaskawie zostawiał Lwów po polskiej stronie swojej „linii etnograficznej”, o czym ukraińscy faszyści nie chcą wiedzieć.

Nacjonalistów ukraińskich  nie interesowało porozumienie z Polakami, ale wyłącznie oddanie im „ziem etnograficznie ukraińskich” (co najmniej z Chełmem, Zamościem, Przemyślem, Sanokiem – aż po Krynicę), gdzie mogliby ustanowić „Ukrainśką Samostijną Soborną Derżawę” , państwo faszystowskie, sprzymierzone z Niemcami. Trzeba być naiwnym, aby wierzyć, że jeszcze łagodniejsza polityka polska usatysfakcjonowałaby ukraińskich nacjonalistów i zaczęliby oni solidarnie dbać o dobro wspólnej Ojczyzny. OUN w okresie międzywojennym była członkiem międzynarodówki faszystowskiej o nazwie „Zjazd Zagranicznych Narodowych Socjalistów” z siedzibą w Stuttgarcie, której opiekunem z ramienia NSDAP był Joseph Goebbels. Te nazistowskie hasła Lebensraum nacjonaliści  ukraińscy kontynuują do dzisiaj. Uchwała Krajowego Prowodu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) podjęta 22.VI.1990 r. głosi: 
„Wykazywać ukraińskość Zacurzonii zgodnie z granicą nakreśloną przez OUN-UPA. W tym duchu prowadzić propagandę na rzecz historyczności i etnograficzności ziem ukraińskich okupowanych obecnie przez Polskę, a o które z taką determinacją z komunistyczną władzą polską walczyła UPA - razem z patriotycznymi siłami polskimi WIN. Wynika z tego, że patriotyczne siły polskie uznawały rolę UPA i jej prawo do ziemi Zacurzonii. Mocno podkreślać, że takie jest stanowisko patriotycznych sił Polski obecnie. Wyciszać wszystko to co nas dzieli, w tym także negatywne patrzenie na UPA. /.../ Dążyć wszelkimi środkami i sposobami do odbudowania ukraińskiego charakteru Zacurzonii podkreślając, że samostijna Ukraina nigdy z tych ziem nie zrezygnuje i w odpowiednim momencie o nie się upomni. Jeśli Polacy będą się upierać, to Ukraina względem nich bez najmniejszego wahania użyje siły zbrojnej."  Tekst tej uchwały po przetłumaczeniu Agencja Konsularna RP we Lwowie, pismem z dnia 20 marca 1991 r. przesłała do Komisji Sejmowej d/s Polski w Warszawie, do Ministerstwa Spraw Zagranicznych dep. Prasy i Informacji w Warszawie, do Instytutu Historii PAN w Warszawie i kilku innych miejsc, zaś opublikowany 12-14 kwietnia 1991 r. w gazecie "Polska Zbrojna", organie Ministerstwa Obrony Narodowej.
Ludobójcze rzezie dotknęły ludność polską także za Bugiem i za Sanem, chociaż wcześniej Ukraińcy wołali „za Bug Lasze” i „za San Lasze”. Co prawda wołali zwykle już po wyrżnięciu ludności całych wsi, gromad, powiatów, ale kilkaset tysięcy zdołało uciec za Bug i za San. I już w 1944 roku okazało się, że za Bugiem i za Sanem ziemie także nie są „Lasze”, ale „etnograficznie ukraińskie”. Na tych ziemiach ludność polska była mordowana takimi samymi barbarzyńskimi metodami. Tutaj nie było komór gazowych lub szybkiej śmierci od egzekucyjnej kuli. Tutaj śmierć przychodziła po wielogodzinnych, a nawet kilkudniowych gwałtach i torturach. I tylko człowiek nikczemny może ignorować chociażby dzieci nasadzane na kołki w płocie, nadziewane na widły i unoszone do góry jako „polskie orły”, gdyż piszczały z bólu i machały rozpaczliwie rękami i nogami w powietrzu - a wyłącznie rozczulać się nad krzywdą „wyrwanych z korzeni ojcowizny” Ukraińców przesiedlonych na Ziemie Odzyskane, zarzucając Polakom, że akcja ta była „ludobójstwem”.

 

„Wspomniana wymiana symboliczna pomiędzy komunistami a Polakami oraz Polakami a komunistami trwała dłużej niż konflikt z UPA. PPR, a potem PZPR nie śpieszyły się z przerwaniem zbrodni: ta była przedsięwzięciem korzystnym zarówno dla nich, jak i dla ich politycznych wrogów, zachowujących się tak obojętnie jak rząd emigracyjny i AK wobec masakry na Żydach dokonywanej przez nazistów.” (s. 224)

„W czasie II wojny światowej władze RP na emigracji podejmowały zabiegi dyplomatyczne w celu rozpowszechniania informacji o dokonywanej przez Niemców na okupowanych ziemiach polskich zagładzie Żydów, wyrażenia protestu wobec tych zbrodni, a także okazania solidarności z ofiarami. Jednym z przejawów tej działalności było podjęcie 27 listopada 1942 roku uchwały Rady Narodowej RP „wobec masowego mordowania ludności żydowskiej w Polsce”. Przemówienie wicepremiera Stanisława Mikołajczyka podczas posiedzenia Rady Narodowej RP [fragment] – Londyn, 27 listopada 1942: „Rząd Polski staje w obronie wszystkich swych obywateli, bez względu na wyznanie i na narodowość, i czyni to w imię tak interesów państwowych, jak w imię uczuć ludzkich i zasad chrześcijańskich. Łączą się z nim Polacy w Kraju i na obczyźnie. Na zjeździe Rady Polonii w Buffalo w Ameryce na wniosek ks. Szubińskiego uchwalono protest przeciw ghettom i bestialskim prześladowaniom Żydów w Polsce. Takie jest stanowisko Polaków!”

Uchwała Rady Narodowej RP w sprawie masowych niemieckich mordów ludności żydowskiej w okupowanej Polsce [fragment] – Londyn, 27 listopada 1942: „Rada Narodowa RP uroczyście oświadcza: Naród Polski nadal jak dotąd bohaterską swą postawą w Kraju gromadzi i ostrzy wśród niewymownych cierpień siły swe na dzień kary sprawiedliwej. Rada Narodowa RP zwraca się do wszystkich Narodów Alianckich, do wszystkich narodów cierpiących dziś wraz z Narodem Polskim pod knutem niemieckim, by wspólnymi siłami podjęły natychmiast akcję przeciw temu podeptaniu i zbezczeszczeniu moralności i zasad ludzkości przez Niemców i przeciw eksterminacji Narodu Polskiego i Narodów, której najpotworniejszym wyrazem są ostatnie masowe mordy popełniane na Żydach w Polsce i w całej przez Hitlera gnębionej Europie.”

Rząd RP na Uchodźstwie nie miał realnej władzy (możliwości Polskiego Państwa Podziemnego były bardzo ograniczone) na terenie, na którym dochodziło do zbrodni na Żydach. Wydawał głównie oświadczenia, protesty.

Na uwagę zasługuje m.in. wydanie 17 kwietnia 1940 roku przez rządy Polski, Wielkiej Brytanii i Francji wspólnej deklarację przeciw „okrutnemu prześladowaniu Żydów”, podjętej, co istotne, z polskiej inicjatywy. W tym czasie Niemcy nie przeprowadzali jeszcze systematycznej eksterminacji narodu żydowskiego, choć już wówczas stanowisko Rządu RP było jasne i stanowcze. W dokumencie napisano wprost, że „do prześladowań Polaków dołącza się okrutne traktowanie ludności żydowskiej”. /.../ Warto też pamiętać o nocie ambasadora RP w Londynie Edwarda Raczyńskiego do Rządów Narodów Zjednoczonych z 10 grudnia 1942 roku – w języku angielskim dyplomata informował wówczas świat o skali eksterminacji narodu żydowskiego. – Niestety, w informacje, które rozpowszechniał Rząd RP, władze innych państw nie wierzyły. Najlepszym tego przykładem była ściana milczenia, z jaką spotkał się emisariusz Jan Karski, który dotarł z wiadomościami o zagładzie Żydów m.in. do prezydenta USA Franklina D. Roosevelta.” (Protest Rządu RP na Uchodźstwie wobec masowego mordowania Żydów; https://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/37489,Protest-Rzadu-RP-na-Uchodzstwie-wobec-masowego-mordowania-Zydow.html ).

W czerwcu 1941 r. w audycji nadanej przez BBC Sikorski ostrzegał zachodnich sojuszników, że pod niemiecką okupacją „ludność żydowska jest skazana na zagładę”. W lipcu na specjalnej konferencji prasowej z udziałem Stanisława Mikołajczyka polskie władze informowały o eksterminacji Żydów w Polsce. Jesienią 1941 r. na spotkaniu w Royal Albert Hall, w którym uczestniczyła śmietanka brytyjskiego życia politycznego i kulturalnego, wystąpił Sikorski, by „dać świadectwo tragicznej prawdzie o masowych, bezwzględnych i eksterminacyjnych prześladowaniach Żydów”. W Polsce od drugiej połowy 1942 r. Armia Krajowa i Delegatura Rządu na Kraj współpracowały m.in. z Żydowską Organizacją Bojową. Z kolei w grudniu 1942 r. przy Delegaturze Rządu powstała Rada Pomocy Żydom (Żegota), dzięki czemu udało się uratować dziesiątki tysięcy Żydów. O misji Witolda Pileckiego w KL Auschwitz Huk nic nie słyszał? Cóż, ani Gross ani Grabowski o tym nie piszą, więc i skąd miałby wiedzieć.

Wyniszczenie Żydów prowadzone w Stanisławowie usiłowało dokumentować polskie podziemie. Dokumentację filmową i raporty przekazywano za pośrednictwem kolejarzy do Krakowa, a potem na zachód. Tadeusz Kasztelewicz kierujący tą akcją został skrytobójczo zamordowany przez Ukraińców współpracujących z Niemcami w dziele zniszczenia Żydów.” (Prof. dr hab. Maria Pawłowiczowa: "Ludobójstwa i wygnania na kresach" - Katowice - Oświęcim 1999). „Kapitan Wojska Polskiego II Rzeczypospolitej TADEUSZ TOMASZ KASZTELEWICZ, został zastrzelony przez policjantów ukraińskich 30 września 1943 r. w Stanisławowie” (http://bezprzesady.com/aktualnosci/apel-pamieci-lezyca-pazdziernik-2013-roku-pamieci-kresowych-ofiar ).  

 

W podrozdziale „Ja tego Żyda znam…”, czyli kontekst rzymskokatolicki” Huk pisze: Przemoc wyznaniowa niezmiennie towarzyszyła Kościołowi na kresach, powodując to, że konflikt trwał nie tylko na linii dwór – wieś, ale także na linii parafia rzymskokatolicka – parafia wschodnia (greckokatolicka bądź prawosławna). Z tego względu polski Kościół rzymskokatolicki ponosi część odpowiedzialności za genealogię OUN oraz tragedię polskości na kresach. W latach 40. XX w., gdy dalsza obecność państwa polskiego okazała się tam niemożliwością, on wolał do końca nawoływać do wierności Polsce zamiast zwrócić się do swych wiernych z apelem o zaprzestanie wrogości i poszanowanie ukraińskiego prawa do samostanowienia”. (s. 229)

„Kontekstów” prawosławnych i greckokatolickich Huk nie zna, czy ich nie było? „Przemoc wyznaniowa” wiązała się wyłącznie z antypolskimi i antykatolickimi działaniami „parafii wschodnich (greckokatolickich bądź prawosławnych”).  A przypisywanie Kościołowi Rzymskokatolickiemu odpowiedzialności za genealogię OUN i ludobójstwo jest objawem schizofrenicznej nienawiści przejętej od czekistów i politruków sowieckich. Bo Huk chyba nie zalicza siebie do genealogów, którzy uważają, że niemal wszyscy mieszkańcy Europy mogli by wywieść swój rodowód od Karola Wielkiego. Bo wówczas powinien i swoją genealogię korelować i z OUN i z Kościołem rzymskokatolickim. W 1928 roku Rajmund Scholz odbywał praktykę leśną w Nadleśnictwie Państwowym Jasień, w górach Gorgonach, obok dóbr metropolii grekokatolickiej lwowskiej. Gdy odwiedził w biurze w Osmołodzie ich zarządcę nadleśniczego Kiseleckiego zastał tam „siedzących rzędem sześciu mężczyzn atletycznie zbudowanych, wyglądających na przebranych oficerów” w tej „jaskini ukraińskiej organizacji wojskowej” odbywającej naradę. Tak – naradę sztabu, bo jeden z tych panów zwał się Melnyk, a był zięciem pułkownika sztabu Konowalca, który pracował na rzecz berlińskiego wywiadu, a wykryty – zbiegł, właśnie w tym czasie.” (Rajmund Scholz: Wojny – lasy – ludzie; Olsztyn 1984, s. 120). „Wtedy nie wiedziałem, co to za ptaszki, ale policjant, któremu o tym zebraniu powiedziałem, rzekł mi, że to są instruktorowie harcerzy ukraińskich, których obóz mieści się o 2 km od pałacu metropolity Szeptyckiego, w metropolitalnym lesie. Mówił też, że co lata odbywają się tam ćwiczenia wojskowe po lasach i że niby nikt o tym nie wie – bo lasy prywatne. /.../ Okazało się, z półsłówek Julka Łewyckiego, że wszyscy ci panowie są oficjalnie urzędnikami głównego Zarządu Dóbr Metropolii grekokatolickiej we Lwowie.” (Scholz..., jw., s. 121). Jewhen Konowalec był komendantem terrorystycznej Ukraińskiej Wojskowej Organizacji (UWO), a od 1929 roku przewodniczącym faszystowskiej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN),  Andrij Melnyk zakładał OUN i po śmierci szwagra Konowalca objął przewodnictwo OUN. Metropolita Szeptycki dawał schronienie największym ukraińskim zbrodniarzom i umożliwiał im przygotowywanie „młodych kadr” do ludobójcze rzezi ludności polskiej. To więc Cerkiew greckokatolicka jest odpowiedzialna za „genealogię OUN oraz tragedię polskości na kresach”, z jej przywódcą duchowym, metropolitą Andrzejem Szeptyckim na czele. I nic tutaj nie da sofizmatyzm i chachmęcenie Huka.  

 

„Biskupi polscy byli urzeczeni sprawczymi możliwościami nazizmu wobec Żydów, zatem eliminowanie Ukraińców potraktowali jako działanie pożądane w sferze stosunków religijnych, społecznych i narodowych. W odróżnieniu od minionych stuleci, kiedy ówczesnych Rusinów, prawosławnych czy greckich katolików, powoli usuwał rodzimy, rzymskokatolicki reżim szlachecki Korony Polskiej, tym razem eliminował ich „obcy reżim ateistyczny”. Jednak Kościół polski nawet w tej sytuacji nie uważał za stosowne stanąć w obronie setek tysięcy ludzi. Zbrodnie Rzeczypospolitej Polskiej, popełniane w latach 1944–1947 na własnych obywatelach – Ukraińcach, nie były wyłącznie zbrodniami reżimu ateistycznego. Po ukazaniu sensu i wartości wsparcia udzielonego tu komunistom (czytaj: narodowi i państwu polskiemu) przez Kościół polski – sprawą dalszych badań jest ustalenie form, zakresu i skutków jego współudziału w zbrodni.” (s. 230 -231)

Huk kontynuuje sophisma goebelsianis nienawiści do Kościoła rzymskokatolickiego. Którzy to „biskupi polscy byli urzeczeni sprawczymi możliwościami nazizmu wobec Żydów”? 

Czy był nim błogosławiony Kościoła katolickiego arcybiskup Antoni Julian Nowowiejski? W 1940 roku  aresztowany przez Niemców, internowany w Słupnie k. Płocka, następnie więziony w niemieckim obozie zagłady w Działdowie, gdzie zginął, prawdopodobnie rozstrzelany w lesie pod Białutami 28 maja 1941 roku? Nie ustalono miejsca jego pochówku.

Czy był nim błogosławiony Kościoła katolickiego biskup Leon Wetmański? W nocy 6 z 7 marca 1941 razem z arcybiskupem Nowowiejskim został przewieziony do Płocka, a stamtąd do niemieckiego obozu zagłady Soldau (KL) w Działdowie, gdzie został umieszczony w celi z innymi księżmi. Prawdopodobnie został zamordowany po epidemii tyfusu, jaka panowała w lipcu i sierpniu 1941 (być może rozstrzelany w lesie pod Białutami. Oficjalna data śmierci podana przez władze niemieckie to 10 października 1941.

Czy był nim błogosławiony Kościoła katolickiego biskup lubelski Władysław Goral? Aresztowany przez Gestapo 17 listopada 1939 roku w budynku kurii z innymi duchownymi  w ramach niemieckiej akcji eliminacji polskiej inteligencji pod nazwą Sonderaktion Lublin. Całą grupę (13 księży, w tym trzech profesorów z seminarium duchownego) przewieziono do ciężkiego więzienia Gestapo na zamku w Lublinie. 27 listopada stanęli przed sądem. Skazano ich na śmierć. Później wyrok zamieniono na dożywotnie więzienie. 4 grudnia 1940 znaleźli się w niemieckim obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Tutaj biskup Goral został osadzony w pojedynczej celi betonowej w specjalnej części obozu, w której pozostał do końca, tj. do wiosny 1945, w celi  skazany na torturę zupełnej samotności. Został prawdopodobnie rozstrzelany w lutym 1945.

Czy był nim błogosławiony Kościoła katolickiego biskup Michał Kozal z Włocławka? 7 listopada 1939 został aresztowany przez Niemców razem z wszystkimi włocławskimi duchownymi i alumnami (łącznie 44 osoby). Zaprowadzono ich do więzienia miejskiego i zamknięto w kaplicy więziennej, a biskupa Kozala w izolatce na gołym betonie, gdzie w nocy strażnicy próbowali go złamać psychicznie waleniem w drzwi, pobudkami oraz przeładowywaniem w jego obecności broni sugerując wyprowadzanie na egzekucję.16 stycznia 1940 r. został przewieziony do przejściowego obozu w Lądzie nad Wartą. Podczas transportu odbywającego się w mrozie minus 21 stopni doznał odmrożeń uszu, nosa i nóg. 3 kwietnia 1941 roku biskup Kozal wraz innymi księżmi został przewieziony do więzienia w Inowrocławiu. Już podczas pierwszego przesłuchania gestapo pobiło Kozala uszkadzając mu ucho wewnętrzne w wyniku czego wywiązało się zapalenie. Z Inowrocławia trafił do Dachau.  W obozie w wyniku wycieńczenia i głodu zapadł na tyfus. 26 stycznia 1943 pielęgniarz Josef Spiess dał mu w rękę śmiercionośny zastrzyk z fenolu mówiąc „In Ewigkeit” (pol. „Na wieczność”). Zastrzyk spowodował śmierć biskupa. Cztery dni później 30 stycznia jego ciało zostało spalone w obozowym krematorium, a prochy rozsypane na terenie obozu.

Teza Huka jest nie tylko kłamstwem, ale ma także kontekst rasistowskiej nienawiści do polskiego narodu.  

Może Huk przebada „formy, zakres i skutki” tego „urzeczenia biskupów polskich”? Może przebada także „formy, zakres i skutki współudziału zbrodni” na Ukraińcach 2579 polskich księży katolickich uwięzionych w priesterblokach (wydzielonych barakach dla księży) w niemieckim obozie koncentracyjnym w Dachau, co stanowiło 94,88% wszystkich uwięzionych księży. Przebywało tutaj także 22 duchownych prawosławnych, nie było natomiast duchownych grekokatolickich.

Czesław Partacz: „ Banderowcy i czerń wiejska na Kresach południowo-wschodnich zamordowali, często w barbarzyński sposób, 148 księży katolickich, 15 zakonników, 4 kleryków, 29 zakonnic, czyli 196 duchownych i zakonnic narodowości polskiej oraz 26 księży greckokatolickich, czyli często swoich rodaków o innych poglądach.” Ale oni byli zapewne „zauroczeni” banderyzmem? 

Oczywiście Huk nie przebada, w jakiej skali ukraińscy duchowni prawosławni i grekokatoliccy „byli urzeczeni sprawczymi możliwościami nazizmu wobec Żydów”, ani ich „zauroczenia sprawczymi możliwościami nazizmu”, bolszewizmu i banderyzmu wobec Polaków, a jest co badać, gdyż ma bogatą praktykę. Także we wzajemnym wspieraniu się w celu maksymalizacji tych „możliwości”.

 

W podrozdziale „Ja księdza nie znam…”, czyli kontekst żydowski”, Huk pisze: „Subalternów długo nie trzeba było zabijać, lecz gdy chłopstwo ruskie stało się właścicielem i jego ziemię zaczęło chronić prawo, gdy Żydzi z dzierżawców stali się właścicielami fabryk i sklepów – tylko mord stwarzał warunki do przejęcia własności na drodze szlacheckiego bezprawia. Chodziło o unicestwienie fizyczne ostatecznie rozwiązujące tak zwane „kwestie” ruską i żydowską. Losy własności pożydowskiej i poukraińskiej w dzisiejszej Polsce są przykładem akceptacji społecznej dla Holokaustu i morderczych deportacji – społeczeństwo polskie w pełni korzysta z budynków i ziemi, należących do tych dwóch grup ofiar, przejętych i przekazanych mu przez państwo na własność.” (s. 233)

Huk zapomniał, czy porzucił już tezę o 600-letnim ludobójstwie „rzymskokatolickiej szlachty polskiej” na subalternach   (w koncepcji marksistowskiej Gayatri Chakravorty Spivak dotyczącej Indii) Rusinach/Ukraińcach, gdyż tutaj bardziej pasuje mu „unicestwienie fizyczne ostatecznie rozwiązujące tak zwane „kwestie” ruską i żydowską” dokonane oczywiście „na drodze szlacheckiego bezprawia”, aby poprzez mord przejąć „własność pożydowską i poukraińską”. Biedni ukraińscy subalterni nic nie zyskali na wymordowaniu Żydów przez Policję Ukraińską i na wymordowaniu Polaków przez „ukraińskich powstańców z OUN i UPA”? Przecież ograbiali domy i gospodarstwa pomordowanych rodzin z wszystkiego, były to nie tylko krowy, konie, świnie, kury, worki ze zbożem, gryką, fasolą, młockarnie, pługi, brony ale także pierzyny, swetry, sukienki i buty (ściągane także z trupów), rondle, talerze . W jednym z domów zabrali nawet garnek z gotującą się kurą na rosół, bo przecież zabici by jej już nie zjedli. Rzecz oczywista, że „biedni powstańcy ukraińscy zdobywali” rzeczy cenniejsze: złote kolczyki, pierścionki (czasami z odrąbanym palcem), naszyjniki, złote monety – dlatego po panicznej „emigracji” do ukraińskiej etnicznej ziemi w Kanadzie lub Ameryce mieli za co kupować rancza i kamienice, zakładać sklepy, itp.

Huk stosuje z uporem maniackim sophisma goebelsianis w swojej historiografii. Tym razem do „biznes banderyzmu” dołączył biznes Holocaust, ale do książki The Holocaust Industry napisanej przez amerykańskiego historyka żydowskiego Normana Finkelsteina z oczywistych względów nie nawiązuje. „Mordercze deportacje” dotknęły ludność polską. 

 

„Między endecką percepcją Żydów a Rusinów istniało także wiele różnic. Wprawdzie Rusini nie byli ciałem obcym, pasożytem, ale i oni, i Żydzi mieli nie posiadać tradycji historycznych, w tym państwowych, nie być narodem, nie mieć ojczyzny, być niewidoczni, a jednak źle obecni. Różnie oceniano ich tożsamość: od stabilnej (tu pominięto gente Ruthenus, natione Polonus) po ulegającą zanikowi, a zatem także jako możliwość polonizacji. Żydom pod koniec XIX w. odmówiono asymilacji – przed Rusinami wciąż stała ona otworem.” (s. 233 – 234)

A  wcześniej Huk pisał o Rusinach używając określenia Obcy! Nie wyjaśnia, dlaczego zmienił zdanie, może sam nie wie? Żydzi posiadali tradycję historyczną liczącą kilka tysięcy lat, każdy katolik znał ją chociażby z Biblii. Mieli tradycje państwowe i narodowe, może Huk po prostu nie zna Biblii. Byli też widoczni w każdym mieście i miasteczku polskim, zastanawia, jak mógł Huk tego nie zauważyć? Może tylko nie chciał. Nikt Żydom nie odmawiał asymilacji .„Postulat asymilacji Żydów został włączony do programu społecznego pozytywistów. Działacze społeczni, gospodarczy, dziennikarze i pisarze doby pozytywizmu pragnęli za pomocą reform stworzyć jednolite społeczeństwo oparte na zgodzie między dworem a wsią, robotnikami i kapitalistami, Żydami a Polakami”. (https://www.rp.pl/artykul/159629-Pozytywisci-namawiaja-do-asymilacji.html ). Listę ”Polacy pochodzenia żydowskiego” można znaleźć nawet w wikipedii. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Polacy_pochodzenia_%C5%BCydowskiego ).

 

„W 1947 r. greckokatolicki ksiądz z Łemkowszczyzny, Stepan Dziubyna, podczas audiencji u kardynała Adama Sapiehy w Krakowie, nie otrzymał pozytywnej odpowiedzi na swą prośbę o pomoc dla grekokatolików objętych deportacyjną akcją „Wisła” zorganizowaną przez państwo. Od rzymskokatolickiego księcia Kościoła w Polsce usłyszał: „Ja księdza nie znam”. [S. Dziubyna, I stwerdy diło ruk naszych. Spohady, Warszawa 1995, s. 86. (Tłum. moje – B.H.]. Stwierdzenie o niepoznawaniu katolickiego księdza, ponieważ nie był wyznania rzymskokatolickiego, już na pierwszy rzut oka może stanowić odwrotność zdania „Ja tego Żyda znam!”,  (J. Grabowski, „Ja tego Żyda znam”. Szantażowanie Żydów w Warszawie 1939– 1943, Warszawa 2004) wypowiadanego przez polskich szmalcowników na użytek uczestnictwa w kulturze polskiej i jej związków z kulturą nazistów: w istocie oba stanowią przyzwolenie na przemoc i utratę życia w wyniku przemocy. Sytuację mógłby komplikować fakt, że kontrolę nad zachowaniami Polaków w przypadku Sapiehy sprawowało państwo komunistyczne, a w przypadku szmalcowników – hitlerowskie, jednak ani krakowski kardynał, ani warszawski rzezimieszek nie byli zmuszeni do odbierania człowieczeństwa Ukraińcowi czy Żydowi. „Ja księdza nie znam” i „Ja tego Żyda znam!” są zdaniami ludzi, którzy z własnej nieprzymuszonej woli zgadzali się na prześladowania lub śmierć innych tylko ze względu na postrzeganie ich przez własną kulturę jako obcych i groźnych dla polskości.” (s. 234 – 235)

Jedyną szansą uniknięcia represji dla księży greckokatolickich było objęcie parafii rzymskokatolickich. Stało się to możliwe, gdy 10 grudnia 1946 Pius XII nadał kardynałowi Hlondowi uprawnienia Delegata Ojca Świętego dla katolików obrządków wschodnich. Kapłani greckokatoliccy nie przechodzili formalnie na obrządek łaciński, lecz stawali się tzw. birytualistami. Pracowali w kościołach rzymskokatolickich do czasu, gdy nie pojawiła się możliwość objęcia parafii greckokatolickiej. 31 marca 1947 prymas mianował ponadto dwóch wikariuszy generalnych dla Kościoła greckokatolickiego w Polsce. Zostali nimi ks. Bazyli Hrynyk dla diecezji przemyskiej i ks. Mikołaj Deńko dla Łemkowszczyzny. Kardynał Sapieha mianował już wikariusza generalnego dla Łemkowszczyzny, więc mógł  podejrzewać prowokację ze strony nieznanego mu greckokatolickiego księdza z Łemkowszczyzny. W tym czasie w Bieszczadach i na Łemkowszczyźnie UPA kontynuowała morderstwa Polaków i walki z WP i WOP. Poniżej przykłady.

 W nocy z 6 na 7 lutego 1947 roku we wsi Żernica Wyżna pow. Lesko UPA uprowadziła 4 Polki, które zaginęły bez wieści.  W nocy z 8 na 9 lutego we wsi Rzepedź koło Komańczy, podczas akcji UPA przeprowadzonej na kilka osób podejrzanych o sprzyjanie polskiej władzy został pobity i uprowadzony do lasu skąd nie wrócił gajowy Andrzej Morajda. 14 lutego we wsi Żernica Wyżna upowcy uprowadzili 3 Polaków, którzy zaginęli bez wieści. „Baczyński Michał, mój dziadek, był sołtysem we wsi Żernica Wyżna, gmina Hoczew w powiecie Leskim. Został uprowadzony 14.02.1947 r. i ślad po mim zaginął. Moja mama miała wówczas 11 lat i tak zapamiętała  okoliczności śmierci swojego ojca: Banderowcy przyszli nocą, zabrali ojca, chcieli tez zabrać dorosłego brata, ale uciekł przez okno. Tej samej nocy wzięli także sąsiadów Piotra i Michała Olszanickich. Wśród kobiet pomordowanych z wsi Żernica Wyżna jedna o imieniu Kaśka była w ciąży. Rano dzieci poszły szukać choćby śladu, dokąd poszli, jednak bali się iść daleko - nie znaleźli ani śladu. Za parę dni na drzwiach wejściowych przyczepiono kartkę z ręcznie nakreślonymi postaciami, które miały rożne obrażenia. Mama pamięta obcięty język i wydłubane oczy, ale było tego więcej. Nie wolno było zdjąć tej kartki pod groźba śmierci. Za kilka dni banderowcy przyszli i zabrali wszystkie zwierzęta z gospodarstwa., po kolejnych paru dniach spalili dom. Rodzina schroniła się u sąsiadów. Za niedługi czas wojsko polskie ogłosiło ze maja dwie godziny na opuszczenie domów. Do stacji kolejowej szli pieszo około 30 km. W wagonach bydlęcych ze zwierzętami jechali 3 tygodnie. Zapanowały wszy i różne choroby. Nigdy więcej tam nie wrócili, o losie ojca nie wiedzą nic do dziś. Może ktoś zna miejsce pochówku mojego dziadka? Proszę o kontakt na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.  Jolanta z Baczyńskich” (http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/zgloszenia.html).  We wsi Łukowe pow. Lesko: „Dnia 16. II. 1947 r. banda UPA sotni „Bira” zamordowała kierownika szkoły podstawowej w m. Łukowe pow. Lesko – ob. Derkacza Franciszka”.

W II połowie marca 1947 roku w rejonie wsi Smolnik pow. Sanok dostała się w zasadzkę kompania piechoty 34 pp. 8 DP z Baligrodu. „Otoczyły ją 3 sotnie: Bira, Hrynia („Chrina”) i Stiacha  („Stacha”), około 600 ludzi. Dysponowały one pięciokrotną przewagą. W toku walki część zginęła od kul napastnika, część, głownie rannych, dostała się do niewoli banderowskiej, a po torturach została zamordowana. Zginęło 98 żołnierzy, ocalało 17, którym udało się wyrwać z okrążenia, wśród nich połowa była lekko ranna”. (Siekierka..., s. 405). „W połowie tego miesiąca wysłano z Baligrodu do Smolnika jedną kompanię 34 pp. Miała dotrzeć szosą do Cisnej, tam połączyć się z Grupą Manewrową WOP i kontynuować marsz do Smolnika, wzdłuż trasy kolejki leśnej, przez Żubracze, Maniów i Wolę Michową. Do Smolnika można się było dostać także inną, o połowę krótszą drogą, tyle tylko, że wiodła przez Chryszczatą. Dowódca kompanii, wbrew otrzymanym rozkazom, postanowił iść na skróty. „Ren” pojął, że nieprzyjaciel sam się pcha w zasadzkę. Sotnia „”Bira””, znajdująca się w tym czasie w rejonie Cisnej, rozpoczęła forsowny marsz w kierunku Wołosania, sotnia „Stacha” zajęła pozycje na stokach Krąglicy,  a „Hryń” oskrzydlił  kompanię  od północy. W ten sposób kocioł został zamknięty, połączone siły banderowców liczyły około 600 ludzi i posiadały nieomal pięciokrotną przewagę nad żołnierzami” /.../ „Nazajutrz rano wziętych do niewoli żołnierzy wyprowadzono na skraj polany. Byli boso, bez mundurów, w samej tylko bieliźnie, na ciałach widoczne były ślady tortur. Zamordowano wszystkich, z całej kompanii, okrążonej pod Smolnikiem, zdołało się uratować kilkunastu zaledwie żołnierzy” - pisze A. Bata w książce Bieszczady w ogniu.

14 marca we wsi Komańcza pow. Sanok UPA uprowadziła i zamordowała 19-letniego Polaka oraz poraniła jego siostrę, która zdołała uciec. 16 marca we wsi Stańkowa pow. Lesko upowcy zamordowali 2 Polaków. 18 marca we wsi Klimówka pow. Gorlice obrabowali gospodarstwo i uprowadzili Józefa Siwaka, który zaginął bez śladu.

28 marca we wsi Jabłonki pow. Lesko w zasadzce sotni UPA „Chrina” zginął gen. Karol Świerczewski „Walter” oraz por. Józef  Krysiński i kpr. Stefan Strzelczyk. Zostało to wykorzystane do propagandowego pretekstu przeprowadzenia operacji „Wisła”.

Stefan Dziubyna urodził się w 1913 roku we wsi Gładyszów pow. Gorlice. W 1933 roku został skazany na 10 miesięcy aresztu w zawieszeniu za "szerzenie nacjonalizmu ukraińskiego". Na księdza został wyświęcony w 1938 roku. W czasie okupacji był katechetą w Ukraińskim Seminarium Nauczycielskim w Krynicy a po wojnie proboszczem w Nowej Wsi. W 1947 roku trafił do obozu w Jaworznie. Po zwolnieniu pracował w łacińskim klasztorze w Warszawie, jednocześnie pomagając w pracy duszpasterskiej o. Ripeckiemu, który pod Ełkiem, jako jedyny na północy, mimo zakazu, nadal odprawiał msze w obrządku greckokatolickim. „Od początku lat 50. Dziubina przyjaźnił się z kardynałem Stefanem Wyszyńskim, który mianuje go generalnym wikariuszem, czyli głową kościoła grekokatolickiego w Polsce.”   (http://lemko.org/gazeta/lesniak/dziubina.html )  

W dniu 7 lipca 2000 r. na podprzemyskim cmentarzu Strzelców Siczowych odbył się pochówek szczątków członków UPA, ekshumowanych ze zbiorowych mogił w Birczy i Lisznej. W trakcie uroczystości przedstawiciel Kościoła bizantyjsko-ukraińskiego ksiądz mitrat Stefan Dziubina, który przewodniczył obrzędom, stwierdził mi.in. ˝Prawda jest taka, że to nie Ukraińcy chcieli wolnej Ukrainy na polskich ziemiach, ale Polacy chcieli Polski na ziemiach etnicznie ukraińskich˝ (˝Życie Podkarpackie˝ 12 lipca 2000 r.).To też słowa mitrata: „UPA nie mordowała polskich duchownych, nie rujnowała polskich kościołów i cmentarzy i nie mordowała na terenie dzisiejszej Polski małych, niewinnych dzieci i niedołężnych starców" -świadczą o przewrotnym zakłamaniu tego człowieka, charakterystycznym dla całej nacjonalistycznej propagandy. (http://www2.kki.pl/pioinf/przemysl/dzieje/rus/cerkwie1.ht )

Szczytem szowinizmu jest natomiast porównywanie prymasa Hlonda z anonimowym szmalcownikiem wykorzystując do tego celu Grabowskiego. Piotr Gontarczyk, historyk Instytutu Pamięci Narodowej stwierdził: „Trzeba przyznać, że zaczynają działać pewne mechanizmy, które obowiązywały w PRL. Tzn. jeśli ktoś był wtedy zerem pod względem naukowym, to zajmował się pisaniem o Marksie albo Róży Luksemburg i miał pewność, że dzięki temu zaistnieje. Teraz tak jest z Holokaustem.” (https://www.tvp.info/35804769/polskie-panstwo-podziemne-mialo-jedna-kare-dla-szmalcownikow).

 

Po II wojnie światowej rząd wraz z Kościołem zastosował wobec Ukraińców nie tylko okupacyjny mechanizm nazistowski, ale także ten, który jeszcze przed wojną opracowywano w stosunku do Żydów. (s. 238)

Ciąg dalszy sophisma goebelsianis Huka. Przecież już kilkakrotnie pisał o swoim wiekopomnym odkryciu historiograficznym, czyli o symbiozie komunistów z Kościołem, niczym pomiędzy braćmi syjamskimi. Także i o tym, że stosowali okupacyjny mechanizm nazistowski. Czy aby nie był to mechanizm banderowsko-czekistowski? To może cerkiewno-stalinowski? Opracowane jeszcze przed wojną! Tyle perspektyw historiograficznych potrafił odkryć!  Jakie mechanizmy „przyświecały” cerkwi?

Kościół rzymskokatolicki i Cerkiew (zarówno greckokatolicka jak i prawosławna) wyznają wiarę w tego samego Boga Najwyższego, posługują się tą samą Ewangelią Świętą, stosują do przykazań tego samego Dekalogu. Kapłani i wierni są „braćmi w wierze”, chrześcijanami. Dlaczego więc doszło do okrutnego ludobójstwa, jakiego dokonali grekokatolicy i prawosławni narodowości ukraińskiej na rzymskich katolikach narodowości polskiej? Co robili wówczas „pasterze” owych „owieczek”, że przeistoczyły się one w watahy wilków? Czy próbowali przeciwdziałać, przypominając przykazanie Boże „nie zabijaj”? Ks. Józef Marecki: ”Duszpasterze rusińscy akceptowali jawne propagowanie ukraińskiego nacjonalizmu, wspierali jego „apostołów”. Geneza takiego zachowania sięgała lat wcześniejszych. Znaczącą rolę budzeniu świadomości patriotycznej a też i nacjonalistycznej wśród Ukraińców odgrywał metropolita A. Szeptycki. W czasie II wojny światowej duchowieństwo greckokatolickie – jak wiadomo – nie bez zachęty swoich przełożonych popierało bezpośrednie czystki etniczne na terenie Wołynia, tarnopolszczyzny i na pozostałych terenach ziem południowo-wschodniej II Rzeczypospolitej. Duchowni zachęcali do wstąpienia do dywizji SS Hałyczyna, współpracy z Niemcami oraz zasilania szeregów UPA. Liczne świadectwa potwierdzają uroczyste, w greckokatolickich a niekiedy prawosławnych cerkwiach, poświęcenie broni i narzędzi mordów. Z namaszczenia metropolity A. Szeptyckiego oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii otrzymały kapelanów, którzy byli głównymi propagatorami czystek etnicznych.. (www.polskiekresy.pl; 23.11.2008).  

Zachęcanie i inicjowanie zbrodni ukraiński kler greckokatolicki i prawosławny zaczął już we wrześniu 1939 roku, wykorzystując atak sowieckich bezbożników z 17 września. Popi dołączyli do bolszewickich politruków, chociaż ci drudzy zachęcali tylko do rżnięcia „polskich białych panów”, natomiast popi do „rizania Lachiw” nie wyłączając dzieci (nawet niemowląt), kobiet i starców. Ich agitacja była więc bardziej bandycka, a do tego miała większy posłuch wśród „czerni” ukraińskiego chłopstwa, czyli „owieczek” owych „pasterzy”.

Nocą z 17 na 18 września 1939 roku we wsi Sławenczyn, pow. Podhajce, bojówka OUN ograbiła i spaliła zagrody polskie mordując 85 Polaków. „Z opowiadań ocalałych mieszkańców wsi wiem, że napad rozpoczęli oni od uroczystej mszy w cerkwi, w której miejscowy ksiądz grekokatolicki poświęcił przeznaczone do mordowania Polaków karabiny, kosy, widły, siekiery i noże, głosząc „żeby żniwa były obfite”. W mordzie brali udział niektórzy nasi sąsiedzi. Większość zamordowanych Polaków zginęła od ciosów siekier, noży i wideł, a tylko nieliczni zostali zastrzeleni, głownie ci, którzy próbowali ratować się ucieczką. Pierwszą ofiarą zbrodni była Pani Gutowska, żona kierownika szkoły, która mieszkała w pobliżu cerkwi. Była w ostatnim miesiącu ciąży. Oprawcy nożem rozpruli jej brzuch. Jej córeczkę Romcię zakłuto nożami. Florian Kustrio, zięć Anny Denegi, był torturowany, obcięto mu język, nos, uszy, palce u ręki i nóg”.  (Janina Mazur; w:  Komański Henryk, Siekierka Szczepan: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939 – 1946; Wrocław 2004., s. 760).

