Jak wszystkie oddziały partyzanckie Armii Krajowej na Wołyniu, również ten „Bomby”( kpt. Władysław Kochański ps. „Bomba”, „Wujek” -red) , otrzymał rozkaz stawienia się na koncentrację w rejonie Kowla i Włodzimierza Wołyńskiego. Niełatwe było wykonanie tego rozkazu. Żeby dotrzeć w rejon koncentracji, oddział musiał pokonać paręset kilometrów złymi drogami leśnymi i polnymi, poprzez tereny całkowicie opanowane przez upowskie bandy. Musiał forsować wiele rzek i linii kolejowych strzeżonych pilnie przez niemieckie lub węgierskie wojsko. Rozkaz jednak był rozkazem. Podjęto więc energiczne przygotowania do wymarszu. Jednocześnie „Bomba” przyśpieszał już wcześniej podjęte rozmowy w sprawie przejęcia i wyprowadzenia „do lasu” dwóch batalionów pomocniczej policji niemieckiej zorganizowanej z polskiej młodzieży. Były to bataliony: numer 202 – tzw. zielonych – liczący sześciuset pięćdziesięciu ludzi dobrze uzbrojonych i „granatowych” liczący około siedmiuset pięćdziesięciu ludzi. Zgrupowane były w Kostopolu i Bereźnie wraz z dwustoma esesmanami i oddziałem czterystu własowców. Polska młodzież znalazła się w tych batalionach nie kierując się motywami politycznymi, lecz z powodu rozpaczliwej walki o własne życie i swoich najbliższych, swoich rodzin. Polacy od początku okupacji do tej podłej pracy się nie brali. Ale teraz nie było wyjścia. Kiedy ukraińscy nacjonaliści opanowani żądzą niszczenia i zabijania zatracili ludzkie oblicze i zaczęli mordować, wyżynać w pień polską ludność, ta zwracała się do władz niemieckich z błagalną prośbą o pomoc. Władze niemieckie odpowiadały: „Wszystkie nasze wojska są na froncie. Jedyne, co możemy dla was zrobić, to dać wam broń. Brońcie się sami. Ale broń damy pod warunkiem, że wstąpicie do policji”. Poszła więc część młodzieży do tej policji z myślą, aby przejąć w swoje ręce broń, która wcześniej czy później z tymi młodymi chłopcami i tak trafi do partyzanckich oddziałów. I będzie wykorzystana przeciwko jej dawcom. Na razie tę broń trzeba było wycelować do upowskich zbirów, morderców rodaków. W pomocniczej policji celowo znalazła się także część ludzi z konspiracji Armii Krajowej. Ustalono termin wyprowadzania tych batalionów na 24 grudnia 1943 roku w wigilię Bożego Narodzenia.

Jednak odgórne rozkazy ponaglały wymarsz oddziału „Bomby” na koncentrację. Mimo daleko posuniętych przygotowań, wyprowadzenia oddziałów policji nie dało się przyśpieszyć. „Bomba”, uważając, że to bardzo ważna sprawa, zastanawiał się nad przedłużeniem terminu wymarszu w rejon Kowla. Wypadki potoczyły się inaczej i wyłączyły „Bombę” z gry. 23 O zmierzchu 8 grudnia 1943 roku oddział „Bomby” wyruszył w daleki rajd pod Kowel i Włodzimierz Wołyński. Omijając większe zgrupowania upowskie dotarł w rejon Sarn, zbliżając się do linii kolejowej Sarny – Równe. Na skrzyżowaniu drogi z torem kolejowym zwiad konny, idący w straży przedniej, nagle został ostrzelany. Wywiązała się krótka walka. Z powodu zbliżającego się świtu, „Bomba” zarządził odwrót. Oddział zawrócił w kierunku Rudni Lwa, gdzie rozlokował się w kilkunastu chłopskich zagrodach. Tymczasem, jak się okazało, marsz oddziału śledzili upowcy i późnym wieczorem, 13 grudnia, zaatakowali oddział w Rudni