W kościele katolickim z jednej strony świętujemy urodziny Jezusa, a z drugiej strony 28 grudnia wspominamy Świętych Młodzianków. Jak zapisano w   Ewangelii Mateusza (Mt 2, 1-16), w biblijnych czasach miał miejsce epizod  zwany" rzezią niewiniątek". Według Mateusza rozkaz zabicia niemowląt z Betlejem wydał Herod Wielki, króżydowski, który wcześniej dowiedział się od Mędrców ze Wschodu, że narodził się tam oczekiwany przez naród Mesjasz. Kazał zamordować  wszystkie dzieci płci męskiej, poniżej drugiego roku życia. Rzeź niemowląt w Betlejem została dokonana z powodu paranoicznych lęków starego króla. Rzezi Polaków na Kresach OUN-UPA dokonała w imię "Samostyjnej Ukrainy". Na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, gdzie w latach 40. członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii (banderowcy) dokonali zbrodni ludobójstwa na Polakach, prawdopodobnie jedną czwartą ofiar stanowiły dzieci. A więc blisko 30 tys. (...) Ewa Siemaszko w artykule "Piekło dzieci polskich"  w rozdziale "Rzeź niewiniątek " napisała: "  Najwięcej dzieci ginęło w napadach, w których nacjonaliści ukraińscy dążyli do zgładzenia całej ludności polskiej miejscowości. Podam przykłady kilku masowych zbrodni z liczbą zamordowanych dzieci w wieku do lat 14: w Ostrówkach w pow. lubomelskim na Wołyniu zginęło 204 dzieci do lat 14 na co najmniej 474 zamordowanych mieszkańców; w kolonii Maria Wola w pow. włodzimierskim (Wołyń) – 67 dzieci na 212 ofiar ogółem; w kolonii Lipniki, pow. kostopolski (Wołyń), podczas napadu zginęło 53 dzieci, a troje zmarło później wskutek ran na 179 osób zamordowanych ogółem; we wsi Pyszówka, pow. Jaworów, woj. lwowskie, wśród 54 zamordowanych ludzi było 22 dzieci; we wsi Derżów, pow. Żydaczów, woj. stanisławowskie, w liczbie 77 ofiar znajduje się 29 dzieci; w Berezowicy Małej, pow. Zbaraż, woj. tarnopolskie, zginęło 28 dzieci na 99 zamordowanych.

Potworność zbrodni, którą charakteryzuje tak wysoka liczba zamordowanych dzieci, jest powiększona okrucieństwem w sposobach zadawania śmierci niewinnym i bezbronnym, dopiero zaczynającym życie, istotom ludzkim. Oto kilka przykładów z Wołynia: we wsi Sytnica (pow. Łuck) dwoje dzieci Władysława i Janiny Hulkiewiczów, jedno sześcioletnie, drugie sześciomiesięczne, banderowcy żywcem zakopali; w osadzie leśnej Małuszka (pow. Kostopol)

13-letniemu Stasiowi Wojciechowskiemu zadano 19 ran kłutych i duszono go sznurkiem; we wsi Zamlicze (pow. Horochów) pięcioro dzieci Usarskich porąbano siekierami, niemowlęciu połamano wszystkie kosteczki i gnojem zatkano usta; w Wiśniowcu Nowym (pow. Krzemieniec) dziecko-noworodek Antoniego i Feli Kozakowskich zostało rozbite o ścianę domu (ten sposób zabijania małych dzieci był bardzo częsty); we wsi Swinarzyn (pow. Kowel) paroletni synek Lipskich został przybity do stołu za język, a pozostałe rodzeństwo zostało wrzucone do studni; w kolonii Czmykos Janince Kotas, lat 12, znajomy Ukrainiec ze wsi Czmykos odrąbał nogi w połowie łydek, zmarła z wykrwawienia w rowie przysypana cienką warstwą ziemi.