W nocy z 18 na 19 września we wsi Szumlany pow. Podhajce: „W liście wysłanym 17 grudnia 1941 r. przez polskiego rządcę z dworu w Szumlanach Jana Serafina do Polskiego Komitetu Pomocy w Brzeżanach, pisał on: „Mord w Szumlanach rozpoczął się od sprofanowania rzymskokatolickiego kościoła. Banda rozbiła drzwi kościoła, z którego wyniesiono następnie obrazy, chorągwie, szaty liturgiczne i wszystko, co się w nim znajdowało. W akcji brała udział młodzież męska i żeńska. Następnie pocięto na części przedmioty, nadające się na przeróbkę spódnic, chustek itp., przy czym przy podziale dochodziło do bójek, a zwyciężał silniejszy. Z kolei uformował się pochód. Kilku z mołojców ubrało się w niezniszczone jeszcze szaty liturgiczne, wsiadło na konie i wśród szyderczych okrzyków, śmiechów i dzikiej wesołości ruszono na wieś. Zabrano oczywiście kielichy, komunikanty i inne świętości, które rozrzucano po drodze. Nie należy zapominać, że zarówno świętokradcy, jak cała zresztą wieś byli katolikami, a tylko obrządku greckiego. Ta profanacja trwała trzy dni, żadnej władzy wtedy nie było. W międzyczasie mordowano nocą rodziny polskie i rabowano ich dobytek. W tym to czasie wymordowano wszystkich Polaków w Szumlanach” („Antypolska akcja nacjonalistów ukraińskich w Małopolsce Wschodniej w świetle dokumentów Rady Głównej Opiekuńczej 1943 – 1944”, wstęp i opracowanie L. Kulińska i A. Roliński, Kraków 2003, s. 12 – 14).

Po wkroczeniu wojsk niemieckich, od września 1939 roku kapłani greckokatoliccy i prawosławni masowo urządzali „uroczystości religijne”, podczas których sypano kopce dokonując w nich „pogrzebu Polski”. Od 1941 roku duchowni greckokatoliccy i prawosławni z premedytacją wykorzystywali fragment Ewangelii Świętej do celów zbrodniczych, szatańskich. Była to przypowieść Jezusa „o chwaście i pszenicy”, czasami nazywana przypowieścią o „kąkolu i pszenicy”. «A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: “Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?” Odpowiedział im: “Nieprzyjazny człowiek to sprawił”. Rzekli mu słudzy: “Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?” A on im odrzekł: “Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza“». (Mt 13, 24-30) Kler greckokatolicki i prawosławny uzurpował sobie „kompetencje” przysługujące Bogu Najwyższemu. Jezus Chrystus nauczał, że Bóg, jako Gospodarz, na Sądzie Ostatecznym dokona oddzielenia „chwastu” od „pszenicy” i „chwast” zostanie spalony w Ogniu Piekielnym. Jest oczywiste, że duchowni greckokatoliccy i prawosławni świadomie dokonali fałszywej interpretacji Ewangelii.

We wsi Cetula pow. Jarosław: „Miejscowy proboszcz grekokatolicki, ks. Jan Bury, ściśle współpracował z OUN i UPA. Pod koniec 1939 roku i w lipcu 1940 roku dwukrotnie celebrował „pogrzeb Polski”. Wykorzystywał uczucia religijne do szerzenia nienawiści do Polaków”. W Jabłonicy Ruskiej pow. Brzozów w październiku 1939 roku OUN wspólnie z unickim księdzem zorganizowała usypanie kopca „mogiły pogrzebu Polski”, połączone z ceremonią religijną. We wsi Ulucz pow. Brzozów miejscowy ksiądz unicki zorganizował „uroczystości pogrzebowe Polski”, na których Ukraińcy usypali „kopiec-mogiłę”. Był on nacjonalistą ukraińskim i współpracował z OUN-UPA. W Pawłokomie pow. Brzozów z nacjonalistami ukraińskimi współpracowali prowadząc antypolską agitację księża greckokatoliccy: ks. Wasyli Szewczuk, ks. Józef Fala, ks. Mirosław Seneta. W cerkwiach we wsi Hołodno i Wary pow. Brzozów od 1941 roku unicki ksiądz Michajło Hajdiuk, przyjaciel ounowca, nauczyciela Lewickiego z Pawłokomy, nawoływał do rozprawy z Polakami i wspierania „naszych aniołeczków”, czyli hitlerowskich Niemców. We wsi Końskie unicki proboszcz ks. Józef Krysa, razem ze swoim ukraińskim wikariuszem podburzał Ukraińców przeciwko Polakom. M.in. podczas kazania w cerkwi mówił: „wtedy Polsa sia werni, kak mi wołosia wyrosną na dłoni”.  

Z OUN-UPA współpracował we wsi Siedliska pow. Brzozów proboszcz unicki, Ukrainiec, ks. Sawojko szerząc nienawiść do Polaków. Taką samą działalność „duszpasterską” na usługach szatana pełnili m.in.: we wsi Leszczawa Górna pow. Dobromil proboszcz greckokatolicki ks. Ignacy Federkiewicz, we wsi Piątkowa pow. Dobromil ks. Jurij Sawczuk, we wsi Łubno pow. Brzozów diak Andriej Aftanas, we wsi Chmeliska pow. Skałat ks. Korolek, we wsi we wsi Terka pow. Lesko ks. Lew Salwicki i kleryk Hryc Drozd, we wsi Daszówka pow. Lesko ks. Andrzej Dorosz (na jego plebani szkoliły się bojówki OUN-UPA), we wsi Łobozew pow. Lesko ks. Michał Suchy (trzech jego synów było w UPA), w miasteczku Ustrzyki Dolne ks. Dymitr Panasiewicz, we wsi Lutowiska ks. Iwan Mak, we wsi Surochów pow. Jarosław ks. Michał Płachta, we wsi Miękisz Nowy pow. Jarosław ks. Józef Liszczyński i ks. Stefan Maziarz, we wsi Ustianowa pow. Lesko ks. Iwan Ezop, itd.

We wsi Monasterz pow. Jarosław: „Miejscowy proboszcz grekokatolicki Włodzimierz Smolka znany był  z antypolskich wystąpień i szerzenia nienawiści do Polaków. Na swoich kazaniach nieraz mawiał: „kiedyś święty Piotr zapyta ciebie o dobre uczynki, ileś wyplewił polskiego kąkolu? I co ty na to, skoro tak bezczynnie czekasz, aż inni za ciebie to zrobią?” (Siekierka..., s. 266). Pod koniec 1941 roku we wsi Radawa pow. Jarosław miejscowy proboszcz greckokatolicki zorganizował we wsi przy kopcu usypanym koło cerkwi tzw. „pogrzeb Polski”. Zaprosił na tę „imprezę” księdza rzymskokatolickiego, proboszcza Jana Kosiora, który nie będąc zorientowany, co to jest za uroczystość, przybył z procesją. Nie zdarzyło się, aby polski kapłan katolicki celebrował „pogrzeb Ukrainy”, nawet po wojnie, pomimo ukraińskich zbrodni.

We wsi Germakówka pow. Borszczów z prywatnych lekcji wracała Danuta Kosowska: „Nagle usłyszałam pieśni śpiewane po ukraińsku, w których słowa refrenu brzmiały: „Smert! Smert Lacham, komunistom i Żydom!”. Ze strachu cofnęłam się i ukryłam w zaroślach. Zobaczyłam, jak główną drogą idzie liczna procesja odświętnie ubranych Ukraińców niosących chorągwie cerkiewne i krzyż, z księdzem ruskim na czele. Każdy z nich niósł jakieś pokaźne zawiniątko w białej chuście. Jak się potem dowiedziałam była to ziemia z własnego pola, z której przy cerkwi usypano duży kopiec, jako symbol pogrzebania władzy Polaków i powstania „Samostijnej Ukrainy”. To wydarzenie bardzo mną wstrząsnęło. Swoim, wtedy dziecięcym rozumem, myślałam i byłam o tym przekonana, że idący z tą procesją zabiją każdego napotkanego Polaka. /.../ Każdy nowy dzień przynosił zatrważające wieści o mordach i okrutnym postępowaniu Ukraińców wobec Polaków. Z cerkiewnych ambon popi prawosławni i księża grekokatoliccy podsycali nienawiść do Polaków, cytując wersety z Biblii o potrzebie „wyplewienia kąkolu z pszenicy”, a tym kąkolem według nich, byli Polacy”  (Danuta Kosowska). We wsi Chorłupy pow. Łuck: „20 lipca 1941 r. podczas otwarcia cerkwi w Chorłupach, /.../ duchowny prawosławny Petroszczuk wygłosił kazanie mówiąc: „Lachiw i żydiw wyrizaty, czechiw wysłaty w Czechiju, bilszowykiw ne pustyty, a nimci sami pijdut’ i ostanet’ sia samostijna Ukrajina” (Siemaszko..., s. 580). 

23 września 1941 roku metropolita Andrzej Szeptycki w liście do Adolfa Hitlera pisał:

"Jego Wysokość Fuhrer Wielkiej Rzeszy Niemieckiej – Adolf Hitler.

Wasza Ekscelencjo!

Jako zwierzchnik katolickiej Cerkwi, przekazuję Waszej Ekscelencji serdeczne poważania z okazji zajęcia stolicy Ukrainy, złotowierzchniego miasta nad Dnieprem – Kijowa....

Widzimy w Panu, niezwyciężonego wodza niezrównanej i sławnej Armii Niemieckiej. Sprawa zniszczenia i wykorzenienia bolszewizmu, jaką Pan, jako Fuhrer Wielkiej Rzeszy Niemieckiej przyjął za cel w tym pochodzie, zaskarbia Waszej Ekscelencji wdzięczność całego chrześcijańskiego świata. Ukraińska Cerkiew grekokatolicka wie o historycznym znaczeniu potężnego ruchu Narodu Niemieckiego pod Pańskim kierownictwem. Będę się modlił do Boga o błogosławieństwo zwycięstwa które się stanie rękojmią trwałego pokoju dla Waszej Ekscelencji, Armii Niemieckiej i Niemieckiego narodu.

Z osobistym szacunkiem. Andrzej hrabia Szeptycki – metropolita."

W październiku 1944 roku metropolita Szeptycki w liście do Józefa Stalina pisał:

„Po zwycięskim pochodzie od Wołgi do Sanu, przyłączyliście na nowo zachodnie ukraińskie ziemie do Wielkiej Ukrainy (USRR). Za spełnienie tych testamentalnych pragnień i zmagań „Cały świat chyli czoło przed Wami (...) Ukraińców, którzy od wieków uważali się za jeden naród i chcieli być zjednoczeni w jednym państwie, składa Wam naród ukraiński serdeczne dzięki. Te światłe pociągnięcia wywołały i w naszej Cerkwi nadzieję, że Cerkiew jak i cały naród znajdzie w ZSRR pod Waszym przewodem pełna swobodę pracy i rozwoju w dobroci i szczęściu”.

Ks. W. Piętowski podaje, że w powiatach dystryktu krakowskiego znajdujących się w obecnych granicach państwa polskiego, działało 35 duchownych greckokatolickich, wrogich wobec Polaków i aktywnie popierających OUN. „We wsi Stefkowa, miejscowy proboszcz grekokatolicki, Ukrainiec, Jasyf Ołeniak, był głównym organizatorem większości zbrojnych poczynań ukraińskich nacjonalistów we wsi i okolicy” (Sz. Siekierka, H. Komański, K. Bulzacki: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim. Wrocław 2006,  s. 445).

W połowie 1942 roku za pośrednictwem ks. greckokatolickiego Osypa (Józefa) Kładocznego (sekretarza arcybiskupa Szeptyckiego) Delegat Rządu na Kraj Jan Piekałkiewicz usiłował dojść do porozumienia z władzami OUN, aby wypracować wspólne stanowisko dotyczące spraw polsko-ukraińskich. Jerzy Lerski, wysłany z misją od Naczelnego Wodza i Premiera do władz Polskiego Państwa Podziemnego, pisze w książce Emisariusz Jur, że miał przewidziane rozmowy z metropolitą Andrzejem Szeptyckim we Lwowie. „Chodziło o wspólną deklarację polsko-ukraińską apelującą o zawieszenie broni i jeden bratni front wobec wspólnych nieprzyjaciół. Delegat Rządu ustosunkował się sceptycznie do tego projektu. Rozmowy z Ukraińcami podjęte niedawno w Warszawie fatalnie się urwały, bowiem przedstawiciel polskiego podziemia adwokat Mieczysław Rettinger (nie mylić z londyńskim doktorem Józefem Rettingerem) wydany został na placu Unii Lubelskiej przez dwóch przysłanych ze Lwowa popów w ręce Gestapo. Musiałem więc złożyć oficerskie słowo honoru, że do swojego miasta rodzinnego nie pojadę. Byłem niepocieszony” (Jerzy Lerski: Emisariusz Jur, Warszawa 1989, s. 89).

Jesienią 1942 roku we wsi Stare Koszary pow. Kowel w miejscowej cerkwi duchowny prawosławny poświęcił bochny chleba, które następnie były dzielone między wtajemniczonymi Ukraińcami i rozprowadzane po całej parafii jako symbol przymierza w celu rozpoczęcia rzezi Polaków.

W marcu 1943 roku we wsi Gończy Bród pow. Kowel: „w cerkwi odbyła się uroczystość przyjęcia wici chlebowych. Na ołtarzu umieszczone zostały trzy wieńce, trzy chleby i trzy świeczki przyniesione z innej wsi ukraińskiej, a duchowny prawosławny odczytał pismo nawołujące do wymordowania Polaków. W piśmie zapowiadano, że popłyną czerwone rzeki i będą jeziora polskiej krwi. Następnie było dzielenie się chlebem, którego zjedzenie zapewnić miało zbawienie. Pozostałe okruszki zostały zmiecione i dodane do ciasta, z którego wypieczono dziewięć nowych chlebów, potem uwito dziewięć nowych wieńców i dodano dziewięć nowych świeczek. Całość po poświęceniu przez duchownego prawosławnego na kolejnym nabożeństwie została przez delegacje zawieziona do następnych wsi cerkiewnych. Do chlebów dołączone były pisma o tej samej treści”  (Siemaszko..., s. 332). Jakiś Belzebub ten satanistyczny obrzęd opracował, (niektórzy świadkowie przypuszczają, że było to w monastyrze prawosławnym w Łarze Poczajowskiej). 

Mogilno (Mohylno) pow. Włodzimierz Wołyński: Groźnym sygnałem dla Polaków stało się usypanie przez Ukraińców kopca przy cerkwi. Ziemię wozili sami Ukraińcy, Polaków nie angażowano. Mówiono, że tam zakopano polski mundur, na kopcu postawiono krzyż. Miał to być "pogrzeb" państwa polskiego. W kwietniu 1943 roku zebrali się tam Ukraińcy na poświęcenie, którego dokonał przybyły specjalnie archirej. Adolf Szewczuk miał swoje zabudowania tuż przy cerkwi. Maria, żona Adolfa, skrycie podeszła przy stodole jak najbliżej zgromadzonych i starała się posłuchać, o czym mówiono. Usłyszała, zapamiętała i nam powtórzyła jedno zdanie z przemowy prawosławnego archireja: "jednej nacji już nie ma (żydowskiej), jeszcze pozostała druga”. (Jadwigi Kozioł z d. Mroziuk; w: http://free.of.pl/w/wolynskie/wspomnienia/mogilno-mroziuk_jadwiga.html ). We wsi Sadów pow. Łuck: „W maju lub czerwcu 1943 r. duchowny prawosławny święcił w cerkwi przyniesione przez Ukraińców siekiery, widły, noże w intencji wybicia wszystkich Polaków, by powstała wolna Ukraina”. We wsi Tuligłowy pow. Rudki: „W 1943 roku, w miejscowej cerkwi grekokatolickiej, w Zielone Święta, bazylianin o. Zajić w swych kazaniach rozbudzał nienawiść do Polaków i podawał najprostsze rozwiązania problemu polskiego: „wyrżnąć Polaków do nogi”. W maju 1943 roku we wsi Lubitów pow. Kowel  Ukraińcy w cerkwi przyjmują „wici chlebowe” a pop prawosławny nawołuje do mordowania Polaków. „W czerwcu 1943 r. w cerkwi w Siedliszczach (pow. Włodzimierz Wołyński) były święcone przez duchownego prawosławnego Kałynowśkiego narzędzia zbrodni: siekiery, kosy, bagnety itp. Podczas podniosłej uroczystości, w której uczestniczyli różnej rangi dowódcy bojówek bulbowskich, został awansowany Hryhoryj Prymak za zasługi w likwidacji wsi Staryki”.  

W lipcu 1943 roku we wsi Twerdynie pow. Horochów: „Ukraińcy ustawili duży dębowy krzyż na usypanym wcześniej kopcu. Na uroczystości poświęcenia kopca i krzyża ku czci „odniesionego i przyszłego zwycięstwa”, odprawionej przez czterech duchownych prawosławnych, w której licznie uczestniczyli upowcy, młodzież ze swym nauczycielem i okoliczna ludność ukraińska, została poświęcona broń palna, siekiery i widły itp. narzędzia, a jeden z popów agitował do wytępienia „Lachów” i komunistów”. 15 lipca we wsi Aleksandrówka pow. Kowel: „Konstanty Jeżyński  stoi z kolegami w cerkwi. Słucha przemówienia popa. „Bracia chrystijany Ukraińcy, waszym obowiązkiem jest rżnąć Polaków, a będzie niepodległa Ukraina. I na tę rzeź was błogosławię”, słyszy.

Latem 1943 roku do SS „Galizien” – „Hałyczyna” zgłosiło się na ochotnika 80 tysięcy Ukraińców, Niemcy przyjęli ponad 30 tysięcy mołojców. W Przemyślu w uroczystej przysiędze tych ukraińskich esesmanów udział wziął biskup greckokatolicki Jozefat Kocyłowski. „ Przysięgi te, kończone niejednokrotnie wystąpieniami przeciwko Polakom na ulicach miast, wywarły wpływ na wrogi stosunek ludności polskiej do tych sojuszników Hitlera”  (Z. Konieczny, s. 53).

29 sierpnia 1943 (prawosławne święto Wniebowzięcia NMP) we wsi Połapy pow. Luboml podczas uroczystości odpustowych w cerkwi prawosławnej pop poświęcił siekiery, noże i inne narzędzia zbrodni, które zostały użyte na „proklatych lachiw” następnego dnia podczas rzezi wsi Ostrów i Wola Ostrowiecka. W kazaniu mówił o „żniwach i wycinaniu kąkolu z pszenicy”. We wsi Sztuń pow. Luboml pop Pokrowśkyj dokonał w tamtejszej cerkwi poświęcenia noży, kos, sierpów i siekier i rozdał te narzędzia „wiernym synom prawosławia” do wymordowania nimi „Lachów co do łapy”. Tego samego dnia narzędzia zbrodni zostały użyte podczas rzezi ludności polskiej w kolonii Czmykos, a dzień później w Ostrówkach, Woli Ostrowieckiej i innych miejscowościach.

Z raportu Komendy Armii Krajowej Lwów „Rzezie wołyńskie”, sporządzonego na przełomie lipca i sierpnia 1943 roku: „Pierwszorzędną rolę propagandową pełnił kler ukraiński, nawołując do mordowania Polaków. „Dość już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego pionka z korzeniami”.

W Boże Narodzenie 1943 roku, we wsiach i koloniach: Batyń, Janówka, Lublatyn, Radomle i Stanisławówka pow. Kowel rankiem upowcy i okoliczni chłopi ukraińscy na czele z duchownym prawosławnym ubranym w szaty liturgiczne, z dużą liczbą wozów przygotowanych do załadowania zrabowanego mienia, dokonali napadu na ludność polską bestialsko torturując, okaleczając i mordując siekierami, nożami, widłami, bagnetami itp. Napadniętym pomocy udzieliła samoobrona z Kupiczowa. „Na zdobytej furmance, którą jechał duchowny prawosławny, znaleziono ornaty zrabowane z kaplicy w Dolsku”.  Nocą z 28 na 29 lutego 1944 r., we wsi Krościatyn pow. Buczacz banderowcy zamordowali ponad 156 Polaków. Napadem UPA kierował pop Pałubicki ze swoja córką. Pop na kazaniach mówił, że „za zabicie Lachów w tworzeniu wolnej Ukrainy, grzechu nie będzie”. Nocą z 1 na 2 marca 1944 r., we wsi Iławcze pow. Tarnopol banderowcy zamordowali 33 Polaków i Ukrainkę Teklę Kałdus, żonę Polaka, której obcięli głowę i wbili na pal. Polce, Antoninie Kałdus obcięli obie piersi i uszy. „Jednym z głównych organizatorów ludobójczych mordów był miejscowy ksiądz grekokatolicki o nazwisku Raich. Jego dwóch synów brało osobiście udział w wielu napadach i mordach dokonywanych na Polakach”. W kwietniu 1944 r., we wsi Chlebowice Świrskie pow. Przemyślany w cerkwi ksiądz greckokatolicki wołał z ambony: „Ukraińcy nie mogą przyjść na święcone, jeśli nie zlikwidują Lachów”. W noc poprzedzającą ruskie święta wielkanocne 23 kwietnia 1944 roku jego „wierne owieczki” zamordowały  60 Polaków – i poszły do cerkwi „na święcone”.

 

„W przedwojennych planach polskich nie został sprecyzowany punkt docelowy emigracji Żydów, jednak wiadomo było, że znalezienie się w punkcie „poza” równało się z możliwością ich fizycznego unicestwienia. W 1944 r. rozwiązanie to zmodyfikowano poprzez skazanie Ukraińców na wymieranie w ZSRR, gdzie wprawdzie nie spotkał ich drugi Wielki Głód, ale i ocaleli przez przypadek.” (s. 238 - 239)

Bo, jak mówi nauka historiograficzna wg Huka: przypadki chodzą po ludziach. I trafiło akurat na ukraińskich przesiedleńców. Mieli szczęście.

 

„Ludność ukraińska w reakcji na powrót polskiego aparatu państwowego poparła UPA. Ten gest obronny powtarzał wcześniejszy scenariusz z Wołynia: strach przed Polakami okazał się usprawiedliwiony, bowiem jeszcze przed deportacją na Wschód dokonali oni masakry Ukraińców. Szukanie obrony w sile zbrojnej bez względu na jej ideologię nie różni się od reakcji Żydów, którzy w obawie przed represjami i prześladowaniami w nowej-starej Polsce szukali schronienia poprzez zatrudnienie w komunistycznym aparacie przemocy. Tak samo „dobrowolnie” jak Żydzi, wielu Ukraińców, zwłaszcza na Podlasiu i Chełmszczyźnie, zapisało się do partii i zaciągnęło do UB”. (s. 239)

Ze strachu przed komunistami zapisali si do partii i zaciągnęli do UB. Kontynuując ludobójstwo na polskich patriotach. A może jedno i drugie miało ścisły związek ze sobą? To jednak Ukraińcy nie walczyli z komunistami, z partią i UB, lecz z cywilną ludnością polska. A wcześniej Huk twierdził, że było odwrotnie. Która twarz jest prawdziwa? Po raz kolejny banderowców chce wybielać kłamstwem o obawie Żydów „przed represjami i prześladowaniami”. I w związku z tym strachem masowo wracali z ZSRR do tej strasznej Polski. Tylko w latach 1944 – 1946 przesiedliło się 33 105 Żydów. Ale przyszli także z Armią Berlinga, z NKWD, ze szkoły w Kujbyszewie. Wielu z nich wcześniej w Polsce nie mieszkała. Z mojej miejscowości wszyscy Żydzi wojnę przeżyli uzyskując schronienie u swoich sąsiadów Polaków. Zginął jeden młody Żyd po wojnie, poszedł do UB i poległ w walce z partyzantami. Większość wyjechała potem do Izraela i Ameryki – gdy Minc upaństwowił im sklepy. Zdążyli jeszcze  swoje posiadłości sprzedać, a jedną działkę kupił mój wujek. Ale Hilary Minc, jak wiadomo, nie był Polakiem. Gdzie jest więcej Sprawiedliwych wśród Narodów Świata? Polska  - odznaczonych medalem  6992 osoby, Ukraina -  2634 osoby. A na Kresach najbardziej groziła ukrywającym ich Polakom denuncjacja ze strony sąsiadów Ukraińców oraz rewizje dokonywane przez Policję Ukraińską. Ale o lęku Żydów przed Ukraińcami, a zwłaszcza Ukrainische Hilfspolizei (także na Chełmszczyźnie i Podkarpaciu) Huk nic nie pisze. Nie wie, czy żadnego zagrożenia z tej strony Żydzi nie mieli więc i strachu nie czuli. A o jej udziale w Holokauście kłamliwe wieści roznoszą polscy koloniści, którzy przecież nie byli świadkami, gdyż „pouciekali” na Syberię.  

 

„W aspekcie porównawczym należy wspomnieć także powstawanie żydowskich i ukraińskich oddziałów partyzanckich w okresie okupacji nazistowskiej i bolszewickiej oraz stosunku polskich rządowych sił zbrojnych do tych oddziałów: Żydów i Ukraińców do partyzantki polskiej nie przyjmowano.” (s. 239 – 240)

Plut. Izrael Czyżyk „Adam” vel „Adam Jemioła”, vel „Stefan Salwowski”. Urodził się w 1908 r. w Warszawie w rodzinie Szlamy i Łaji. Ukończył siedem klas szkoły powszechnej i kursy dokształcające. Był z zawodu krawcem. Był żonaty. Należał do Żydowskiego Związku Robotniczego „Bund”. Wiadomo również, że do 1939 r. mieszkał w Warszawie. W latach 1939–1941 mieszkał we Lwowie znajdującym się pod okupacją sowiecką. Dalej trudnił się krawiectwem . Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej z obawy przez aresztowaniem przez Niemców opuścił Lwów. Dotarł na Kielecczyznę, gdzie 3 marca 1943 r. dołączył do oddziału Gwardii Ludowej im. Ziemi Kieleckiej pod dowództwem ppor. Ignacego Robba (Rosenfarba) „Narbutta” (również Żyda). Po rozbiciu oddziałów GL pod Zalezianką 15 maja 1943 r., w czerwcu 1943 r. przeszedł wraz z całym plutonem „Oseta” do Zgrupowań Partyzanckich AK „Ponury”. Oddział został włączony jako 1 pluton do III Zgrupowania pod dowództwem ppor. Stanisława Pałaca „Mariańskiego”. Izrael Czyżyk przeszedł cały szlak bojowy Zgrupowań. Zimę 1943/44 spędził ze skadrowanym oddziałem na melinach w rejonie Opatowa. Wiosną 1944 r. Zgrupowania zostały przeformowane w Oddział Partyzancki 2 Pułku Piechoty Legionów AK. W pierwszych dniach sierpnia ponownie oddział przekształcony został w I batalion tegoż pułku. Izrael Czyżyk podczas akcji „Burza” pełnił funkcję dowódcy sekcji ciężkiej broni maszynowej w 4 plutonie broni ciężkiej 1 kompanii I batalionu 2 pp Leg. AK. Jego sekcja obsługiwała polskiej produkcji ciężki karabin maszynowy wz. 30. Wojnę w szeregach AK zakończył w stopniu plutonowego. Po rozwiązaniu AK powrócił do Warszawy. W 1945 r. został członkiem Prezydium Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego w Warszawie. Równocześnie pracował na stanowisku kierownika Wydziału Produktywizacji Centralnego Komitetu Żydów w Polsce. Ponownie został członkiem Żydowskiego Związku Robotniczego „Bund”. Należał także do Związku Partyzantów Żydów w Polsce (żydowskiej organizacji kombatanckiej). W 1947 r. był szefem Wydziału Finansowego Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego w Warszawie. Za wojenną służbę otrzymał Krzyż Partyzancki. (Za: dr Marek Jedynak: Żydzi w oddziałach Armii Krajowej (2) - Izrael Czyżyk "Adam"; w: http://ponury-nurt.blogspot.com/2019/03/zydzi-w-oddziaach-armii-krajowej-2.html ). 

Stanisław Witold Aronson ps. „Rysiek”, ur. 6 maja 1925 r. w Warszawie – polski Żyd, oficer Armii Krajowej w stopniu podporucznika, członek elitarnej jednostki Kedywu „Kolegium A” Okręgu Warszawskiego AK, uczestnik powstania warszawskiego; podpułkownik Wojska Polskiego i Sił Obronnych Izraela,  uczestnik izraelskiej wojny o niepodległość, wojny Jom Kipur w 1973 oraz wojny w Libanie w 1982. Posiada podwójne obywatelstwo: Rzeczpospolitej Polskiej i Państwa Izrael. W powstaniu warszawskim jego oddział skierowano na Wolę, do elitarnego zgrupowania „Radosław”. Po ucieczce na Zachód jako podporucznik został wcielony do 3 Dywizji Strzelców Karpackich pod dowództwem generała Andersa. We Włoszech rozpoczął studia medyczne w Bolonii, gdzie odnalazł go stryj z Tel  Awiwu i namówił do wizyty w Palestynie. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanis%C5%82aw_Aronson ) „W moim oddziale nie spotkałem się z żadnymi przejawami antysemityzmu. Mój przełożony, dowódca Kedywu okręgu warszawskiego AK Józef Rybicki, był niezwykle liberalnym i tolerancyjnym człowiekiem. Od początku wiedział, że jestem Żydem, i nie robił mi z tego powodu najmniejszych problemów. Podobnie koledzy z oddziału – zwykli żołnierze, z którymi ramię w ramię walczyłem z Niemcami.  (Piotr Zychowicz: Żyd z Armii Krajowej; w: https://www.rp.pl/artykul/318617-Zyd-z-Armii-Krajowej-.html ).

„W rozmowie z Radiem Kielce przyznaje, że zbierając materiały wielokrotnie spotykał się z przeświadczeniem o negatywnym nastawieniu Armii Krajowej do Żydów. Tymczasem okazuje się, że w szeregach AK służyli Żydzi, z których większość nie ukrywała się pod zmienionym nazwiskiem i nie taiła swojej odmiennej religii i kultury. Działali głównie jako szeregowi i podoficerowie, ale było wśród nich także kilku oficerów i lekarze.

Przykładem jest ppor dr Julian Aleksandrowicz, pseudonim „Twardy”, który uciekł z krakowskiego getta – mówi dr Marek Jedynak. Dostał przydział do okręgu radomsko-kieleckiego, gdzie trafił do 1. batalionu 172. Pułku Piechoty. Uczestniczył w akcji „Burza”. Został zastępcą dowódcy służb sanitarnych 2. Dywizji Piechoty, czyli jednej z dwóch wielkich jednostek, działających w kieleckim korpusie AK. Żydzi, których historie przeanalizował dr Marek Jedynak nie byli represjonowani w podziemiu. Mieli równą szansę na służbę dla Ojczyzny.” (Marlena Płaska: Żydzi w Armii Krajowej. Dzięki tej działalności przeżyli holocaust; w: https://m.radio.kielce.pl/pl/post-68564

„Żydzi z rejonu Lubaczowa stracili najbliższych z rąk Ukraińców i Niemców. W partyzantce szukali szansy na przetrwanie i zemstę. Do boju prowadził ich Edmund Łukawiecki. Rodzina Łukawieckich, jeszcze wtedy pod nazwiskiem Cohen, przybyła na teren Galicji z Niemiec w XIX stuleciu. U progu XX w. ród ten podzielił się. Jedna część familii pozostała wierna tradycji żydowskiej, a potem wyemigrowała do Palestyny. Druga - wyraźnie zdystansowała się do religii przodków i ciążyła ku kulturze polskiej. Ojciec Edmunda, Józef, należał do „Strzelca”, a potem był oficerem legionów i armii polskiej, zasłużonym w bojach o odrodzenie Rzeczypospolitej. Tej nocy partyzanci wędrowali, by z ramienia Państwa Podziemnego wykonać egzekucję na szefie ukraińskiej policji pomocniczej z Jaworowa i na całej jego rodzinie. Wyrok był represyjny, ponieważ niemiecki kolaborant miał na sumieniu ciężką zbrodnię. Kilka dni wcześniej doniesiono mu, iż pewna polska rodzina z jednej wsi nieopodal miasteczka ukrywa na swojej farmie Żydów. Ukraińcy przeszukali podejrzany dom i znaleźli dwie żydowskie dziewczynki. Rozstrzelano je od razu. Potem, po splądrowaniu całego obejścia, policjanci zabrali całą polską rodzinę do Jaworowa. Następnego dnia całą familię - małżeństwo z pięciorgiem dzieci i babcią - rozstrzelano na środku rynku. Wieść o mordzie błyskawicznie dotarła do lokalnych władz podziemia. Drastyczny wyrok miał być wyraźnym sygnałem dla ukraińskich kolaborantów, żeby zastanawiali się dwa razy, zanim podniosą rękę na Polaków. /.../ Tak działał oddział żydowskich mścicieli, chyba jedyny taki w szeregach Armii Krajowej. Nie powstałby bez siły i charyzmy Edmunda Łukawieckiego, polskiego Żyda z patriotycznej rodziny. W maju 1943 roku Łukawiecki „Łuk” z Chaną Bern stanęli na czele własnej, 15-osobowej drużyny. Składała się ona głównie z Żydów ukrywających się w okolicach Lubaczowa. Oddział Łukawieckiego podporządkowany był Marianowi Wardzie, komendantowi okręgu AK w Tomaszowie Lubelskim. Ludzie Łukawieckiego brali także udział w tzw. powstaniu zamojskim, czyli serii akcji podziemia przeciwko wysiedleniom Polaków z Roztocza. Atakowali zajęte przez niemieckich osadników polskie wioski, palili domy volksdeutschów. Zaraz po zajęciu Lubelszczyzny przez Armię Czerwoną Edmund Łukawiecki z Chaną na krótko wrócili do Lubaczowa. Tutaj, w towarzystwie kilkunastu ocalałych z Zagłady Żydów, wzięli ślub. W sierpniu 1946 r., wraz z żoną i kilkumiesięcznym synkiem, zbiegł do Czech, a potem do Niemiec. Do Izraela rodzina Łukawieckich dotarła dopiero w październiku 1948 r.” (Wojciech Rodak Oko za oko, ząb za ząb. Żydowscy egzekutorzy z Armii Krajowej; w: https://naszahistoria.pl/oko-za-oko-zab-za-zab-zydowscy-egzekutorzy-z-armii-krajowej/ar/12224293 ).

W filmie dokumentalnym „Za naszą i waszą wolność" Żyd Seweryn Pilipski-Tytelman opowiada o swojej działalności w Armii Krajowej od października 1943 roku do września 1944 roku oraz o późniejszym przebywaniu w obozie jenieckim w Niemczech. Podreferat Spraw Żydowskich w Referacie Spraw Narodowościowych Wydziału Informacji Biura Informacji i Propagandy KG AK – komórka organizacyjna powołana 1 II 1942, z inicjatywy Stanisława Herbsta i L.N. Widerszala; personel stanowił Henryk Woliński, późniejszy współinicjator utworzenia Żegoty.

 

„Zabijanie oraz prześladowanie Żydów przez część Polaków w okresie okupacji hitlerowskiej i bolszewickiej należy rozpatrywać w kontekście identycznych aktów dokonywanych wtedy przez nich także na Ukraińcach. W oczach narodowo aktywnego odłamu społeczeństwa polskiego Żyd i Ukrainiec jawili się jako skrajne zagrożenie lub wróg. Strategie postępowania społeczeństwa, partii politycznych, Kościoła i rządu były różne, jednak łączył je negatywny cel ogólny: rabowanie, niszczenie, zdobycie bezkarności i poparcia społecznego.” (s. 241)

Wersja prawdziwa historiografii brzmi: Uczestnictwo części Ukraińców w holokauście (policja ukraińska, strażnicy w obozach), należy rozpatrywać w kontekście identycznych aktów dokonywanych wtedy także na Polakach. W oczach narodowo aktywnego odłamu społeczeństwa ukraińskiego Żyd i Polak jawili się jako skrajne zagrożenie lub wróg. Strategie postępowania społeczeństwa, OUN i UPA oraz Kościoła greckokatolickiego i prawosławnego były różne, jednak łączył je negatywny cel ogólny: rabowanie, niszczenie, zdobycie bezkarności i poparcia społecznego.

 

„W kwestii stosunku do mniejszości okupację nazistowską poparła zarówno narodowo aktywna część społeczeństwa polskiego, jak i organizacje podziemne, Kościół polski i rząd. Znowu nastąpiła symbioza pozornie sprzecznych wzajemnie strategii: zachowanie się hitlerowców wobec Żydów wywołało przymknięcie polskich oczu, a co do Ukraińców pomogło te oczy bardziej krytycznie niż przed wojną rozszerzyć.”. (s. 242)

Wersja prawdziwa historiografii brzmi: W kwestii stosunku do mniejszości okupację nazistowską poparła zarówno narodowo aktywna część społeczeństwa ukraińskiego, jak i organizacja OUN i Cerkiew. Znowu nastąpiła symbioza pozornie sprzecznych wzajemnie strategii: zachowanie się hitlerowców wobec Żydów wywołało współudział w holokauście, a co do Polaków pomogło te oczy bardziej krytycznie niż przed wojną rozszerzyć.

 

„W skali Europy był to jeden z najdziwniejszych ówczesnych procesów narodowych i społecznych: Kościół, rząd i elity polityczne oraz społeczne Polaków dostrzegły w okupacji część strategii narodowego wyzwolenia kraju od Żydów, Ukraińców i pozostałych Obcych. Co ciekawe, w badaniach historycznych prześladowania Ukraińców nie są definiowane jako forma kolaboracji społeczeństwa z reżimem komunistycznym, gdy tymczasem stosunek do Żydów jest jednym z najważniejszych zagadnień w badaniach kolaboracji polskich katolików z nazistami. Bodajże nikt nie pyta także o to, jak Polacy „kolaborowali” z własną wyobraźnią kulturową, w tym z jej najważniejszymi determinantami – kazaniami swego duchowieństwa, gdyż „wyobraźnia utrwalająca stereotypy etniczne to świetne źródło motywacji do działań z zakresu etnobójstwa, zwanego mordami etnicznymi albo etnocydem” ( Por. A. Żbikowski, Antysemityzm…, op. cit., s. 430).” (s. 242 – 243)

I wersja zgodna z prawdą: „W skali Europy był to jeden z najdziwniejszych ówczesnych procesów narodowych i społecznych: Cerkiew, elity polityczne OUN oraz społeczne Ukraińców dostrzegły w okupacji część strategii narodowego wyzwolenia kraju od Żydów, Polaków i pozostałych „cużyńców”. Co ciekawe, w badaniach historycznych prześladowania  zarówno Polaków nie są definiowane jako forma kolaboracji społeczeństwa z reżimem nazistowski i  komunistycznym, ale także stosunek do Żydów nie jest jest jednym z ważnych zagadnień w badaniach kolaboracji grekokatolików i prawosławnych z nazistami. Bodajże nikt nie pyta także o to, jak Ukraińcy „kolaborowali” z własną wyobraźnią kulturową, w tym z jej najważniejszymi determinantami – kazaniami swego duchowieństwa, gdyż „wyobraźnia utrwalająca stereotypy etniczne to świetne źródło motywacji do działań z zakresu etnobójstwa, zwanego mordami etnicznymi albo etnocydem” ( Por. A. Żbikowski, Antysemityzm…, op. cit., s. 430).”