Lwa. Przeciwnik atakował dosyć śmiało, dysponując dużą siłą ognia. „Bomba” natychmiast podzielił oddział na dwie grupy. Jedną dowodził on sam, a drugą „Strzemię” ( por. Zenon Blachowski- red). „Bomba” zajął obronę na skrzydle, wchodząc w ogniowy kontakt z nacierającymi banderowcami. „Strzemię” nie spotkawszy na swojej linii natarcia nieprzyjaciela, zaś słysząc ostrą strzelaninę na pozycji bronionej przez grupę „Bomby”, raptownym zwrotem zaatakował śpieszących z odsieczą banderowców. Zachwiało to lipowskim natarciem, po czym upowcy zaczęli się wycofywać, pośpiesznie opuszczając pole walki. W walce został ciężko ranny plutonowy „Gustaw”. Ukraińcy zamordowali kilka cywilnych osób, które ukryły się w pobliskim lesie. Następnego dnia na pobojowisku naliczono dwudziestu czterech zabitych banderowców. Rannych zdążyli zabrać. Kapitan „Bomba” nie przywiązywał większej wagi do nieudanej próby przejścia torów kolejowych linii Sarny – Równe, jak też do walki stoczonej z upowcami w Rudni Lwa. Decydując się bowiem maszerować z oddziałem w rejon Kowla, przewidywał niejedno takie spotkanie z Niemcami lub Ukraińcami. Teraz jednak, gdy wymarsz opóźnił się o kilkanaście dni i zbliżał się ustalony termin 24 grudnia, kapitan powrócił do swojej koncepcji wyprowadzenia policji i przyłączenia jej do swojego oddziału. Nie na próżno myśl ta prześladowała „Bombę”. Była to gra warta świeczki. Dwa bataliony wyszkolonego, dobrze uzbrojonego wojska coś znaczyły. Szczególnie uzbrojenie tych oddziałów było nie do pogardzenia, wśród którego były dwa czołgi firmy Renault oraz dwa działa kaliber 76 mm z odpowiednim zapasem amunicji. Po przyjęciu tych batalionów, łącznie z oddziałem „Bomby”, tworzyłyby dobrze uzbrojony pułk wojska.

Po ponownym sprawdzeniu wszelkich kontaktów i uzgodnień, „Bomba” uznał to przedsięwzięcie za realne. Zdecydował się więc zawrócić z trasy marszu, by czasowo osadzić oddział w Starej Hucie i dokończyć dzieło przechwycenia od Niemców kilkuset uzbrojonych ludzi. Realizując konsekwentnie swój zamysł, wyprowadził oddział z Rudni Lwa, kierując go do Starej Huty. Po drodze, w miejscowości Peresieka, oddział zatrzymał się na odpoczynek. Tutaj „Bomba” otrzymał wiadomość, że dowódca radzieckiego oddziału partyzanckiego, działającego w tamtym rejonie, generał Naumow, chce się z nim zobaczyć. Zapraszał go do swojego sztabu w wiosce Zawłocze czy Bronisławka. Nie było w tym nic dziwnego, bowiem wzajemne odwiedziny dowódców polskich i radzieckich oddziałów partyzanckich często miały miejsce. W popołudniowych godzinach 22 grudnia „Bomba” – zabrawszy z sobą porucznika „Strzemię” i księdza kapelana „Oboźnika” oraz ochronę, konnych zwiadowców z wachmistrzom Jankowskim – wyruszył konno do sztabu generała Naumowa. Powitano ich gościnnie, zapraszając na poczęstunek do swoich kwater w wiejskich chałupach. Oddzielnie przyjmowano kapitana „Bombę”, oddzielnie porucznika „Strzemię” z kapelanem „Oboźnikiem” i oddzielnie pozostałych żołnierzy. I niespodziewanie podczas poczęstunku kapitan został aresztowany. Zarzucono mu, że jest „przedstawicielem obcej agentury”. Radziecki oddział natychmiast wyruszył na wschód. Po drodze „Bomba” zobaczył, że porucznika „Strzemię” i księdza „Oboźnika” spotkał taki sam los. Ten pośpieszny marsz trwał kilka godzin, po czym zarządzono odpoczynek przy rozpalonych ogniskach. Tu poinformowano zatrzymanych, że będą odesłani do Moskwy. Istotnie, dotarto do lotniska i samolotem wywieziono najpierw do Kijowa, później do Moskwy. Osadzono ich w więzieniu. Kapitan „Bomba” był sądzony i skazany, ponadto zarzucono mu wymordowanie grupy radzieckich partyzantów w Hupkowie . „Bomba” Kochański powrócił do kraju w 1956 roku. Pozostałych wcielano do ludowego Wojska Polskiego i powrócili do kraju dużo wcześniej. Aresztowanie „Bomby” wydawało się wszystkim zaskakujące i dziwne, bowiem jego oddział współdziałał z operującymi na Zasłuczu i wcześniej radzieckimi oddziałami partyzanckimi. Przecież właśnie w oddziale „Bomby” znalazł wypoczynek i gościnność powracający z karpackiego rajdu zdziesiątkowany i wyczerpany oddział generała Kowpaka. Kapitan zaopatrzył wówczas oddział w żywność, a generała obdarował bryczką i parą pięknych koni. „Bomba” ze swoją grupą w oznaczonym przez siebie czasie nie wrócił. Zaczęto przypuszczać, że stało się coś niedobrego. Naradzano się gorączkowo. Wieść, że „Bomba” nie wrócił, rozniosła się wśród wojska. Nastąpiło ogromne zamieszanie. Wojsko nie wiedziało co robić. Część żołnierzy opuściła oddział, szczególnie miejscowi. Inni, niespokojni o losy oddziału, dopytywali się o dalsze decyzje. W tym ogólnym rozgardiaszu, wieczorem 22 grudnia 1943 roku, podporucznik „Słucki” (Feliks Szczepaniak) zarządził zbiórkę oddziału i oświadczył, że obejmuje dowództwo i ma zamiar zrealizować pomysł „Bomby”, a więc maszerować w rejon Kowla. Oświadczył także, że żołnierze, którzy nie czują się na siłach podjąć dalszych trudów, mogą pozostać w Starej Hucie i wzmocnić tamtejszą samoobronę. Około południa z kilkuset osób pozostało w oddziale około stu osiemdziesięciu. „Słucki” zorganizował kolumnę marszową i ruszył w kierunku Sarn. W Starej Hucie pozostawiono także rannych i chorych. W następnym dniu oddział pod dowództwem „Słuckiego” dotarł do miejscowości Janówka pod Sarnami. Było to w przeddzień Bożego Narodzenia. Smutna była Wigilia i święta. Żołnierze przeżywali utratę swego dowódcy. Nie bardzo też wiedzieli, jaka będzie ich najbliższa przyszłość. W świąteczne dnie przygnębionych żołnierzy odwiedziło niespodziewanie wielu znajomych i krewnych z Huty Stepańskiej, Siedlisk, Wyrki, Ugły, Wydymeru, Perespy, Sumi, Małyńska, którzy znaleźli przed ukraińską rzezią schronienie w Sarnach. Były radość i łzy. Odwiedzający i odwiedzeni cieszyli się, że spotkali swoich synów, braci, kuzynów, ale także smucili się, że wśród odwiedzonych nie było kapitana „Bomby”, zwanego także wujkiem, lubianego i szanowanego dowódcy, i innych żołnierzy, którzy nie powrócili. Był jeszcze świąteczny wieczór, gdy oddział wyruszył w trudny, ciężki i wielokilometrowy marsz do Przebraża. W Janówce pozostawiono trzynastu chorych i rannych, którymi miała zaopiekować się ludność z Sarn. (...)
 Fragment z książki: Tadeusza Wolaka " WSPOMNIENIA ŻOŁNIERZA 27 WOŁYŃSKIEJ DYWIZJI PIECHOTY ARMII KRAJOWEJ Z LAT 1943–1944" Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 413 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11038468