MĘKA OCALONYCH

Część tak bestialsko katowanych dzieci jednak przeżyła. Niekiedy wracały do zdrowia nawet ciężko ranne, choć wydawało się, że nie przetrzymają urazów – dzięki siłom natury i pomocy lekarzy niemieckich oraz polskich w szpitalach na Wołyniu, a także lekarzy sowieckich w szpitalach polowych i zwykłych, do których przekazywali owe ofiary partyzanci sowieccy przemieszczający się w północno-wschodnich powiatach. Na przykład Marianek Murawski z kolonii Głuboczanka (pow. Kostopol) z pogruchotaną twarzą, by odzyskał mowę i mógł normalnie jeść, był leczony chirurgicznie dwa i pół roku w szpitalach w Bystrzycach, Bereznem, Równem (na Wołyniu) i w Kijowie, dokąd ostatecznie został przewieziony po zajęciu Wołynia przez Sowietów w 1944 r. Jednak większość rannych dzieci nie miała właściwej opieki medycznej – albo organizm był dostatecznie silny, by poradzić sobie sam, albo po jakimś czasie męczarni dzieci umierały.

Niektóre były poddane przez oprawców torturom powodującym trwałe okaleczenia i inwalidztwo. W sierpniu 1943 r. w szpitalu w Równem przebywała 11-letnia dziewczynka z wykłutymi oczami. W szpitalu w Sarnach leczony był syn gajowego z kolonii Chinocze czteroletni Romek, któremu upowcy w czerwcu 1943 r. obcięli obie nóżki, a oboje rodziców zamordowali. U wielu dzieci pozostały rozległe oszpecające blizny po oparzeniach w płonących zabudowaniach oraz po ranach, jak np. u Henia Janaczka z kolonii Siomaki (pow. Kowel).

Ofiarami banderowskiego piekła stały się zatem zarówno dzieci zamordowane, jak i te, które przeżyły. Oprócz urazów fizycznych, które dotyczyły części ocalonych, wszystkie doznały bardzo głębokich i trwałych urazów psychicznych, choć z różnych powodów. Najważniejsze, poza ranami powodującymi ból, to: przerażenie najwyższego natężenia, zetknięcie się ze śmiercią najbliższych i poddaniem ich okrucieństwu, brak kochających i kochanych osób, poczucie osamotnienia, nagłe przerwanie dotychczasowego sposobu życia, zniszczenie domu rodzinnego, lęk przed nieznaną i równie niebezpieczną przyszłością.

Podczas napadu w Wigilię Bożego Narodzenia w 1943 r. na Polaków w Ołyce (pow. Łuck) w jednym z domów, gdzie zebrała się grupka osób, upowcy kazali trzymać świecę małemu synkowi Balbiny Mroczkowej i oświetlać mordowanie jego matki, brata i innych osób. Na koniec mordu trzymający świecę otrzymał cios siekierą w głowę i stracił oko.

Po takich przeżyciach nie wszystkie dzieci wróciły do równowagi psychicznej. 14-letnia Stanisława Kasperkiewicz, ranna w napadzie w 1943 r. w kolonii Siomaki (pow. Kowel), wprawdzie wyleczyła się z ciężkich obrażeń w szpitalu w Kowlu, ale nie zniosła ciężaru obecności przy makabrycznym mordowaniu rodziców – w 1945 r. zmarła w szpitalu psychiatrycznym. Michalina Kownacka, lat dwa, z kolonii Chaitówka (pow. Łuck) straciła na zawsze mowę na skutek szoku doznanego podczas ucieczki od upowców, gdy matka czołgająca się w bruzdach ziemniaczanych ciągnęła ją za rękę.

INSTYNKT ŻYCIA

Straszne okoliczności, zwykle obezwładniające strachem i bezradnością, w niektórych dzieciach wyzwalały imponujący instynkt życia. Wyrywały się oprawcom, uciekały, zmieniały kryjówki. Po odejściu napastników szukały pomocy w innych domach, u dziadków, wujków, ciotek i sąsiadów, nawet Ukraińców. Gdy natrafiały na trupy i zgliszcza lub pustkę, błąkały się samotnie, nieraz kilka dni, zanim ktoś się nimi zaopiekował – ktoś z dalszej rodziny, sąsiedzi. Siedmioletnia Zofia Król i pięcioletnia Amelia Góral, z całkowicie wymordowanej kolonii Czmykos (pow. Luboml), noc przesiedziały w kryjówce pod podłogą i następnego dnia samotnie poszły do Lubomla – 12 km! Dotarły tam, będąc już w bardzo złym stanie, do cioci jednej z nich. Ranna w nogę sześcioletnia Jadzia Dziekańska z Wyrki (pow. Kostopol) przez 10 dni trwała przy zabitej matce, żywiąc się kłosami zbóż i pijąc wodę z kałuży, aż znalazł ją i zaopiekował się nią Ukrainiec ze wsi Werbcze, który przyjechał kosić zboże z pozostawionych polskich pól.