 

„Scenariusz postawy rządu londyńskiego wobec Żydów zastosowały teraz wobec Ukraińców Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego i Polska Partia Robotnicza. Ukraińcy mieli zniknąć z Polski dzięki pomocy okupacji bolszewickiej. Nie po raz pierwszy ZSRR stawał się więc sojusznikiem państwa polskiego w kwestii ukraińskiej – na początku lat 30. Wielki Głód usuwał przed Rzeczpospolitą Polską niebezpieczeństwo wznowienia przez Ukraińców walki o zjednoczoną Ukrainę. Teraz korzystne dla rządu zabijanie obywateli polskich narodowości ukraińskiej kontynuowały formacje poakowskie i endeckie. Komuniści wykorzystali to propagandowo przeciw nim, ale sami także skrzętnie zagospodarowywali wrogość społeczeństwa wobec Ukraińców: wysyłali ich na śmierć, deportując do USRR. Sprowokowany deportacją opór UPA spożytkowali do usankcjonowania akcji „Wisła”. (s. 243)

Po raz kolejny Huk powtarza te same tezy, chyba zgadzając się z teorią Goebbelsa, że kłamstwa uporczywie powtarzane z czasem stają się prawdą. Mądry się na to nie zabierze, ale może Huk chce sam siebie utwierdzić? PKWN i PPR stosowały politykę „rządu londyńskiego” mając sojusznika w ZSRR – czy wiedział o tym „rząd londyński” i czy wie tym historiografia polska? To teraz już wie, od Huka?  

 

„W 1941 r., w momencie zmiany okupantów, został popełniony mord jedwabieński na Żydach. W czasie następnej zmiany okupantów doszło do największego pogromu po wojnie – w Kielcach, 4 lipca 1946 r. Mordy dokonane na Żydach w Jedwabnem i w Kielcach stanowią odpowiednik powojennych polskich mordów, których ofiarami padli Ukraińcy w Leżajsku, Skopowie, Pawłokomie i dziesiątkach innych miejscowości. Między Żydami stłoczonymi w miejskim murowanym budynku w Kielcach na początku lipca 1946 r. a Ukraińcami wepchniętymi do drewnianego wiejskiego domu w Terce na  początku lipca 1946 r. jest więcej podobieństw niż różnic.” (s. 243 – 244)

Jeżeli powojenne polskie mordy, których „ofiarami padli Ukraińcy w Leżajsku, Skopowie, Pawłokomie i dziesiątkach innych miejscowości”  były „odpowiednikiem” mordów na Żydach w Jedwabnem i Kielcach, to w rzeczywistości ich sprawcami nie jest cywilna ludność polska.

O Jedwabnem Rafał Ziemkiewicz pisał: „Gdyby o Jedwabnem pisał nie chory z nienawiści do Polaków fanatyk, ale historyk, bez trudu dotarłby do materiałów procesu niejakiego Hermanna Schapera, który toczył się w latach sześćdziesiątych w RFN. Schaper był dowódcą specjalnego komando SS, które - wedle aktu oskarżenia - wysłano na świeżo zdobyte ziemie wschodniej Polski z zadaniem likwidowania Żydów w sposób maksymalnie angażujący do zbrodni miejscową ludność. Akt oskarżenia dokładnie wymienia zbrodnie: 5 lipca 1941 Wąsosz, 7 lipca Radziłów, 10 lipca Jedwabne, potem Łomża, Tykocin, Zambrów i kolejne. Wszystkie zbrodnie dokonane według tego samego "know-how", sprawdzonego jeszcze wcześniej, w czerwcu, w Wiznie, i doskonale pasującego do Jedwabnego.( https://wydarzenia.interia.pl/opinie/ziemkiewicz/news-prawda-o-jedwabnem-najwyzszy-czas,nId,2520224 ). Żydzi nie nie zgadzają się na ekshumację. Ukraińcy nie chcą żadnych ekshumacji, ani w Pawłokomie ani w Sahryniu, ani w żadnej innej miejscowości. A Polakom zabronili na ich prowadzenie na terenie Ukrainy.  
O Kielcach: Anatol Fejgin – wysokiej rangi funkcjonariusz zbrodniczej Głównej Informacji Wojskowej Wojska Polskiego oraz dyrektor X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zbrodniarz stalinowski żydowskiego pochodzenia w wywiadzie opublikowanym w „Reporterze” (nr 4/1990) powiedział na temat pogromu kieleckiego: „Wszystkie chwyty są dozwolone, gdy chce się wygrać. (…) Jeszcze nie czas o tym mówić. Liczyliśmy na błąd naszych przeciwników. Musieli go w końcu zrobić. Nie mogliśmy jednak dłużej czekać. Potrzebny był jakiś przyspieszacz. Stąd pogromy i inne fortele”. Wyznanie to zostało odebrane jako pośrednie przyznanie się do tego, o czym nieoficjalnie mówiono od dawna – że pogrom kielecki był świadomie i celowo zorganizowany przez bezpiekę, która starannie zaplanowała jego przebieg, wykorzystując do jego przeprowadzenia prowokatorów oraz funkcjonariuszy UB i wojsko.

Leżajsk: „W nocy z 18 na 19 lutego 1945 oddział podziemia narodowego pod dowództwem Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka” zamordował 9 osób z ocalałej z Holocaustu żydowskiej ludności miasta i 78 Ukraińców”. (Paweł Smoleński: Miało być cicho i spokojnie, [w:] tegoż, Pochówek dla rezuna,Czarne, Wołowiec 2001; za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Le%C5%BCajsk ). Apokryf Ruski podaje wykaz ukraińskich ofiar w Leżajsku:  „Roman Bazylewicz Wykaz Ukraińców parafii greckokatolickiej w Leżajsku zamordowanych przez NOW-NSZ-NZW w latach 1943-1945”, który  wymienia 12 ofiar. Są to: 1. Baczyński Jan, 2. Baczyński Roman, 3. Bak Aleksandra, panieńskie nazwisko Wańczyk, żona Teodora Baka, zamieszkała na Starym Mieście, zamordowana 1944 r. 4. Bak Józef, lat 40, nazywany „Guzek”, mieszkaniec Przychojca, zamordowany w styczniu 1945 r. 5. Bak Paulina, żona Wasyla Baka, zamordowana w 1944 r., po przejściu frontu. 6. Bak Teodor, zamordowany w 1944 r., 7. Bak Wasyl, zamordowany w 1944 r. 8. Bakowska vel Buczyńska Maria, żona Mikołaja Bakowskiego vel Buczyńskiego, zamordowana wraz W. Siemaszką latem 1944 r. 9. Bakowski vel Buczyński Mikołaj, zamordowany latem 1944 r. 10. Berestko Józef, zamordowany w styczniu 1945 r., 11. Chamiec Piotr, zamordowany 17 lutego 1945 r. w swoim domu z synem Jarosławem Chamcem. (za: https://www.apokryfruski.org/wp-content/uploads/2010/09/Spis-Ukraincow-zamordowanych-w-Lezajsku-w-latach-1943-1945.pdf ). Wykazu 78 ofiar poniesionych podczas napadu na posterunek MO nie ma.

Wieś Skopów: „W 1945 została spacyfikowana przez oddział Ludowej Straży Bezpieczeństwa pod  dowództwem Romana Kisiela. Wydarzenie to upamiętnia pomnik postawiony ofiarom zbrodni, na którym błędnie podano sprawców – oddział AK, oraz znacznie zawyżono liczbę ofiar do 180 osób, która to liczba pojawia się jedynie w zeznaniach nielicznych świadków.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Skop%C3%B3w)  „W 1945 wieś została spacyfikowana przez oddział Ludowej Straży Bezpieczeństwa (formacja Batalionów Chłopskich) pod dowództwem Romana Kisiela „Sępa”. Liczbę ofiar podaję się liczbę 67. Meldunek milicyjny opisuje napad na Skopów z dnia 8 III 1945 roku, wymienia liczbę ofiar 11, w tym Polaków. Na nagrobku widniej data 8 maj 1944 r. dlaczego na razie nie wiadomo. Na przeciwko cerkwi na wzgórzu cmentarz greckokatolicki, na którym znajduje się kilkanaście nagrobków oraz przepiękne żeliwne krzyże. Na nim również pomnik upamiętniający ofiary zbrodni opisanych powyżej, na którym błędnie podano sprawców oddział AK. (za:  https://www.krzywcza.eu/miejscowosci-gminy-krzywcza/skopow.html )  „1945 marzec 22, Przemyśl – Fragment sprawozdania sytuacyjnego starosty przemyskiego dla Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie za okres 5 III 1945 r. – 20 III 1945 r. dotyczący mordu w Skopowie. „Dnia 6.3. br. około godziny 18 około 10 nieznanych sprawców uzbrojonych w różnego rodzaju broń palną, napadło na greckokatolicką plebanię w Skopowie, gmina Krzywcza, gdzie wystrzelali wszystkich domowników, a to:
1/ Ks. Demiańczyka Jana, lat 80, miejscowego proboszcza,
2/ Ks. Konkoliwskiego Stefana, lat 40, miejscowego wikarego,
3/ Konkolowską Marię, lat 44, żonę ad 2/,
4/ Demiańczyk Mirosławę, nauczycielkę, córkę ad 1/,
5/ Demiańczyk Wirę, córkę ad 1/,
6/ Muzykę Olgę, służąca proboszcza ad 1/,
7/ Wolańskiego Jana, rolnika ze Skopowa, religii rzymskokatolickiej,
8/ Malinowskiego Jurka, lat 15, religii greckokatolickiej,
9/ Króla Jana, rolnika religii greckokatolickiej,
10/ Król Katarzynę, żonę ad 9/,
11/ Skrypskiego Władysława, lat 16, religii greckokatolickiej.
Wszyscy zamordowani za wyjątkiem ad 7/ Wolańskiego byli narodowości ukraińskiej.” (Oryginał, maszynopis. APRz, UW Rz 373, k. 290. W: https://www.apokryfruski.org/kultura/nadsanie/skopow/ )

W Pawłokomie 3 marca 1945 roku oddziały samoobrony polskiej z okolicznych wsi, zabezpieczane przez poakowski oddział „Wacława”, rozstrzelały od 80 do 150 mężczyzn narodowości ukraińskiej w ramach odwetu za zbrodnie dokonywane w okolicy na ludności polskiej. Ukraińcy doliczyli się 366 ofiar, w tym kobiet i dzieci. Jednakże na ekshumacje ciał strona ukraińska nie miała ochoty, a IPN jej nie dokonał, pomimo wniosku jednego ze świadków. „Jak powiedział nam prof. Witold Kulesza, dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN, na obecnym etapie śledztwa prokuratorzy Oddziałowej Komisji w Rzeszowie zgromadzili dowody świadczące o tym, że w Pawłokomie zamordowano co najmniej 80 osób narodowości ukraińskiej, z których 65 zidentyfikowano z nazwiska” (Mariusz Kamieniecki: IPN jeszcze nie podjął decyzji o ekshumacji w Pawłokomie; w: „Nasz Dziennik” z 23 maja 2006). Wśród ofiar podanych przez członka UPA Piotra Poticznego, znajdują się osoby zabite przed 3 marca 1945 roku i po nim,  także poza Pawłokomą. „Część wykazanych zastrzelonych przebywała w tym czasie na robotach w Niemczech, a inna część przebywała poza wsią, w innych miejscowościach Polski” (Zdzisław Konieczny: Pawłokoma; niech przemówi historia, a nie polityka; w: „Nasz Dziennik” z 10 maja 2006). 10 Ukraińców z Pawłokomy było w formacji SS „Galizien” – „Hałyczyna”, a 42 w UPA. 

Wszystkie te zabójstwa miały miejsce w latach 1945 – 1946. Do tego czasu w 1944 roku były pojedyncze ukraińskie ofiary, co wykazują źródła ukraińskie: https://www.apokryfruski.org/historia/bazy-danych/mordy-na-ludnosci-ukrainskiej-1944-1947/ .  

 

„Co ciekawe, po akcji „Wisła”, w 1957 r., niektórzy Ukraińcy siłą deportowani na Ziemie Zachodnie i Północne wysuwali propozycję utworzenia ukraińskiego getta. Przewidywali, że czuliby się w nim bezpieczniej niż bezpośrednio wśród odnoszących się do nich wrogo Polaków. (M. Truchan, Ukrajinci w Polszczi pisla druhoji switowoji wijny 1944–1984, Nju-Jork–Paryż–Sydnej–Toronto 1990, s. 62–63)”.  (s. 244)

W Polsce o tej propozycji Ukraińców z 1957 roku nikt nie słyszał. Ale znana jest w Nju-Jarku, Paryżu, Sydnej i Toronto! 

 

„Rząd polski, PPR, ale także hierarchia Kościoła rzymskokatolickiego i podziemie antykomunistyczne wiedziały, że umowa służy jednemu – wydaniu własnych obywateli narodowości ukraińskiej obcemu państwu po to, aby mogło uczynić z nimi to, co zechce, w tym unicestwić. Polscy Ukraińcy nie chcieli wyjeżdżać do ZSRR. Motywem pierwszorzędnym nie było przywiązanie do stron rodzinnych, chodziło o wybór strategii przeżycia. Skazani stanęli wobec wyboru miejsca śmierci: w Polsce czy w ZSRR, ale i miejsca szansy na przeżycie: w Polsce czy w ZSRR?” (s. 244 – 145)

Wówczas decydował rząd polski, PPR, hierarchia Kościoła? Czemu Ukraińcy chcieli zostać u „polskich panów” jako „podludzie”? Huk znów zmienił zdanie? Poprzednio twierdził, że Ukraińcy nie chcieli opuszczać swoich domów i gospodarstw poprzez przesiedlenia i to było przyczyną działalności UPA.  

 

„Na swój sposób powtórzyła się sytuacja, która w czasie okupacji hitlerowskiej dotknęła Żydów – wydał ich polski rząd emigracyjny przy współudziale swego społeczeństwa, a po okupacji rząd lubelski wydał Ukraińców także we współpracy ze społeczeństwem. Nie stało się to od razu. Za każdym razem potrzebny był okres kilku lat, aby maszyna państwowa i społeczeństwo polskie mogły odpowiednio skutecznie współgrać w działaniu najpierw w żydowskich latach 1939–1943, a potem w latach ukraińskich 1944–1946.” (s. 245)

Komu to „rząd polski na emigracji” wydał Żydów? Jeśli już – to Ameryce i Anglii żądając reakcji rządów tych państw na eksterminację ludności żydowskiej. Komu „rząd lubelski” wydał Ukraińców? Przecież wydał ich Ukrainie, ich państwu, socjalistycznemu tak jak wówczas Polska.

 

„Szczególnym przypadkiem były działania określane dziś jako „polowania”. Figurę „polowań na Żydów” można zastosować w celu opisu i zrozumienia sytuacji Ukraińców. Do polowań na tych drugich dochodziło w 1945 r. zwłaszcza na lewym brzegu Sanu od Sanoka po Nisko. W obrębie ówczesnych, zupełnie bezkarnych, działań dokonywano mordów zbiorowych w Pawłokomie, Małkowicach, Piskorowicach i dziesiątkach innych wsi.” (s. 245)

Trzeba współczuć razem z Hukiem bojówkom SB OUN  oraz oddziałom UPA, na które polowały po wsiach i lasach Wołynia i Galicji Wschodniej oddziały Armii Krajowej, NSZ czy BCh. Ocalały tyko ich resztki, dlatego nie miał kto potem walczyć z Armią Czerwoną. Kto w takim razie dokonał „zupełnie bezkarnych działań” na kilku tysiącach polskich wsi na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej zwanych ludobójstwem okrutnym?

 

„Uważam zatem, że o ile w stanie wojny z Żydami po 1944 r. znalazło się nie państwo, a społeczeństwo polskie, to w stanie wojny z Ukraińcami znalazło się społeczeństwo wraz z państwem, podziemiem i Kościołem”. (s. 246 – 247)

Czy B. Huk nie „ znalazł się w stanie wojny” ze społeczeństwem i państwem polskim oraz z  Kościołem? Ma tyle samo oddziałów wojskowych, co wówczas społeczeństwo polskie i Kościół.

 

„Wobec ludności ukraińskiej na szeroką skalę zastosowano terror, połączony z eksterminacją poszczególnych osób, rodzin i całych miejscowości. Do tych akcji włączała się niekiedy okoliczna ludność polska, a nawet poszczególne oddziały zbrojnej opozycji antykomunistycznej. W tej perspektywie trudno zadawać pytanie o to, jak możliwa była antyukraińskość po wojnie. Można by raczej zadać pytanie o to, jak możliwa była antyukraińskość po wiekach ścisłych kontaktów i współzamieszkiwania. I odpowiedzieć, że II wojna światowa oraz okupacja hitlerowska nie zachwiała dziedzictwem polskiej antropologii rzymskokatolickiej i ideologii sarmackiej zarówno w stosunku do Żydów, jak i Ukraińców.” (s. 247)

„Po wiekach ścisłych kontaktów i współzamieszkiwania”? Huk ma aż tak krótką pamięć, ze zapomniał już o tym, co pisał wcześniej w tejże książce?  W rzeczywistości: Wobec ludności polskiej na szeroką skalę zastosowano terror, połączony z eksterminacją poszczególnych osób, rodzin i całych miejscowości. Do tych akcji włączała się często okoliczna ludność ukraińska, a nawet poszczególne oddziały zbrojnej Policji Ukraińskiej i SS „Galizien – Hałyczyna” służąca okupantowi niemieckiemu. II wojna światowa oraz okupacja hitlerowska umocniła dziedzictwo ukraińskiej antropologi greckokatolickiej i prawosławnej i rasistowskiej ideologii nacjonalizmu integralnego zarówno w stosunku do Żydów, jak i Polaków.     

 

„Jest wreszcie zagadnienie poczucia narodowego, przynależności narodowej czy zabiegów nadawania obiektywizującej identyfikacji narodowej rzymskim katolikom dokonującym mordów na Żydach i na Ukraińcach. Jeśli chodzi o zbrodnie popełniane na Żydach w etnicznej Polsce, to jako ich sprawcy wskazywana jest bardzo często wieś, chłopstwo. Inaczej na kresach, gdzie nie sposób zarzucić chłopu polskiemu mordowanie Ukraińców, ponieważ tego chłopa prawie tam nie było – zbrodnie na Ukraińcach popełniali Polacy wywodzący się z elity szlacheckiej, następnie inteligenci wychowani na rzymskokatolickich ideałach szlacheckich, aparat dworski, a dopiero potem chłopi.” (s. 248)

W rzeczywistości: Jest wreszcie zagadnienie poczucia narodowego, przynależności narodowej czy zabiegów nadawania obiektywizującej identyfikacji narodowej grekokatolikom i prawosławnym dokonującym mordów na Żydach i na Polakach. Jeśli chodzi o zbrodnie popełniane na Żydach w etnicznej Polsce na Kresach, to jako ich sprawcy występuje Policja Ukraińska, oraz wskazywana jest często wieś, chłopstwo. Na kresach nie sposób zarzucić chłopu polskiemu mordowanie Ukraińców, ponieważ tego chłopa w wyniku ludobójstwa prawie tam nie było - a także zbrodni na Ukraińcach nie mogli popełnić Polacy wywodzący się z elity szlacheckiej, ani inteligenci wychowani na rzymskokatolickich ideałach szlacheckich (nauczyciele, leśnicy, urzędnicy) gdyż byli wcześniej zesłani  na Syberię, natomiast ich wykazy przygotowali służbom sowieckim sąsiedzi Ukraińcy, mający dobre rozeznanie w środowisku polskim. 

 

W podrozdziale: Państwo dojrzałego katolicyzmu, czyli kontekst nazistowski, Huk pisze: „Kościół, państwo i organizacje polityczne praktykowały w stosunku do Ukraińców (Żydów, Niemców itd.) własny wzorzec totalitaryzmu jako strategii rozwoju własnego narodu m.in. poprzez eliminację osób uznanych za obce. Wzorzec ten, wykazujący najwięcej podobieństw z nazizmem narodowosocjalistycznym, stanowił wypracowaną niezależnie od niego ideologię polityczną, program i praktykę narodowo aktywnych rzesz polskiego społeczeństwa rzymskokatolickiego. Zakładał już od przełomu lat 20/30. XX w. inicjowanie wielkich zmian społecznych opartych o ideologię narodową, darwinizm społeczny, szowinistyczny etnocentryzm i rasizm, homogenizację narodową i kulturową, poszukiwanie przestrzeni życiowej, maksymalne uprzedmiotowienie mniejszości i maksymalizację dystansu pomiędzy państwem a nosicielem cech odmienności narodowych. Sytuacja w II RP w latach 1918–1926 kształtowała się podobnie do sytuacji w Niemczech z okresu republiki weimarskiej (1919–1933), a w latach 1926–1939 wyraźne były analogie z sytuacją w nazistowskiej III Rzeszy.” (s. 249 – 250)

Jest to mistrzowskie operowanie kłamstwem i manipulacją - tyle ich zmieścić w tak krótkim tekście! I Goebbels i politruk sowiecki mogliby się uczyć. „Kościół, państwo i organizacje polityczne w stosunku do Ukraińców (Żydów, Niemców itd)” -  („itd” - chodzi o resztę świata?), praktykowały „własny wzorzec” genocidum atrox, holokaustu, Auschwitz! Doncow był polskim rasistą i opracował oparty na darwinizmie społecznym program „integralnego nacjonalizmu polskiego” włącznie z „homogenizacją narodową i kulturową” Polski „czystej jak szklanka wody”! Natomiast II RP funkcjonowała na wzór nazistowskiej III Rzeszy. Mamo, ja wariat? Nie synku, historiograf!

 

„Koncepcja rzymskokatolickiego państwa polskiego, konstruowana na przełomie XIX/XX w. w oparciu o dawną ideologię sarmacką, stanowiła jeden z największych projektów europejskich. Skala zakładanej ekspansji na nierzymskokatolickie terytoria kulturowo i etnicznie różne daje podstawę do porównania projektu polskiego mocarstwa rzymskokatolickiego z nazistowskim projektem imperium aryjskiego. Podbój i trwałe podporządkowanie niepolskich czy nieniemieckich kultur narodowych wraz z efektem końcowym w postaci ich polskiej czy niemieckiej akulturacji lub eliminacji posiadały własną historiozofię, jednak zarówno przeszłość, jak i przyszłość interpretowano w kategoriach mechanistycznej misji narodu hegemona cywilizacyjnego i jego Kościoła/państwa. Wielowiekowa polityka totalitarnej religii Kościoła przybrała w końcu postać totalitaryzmu jako religii politycznej.” (s. 251 – 252)

Na przełomie XIX/XX w. Rzeczpospolita walczyła o odzyskanie niepodległości. I ponosząc ogromne ofiary wywalczyła ją, aczkolwiek nie w granicach przedrozbiorowych. Niewątpliwie był to „jeden z największych projektów europejskich”, który uratował w 1920 roku Europę przed jarzmem bolszewickim. Nielogiczne, wręcz głupie jest twierdzenie, że „odzyskanie swojego straconego” i do tego nie wszystkiego, stanowi „ekspansję”. Nie mówiąc już „postaci totalitaryzmu jako religii politycznej”, bo nawet Cerkwi grekokatolickiej ostatecznie osiągnąć tego nie udało się, pomimo wielkich starań i pomocy nazistowskiej III Rzeszy.    

 

„Modelową sytuacją porównawczą jest zestawienie sytuacji ludności ukraińskiej w Polsce w latach 1944–1947 z sytuacją ludności polskiej na Zamojszczyźnie w okresie okupacji hitlerowskiej. Najbardziej adekwatnie i precyzyjnie całościowy charakter polskiej eksterminacji z lat 1944–1947 w południowo-wschodniej części Rzeczypospolitej Polskiej wobec Ukraińców daje porównanie z niemiecką akcją eksterminacyjną na Zamojszczyźnie w latach 1942–1943 (łącznie z akcją „Wehrwolf”, służącą do przeprowadzenia wysiedleń ludności polskiej pod pretekstem działań antypartyzanckich). Analogia jest uderzająca: zmienili się tylko okupanci i okupowani. (s. 254)

Na Zamojszczyźnie do lipca 1944 roku okupantami byli Niemcy korzystający z usług Ukraińców w administracji, z Pomocniczej Policji Ukraińskiej (w tym przy wysiedleńczych akcjach „Wehrwolf” i „Ukaineraktion”) , z SS „Galizien – Hałyczyna”, z ukraińskich strażników w obozach koncentracyjnych, z UCK, OUN i UPA, itp.). W latach 1945 – 1947, pod okupacją sowiecką, walki w obronie ludności polskiej przed ludobójczymi formacjami SB OUN i UPA toczyło głównie Wojsko Polskie i Milicja Obywatelska. Analogii nie ma. Pomimo „kreatywnej rachunkowości” ukraińskich ofiar (np. Sahryń i liczeniu poległych w walce członków UPA jako ofiary cywilne) jest to 14 – 15 tysięcy ofiar polskich oraz 3 – 3,5 tysiąca ofiar ukraińskich (październik 1939 – lipiec 1944 wg Hałagidy 2221 Ukraińców).

 

„Latem i jesienią 1944 r. rząd i partia nie miały pewności co do tego, czy Ukraińcy nie pójdą z nimi na współpracę, jeśli zostaną im ku temu stworzone odpowiednie warunki polityczne. Okres chełmski PKWN pokazał, że może ona objąć szerokie ukraińskie masy społeczne, co udowodnili Ukraińcy z Chełmszczyzny i Podlasia, wstępując do PPR i UB. Wydaje się zatem pewne, iż Ukraińcy zachowaliby się wobec państwa polskiego lojalnie, jeżeli państwo postąpiłoby podobnie.” (s. 256)

Kilkakrotnie wcześniej Huk twierdził, że Ukraińcy nie walczyli z Polakami, a z komunistycznym reżimem w Polsce. Zaiste, specyficzna to była walka polegająca na współpracy. 22 września 1944 r. kierownik Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN, mjr Roman Romkowski (właściwe: Natan Grunspan) pisał w rozkazie do kierownika WUBP w Lublinie Teodora (Fieodora) Dudy (narodowości ukraińskiej): „Czerwona Armia wyraźnie popiera Ukraińców i trzyma z reguły ich stronę przeciwko Polakom. Komendant wojskowy miasta Chełma, pułkownik sowiecki, nakazał kategorycznie zastępcy komendanta powiatowego Milicji Obywatelskiej przyjąć do posterunku MO w Chełmie 20 Ukraińców. Przetrzymywanych za przestępczość Ukraińców komendant każe zwolnić. Ukraińców w powiecie jest 10%. Sowieccy komendanci rejonów wiejskich organizują na własną rękę Milicję Obywatelską z Ukraińców, obok oficjalnych posterunków Milicji Obywatelskiej” („Rok pierwszy. Powstanie i działalność aparatu bezpieczeństwa publicznego na Lubelszczyźnie [lipiec 1944 – czerwiec 1945], Warszawa 2004, s. 66). Ze sprawozdania PUBP w Tomaszowie Lubelskim wynika, że do 31 grudnia 1945 r. aresztowanych zostało 253 członków AK, 15 członków BCh oraz 17 „bulbowców” (Rok pierwszy..., s. 157).

Przykład kolaboracji ukraińskiej ludności cywilnej opisał m.in. Józef Geresz w książce „Z dziejów Sosnowicy i okolic” (Sosnowica 2003), podając, że z organami NKWD aktywnie współpracowali informatorzy ze wsi Górki i Zienki. Zaopatrzeni w broń przez Sowietów, brali udział w obławach i aresztowaniach członków AK. „Do UB wstąpiło wielu mieszkańców gminy Czajki o pochodzeniu ukraińskim albo działaczy komunistycznych – ci ludzie stanowili bezwzględną większość w tych organach. Szefem powiatowego UB w Krasnymstawie był człowiek o nazwisku Piec, a jego zastępcą Ukrainiec ze Starej Wsi koło Kraśniczyna – Wasyl Dzida. Porucznik Wasyl Dzida, z wykształceniem trzech klas szkoły powszechnej, samym swoim wyglądem budził postrach i dobrze dał się we znaki mieszkańcom swojej gminy jak i mieszkańcom całego powiatu Krasnystaw. /.../ Do Izbicy ta władza często zajeżdżała, robiąc podobne wrażenie, jak kiedyś SS w łapankach. Na rynek zajeżdżały samochody pełne uzbrojonych „mołojców”, niemal wszyscy pochodzili z terenu gminy Czajki. Szefowie paradowali po Izbicy z pistoletami gotowymi do strzału zatkniętymi za pas munduru. Następnie ci „utrwalacze” władzy ludowej wyjeżdżali do pobliskich wsi, gdzie poszukiwali broni i ukrywających się ludzi”  (Ryszard Adamczyk: Izbicy dni powszednie, wojna i okupacja. Lublin 2007, s. 268 – 269).

 

Podrozdział: Wyrzucić ich musimy…, czyli kontekst niemiecki, Huk pisze: „Cechą wspólną powojennych losów Niemców i Ukraińców w Rzeczypospolitej Polskiej było także to, iż stali się obiektem terroru ze strony państwa, które użyło w tym celu Wojska Polskiego. W imieniu państwa, Kościoła, partii, rządu i wreszcie społeczeństwa polska armia narodowa wyganiała, rabowała, niszczyła i strzelała do Niemców i Ukraińców, traktowanych jako faszyści i zbrodniarze. Działania WP wobec tych grup ludności zbiegały się co do strategii, środków, stylu itp.” (s. 260)

Straszna była ta jedność „państwa, Kościoła, partii, rządu i wreszcie społeczeństwa” już od 1944 roku, skierowana przeciwko Niemcom i Ukraińcom. Nawet w imieniu Kościoła „polska armia narodowa wyganiała rabowała, niszczyła i strzelała do Niemców i Ukraińców, traktowanych jako faszyści i zbrodniarze”. Zapomniał wykalkulować, że ci terroryści: „państwo, Kościół, partia, rząd i wreszcie społeczeństwo” w Teheranie, Jałcie i potem w Poczdamie wymusili na zwycięskiej koalicji (ze Stalinem na czele) przebieg polskich granic i związane z tym przesiedlenia. Nie wie też, że „polską armią narodową” dowodzili oficerowie sowieccy, w tym narodowości ukraińskiej (np. Steca i Kiryluk) oraz, że służyło w niej wielu żołnierzy narodowości ukraińskiej, albowiem woleli oni zgłosić się z poboru do Wojska Polskiego, niż do Armii Czerwonej (ale w niej i tak znaczny procent stanowili Ukraińcy). 

 

Rozdział piąty: Ukraińcy między anatemą a eliminacją, w podrozdziale Próba ukraińskiego układu nerwowego,  Huk twierdzi: „Społeczność polska w południowo-wschodniej części Rzeczypospolitej od połowy 1944 r. do marca 1945 r. trwała w warunkach zupełnie odmiennych niż te, które panowały w latach poprzednich na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. W zasadzie nie dotknęło jej istotne uszczuplenie ilościowego i materialnego stanu posiadania spowodowane działaniami UPA. W latach 1944–1947 w Bieszczadach, na Łemkowszczyźnie, Nadsaniu i na Chełmszczyźnie UPA nie dokonała na Polakach ani ludobójstwa, ani czystki etnicznej, ani tzw. akcji antypolskiej.” (s. 266)

Po pierwsze, to ludobójstwo dokonywane na Polakach przez Ukraińców „do połowy 1944 roku” trwało już prawie cztery lata, od września 1939 roku. W „bratnim przymierzu” z Hitlerem i Stalinem (1939 – 1941), potem już tylko z Hitlerem, do maja 1945 roku. „Ilościowo” zdążyło już „uszczuplić” ludność polską o ponad sto tysięcy osób (w większości dotknęło to kobiety, dzieci i starców) oraz „materialnie” o około cztery tysiące spalonych polskich wsi połączonych z obrabowaniem polskich domów i gospodarstw (nawet z trupów „ukraińscy powstańcy” zdzierali ubrania i buty), obrabowanych i spalonych bądź zburzonych kilkaset kościołów (w tym co najmniej 59 z wymordowaną przed ołtarzem w czasie mszy ludnością polska). Od połowy 1944 roku do marca 1945 roku Ukraińcy kontynuowali ludobójstwo zarówno na Kresach jak też na terenach „pojałtańskiej” Polski. Na Kresach m.in.:

W lipcu 1944 były182 napady Ukraińców na Polaków. Przykłady zbrodni na Kresach (poza terenem tzw. Zakerzoni):

W nocy z 1 na 2 lipca w miasteczku Konkolniki (Kąkolniki) pow. Rohatyn: „W Kąkolnikach w nocy z 1 na 2 br. zamordowaną została: Kurylak Stefania, Rybczyńskiej Stefanii wycięto język i wydłubano oczy - 4 sierot po niej zostało.” (1944, 8 lipca – Pismo PolKO w Stanisławowie do Dyrektora RGO w Krakowie dotyczące mordów dokonywanych na ludności polskiej. W: B. Ossol. 16721/1, s. 341-342).

2 lipca w miasteczku Chyrów pow. Dobromil upowcy w czasie wesela granatami zabili 23 Polaków. (Motyka Grzegorz: Ukraińska partyzantka 1942 – 1960; Warszawa 2006, s. 390).

5 lipca we wsi Suchodół pow. Kopyczyńce banderowcy zamordowali 22-letnią Annę Turczyńską.

8 lipca we wsi Łany pow. Stanisławów zamordowali 28-letnią Zofię Czerniak, która powróciła do swojego domu.

10 lipca we wsi Mańków pow. Horochów rodzina męża Ukraińca zamordowała jego 25-letnią żonę, Polkę Anielę Gąsiorowską; los ich dziecka jest nieznany.

W nocy z 13 na 14 lipca we wsi Husaków pow. Mościska na plebanię napadła banda UPA, która splądrowała budynek, a następnie związała i uprowadziła proboszcza ks. Marcelego Zmorę. „Został zamordowany 19 lipca, nie jest znane miejsce pochowania ciała. Latem 1944 r. banderowcy uprowadzili z Plebani w Husakowie księdza katolickiego - Marcelego Zmorę. Całą drogę do wsi Mieżyniec, przejechał na wozie, służąc banderowcom jako miejsce do siedzenia. Następnie w swojej kryjówce zmuszali go do wypisywania polskich metryk, a po kilku dniach dokonali makabrycznego mordu. Ciało Proboszcza odnaleziono w Mieżyńcu zakopane w gnoju. Obecne miejsce pochówku nie jest mi znane”. (Stefania Szal: Pamięć - drogą do wyzwolenia; w: http://www.nawolyniu.pl/wspomnienia/szal.htm ).

Pomiędzy 10 – 15 lipca we wsi Słoboda Konkolnicka pow. Rohatyn: „10-15.III. 1944 Słoboda  Kąkolnicka pow. Rohatyn:  Zabici przez bandytów, którzy spalili wieś: Pulikowski Franciszek 53-54 lat; Adamowski Marian 54 lat i jego dwoje dzieci;  Frejtur Karol;  Palczak Jan s[yn] Marcelego; Laskowski s[yn] Jana 8-9 lat; Tomkiewicz Karolina. Spaleni i uduszeni w ogniu: Nóżka Emil s[yn] Ludwiki 11 lat ; Wierzbicki Rudolf ; Bandurowska Leonora, 1901 r. i jej dzieci 5-cioro;  Bandurowska Michalina i jej 12 letnia córka ; Bandurowska Michalina i jej dwoje dzieci; Romanowska Anna z Gachów i jej 5-cioro dzieci; Wojciechowska Maria i jej 4-ro dzieci; Sumisławska Władysława; Dyczkowski Jan; Romachowa, żona kierownika szkoły. Spalonych zostało około 270 domów.” (1944, 17 lipca – Pismo PolKO w Stanisławowie do Dyrektora RGO w Krakowie zawierające imienny spis osób uprowadzonych i zamordowanych od początku napadów, od września 1943 do 15 lipca 1944. W: B. Ossol. 16721/1, s. 349-373).

W nocy z 14 na 15 lipca we wsi Sokołówka pow. Złoczów banderowcy wspólnie z policjantami ukraińskimi zamordowali co najmniej 21 Polaków, w tym 10 młodych chłopców.

16 lipca we wsi Antoniówka pow. Żydaczów banderowcy zamordowali 30-letnią Joannę Drabinogę z domu Korzystko w ciąży, która wracała z kościoła: torturowali ją przez cały dzień, obcięli palce u rąk i nóg, piersi, język, zdzierali skórę z ciała, jej krzyk słychać było w promieniu kilku kilometrów. We wsi Stojanów pow. Radziechów zamordowali ks. proboszcza Franciszka Szarzewicza.  „Zamordowany przez bandytów z ludobójczej ukraińskiej organizacji OUN/UPA przebranych za żołnierzy rosyjskich, na polu niedaleko plebanii. Mimo zagrożenia nie chciał opuścić swoich wiernych -  mówił: „jestem proboszczem nawet dla tych najbiedniejszych, którzy wyjechać na Zachód nie mogą.”.  We wsi Świrz pow. Przemyślany zamordowani zostali: Grzeszczyszyn Antoni, lat 67, spalony; Grzeszczyszyn Franciszek, lat 31, spalony; Grzeszczyszyn Hanna, lat 13; Grzeszczyszyn Józefa, lat 69, żona Antoniego, spalona; Wyspiańska Anna, lat 40; Zaporoska Katarzyna, Ukrainka, spalona. W dzień pogrzebu rodziny Grzeszczyszynów, zamordowanych w Burzeniskach (przysiółek Świrza)  i pochowanych w Świrzu, moja Mama poszła do Chlebowic Świrskich, gdzie mieszkała jej siostra, wydana za Ukraińca. Jak później opowiedziała ciocia, matkę wywlekli z domu upowscy bandyci i zaprowadzili do lasu, gdzie w okrutny sposób zamordowali. Podczas tego porwania, mąż ciotki próbował stanąć w jej obronie, ale został przez banderowców pobity.” (Jan Wyspiański; w: Józef Wyspiański: Barbarzyństwa OUN-UPA, Lubin 2009 s. 232)

W nocy z 16 na 17 lipca we wsi Krasne pow. Skałat banderowcy obrabowali i spalili około 100 budynków oraz zamordowali 52 Polaków a 22 poranili; księdzu proboszczowi schronienie dał miejscowy ksiądz greckokatolicki ratując mu życie. „A tu nagle słyszymy rąbanie okiennic u Karmazynów. Solidne były, ze sztabami, tato je zrobił na taki właśnie wypadek. Gdy wyrąbali okna, nawrzucali słomy, wrzucili granat i podpalili. Od wybuchu zginął siedmioletni Franio. Rodzina schroniła się na strychu. Później widziałam ułożone w rządku ciała, popalone, napuchnięte. Ludzi w szafach chowano, bo tato z robieniem trumien nie nadążał. Ojciec Lidii zatrąbił, taki był umówiony sygnał na wypadek napadu. Ksiądz, zakonnice i kilku uzbrojonych ludzi schroniło się na poddaszu kościoła. Ostrzeliwali się, rzucali granaty. Napastnicy wycofali się, banderowcom starczyło odwagi tylko na mordowanie bezbronnych. /.../ Słyszeliśmy konie wydające niekońskie odgłosy, krowy ryczące, nawet kury i gęsi zdawały się wyć z bólu. Płonęły domy, Stasia zobaczyła, jak runął dach na domu jej brata. /.../ Już gdy wyjeżdżaliśmy, Ukraińcy odgrażali się, że „jak wy Polaczki będziecie jechali, to my was wybijemy”. Do Gubina dotarliśmy w kwietniu 1946 roku. Ale jeszcze długo nocą, czy na odgłos dalekich nawet wystrzałów, chowałam się pod łóżko. Jednak tak naprawdę to jakaś część mnie ciągle jeszcze tkwi w tej strasznej marcowej nocy. Słyszę ryk zwierząt, krzyki i jęki bólu ludzi, czuję swąd tlących się jeszcze zgliszcz, zapach ciepłej krwi Karmazynów.” (https://gazetalubuska.pl/kresy-jak-mowi-pani-lidia-tej-dramatycznej-nocy-jakby-jakas-jej-czesc-umarla/ar/c15-14770782).   

W nocy z 18 na 19 lipca we wsi Wielkie Oczy pow. Rawa Ruska upowcy zamordowali 18 Polaków, w tym dwoje dzieci zakłuli bagnetem oraz zamordowali członków rodziny Kuźmińskich i Loda i spalili 80 domów.  

20 lipca w mieście Rudki woj. lwowskie policjanci ukraińscy zamordowali 1 Polaka (był to Franciszek Biłek) i zrabowali jego dokumenty. „W latach 60-tych do rodziny ofiary dotarła wiadomość, że w Warszawie mieszka człowiek, który ma takie same dane osobowe. Nie dokonano jednak w tej sprawie dochodzenia” (Siekierka..., s. 541).

23 lipca we wsi Żupanie pow. Stryj obrabowali gospodarstwa polskie i zamordowali głównie za pomocą siekier 49 Polaków. „ Antoni Piotrowski, żona Katarzyna, syn Kazimierz, synowa Michalina, z d. Komornicka w ostatnim miesiącu ciąży, żona Kazimierza, znaleziono ją spaloną, a obok niej leżało nienarodzone dziecko. W ich domu grano w karty, banderowcy wrzucili do mieszkania granat, część domowników zginęła, a część została ranna, rannych dobito siekierami. Dom ograbiono i spalono. Karolina Turzańska i jej córka też Karolina, obie zostały wrzucone żywcem do studni. Dom ograbiono i spalono. Albert Wiśniewski, żona Sabina, syn Zbigniew, córki Władysława, Adela i Albina. Z czwórki dzieci, synowi i dwom córkom oprawcy odrąbali głowy, trzecia córka ukryła się pod piecem, gdzie spaliła się żywcem wraz z domem. Tadeusz Wiśniewski, brat Marcelego i jego żona Janina z ich małoletnią córką zostali zamordowani. Dom ograbiono i spalono. Żona Jana Wiśniewskiego ciężko ranna zmarła po kilku dniach od ran." (https://www.facebook.com/PolishHolokaust/?__tn).  

26 lipca we wsi Siemianówka pow. Lwów esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 29 Polaków, w tym 15 Polaków w publicznej egzekucji; natomiast w walce z bojówką UPA poległo 4 Polaków; tj. łącznie zginęło 33 Polaków. „Wraz z żołnierzami SS w akcji brali udział Ukraińcy z sąsiednich wiosek (Ostrów, Piaski, Łany), którzy operowali nazwiskami znanych im Polaków. Jerzy Węgierski w swej książce o lwowskim AK tak odnotowuje wydarzenia w Siemianówce: „Ci z mieszkańców, którzy nie zdążyli ukryć się, zostali spędzeni w charakterze zakładników na podwórze dawnej karczmy. Byli wśród nich m.in. dwaj księża Adam Hrabat i Wojciech Ślęzak. Ks. Ślęzak, emerytowany kapelan wojskowy, zachował się bardzo godnie i po żołniersku. Na błaganie wystraszonych kobiet, żeby prosił SS-owców Ukraińców o litość, głośno, dobitnym głosem miał powiedzieć:" Ludzie, żołdacy nie dali nam życia i dlatego nie będziemy ich prosić o zmiłowanie a jedynie Boga Wszechmogącego". Po tych słowach zaczął odmawiać słowa Spowiedzi Powszechnej, które powtarzali inni. Na zakończenia udzielił ogólnego rozgrzeszenia." Najpełniejszy opis akcji SS Galizien dała Maria Witwicka - Dereń, która przeżyła ją bezpośrednio od początku do końca. Była naocznym świadkiem rabunku, spędzania do "karczmy", maltretowania i mordowania. Była także pojmana i doprowadzona pod konwojem do miejsca gromadzenia ludzi Zastrzelony został, przy próbie ucieczki, jej ojciec Stanisław Dereń. „Nim zorientowaliśmy się co się dzieje, w pokoju stało już kilku ukraińskich zbirów, rabując i wynosząc co było można. Gdy wyprowadzano nas z domu pod pretekstem sprawdzenia dokumentów, nie pozwolono nam niczego więcej zabrać. Zdarli mi nawet z szyi złoty łańcuszek z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, który dostałam od Taty za dobre oceny w nauce. Tatę zabrał jeden, a mnie pod lufą karabinu prowadził drugi żołnierz. W domu starałam się nad sobą panować i nie okazywać tego jak bardzo się boję, ale na drodze, na widok ludzi desperujących, znajdujących się w takim położeniu jak ja, głośno się rozpłakałam. Nie chciałam jeszcze umierać i chciałam żyć. Przez łzy, które zalewały mi oczy nic nie widziałam, ale usłyszałam głos: - "czoho wy płaczete, nie płaczte, tam je ten lejtnant szczo u was wodu pył, wam niczo ne bude". Był to ten sam sierżant, który razem z porucznikiem przyszedł w sobotę do biura w którym pracowałam. Gdy doprowadzono mnie na miejsce przeznaczenia odważyłam się poprosić o rozmowę z porucznikiem, który razem z kapitanem i jeszcze jednym wojskowym siedział na rowie naprzeciw domu, dawnej "karczmy", gdzie umieszczono przyprowadzanych mieszkańców wsi, wśród których był także mój Tata i dwóch księży: Wojciech Szlęzak i Adam Habrat. Porucznik poznał mnie a po sprawdzeniu dokumentów zapytał po polsku: "co pani tu robi, skoro pracuje w Szczercu a zameldowana jest we Lwowie?" Odpowiedziałam, że "z Siemianówką łączy mnie dużo, tu się wychowałam, tu mieszka i stąd pochodzi mój ojciec. Bardzo kocham swojego ojca i proszę mi go zwrócić". Wtedy porucznik powiedział, że zwolni mojego ojca i księdza (Habrata) pod warunkiem iż mu powiem jaka tu jest organizacja, jaką mają broń i kto do niej należy. Odpowiedziałam krótko "nie powiem, bo nie wiem, a gdybym wiedziała to honor cenię więcej niż życie.” On przyznał mi rację, ale Taty mi nie oddał. Ponieważ nadal nie wiedziałam co z nami będzie, zapytałam czy mogłabym pójść do domu po rzeczy, gdyż Tata wyszedł bez marynarki a ja w cienkiej bluzeczce. Porucznik pozwolił mi powrócić do domu w asyście jednego żołnierza, który otrzymał rozkaz przyprowadzenia mnie z powrotem. Dom, do którego tak bardzo chciałam wrócić, nie był tym, z którego wyszłam przed godziną. Moje walizy z rzeczami, które przywiozłam i jeszcze nie rozpakowałam, znikły. W mieszkaniu było wszystko porozrzucane, szafa pusta wysunięta na środek pokoju, wisiały tylko Taty palto i kolejowa marynarka. Wzięłam więc co pozostało, trochę żywności do koszyczka. Wiele wspomnień przechodziło mi przez myśli, które przerwała kolejna wizyta rabusiów. Żołnierz z mojej ochrony, cały czas siedział cicho tylko mnie obserwując, powiedział im "tu nie wolno rabować, lejtnant Baranowski zakazał". Oni zasalutowali i wyszli. Wracałam do miejsca kaźni a przede wszystkim bliżej Taty. Żołnierze strzelali do wszystkiego. Kule świstały koło mnie a ja pogodzona z losem szłam drogą i słuchałam mojego opiekuna, który mówił, że to co teraz się dzieje, to za Miłoszowice. Rzekomo Polacy rozrywali tam na płotach ukraińskie dzieci, w co do dziś trudno mi uwierzyć, bo nikt z pośród znanych mi Ukraińców nie wspomniał o takich barbarzyńskich praktykach. Tak dotarłam z powrotem do rowu przed karczmą, podałam Tacie wszystko co przyniosłam, usiadłam na rowie i zaraz zaczęła się gehenna. Dwóch żołnierzy przyprowadziło jednego z braci Kubajewskich w związanych z tyłu rękach. Jeden żołnierz trzymał wiadro z kulami a drugi duży pistolet, który podobno znaleźli przy nim. Porucznik Baranowski wziął ten pistolet i bił go nim po twarzy a chłopiec, choć cały skrwawiony stał wyprostowany, mimo, że tak bardzo cierpiał. Nie mogąc na to patrzeć, krzyknęłam "na co ty jeszcze czekasz". Wtedy on odwrócił się i pobiegł w dół szosy, gdzie dosięgły go kule z automatu. Zauważyłam, że porucznik nie był tym zachwycony, iż ośmieliłam się mu przerwać przyjemność katowania. Opanował się jednak i powiedział "byłbym rad, gdyby pani stąd poszła". Ja jednak nie posłuchałam, z nadzieją, że odda mi mojego Tatę. Siedząc na rowie widziałam jak w jamie po wadze wozowej siekli wrzucanych tam żywych ludzi, jak bili i strzelali. Ich krzyki i jęki rozdzierały mi serce, a po chwili już nic nie słyszałam i nie widziałam. Gdy po szoku ocknęłam się we młynie, zobaczyłam troskliwie opiekującego się mną starszego pana, który także został zwolniony przez dowództwo SS Galizien i z kimś mnie tam przyniósł. Nazwiska tego pana nie pamiętam, ale wiem, że razem z żoną, z którą zgubił się w tej zawierusze miał schronienie na plebanii i że pochodził z Krakowa. Sporządził przede mną ustny testament ustalając, że majątek za Krakowem i kamienicę w Krakowie przeznacza dla swojej żony. Wracam do chwili, kiedy odzyskałam przytomność umysłu i usłyszałam straszny huk z dział lub moździerzy. Gdy wyszłam po schodkach na górę, to przez okno zobaczyłam ogromne słupy ognia palących się domów. Po chwili do młyna przyszło dwóch żołnierzy i chcieli mnie ze sobą zabrać. Wtedy zaryzykowałam powołując się na porucznika Baranowskiego i powiedziałam, że kazał mnie na siebie czekać we młynie. I tym sposobem znowu ocalałam. Potem zaczęły trąbić klaksony, ktoś kogoś wołał, słychać było odjeżdżające samochody i zapanowała cisza. O zmierzchu do młyna przyszedł jakiś chłopiec oznajmiając, że Tata mój zastrzelony a ja nie mam gdzie wracać, bo nie ma już naszego, małego, białego domku. Z kilkoma innymi osobami przesiedziałam noc. Rano musiałam się przekonać o wiarygodności słów chłopca, który przyniósł mi tę smutną i straszną wiadomość o moim Tacie i naszym domku. Lecz nikt nie odważył się pójść ze mną do tej części wioski, która z małymi wyjątkami przestała istnieć a pozostały jedynie zgorzeliska z których unosił się dławiący zapach spalenizny. Szłam więc sama po pobojowisku między pomordowanymi i zastrzelonymi, którym lipcowe gorące słońce paliło zbolałe, martwe twarze, niektóre jeszcze bardzo młode. Tacie, który leżał obok jednego z braci Kubajewskich przykryłam twarz chusteczką i to było wszystko co w danej chwili mogłam dla niego zrobić. /.../ Bilans akcji ukraińskich essesowców okazał się dla Siemianówki tragiczny. Spłonęły, z małymi wyjątkami (w zależności od kierunku wiatru i gęstości zabudowy) domy mieszkalne i zabudowania gospodarskie, ze wszystkim co się w nich znajdowało na przestrzeni przeszło kilometra, w sumie około sto budynków. Zginęło trzydzieści osób, z tego na pięciu dokonano egzekucji na oczach spędzonych do "karczmy" ludzi, przed tym ich masakrując i katując. Byli to Stanisław Dereń (ojciec Marii Dereń-Witwickiej autorki wspomnień cytowanych w tym opracowaniu), Władysław Mazur, nauczyciel ze Szczerca (kwatermistrz obwodu AK Siemianówka pseudonim "Aleksander"), bracia Jan i Bronisław Kubajewski z Łanów, przy których znaleziono broń oraz Stefan Bilski (Bielski) furman na plebanii, zabity w ostatniej chwili, za służbę polskiemu księdzu. Zastrzeleni zostali w różnych przypadkowych miejscach Franciszek Dereń i Józef Merski (na terenie swoich gospodarstw), Jan Dukiewicz (na cmentarzu), Maria Tułowa z d. Lisik ( w pobliżu własnego domu), Wiktoria Lisik, Władysław Szachnowski, Michał Wojciechowski oraz Agnieszka , o nie znanym nazwisku. Zginęli, uduszeni wskutek pożaru budynków w których szukali schronienia: Szczepan Dżugaj (Dżez), Stanisław Dżugaj, Joanna Pfeifer z d. Dżugaj z trojgiem małych dzieci (w piwnicy pod spaloną stodołą), Andrzej i Józef Horak, Zbigniew Horak z Łanów, Kazimierz Zychowicz, Józef Miga (uduszeni w piwnicy zabudowań Jana Kosmatego. Anna Mendychowska, Aniela Dziedzic, Maria Fedyniak (uduszeni w piwnicy Michała Fedyniaka. Wszyscy oni spoczywają na siemianowskim cmentarzu. W pewnym momencie do dowódcy oddziału SS Galizien podjechał oficer niemiecki na motocyklu z rozkazem zakończenia akcji. Zgromadzonych zakładników zwolniono a oddział ukraiński załadował się na samochody i odjechał. Nieco dziwi ten fakt rezygnacji z wymordowania zgromadzonych zakładników w tzw. "karczmie". SS Galizien była wówczas jeszcze ściśle podporządkowana Niemcom. Być może, że ta "łaska" wynikała z tego, że Niemcy nie chcieli komplikować sobie odwrotu przewidując reakcję zrozpaczonych i gotowych na wszystko ludzi.
P.S. Już po napisaniu niniejszego opracowania otrzymałem od autorki wspomnień p. Marii Witwickiej z d. Dereń list w którym podaje dodatkowe informacje dotyczące oficera SS Baranowskiego: "Nazwisko por. Baranowskiego zapamiętałam, bo wymienił je jego podwładny, który na polecenie por. Baranowskiego mną się opiekował kiedy wracałam do domu po rzeczy, o czym pisałam w wspomnieniach. Będąc kiedyś u znajomych z Buczacza, którzy mieszkają obecnie we Wrocławiu, wpadła mi do rąk książka, dość dużych rozmiarów w czerwonej oprawie pod tytułem "BUCZACZYNA" napisana w języku ukraińskim a wydana w 1972 r. w Nowym Jorku. Kiedyś przywiózł ją ich znajomy z którym już nie utrzymują kontaktów. W tej książce są biografie różnych osobistości ukraińskich osadników w Ameryce. Między innymi Romana Baranowskiego ur. 1905 r. w Buczaczu, syn księdza grecko-katolickiego. Do gimnazjum uczęszczał w Buczaczu a w 1931 roku ukończył weterynarię we Lwowie. Potem luka w życiorysie. Z czasem przenosi się do Monachium a po kapitulacji Niemiec pracuje jako nauczyciel w gimnazjum. Jednocześnie broni doktorat o tematyce gruźlicy koni. W 1949 roku emigruje do USA i do 1960 roku podejmuje różne prace w Stanach Ameryki. W 1963 roku podejmuje stałą pracę w administracji spożywczo-lekarskiej i należy do Zakonu Maltańskiego. Pełni funkcję ministra spraw zagranicznych w ramach żyjących na uchodźstwie Ukraińców. Lecz nie mam pewności, że to ten sam por. Baranowski, który brał udział w akcji SS Galizien w Siemianówce, ponieważ to zdjęcie w książce było robione dwadzieścia kilka lat później. Jeżeli byłaby to prawda, to świetnie udało mu się zachować swoją niechlubną przeszłość. Teraz jak jeszcze żyje, miałby 96 lat, więc niech sobie żyje i czeka na wyrok Boski. Bo po tylu latach doszukiwać się teraz sprawiedliwości nie ma już sensu, tym bardziej, że religia nasza nakazuje przebaczać." 
(Akcja SS Galizien w Siemianówce dnia 26. lipca 1944; opracował Edward Zawada; w: http://www.znaczacy.com/akcja-ss-galizien-t831083).  

Ponadto w lipcu 1944 roku:  

W mieście Bóbrka woj. lwowskie ukraińska banda złożona z policjantów, upowców i dezerterów z SS „Galizien – Hałyczyna” zamordowała 25 Polaków a 5 poraniła. We wsi Butyny pow. Żółkiew zamordowali 81-letniego Jana Ptaszkowskiego.  We wsi Chlebowice Świrskie pow. Przemyślany zamordowali 19-letnią Magdalenę Zadwórną, miała 19  ran zadanych nożem. We wsi Czerniów pow. Rohatyn banderowcy na drodze zamordowali 3 młode Polki lat 20 – 21. We wsi Dźwiniaczaka pow. Borszczów „zostały powieszone w lesie przez swych mężów Ukraińców: Paulina Głowacka, lat 35, Maria Polańska z d. Ziółkowska, lat 25”. We wsi Hostów pow. Tłumacz banderowcy uprowadzili 3 polskich dzieci pasących bydło: 14-letnią dziewczynkę oraz 14 i 16-letnich chłopców; które zaginęły bez wieści. We wsi Horysławice pow. Mościska zamordowali 5 Polaków: 20-letnią dziewczynę i 4 chłopców 19-letnich; ofiary torturowali, poodcinali ręce i nogi itp. We wsi Kozara pow. Rohatyn banderowcy uprowadzili i utopili w rzece Dniestr 4 młodych Polaków: kobiety lat 22 i 25 oraz mężczyzn lat 22 i 28. We wsi Laskowce pow. Trembowla banderowcy zamordowali 15 Polaków i 4 Żydów, których Polacy ukrywali oraz 1 Ukraińca, alumna gr.-kat, który nie chciał przyłączyć się do UPA. W okolicach Lwowa: „Na południowy-zachód od Lwowa została zaskoczona i w okrutny sposób zamordowana i zmasakrowana kurierka idąca do oddziału leśnego - wezwani przez nią żołnierze AK dobiegli za późno - już nie żyła. Zobaczyli jednak i ostrzelali sprawców mordu uciekających do sąsiedniej wsi ukraińskiej, poszli tam by szukać morderców i dokonać odwetu. I pisze uczestnik tej akcji strz. Tadeusz Tarnawski „Gil”: „W każdym z domów - poza przerażeniem - nie natknęliśmy się na jakieś ślady, które by dały powód do zastosowania represji .Ludzie byli potulni, przerażeni, nie wykazywali odruchów agresji - żadnych represji wobec mieszkańców wsi nie dokonaliśmy. Widok przerażonych ludzi długo mnie prześladował. Doszedłem do wniosku, że nie nadaję się do takich akcji”. Tak myślało wielu młodych żołnierzy AK.” (http://piotrp50.blog.onet.pl/2007/10/13/zbrodnie/). We wsi Małowody pow. Podhajce uprowadzili i zamordowali 9 Polaków, w tym nauczyciela i chłopców lat 15, 16 i 17. We wsi Paryszcze pow. Nadwórna w pobliskim lesie znaleziono zwłoki młodej Polki ze wsi Hawryłówka z obciętymi piersiami. We wsi Pieniaki pow. Brody banderowcy z sąsiedniej wsi zamordowali 4 Polki, których mężów powołano do wojska. We wsi Rosochowaniec pow. Podhajce banderowcy zamordowali 20 osób. We wsi Słobódka Koszyłowiecka pow. Zaleszczyki banderowcy zamordowali 24 Polaków; Stanisławowi Krajewskiemu odcięli głowę i podrzucili pod drzwi jego domu, jego żona dostała pomieszania zmysłów a ich dzieci trafiły do Domu Dziecka. We wsi Sokołów pow. Stryj zamordowali 15 Polaków, którzy przyjechali na swoje pola zbierać żyto. We wsi Turówka pow. Skałat zamordowali 3 Polaków, w tym małżeństwo Zająców po torturach powiesili na hakach u sufitu mieszkania, a mężczyźnie wycięli genitalia.  

We Włodzimierzu Wołyńskim: Relacjonuje Barbara Szczepuła:Helena Sawicka wraz z ojcem i księdzem Kobyłeckim ucieka z miasta, w oczach ma obrazy płonących zagród, w uszach krzyki zabijanych ludzi, odgłosy strzałów. Pogania konie, siostra jadąca na wozie z tyłu krzyczy coś do niej, ale w tym tumulcie nie słychać ani słowa, cała karawana, chyba ze dwadzieścia wozów z Włodzimierza Wołyńskiego, toczy się na zachód, w pogoni za Polską, która tam właśnie się przesuwa. /.../ Kończy się lipiec, słońce pali, kurz, wozy grzęzną w piachu, krzyki, nawoływania, zamieszanie, a przez wszystko przebija się świdrujący głos dziewczynki. Skąd się wzięła dziewczynka? Pewnego dnia znaleziono ją brudną, wygłodzoną, w poszarpanej sukience, błąkającą się po okolicy. Ktoś przyprowadził ją do sierocińca założonego na plebanii. Takich dzieci, którym udało się przeżyć, bo w porę uciekły, zakopały się w stogu siana, schowały w kukurydzy, przykucnęły jak zając pod miedzą, zaszyły się w bzach, padły plackiem w pszenicy, zdążyły dobiec do lasu i rzucić się między krzaki - było na Wołyniu wiele. Dzieci oniemiałych ze zgrozy, bo widziały coś, czego człowiek nie powinien nigdy zobaczyć. Co widziała dziewczynka? Co przeżyła? Nie mówiła. Czasem tylko wydawała przeraźliwy, nieartykułowany krzyk: Aaa. I wtedy ściskały się serca tych, którzy to słyszeli. Psy podkulały ogony. Milkły ptaki. Zakonnice bardziej gorliwie odmawiały różaniec. Palili się żywcem ludzie pozamykani w stodołach, kościołach i domach. Temu obcięto język, tamtej wyłupiono oczy, rozcięto brzuch, wyciągnięto płód, kogoś pocięto piłą, małe dzieci rozbijano o ściany. To jej tragiczne: Aaa;. przewiercało powietrze, leciało wysoko aż do nieba, żebrząc litości u Pana Boga. Ale Bóg patrzył w inna stronę, a ludzie nie mogli jej pomóc, bo jak pomóc dwunastolatce, której rodzice i rodzeństwo zostali pewnie na jej oczach w okrutny sposób zamordowani? Pani Helena Szczepkowska, opowiadając mi o dziewczynce, spuszcza głowę, znowu ją widzi na tym swoim wozie, choć już nie pamięta, jakie miała włosy, chyba ciemne warkoczyki, i całkiem puste, czarne oczy, w których nie było nic oprócz rozpaczy. Zamknęła ją w sobie i zatrzasnęła drzwi do świata. Oniemiała z bólu, skamieniała jak Niobe. /.../ Ojciec Irenki, z którą Helena chodziła do szkoły, był dróżnikiem i miał domek przy torach na obrzeżach miasta. Upowcy wpadli w nocy. Co widziała dziewczynka,? Co przeżyła? Nie mówiła. Czasem tylko wydawała przeraźliwy, nieartykułowany krzyk: Aaa... I wtedy ściskały się serca tych, którzy to słyszeli. Psy podkulały ogony. Ptaki milkły. Ciała babci, dziadka, mamy, ojca, Irenki, jej sióstr i braci znaleziono następnego dnia. Wszyscy zginęli tak samo: rozerwani za nogi. - Aaa; - krzyczy dziewczynka na wozie, jakby wiedziała, o czym myśli, poganiająca konie Helenka, jakby widziała to rozrywanie, jakby słyszała krzyki ofiar. /.../ W sierpniu Zosia rodzi zdrowego synka, Antoni razem z I Armią Wojska Polskiego zmierza w kierunku Berlina. Helena zostawia tymczasem u zakonnic w Zamościu dziewczynkę, której tragiczny krzyk wstrząsa światem, i popędzając konie jedzie dalej przez ogarnięte wojną ziemie.” (http://www.pamiec-nadzieja.org.pl/pin1/print.php?type=A&item_id=16 )

Zbrodnie ukraińskie w lipcu 1944 roku na tzw. Zakerzoni:

2 lipca we wsi Majdan Stary pow. Biłgoraj esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” razem z Niemcami zamordowali 65 Polaków.  

4 lipca we wsi w mieście Siedlce woj. lubelskie ukraińscy esesmani z SS „Galizien – Hałyczyna” zastrzelili 37 Polaków i wielu poranili.

11 lipca we wsi Tarnawka koło Żahotyna pow. Dobromil został zastrzelony na plebani proboszcz ks. Jan Mazur „przez dwóch ukraińskich bandytów, przebranych za policjantów, członków OUN/UPA.”

12 lipca we wsi Borownica pow. Dobromil dwaj banderowcy weszli na plebanię i zastrzelili ks. Józefa Kopcia.  „Pierwszą ofiarą, zamordowaną 12 lipca 1944 r. przez uluczańskich bandytów, był ksiądz rzymskokatolicki z Borownicy Józef Kopeć. W tym dniu dwóch bandytów z Ulucza odwiedziło księdza. Przedstawili się jako wysłannicy z pismem od księdza z Tarnawy. Jeden z bandytów sięgnął do kieszeni, niby po list, wyciągnął pistolet i na oczach gospodyni oddał kilka strzałów do księdza zabijając go na miejscu, po czym obaj mordercy opuścili plebanię udając się w kierunku Ulucza. Na drodze spotkała tych bandytów mieszkanka Borownicy Waleria Kozłowska, która rozpoznała jednego z nich, gdyż utykał on na jedną nogę. Tymi bandytami byli Michał Serednicki i Wasyl Choma, obaj z Ulucza. Na trzeci dzień po tej haniebnej zbrodni przyjechała do Borownicy rodzina księdza z Dynowa z eskortą żołnierzy niemieckich. W czasie mszy pogrzebowej dwóch żołnierzy leżało z karabinem maszynowym w okopie oddalonym od kościoła około 30 m osłaniając w ten sposób uczestników pogrzebu przed ewentualnym atakiem banderowców. Na mszy pogrzebowej byli wszyscy mieszkańcy Borownicy i Polacy z Ulucza, wśród których widziałem dziadka Stefana Czebieniaka Jana Polańskiego. Po mszy kondukt pogrzebowy wyruszył na furmankach w kierunku Dynowa. Konduktowi przez całą drogę towarzyszyła eskorta niemiecka.”. (Bronisław Zielecki: Moje życie czyli Historia Polaka z Ulucza. Warszawa 2014 r.; w:  http://docplayer.pl/24841458-Bronislaw-zielecki-moje-zycie-czyli-historia-polaka-z-ulucza-warszawa-2014-r.html#show_full_text ).

14 lipca w leśniczówce Kuźmina pow. Dobromil został zamordowany z synem w lesie przez UPA gajowy Jan Januszczak  (Edward Orłowski…, jw.). Syn miał na imię Stanisław. We wsi Stefkowa pow. Lesko  banderowcy zamordowali 3 Polaków: Józefę Sobór lat 29, jej męża Eugeniusza lat 32 (młynarza) oraz Władysława Seredyńskiego lat 46, kolejarza.

W nocy z 14 na 15 lipca we wsi Brelików pow. Lesko  UPA uprowadziła i zamordowała 3 Polaków. Byli to: Leon Górski, dzierżawca miejscowego majątku, Roman Drozdowski, zarządca  tego majątku i przebywający tam czasowo Jan Kulak. (AIPN Rzeszów, 067/I, k. 97).

15 lipca we wsi Polanka pow. Jarosław uprowadzili 4 Polaków, których zamordowali w lesie koło wsi Kozaki, w tym gajowego Józefa Serafina i jego dwóch synów.    

W nocy z 18 na 19 lipca we wsi Żmijowiska pow. Lubaczów w nocy z 18 na 19 lipca 1944 r. zamordowali 7 Polaków z rodzin Franków, Mazepów, Bawłowiczów oraz jednego Rusina. 

19 lipca we wsi Korzenica pow. Jarosław upowcy uprowadzili i zamordowali 9 Polaków, w tym Zdzisława Skrzypka lat 14. 

W nocy z 19 na 20 lipca we wsi Wielkie Oczy pow. Rawa Ruska uderzyła sotnia „Jastruba". Zabito 13 lub 18 Polaków, którzy nie zdążyli dotrzeć do kościoła. Pozostali mieszkańcy odparli atak ogniem z dwóch karabinów maszynowych. Ukraińcy wycofali się paląc 80 domów.  We wsi Żmijowiska pow. Lubaczów zamordowali 7 Polaków. Sotnia "Zalizniaka" w lipcu zaszyła się w lasach okolicznego poligonu. Podczas stacjonowania w lasach natknęło się na nią przynajmniej pięć osób, w tym dwie łączniczki AK i oficer Czerwonej Armii. Cała piątka została zabita. Zamordowali także Andrzeja Franków ur. 1887 r., Ewę Franków ur. 1892 r., małżeństwo Annę Mazepę lat 65 i Szymona Mazepę lat 67, Jana Mazepę lat 54.  

W dniach od 20 do 22 lipca w miejscowości Lutowiska pow. Lesko upowcy wymordowali kilka rodzin polskich, około 30 osób. “Wobec narastającego zagrożenia większość polskich rodzin opuściła Lutowiska 18 lipca. Rodziny, które pozostały (m.in.: Górali, Kukurowskich, Samborskich i Ziółkowskich), zostały wymordowane w dniach 20-22 lipca. Liczbę ofiar ocenia się na 30 osób.” 

23 lipca we wsi Chłaniów pow. Krasnystaw żołdacy z Ukraińskiego Legionu Samoobrony razem z Niemcami spalili 35 gospodarstw polskich oraz zamordowali 45 Polaków; wśród morderców były także ukraińskie kobiety, ofiarami głównie kobiety i dzieci. Następnie ci sami oprawcy we wsi Władysławin zamordowali 23 Polaków.

24 lipca koło miejscowości Moderówka i Iwonicz woj. rzeszowskie w lesie Grabińskim ukraińscy esesmani z SS „Galizien – Hałyczyna” zamordowali 72 Polaków z więzienia w Jaśle (IPN Rzeszów, S 92/12/Zn). „W poniedziałek, 24 lipca, 1944 roku o czwartej nad ranem, w Lesie Grabińskim, blisko Iwonicza, bandyci z ukraińskiej dywizji SS Galizien, czyli 14. Waffen-Grenadier Division der SS – dowodzeni przez Niemca Engelsteina i Ukraińca Władimira Najdę – zamordowali strzałami w tył głowy 72 Polaków, głównie żołnierzy AK i BCh, przywiezionych do lasu z więzienia w Jaśle: 38 mieszkańców Lubatowej, pochowanych po wojnie we wspólnej mogile przy kościele parafialnym, 3 z Iwonicza, 2 z Krościenka Niżnego, 2 z Brzostka, 2 z Korczyny, 1 z Krosna, 1 z Sanoka, 1 ze Strzeszyna, 2 z Biecza, 20 nierozpoznanych, pochowanych w Iwoniczu.” (Piotr Szubarczyk: Zbrodnia w Lesie Grabińskim; Nasz Dziennik z 24 lipca 2013).   

27 lipca we wsi Lubycza Kameralna w przysiółku Hubinek pow. Rawa Ruska w kolejnym napadzie zamordowali 7 Polaków: 2 mężczyzn, 2 kobiety i 3 dzieci.

28 lipca we wsi Kamionka pow. Miechów żandarmeria niemiecka oraz oddział Ukraińców z Dywizji SS „Galizien” – „Hałyczyna” dokonały pacyfikacji mordując 7 Polaków i paląc 15 zabudowań gospodarczych. W miasteczku Opatowiec pow. Miechów podczas pacyfikacji niemiecko-ukraińskiej zamordowanych zostało 31 mieszkańców oraz w walce poległo 4 żołnierzy AK. „Niemcy zorganizowali silami batalionu faszystów ukraińskich pacyfikację Opatowca w dniu 29 lipca, mordując mieszkańców, gwałcąc kobiety i paląc budynki. Na pomoc mordowanej ludności Opatowca przybyły oddziały podobwodu koszyckiego /…/  zmuszając ukraińsko-niemieckich SS-manów do wycofania się za Wisłę” (Bolesław Nieczuja-Ostrowski: „Kazimiersko - proszowicka rzeczpospolita partyzancka (3)”: w: http://www.24ikp.pl/serwis/wiecej/rpp1944/wspomnienia/20140315wtk03kp_rp/art.php). We wsi Przysieka pow. Miechów żandarmeria niemiecka oraz oddział Ukraińców z Dywizji SS „Galizien” – „Hałyczyna” dokonały pacyfikacji  mordując 7 Polaków i paląc 22 zabudowania gospodarcze.

29 lipca we wsi Dąbrowa pow. Tomaszów Lubelski upowcy zamordowali 29 Polaków, mężczyzn. We wsi Leszczowate pow. Lesko: „UPA napadła na dwór gdzie torturowano, zamordowano i zbezczeszczono zwłoki miejscowego ziemianina i właściciela Jana Garschinga lat 35 i jego żony Ireny lat 22”. (http://www.rodaknet.com/rp_wycislak_28.htm ). We wsi Ujście Jezuickie pow. Miechów: „O świcie Ukraińcy pod d-twem oficera niemieckiego natarli na partyzantów i paląc wieś Ujście Jezuickie oraz mordując kilku jej mieszkańców, wycofali się z pola walki. Straty własne wynosiły 34 zamordowanych mężczyzn, kobiet i dzieci, w tym czterech żołnierzy AK, mieszkańców Opatowca i Ujścia Jezuickiego”. (Bolesław Nieczuja-Ostrowski: „Kazimiersko - proszowicka rzeczpospolita partyzancka (3)”: w: http://www.24ikp.pl/serwis/wiecej/rpp1944/wspomnienia/20140315wtk03kp_rp/art.php).

30 lipca we wsi Bereska pow. Lesko  banderowcy zamordowali 3 Polaków. We wsi Leszczowate pow. Lesko zamordowali 20 Polaków. Torturowani, zamordowani i zbezczeszczone zwłoki: Kuźmiński Feliks, Kuźmińska Katarzyna, Kuźmińska Maria, Kuźmińska Anna, Kuźmiński Stanisław, Zdziebko Maria, Zdziebko Teres, Zdziebko Kazimierz (lat 9), Zdziebko Zygmunt (lat 5), Zdziebko Józef (lat 2), Zdziebko Stanisław (lat 2), Stefanow Antoni, Stefanow Józefa, Stefanow Julia, Stefanow Zofia, Johan Jan, Czelny Stanisław, Pysulak Teodor. W mordzie uczestniczyli mieszkańcy Leszczowatego, Wańkowej, Jureczkowej - jako policjanci ukraińscy pod dowództwem Worony /wg protokołu spisanego przez proboszcza ks Adama Czepka, źr. MMJ, KsWP, s 308 NR 1998,nr 29 s 23/ Wśród zamordowanych było 7 dzieci w wieku od 2 do 16 lat, 6 kobiet ( w tym lat: 18, 20, 21 i 22) oraz 7 mężczyzn. We wsi Ropienka pow. Lesko UPA zamordowała 20 mieszkańców wsi Leszczowate, którzy się tam schronili, oraz 8 mieszkańców Brelikowa (4 mężczyzn i 4 kobiety, z których najmłodsza miała 17 lat). We wsi Średnia Wieś pow. Lesko upowcy uprowadzili do lasu koło Baligrodu 12 Polaków, z których 11 zarąbali siekierami a Roman Gryziecki zdołał im uciec. “Uprowadzili oni 12 Polaków ze Średniej Wsi: ojca i dwóch braci Gryzieckich, dwóch braci Gefertów, M. Kucharka, J. Podgórskiego, T. Sobika, A. Bobra, M. Maternę, Gorlickiego i Michnowicza. Pognali ich przez Bereskę i Żernicę do lasu w kierunku Baligrodu. Tu ujrzeli oni zwłoki dziesięciu mężczyzn powieszonych na drutach kolczastych. Roman Gryziecki podjął próbę ucieczki. Pomimo, iż raniło go 7 pocisków, dobiegł do pasącego się konia  i wskoczywszy na niego dojechał do Hoczwi. Polaków ze Średniej Wsi upowcy zamordowali siekierami. Kilka miesięcy później, pod koniec roku, ustalono miejsce ich mogił. Wskazał je mieszkaniec Żernicy Wyżnej, który grzebał ofiary w dole po kopcu ziemniaków, w górze wsi pod lasem. Upowcy wynagrodzili go butami jednego z zamordowanych. W pobliżu odkryto dwie kolejne mogiły. W jednej z nich znajdowały się zwłoki trzech rodzin: mężczyzn, kobiet i dzieci. Dorośli zostali  zastrzeleni, dzieci powieszono. W drugim grobie były ciała dwóch młodych mężczyzn. Ręce mieli związane do tyłu drutem kolczastym. Torturowano ich i pogrzebano żywcem. W Żernicy Wyżnej mieszkały cztery polskie rodziny. Zostały wymordowane przez UPA. Ekshumowane ciała pochowano w zbiorowej mogile na cmentarzu  w Średniej Wsi.”  We wsi Wańkowa pow. Lesko  UPA oraz okoliczna ukraińska „samoobrona” (SKW) zamordowały 8 Polaków. Z. Konieczny podaję, że 30 lipca w napadach na wsie Leszczowate, Ropienka, Brelików i Wańkowa zamordowanych zostało 54 Polaków i Ukrainka, żona Polaka. Natomiast Sz. Siekierka, H. Komański i K. Bulzacki dokumentują mord dokonany tego samego dnia w tych samych miejscowościach  na 56 Polakach.  

Ponadto w lipcu 1944 roku:

W lesie koło miasteczka Baligród pow. Lesko upowcy powiesili 10 Polaków.  We wsi Darowice pow. Przemyśl pod koniec lipca Ukraińcy zamordowali 2 Polki, siostry. We wsi Piskorowice pow. Jarosław na początku lipca Ukraińcy z SKW obrabowali i spalili 15 gospodarstw polskich oraz zamordowali 6 Polaków. We wsi Radecznica pow. Zamość esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” razem z Niemcami zamordowali 5 Polaków.  We wsi Wola Górzańska pow. Lesko upowcy zamordowali 2 Polaków.  We wsi Żmijowiska pow. Lubaczów upowcy zamordowali Zofię Pałoch (lub Płoch) lat 66, Michała Pałocha (lub Płocha) lat 27, Marię Pałoch (lub Płoch) lat 35.

W lipcu 1944 roku w Bieszczadach z rak OUN-UPA poniosło śmierć  200 Polaków.

W sierpniu 1944 było 215 napadów Ukraińców na Polaków. Przykłady:

5 sierpnia 1944 roku w miasteczku Skalbmierz pow. Pińczów oraz w sąsiedniej wsi Szarbia: „W dniu 5 sierpnia 1944 r. w Skalbmierzu i Szarbii jako „rojowy” (dowódca drużyny) „Ukraińskiego Legionu Samoobrony” brał  udział w akcji pacyfikacyjnej, w wyniku której zamordowano 105 mieszkańców tych wsi”.(sentencja wyroku Sądu Wojewódzkiego w Lublinie  z 29 stycznia 1972 r. w sprawie Teodora Daka, w: http://koris.com.ua/other/14728/index.html?page=407).

6 sierpnia (niedziela Przemienienia Pańskiego) w miasteczku Baligród pow. Lesko upowcy zamordowali 42 Polaków według wcześniej przygotowanej listy proskrypcyjnej w miejscowej cerkwi.

12 sierpnia we wsi Kurzany pow. Brzeżany banderowcy zamordowali w majątku ziemskim 8 rodzin polskich liczących co najmniej 24 osoby oraz we wsi spalili 70 zagród polskich i zamordowali 20 Polaków, w tym 10 dzieci; łącznie co najmniej 44 Polaków. W tej miejscowości  wywiad AK zdobył rozkaz dowództwa UPA: „przyśpieszyć likwidację Polaków, w pień wycinać, czysto polskie wsie palić, wsie mieszane – niszczyć tylko ludność polską”.

15 sierpnia  (Wniebowzięcia NMP) we wsi Muczne pow. Turka w leśniczówce Brenzberg położonej na grzbiecie Jeleniowatego (Jasieniowa) SB OUN dowodzona przez referenta (Mikołaj Dudek „Osyp”) zamordowała 74 Polaków, głównie kobiety i dzieci, uciekinierów zza wschodniego brzegu Sanu.

W nocy z 25 na 26 sierpnia we wsi Kłodno Wielkie pow. Żółkiew upowcy zamordowali 72 Polaków.