Maleńkie dzieci nieraz nie rozumiały śmierci i tkwiły przy zwłokach matki, płacząc i dopominając się o jej reakcję. W osadzie Chrynów (pow. Włodzimierz) półtoraroczne dziecko Jana i Marzanny Blicharzów z odrąbaną ręką pełzało po martwej matce, wołając „mama", zaś siedmiomiesięczne dziecko Wacława i Jadwigi Demków z Jadwigina (pow. Łuck) ssało pierś martwej matki. Dzieci starsze same przyłączały się do uchodźców albo były zabierane przez zorganizowane grupy Polaków, którzy po napadzie wracali zabrać do miasta niedobitki i pochować zamordowanych. W takich okolicznościach ocalało sześcioro sierot po zamordowanych Kuncach z Ziemlicy (pow. Włodziemierz Woł.).

Podczas panicznych ucieczek przed banderowcami dochodziło często do gubienia dzieci, które potem samotnie błąkały się i albo podczas obław na niedobitki ginęły, albo ktoś się nimi zaopiekował. Dwuipółletnia Irenka Szczepańska z Błażenika (pow. Włodzimierz) „poszła gdzieś sobie" w ciemnościach, gdy ojciec przenosił przez rzekę jej młodszą siostrę, i sama błąkała się po lesie dwie doby, bez picia i jedzenia. Dziecko nie przeżyłoby lub zostałoby zamordowane, gdyby nie natrafili na nią i nie zabrali jej uciekający do miasta ludzie. Podczas ucieczki przez lasy i bagna ze Świętocina, z Głęboczycy i sąsiednich polskich kolonii (pow. Włodzimierz) zagubienia dzieci nie były rzadkością. Los części jest nieznany, jak np. trojga dzieci Michała i Heleny Winiarskich z Głęboczycy czy małej dziewczynki z kolonii Pendyki (pow. Kostopol). W kolonii Lipniki (pow. Kostopol) podczas nocnego napadu w strzelaninie i pożarze ściganej przez banderowców matce wypadł z rąk półtoraroczny późniejszy polski kosmonauta Mirosław Hermaszewski. Dobrze opatulony przeleżał w śniegu do rana i został znaleziony przez ojca.

We wsi Swinarzyn (pow. Kowel) paroletni synek Lipskich został przybity do stołu za język, a pozostałe rodzeństwo zostało wrzucone do studni

Tysiące polskich dzieci było skazane na tułacze życie, w głodzie, bez odpowiedniej odzieży i obuwia, nieraz w łachmanach, pod gołym niebem, tymczasowo żyjąc w brudnych i zatłoczonych pomieszczeniach, komórkach itp., w obozach przejściowych dla wywożonych na roboty do Rzeszy, tygodniami jadąc na zachód w pociągach wysadzanych w powietrze przez partyzantki. Ginęły nawet i traciły rodziców podczas alianckich bombardowań niemieckich fabryk czy miast, gdzie pracowali ich opiekunowie oraz starsze dzieci. Uchodźcy trafiający na teren Generalnego Gubernatorstwa otrzymywali pomoc Polskich Komitetów Opiekuńczych, oficjalnej instytucji pod okupacją niemiecką, ale ich potrzeby były zaspokajane w minimalnym zakresie.