W sierpniu we wsi Beniowa pow. Turka (Bieszczady) banderowcy zamordowali 10 Polaków. Tadeusz  A. Olszański w przewodniku Bieszczady (Pruszków 2000) podaje: „W połowie sierpnia miały miejsce napady upowców na szereg wsi wschodniej części Bieszczadów, jak  Smolnik, Zatwarnica, Tworylczyk, Sokoliki Górskie, Beniowa, a także na Lutowiska  (17 sierpnia), gdzie  dzięki silnej  samoobronie udało się uniknąć rzezi. W napadach tych ginęło po kilka do kilkunastu osób.” Z kolei Janusz Michalik w książce Na Bieszczadzkich Połoninach (Krosno 1997) pisze: „Między 14 a 16 sierpnia dokonano masowych mordów Polaków w Smolniku, Zatwarnicy, Tworylczyku, Dźwiniaczu Górnym, Tarnawie, Sokolikach Górskich, Beniowej zabijając w tych wsiach od kilku do kilkunastu rodzin, najwięcej w Mucznem – 74 osoby.” We wsi Germakówka pow. Borszczów upowcy zarąbali siekierami oraz zarżnęli nożami 17 Polaków i 1 Ukraińca. 80-letnią Joannę Cybulską zarąbali siekierą w jej własnym ogrodzie, 80-letnią wdowę Ścisłowską zarąbali siekierą w jej własnym domu. Zamordowali też 20-letnią Marię Myczkowską. „Podczas dnia, w sierpniu 1944 r., zabrano ze szkoły Marię Myczkowską – nauczycielkę, która pracowała we wsi Zalesie. Przyprowadzono ją do domu jej ciotki, u której mieszkała. Mordercy zamknęli się z nią w pokoju, kolejno gwałcili ją i bili. Po kilku godzinach wyprowadzili ją z domu, a właściwie wyciągnęli, bo jak zeznają świadkowie, nie mogła już iść sama. Tak trwało przez dwa dni. Na trzeci lub czwarty dzień znaleziono jej zwłoki na brzegu Zbrucza. Jej ciało było zmasakrowane, ręce i nogi związane drutem kolczastym”. (Danuta Kosowska; w: Komański..., s. 535) We wsi Krywe pow. Lesko zamordowali 10 Polaków, w tym 3 siostry Podolińskie. Oraz: „zostali zamordowani przez bojówkarzy SB-OUN za ukrywanie Polaków miejscowi Ukraińcy. Byli to: Grzegorz i Anna Miśko oraz matka Grzegorza. Razem z nimi bojówkarze SB-OUN zamordowali 10 Polaków.” We wsi Łokieć pow. Turka (Bieszczady) zamordowali 20 Polaków. We wsi Majdan koło Cisnej pow. Lesko zamordowali 20 Polaków, pracowników leśnych. We wsi Moczary pow. Turka zamordowali 10 Polaków. „W niektórych miejscowościach – jak Smolnik, Lutowiska, Moczary czy Ustianowa – doszło do mordów ludności cywilnej”. (Maciej Augustyn; w: Bieszczad, nr 6 z 1999 r.). We wsi Smolnik nad Sanem pow. Lesko zamordowali 10 Polaków. We wsi Sokoliki Górskie pow. Turka (Bieszczady) zamordowali około 30 Polaków, kilka rodzin oraz we dworze Stroińskich (4?) osoby. We wsi Tarnawa Niżna pow. Turka (Bieszczady) zamordowali 10 Polaków. „W Tarnawie Niżnej był leśniczym Hryniak, starorusin, ożeniony z Polką, która była nauczycielką w miejscowej szkole,. W stosunku do Polaków był lojalnym i sam się czuł Polakiem. Został za to zamordowany razem z żoną i dziećmi. Wszystkich wrzucono do studni (inf. W. Konstantynowicz).” (Zbigniew Rygiel: Jedynie kilka przykładów; w: Gazeta Bieszczadzka nr 16/2000). We wsi Tarnawa Wyżna pow. Turka (Bieszczady) zamordowali 10 Polaków, w tym 5 osób z rodziny Alojzego Wiluszyńskiego: „W następną noc nad ranem (czyli już 17-go 1944) po kryjomu wróciłem do domu. Musiałem zachowywać jak największa ostrożność, gdyż ludzie wiedzieli o mojej działalności, no i byłem Polakiem. Widok jaki zastałem budził grozę. Po całej mojej rodzinie pozostały tylko plamy krwi, a dom splądrowano i obrabowano. Ciał najbliższych wywiezionych do pobliskich wąwozów, nigdy już nie odnalazłem. Z mojej rodziny zginęli rodzice Michał i Emilia, siostra Ewa, siostra Stefania i jej mąż Jan Kochaniec. Tego bestialskiego  mordu dokonała bojówka pod dowództwem Iwana Szweda (nadterminowy kapral Wojska Polskiego narodowości ukraińskiej zam. Tarnawa Niżna), Współwinny zbrodni był pop grekokatolicki Iwan Iwanio Parafia Tarnawa Wyżna. Pop gwarantował mojej rodzinie bezpieczeństwo (jego syn Josef absolwent Politechniki Lwowskiej był w kierownictwie sztabu UPA). Pop w ten sposób uśpił naszą czujność i wystawił moją rodzinę na śmierć. Nadmieniam, że Iwan Szwed przy pomocy policji ukraińskiej dokonał likwidacji ludności żydowskiej w potoku wąwozie Roztoki – Borsuczyny”(Alojzy Wiluszyński, Warszawa 2009.” (Antoni Derwich; w: Stanisław Żurek: UPA w Bieszczadach; jw.. s. 239). We wsi Żernica pow. Lesko upowcy zamordowali 53 Polaków: 23 uprowadzonych z Leska utopili w gnojowicy; 4 rodziny z Żernicy Wyżnej (16 osób); 3 rodziny z Żernicy (12 osób) oraz 2 młodych Polaków.

W sierpniu 1944 roku w Bieszczadach Ukraińcy zamordowali 290 Polaków.

We wrześniu 1944 udokumentowano 164 napady. Przykłady: 

8 września (święto Narodzenia NMP) we wsi Stojanów pow. Radziechów banderowcy zamordowali 30 Polaków i 25 Ukraińców. 29 września we wsi Jamelna pow. Gródek Jagielloński podczas trzeciego napadu upowcy spalili polskie gospodarstwa i wymordowali 74 Polaków; palili żywcem, zakłuwali bagnetami, rąbali siekierami itp.; niemowlę z rodziny Ciepków nabili żywcem na sztachetę płotu, 35-letnią Marię Kaczmarczyk rozrąbali siekierą od szyi przez piersi; niemowlę z rodziny Koszalów zakłuli nożem; 1-rocznej Annie Marcinów oraz 3-letniej Katarzynie Podsiadło odcięli głowy; niemowlęciu (Zofia Podsiadło) roztrzaskali główkę o mur; torturowali i wycięli skórę z twarzy i pleców 70-letniemu Andrzejowi Wakiermanowi; 44-letnia Maria Więcław miała 60 ran kłutych bagnetem; uprowadzili 20-letnią dziewczynę, która zaginęła bez wieści.

W Bieszczadach we  wrześniu 1944 roku UPA zamordowała  co najmniej 101 Polaków,

9 września PKWN i Ukraińska SRR podpisały umowę o wzajemnej wymianie ludności.

W październiku 1944 roku udokumentowano 224 napady. Przykłady: 

15 października we wsi Stanimierz pow. Przemyślany:„Po przejściu frontu, gdy mężczyźni zostali zabrani do wojska, banderowcy wychodzili w nocy ze swych kryjówek i uprowadzali bezbronne kobiety. Taką kaźnią stał się Stanimierz, gdzie zginęły m. in.: Anna Nieckarz, Antonina Piwowar, Katarzyna Blicharska i brat mojej żony, Michał Niebylski, 18-letni chłopak. Przez kilka dni bandyci znęcali się nad porwanymi. Ofiarom ukraińscy kaci wyrywali języki, żyły z rąk oraz pchali druty do uszu, nosa, gardła i oczu. Głównym hersztem tej bandy był Ukrainiec o nazwisku Dżegin. Z opowiadań tamtejszych starszych ludzi wiem, że z domu, w którym odbywały się te nieludzkie morderstwa, słychać było straszliwe jęki. Przechodzący obok tej kaźni ludzie musieli zatykać sobie uszy.” (Karol Wyspiański; Józef Wyspiański: Barbarzyństwa OUN-UPA, Lubin 2009,  s, 223 – 224).

23 października we wsi Haniów pow. Śniatyń: „23 października w napadzie na Haniów koło wsi Trójca w powiecie śniatyńskim śmierć poniosło 65 Polaków.” („Na rubieży” 1993, nr 5, s. 16–18). Według danych  sowieckich w napadzie na Haniów zginęły 72 osoby. (CDAHOU, 1/23/929, k. 91).  We wsi Podwołoczyska pow. Skałat księdzu Stanisławowi Wilkońskiemu wbito w głowę gwoździe, w wyniku czego zmarł w męczarniach. We wsi Trójca pow. Śniatyn upowcy z sotni „Rizuna” spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 86 Polaków (głównie kobiety i dzieci ponieważ mężczyźni byli powołani do WP), 1 Żydówkę, którą ukrywali Polacy oraz 9 Ukraińców. „Przez szczeliny w ścianie widziałem, jak wyprowadzono z chaty moich teściów. Kazano im przynieść miski na krew. Teściowi obcięto rękę, a teściowej pierś, szybko skonali” (Józef Laskowski; w: Siekierka..., s. 661). „Następnego dnia ja z bratem Józefem poszliśmy z Zabłutowa do Trójcy dowiedzieć się, co się stało z mamą. Idąc przez wieś widzieliśmy trupy pomordowanych Polaków. Widziałem leżącego w przydrożnym rowie mojego kolegę, którego imienia i nazwiska nie pamiętam. Leżał na plecach. W twarz miał wbitą siekierę. Był w moim wieku, miał 10 lat. Widziałem także na drodze klęczącą nago 18-letnią dziewczynę, mieszkankę Trójcy. Nazwiska jej nie pamiętam. Nie żyła, ale trwała w pozycji klęczącej. Miała wyłupione oczy oraz zerwaną skórę z piersi i obu rąk od łokci do dłoni. /.../ Przed kościołem widziałem zwłoki kilkudziesięciu osób. Zostały zamordowane siekierami, nożami, łomami i innymi twardymi narzędziami. Nie byli zastrzeleni. Widziałem w wózku dziecięcym zamordowana 2-letnią dziewczynkę, córkę Grubińskich, która miała wbity w brzuch nóż. Po wejściu do kościoła zobaczyliśmy również wiele ciał zamordowanych ludzi. Dorośli mówili, że ci w kościele zginęli od granatów wrzucanych do środka przez bandytów. Zamknęli się przed atakującymi. Uciekłem z tego kościoła, gdyż widok porozrywanych ciał był straszny. Te widoki były tak straszne, że przez wiele lat śniły mi się ciała pomordowanych i pościg bandytów za nami i noc w noc budziłem się zlany potem” (Zdzisław Krzywiński; w: Siekierka..., s. 660 – 661). „Kiedy byłam w domu Ukrainki Wasiuty widziałam, jak banderowcy podpalili Emilię Spólnicką i Stanisława Spólnickiego. Było dwóch banderowców, też po cywilnemu. Tych także nie znałam. Jeden z nich miał w butelce benzynę. Widziałam, jak oblał nią Emilię i Stanisława, a następnie podpalił. Drugi trzymał ich, a kiedy już płonęli – puścił. Płonąc przebiegli kawałek i padli. Spłonęli żywcem. /.../ Widziałam też moją nauczycielkę, nie pamiętam nazwiska, która miała przybite ręce gwoździami do gospody” (Aleksandra Mazur; w: Siekierka..., s. 662). „Szczególnym okrucieństwem wyróżniał się jeden banderowiec; kiedy któryś z nich chciał zastrzelić niemowlę, ten powiedział: „Szkoda kul” i zabił dziecko pilnikiem. Widział to chłopiec ukryty pod łóżkiem” („Na Rubieży” nr 5/1993). „Od naocznych świadków dowiedziałem się również o tragicznej śmierci Ładowskiej Katarzyny, której banderowcy podcięli gardło, a jej małoletniemu synowi kazali trzymać miskę, aby ściekała do niej krew” (Kazimierz Moździerz; w: Siekierka..., s. 665).

24 października we wsi Majdan Górny pow. Nadwórna podczas nocnego napadu banderowcy i miejscowi chłopi ukraińscy obrabowali i spalili 15 gospodarstw polskich oraz zamordowali 53 Polaków, całe rodziny. 

Ponadto w październiku 1944 roku: 

We wsi Baworów pow. Tarnopol: „Kulczycki Mieczysław, ranny w nogę został schwytany przez banderowców, związany drutem kolczastym, oraz przywiązany do wrót stodoły, jego ręce i nogi przybito gwoździami, a konającego zakłuto nożami” (Komański..., s. 359). We wsi Biała pow. Tarnopol podczas nocnego napadu banderowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 94 Polaków; rzeź trwała kilka godzin, w Tarnopolu widać było łunę płonącej wsi, słychać było krzyki i strzały, ale Sowieci nie udzielili Polakom pomocy. We wsi Dźwiniaczka pow. Borszczów zamordowali 8 Polaków, w tym 5 kobiet; Czarnecką Stefanię razem z córką spalili żywcem w budynku, 30-letnią Annę Wołkowicz pokłuli nożami, a konającą powiesili na bramie. Dwaj Ukraińcy na rozkaz OUN-UPA powiesili w lesie swoje żony, Polki, Marię Polańską z d. Ziółkowską lat 24 i Paulinę Głowacką, lat 35. We wsi Mogielnica pow. Trembowla  zamordowano 80 Polaków. „Janicka Nella, lat 16, c. Franciszka, zgwałcona i zakłuta nożami”.  We wsi Torskie pow. Zaleszczyki zamordowali 49 Polaków, Ukrainkę (żonę Polaka) oraz 5 dzieci polsko-ukraińskich; razem 55 osób. „Największa tragedia dokonała się w zabudowaniach rodziny Chomiakowskich. Zostało tu zamordowanych pięć dorosłych osób, a szesnaścioro dzieci spalono żywcem w mieszkaniu” (Aleksander Chmura; w: Komański..., s. 889 – 993). We wsi Wysocko Wyżne pow. Turka w podpalonym kościele upowcy spalili 1 Ukraińca za to, że potępiał zbrodnie UPA. W mieście Zaleszczyki: „W październiku 1944 r. byłam w Zaleszczykach, widziałam jak nurt rzeki niósł drzwi, na których leżało 5 trupów: matka z czwórką małych dzieci przywiązana kolczastym drutem. Drzwi te zaczepiły o wystający pień drzewa i zatrzymały się przy brzegu. Wielu ludzi poszło oglądać to makabryczne widowisko. Podobnych scen codziennie było w okolicy więcej. /.../ Kiedy byłam w Zaleszczykach, widziałam w kostnicy kobietę o imieniu Bronisława z Uhrynkowiec. Nazwiska jej nie zapamiętałam. Miała zdartą skórę z czoła i zawiniętą niczym beret na głowie. Na rękach miała podobnie zdjętą skórę i naciągniętą na dłonie. Był to widok przerażający. Jak bardzo oprawca musiał być zwyrodniały, aby w ten sposób męczyć bezbronną kobietę. Czy takich zwyrodnialców można nazywać żołnierzami UPA, walczącymi o wolną Ukrainę?” (Karolina Szuszkiewicz; w: Komański..., s. 907). We wsi Załucze pow. Borszczów banderowcy zamordowali 20 Polaków. „Tej nocy dwom nauczycielkom polskim banderowcy obcięli piłami stolarskimi obie nogi, następnie nożycami języki i połamali ręce, a gdy były one już w agonii, obie zastrzelili” (Komański..., s. 56).

W listopadzie 1944 roku udokumentowano 227 napadów, Przykłady: 

5 listopada we wsi Nowosielica pow. Śniatyn banderowcy zamordowali 60 Polaków. 50 osób zgromadzili w jednym budynku, rzekomo na polecenie władz gminnych w celu rejestracji na wyjazd „do Polski”, następnie zamknęli drzwi i spalili żywcem podpalając budynek; 10 osób zamordowali na terenie wsi; spalili także kościół i budynek szkolny.”Brak jest tablicy ku czci pomordowanych, a nazwiska morderców można znaleźć na cmentarzu w Nowosielicy; cmentarz katolicki w Nowosielicy zdewastowany przez element wiejski pod wodzą ukraińskiego sołtysa M.R. w 1944 r.; kościół katolicki spalony.”

17 listopada we wsi Nowosiółka Biskupia pow. Borszczów zamordowali ponad 40 Polaków; 10 w szkole, pozostałych nad rzeką Zbrucz, w tym księdza Józefa Turkiewicza oraz kierownika szkoły podstawowej Mieczysława Wierzbickiego, którego związali drutem i utopili w Zbruczu.  

20 listopada we wsi Hińkowce pow. Zaleszczyki schwytanego Sławomira Linkiewicza przez dwa tygodnie banderowcy przetrzymywali w piwnicy, gdzie był bity i torturowany. Zwłoki miały m.in. wydłubane oczy, całe ciało było zmasakrowane.

21 listopada we wsi Kupczyńce pow. Tarnopol zamordowali 9-osobową rodzinę polską: 53-letniego Kazimierza Poprowskiego, 47-letnią żonę Pelagię, synów: 5-letniego Dawida, 8-letniego Włodzimierza, 10-letniego Jana i 16-letniego Mikołaja, córki: 1-roczną Marię, 6-letnią Anastazję i 14-letnią Olgę.

23 listopada we wsi Sorocko pow. Trembowla podczas pogrzebu Józefa Kobyluka zabitego 20 listopada upowcy ostrzelali kondukt pogrzebowy zabijając księdza Adama Drzyzgę (rannego dobili bagnetem) oraz 55 Polaków, a 25 poranili; w tym czasie we wsi zamordowali co najmniej 50 Polaków, a 10 poranili; łącznie zamordowali co najmniej 106 Polaków.

25 listopada w kol. Czyszczak pow. Kołomyja należącej do wsi Kamionka Wielka upowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 50 Polaków, a pod koniec listopada dalszych 10; w tym 7-osobową rodzinę z 5 dzieci, matkę z 4 dzieci. „25 listopada 1944 r. z samej tylko rodziny Świątkowskich banderowcy tej nocy zamordowali 32 osoby. Wszystkich pochowano w jednej wspólnej mogile. Tej nocy zginęło wiele innych rodzin, m.in. z rodziny Peca 5 osób. Banderowcy mężczyzn zabijali strzałami w tył głowy i układali twarzą do podłogi, natomiast kobiety i dziewczęta mordowali w łóżkach, prawdopodobnie po uprzednim zgwałceniu. Nie mogłam oderwać ich ciał od pierzyn i piór z zastygłej krwi. W innych polskich domach na Czyszczaku kilkoro małych dzieci miało nożem przybite języki do stołu. Kilku młodym dziewczętom napastnicy porozcinali usta od ucha do ucha. Śmiali się wtedy i mówili: „Masz Polskę szeroką od morza do morza” (Malwina Świątkowska; w: Siekierka..., s. 264).

26 listopada we wsi Hnidawa pow. Zborów upowcy zamordowali 48 Polaków z 10 rodzin. „Mordu dokonali banderowcy pod komendą Włodzimierza Jakubowskiego "Bondarenki" sotnika z UPA. Podczas rzezi pięcioletnią dziewczynkę  - Zosię zmuszono do wypicia kubeczka krwi jej ojca, zabitego na oczach dziecka. Innej dziewczynce Hani, w zbliżonym wieku, kazano zjeść kawałek ciała jej ojca. Dziewczynce tej banderowcy w przystępie "wspaniałomyślności" darowali życie mówiąc "żyj na chwałę Stepana Bandery". (http://www.olejow.pl/readarticle.php?article_id=250

29 listopada we wsi Diuksyn pow. Kostopol upowcy zamordowali żonę powstańca styczniowego Klarę Teofilę Dobrzecką, w wieku 105 lat, i jej najstarszą córkę, Marcelę Kaznowską, też już staruszkę. Zwłoki kazali pogrzebać za wsią, w miejscu, gdzie zakopywano padlinę. W tym samym czasie i o tej samej godzinie zostali zamordowani członkowie tej rodziny w Werbczu Wielkim: zamężna córkę Klary Teofili Dobrzeckiej z 2 dzieci w wieku przedszkolnym oraz dziadek, ojciec matki 

Ponadto w listopadzie 1944 roku (świadkowie nie podali dnia zbrodni): 

We wsi Dołhe pow. Stryj podczas ewakuacji Polaków na konwój furmanek z uciekinierami na drodze w pobliżu wsi zorganizowała zasadzkę banda UPA, część ludzi zamordowała na miejscu, część uprowadziła i utopiła w rzece Dniestr. Zginęło wtedy 150 osób. Nikt prawdopodobnie nie ocalał. We wsi Mytnica pow. Trembowla Polacy przez kilka godzin bronili się w budynku, który w końcu upowcy oblali naftą i benzyną i podpalili; żywcem spłonęło 31 Polaków. We wsi Wasylkowce pow. Kopyczyńce „partyzanci ukraińscy” uprowadzili do lasu 30-letnią Polkę, Pelagię Węgrzynowicz, żonę podoficera WP. Tam przywiązali ją do drzewa, wydłubali oczy, obcięli język, okaleczyli piersi. Jej zwłoki odnaleziono po kilku dniach. We wsi Wojutycze pow. Sambor uprowadzili 15-letniego chłopca polskiego, którego zwłoki odnaleziono w marcu 1945 roku nad rzeką Strwiąż; miał założony sznur na szyi. W listopadzie we wsi Kochanówka pow. Krzemieniec upowcy zamordowali Ukrainkę z 8-letnią córką, żonę Polaka, który przebywał na przymusowych robotach w Niemczech.

W Małopolsce Wschodniej: „Według meldunków podziemia polskiego w listopadzie 1944 r. w województwie lwowskim zginęło 28 Polaków (Lwów – 4, Grodek – 18, Rudki – 6), w województwie stanisławowskim 173 osoby (Nadworna – 28, Tłumacz – 30, Horodenka – 34, Dolina – 5, Żydaczów – 5, Stryj – 11, Kołomyja – 60), w województwie tarnopolskim – 315 (Zbaraż – 21, Skałat – 30, Trembowla – 42, Kopyczyńce – 22, Tarnopol – 11, Czortków – 35, Borszczów – 67, Buczacz – 15, Zaleszczyki – 2, Przemyślany – 5, Złoczów – 39, Brody – 11, Stojanów – 4, Kamionka – 1).” (Grzegorz Hryciuk: Akcje UPA przeciwko Polakom po ponownym zajęciu Wołynia i Galicji Wschodniej przez Armię Czerwoną w 1944 roku).

W grudniu 1944 roku odnotowano 269 napady oraz „w roku 1944” 329 napadów. Przykłady: 

1 grudnia 1944 roku we wsi Hińkowce pow. Zaleszczyki banderowcy zamordowali 30 Polaków. Czesława Kierzyk z domu Lewicka: „W moją pamięć, 11-letniego wówczas dziecka, mocno wryły się wydarzenia 1 grudnia 1944 roku. W tym dniu na każdym domu polskiej rodziny w Hińkowcach (powiat Zaleszczyki) wywieszono ogłoszenia bandy UPA, w których nawoływano do natychmiastowego opuszczenia wsi. Jednocześnie grożono, że w przeciwnym razie stanie się z nami to, co z Żydami. Jeszcze tej samej nocy dokonano okrutnego mordu na Polakach. Noc była jasna. Śnieg, który przyprószył ziemię, odbijał blask księżyca. Bandyci zbliżali się do wsi od strony Zaleszczyk z Hartanowic w kierunku Tłustego. Szli pieszo, niektórzy jechali wozami. Ostatni podpalali polskie domy. Oszczędzali tylko te, które sąsiadowały z domami ukraińskimi z obawy, że ogień się rozniesie. Widać, że mieli dobre rozeznanie w terenie. Był to najtragiczniejszy dzień w historii Hińkowiec. Spalono bardzo dużo domów. Cała wieś stała w ogniu. Widzieliśmy, jak strzelano do uciekających ludzi. /.../ Następnego dnia rano właścicielka młyna, Maria Komunicka zabrała moją rodzinę oraz innych na wóz i zawiozła do Zaleszczyk. Wieś opuściło wiele polskich rodzin. Te wydarzenia wpłynęły ostatecznie na decyzję o wyjeździe z Zaleszczyk na Ziemie Odzyskane. Trzeba było jednak jeszcze czekać na odpowiednie dokumenty i wagony do transportu. Trwało to dość długo. Mieszkaliśmy w domach po wymordowanych wcześniej Żydach. Widzieliśmy, jak Dniestrem płynęły drzwi z przybitymi do nich zwłokami ludzkimi. Zabraliśmy ze sobą niewiele dobytku. Kiedy w następnych dniach co odważniejsi wrócili do domów, aby zabrać jeszcze potrzebne rzeczy, okazało się, że w mieszkaniach niczego już nie było. Zostały rozszabrowane. Nawet obrazy zdjęto ze ścian. Z Zaleszczyk wyjechaliśmy dopiero wiosną 1945 roku.” (Czesława Kierzyk z domu Lewicka; w: kotlactive.pl/.../relacje-i-wspomnienia-osadnikow-rejonu-gminy-kotla-2012-czesc-2-2...  ).  

W kol. Bazar pow. Czortków w połowie grudnia zamordowali ponad 108 Polaków, całe rodziny, jak np. 7-osobową rodzinę Jana Raka. 22 grudnia we wsi Toustobaby pow. Podhajce banderowcy w sile około 500 napastników siekierami, widłami, nożami, bagnetami, paląc żywcem itp., wymordowali 82 Polaków, a ich gospodarstwa obrabowali i spalili. Po otoczeniu Toustobab napastnicy rozpoczęli ostrzał zabudowań pociskami zapalającymi, powodując pożary krytych strzechą chat. Następnie wtargnęli między domy i rozpoczęli mordowanie napotkanych Polaków bez względu na płeć i wiek. Zabijano rozstrzeliwując, paląc żywcem a także za pomocą siekier, wideł i innych  narzędzi gospodarskich. Zdarzały się przypadki tortur (obdzieranie ze skóry, skalpowanie). Oprócz tego napastnicy przystąpili do rabunku mienia łącznie z inwentarzem. Polska ludność cywilna rzuciła się do ucieczki; także członkowie IB zaczęli wycofywać w stronę kościoła, gdzie w efekcie schroniło się około 250 osób. UPA kilkakrotnie przypuszczała ataki na kościół, lecz zostały one odparte przez obrońców. Szturm trwał do godziny 1 w nocy, kiedy od strony Monasterzysk na odsiecz Polakom nadjechały wojska sowieckie, co spowodowało wycofanie się upowców. We wsi Zawadówka pow. Podhajce banderowcy maszerując na rzeż wsi Tousobaby „po drodze” wymordowali tutaj 46 Polaków oraz w osiedlu Huta Zawadowska 15 Polaków, łącznie 61 osób; wśród ofiar był 5-tygodniowy Stanisław Skalski.

We wsi Głęboczek pow. Borszczów: „Przed świętami Bożego Narodzenia do Głęboczka pojechała do własnego domu po żywność młoda kobieta (bardzo ładna). W mieście zostawiła męża i małe dziecko. Pojechała i myślała, że ona będzie bezpieczniejsza niż mąż. Banderowcy ją złapali, odarli z odzienia, zgwałcili i uwiązali nagą do konia. Wlekli ją po twardych zamarzniętych grudach i po ściernisku po zbiorze kukurydzy. I tak zmasakrowane ciało porzucili pod miastem. Stale zadaję sobie pytanie: Jak nisko mogą upaść ci, którzy mienią się ludźmi i wierzą w tego samego Boga?!” (Mieczysław Walków;16.01.2012. Moje przeżycia opisałem na „Blogu”-  kronika Mietka W. na „Naszej Stronie”; www.absolwenci56.szczecin.pl ).

24 grudnia (Wigilia Bożego Narodzenia):  We wsi Białogłowy pow. Zborów zamordowali  4-osobową rodzinę polską Kwiatków. Rodzice Jan i Maria oraz ich dwie córki zostali dosłownie pocięci oraz skłuci nożami i bagnetami na kawałki. We wsi Ditkowce pow. Tarnopol banderowcy przy drodze na skraju lasu zamordowali 8 Polaków, w tym 7 kobiet. Zasztyletowane zostały: Bieniaszewska Anna ze wsi Gontowa,  Miazgowska Maria ze wsi  Gontowa, Olszewska Bronisława ze wsi Gontowa, Olszewska Rozalia Danuta ze wsi Dębina, Szeliga Genowefa ze wsi  Dębina , Szeliga Tekla ze wsi  Dębina; oraz zastrzeleni: Szeliga Anna ze wsi Gontowa i Szeliga Maciej ze wsi Gontowa. W mieście Dolina woj. stanisławowskie zamordowali 53 Polaków; spalili wszystkie domy polskie w dzielnicach Odenisa i Zniesienie. W dzielnicy Nowiczka wiadomo o zamordowaniu 4-osobowej rodziny Olechowskich. Wielu Polaków zostało ciężko rannych. Na murach kościoła parafialnego pojawiły się plakaty i hasła: „Polacy do Polski, bo tu wasza mogiła”. We wsi Ihrowica pow. Tarnopol banderowcy oraz chłopi ukraińscy z SKW z okolicznych wsi podczas wieczerzy wigilijnej dokonali rzezi ludności polskiej, podawana jest liczba od 79 do 92 zamordowanych Polaków oraz 1 Ukrainiec. Mordu dokonali za pomocą siekier, noży, bagnetów i różnych innych narzędzi; znaczna część ciał spaliła się razem z zabudowaniami, stąd liczba ofiar jest niepełna. W kwietniu z Ihrowicy zabrano do 1 Armii WP 180 Polaków, pozostały głównie kobiety, dzieci i starcy. Zamordowali ks. proboszcza Stanisława Szczepankiewicza, upowcy wyrwali mu serce z piersi żywcem i zanieśli sotnikowi, którym był Wołodymyr Jakubowśkyj „Bondarenko”, gdyż zażyczył on sobie serca kapłana. Matkę, siostrę i brata księdza zarąbali siekierami; małżeństwo lat 60 i 62 powiesili na kolczastym drucie; 17-letniemu Kazimierzowi Litwinowi piłą stolarską odcięli głowę i przynieśli sotnikowi. Do ostatniej minuty życia ksiądz zawiadamiał i ostrzegał swoich parafian o napadzie dzwoniąc sygnaturką.

25 grudnia (Boże Narodzenie): We wsi Czernica pow. Brody banderowcy zamordowali 29 Polaków, w tym całe rodziny; Piotr Kochanowski ukrzyżowany został w stodole. We wsi Petryków pow. Tarnopol banderowcy zamordowali 12 Polaków. Wiktoria Biała, nauczycielka należąca do AK o ps. „Wika”, która ukrywała Żydów, oraz jej dwie siostry: Bronisława i Karolina Maślanka,  także nauczycielki, zostały utopione w rzece Seret. Nauczyciela Józefa Turskiego z żoną spalili żywcem we własnym domu. Byłego wójta gminy Jana Dobrzańskiego utopili w rzece Seret. „W święto Bożego Narodzenia zostali zamordowani przez UPA w Petrykowie: Biała Wiktoria, Maślanka Karolina l. 20, Bronisława l. 16, Lewicki Jan (garbaty), Dobrzański Jan i Maria l. 16, Turski Jan, Łoza Antonina (z Kurpiów)”. W nocy z 25 na 26 grudnia we wsi Łozówka pow. Trembowla banderowcy zamordowali 16 Polaków. 26 grudnia (św. Szczepana, drugi dzień świąt Bożego Narodzenia): We wsi Hińkowce pow. Zaleszczyki banderowcy zamordowali 11 Polaków. We wsi Woroniaki pow. Złoczów zmordowali Polaka Józefa Łebedyńskiego i jego żonę Ukrainkę.

W nocy z 28 na 29 grudnia we wsi Łozowa pow. Tarnopol banderowcy z sotni „Burłaki” pod dowództwem Iwana Semczyszyna "Czarnego” oraz chłopi ukraińscy z SKW z sąsiednich wsi w liczbie około 500 napastników obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali głownie za pomocą siekier, noży, bagnetów i innych narzędzi 131 Polaków, od niemowlęcia po 100-letnią staruszkę; oraz 13 Ukraińców i 1 Rosjanina; łącznie co najmniej 106 osób; głównie kobiety i dzieci, gdyż mężczyźni zostali powołani do 1 Armii. „Całą noc i następny dzień ocalała ludność Łozowej odnajdywała ciała pomordowanych. Na ciele każdej ofiary znajdowały się głębokie i rozległe rany zadawane siekierą, widłami, bagnetami lub nożami. Małe dzieci rozdzierano na pół. Kobietom wykłuwano oczy i obcinano piersi oraz ręce. /.../ Podczas napadu banderowców na Łozową, we wsi brak było zorganizowanej obrony. Większość mężczyzn służyła w tym czasie w Wojsku Polskim i walczyła na froncie z Niemcami” (Maria Markiewicz; w: Komański..., s. 843). Front w tym czasie stał nad Wisłą. „Tej krytycznej nocy liczne grupy banderowców, uzbrojonych w broń palna, siekiery, bagnety i noże – podjechały furmankami i otoczyły wieś. Grupy te składały się z mężczyzn i kobiet. /.../ W ciągu niemal godziny podpalono i ograbiono większość zabudowań i zamordowano około 130 osób, a raniono około 60. W działaniu napastników zauważono podział pracy. Jedne grupy, głównie mężczyźni wdzierali się siłą do mieszkań, wyłamywali drzwi i okna, mordowali, najczęściej przy użyciu siekier i noży. Druga grupa rabowała i ładowała na wozy zagrabiony dobytek. Trzecia podpalała budynki, a do uciekających strzelała. Napastnicy byli bezwzględni, nikomu nie darowali życia. Plon napadu był przerażający. Większość kobiet, starców i dzieci była zarąbana siekierami lub zakłuta bagnetami czy nożami. Ściany i podłogi domów, łóżka, całe zbryzgane krwią. Spotykało się dzieci z rozciętymi do połowy lub całkowicie odciętymi głowami, niemowlęta zabijano uderzając główkami o narożniki łóżek. Kilka osób walczyło ze śmiercią i skonało po kilku godzinach. /.../ Wtedy wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że sowieckie władze tolerują szalejący terror rozpętany przez ukraińskich szowinistów. Było to im zresztą na rękę, bo rozwiązywało problem etniczny tych ziem” (Paweł Stocki; w: Komański..., s. 854 – 855). Wśród atakujących rozpoznano Ukraińców z sąsiednich wiosek: Kurnik Szlachcinieckich, Stechnikowiec, Czernichowiec i Szlachciniec. W domu Pawła Kozioła upowcy zabili jego matkę oraz pobili jego żonę, z pochodzenia Ukrainkę. Koziołowa padając nakryła własnym ciałem dziecko, ratując mu życie i udawała martwą. Leżąc zauważyła towarzyszące upowcom kobiety ukraińskie, plądrujące izbę; jedną z nich była jej własna siostra. W domu Władysława Makucha zamordowano 5 osób, w tym 6-miesięczne niemowlę, chwytając je za nóżki i uderzając głową o framugę. Po kilku godzinach do Łozowej przyjechał radziecki pociąg pancerny, który oświetlił wieś rakietami i otworzył ogień do upowców; jednocześnie ze Zborowa nadciągnął oddział radzieckich żołnierzy. W tej sytuacji oddział UPA przerwał napad i wycofał się do lasu, porzucając część łupu. Zamordowanych pochowano 31 grudnia 1944 w zbiorowej mogile na przykościelnym placu. W latach 80. zbiorowy grób ofiar został przeniesiony na cmentarz w pobliskich Szlachcińcach. W 2008 roku na cmentarzu w Szlachcińcach wzniesiono nowy pomnik ofiar zbrodni w Łozowej. Karolina Łagisz, która boso i w koszuli, stała ukryta za stertą 4 – 5 godzin i słyszała jak mordują jej rodzinę: babcię, matkę i siostrę z dziećmi – stwierdza: „Ja tam na polityce się nie znam, nie sięgam daleko, do Kijowa czy Lwowa. Ja wybaczam swoim bliskim sąsiadom, tym w promieniu 10 km za doznane krzywdy, za wymordowanie moich bliskich i nienawiści do nich nie żywię. Chciałabym ich również przeprosić, ale doprawdy nie wiem za co. Zwracam się zatem do dobrych sąsiadów, tych bliższych i ze Szlachciniec i Kurnik oraz dalszych z Bajkowiec, Rusinków, Białej, Czystyłowy, Stechnikowiec, Czernichowiec, Dubrowiec: powiedzcie, ile osób u Was Łozowianie zamordowali, może kogoś obrabowano lub wyrządzono inną krzywdę, może podebrano jabłka w sadzie lub jaja w kurniku? Może to stało się za czasów zaboru austriackiego, może za Polski sanacyjnej, a może od Armii Krajowej doznaliście jakich krzywd? Na razie przepraszam za to, że żyję, że Wasz jeden syn niecelnie strzelał, a drugi nie rozpoznał mnie i wziął za swoją. Wybaczcie mi również to, że nie mogę zapomnieć tragicznego głosu mordowanej mamy oraz widoku Sabinki z córeczkami siedzącymi tak, jakby ktoś usadził je do fotografii. To przekracza moje siły” (Karolina Łagisz; w: Komański..., s. 840). Jan Kanas w książce „Podolskie korzenie”, Lublin 2002, podaje wykaz mieszkańców wsi Łozowa zamordowanych, który obejmuje 108 nazwisk. Przy wszystkich nazwiskach podany jest wiek ofiar; Pawełek Makuch miał pół roku, a Maria Gajowska lat sto. Autor ten wykaz ułożył w zestawienie podając: do lat 17 - 22 ofiary, w tym 10 mężczyzn i 12 kobiet, od lat 18 do 30 -  zabitych 15, w tym 4 mężczyzn , a kobiet 11, w przedziale wieku od 31 do 50 lat - 30 ofiar, w tym 11 mężczyzn i 19 kobiet oraz powyżej 50 lat to 41 ofiar, 17 mężczyzn i 24 kobiety. Czyli na 108 ofiar, aż 66 stanowiły kobiety.

31 grudnia we wsi Milno pow. Zborów banderowcy zamordowali 11 Polaków (z osiedli Bukowina i Kamionka):„Na Sylwestra osiem nierozważnych kobiet, które zostały we wsi na noc, poszło spać do Ukraińców. Trzy do Syrotiuka, a pięć do Jacychy. Ktoś doniósł o tym banderowcom. Od Syrotiuka wyprowadzili Annę Czaplę i Annę Bułę z wnuczką Stefanią Zaleską do domu Czappów i tam je zamordowali. Od Jacychy zabrali kobiety do Gałuszy. Anię Krąpiec  zastrzelili, Katarzynę Botiuk udusili, a Katarzynę Krąpiec i Katarzynę Zaleską, zakłuli kosami. Rano wszedł tam Ukrainiec Piotr Futryk, wyciągnął jednej z kobiet kosę z brzucha i powiedział: "Tak ludzie nie postępują". Był to uczciwy i szanowany człowiek. Jeden z nielicznych którzy nie dali się wciągnąć do rzezi. Z tej grupy uratowała się tylko Anna Mazur, która wsunęła się pod łóżko. Bandytów chyba zaślepiło - wszędzie szukali a tam nie. Według jej relacji, wszystkie się gorąco modliły, a Katarzyna Krąpiec, wychodząc na egzekucję powiedziała: "No to chodźmy na tą naszą Golgotę". Gdy rizuni wrócili, a usłużna gospodyni podała im wodę do obmycia z rąk krwi, jeden powiedział : "Ja nie muszę myć, ja swoją udusiłem". Rano Hnatów osłupieli, widząc Annę wyłażącą spod łóżka. Jacycha powiedziała tylko: "Hanko, a Wy de buły?" Przerażona i rozdygotana kobieta wyrwała się ze strasznego domu i półżywa pobiegła drogą do Załoziec. Tej nocy na Kamionce banda zamordowała cztery osoby: Annę Dec, małżeństwo Dziobów (Mikołaj, Agnieszka) i nocującego u nich Jana Majkuta. Annę zamęczyli powolnymi torturami. Miała wyrwany język, wydłubane oczy i liczne rany. Dziobów i Majkuta zamordowano w łóżkach. Był to ostatni mord w Milnie. Tych 9 bezbronnych kobiet, w tym 2 młode dziewczyny, oraz 2 mężczyzn, złożyło ostatnia ofiarę krwi i życia ojczystej ziemi” (Adolf Głowacki: Milno - Gontowa; Szczecin 2008).

We wsi Uhryńkowce pow. Zaleszczyki w noc sylwestrową  z 31 grudnia 1944 na 1 stycznia 1945 roku upowcy  oraz ukraińscy chłopi z okolicznych wsi w sile ponad 200 osób podczas napady wymordowali około 150 Polaków. Ukraińcy zatarasowali drzwi polskich domów i je podpalili, stąd większość ofiar spłonęła żywcem; uciekających zabijali siekierami, widłami, bagnetami. Ofiarami były kobiety, dzieci i starcy, gdyż mężczyźni w wieku 18 - 50 lat powołani zostali do Wojska Polskiego, które stało w tym czasie nad Wisłą. Śledztwo IPN  (sygn. akt. S 74/02/Zi) wymienia Uhryńkowce jako miejsce zbrodni ludobójstwa o szczególnym okrucieństwie.

We wsi Worochta pow. Nadwórna w noc sylwestrową z 31 grudnia 1944 na 1 stycznia 1945 roku upowcy zamordowali 72 Polaków, w tym 8-osobową rodzinę Wydrów. Oddział UPA pod dowództwem gajowego Hawryły Dederczuka otoczył wieś kordonem. Następnie upowcy rozeszli się po wsi, wstępowali do polskich domów i mordowali Polaków bez względu na płeć i wiek przy pomocy siekier, noży i bagnetów. Po dokonaniu mordu do obejść wkraczały ukraińskie kobiety i zabierały na podstawione sanie mienie zabitych. Rzeź przerwał oddział sowieckiego wojska stacjonujący w pensjonacie „Oaza”, zaalarmowany przez córkę legionisty Sołowija. Ciała zabitych zostały pochowane 2 stycznia 1945 przy pomocy żołnierzy sowieckich w zbiorowej mogile przy cerkwi greckokatolickiej w Worochcie. Ich mogiły odnalazł w 1989 roku Jan Wydra. 

Ponadto w grudniu 1944 roku:

We wsi Babińce koło Dźwinogrodu pow. Borszczów: „Na początku lata 1944 r. władze sowieckie zabrały do wojska wielu mężczyzn, w tym mojego tatę Juliana Krzyżewskiego i męża Joanny Gonczowskiej. Tydzień po Bożym Narodzeniu 1944 r., kiedy spałam z mamą na piecu, banderowcy rozbili drzwi i weszli do naszej chaty. Było ich trzech. Ściągnęli moją mamę z pieca do sieni i tam ją kolejno gwałcili. Potem pobili ją tak mocno, że była cała posiniaczona. Ja w tym czasie schowałam się pod poduszkę, a kiedy zaczęłam krzyczeć, jeden z banderowców uderzył mnie mocno pałką. Kiedy oprawcy opuścili naszą chatę mama powiedziała: „Uchodźmy z chaty, bo jak jeszcze raz przyjdą to nas zabiją”. Wzięłyśmy pierzyny na siebie i poszłyśmy na strych do stajni. Do rana tam siedziałyśmy nie mogąc zasnąć. Słyszałyśmy, jak w nocy, drogą przez naszą wieś szli i jechali saniami i końmi bandyci – banderowcy. Rano poszłyśmy do mieszkania. Przyszła wtedy do nas nasza sąsiadka, koleżanka mamy, Joanna Gonczowska. Opowiedziała nam, że u niej też byli banderowcy i też ją gwałcili przy dzieciach” (Maria Krzyżewska – Krupnik; w: Komański..., s. 537 – 538).  

We wsi Biała pow. Przemyślany zostały porwane, wywiezione do lasu i zamordowane: Bednarz Antonina, lat 70; Bednarz Anna, lat 30, żona Władysława; Bednarz Eugenia, lat 15, córka Władysława; Bednarz Zofia, lat 9, córka Władysława. (Józef Wyspiański: Barbarzyństwa OUN-UPA, Lubin 2009, s. 170). „Jak już byliśmy w Dunajowie, to dowiedziałam się o losie kobiet z rodziny Bednarzów, które - ufając zapewnieniom Ukraińców, że Polki mogą żyć spokojnie - nie opuściły Białego na wiosnę 1944 r. Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia banderowcy przyjechali wozami z obornikiem i zabrali ze sobą dwie kobiety - Antoninę Bednarz i Annę Bednarz (żonę Władysława) oraz dwie dziewczynki, Eugenię Bednarz (lat 15) i Zofię Bednarz (lat 9). Zawieźli je pod las, gdzie rzucili obornik pod cztery drzewa, a kobiety posadzili na oborniku i przydrutowali je do drzew. I tak je pozostawili. Kobiety krzyczały o pomoc, jednak nikt nie ośmielił się iść do nich, ani powiadomić milicję w mieście. Mróz i padający śnieg skrócił ich męki. Przez wiele dni zlatywały się tam wrony na żer oraz bezpańskie psy, gryząc i szarpiąc zwłoki. W Białym Ukraińcy zamordowali 270 osób.” (Genowefa Czajkowska; w: Józef Wyspiański: Barbarzyństwa OUN-UPA, Lubin 2009, s. 161).

We wsi Monasterczany pow. Nadwórna pod koniec 1944 roku banderowcy wyprowadzili na podwórze z mieszkania 84-letnią Polkę Eleonorę Szczepanik, i tam, po torturach, zamordowali ją. Jej zwłoki porąbali na kawałki, rozrzucili po podwórzu i wypuścili z chlewa świnie, które te kawałki zjadały. We wsi Presowce pow. Zborów obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 103 Polaków. We wsi Rajskie pow. Lesko: „We wsi Rajskie w grudniu 1944 roku bojówkarze SB-OUN kazali Ukraince zamordować swojego męża Polaka, grożąc w przeciwnym wypadku zabiciem jej dwójki małych dzieci. Kobieta odmówiła wykonania tego. W szoku nerwowym rzuciła się na banderowców, ci natomiast zamordowali całą rodzinę – ją, jej męża Polaka, i dwójkę małych dzieci”. We wsi Tarnowica Leśna pow. Nadwórna zamordowali 22 Polaków, w tym 5-osobową rodzinę Dziędziów spalili żywcem w budynku, 2 małżeństwa (jedna żona w ciąży), jedną kobietę uprowadzili do lasu. We wsi Teofipólka pow. Brzeżany przy stacji kolejowej zięć Ukrainiec zamordował swoją rodzinę polską: teścia, teściową oraz żonę i ich córkę, około 1,5 roczną, którą przywiązał sznurkiem do sań i ciągnąc po śniegu spowodował jej śmierć, Druga córka boso i w bieliźnie uciekła po śniegu 7 km do swojej krewnej we wsi Kozowa i ocalała. We wsi Tudorów pow. Kopyczyńce „powstańcy ukraińscy”  wymordowali w kościele 40 Polaków, mieszkańców wsi którzy tutaj się schronili, a następnie spalili ich ciała razem z kościołem. We wsi Weleśnica pow. Nadwórna „została żywcem spalona w budynku starsza kobieta o nazwisku Pawłycha. W tejże wsi drugą kobietę o nazwisku Maria Ondrejczuk banderowcy przywiązali nogami do dwóch koni i rozdarli ją na połowę, a na kobiecie o nazwisku Muszyńska, którą schwytano w pobliskim lesie dokonano tortur, wydłubując jej oczy i odcinając na żywo piersi, a potem zamordowano” (Franciszek Maziarz; w: Siekierka..., s. 359). We wsi Wicyń pow. Złoczów banderowcy zamordowali 60 Polaków. We wsi Wołkowyja pow. Lesko w grudniu  na drodze w okolicy wsi Wołkowyja UPA zatrzymała Polkę z Zatwarnicy, matkę dwójki dzieci. Została ona przywiązana do konia, uprowadzona do lasu i zaginęła bez wieści. We wsi Czarnokońce Wielkie pow. Kopyczyńce w II połowie 1944 roku po zabraniu mężczyzn do Wojska Polskiego banderowcy uprowadzili z tej wsi oraz ze wsi Czarnokoniecka Wola 40 Polek i zamordowali w pobliskim lesie. We wsi Głuszków pow. Horodenka zamordowali 115 Polaków. W okolicach wsi Huta Stara pow. Kostopol oddział „Istriebitielnego Batalionu” ze Starej Huty napotkał widok: „maleńkie dzieci były nasadzone pupciami na sztachety, dwie młode dziewczyny miały obcięte piersi, jedna ze studni była wypełniona zwłokami”. We wsi Ilibna pow. Turka banderowcy spalili ponad 100 rodzin polskich. Czesław Majewski opowiada: „To była wieś Ilibna. To było więcej niż 100 rodzin. Oni przyszli, drewniane budynki benzyną oblali. To wszystko Polacy, spalili się. Ocalał tylko Marian Becowski.” (Czesław Majewski: Wszyscy w Turce wiedzą, że jestem Polakiem;

).

W okolicy miasta Kałusz, świadek Włodzimierz Bogucki: „W jednej z akcji trafiliśmy do osiedla w okolicy Kałusza. Ksiądz ukrzyżowany na drzwiach stodoły i haki z bron zamiast gwoździ. Gospodyni księdza pocięta, organista przepiłowany na pół, w krzakach rozerwane niemowlę... /.../ Często zarzuca się, że oddziały BCh i AK podobnie się zachowywały wobec Ukraińców. Jednak jakoś nigdzie nie trafiłem na jednoznaczne dowody. Ale pamiętam, że wracając z tej miejscowości pełnej ofiar znaleźliśmy minę, którą chcieliśmy wysadzić gospodarstwo krewnych Stefana Bandery. Dowódca zakazał, chyba że ktoś będzie do nas strzelał. Powiedział, że jesteśmy wojskiem, a nie bandą.” (Dariusz Chajewski: Wasze Kresy: Nie potrafimy zapomnieć rzezi wołyńskiej; w: http://www.gazetalubuska.pl/apps/pbcs.dll/article?; 9 lipca 2013). We wsi Podhorce pow. Hrubieszów: „Teresa Pendyk przypomina o napadzie ukraińskiej bandy na rodzinę Dziubińskich. Po nim banderowcy uprowadzili ok. 13-letnią córkę Dziubińskich. Przetrzymywali ją w piwnicy w Podhorcach. Dziewczynka była bita i gwałcona. Zmarła” (http://roztocze.net/arch.php/22746_Ukrai?cy_wystawi?_rachunek_.html). We wsi Presowce pow. Zborów upowcy zamordowali 103 Polaków. W woj. stanisławowskim: „Smarzowski starał się docierać do ludzi, którzy ślady ukraińskich zbrodni albo same zbrodnie widzieli na własne oczy. Film powstawał długo, trudno było dokręcić niektóre sceny ze względu na niedofinansowanie. We Wrocławiu mieliśmy zamknięte spotkanie Polskiego Związku Kresowian z aktorami i reżyserem, jego asystentami, na którym wspólnie obejrzeliśmy film. Na przykład scena, gdzie Ukraińcy zawiązują dzieci słomą i podpalają, tak zwana scena chochoła, wzięła się z doświadczeń moich krewnych – Gołaszy. Ukraińcy związali ich liną, obsypali słomą, podlali naftą i podpalili. Do dziś żyją ludzie, którzy identyfikowali ciała. I to jest świadectwo – dwa małżeństwa zostały spalone żywcem wraz z dziećmi. To nie był wymysł reżysera. To się wydarzyło naprawdę.” („Gdy zakopywano ich żywcem, ziemia jeszcze się ruszała”. Świadectwo p. Edwarda Bienia, rodem z Otynii k. Stanisławowa, honorowego przewod. Stowarzyszenia Kresowian w Dzierżoniowie. Rozmawiał Kamil Rogólski; w: http://www.bibula.com/?p=104950 ; 2018-10-23). We wsi Stańkowa pow. Kałusz zamordowali ponad 206 Polaków: w kościele ponad 200 Polaków, uciekinierów ze wsi Strzałkowce i innych okolicznych wiosek, a ciała ich spalili razem z kościołem; oraz we wsi 6-osobową rodzinę. We wsi Ścianka pow. Drohobycz: Franciszka Guszpit: „W Delawie było pięć rodzin czysto polskich. /.../  W sąsiedniej wsi – Skinka po ukraińsku, a po polsku Ścianka, znajdował się polski folwark - zachowała w pamięci pani Franciszka. - Któregoś dnia napadli na niego nacjonaliści ukraińscy, zapędzili wszystkich mieszkańców do piwnicy, wlali tam benzynę i spalili żywcem. (Gazeta Brzeska, Nr 621; za: http://www.gazetabrzeska.eu/Archiwum/Numer/621 ). We wsi Zabiała pow. Lubaczów zamordowali 3 małe dziewczynki i nieznaną służącą: córkę szewca Janinę Witkowską lat 12, córkę zarządcy lasów Danutę Terenkowską lat 13 i córkę gajowego Kazimierę Kozicką lat 11. (IPN Opole, 21 grudnia 2018, sygn. akt S 37.2013.Zi; Postanowienie o umorzeniu śledztwa). Koło miasta Zbaraż: „W Charbowie swój zastępczy dom znalazł inny wygnaniec ze wschodnich kresów Rzeczypospolitej – Władysław Pachołek. On, a właściwie jego rodzina, również był ofiarą ukraińskiego ludobójstwa. Pan Władysław pochodził spod Zbaraża. Mordercy z UPA zmusili go, by patrzył jak w okrutny sposób mordują jego żonę oraz dzieci (nadziali je na sztachety z płotu), a kiedy poprosił, by i jego zabili, roześmiali się szyderczo i puścili go wolno, by bardziej cierpiał”. (Zbyszek Beling: Rzeź wołyńska. Zagaje – historia prawdziwa;16 grudzień 2013; w:  http://www.piastowskakorona.pl/news.php?readmore=602 ). We wsi Żabcze Murowane pow. Sokal zamordowali 32 Polaków, kilka rodzin. We wsi Żabie pow. Kosów Huculski zamordowali 43 Polaków. We wsi Żurawce pow. Rawa Ruska miejscowi Ukraińcy oraz z Rudy Różanieckiej wymordowali wszystkich mieszkających tutaj Polaków oraz 8 z Rudy Różanieckiej; łącznie około 38 Polaków, a ciała ich spalili z budynkami.

W styczniu 1945 roku odnotowano 147 napadów. Przykłady:

We wsi Eleonorówka pow. Skałat: „Nocą z 1 na 2 stycznia we wsi Eleonorówka bandyci spalili trzy polskie domy i zabili 26 Polaków, a we wsi Borki Małe spalili sześć polskich domów. (Meldunek specjalny naczelnika RO NKGB w Grzymałowie dla zastępcy naczelnika UNKGB obwodu tarnopolskiego z 2 stycznia 1945 r.; w: http://www.zbrodniawolynska.pl/__data/assets/pdf_file/0004/3946/Polska-i-Ukraina-w-latach-trzydziestychczterdziestych-XX-wieku-t4-cz1.pdf).

3 stycznia we wsi Sufczyna koło Birczy pow. Przemyśl upowcy zamordowali w makabryczny sposób 4-osobową rodzinę polską nauczycieli o nazwisku Sugier: rodziców i 2 synów: „Ciała ofiar, Jana Sugiera, jego żony Anieli i synów Zbigniewa i Mieczysława znaleźliśmy w piwnicy. Zostały tam zawleczone po torturach zadanych im w mieszkaniu, w którym podłoga i całe ściany były zbryzgane krwią. Prawdopodobnie jak zawleczono ich do piwnicy byli wszyscy w agonii. W piwnicy uformowano z nich straszliwą scenę orgii seksualnej, Zbigniewowi obcięto genitalia i włożono je w usta jego matki. Obciętą pierś matki włożono w usta Zbigniewowi, a do drugiej piersi przystawiono usta jej męża Jana” (Leopold Beńko; w: Siekierka..., s. 149). „Ciała ojca Jana oraz syna Zbigniewa były w piwnicy. Matka Aniela oraz Mieczysław leżeli nadzy w upozorowanym kazirodczym akcie w jednym z pokojów. Drugiemu synowi obcięli przyrodzenie. Zbyszek zdążył owinąć sobie koszulę wokół krocza, była cała we krwi, musiał bardzo cierpieć zanim umarł - wspomina Anna Piwowarczyk, 92-letnia mieszkanka Birczy, która w młodości sąsiadowała z rodziną Sugierów. Wszystkie wymienione ofiary zostały pochowane w Birczy.” (Grzegorz Piwowarczyk: Prawdziwa tragedia Birczy. W: https://kresy.pl/kresopedia/historia/prawdziwa-tragedia-birczy/ ; 4 listopada 2018).   

W nocy z 4 na 5 stycznia we wsi Głęboczek pow. Borszczów banderowcy zamordowali 97 Polaków a rannych i poparzonych zostało 21 osób. Ofiarami były kobiety, dzieci i starcy, gdyż 20 marca 1944 roku w wyniku powszechnej mobilizacji do wojska powołani zostali mężczyźni w wieku od 18 do 55 lat oraz dziewczęta od 18 do 23 lat. „Dopiero jak zaczęło świtać, moja Mama poszła zobaczyć, co się stało z naszymi ludźmi. W strumieniach krwi leżały trupy ludzi w różnym wieku. Niektórzy jeszcze żyli, ale stan ich był okropny. Wielu pomordowanych było wiązanych drutem kolczastym, torturowanych, a następnie wrzucanych do ognia lub do głębokich studzien gospodarskich. Ze studni na podwórzu szkolnym później wyciągnięto 14 ciał ludzkich. W innych studniach szkielety przetrwały kilka lat. 15-letni Janek Łozinski miał wyprute jelita, umierał przez kilka godzin. 15-letni Janek Zawiślak po różnych torturach został ukrzyżowany na płocie. Od kul ginęli tylko ci, którzy próbowali uciekać. Starych i niedołężnych mordowali siekierami. Nad nikim nie było litości. Zginęło 89 osób. Ci co schronili się w kościele, cudem ocaleli.  /.../„Po kilku dniach pobytu w Borszczowie sześć osób wybrało się do Głęboczka, aby wziąć pozostawione swoje rzeczy. Spośród nich powrócił tylko Antoni Tkacz, który zdołał uciec. Florian i Bronisław (ojciec i syn) Zawiślakowie zginęli bez śladu. Dwie córki Antoniego Tkacza 25-letnia Weronika Mazur i 23-letnia Helena Macyszyn oraz żona byłego wójta Antoniego Wesołego 38-letnia Ludwika Wesoła były gwałcone i torturowane. Obcięto im piersi i języki, zdzierano pasy skóry. Dodatkowo Ludwikę Wesołą związano drutem kolczastym za nogi i przywiązano do konia który galopem ciągnął ją po kamienistej drodze, aż wyzionęła ducha.” (Janina Benc z d. Twardochleb; w: https://www.kresowianie.info/artykuly,n535,glebokie_korzenie_polskosci_cz_3.html ). Działający w konspiracji Obwodowy Delegat Rządu RP w Czortkowie, Józef Opacki ps. „Mohort”, pisał o zbrodni w Głęboczku: „Niektóre dzieci przybijano do parkanów (przyczepiane były uszy, dłonie, stopy)”.

5 stycznia we wsi Gniłowody pow. Podhajce zamordowali 37 Polaków, w tym 17 dzieci do lat 14 oraz 16 kobiet  (http://bezprzesady.pl/aktualnosci/apel-pamieci-lezyca-pazdziernik-2013-roku-pamieci-kresowych-ofiar). „W pierwszych dniach stycznia, tuż przed Świętem Trzech Króli, pojawiły się złowróżbne plakaty z napisem: Świeca na stole, siekiera na czole. W rzeczy samej, 5 stycznia w nocy poprzedzającej wspomniane święto, banderowcy dokonali kolejnej rzezi. /.../ Ciała pomordowanych złożono na rozpostartych prześcieradłach we wspólnym, dziś zupełnie zaniedbanym grobie na gniłowodzkim cmentarzu. Kiedy Polacy obchodzą Święto Trzech Króli, grekokatolicy świętują Wigilię Bożego Narodzenia. Wigilia 1945 roku dla członków Ukraińskiej Powstańczej Armii musiała mieć wyjątkowy charakter. Trudno sobie wyobrazić, co banderowcy odczuwali, gdy tuż po zakończeniu serii mordów zasiedli do uroczystej kolacji i złożywszy ręce zbroczone krwią polskich dzieci, kobiet i starców zanosili modlitwy w radosnym oczekiwaniu na Narodziny Pana.” (Maria Jazownik, Leszek Jazownik: „Gniłowody mają żal”, w: http://ljazownik.cwahi.net/index.php?option=com_content&view=article&id=76:gniowody-maj-al&catid=48:pami-kresow-yca&Itemid=77 ). 

6 stycznia (Trzech Króli) we wsi Przechody (Perehody) pow. Czortów banderowcy zamordowali 3-osobową rodzinę polsko-ukraińską: Ukraińca Drażniowskiego, jego żonę Polkę oraz ich córeczkę Olę.

15 stycznia we wsi Czukiew pow. Sambor zamordowali 13 Polaków, w tym 6-osobową rodzinę Kwaśniewiczów: 50-letniego Józefa, jego 38-letnią żonę Rozalię w zaawansowanej ciąży oraz ich 4 dzieci: 3-letniego syna Jana, 10-letnią córkę Józefę, 14-letnią córkę Jadwigę oraz 17-letnią córkę Anielę. Zamordowali także 2 Ukraińców, jednego z żoną Polką w zaawansowanej ciąży, ich 8-letniego syna oraz 17-letnią służącą. „W latach panowania władzy sowieckiej od 1944 do 1990. w Czukwi, wszystkie tragicznie pomordowane ofiary zostały symbolicznie uczczone. Naprzeciw miejscowego Domu Kultury został wybudowany Pomnik Matki Ukrainy oraz postawiono trzy kamienne bryły. Na nich były wypisane nazwiska ofiar, w tym również pomordowanych Polaków. Naprzeciwko tych pomników został zainstalowany gazowy znicz, podłączony do gazociągu, który miał symbolizować wieczną pamięć o niewinnie zabitych ofiarach. Gdy powstało Niezależne Państwo Ukraina, we wsi Czukiew zerwano tablice z nazwiskami ofiar z pomników, znicz został zniszczony, a dopływ gazu zamknięty. I właśnie w taki sposób zaczęła się rodzić „nowa przyjaźń” między narodami Ukrainy i Polski” (Siekierka..., s. 900.  We wsi Kułakowce pow. Zaleszczyki banderowcy używając siekier, bagnetów, noży, wideł, kos i strzelając do uciekających zamordowali 80 Polaków oraz 30 poranili, głównie kobiety, dzieci i starców.  We wsi Latacz pow. Zaleszczyki banderowcy nocą obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 90 Polaków, głównie kobiety, dzieci i starców oraz 60 osób zostało rannych.    

W nocy z 15 na 16 stycznia we wsi Błyszczanka pow. Zaleszczyki banderowcy z miejscowymi Ukraińcami chodząc od domu do domu mordowali Polaków za pomocą siekier, noży i bagnetów, aby strzałami nie obudzić innych. Ksawerego Wojtowicza z żoną i 6 dzieci zarąbali siekierami, 45-letniemu Janowi Smolińskiemu wbili kołek w ucho. Większość ofiar to były kobiety, dzieci i starcy. W. Kubów podaje, że banda UPA zamordowała 67 Polaków. Grzegorz Hryciuk podaje 68 ofiar. (Grzegorz Hryciuk: Akcje UPA przeciwko Polakom po ponownym zajęciu Wołynia i Galicji Wschodniej przez Armię Czerwoną w 1944 roku. W: Antypolska akcja OUN-UPA 1943 – 1944. Fakty i interpretacje. Warszawa 2002).   

18 stycznia we miasteczku Dunajów pow. Przemyślany banderowcy zamordowali 15 Polaków. Michał Kauza wówczas miał 13 lat, opowiada: „To było potworne przeżycie, gdy zobaczyłem spalone ciało mojej wujenki Józefy Kochowskiej ze zwęglonymi zwłokami jej 4-letniego syna Tadeusza Kochowskiego, które trzymała na rękach. Oboje znajdowali się na progu drzwi ich spalonego domu, a przy bramce było pełno łusek karabinowych. Nacjonaliści ukraińscy strzelali do płonącej żywcem kobiety, która próbowała ratować z płomieni własne dziecko. Widziałem też na własne oczy zamordowanych moich krewnych ze strony kuzyna – Musztyfagę Katarzynę i jej 14-letnią córkę. Wolę już nawet nie wspominać, w jak bestialski sposób je zamordowano!” („Warszawska Gazeta” z 14 – 20 grudnia 2012). We wsi Tworylne pow. Lesko (Bieszczady) upowcy uprowadzili do lasu 4-osobową rodzinę Kucharzy pędząc ich boso po śniegu i tam zamordowali. Wcześniej ukrywali się oni u rodziny ukraińskiej Gałuszków. "Za ukrywanie Lachów" również Gałuszkowie (4 osoby) stracili życie. Uprowadzona 3-osobowa rodzina Maszczaków (matka z 2 dzieci) zaginęła bez wieści.  

21 stycznia we wsi Pawłokoma pow. Brzozów upowcy uprowadzili 12 Polaków (w tym kobietę) oraz 1 Ukrainkę i ślad po nich zaginął, stało się to przyczyną późniejszej akcji odwetowej Polaków.

26 stycznia we wsi Majdan pow. Kopyczyńce upowcy podczas drugiego napadu (w marcu 1944 roku zamordowali tutaj 35 Polaków), obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 118 Polaków, głownie kobiety, dzieci i starców. Ks. Wojciech Rogowski próbował ratować parafian zgromadzonych w kościele i na plebanii przekonując banderowców, że szykują się do wyjazdu do Polski, ale bezskutecznie - bandyci wrzucili do kościoła granaty, strzelali a następnie rąbali siekierami, ranny kapłan umierał przez parę godzin. „Wewnątrz kościoła zginęli: Paweł Ciemny z żoną Jadwigą, którą zarąbała siekierą Ukrainka Katarzyna Tytor. Ona też zarąbała siekierą Stanisławę Żywinę, żonę Mikołaja oraz Michalinę Żywinę, żonę Jana i jego synka z pierwszego małżeństwa. W kościele zostali także zamordowani: Michał Towarnicki z żoną Anną i córeczką, Anna Nowacka z córką, Franciszek Dżumyk i Leon Żywina. Obok kościoła ukraińscy rezuni zatrzymali ojca Grzegorza Ciemnego, ściągnęli z niego odzież, buty i zarąbali siekierą. Obok mego ojca leżał Jan Czarnecki, który zginął w podobny sposób. Na plebani banderowcy zastrzelili moich stryjów: Mikołaja Ciemnego, Filipa Ciemnego i Jana Ciemnego, razem z żoną i córką” (Józef Ciemny; w: Komański..., s. 745 – 747). „Z relacji świadków wynika, że w mordowaniu brała udział grupa ukraińskich dziewcząt i kobiet przebrana w męskie stroje. Z szacunkowych danych wynika, że w kościele i w jego rejonie zginęło 118 osób, i 58 zostało zamordowanych wewnątrz wsi, w spalonych budynkach i zastrzelonych na polach podczas ucieczki. Ogółem zginęło 178 osób.” (Byłem świadkiem – Dionizy Polański. („Na Rubieży” nr 21/1997). „Bandyci byli dobrze zorganizowani. Przebrani w białe maskujące pałatki otoczyli wieś ze wszystkich stron. Większość z nich pochodziła z pobliskiego Tudorowa, Oryszkowców i Skorodyńców. /.../ Po kilku dniach ci, którym udało się przeżyć wykopali obok kościoła dół, w którym pochowano zwłoki kilkudziesięciu osób, natomiast ciała pozostałych zamordowanych Polaków leżały w różnych miejscach wsi. W dwóch bestialskich atakach OUN-UPA zginęło prawie 180 osób. Jedną z nielicznych osób, które ocalały była moja siostra Marysia, która schowała się pod ołtarzem w kościele”.  (Eugeniusz Szewczuk; w:  http://kresy.info.pl/index.php/8-wojewodztwa/tarnopolskie/1285-w-dwoch-bestialskich-atakach-oun-upa-zginelo-prawie-180-osob ; 08 lipiec 2017). 

31 stycznia we wsi Zabojki pow. Tarnopol banderowcy uprowadzili ks. proboszcza Michała Karczewicza, który zaginął bez wieści.

Na początku stycznia 1945 roku we wsi Torskie pow. Zaleszczyki:upowcy zamordowali 27 Polaków i 3 Ukraińców. „Babcia znajdowała się w pozycji kucznej, miała wiele ran na ciele, pięć innych ciał leżało w różnych pozycjach, z wieloma ranami kłutymi na ciele, natomiast nasza mama była zupełnie naga, z odciętą piersią, bez uszu, z bagnetem w kroczu i wieloma ranami kłutymi i postrzałowymi na ciele” (Czesław Bednarski; w: Komański..., s. 889).

Ponadto w styczniu 1945 roku:

We wsi Bielowce pow. Borszczów Ukraińcy zamordowali jedyną mieszkającą tutaj rodzinę polską: rodziców z ich trójką dzieci. W mieście Borszczów woj. tarnopolskie zamordowali 28 Polaków. We wsi Horody pow. Tarnopol upowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 32 Polaków. We wsi Mołodyłów pow. Tłumacz upowcy zamordowali 30 Polaków, którzy nie opuścili swoich gospodarstw. We wsi Monasterzyska pow. Buczacz UPA wymordowała około 100 Polaków, uciekinierów z sąsiednich wsi. We wsi Myszków pow. Zaleszczyki upowcy zamordowali 12 Polaków i 1 Ukraińca; 30-letnią Apolonię Błaszczuk po torturach powiesili na kracie w oknie polskiej świetlicy, małżeństwo Czapowskich liczące po około 60 lat utopili w studni, 50-letniemu Piotrowi Kaszczyszynowi odcięli głowę i powiesili na kracie w oknie świetlicy. 

We wsi Neterplińce pow. Zborów: "Kolejna, której nie zapomnę do końca życia, miała miejsce w mojej rodzinnej wsi Neterpińce. W styczniu 1945 r. pięć osób wybrało się z Załoziec do Neterpiniec po pozostawiony tam swój dobytek. Kiedy nie wrócili na noc, przypuszczano najgorsze. Nazajutrz wczesnym rankiem cały oddział udał się na poszukiwania. Jako byłego mieszkańca tej wsi, wytypowano mnie do czteroosobowej grupy zwiadowczej. Znałem tam każdy zakątek. Wieś była opustoszała, widocznie spodziewano się naszego przybycia. Rakietnicą dałem znak oddziałowi do wkroczenia. Przeszukaliśmy całą wieś, ale zaginionych nie odnaleźliśmy. Chcieliśmy już akcję zakończyć, bo dzień miał się ku końcowi ale zarządzono ponowne przeszukiwanie. W stodole pana Baksika znalazłem pod słomą pięć zamordowanych bestialsko, zupełnie nagich ciał. Widok był przerażający. Między zwłokami ofiar zobaczyłem moją najlepszą koleżankę, harcerkę Stanisławę Gaździcką, lat 14. Przeżyłem to bardzo mocno. Jeszcze teraz po latach, na samo wspomnienie nie mogę powstrzymać łez. Ciała ofiar zabrane zostały do Załoziec i uroczyście pogrzebane." (Szczepan Sołtys "Wspomnienia z okresu walk w Szarych Szeregach i Plutonie Operacyjnym Samoobrony w latach 1943 - 1945 oraz o ucieczce z Załoziec w 1945 roku". "Głosy Podolan" nr 52 z 2002 r.).

W miasteczku Niżniów pow. Tłumacz zamordowali ponad 30 Polaków, całe rodziny. We wsi Obarzańce pow. Tarnopol obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 24 Polaków. „W styczniu 45 roku został zamordowany mój dziadek Michał Jasiński, którego zastrzelono na podwórku jego gospodarstwa. Dziadek wrócił do domu w celu zabrania rodziny (był żołnierzem WP) – żony Katarzyny z domu Żurak oraz dzieci: Jana ur.1935 i Antoniego ur.1938 (mojego ojca). Miał już dokumenty przesiedleńcze, ale nie zdążył zabrać ich osobiście. Babcia - żona dziadka, po tej tragedii zabrała Jana i Antoniego i na podstawie dokumentów przesiedleńczych wyjechała z Obarzaniec, razem ze swoimi braćmi Antonim Żurak i Józefem Żurak”. (Krzysztof Jasiński, 12.07.2012; w:  http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/czytelnicy_2.html ). We wsi Zazdrość pow. Trembowla „partyzanci” z UPA uprowadzili z domów 3 Polki: Rozalię Podhajecką, Emilię Słowińską oraz Eugenię Wilk. Kobiety trzymali w piwnicy i gwałcili przez kilka dni, a następnie zamordowali. We wsi Żulin pow. Stryj banderowcy w bestialski sposób zamordowali 80-letnią Polkę o nazwisku Sopowicz, która jako jedyna z Polaków pozostała we wsi w swoim domu.   

W lutym 1945 roku odnotowano 155 napadów. Przykłady: 

1 lutego 1945 roku we wsi Żeżawa pow. Zaleszczyki  UPA zamordowała 25 Polaków.  

2 lutego we wsi Uście Zielone pow. Buczacz  podczas nocnego napadu UPA i okolicznych chłopów ukraińskich zginęło 133 Polaków; byli oni paleni żywcem, wiązani drutem kolczastym całymi rodzinami i topieni w rzece Dniestr, rąbani siekierami. Kilkunastu schwytanych chłopców z  „Istriebitielnego Batalionu” wyprowadzili do rzeki Dniestr, rozebrali do naga i kazali tańczyć po lodzie strzelając im w nogi, kto upadł, żywy czy martwy, był spychany do przerębli pod lód. Ukrainiec Sławko Hołub za odmowę mordowania Polaków powieszony został za ręce na drzewie i skłuty bagnetami, na piersiach powieszono mu kartkę: „Chto ne znamy, toj proty nas.”  

W nocy z 2 na 3 lutego w miasteczku Czerwonogród pow. Zaleszczyki  ataku dokonały sotnie UPA „Siri Wowky” i „Czernomorci” pod dowództwem kurinnego Petra Chamczuka „Bystrego”. Upowcy w białych, maskujących ubraniach wdzierali się do domów i zabijali napotkane osoby bez względu na płeć i wiek. Polska ludność ewakuowała się do ustalonych miejsc schronienia (młyn, zamek, kościół i Dom Ludowy), gdzie była broniona przez żołnierzy IB. Czota „Burłaki” z sotni „Siri Wowky” zdołała zdobyć zamek, jednak zgromadzona tam ludność została ewakuowana do kościoła. UPA zajęła także klasztor szarytek w Nyrkowie. Zamordowane tam zostały siostry Henryka Bronikowska i Klara Linowska. W schowku pod ołtarzem uratowała się s. Władysława z dwoma kobietami i dwojgiem dzieci. W wyniku ataku serca zmarł proboszcz miejscowej parafii, ks. kanonik Szczepan Jurasz, ukrywający się w skalnej grocie. (Biuletyn IPN Nr 1–2 ( 96–97) STYCZEŃ–LUTY 2009). Zginęło, bądź zostało zamordowanych 65 Polaków, 20 zostało rannych, z których część potem zmarła. „Zebrałam wszystkie dzieci, wraz z siostrą przełożoną udałyśmy się do kaplicy, aby przygotować się do ostatniej chwili swego życia. Wejściowe drzwi były na noc zabarykadowane. Zaczęto walić w drzwi i rąbać siekierami, wołając ≫Lachy, otwórzcie≪. […] Siostra przełożona szybko odsunęła mensę i natychmiast dzieci tam weszły, ale mi też nakazała, abym była tam z dziećmi. Szybko zasunęła wejście ołtarza i obok weszła do zakrystii, za Nią przyszła jeszcze S[iostra] Bronikowska […]. Ołtarz niewielki, więc było ciasno. Dzieci nie były znów takie małe. […] W tym momencie, wierzę do dziś, że gdy ołtarz był tak wypełniony, zostałam natchniona myślą zesłaną od Boga i powiedziałam [do] dzieci: ≫Odsuńcie się od desek, aby była głucha przestrzeń≪. […] Gdy wpadli do kaplicy, zapalili świece i zaczęło się poszukiwanie za nami […]. Jedna z dziewczynek poznała przez głos i małą szparę, że to był syn diaka ze wsi Nyrków. Nagle próbuje ruszyć ołtarz, ale ołtarz był przymocowany do ciężkiego stopnia. Puka więc w ścianę ołtarza tuż przy mnie. Po kilku razach uderzeń z trzech stron, ogłosił: ≫Pusto, głucho≪. […] Po chwili poszukiwania przystąpili do rąbania drzwi do zakrystii. Tam była siostra przełożona i druga siostra. Gdy weszli, zaczęli się odgrażać, że jako Lachy będą zaraz spalone. […] Słyszałam, jak zmuszano s[iostrę] przełożoną, by powiedziała, gdzie ja jestem i dzieci. Gdy odpowiedziała, że nie wie, bito Ją. […] Wyszli znów na poszukiwania na strychu, gdzie zaczęto strzelać wokoło z automatu, myśląc zapewne, że tam jesteśmy. Gdy panowała cisza, zeszli z powrotem. I nanoszono słomy do kaplicy i podpalono, ale na szczęście słoma była wilgotna i tylko się tliła […]. Po tej czynności wyprowadzono s. przełożoną Klarę Linowską i s. Bronisławę Bronikowską na parter. Będąc schowana w ołtarzu, słyszałam cztery strzały, które zmasakrowały głowę i twarz s. Klary Linowskiej, a s. B. Bronikowskiej wbito w plecy nóż, zadając jej cios śmiertelny. Po tych czynach zbrodniczych zabrano się do grabieży naszych rzeczy”. (S. Agnieszka Michna: Siostry zakonne – ofiary zbrodni nacjonalistów ukraińskich; IPN, Warszawa 2010, s.68 – 70). „Relacjonuje Czesław Świderski: Po pierwszych wystrzałach zacząłem ubierać się. Matka obudziła siostrę, która nieprzytomnie wstała na łóżku i zwaliła się z jękiem wołając: jestem raniona w samo serce. Zobaczyłem jak z jej piersi tryskała fontanna krwi. Oddał do niej strzał bandyta stojący już pod naszym oknem. Za chwilę banderowcy wpadli do mieszkania, gdzie na podłodze leżała w kałuży krwi moja siostra Janina. Wyciągnęli z siennika słomę i wokół niej rozpalili ognisko. Matka w tym czasie skryła się w komórce pod sieczkarnią. Ja z bratem ukryłem się w drugim mieszkaniu pod piecem gdzie zostaliśmy zasłonięci przez bandytę szukającego pozostałych mieszkańców domu. Byli to ludzie znajomi, bo od razu rozpoznali moją siostrę, o czym następnego dnia donieśli mojej babce mieszkającej jeszcze w Nyrkowie. Po wyjściu bandytów ugasiliśmy płonąca słomę. Za chwilę wpadli drugi raz i wyciągnęli z drugiego łóżka słomę rozniecając na nowo. Ponownie ugasiliśmy ogień kładąc siostrę na łóżku. Wtedy bandyci zorientowali się że, jest ktoś w domu, kto ranną dziewczynę zabrał. Oblali, więc dom benzyną, podpalili i odeszli. Usłyszeliśmy silne chrapanie siostry i ciszę. Wyskoczyliśmy z płonącego domu obaj z bratem, kryjąc się pomiędzy snopami kukurydzianki opartej o parkan, gdzie przesiedzieliśmy do rana.” „Nie ma sił, brak łez by opłakiwać pomordowanych i zgliszcza - cały dorobek życia, ludzie rozglądają się, nawołują swoich bliskich. W oficynach zamku znajdują bestialsko zamordowaną rodzinę Romachów - rozebrano ich, wycięto im krzyże na brzuchach i wycięto napisy „koniec lachom", skórę na szyi podcięto i ściągnięto na oczy, nogi i ręce połamane. Miejsca skrwawione, widać, że umierali w męczarniach. Opowiada Władysława z Romachów, Kucy z Czerwonogrodu: „Ciocia chciała żebym się z nimi pożegnała i na drugi dzień zaprowadziła mnie pod kościół, tam wokół kościoła leżeli rzędem wszyscy pomordowani. Ciała złożono do dołu po wapnie” Za grób dla 47 ofiar posłużył dół po wapnie usytuowany na placu kościelnym. Nie było trumien. Jedną tylko zbito dla księdza Jurasza i wszystkich pochowano we wspólnej mogile. Połączono wszystkich męczenników tej tragicznej nocy razem. Nie było kapłana, który odprawiłby katolickie egzekwie... Tak oto nastąpiła zagłada Czerwonogrodu, miejscowości historycznej, pamiętającej i książąt ruskich i najazdy Tatarów, Turków czy innych, króla polskiego Kazimierza Wielkiego i Kazimierza Jagiellończyka, a także innych możnych tego świata, miejscowości, której niektórzy historycy przypisują przewodnią rolę Grodów Czerwieńskich. Na 17 saniach wywieziono rannych do szpitala w Horodence. Pozostali schronili się w Tłustem lub w Zaleszczykach, by za kilka miesięcy wyjechać w nieznane, jako tzw. „repatrianci"! Z Czerwonogrodu nie pozostało nic! Nie ostał się ani jeden dom, a władze sowieckie przemianowały ten bajeczny zakątek na „Uroczysko Czerwone"! (Jerzy Stecki: Zagłada Czerwonogrodu; w: http://jaroslawskaksiegakresowian.pl/wspomnienia/46-jerzy-stecki-opracowanie-dot-zaglady-czerwonogrodu-cz-2 ).  „Po zagładzie Czerwonogrodu rodziny ukraińskie wniosły fałszywe oskarżenie na 12 Polaków, którzy 2 lutego 1945 roku się bronili. Oskarżono ich o napad i rabunek w Nyrkowie. Aresztowano ich i osadzono w więzieniu w Tłustym. /.../ Dopisano mi dodatkowe dwa lata i sadzono jak dorosłego. Podobnie postąpiono z innymi, którzy nie byli pełnoletni. Podczas pobytu w więzieniu w Tłustym, gdzie siedziało nas dwunastu, miało miejsce dziwne zdarzenie. Do naszej celi NKWD dołączyło Ukraińca, znanego nam banderowca, Danyłę Pastuszuka. Ten oświadczył nam, że został aresztowany przez NKWD i nam wszystkim grozi śmierć. Jedynym ratunkiem jest ucieczka z więzienia. Jemu udało się przemycić młotek i stalowy wybijak, przy pomocy którego będzie można zrobić dziurę w murze i zbiec. Po dwóch godzinach otwór był gotowy. Zachęcał nas, abyśmy razem uciekli. Bronisław Dmytruszyński i Paweł Krzywy podejrzewali, że jest to prowokacja zmontowana wspólnie przez UPA i enkawudzistów. Zabronili nam zbliżać się do tego otworu. Faktycznie okazało się, że czekali tam już banderowcy z zamiarem zamordowania nas. Nie daliśmy się Danyle Pastuszukowi sprowokować. /.../ Tego, co przeszliśmy nie da się opisać. Życie w gułagach było straszne. Ci, co wrócili, stracili zdrowie. Niektórzy przedwcześnie zmarli”. (Kasper Kazimierz Krasowski; w: Komański..., s. 900 – 901).