Sieroty, jeśli nie zostały przygarnięte przez dalszą rodzinę lub obcych ludzi, były umieszczane w sierocińcach i ochronkach, prowadzonych przez domy zakonne, parafie i Polskie Komitety Opiekuńcze na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Kilka punktów pomocy sierotom było na Wołyniu, wszystkie prowadzone przez Kościół rzymskokatolicki: w Łucku, we Włodzimierzu Wołyńskim, w Horochowie. Wołyńskie sieroty przebywały w ochronkach m.in. w Chełmie, Lublinie, Puławach, we Lwowie, w Rymanowie, Krakowie, Pieskowej Skale. (1) "  Wracając jednak  do Ewangelii  Mateusza :rozkaz zabicia dzieci w Betlejem wydaje się być w pełni zgodny z profilem psychologicznym władcy, którego okrucieństwo  wynikało z choroby umysłowej i psychozy strachu o utratę własnej władzy. Paranoja, w jaką popadł w ostatnich latach panowania, była tak wielka, że kiedy umierał, rozkazał zgromadzić na stadionie w Jerychu najznamienitszych obywateli żydowskich i zgładzić ich zaraz po tym, jak wyda ostatnie tchnienie (chodziło o to, aby śmierć króla nie była w Izraelu dniem radości, ale smutku). Na szczęście po śmierci tyrana nikt już nie dbał o wypełnienie tego rozkazu.  Różnica pomiędzy tym co zrobił Herod a uczynili  Ukraińcy z OUN jednak znaczna, albowiem jak twierdzą znawcy, opowieść o Herodzie to raczej legenda a ludobójstwo OUN-UPA to fakty niezaprzeczalne. W 22013 r. Wojciech Wencel  napisał tekst który bez komentarza zaprezentuję poniżej:

Dzieci obmyte we krwi Baranka triumfalnie wstępują do nieba.

Pierwszą reakcją jest milczenie. Czytając szczegółowe opisy rzezi wołyńskiej, zawarte w historycznych opracowaniach i relacjach świadków, czuję się, jakbym stał przed apokaliptycznym obrazem Hieronima Boscha. Przez chwilę odtwarzam fakty w wyobraźni, a potem odwracam głowę i długo patrzę w okno. Żeby odczuwać gniew lub nienawiść, konieczne jest istnienie wymiaru politycznego, a tego brakuje na wołyńskim fresku. Został porąbany na kawałki razem z ciałami ofiar. Nie ma na nim Polaków ani Ukraińców, kontekstu niepodległościowych idei czy społecznych realiów, żadnej historycznej logiki. Jest tylko tajemnica czystego zła, wobec której człowiek staje niemy, pozbawiony języka umożliwiającego uchwycenie sensu wydarzeń. Stosując w 1943 r. wymyślne metody zbrodni, nacjonaliści z OUN i UPA pragnęli wywołać wśród polskich osadników powszechne przerażenie. W ten sposób chcieli ich sparaliżować i obezwładnić, zamienić w słupy soli albo w zwierzęta niezdolne do obrony czy ucieczki, biernie oczekujące na nieuchronny wyrok losu. Również moja pierwsza reakcja jest odległą w czasie konsekwencją tej operacji. Przez okno widzę chmury płynące po niebie, takie same jak na Wołyniu 70 lat temu, i czuję w sercu pustkę, którą szczelnie wypełnia groza ludobójstwa.

Później przychodzi czułość – młodsza siostra miłości, strażniczka trzciny nadłamanej i knotka o wątłym płomieniu. Najbardziej dotkliwa, gdy czytam o sposobach mordowania dzieci. Niemowlęta uderzane w główkę obuchem siekiery, przytwierdzane bagnetem do stołowego blatu, nakłuwane widłami, wrzucane do ognia lub głębinowych studni. Kilkuletni chłopiec z językiem przybitym do stołu, z trudem próbujący utrzymać się na palcach (scena nie potrwa długo, za chwilę poderżną mu gardło). Dzieci krzyżowane na drzwiach, wieszane za genitalia, ćwiartowane, zakopywane żywcem, rozrywane końmi, nabijane na pal, przecinane piłą do drewna. Ich stawy połamane, głowy zmiażdżone, oczy wyłupione. Ktoś powie, że nie wypada o tym mówić, bo to epatowanie okrucieństwem. Doprawdy? Przecież to nasi, polscy święci. Potrafimy płakać nad młodziankami z epoki Heroda, a brzydzimy się krwią niewinnych, gdy ta sama ofiara konkretyzuje się tuż obok nas? Pomyślmy o ufności tych dzieci, o ich modlitwach przed snem, o ich „mamusiu, tatusiu”, o gonitwie w wiśniowych sadach i wiązaniu snopów podczas żniw. Nie odwracajmy od nich wzroku. Popatrzmy, jak są piękne, gdy obmyte we krwi Baranka, triumfalnie wstępują do nieba. Bez uświadomienia sobie ogromu cierpień, których doznały, nie pojmiemy skali ich zwycięstwa.