4 lutego we wsi Barysz pow. Buczacz banderowcy używając głównie siekier, noży i bagnetów wymordowali co najmniej 135 Polaków i 30 poranili. Zginęło także 10 obrońców z „IB”, którzy nie zdążyli wyjechać do Buczacza, co nakazał im dowódca, Ukrainiec współpracujący z UPA. Ukraińcy ograbili i spalili 400 gospodarstw polskich. „Kilkunastoletni Stanisław Baraniecki zapamiętał:„W Baryszu byliśmy 3 dni po spaleniu i wymordowaniu jej mieszkańców z dzielnicy Mazury. (…) Z popiołów i resztek ścian sterczały kominy. Przed niektórymi zgliszczami domów leżały pokaleczone, jedynie w bieliźnie, ludzkie ciała, dzieci i dorosłych. Wzdłuż drogi, po jej prawej stronie, płynęła rzeczka lub kanał. (…) Gdzieś w połowie drogi na kanale była śluza pozwalająca spiętrzać wodę. Na wystającym ostrzu śluzy wbite było brzuszkiem nagie ciało niemowlęcia. (…) Wiele wydarzeń tamtych lat czas wymazał z pamięci, ale obrazu tego niemowlęcia na śluzie do końca moich dni nie zapomnę”. (Maciej Dancewicz: Zagłada Puźnik; w: http://archiwum.rp.pl/artykul/792151-Zaglada-Puznik.html; 10-07-2008 ).

5 lutego we wsi Połowce pow. Czortków: „05.02.1945 r. zamordowano w czasie napadu 22 Polaków NN, oraz pięciu Ukraińców NN spokrewnionych z Polakami. Mordami kierował osobiście tamtejszy proboszcz (greckokatolicki), który mówił, że trzeba ostatecznie wyczyścić wieś ze wszystkiego śmiecia”. (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie...,jw., tom 7). 

6 lutego we wsi Młyniska pow. Trembowla zamordowali lub spalili żywcem 20 Polaków.

7 lutego we wsi Kociubińce pow. Kopyczyńce zamordowali 8 Polaków i 2 Ukraińców. Ksiądz Jan Walniczek był torturowany przez pięć godzin: zdzierali mu skórę, rany zalewali atramentem, oblewali wrzącą wodą, wreszcie przywiązali go do ściany i rzucali w niego nożami. Małżeństwo Waleria i Władysław Monasterscy, oboje po 20 lat, było torturowane: wydłubali im oczy, ucięli języki i tak okaleczonych przywiązali do płotu, gdzie w męczarniach konali. We wsi Zalesie Koropieckie pow. Buczacz  upowcy wracając z pogromu Polaków w Baryczu  do swojej bazy w rejonie wsi Zubrzec przez cały dzień wyłapywali Polaków i gromadzili w dużej, pustej suszarni tytoniu, spędzili tak około 60 – 70 Polaków, powiązali im sznurkami i drutami ręce, suszarnię zamknęli, oblali benzyną lub naftą i podpalili. Wszyscy spłonęli żywcem, w większości były to kobiety i dzieci. Grupę polskich kobiet z dziećmi zamknięto w jednym z domów i poddano przesłuchaniu połączonemu z biciem, w celu wydobycia informacji o samoobronie w sąsiedniej wsi Puźniki. Po przesłuchaniu uwięzionych zastrzelono bądź zarąbano siekierami. Władysławie Jasińskiej założono na szyję pętlę i ciągnięto po podłodze aż skonała. Wieczorem sprawcy znieśli ciała zabitych w jedno miejsce, oblali naftą i spalili. Spalono także 11 domów, a do ognia wrzucano żywych ludzi. Jeden z wydanych tutaj „wyroków” ukraińskiego „Trybunału”, czyli sadu OUN brzmiał: „Józef Tyc, lat 40, żonaty, troje dzieci. Za chodzenie po ukraińskiej ziemi, jedna godzina chłosty przez dwóch „striłców”, po chłoście spalenie żywcem” (Franciszek Markowski; w: Komański..., s. 671).   

8 lutego we wsi Hleszczawa pow. Trembowla upowcy uprowadzili i zamordowali 36 – 37 Polaków.

12 lutego we wsi Dorofijówka pow. Skałat upowcy zamordowali 47 Polaków.  We wsi Eleonorówka pow. Skałat  zamordowali 80 Polaków, w większości kobiet i dzieci (mężczyźni byli w WP). „Małe dzieci oprawcy przybijali gwoździami do drzwi domów i stodół, stodół następnie podpalali budynki. Niektóre ofiary powieszono na przydrożnych słupach telefonicznych” . (Komański..., s. 333) 

W nocy z 12 na 13 lutego we wsi Puźniki pow. Buczacz zamordowanych zostało przez banderowców 96 Polaków. 11 lutego 1945 roku do Puźnik przyjechali sowieccy urzędnicy z Koropca, którzy dokonali spisu ludności i nakazali zdać posiadaną broń, twierdząc, że Polakom nic nie grozi, ponieważ „władze zapewniają bezpieczeństwo”. W nocy w momencie zmiany wart Puźniki zostały otoczone i zaatakowane z kilku stron przez kureń UPA Petra Chamczuka „Bystrego”. Napastnicy przystąpili do zabijania napotkanych Polaków przy pomocy broni palnej, siekier, bagnetów i noży oraz palenia zabudowań. Uzbrojeni członkowie samoobrony, zaskoczonej skalą ataku, oraz obecni we wsi żołnierze IB podjęli chaotyczną obronę. Zaalarmowana przez nich ludność cywilna chroniła się w bronionych budynkach, gdzie były przygotowane schrony. Najwięcej ofiar zginęło w „rowie Borkowskiego” biegnącym przez wieś, w którym znajdowały się jamy mogące służyć za kryjówki. Upowcy zmasakrowali tam kilkadziesiąt kobiet i dzieci, przeważnie przy pomocy siekier i bagnetów; strzelano tylko do próbujących uciekać. Nad ranem siły UPA wycofały się z Puźnik. Według dokumentów UPA były to sotnie „Siri Wowki” i „Czernomorci”. Ks. Józef Anczarski podaje, że zginęło 120 osób.  Według danych sowieckich spalono 172 - 200 domów, w zagrodach spaliły się 63 sztuki bydła. Oddział IB z Koropca przybył do Puźnik dopiero 13 lutego około południa. Zdaniem polskich żołnierzy batalionu i Puźniczan sowieccy dowódcy zwlekali z wyruszeniem wsi na odsiecz, a potem skierowali pościg w niewłaściwą stronę. Ofiary zbrodni, w większości kobiety, dzieci i starcy, zostały pochowane na cmentarzu w dwóch zbiorowych grobach. Ksiądz J. Anczarski podaje, że w Późnikach zginąć miało 120 osób. (J. Anczarski, Kronikarskie zapisy z lat cierpień i grozy w Małopolsce Wschodniej 1939–1946, Kraków 1996, s. 474, 478, 479). „ Nasz dom i gospodarstwo znajdowało się w centrum wsi tuż nad głęboki rowem ściekowym szerokości około 4 metrów i głębokości od 2-3 metrów, nazywam później „rowem śmierci”, ponieważ tu zginęło najwięcej ludzi. Wszyscy wybiegliśmy z domu i ukryliśmy się w tym rowie. W jego brzegach były wykopane liczne wnęki. Do jednej z nich schowaliśmy się razem z mama Eleonorą. Mama zasłoniła nas biała płachtą. Z pod zasłony widziałam jak nadeszli banderowcy. Jeden z nich krzyknął „strelaj” drugi odpowiedział po ukraińsku „koły ne maju pul”. Ten pierwszy wrzasnął to „rubaj sekerą”. I zaczęło się. Widziałam jak postacie ubrane w białe okrycia, zeszły do rowu. Nastąpił straszliwy krzyk, prośby o darowanie życia. Napastnicy nie znali litości, rąbali siekierami i kłuli bagnetami. Jeden z nich stał na brzegu rowu i gdy ktoś próbował uciekać to strzelał do niego. Wokół paliły się budynki, jedynie dom Józefa Borkowskiego stał nie naruszony, był murowany i kryty dachówką. Po pewnym czasie trudnym mi do określenia w godzinach, strzelanina ucichła, słyszałam tylko różne gwizdy i hasła „Kałyna wertoj”. Po czym nastąpiła cisza, słychać było tylko trzask palących się budynków, jęki rannych i umierających ludzi. Banderowcy odstąpili. Po nich zostały dopalające się budynki, ludzkie trupy i ranni. Nasz ojciec został zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną głowę, siostrze Władysławie odrąbano jedną nogę, przebito nożem obie ręce i klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła wody, nad ranem zmarła z upływu krwi. Pod jej plecami leżał cioci syn Dominik, ocalał i żyje do dziś. Ciocia Anna Jasińska z córeczką Marią, lat 5 i synkiem Bronisławem lat 3 zostali zakłuci bagnetami. Z dziewięciu osób z naszego domu pozostało nas tylko troje, sześć zostało zamordowanych. Pamiętam ten straszliwy widok, palące się budynki, swąd i ryk palącego się bydła, krzyki, płacz, szukanie swoich rodzin i strach przed nowym napadem. Rano widziałem Magdalenę Koliszczak, była ciężko ranna w głowę, konała, ale pytała z nadzieją czy moje dziecko żyje? Niestety! Jej syn Jaś już nie żył”. (Józefa Pacholik; „Na Rubieży” – nr 21/1997). „Na każdym kroku spotykamy ludzi z krwawiącymi ranami głowy zadanymi siekierami. Prosi nas o pomoc kilkuletni chłopiec Rudolf Łucki z wgniecioną czaszką. Wyrwę w głowie ma zaklejoną chlebem. Jego matka i dwie siostry zostały zabite. Idąc dalej, natykamy się na zwłoki mężczyzny. Miejscowi ludzie rozpoznają w nim Józefa Jasińskiego. Zadano mu ciosy sztyletami – jeden przy drugim. Trafiamy na zwłoki małego dziecka. Ludzie twierdzą, że to półtoraroczny Stasio Wiśniewski. Na widok noża wepchniętego w jego usta robi mi się słabo”. Sowiecki komendant mimo wskazań puźniczan skierował pościg w zupełnie innym kierunku. Coraz bardziej stawało się jasne, że wcześniejsza wizyta sowieckich urzędników była jedynie kamuflażem, próbą uśpienia czujności Polaków i zorientowania się w polskich siłach. Żołnierze z Istriebitielnego Batalionu wspominali, jak ich dowódcy cynicznie czekali z wyruszeniem z odsieczą zaatakowanym polskim osiedlom.” (Maciej Dancewicz: Zagłada Puźnik; w: http://archiwum.rp.pl/artykul/792151-Zaglada-Puznik.html; 10-07-2008 ). Jednym ze świadków była pani Stefania Pasieka z domu Haniszewskich (ur. 30.09.1930). W rzezi wołyńskiej zamordowano jej brata oraz matkę, a trzy dni po utracie najbliższych na zawał zmarł jej ukochany ojciec. W jednym momencie, będąc w żałobie, a przed oczami mając rozszarpane ludzkie ciała, spalone zwłoki i zrujnowaną wioskę, mając niecałe 15 lat przejęła obowiązki matki i pani domu. „Jankowi (16-letniemu bratu) powybijali zęby, połamali ręce i żywcem wrzucili w ogień. Mamę z ciocią zamordowano w rowie Borkowskiego. A mój brat Julek, który miał wtedy rok i trzy miesiące był razem z nimi. Zamordowane mama z ciocią upadły na niego. Julek przeżył, leżał pod ciałami, ssał mleko z piersi mamy razem z krwią. Gdy mnie zobaczył przytulił się do mnie i powiedział „mama”. Od tego dnia, będąc nastolatką, stałam się matką dla swojego brata - w rozmowie ze mną wspomina pani Stefania i ze łzami opowiada jak przez całe życie, zwłaszcza w Święta Bożego Narodzenia tęskniła za najbliższymi, oraz jak za komuny wytykano ją palcami, insynuując, że w bardzo młodym wieku została mamą. Jeszcze niedawno żyliśmy ze sobą po sąsiedzku, w przyjaźni. Wspólnie śpiewaliśmy, modliliśmy… I nagle jakby Diabeł w nich wstąpił! - opowiada pani Stefania. Podpalili wkoło całą wioskę. Dziś w jej miejscu rośnie las. - Nie wierzę w to - może jestem na mylnej drodze - ale nie wierzę w to, że oni są przyjaźnie nastawieni do Polaków. Tylko, że potrzebują teraz pomocy, pracy i świecą dobrymi oczami. Nigdy w życiu nie przyznają się do winy i nie uderzą się w pierś, bo to jest naród - jak kiedyś mówili czerwonoarmijcy - który nie przyzna się do winy i nie wystawi do nas ręki. Nie wierzę im, że oni kiedykolwiek będą przyjaźni do Polski i polskich ludzi -  mówi świadek ludobójstwa na Wołyniu i apelu, by państwo polskie opamiętało się w kwestii sprowadzania do kraju Ukraińców, bo w pewnym momencie będzie już za późno. - Dlaczego to robili, co Polacy byli winni, co moi krewni byli winni? - retorycznie pyta pani Pasieka i podkreśla: Ja nie mam nienawiści, ponieważ jestem głęboko wierząca i wierzę, że każdy człowiek będzie odpokutowywał sam za siebie. (https://wprawo.pl/wideo-moj-braciszek-ssal-piers-zamordowanej-mamy-wzruszajace-wspomnienia-i-apel-swiadka-rzezi-wolynskiej-stefania-pasieka/ )

14 lutego we wsi Byczkowce pow. Czortków około 600 osobowa grupa banderowców wymordowała ponad  100 Polaków i spaliła większość ich zabudowań. Według sprawozdania Komitetu Ziem Wschodnich w napadzie brały udział ukraińskie dziewczęta, "które sierpami męczyły mordowanych, wybierając im oczy, obcinając uszy i nosy". We wsi Ostapie pow. Skałat banderowcy przebrani w mundury NKWD zatrzymali 26 Polaków, mężczyzn, wszystkich powiązali a następnie żywcem wrzucili do głębokiej studni, nikt nie ocalał. 

16 lutego we wsi Weleśniów pow. Buczacz  upowcy przebrani w mundury NKWD, pod pretekstem rejestracji do wojska zebrali 46 Polaków, zamknęli w drewnianej szopie, oblali naftą i podpalili, wszyscy spłonęli żywcem a zebrana obok kilkudziesięcioosobowa grupa młodzieży ukraińskiej tańczyła z radości, gdy z szopy docierał rozpaczliwy krzyk i jęk, wołali po ukraińsku: „Módlcie się gorąco do swego Boga, to może stanie się cud i będziecie żywi”.

W nocy z 19 na 20 lutego we wsi Werbka pow. Buczacz upowcy zaprowadzili ujętych Polaków do stodoły, powiązali ich i  stodołę podpalili; żywcem spłonęło 20 Polaków.

22 lutego we wsi Lipnik koło Ottyni  pow. Tłumacz: upowcy zamordowali 16 Polaków „Na Rubieży” Nr 98 podaje jeszcze 3 osoby, które zginęły w czasie tego pogromu: Sip Mieczysław ; Borowiec Michał; Borowiec Jan. (Ci dwaj ostatni wkrótce przedtem wrócili potajemnie pieszo z Sybiru!). „W jednym z domów banderowcy urządzili zabawę, strzelając do dziecka w kołysce, w innym zabito matkę dwójki ocalałych dzieci leżącą w łóżku”. (Otynia małe, sentymentalne kresowe miasteczko .. ; w: http://www.namyslow-kresy.pl/dokumenty/broszura23.pdf ).  

23 lutego we wsi Cygany pow. Borszczów nocą duży oddział upowców zamordował 28 Polaków, chociaż wcześniej dowództwo UPA dało Polakom termin do końca lutego na opuszczenie wsi. Tylko 3 osoby zastrzelone zostały podczas ucieczki, reszta zginęła od siekier, noży, bagnetów lub została spalona żywcem w budynkach; w większości były to kobiety i dzieci; 16-miesięcznej Helenie Żołyńskiej roztrzaskali główkę o framugę drzwi. Ponadto w maju znaleziono mogiłę 16 Polaków w piasku pod lasem - byli to ci, którym udało się uciec tej nocy, zostali wyłapani później i zamordowani. „Nocą z 26 II 45 na 27 II 45 r. banda powróciła z lasu do wsi Cygany i bestialsko rozprawiła się z ludnością polską, mieszkającą w tejże w[si]. Rozstrzelano i wyrżnięto 8 polskich rodzin..” (Meldunek specjalny naczelnika RO NKGB w Skale dla naczelnika UNKGB obwodu tarnopolskiego z 28 lutego 1945 r. W: PA SBU, F. 73, op. 1, spr. 82, k. 57–57 a.).

25 lutego we wsi Zaleszczyki Małe pow. Buczacz upowcy zamordowali 39 Polaków, w tym rodziców z 7 dzieci w wieku od 8 miesięcy do 17 lat; morderstw dokonywali przy użyciu siekier, noży i bagnetów, tylko jedną 80-letnią kobietę zastrzelili. Relacjonuje Apolinary Kuliczkowski z Jazłowca: Nad ranem goniec na koniu przyniósł hiobową wieść. Wszyscy Polacy w Małych Zaleszczykach pomordowani. Około południa przywieźli zmasakrowane zwłoki, leżące rzędem na kilku furmankach. Widok był przerażający. To nie były trupy. To były szczątki rozszarpanych, niewiadomo jakich istnień ludzkich. Odbył się uroczysty, ale w grobowym nastroju pogrzeb na jazłowieckim cmentarzu. Wszystkich pochowali w zbiorowej mogile.” (Apolinary Kuliczkowski z Jazłowca; w: https://plus.gazetalubuska.pl/obroncy-jazlowca-wartownicy-byli-uzbrojeni-w-karabiny-automaty-i-granaty-reczne/ar/11782397 ).

28 lutego we wsi Nowosiółki-Bekerów pow. Podhajce napadli na plebanię i zamordowali ks. proboszcza Mariana Dziamarskiego, jego siostrę, gosposię i kobietę ze Lwowa, która korzystała z noclegu na plebanii. Ciało księdza wrzucono do pobliskiego stawu, w którym po pewnym czasie wypłynął na powierzchnię. Był związany drutem  kolczastym. Przed śmiercią na piersiach wypalono mu krzyż, wyrwano paznokcie i język, wydłubano oczy. We wsi Nowosiółka-Bekerów oprócz ks. M. Dziamarskiego zginęło 8 osób (nazwiska wszystkich są ustalone), wypędzono ze wsi 1020 osoby, spalono 302 zagrody”. (Dorota Stefańska: Marian Dziamarski (1900-1945) - kapłan, męczennik; w: Biuletyn Szatkowski, Tom 11, 2011 r.).

Ponadto w lutym 1945 roku:  

We wsi Jezierzany pow. Borszczów zamordowali 4 Polaków i 2 Ukraińców, oraz bojówka UPA dowodzona przez Olgę Wadowską zamordowała 10 Polaków pracujących przy wyrębie lasu. We wsi Kurniki Szlachcinieckie pow. Tarnopol zamordowali 3 Polki: 15-letnią Genowefę Łagisz, jej 17-letnią siostrę Stefanię Łagisz oraz 60-letnią nauczycielkę Wandę Lwowską. A także 4-osobową rodzinę ukraińską Chomickich z córkami lat 4 i 6. We wsi Kutyska pow. Tłumacz banderowcy zamordowali 20 Polaków, w tym Rozalię Fas z 5 dzieci: córkami lat 8, 16 i 18, synem lat 6 i 3-miesięcznym niemowlęciem, troje najmłodszych dzieci wrzucili do studni, dwie najstarsze córki wywieźli i wrzucili do rzeki Dniestr. We wsi Litowiska pow. Brody w lutym 1945 r. dowódca miejscowej bandy UPA Iwan Jarosz kazał powiesić swoją bratową, Jadwigę Ludwikę Jarosz z d. Cieśla, ur. w 1915 r.,  ponieważ była Polką. We wsi Nakwasza pow. Brody „ukraińscy partyzanci” przecięli piłą stolarską 60-letnią Rozalię Wróblewską. Mordując ją śmieli się: „Pomału riż, bo hołośno kryczyt”. We wsi Paszowa pow. Lesko zamordowali 5-osobową rodzinę sołtysa Dymitra Mazura: ojca z 3 dzieci powiesili, matkę zakłuli bagnetami. We wsi Rzepińce pow. Buczacz zamordowali 25 Polaków, w tym 6-osobową rodzinę Zagajczuków z 4 dzieci, 4-osobową rodzinę Kryckich z 2 dzieci, rodzinę nauczycieli Nabowczuków z 2 córkami.

W marcu 1945 roku odnotowano 208 napadów. Przykłady:

2 marca we wsi Zamch pow. Biłgoraj upowcy z sotni „Zaliźniaka” zamordowali 15 Polaków. 

W nocy z 2 na 3 marca we wsi Sielec Bełzki pow. Sokal upowcy zamordowali 27 Polaków

3 marca we wsi Kurzany pow. Brzeżany zamordowali 35 Polaków. We wsi Skorodyńce pow. Czortków zamordowali 25 Polaków. Świadek Tomasz Bandura twierdzi, że napad miał miejsce w nocy z 8 na 9 marca 1945 roku. „Nie skończyliśmy jeszcze przygotowań do wyjścia, jak przyszły do nas znajome Ukrainki: Katarzyna z „ Kamińciw” z 11-letnim synem / jej starszy syn był w UPA/ i ze swoja siostrą, by je przenocować, gdyż Sowieci mogą powrócić i wywieźć ich na Sybir. Nie odmówiliśmy im. Moja siostra przygotowała dla nich posłanie w drugim pokoju. Około północy ktoś zaczął stukać do naszego mieszkania i krzyknął po rosyjsku: „ Adkroj”. Pomyśleliśmy, że to żołnierze sowieccy. Siostra zapaliła lampę i poszła otworzyć drzwi. Do mieszkania wszedł wysoki mężczyzna w sowieckim mundurze, ale z tryzubem na czapce. Popatrzył na nas i wyszedł. Po chwili weszło trzech uzbrojonych banderowców i jeden z nich powiedział: „Kto tu jest obcy niech się ubiera i wychodzi”, a drugi skierował w kierunku nas automat. Jedna z nocujących u nas Ukrainek podeszła do mnie i powiedziała „Iwasiu” /mam na imię Tomasz/ ubieraj się. Idziemy do domu”. Byłem cały zdrętwiały ze strachu. Nie pamiętam jak szybko się ubrałem i wyszedłem z nią. Pamiętam tylko wzrok mojej siostry, który, jak dziś wspominam, mówił, że więcej już się nie spotkamy. Katarzyna zaprowadziła mnie do swojego mieszkania, kazała ściągnąć buty i ukryć się za piecem. Sama siadła na skraju tego pieca, zasłaniając mnie swoim ciałem. W drugim pokoju jej mieszkania banderowcy urządzili w tym czasie pijacka ucztę, bawili się i śpiewali do samego rana. W nocy przyszedł Wołodymyr, syn Katarzyny i świecąc latarką zapytał swoja matkę „ De je Tomko” /gdzie jest Tomek/. Jego matka odpowiedziała, że tu go nie ma, że jak z nim wyszła na podwórze, to uciekł gdzieś na wieś. Widać było, że jej uwierzył, bo wyszedł z domu. Na drugi dzień wczesnym rankiem pobiegłem do swego domu. Było to 9 marca 1945 r. Moja siostra Franciszka leżała w kałuży krwi na podłodze w pokoju. Jej dziecko leżało z piąstką pod główką, jak gdyby spało. Podniosłem je – krew polała się na moje ręce. Było martwe.  Tego dnia, przed południem, powróciła moja mama z tzw. podwody. Nie potrafię powiedzieć jak się czułą, gdy zobaczyła martwą córkę i wnuczkę. Była jak skamieniałą. Tej nocy banderowcy zamordowali znacznie więcej innych Polaków. Przypominam sobie takie nazwiska jak: Karola Domyka – inwalidę, pięcioosobową rodzinę Franciszka Bandury, którego córka wyszła za Ukraińca, Anne Szatkowską w ciąży i jej synka ( lat 12). Wzięliśmy z mamą bochenek chleba, trochę mąki i innych rzeczy i z niewielkimi tłumoczkami udaliśmy się do Czortkowa. Za drogę wybraliśmy brzeg Seretu. Szliśmy z myślą, że jakby nas gonili banderowcy, to wskoczymy oboje do rzeki i utopimy się by nie dostać się żywcem w ich ręce. Dotarliśmy szczęśliwie do Czortkowa, skąd wyjechaliśmy na zachód 30 maja 1945 r.” (Tomasz Bandura: Byłem świadkiem – Tomasz Bandura lat 10; w: „Na Rubieży” nr 45/2000).  

We wsi Pawłokoma pow. Brzozów nastąpiła akcja odwetowa partyzantów polskich na Ukraińców. IPN Rzeszów: „sygn. akt S 52/01/Zi – śledztwo w sprawie: zabójstwa w dniach 3-5 marca 1945 r. w Pawłokomie, woj. podkarpackie co najmniej 109 obywateli polskich narodowości ukraińskiej /.../. Śledztwo umorzono 19 marca 2010 r. wobec śmierci sprawców Józefa B., Kazimierza S. i Józefa K., wobec prawomocnego przeprowadzenia postępowania w tej sprawie w przeszłości przeciwko Tadeuszowi O., wobec niewykrycia pozostałych sprawców tego przestępstwa.

W nocy z 3 na 4 marca we wsi Mielnów pow. Przemyśl Ukraińcy z sąsiedniej wsi siekierami, nożami, widłami itp., zamordowali 6-osobową rodzinę polską Szubanów oraz spalili ich ciała razem z zabudowaniami i zwierzętami, w tym z psem przywiązanym do budy.

5 marca we wsi Dobraczyn pow. Sokal upowcy zamordowali 3 Polaków, w tym o. Stanisława Muchę.

7 marca w miasteczku Niżniów pow. Tłumacz zamordowali nieznaną liczbę ludności polskiej, w tym 3 siostry zakonne: s. Franciszkę Kosiorowską oraz s. Leokadię – Józefitkę, które oblali benzyną  i podpalili -  zakonnice spłonęły jako żywe pochodnie - oraz zastrzelili s. Annę Teresę Skałecką. „S. Beniamina Ślepkiewicz na podstawie opowieści s. Celiny pisała: „Ukraińcy wdarli się do klasztoru i wymordowali Polaków. S. Celina była w łóżku. Ukrainiec przestrzelił jej szyję, a upewniwszy się, że zabił, nie dobijał. Siostra Celina, po odzyskaniu przytomności, wyczołgała się do pokoju sióstr. S. Leokadia była zwęglona, najprawdopodobniej oblana benzyną i podpalona, a s. Teresa leżała z rozpłataną głową na podłodze. Siostra Celina miała wrażenie, jakby s. Teresa z szafy wypadła.”  Klasztor sióstr niepokalanek, jak również kościół parafialny, został zburzony. Dziś po nim nie ma prawie śladu, zachował się jedynie zdewastowany grobowiec sióstr.  (S. Agnieszka Michna: Siostry zakonne – ofiary zbrodni nacjonalistów ukraińskich; IPN. Warszawa 2010)  

8 marca we wsi Jezierzany pow. Borszczów kilkuosobowa grupa UPA wdarła się nocą do polskiego domu i wymordowała 6-osobową rodzinę Sorokowskich oraz sąsiadkę, Janinę Tomaszewską, koleżankę córki. Zarówno 18-letnią sąsiadkę jak i 19-letnią córkę Bronisławę  przed zamordowaniem ukraińscy „powstańcy” zbiorowo zgwałcili. „Po latach jego Wuj Adam Pruski rozpoznał w pociągu jednego z banderowców biorących udział w mordzie. Miał zmienione nazwisko,był kierownikiem szkoły w Łodzi. Wypierał się, ale po jakimś czasie przyjechała do Rodziny jego siostra. Leon odmówił jakichkolwiek rozliczeń. Znam tę historię bo wychowałam się po sąsiedzku i Lonka dobrze znałam.” (Maria Krawczyk, 15.06.2010; w: http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/tarnopolskie_r.html ). 

W nocy z 15 na 16 marca we wsi Zatwarnica pow. Lesko UPA ograbiła polskie domy i zamordowała co najmniej 41 Polaków z 14 rodzin oraz 7 milicjantów. Inni podają liczby około 80 a nawet 100 zamordowanych Polaków.

18 marca we wsi Dragonówka pow. Tarnopol banderowcy w mundurach NKWD wymordowali 7 Polaków z 2 rodzin Domarackich (2 matki i 5 dzieci), w tym: małe dziecko utopili w cebrzyku z pomyjami oraz uprowadzili 14-letnią córkę, która zaginęła bez wieści. We wsi Olijewo-Korolówka woj. stanisławowskie: 18.03.1945 r. została zam. Biła Franciszka (1925) żona Ukraińca. Powiesili także jej męża za to, że miał żonę Polkę (!).” (Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw.;  Seria – tom 8).

19 marca we wsi Werbka pow Buczacz: „Podaję do wiadomości, że 19 marca 1945 roku na wieś Werbka rejonu koropieckiego napadła banda licząca około 30 ludzi, którzy z wielkim okrucieństwem zamordowali 10 cywilnych osób, w tym Polaków – 6 osób i Ukraińców – 4. /.../ W czasie pobytu we wsi bandyci zamordowali w bestialski sposób 10 cywilnych mieszkańców wsi Werbka: 1. Domacki Józef s. Wiktora lat 42–43, narodowości polskiej. 2. Domacka Justyna lat 38,  narodowości ukraińskiej. 3. Domacki Michał s. Józefa lat 15, narodowości  polskiej. 4. Domacki Wiktor lat 75, narodowości polskiej. 5. Domacka Anna lat 70, narodowości ukraińskiej 6. Bandiak Ludwik lat 3, narodowości  polskiej. 7. Bandiak Anna c. Pawła lat 2, narodowości ukraińskiej. 8. Bandiak Maria c. Dmytra lat 65, narodowości ukraińskiej 9. Bandiak Maria c. Pawła lat 6, narodowości polskiej 10. Zamlińska Janka c. Jana lat 3, narodowości polskiej.” (Meldunek specjalny naczelnika RO NKGB w Koropcu dla naczelnika UNKGB obwodu tarnopolskiego z 21 marca 1945 r,; za:.http://www.zbrodnia - wolynska.pl/__data/assets/ pdf_file/0004/3946/Polskai-Ukraina-w-latach-trzydziestychczterdziestych-XX-wieku-t4- cz1.pdf).  Komański..., s. 177 dokumentuje mord 20 Polaków w nocy z 19 na 20 lutego 1945 roku, ale nie ma wśród ofiar w/w osób.

20 marca we wsi Zazdrość pow. Trembowla upowcy zamordowali 30 Polaków.  IPN Wrocław S 6/02/Zi – śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na terenie pow. Trembowla, woj. tarnopolskie, w latach 1939–1945. w tym w Starej i Nowej Zazdrości w dniu 20 marca 1945 r. − 30 osób powiązanych kolczastym drutem i spalonych w niezamieszkanym domu.

21 marca we wsi Buk pow. Lesko upowcy zamordowali 7-osobową rodzinę polską Podwalskich.

W przysiółku Szpickiery koło Smreka pow. Lesko upowcy z sotni „Wesełego” zamordowali 7 Polaków: dziadków oraz 5 wnucząt,  które nadziali na kołki  w płocie. „Gdy wypadliśmy na skraj polanki, ujrzeliśmy jak jeden z bandytów dosłownie nabijał na jeden z kołków, na  których normalnie na wsi wiesza się gliniane garnki, maleńką dziewczynkę. Czworo innych dzieci konało już w podobny sposób, a dwoje starców opiekujących się dziećmi leżało z roztrzaskanymi głowami. Dwoje dzieci nie miało jeszcze ukończonych dwóch lat. Dziewczynka, ostatnia wbita na kołek, była jeszcze przytomna i otwierała wykrzywioną bólem buźkę, jakby chciała o coś prosić, lecz tylko wielkie łzy strumykiem toczyły się po policzkach. W chwilę potem i ona straciła przytomność, główka opadła, a włoski zasłoniły umęczoną twarzyczkę.” W Szpickierach stały dwa budynki mieszkalne, w tym leśniczówka nad potokiem Bystrym, zamieszkała przez leśniczego Ludwika Masłyka. 

22 marca we wsi Kurniki Szlacheckie pow. Zbaraż: „zwabiono czekających już w Zbarażu na ekspatriację 10 Polaków i bestialsko zamordowano” (Antoni Iżycki; w: Jan Białowąs: „Krwawa Podolska Wigilia w Ihrowicy 1944 r.”, Lublin 2003, s. 103). 

23 marca we wsi Wola Obszańska pow. Biłgoraj upowcy zamordowali 15 Polaków.

25 marca we wsiach Huta Szklana oraz  Rohaczyn  pow. Brzeżany upowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 30 Polaków, w tym  Franciszka Hoffmana  mającego 100 lat -  tutaj Ukraińcy wyjątkowo mordowali tylko mężczyzn, kobietom i dzieciom pozwolili uciekać.

We wsi Kryłów pow. Hrubieszów zamordowali 57 Polaków, w tym 49 osób ludności cywilnej i 8 milicjantów -  uprowadzili i zamordowali w okrutny sposób Stanisława Basaja „Rysia”, byłego dowódcę oddziału BCH. 

26 marca we wsi Bereska koło Ustrzyk Górnych pow. Lesko banderowcy uprowadzili syna właściciela majątku, który zaginał bez wieści oraz SB OUN powiesiła Ukraińca Iwana Hryckowiana, który interweniował w jego sprawie.    

We wsi Gaje Wielkie pow. Tarnopol: „27 marca 1945 roku, oddział UPA wspierany przez Ukraińców z Gajów i okolic zabił 69 osób. Sześć należało do mojej bliskiej rodziny. Jeszcze poprzedniego dnia ukraińscy sąsiedzi zapewniali mojego wuja, Józefa Barutowicza, który był miejscowym nauczycielem, że jemu i jego rodzinie nic się nie stanie. Prosili, aby nie wyjeżdżał. A o północy zastukali do jego domu. Potem zaczęli zabijać.”.  (Maciej Nowicki: Jaka pamięć? Jaki wstyd?; w: https://www.newsweek.pl/swiat/jaka-pamiec-jaki-wstyd/0ycz73f ; data publikacji: 20.09.2018).   

W nocy z 27 na 28 marca w powiecie Lubaczów kureń „Zalizniaka” zlikwidował 18 posterunków Milicji Obywatelskiej,  poległo 30 milicjantów a 10 zostało uprowadzonych i zamordowanych. Zamordowanych zostało od 43 do 72 osób polskiej ludności cywilnej. Były to posterunki w miejscowościach:  Dzików Stary, Podemszczyzna, Horyniec, Zalesie, Basznia Dolna, Łówcza, Futory, Nowa Grobla, Brusno Nowe, Krowica, Puchacze, Chotylub, Wólka Horyniecka, Zapałów, Bichale, Łaszki, Płazów, CewkówWe wsi Brusno Nowe podczas napadu na posterunek MO spalili żywcem 14 Polaków, w tym 25-letnią kobietę i milicjanta. We wsi Łówcza podczas napadu na posterunek MO spalili 15 gospodarstw polskich i posterunek MO oraz zamordowali 18 Polaków, w tym 6 milicjantów . We wsi Stare Sioło zamordowali 17 Polaków. W przysiółku Starego Sioła – Zalesiu zamordowali 6 Polaków, natomiast 2 Polki zmarły z pomieszania zmysłów widząc okrucieństwo oprawców. 

Od 20 do 28 marca we wsi Wołodź pow. Brzozów w ciągu tych dni bojówki upowskie wymordowały 8 rodzin polskich  liczące co najmniej 24 Polaków.

W nocy z 28 na 29 marca we wsi Stare Sioło – Lipina pow. Lubaczów upowcy zamordowali 28 Polaków w wieku od 2 do 77 lat, całe rodziny, w tym po torturach i paląc żywcem.