Czułość rodzi się z kontrastu między brudem tego świata a cząstką Bożej natury, przechowywanej w naczyniach glinianych. Tę nieśmiertelną cząstkę człowieczeństwa zachowali na wieki wołyńscy męczennicy, nie tylko ci najmłodsi. Zrobili to także dla nas, byśmy – kierowani czułością – potrafili odnaleźć tę cząstkę w sobie i rozwijać ją bez względu na konsekwencje. Przeprowadzane przez Niemców i Sowietów czystki polskich elit da się rozpatrywać na planie politycznym. Można analizować związek tych zbrodni z mocarstwowymi interesami naszych odwiecznych wrogów, utratą niepodległego państwa, trwającym do dzisiaj kryzysem kultury. Nasza cześć dla poległych za ojczyznę często przysłania chrześcijański sens ich męczeństwa. W przypadku Wołynia takie analizy się nie sprawdzają. Wprawdzie zbrodniarze z UPA twierdzili, że postępując z Polakami tak samo jak Hitler z Żydami, stwarzają niezbędne warunki dla powstania niepodległej Ukrainy, ale plan ten trudno traktować w kategoriach realnej polityki.

Brak głębszego politycznego uzasadnienia odsłania chrześcijański wymiar rzezi wołyńskiej. W istocie była to zagłada bezbronnych świadków Chrystusa – efekt zbiorowego opętania, akt nienawiści demona do Boga i człowieka. Niedawno przeczytałem świadectwo ukraińskiej kobiety o jej ojcu, jednym ze sprawców rzezi, który w godzinie śmierci kazał zasłonić święte obrazy i odpędziwszy popa, miotał przekleństwa i bluźnierstwa. Byłoby dobrze, gdybyśmy potrafili modlić się również za takich nieszczęśników. Przebaczenie win i pojednanie jest możliwe, ale tylko w prawdzie, na poziomie chrześcijańskiej wspólnoty, między ludźmi otwartymi na jednoczącą miłość Boga. Relatywizujące odpowiedzialność, polityczne wezwania do zapomnienia o przeszłości mogą tylko utrudnić ten proces.

W centrum rzezi wołyńskiej znajduje się Jezus Chrystus. Ci, którzy Jego ofiarę sprowadzają wyłącznie do historycznej drogi krzyżowej, mają pewnie problem z faktem, że nasi męczennicy na Wołyniu – fizycznie rzecz biorąc – doświadczyli okrutniejszych, bardziej bolesnych tortur niż wcielony Bóg. Jednak Boża miłość nie dlatego jest bezgraniczna, że Chrystus na Golgocie wycierpiał najwięcej, lecz dlatego, że dobrowolnie zszedł na Ziemię, by uświęcać nasz los swoją krwią. Był także tam, na Wołyniu, przed siedemdziesięciu laty. Bóg mocny, przedziwny Doradca, Książę Pokoju. Szczęśliwi młodziankowie, ich rodzice i dziadkowie, których ze spalonego raju poprowadził ku bramom niebios. (2)

1)Fragment art. z miesięcznika " Uważam Rze Historia" z  2012 r. : "Piekło polskich dzieci'  Ewy Siemaszko  za: https://www.rp.pl/artykul/877244-Pieklo-polskich-dzieci.html

2) " Młodziankowie z Wołynia"   GOSC.PL-  Wojciech Wencel za: http://gosc.pl/doc/1616325.Mlodziankowie-z-Wolynia


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud13.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 373 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11038526