W miesiącu lutym lub marcu w kol. Stadnica -Zofiówka (Stadnia) pow. Kopyczyńce banderowcy wymordowali Polaków i spalili wieś. „Kolonia była polska i nieduża, liczyła tylko 20 numerów. Podczas parcelacji gruntów również mój wujek Piotr Wójtaszyn, który był Ukraińcem, rodzonym bratem mojej mamy Tekli Nowak z d. Wójtaszyn, kupił sobie plac i 3 ha ziemi. Zatem ziemię mogli swobodnie nabywać także Ukraińcy. Wujek Piotr wybudował tam sobie dom i miał dużo pszczelich uli dlatego często sprzedawał miód. Była zima 1945 r., to była bardzo ciężka zima, duże śniegi. Gdzieś w lutym albo marcu 1945 r. raniutko, dopiero robiło się jasno na dworze przyszedł do naszego domu w Chłopówce mój wujko Piotr Wójtaszyn i przyniósł ze sobą zmarznięte, ledwo żywe niemowlę, które miało zaledwie 1,5 roczku. To było dziecko jego zięcia Polaka Jana Dobrowolskiego oraz jego najstarszej córki Józefy z d. Wójtaszyn. Zrozumieliśmy, że coś musiało się stać niedobrego, a on usiadł w kuchni i powiedział tak: „Teklusia popatrz (tu otworzył walizkę) to cały mój majątek, tyle mi pozostało!”. Potem zaczął płakać i opowiadać, co się właśnie stało w ich wsi, mówił tak: „Teklusiu stało się wielkie nieszczęście, dziś wczesnym rankiem, około 3.00 rano, jeszcze było ciemno na dworze, do naszej kolonii na saniach przyjechali Ukraińcy, to byli banderowcy i ogłosili, że zabierają wszystkich do Sielrady na spis ludności. Na sanie powsiadali wszyscy mieszkańcy naszej koloni: dzieci, kobiety, mężczyźni i starcy, a potem wszyscy odjechali razem. Również i przed mój dom zajechały sanie oraz około ośmiu ludzi i na początek zabili nasze dwa duże psy wilczury, a potem nakazali wszystkim zbierać się do Sielrady. Wszystko słyszałem dokładnie bowiem w tym czasie siedziałem pod podłogą wraz z Janem Dobrowolskim swoim zięciem i małym wnuczkiem Kazimierzem. /.../ Po pewnym czasie, gdy wszyscy już odjechali poczuliśmy z zięciem dym i domyśliliśmy się, że ktoś podpalił naszą kolonię. Dym stawał się coraz trudniejszy do zniesienia, a my dosłownie zaczęliśmy się dusić. W tej sytuacji postanowiliśmy, że nie ma czasu do stracenia i zaraz wyszliśmy na zewnątrz. Nasz dom i nasza obora, już stały w ogniu, właściwie cała miejscowość, to był jeden wielki ogień, paliło się dosłownie wszystko. Banderowcy nic prawie nie brali z domów, może po temu, że to była wioska dość uboga, zaś zwierzęta gospodarskie powypuszczali, tak że chodziły luźno. Wziąłem konia oraz sanie i jak mogłem najszybciej przyjechałem do was!”. W tym czasie w naszych stronach, stały już wojska sowieckie. Zaprzyjaźniony sowiecki oficer na moją prośbę, załatwił dla wujka Piotra przebranie i pistolet. Po całym dniu, w którym to się stało, na pierwszą noc mój wujek Piotr oraz kilku innych mężczyzn, pojechało do tej kolonii, aby szukać śladów swoich najbliższych. Wujko tak nam potem opowiadał dalsze losy, jego rodziny: „Na szczęście dla nas, przez cały dzień i w nocy nie padał śnieg, doskonale więc zachowały się ślady po saniach. Właśnie tym tropem doszliśmy, aż do miejsca, gdzie na polach znajdowała się dość dobrze znana i głęboka studnia. To była bardzo głęboka studnia z bardzo zdrową wodą, dlatego często osobiście jej używałem, to tam zwykle poiłem swoje bydło w czasie pokoju. Ze zgrozą w sercach zauważyliśmy, że ślady prowadzą wprost do tej znanej studni, około której było bardzo dużo krwi! Natychmiast przybliżyliśmy się do niej i zaczęliśmy głośno wołać, czy aby nie ma tam żywych ludzi, ku naszemu zaskoczeniu i radości odezwał się głos młodego chłopca. To był Włodzimierz, albo Józef Wójtaszyn bowiem kiedy zawołał mój wujko, to chłopiec zaczął wołać w ten sposób: „Tato ratujcie nas, my mamy ręce powiązane drutami i nie możemy sami wyjść. Mama już nie żyje, bo woda już podchodzi do góry. Na nas narzucane są brony, pługi i płyty z cmentarza żydowskiego. Ja jeszcze żyję bowiem próbowałem przy studni uciekać ale mnie złapali oprawcy i wrzucili do studni, jako jednego z ostatnich, na sam wierzch!’. Na początku ze studni słychać było kilka głosów, krzyczeli: „Pomocy! Ratujcie nas!’, słychać było rozmowy żywych, jeszcze ludzi. Całą noc próbowaliśmy na różne sposoby przyjść im z pomocą i wyciągnąć ich stamtąd, ale nie mogliśmy dać sobie rady z płytami żydowskimi, które były dość ciężkie.”. Niedaleko znajdował cmentarz żydowski, na polu k. miasteczka Grzymałów (w rejonie Husiatyńskim), właśnie stamtąd prawdopodobnie pochodziły te płyty. Osobiście znałam to miasteczko bowiem mieszkałam w nim przed wojną, blisko 6 lat, gdy nasz tatuś Michał Nowak pracował ciężko w tamtejszym majątku. Tam też chodziłam do pierwszej, drugiej i trzeciej klasy szkolnej. Tymczasem sytuacja tych ludzi na dole z każdą godziną stawała się coraz bardziej dramatyczna. Ponieważ mężczyźni nie byli w stanie pomóc o własnych siłach, tym na dole w studni, wrócili spiesznie do domu, po cięższy i właściwy sprzęt. Przez dzień zmuszeni byli jednak czekać, obawiali się bowiem ataku ze strony rezunów w biały dzień. Gdy tylko zapadły ciemności ponownie pojechali na miejsce tragedii, kiedy jednak tam przyjechali woda przelała się, już ze studni na pole niosąc ze sobą mnóstwo krwi potopionych w studni ofiar. Wszyscy którzy byli jeszcze na dole żywi utonęli, mój wujko Piotr i inni z płaczem wrócili do swoich domów. Historię tę znam b. dobrze bowiem ile razy wujek o tym opowiadał, to zawsze b. rzewnie płakał i może dlatego, tak dobrze to zapamiętałam. Poza tym przeżywałam to z nimi na gorąco bowiem w tych dniach, byłem w domu i widziałam i słyszałam wszystkie rozmowy osobiście, a miałam już wtedy 22 lata. Z naszej rodziny podczas tej masakry, zginęły następujące osoby: Hanna Wójtaszyn, żona wujka Piotra, Józefa Dobrowolska z d. Wójtaszyn, żona Jana lat ok. 20, Eugenia Wójtaszyn lat ok. 16, Józef Wójtaszyn lat ok. 14, Władysław Wójtaszyn lat ok 12 oraz najmłodsze z dzieci wójka Piotra i Hanny lat ok. 3.  Wujek Piotr Wójtaszyn po wojnie wyjechał na Dolny Śląsk z innymi repatriantami z naszych stron. Raz jeszcze się ożenił z drugą żoną Hanną, ale już swoich dzieci więcej nie miał. Oboje już odeszli do wieczności nie pozostawiając potomstwa, a pochowani są najprawdopodobniej w miejscowości Ujazd Górny na Dolnym Śląsku. [fragment wspomnień Julii Marut z d. Nowak ze wsi Chłopówka k. Chorostkowa na Ziemi Tarnopolskiej, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]   P.S. Po dziś dzień w tym miejscu, gdzie w głębokiej studni spoczywają niewinni mieszkańcy kolonii Stadnia (ok. a może nawet ponad 100 osób), ofiary ludobójstwa, nie stanął zapewne nawet najprostszy krzyż, w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo.” (Sławomir T. Roch: My mamy ręce powiązane drutami i nie możemy wyjść. Mama już nie żyje, bo woda już podchodzi do góry.  W: http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/908-my-mamy-rce-powizane-drutami-i-nie-moemy-wyj-mama-ju-nie-yje-bo-woda-ju-podchodzi-do-gory.html ).

Ponadto w marcu  1945 roku (świadkowie nie podali dnia):

We wsi Byczkowce pow Czortków: „W masowym mordzie w Byczkowcach zginęło 106 Polaków. (Kubów..., jw.).  We wsi Hlibów pow. Skałat zamordowali 43 Polaków oraz  2 Rosjanki, nauczycielki. We wsi Ihrowica pow. Tarnopol upowcy zamordowali Katarzynę Biskupską, lat 38 (jej mąż poległ na wojnie w 1939 roku), jej syna Józefa lat 13 i córkę Stanisławę, lat 7. „Katarzynę z dwojgiem dzieci znaleziono w leju po bombie na górze za jej domem. Cała trójka była powiązana sznurami. Z całej rodziny ocalała tylko 16 letnia Hanka, która w tym czasie była na służbie w Tarnopolu. Do Ihrowicy po śmierci matki, siostry i brata nie mogła już wrócić. Śmierć Katarzyny z dziećmi odbiła się głośnym echem po okolicy. Znana stała się także awantura między dwoma Ukrainkami o łupy po śp. Katarzynie. W pewną niedzielę po wyjściu z cerkwi w obecności wielu ludzi o mało nie doszło do rękoczynów. Poszło o szal śp. Katarzyny zrabowany po jej śmierci. Obie kobiety uważały, że mają prawo do tej zdobyczy i usiłowały sobie szal na siłę wydrzeć. Padały wyzwiska, złorzeczenia i przekleństwa. Awantura o szal spowodowała wśród Ukraińców dyskusję o rabunku polskich dóbr. Zdania były podzielone. Jedni twierdzili, że to grzech, inni go usprawiedliwiali.” (Jan Białowąs: „Wspomnienia wigilijne 1944 r.”; w: http://www.cracovia-leopolis.pl/index.php?pokaz=art&id=2254 ; Jan Białowąs: Wspomnienie z Ihrowicy na Podolu, 1997; Komański:... , s. 827). We wsi Kruhów pow. Złoczów zamordowali 23 Polaków, głownie kobiety i dzieci. We wsi Kutyska pow. Tłumacz zamordowali 28 Polaków, którzy przyjeżdżali do swoich gospodarstw po żywność. We wsi Lelechowka pow. Gródek Jagielloński podczas nocnego napadu banderowcy zamordowali po torturach 24 Polaków, w tym dwie rodziny Holiczków, z których Tomasza z córką Emilią uprowadzili do lasu i ślad po nich zaginął. Innego dnia uprowadzili z drogi z wozem i końmi żonę Tomasza Holiczka, która także zaginęła bez wieści. We wsi Leszczańce pow. Buczacz upowcy zamordowali 22 Polaków, głownie kobiety i dzieci. Zwłoki 15-letniej Genowefy Gil znaleziono dopiero 3 maja nad brzegiem rzeki Strypa, natomiast uprowadzonej 17-letniej jej siostry Heleny Gil nie odnaleziono. We wsi Mysłowa pow. Skałat 17-letni Polak Aleksander Chwaliński zaproszony został przez swego ukraińskiego kolegę Jurka Kohuta do jego domu na grę w karty, skąd uprowadzili go banderowcy. Po sześciu tygodniach jego zwłoki odnaleziono w gliniance około 20 km od wsi. Chłopiec miał odcięte ręce, nos i wydłubane oczy. We wsi Okopy Świętej Trójcy pow. Borszczów: „ Pod koniec II wojny światowej tę zamieszkaną w większości przez Polaków miejscowość zaatakował oddział UPA, dokonując rzezi jej mieszkańców. Także wtedy część ludzi uratowała się, uciekając do rzeki, a pewna ich ilość schroniła się w kościele. Powtórzyła się wówczas tragedia z 1769 roku, gdyż znów w kościelnych murach wymordowano wszystkich, którzy się tam znajdowali.” (Zbigniew Szczepanek: ZAMKI NA KRESACH, Okopy Św. Trójcy; w: „Nad Odrą”, NR 1-2/2012). We wsi Olesza pow. Tłumacz zamordowali 9 Polaków, w tym nauczycielkę i jej matkę, które powiesili w pobliżu szkoły na drzewie przy użyciu drutu kolczastego zaciśniętego na szyjach ofiar. We wsi Poręby pow. Brzozów upowcy zamordowali 7 Polaków; relacja świadka z Huty-Poręby: „Krowy strasznie ryczały u gospodarzy pod lasem. Ktoś zwrócił na to uwagę. Ta chata była oddalona od wsi. Tuż za nią rosły drzewa i krzaki i zaczynał się las. Kilku gospodarzy poszło sprawdzić, co się dzieje. Gdy weszli do zabudowań gospodarskich, nic nie wskazywało na tragedię. Kury spokojnie spacerowały po podwórku, garnki wisiały na płocie, tylko te krowy… Ryczały i ryczały. Pewnie nikt im nie dał pić, więc spragnione zwierzęta rycząc, domagały się wody. Gdy mężczyźni zajrzeli do izby, struchleli. Za stołem siedziała cała rodzina. Wszyscy zamordowani. Ukraińcy, słynący z bestialstwa, wszystkim członkom rodziny przybili języki gwoździami do stołu. - Wie pan co? Niemcy to chociaż mordowali „po ludzku”: zastrzelili człowieka, zadźgali bagnetem, a Ukraińcy zachowywali się jak zwierzęta. Zanim człowieka zabili, to wcześniej jeszcze go musieli zmasakrować, zedrzeć skórę, wypruć wnętrzności. Wrzucali ludzi do studni albo zawijali w drut kolczasty. Żeby matka przed śmiercią oszalała, to na jej oczach dziecko nabijali na sztachetę od płotu. Potwory - mówi pani Zofia Konieczna”. (http://www.niedziela.pl/artykul/58908/nd/Kobieta-ze-Wschodu).  

W mieście Przemyśl woj. rzeszowskie podczas nocnego napadu na szpital upowcy zamordowali 21 Polaków: 15 cywilnych, chorych i leżących w łóżkach oraz 6 rannych żołnierzy WP.  We wsi Romanówka pow. Tarnopol zamordowali 6 Polaków, w tym nauczyciela Michała Tetiuka  „Zaprowadzono go do Ukraińca nazwiskiem Kawalok, i zamknięto w dużej piwnicy z kamienia. Tam Polaka torturowano, wyrywając mu palce u rąk i nóg, a ponieważ przy tym krzyczał, ucięli mu język. Nie wiadomo jak długo pastwili się nad ofiarą i co zrobili z ciałem” (Wanda Jarzyna z d. Tetiuk; w: Komański..., s. 836). We wsi Skomorochy pow. Tarnopol Ukraińcy zarąbali siekierą Emilię Kwaśnicką lat 48 oraz uprowadzili jej córkę Adelę lat 17, po której ślad zaginął. We wsi Stawki Chartanowieckie pow. Zaleszczyki Skóra i jego 17-letni syn zostali zakatowani przez banderowców na śmierć. Ojcu kazali tańczyć w rytm melodii ukraińskiej puszczanej z gramofonu, w trakcie czego bili go nahajkami, kolbami karabinów, kijami i rękojeściami rewolwerów, kopali go, połamali ręce i nogi, rozbili głowę, zmasakrowali twarz. Wywlekli go martwego na podwórze. „W tym samym czasie, inna grupa banderowców, znęcała się nad jego synem. Bili go pałkami, widłami, orczykami, a jeden z oprawców szpadlem. Trwało to dość długo. Chłopiec ciągle dawał znaki życia. Zmęczeni tym biciem oprawcy przestali. Wtedy ten ze szpadlem zadał ofierze kilka ciosów szpadlem po głowie i karku aż chłopiec znieruchomiał. Chwilę po rozprawieniu się z ofiarami, kilku banderowców przyprowadziło na podwórze rozebraną do naga kobietę. Widziałam ją przez okno. Stała z ułożonymi wokół piersi dłońmi, trzymając swoją odzież i próbowała się nią zasłonić. Jeden z bandytów podszedł do niej i zaczął ją bić pięściami, drugi uderzył ją parę razy orczykiem. Po pobiciu, oprawcy wyprowadzili ją w pole i tam zamordowali. Któryś z nich ściął jej głowę szablą i po wejściu do izby meldował „Chmielowi”, że po ścięciu głowy kobieta zrobiła jeszcze parę kroków i upadła. Zwłoki kobiety obłożono słomą i spalono”. (Aniela Lorencik z d. Grabowiecka; w: Komański..., s. 903). We wsi Strzałkowce pow. Borszczów  upowcy zamordowali 3-osobową rodzinę Jaworskich (rodziców z córką) oraz Zofię Malik, krawcową, namówioną do powrotu z Borszczowa przez sąsiadkę Ukrainkę, która gwarantowała jej bezpieczeństwo. Zwłoki Polki znaleziono w jeziorze - była naga, związana drutem kolczastym, ze śladami tortur. 

Powyższy, znacznie skrócony wybór ukraińskich zbrodni zupełnie neguje tezę Huka, że „od połowy 1944 r. do marca 1945 r.” społeczność polską „w zasadzie nie dotknęło istotne uszczuplenie ilościowego i materialnego stanu posiadania spowodowane działaniami UPA.” Oczywistym kłamstwem jest także twierdzenie, że „w latach 1944–1947 w Bieszczadach, na Łemkowszczyźnie, Nadsaniu i na Chełmszczyźnie UPA nie dokonała na Polakach ani ludobójstwa, ani czystki etnicznej, ani tzw. akcji antypolskiej.” Czy jednak jest to wynik braku podstawowej wiedzy?

 

„W Rzeczypospolitej na terenach aktywności UPA Polacy stanowili odrębne zagadnienie taktyczne i strategiczne, którego pozytywnemu rozwiązaniu UHWR poświęcała maksymalnie wiele uwagi. Nigdy nie doszło tu do zabijania Polaków, jak głosi esencjalistyczno-nacjonalistyczna formuła historyków polskich, „tylko za to, że byli Polakami”. Być Polakiem – nie stanowiło powodu, aby zostać zabitym przez UPA. OUN-NP nigdy i nigdzie nie zakładała ani nie przeprowadzała etnocydu lub czystki etnicznej na Polakach. Gdyby tak było, to od lata 1944 r. do lata 1947 r. UPA miała dość czasu, aby na Wołyniu czy w Bieszczadach nie pozostał po nich ślad.” (s. 266 – 267)

I rzeczywiście, na Wołyniu w wyniku ludobójstwa praktycznie po Polakach „nie pozostał ślad”, poza kilkoma pomnikami i cmentarzami. To ludobójstwo w samostijnej Ukrainie kontynuowane jest zarówno poprzez negowanie ludobójstwa, jak też poprzez zakaz ekshumacji i postawienia krzyży na mogiłach pomordowanych Polaków. W Bieszczadach, aby „nie pozostał po nich ślad” nie pozwoliła dopiero operacja „Wisła”.  

 

„Do utworzonego w 1945 r. Kraju Zakerzońskiego kierownictwo OUN-NP skierowało swe najlepsze kadry w celu osiągnięcia trwałego porozumienia z polskim podziemiem i społeczeństwem.” (s. 267 – 268)

 6 kwietnia 1944 roku Myrosław Onyszkewycz „Orest”: „Rozkazuję Wam niezwłoczne przeprowadzenie czystki swojego rejonu z elementu polskiego oraz agentów ukraińsko-bolszewickich. Czystkę należy przeprowadzić w stanicach słabo zaludnionych przez Polaków. W tym celu stworzyć przy rejonie bojówkę, złożoną z naszych członków, której zadaniem byłaby likwidacja wyżej wymienionych. Większe nasze stanice będą oczyszczone z tego elementu przez nasze oddziały wojackie nawet w biały dzień. /.../ Oczyszczenie terenu musi być zakończone jeszcze przed naszą Wielkanocą, żebyśmy świętowali ją już bez Polaków. /.../ Wydobyć broń. Śmierć Polakom. Postój, 6 kwietnia 1944 roku. Sława herojom! Orest, Karat (-)” Rozkaz ten znajduje się w aktach śledztwa przeciwko Myrosławowi Onyszkewyczowi.   „10 lipca 1944 r. dowódca UPA w Galicji Wschodniej Wasyl Sydor „Szelest”, wydał rozkaz, w którym zalecił „ciągle uderzać w Polaków aż do wyniszczenia ich do ostatniego z tych ziem” /.../  Kierownictwo ruchu banderowskiego uznało, iż jest możliwe zarówno dokonanie czystki, jak i wygranie całej sprawy propagandowo. Dlatego z jednej strony bezwzględnie dalej realizowano politykę faktów dokonanych, a z drugiej zawczasu przygotowywano strategie propagandowe, mające nie tylko usprawiedliwić ukraińskie poczynania, ale wręcz odpowiedzialność za nie przerzucić na stronę polską.” ( Motyka Grzegorz: Ukraińska partyzantka 1942 – 1960; Warszawa 2006, s. 378, 380). Sowieci i Niemcy realizowali plany wymordowania polskich elit, Ukraińcy plan „całkowitej fizycznej likwidacji ludności polskiej”.  W kwietniu 1945 roku w „Zakierzońskim Kraju” zorganizowano Krajowy Prowid OUN. Funkcję prowidnyka powierzono Jarosławowi Staruchowi ps. „Stiah”, zaś jego zastępcą, a jednocześnie szefem propagandy, został Wasyl Halasa, ps. „Orłan”. Referentem służby bezpieczeństwa został Petro Fedoriwa, ps. „Dalnycz”, natomiast stanowisko referenta wojskowego i naczelnego dowódcy UPA w Polsce objął Mirosław Onyszkiewicz, ps. „Orest”. Wiadomo, jak zadanie to realizowały „najlepsze kadry OUN” przy pomocy takich „negocjatorów” jak:  Zalizniak , „Szum”, „Kałynowycz” , „Ren”, „Bir”, „Chrin”, „Stach”, „Brodycz”, „Bajda”, „Burłaka”, „Łastiwka”, „Hromenka”, „Kryłacz”, „Lis”, „Smyrny”,   „Myron” , „Karmeluk”. W efekcie „osiągania przez nich trwałego porozumienia” w „Kraju Zakerzońskim”,czyli na  ziemiach dzisiejszej Polski zginęło około 25 tysięcy Polaków (w tym około 20 tysięcy osób cywilnych, głownie kobiet i dzieci) oraz około 5 tysięcy Ukraińców (tym około 3 tysiące członków OUN-UPA podczas toczonych walk). „W akcjach odwetowych” (w tym dokonanych przez WP) rozstrzelanych zostało nie więcej niż 1,5 tysiąca Ukraińców, i to prawie wyłącznie mężczyzn, o których „niewinności” można mieć co najmniej wątpliwość.

„Partnerzy polscy z podziemia antykomunistycznego rozumieli strategię akcji UPA jako nieskierowanych przeciw polskiej ludności cywilnej i wiosną 1945 r. zawarli serię porozumień lokalnych z partyzantką ukraińską. Miały one twardą podstawę w linii politycznej ukraińskiego ruchu oporu.”  (s. 268)

Którzy to polscy partnerzy „rozumieli strategię akcji UPA jako nieskierowanych przeciw polskiej ludności cywilnej”? Nie pada ani jedno nazwisko – więc może wszyscy? Ale nigdzie tego nie wyjawili – czyżby w głębokiej tajemnicy tylko B. Hukowi? A może nie twierdzili, ale Huk wie, że tak „rozumieli”. Bo na takich tezach bazuje jego „historiografia rozumiejąca”, o której pisał już wcześniej.     

 

„Zatem w powojennej Rzeczypospolitej Polskiej UPA miała nie powstać właśnie ze względu na pragnienie UHWR, aby uniknąć konfliktu z państwem i narodem polskim. Wysoką cenę za tę strategię zapłacili Ukraińcy z Pawłokomy, Piskorowic i dziesiątek innych wsi. Dopiero po serii mordów, dokonanych przez oddziały polskie na ukraińskiej ludności cywilnej wiosną i latem 1945 r., zaczęło się powolne organizowanie UPA w państwie polskim. Najprawdopodobniej, gdyby nie prowokacja polskich komunistów, którą były wojskowe metody deportacyjnej eliminacji Ukraińców, UPA w państwie polskim nigdy by nie powstała, a OUN-NP byłaby raczej misją zagraniczną UHWR, niż politycznym przywództwem walczącej formacji zbrojnej.”  (s. 269)

Zgodnie z cytowanymi wyżej rozkazami „Oresta” i „Szelesta” UPA conajmniej do lata 1945 roku była w Polsce „misją zagranicznej UHWR”, czyli faktycznie OUN. Jam można nazwać artykułowanie wniosków całkowicie odmiennych od faktów i rzeczywistości? 

 

„Natomiast UHWR i UPA od razu jednoznacznie zdiagnozowały, przeciw komu walczą: nie przeciw Polakom i niepodległej Polsce, a przeciw rządowi polskich komunistów. Dzięki temu określiły się zarazem jako sojusznicy Polaków w walce z komunizmem.” (s. 269 – 270)

UPA przybyła więc do Polski z misją pokojową, a polscy „koloniści” z Chełmszczyzny i Bieszczad zaczęli mordować im żony i dzieci w Galicji, musieli więc bronić ich na Zakerzonii.  A UPA walczyła z rządem polskich komunistów poprzez liczne wstępowanie do PPR, MO i UB! O czym Huk pisał wcześniej.

 

„W 1945 r. w Rzeczypospolitej Polskiej w sytuacji beznadziei i odczłowieczania przez państwo polskie wybuchło ukraińskie powstanie, a nie rewolta antypaństwowa. Ukraińska „armia”, nieposiadająca ani jednego czołgu i samolotu, nie była zdolna zagrozić winowajcy – państwu. W ograniczonej skali i w ściśle określonych miejscowościach mogła jedynie na pewien czas destabilizować sytuację jego administracji. UPA nie miała też sił, by obronić ukraińską ludność cywilną. Ruch oporu częściowo zmobilizował Ukraińców do przeciwstawienia się komunistom, ale nie miał środków do efektywnej walki z państwem polskim i stojącym za nim ZSRR. (s. 270)

Rzeczywiście, była to głupota przywódców OUN i UPA. Ale wynikała ona ze ślepej realizacji założeń doktryny nacjonalizmu ukraińskiego przesączonej nienawiścią do Polski i Polaków, której ofiary w realiach lat 1944 – 1947 były także po stronie ukraińskiej. Nic nie da pokrętne usprawiedliwianie banderyzmu.

 

„Wyjściem” z sytuacji bez wyjścia było – propagandowe i usprawiedliwiające krach strategii UHWR – oczekiwanie na III wojnę światową.” (s. 270)

Polskie podziemie też na nią liczyło i oczekiwało, że przywróci ona do Polski Kresy z jej historycznym miastem Lwowem. USA i Anglia oddaliby Ukrainie, czyli sojusznikowi faszystowskiej III Rzeszy, Przemyśl i Chełm? Takie kalkulacje są szczytem nawet nie naiwności, ale zwykłej głupoty.

 

„Ukraiński ruch oporu – jako praktyka społeczna, zespół norm, postaw oraz zachowań – obejmował w latach 1944–1947 wszystkich Ukraińców, którzy nie chcieli podporządkować się zagrażającym ich życiu decyzjom rządu polskiego. To nie były tylko OUN-NP czy UPA.” (s. 270)

Byli to także „zwykli ukraińscy chłopi” z SKW biorący udział w mordowaniu swoich sąsiadów Polaków. 

 

„Jednak jedyną ukraińską praktyką publiczną, na którą wyrażał zgodę rząd RP, była ucieczka do ZSRR przed terrorem Wojska Polskiego i bandyckich oddziałów polskich. W tej sytuacji wiosną 1945 r. UHWR została zmuszona do zapoczątkowania procesów legitymizujących istnienie i działalność podziemnej administracji ounowskiej na terenie od Podlasia po zachodnie krańce Łemkowszczyzny.” (s. 270)

Jakie to były „bandyckie oddziały polskie”? Przecież Ukraińcy nie chcieli uciekać do ZSRR, niewielu dobrowolnie wyjechało w ramach wzajemnych przesiedleń ludności polskiej i ukraińskiej. Zostało też ich Polsce ponad sto tysięcy.

 

„Ukraińcy w Polsce w 1945 r. najpierw postawili na opór obywatelski. Nie zgłosili akcesu do wyjazdu ze swojej Ukrainy i z państwa polskiego. Ich postawa nie miała najmniejszych znamion oporu zbrojnego”. (s. 272)

Do 1945 roku żyli przyjaźnie i pokojowo w  w tej „zbrodniczej katolicko-szlacheckiej”Polsce? 

 

„Ostateczna decyzja musiała przyjść w postaci rozkazu z jesieni 1945 r., wydanego przez generała Dmytra Hrycaja i Dmytra Majiwskiego, przebywających wtedy na inspekcji organizującego się już prawie od roku (!) Kraju Zakerzońskiego. Rozkaz Hrycaja-Majiwskiego, czyli mobilizacja zamiast demobilizacji – to szczytowy okres organizowania społeczności ukraińskiej do samoobrony. Ta strategia nie miała solidnych podstaw międzynarodowych: przewidywała wybuch następnej wojny, ale nie chciała dostrzec rozmiarów wpływu ZSRR na losy świata. Skutkowało to nieprecyzyjną oceną możliwości trwania UPA w Rzeczypospolitej w realiach eliminacji ludności ukraińskiej przez tę ostatnią, a także oporem obliczonym na aspekt propagandowy i legitymizacyjny.” (s. 272)

Wcześniejszych rozkazów „Oresta” i „Szelesta” Huk nie zna? Czy jest to objaw amnezji?

 

„W decydującym 1946 r., kiedy ważyły się losy deportacji na Ukrainę, kierownictwo podziemia rozważało rezygnację z oporu, jednak nie mogło konstatować braku jego potrzeby w chwili bieżącej. Działania Wojska Polskiego nie dawały bowiem możliwości zastanawiania się nad sensem lub brakiem sensu oporu.” (s. 272 – 273)

Nie są znane decyzje o rezygnacji z oporu, a rozważać „kierownictwo podziemia” ukraińskiego to mogło także  zaniechanie marszu na Moskwę. Znane są natomiast rozkazy dowództwa OUN i UPA nakazujące kontynuowanie ludobójstwa na ludności polskiej.

 

W podrozdziale: Cud nad Wisłą: katolicka armia komunistów, Huk pisze: „Konflikt polsko-ukraiński w Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1944-1947 stanowił akt agresji państwa polskiego przeciwko własnym obywatelom dokonany przy pomocy regularnych sił zbrojnych – Wojska Polskiego. Celem tej agresji było włączenie w obręb etnicznej Polski niepolskich kulturowo terytoriów Rzeczypospolitej Polskiej poprzez złamanie praw obywateli polskich narodowości ukraińskiej i zdobycie na własność ich ziemi i majątku. Działania Wojska Polskiego napotkały na opór ze strony ofiar, które w efekcie sklasyfikowano jako wroga.” (s. 273)

Sam tytuł podrozdziału potwierdza paranoidalny sposób rozumowania Huka wynikający z głębokiej nienawiści do Polski. W umyśle Huka pojawiła się wizja „Cudu na Wisłą” w postaci „katolickiej armii komunistów”. Zaatakowała ona „własnych obywateli”. W walkach z polskim podziemiem niepodległościowym brały udział głównie oddziały NKWD, KBW i UB. Ale poza Hukiem nikt nie ujrzy w nich „katolickiej armii”, gdyż były to odziały antykatolickie komunistów. Z „obywatelami polskimi narodowości ukraińskiej” Wojsko Polskie (bo chyba w nim objawiła się Hukowi „katolicka armia komunistów”) nie walczyło. Toczyło walki, początkowo nawet bez powodzenia, z faszystowskimi oddziałami banderowskimi SB OUN i UPA, wspieranymi przez wiejskie oddziały SKW. „Polski kulturowo” to był także Lwów, Krzemieniec i całe Podole. A może np. Poryck, Podkamień, Tarnopol były „kulturowo ukraińskie”? Jak obecnie „kulturowo” wygląda chociażby Poryck i tysiące innych takich miejscowości? A te zdobycze „ziemi i majątku” przez Rzeczpospolitą Polską należałoby wreszcie zbilansować ze stratami „ziemi i majątku”, jakie poniosła w latach 1939 – 1947 Rzeczpospolita Polska, w tym także na Kresach. 

 

„Wkroczenie Wojska Polskiego na tereny zamieszkane przez ludność ukraińską nosiło cechy ludobójczej inwazji zbrojnej na terytorium obce kulturowo. Rodowód polskiej idei bezkarnego rugowania i mordowania Rusinów i Ukraińców nie był dotąd badany. (s. 274)

To „terytorium obce kulturowo” miało tysiącletnią tradycję kultury polskiej. „Kultura ukraińska” miała kilkuletnią „tradycję” funkcjonowania kilkunastu działaczy ukraińskich, a następnie kilkuletnią działalność OUN i UPA, ale czy można zaliczać to do 'kultury”? 

 

„Realne korzyści państwowe dowodzą, że w obu przypadkach stroną inicjującą był rząd polski, a nie sowiecki. Według mnie, najważniejsza była deportacja na Ukrainę w latach 1944–1946. Akcja „Wisła” pozostaje z nią w bezpośrednim związku jako następstwo. Nie byłaby możliwa, gdyby wcześniej nie zrealizowano deportacji na wschód – największej zbrodni państwowej dokonanej przez rząd Rzeczpospolitej Polskiej na obywatelach polskich narodowości ukraińskiej. Do dziś w propaństwowej i pronarodowej publicystyce polskiej i pracach naukowych wykorzystywany jest aspekt etniczny pierwszej deportacji, traktowanej jako wyjazd do własnej ojczyzny. Jednak kwestia otwartą pozostaje pytanie: gdzie była ojczyzna Ukraińców, jeśli do zamieszkania w „prawdziwej” potrzebne były dywizje Wojska Polskiego, trupy i spalone wsie?” (s. 276 – 277)

Umowę o przesiedleniach z 9 września 1944 roku zainicjował PKWN, a nie rząd sowiecki, bo on był spolegliwy? Trupy polskich ofiar do tej pory leżą w porośniętych chwastami i drzewami „dołach śmierci”, ale wiele z nich nawet zostało bez pochówku. I muszą tak leżeć aktualnie, bo przyjacielski, pełen empatii i humanizmu rząd wolnej Ukrainy zabronił Polsce dokonywać ekshumacji. Wsi polskich zostało spalonych około 5 tysięcy. Wsie ukraińskie po wysiedleniu ludności spaliła UPA, aby nie mogli w nich zamieszkać przesiedlani Polacy z Kresów. A  realizacja „największej zbrodni państwowej dokonanej przez rząd Rzeczpospolitej Polskiej na obywatelach polskich narodowości ukraińskiej” polegała na wzajemnej wymianie ludności nazwanej „przesiedleniami”, co dotknęło większą ilość ludności polskiej na Kresach, niż ludności ukraińskiej na „Zakurzonii”. 

 

„Nie da się także utrzymać opinii, iż eliminacyjne działania państwa polskiego zostały podjęte w celu obrony ludności polskiej przed zagrożeniem ze strony UPA. Ono nie istniało. Sprowokował je rząd polski, kreujący się na obrońcę polskiej ludności. Zagrożeniem dla Polaków był rząd Rzeczypospolitej Polskiej, a nie UPA.” (s. 277) 

To „nieistniejące zagrożenie ze strony UPA” kosztowało na „Zakurzoni” życie około 25 tysięcy Polaków. Ono by przestało istnieć, ale po „wyniszczeniu ich do ostatniego” jak brzmiał rozkaz  „Szelesta”, tłumaczony na niższym szczeblu UPA jako „wyrżnięcie Polaków co do łapy”.

 

„Uśmiercanie Ukraińców było celem politycznym, dalekim od celów wojskowych. Celem WP nie było odróżnianie, czy zabijany jest uzbrojonym członkiem UPA, czy bezbronnym ukraińskim wieśniakiem, podobnie jak podczas wojny„. (s. 281) 

Huk kontynuuje przypisywanie zbrodni ukraińskich Polakom.. „Uśmiercanie Polaków było celem politycznym, dalekim od celów wojskowych”. Aleksander Korman zestawił 382 metody tortur stosowanie przez SB OUN i UPA na Polakach. I to już od września 1939 roku. Sprawcy tortur i okrucieństw urządzali niekiedy makabryczne sceny, aby drwić i szydzić z ofiar. Na przykład: tułów z obciętymi rękami i nogami oraz obciętą głową ofiary, układali na „siedząco” pod ścianą zewnętrzną domu mieszkalnego, wystawiając je na publiczne „pośmiewisko”. Czasami, rozwieszali jelita ofiary na ścianie wewnątrz izby z ukraińskim napisem: „Polska od morza do morza”. Częstokroć, po dokonanej rzezi Polaków jeździli banderowcy powozem po wsi śpiewając i wiwatując przy akompaniamencie harmonii. Znany jest również przypadek zamordowania furtiana w kościele i obcięcia mu głowy oraz naigrywania się w ten sposób, że tułów banderowcy podparli z przodu i z tyłu ławką, a do rąk złożonych jak do modlitwy włożyli jego własną głowę. W innym przypadku, odrąbaną głowę ofiary dawali ukraińscy terroryści dzieciom do zabawy – kopania jej jak piłkę. Tortury psychiczne zadawane były na przykład rodzicom zmuszonym do oglądania szczególnie wymyślnych tortur zadawanych ich dzieciom lub dziecku. Psycholog William Ryan ukuł frazę „obwiniania ofiary” jako ideologię wykorzystywaną do uzasadnienia rasizmu. W tym zakresie Huk poszedł znacznie dalej: zbrodnie ukraińskie zamienił na zbrodnie polskie, a to już przekracza zwykły „dysonans poznawczy”. 

 

„Trudno ustalić straty wśród ludności ukraińskiej, żołnierzy UPA i w ogóle członków ruchu oporu poniesione w wyniku działań samego WP i WOP.” (s. 282)

Są ustalane przez historyków ukraińskich i oscylują zwykle około liczby trzykrotnie większej, niż potwierdzają to dokumenty i prowadzone śledztwa.

 

W podrozdziale: Ukraińskie Powstanie Antykolonialne (UPA), Huk pisze: „Podpisanie i realizacja umowy z 9 września 1944 r. o wymianie ludności pomiędzy rządami Rzeczypospolitej Polskiej a USRR stanowiło pogwałcenie praw objętych nią obywateli RP i USRR. Obowiązkiem moralnym Ukraińców było przeciwstawienie się przemocy ze strony rządu i państwa działających lub przypisujących sobie działanie w imieniu narodu polskiego, a nie narodu obywatelskiego. Dochowali oni wierności jednej z naczelnych zasad nowożytnej demokracji europejskiej – umowie społecznej zakładającej, że obywatele są prawowitą wspólnotą polityczną, która posiada prawo do wszelkich działań, aby nie stać się ofiarą agresji.” (s 282)

Czy na Kresach Polacy mieli takie samo prawo?

 

„W celu obrony obywateli polskich narodowości ukraińskiej UHWR opierając się na dotychczasowej siatce OUN-NP utworzyła podziemną administrację cywilną oraz wprowadziła na teren państwa polskiego UPA jako formację działającą na rzecz obrony praw człowieka i obywatela.” (s. 282 – 283)

OUN formacją działającą na rzecz obrony praw człowieka i obywatela”? To „kalka” tez politruków sowieckich o roli NKWD, tyle, że ono broniło tych praw nie tylko w Polsce, ale także na Ukrainie.

 

„Względy militarne nie dyktowały UPA ataków na kolonialne garnizony WOP w Wołkowyi, WP w Birczy czy na MO w Cisnej, lecz bez tych ataków podziemna administracja szybko utraciłaby legitymację w oczach ludności ukraińskiej i miałaby bardzo utrudnione warunki działania. Rząd i Wojsko Polskie w działaniach propagandowych określały siebie jako obrońców narodu polskiego przed „faszystowskimi bandami UPA”. Nie miało to nic wspólnego ze stanem faktycznym: rząd i wojsko nie zawarły umowy społecznej z narodem polskim i swą przemoc wobec niego legitymizowały między innymi poprzez eliminację Obcych. Jednak naród polski wyraził na to zgodę.” (s. 284)

Ciekawe, jak historiograf Huk badał to „legitymizowanie w oczach ludności ukraińskiej” ataków UPA na „kolonialne garnizony WOP w Wołkowyi, WP w Birczy, czy MO w Cisnej”, podczas których bestialsko mordowana była polska ludność cywilna, „kolonizatorzy” od setek lat w swoim tysiącletnim państwie – bo żołnierze i milicjanci przy niezbyt wielkich stratach zdołali obronić „kolonialne garnizony”? Jakie metody badawcze stosował do tych „oczu” ludności ukraińskiej? I w ogóle czy z „bielmem na oczach” można coś zobaczyć? Ważne, że walka z faszystowskimi bandami UPA została wygrana, i nic na to nie poradzą żadne pisane historiografie a la Huk. 

 

W rozdziale „Powtarzanie żydowskiego losu”, w podrozdziale  „Sami chcieli nam pomagać”…, czyli tzw. banderowcy o Polakach, Huk pisze: „Dokumenty świadczą jednoznacznie, że podziemie ukraińskie w Bieszczadach nie dokonywało systematycznych mordów na Polakach. Zabójstwa zdarzały się, ale były rzadkie. Zgodnie z twierdzeniem historyków i publicystów polskich o powszechności i masowości zabójczych praktyk podziemia ukraińskiego, większość Polaków w Bieszczadach nie powinna przeżyć. W okolicy Terki straty polskie powinny stanowić bez mała 300 osób.” (s. 297 – 298)

I rzeczywiście, większość Polaków na wsiach nie przeżyła, natomiast w miastach przeżyła większość. Każdy historyk rozumie, dlaczego. W Bieszczadach (wówczas część powiatów Lesko, Sanok i Turka) Ukraińcy zamordowali co najmniej 1808 Polaków. W „okolicy Terki” nie wiadomo, ilu Polaków zostało zamordowanych przez Ukraińców, gdyż żaden historyk polski nie chce podjąć się takich badań. Zresztą dotyczy to nie tylko „okolic Terki”.  Być może „w okolicy Terki straty polskie powinny stanowić bez mała 300 osób”, ale nie wiadomo czy „powstańcom ukraińskim” udało się zrealizować kalkulacje Huka.

 

 Dokończenie w części III


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud16.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 408 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11520404